Apolinary Cynk-Borucki „Boruta”

Archiwum Historii Mówionej


Apolinary Borucki herbu „Ogończyk”, kapral podchorąży, pseudonim „Boruta”, urodzony 12 maja 1925 roku w Warszawie.

  • Przed wojną mieszkał pan razem z rodzicami, kończył pan szkołę?


Tak. Jestem rodowitym warszawiakiem, cała moja rodzina też mieszkała w Warszawie i stąd jesteśmy bardzo związani z tym miastem.

  • Kiedy wybuchła wojna to pan chodził do szkoły?


Tak, chodziłem do gimnazjum. Z chwilą, kiedy wybuchła wojna, jak wiadomo, gimnazja były likwidowane i była przerwa, musiałem skończyć zawodową szkołę, bo taką można było, a dodatkowo dokształcałem się jak wszyscy na kompletach.

  • Z czego utrzymywała się pana rodzina?


Trzeba powiedzieć, że tak mi się zdarzyło, że bardzo wcześnie straciłem ojca. Ojciec mój, przedwojenny kapitan wojsk polskich, inżynier mechanik, umarł w bardzo wczesnym wieku, miałem [wtedy] trzy miesiące. Moja mama, później pracownica w Banku Polskim, utrzymywała mnie i siostrę. Potem wybuchły jakieś choroby, wybuchła wojna, było ciężkawo. Musiałem bardzo wcześnie zacząć pracować, żeby się jakoś utrzymać na tym padole. Właściwie zacząłem pracować w wieku szesnastu, piętnastu lat. Pracując dokształcałem się, bo musiałem się uczyć. Była jeszcze szkoła budownictwa lądowego i wodnego na Koszykowej w gmachu Wydziału Architektury, jakoś Niemcy ich honorowali, jakoś im pozwolili. To było liceum budowlane budownictwa lądowego i wodnego, które udało mi się skończyć. Z tym, że zwykle człowiek uczył się po obiedzie, to nie było takie proste. […]

  • Gdzie się pan pierwszy raz zetknął z konspiracją? W szkole?


Nie, z konspiracją zetknąłem się w miejscu zamieszkania na przełomie 1942 i 1943 roku. Właściwie do Powstania [mieliśmy] wszystkie szkolenia z zakresu uzbrojenia, regulaminu, to, co normalne na szkoleniu podchorążówki. Czasami chodziliśmy na rozbrojenie Niemców, bardzo to śmiesznie wyglądało. Piątka chłopaków chodzi po ulicy w jedną i w drugą stronę, ludzie się orientują, raptem zamykają sklepy, okna zamykają, myśmy się doskonale bawili. Też żeśmy szkopa dorwali. Oni też wiedzieli, że są rozbrajani, tak że bardzo często w kaburze mieli gałgany, a broń gdzie indziej. Tak że myśmy się nadziali tak samo, jakiś lotnik tutaj nic, dopiero jak wyszedł za narożnik, to dopiero zaczął do nas pruć, a myśmy do niego. Taka delikatna zabawa.

Też były sytuacje tragiczne. Była wsypa na rogu Wareckiej i Nowego Światu, to właściwie długa historia, kiedy jakoś cudem zdążyłem uciec […].

  • Proszę opowiedzieć.


Żona pracowała na Nowym Świecie, był taki Fotomaton. Pryskałem z Chmielnej Nowym Światem. Jechały już budy ze znamiennym sygnałem, esesmani. Widocznie w jakimś innym momencie gdzieś kogoś mieli na uwadze. Chciałem się skryć. Byłem trochę trefny, bo miałem coś w teczce, jakiś regulamin. Jak sobie przypomnę, to chyba to był plan rkm-u remingtona. […] Próbowałem ukryć się w Fotomatonie, gdzie żona pracowała. Ale wtedy, kiedy Niemcy już na Nowym Świecie wyskakiwali z bud, to zamknęli ten sklep, może szczęśliwie się stało, bo Fotomaton był prowadzony przez jakiegoś folksdojcza, tak że jakbym się tam ukrył, to też by mnie tam nakryli. Nie miałem wyjścia. Była brama, wskoczyłem w bramę, na zaplecze, a tam ruiny zburzonego w 1939 roku budynku. Byłem w jasnym płaszczu, miałem teczkę. W tych gruzach jakoś się próbuję ukryć, a już Niemcy za mną przez bramę, bo widzieli, że uciekam. Nie wiedziałem, że na te ruiny wychodziły okna dawnego gimnazjum Górskiego. Szkoła Górskiego była zajęta przez lotników niemieckich. Oni mnie zauważyli, tak że zaczęli do mnie pruć ze szkoły z karabinów czy z kaemów, a z drugiej strony ci. Nie wiem właściwie, jak to się stało, że jakoś [uciekłem]. Próbowałem stamtąd prysnąć. Zobaczyłem, że w stronę Wareckiej było jakieś zagłębione podwórze i przed tym były ustawione kozły hiszpańskie. To są dosyć wysokie drewniane krzyżaki, a na tym nawinięte druty kolczaste. To była zdaje się ochrona tej szkoły. Właściwie jedyna droga dla mnie to było uciec przez te kozły hiszpańskie. Nie wiem, jak przeskoczyłem, nie umiem powiedzieć. Wyskoczyłem na podwórze domu od strony ulicy Wareckiej. Podwórze było zagłębione w stosunku do poziomu, z którego skakałem. W tym momencie poziom nad podwórzem już zajęli Niemcy. Na tym niedużym podwóreczku szukam, gdzie się jakoś ukryć, jakoś uciec stamtąd. Oni mnie widzieli i pruli do mnie seriami z peemów. Znowuż cud po prostu. Z tym, że przez cały czas mówiłem „Pod Twoją obronę”, dosłownie. W końcu widzę, że jest jakaś klatka schodowa, więc wpadłem w tę klatkę. Jak oni zaczęli strzelać i rzucać granaty na to podwórko, to ludzie powychodzili z mieszkań na klatkę schodową. Na pierwszym piętrze był jakiś fryzjer, więc wpadam, siadam: „Panie, gol pan mnie.” „Nie mogę, bo to jest fryzjer damski.” Znowuż poleciałem na ostatnie piętro. Tam były otwarte drzwi, dwoje staruszków wyszło. Wpadłem do tego mieszkania. Staruszka mówi, do dzisiaj pamiętam: „Synku, dam ci walerianę.” Zdjąłem z siebie płaszcz, teczkę położyłem na wieszaku, żebym nie było znaczny jak mnie dorwą Niemcy. Ta babcia płaszcz zakryła swoim płaszczem. Taka była solidarność. Niemcy wszystkich na ulicę, postawili nas w szeregu. Tak jakoś było, że byłem w pierwszym szeregu. Pracowałem wtedy w jakimś zakładzie, który obsługiwał Niemców, względnie po niemiecku mówiłem, miałem bardzo dobre papiery. Szkop przechodzi koło nas w jedną i w drugą stronę i do mnie bezpośrednio. Zrewidowali mnie. Wspomnę, jak tę teczkę zostawiłem u tej babci, to na tyle byłem przytomny, nie chciałem ludzi narażać, więc rulonik z tym trefnym papierem trzymałem w ręku. Oni mnie rewidowali, a ja przez cały czas trzymałem to w ręku. Niemiec, jeżeli się pewnie [do niego] mówi, to głupi jest, nie potrafi myśleć, że to przed nosem ma. Tylko trzeba było być pewnym. Zrewidowali mnie. Jeszcze przedtem, zanim wpadłem do tej klatki schodowej, to jeszcze wpadłem w jakąś inną, drzwi były otwarte, okazało się, że to piwnica. Wpadłem do tej piwnicy, myślałem, że tam jakieś wyjście jest, ale potem się cofnąłem i z powrotem. Oni jakoś mnie nie skojarzyli. Zrewidowali mnie, ausweis, papiery, kenkartę. Potem mnie prowadzą do tej piwnicy, w której się ukrywałem i każą mi iść naprzód, a z tyłu za mną esesman z pistoletem gotowym do strzału, z latarką.

 

  • Tylko pana tam zaprowadzili?


Tak. Idąc tam, myślę sobie, po co on mnie prowadzi i w tym momencie [pomyślałem], że przecież oni szukają właśnie mnie, bo ja tam wpadłem i sądzili, że jeszcze tam jestem. Puścili mnie naprzód, a sami szli kilka kroków [z tyłu] po to, że jeżeli tam ktoś siedzi, to wygarnie najpierw do mnie. Ale szedłem pewnie, bo wiedziałem, że to ja jestem. Były rury dosyć nisko w tym korytarzu, więc odwracam się, mówię: „Uważaj, tutaj rury są, żebyś sobie głowy nie rozbił.” Potem jakoś znowu do szeregu, z którego mnie zabrano, pod groźbą, że jeżeli ktoś się nie przyzna, to wszystkich rozstrzelają. Nikt mnie nie wydał, a przecież ludzie doskonale wiedzieli, młody chłopak. On jeszcze chodził. Ja bezczelnie wychodzę z szeregu i powiadam; „Zrewidowaliście mnie, to czy mogę już iść do domu?”. Ten Niemiec zgłupiał. […] Ja, ja. Mówię: „Dobrze, ale powiedzcie tam, bo tam kordon stoi, żeby mnie puścili.” Zaczął wrzeszczeć do niego, więc ja: danke schön, delikatnie poszedłem. Co prawda jak już przeszedłem ten kordon, to się puściłem do domu, jak przyszedłem to byłem zielony zupełnie. […]

Powstanie [wybuchło] pierwszego. Z tym, że myśmy w piątkę wyszli, ale był okres zwolnienia przed tym, myśmy wracali, potem z powrotem. Jeszcze przedtem w tym samym dniu byłem na Żoliborzu. Człowiek się musiał zakochać w czasie Powstania. Miałem moją jedną jedyną, pierwszą miłość. Jeszcze pierwszego gdzieś o godzinie dwunastej poleciałem na Żoliborz. Wiedziałem, że łączniczka ma przyjść później, to jeszcze sobie skoczę na Żoliborz. Rzeczywiście przyszedłem, Danka tam była, dała mi chlebak, z którym wyszedłem, pożegnaliśmy się. Nawiasem mówiąc to jest moja obecna żona. Gdzieś o godzinie chyba w pół do trzeciej wyszedłem z Żoliborza, a na Żoliborzu o wpół do trzeciej już się zaczynało, jakoś wcześniej. W ostatnim momencie, chyba o trzeciej wpadłem, mieszkałem wtedy na Chłodnej na Woli. Łączniczka przyszła, ale już się zaczynało, myśmy nie doszli do punktu. Nie wiem, gdzie miała nas prowadzić. Potem żeśmy się dowiedzieli, że na Żoliborz, ale nie wiedzieliśmy. Tak się stało, że w trakcie jak żeśmy szli na ulicy pogubiliśmy się. Dołączyłem na Lesznie, gdzie był punkt, chłopaki też potem się poznajdowali, ale już później na Starówce. Właściwie [Powstanie] zacząłem na Woli. Dołączyłem do oddziału. […]

Pierwsze moje działania były w obrębie [ulic] Leszno, Elektoralna, Chłodna, Żelazna, Wronia. Okazało się, że tutaj w tym rejonie działał „Sosna”. „Radosław”, oni wyszli jakoś z sądu, bo sądy zaraz po nas były, tam „Kiliński” też stacjonował. Tutaj żeśmy się tłukli w tym rejonie. To nie bez znaczenia, co powiem.

Dzisiaj każdy mówi: „W Powstaniu trochę żeście strzelali.” Każdy czeka aż ten uczestnik Powstania opowie jak to się strzelało i kogo zabił, i tak dalej. Otóż, w pierwszych dniach Powstania, kiedy Niemcy właściwie już przeforsowali Wolę i kiedy drogą przez Elektoralną szli w kierunku Banku Polskiego, to siedząc na barykadzie miałem na celowniku szkopa. Nie mogłem się zdecydować zabić. Mnie w tym momencie przedstawiło się, że to jest jednak człowiek, że ma rodzinę, może ma matkę, może ma żonę, może dzieci, a ja w jednej sekundzie pozbawię go życia. To było okropne. Nie mogłem się zdecydować, mimo to, że sam przeżyłem od Niemców okropności, szwagier był w Oświęcimiu… Nie mogłem się zdecydować… Tylko dopiero porucznik mówi: „Strzelaj, do diabła!” Ten moment, kiedy się trafia i kiedy człowiek wie, że zabił… Potem już wypraktykowałem, że jak człowiek dostanie w łeb śmiertelną kulę, to leci do tyłu, a jak jest ranny, to leci do przodu. Tak jest. Później już nie miałem tych skrupułów, z początku okropnych. Tak że to nie jest tak łatwo zabić człowieka. Z całą mocą to podkreślam, ażeby w przyszłości ludzie, młode pokolenie wiedziało, że wojna to jest straszna rzecz i że za każdym razem, kiedy człowiek strzela, to zabija człowieka.

Tak było do piątego. Pamiętam, piątego pierwszy nalot sztukasów. Siedziałem wtedy na barykadzie i sobie pomyślałem, że to koniec, że Powstanie się nie uda. Jakieś dziwne przeświadczenie… Siła uzbrojenia niemieckiego w porównaniu do tego, co myśmy mieli… Rany Boskie! Przecież wyszedłem na Powstanie, to nie miałem nic, butelka zapalająca to niewiele. Myśmy na piątkę mieli jednego Waltera. Co to było? Nic. Trzeba było wszystko zdobyć. Jakoś tak się stało, że stałem jako dyżurny na warcie. Wychodzę prze bramę i na rogu Orlej i Leszna stoi dwóch szkopów. Ubrani po zęby, a ja mam w ręku stena, ale bez magazynku i do tego stena jest jedna pestka, którą trzeba wsadzić ręcznie, żeby strzelić. Pistolet maszynowy ma szalony rozrzut, więc żadnej możliwości, żebym ich dosięgnął. Zastanawiałem się: walić czy nie walić. To też jest duża różnica. Tak było do piątego, kiedy dostaliśmy rozkaz, żeby się natychmiast wycofać. Ponieważ mieszkaliśmy na Chłodnej już nie mogłem odwiedzić swojej rodziny, bo to już było w rękach niemieckich, tam się działy rzeczy straszne. Widzieliśmy… Byłem naocznym świadkiem mordów na Woli… już nie pamiętam., gdzie to było… Trzeba powiedzieć, że oddział, do którego dołączyłem i w którym byłem, to było zgrupowanie „Sosny”. Nasz pluton C7 to był pluton Kompanii Orląt, kompanii przeznaczonej do motoryzacji. Dowódcą był sierżant podchorąży „Max”. Był porucznik „Wiktor”, przedwojenny oficer broni pancernej, stacjonował na Bema. Mieliśmy przygotowanie. Ja nie byłem motorowy, ale się znalazłem. W pewnej chwili były wahania, bo zaraz stał „Kiliński”, więc nie wiadomo było w pierwszej chwili, gdzie atakować, jak człowiek wyskakuje na ulicę z butelką zapalającą. Jurek miał Waltera, potem dopiero był pierwszy karabin. O rany boskie! Co to było! Pistolet! Parabelka! O, Rany Boskie!

  • Jurek to był pana przyjaciel?


Tak. Przyszedł rozkaz wycofania się, opuszczenia tych terenów. To było okropne, bo ludzie zostawali, wiedzieli, że odchodzimy, wiedzieli, co Niemcy robią z tyłu. Ale rozkaz rozkazem i trzeba było przeskoczyć przez Leszno, a tam już Niemcy byli chyba przy Żelaznej. Tak, że wycofywanie było połączone z wielkim ryzykiem, bo trzeba było przeskoczyć przez Leszno. Z jednej strony Niemcy pruli ogniem ciągłym, a z drugiej strony była barykada od strony Przejazdu, dzisiaj ta ulica nie istnieje. Przejazd był mniej więcej w tym rejonie jak dzisiaj [jest] Bank Polski, kino „Muranów” i Arsenał, potem Bielańska, Długa. Jak jest zakończenie Leszna to tutaj była barykada i tutaj siedzieli już swoi chłopcy, chyba siedział tam „Chrobry” czy „Nałęcz”, już nie pamiętam. Oni widzieli, że my skaczemy i Niemcy widzieli, że skaczemy, tylko, że oni nie wiedzieli kto, a Niemcy [chcieli] zabić kogokolwiek. Myśmy musieli przeskoczyć Leszno i de facto przeskakując przez Leszno myśmy byli w dwóch ogniach. Ale Bóg czuwa jakoś. Człowiek obok widzi jak sieczka się sypie. Żeśmy przeszli na Starówkę. Włączono nas w odcinek, który był w rejonie odcinka pułkownika „Kuby”, który zajmował rejon Mostowskiej, obecny Pałac Mostowskich, Arsenał, Pasaż Simonsa, szklany budynek, handlowiec, którego dzisiaj już nie ma.

  • W którym miejscu był ten Pasaż?


W tej chwili stoi tam nowy wielkopłytowy budynek, na którym jest tablica poświęcona dwustu chłopakom z „Chrobrego I”, którzy zginęli podczas bombardowania. To wszystko była nasza pozycja. Potem Długa, Plac Teatralny, Bank Polski, Senatorska, Miodowa, to był rejon działania pułkownika „Kuby”. Pułkownik „Kuba” został ranny i na jego miejsce z racji tego, że nasz dowódca zgrupowania major „Sosna” był w randze majora, więc jego naznaczono na zastępcę pułkownika „Kuby”. Na Starym Mieście już działał wtedy pułkownik „Wachnowski”, właściwie on był dowódcą IV obwodu. Mój pluton całkowicie włączono, został podporządkowany Kompanii Orląt i na skutek różnych perturbacji czy różnych rozkazów, z odcinka, w którym myśmy siedzieli, czyli Plac Teatralny, Miodowa i Bielańska, Długa, Arsenał i Reduta pod Matką Boską na Długiej utworzono pododcinek. Całość była podporządkowana „Sośnie”, ale dodatkowo pododcinek był kapitana „Gozdawy”, który działał od początku, oni przyszli z Pragi i mieli działać na terenie Starego Miasta. Faktycznie „Gozdawa” właściwie od pierwszego momentu opanował Stare Miasto. Właściwie na Starym Mieście niewiele było punktów oporu, jedynie Wytwórnia Papierów Wartościowych. [„Gozdawa”] działając od pierwszego dnia, właściwie jeszcze przed objęciem dowództwa przez „Wachnowskiego” i pułkownika „Kubę”, to, powiedzmy trochę lapidarnie, był właściwie jedynym komendantem na terenie. Miał jakieś swoje ambicje czy nie, rożnie na Starym Mieście było pod tym względem. Krótko mówiąc, został mianowany przez „Wachnowskiego” dowódcą pododcinka, który był rejonem działania mojego oddziału. To była Miodowa, Senatorska, Daniłowiczowska, Plac Teatralny, Bielańska łącznie z Bankiem Polskim i Pasaż Simonsa, Arsenał, cały ten rejon. Myśmy zostali tutaj włączeni.

Szóstego zostaliśmy ubrani w gumowe szynele, niby niemieckie, i była defilada. Mam zdjęcie tego. Prowadził ją nasz kapitan łącznikowy, „Ognisty”, zastępca „Gozdawy”. Trzeba sobie wyobrazić chłopaka, który ma dziewiętnaście lat, idzie w wolnym mieście na defiladę. To była olbrzymia rzecz! Myśmy wtedy wszyscy urągali szkopom. To przecież smarkacze szły, ale myśmy mieli pierś wypiętą, bo jesteśmy na defiladzie, przed kościołem garnizonowym szliśmy, nie umieliśmy tupać, ale żeśmy tupali. Bardzo fajnie żeśmy szli…

Skończyła się ta piękna sielanka. Kompania Orląt brała udział [w walkach] na Stawkach, Dworcu Gdańskim i Wytwórni Papierów Wartościowych. W Wytwórni Papierów Wartościowych było tak, że siedzieli wewnątrz chłopaki i pracowali, jak się zaczęła awantura powstaniowa, przepraszam, nie awantura, tylko Powstanie, to oni od wewnątrz zaczęli, myśmy ich wsparli. W Wytwórni Papierów Wartościowych były magazyny żywnościowe, była czekolada, ziemniaki suszone, Bóg wie co. A na Stawkach były panterki, to była duma chłopaka ze Starówy. Dziewczyny nasze jak się poubierały, bo to z jakiegoś esesmana, to wisiało, ale [to była] dziewczyna ze Starówy! Ogień się przeszło, ale rzeczywiście… Muszę powiedzieć na marginesie, że takich dziewczyn jak były na Starym Mieście, to nigdzie nie spotkałem. To były dziewczyny! Przyszedł rozkaz i porucznik „Wiktor” zaprowadził nas na pozycje. Kwatery mieliśmy na Świętojerskiej 18. Dostaliśmy patrol. Trzech nas poleciało, już Niemcy plądrowali nasz teren, skąd żeśmy z Woli wyszli, ale myśmy się tam jakoś [przedostali], musieliśmy zobaczyć. Ruinkami żeśmy tam wleźli. Rowery żeśmy przywieźli z powrotem. Naturalnie już żeśmy byli troszkę podzbrojeni. Na Świętojerskiej, to była jakaś szkoła, były jakieś duże sale, były rozłożone sienniki, na których myśmy spali. Drzwi były szklone, ale nie całe, tylko [od połowy] w górę. Chłopak przyszedł, miał błyskawicę, rzucił te błyskawicę na siennik i zamknął drzwi, akurat: trututututu. Co się dzieje? A to błyskawica, która strzelała cudownie, ale szczególnie wtedy, kiedy myśmy nie chcieli. Cudowna broń była. On ją rzucił, a ona raptem zaczęła strzelać. Były wypadki, że szedł chłopak jeden za drugim, a raptem seria w górę. Trudno, to była broń naszej produkcji. Rzeczywiście wyładowała cały magazyn, a my patrzyliśmy przez szyby, kiedy wyładuje cały magazyn, bo przecież każdy bał się wejść, bo strzelała naokoło, zasuwała naokoło, że ściany były w pestki. Przyszedł rozkaz, że idziemy już na pozycje, objąć barykady. Nasz pluton, kompanię, „Wiktor” zaprowadził na Senatorską, Miodową Plac Teatralny, Daniełowiczowską, gdzie dowodził kapitan Prus, przedwojenny kawalerzysta, ładny, dziarski chłopak, chodził w eleganckim mundurze, zupełnie książę Józef Poniatowski, piękny brunet, Krzyż Virtuti Militari, chłopak z fantazją. „Wiktor” przyprowadził nas do rejonu dowodzenia kapitana Prusa […] Utworzył I Kompanię Wypadową i nas Orlaków włączono. Siedzieliśmy na pozycjach w ramach I Kompanii Wypadowej. Pamiętam, kiedy nas przyprowadzono, to był dom, w którym dzisiaj jest ZUS, na podwórzu Senatorskiej 8. Ilekroć tam wejdę, to przypominają mi się te wszystkie czasy. To było częściowo zburzone. On nas ustawił: „Baczność!” […], przedefilował przed nami: „No, chłopaki! Tu jest robota albo zwyciężymy albo przejdziemy do historii.” I żeśmy przechodzili do historii jak widać dzisiaj. W każdym razie facet był bojowy i przyszło nam pod nim walczyć. Na rogu Daniłowiczowskiej i Senatorskiej na samym narożniku był balkon, [dzisiaj] odbudowany, z niego jest wylot na wprost Moliera, dawniej Focha. Zawsze z tamtej strony nadchodziły czołgi, które wchodziły na plac i pruły do nas bezpośrednim ogniem. Przyszło mi siedzieć na tym balkonie na pierwszym piętrze, a przy piacie siedział „Grom” i czekaliśmy do końca aż [czołg] bardzo do nas podejdzie, bo był za daleko, a szkoda przecież pocisków z piata, to trzeba było szanować. Wygarniał do nas, a my do niego. Bardzo straszna sprawa była, kiedy cywilów pędzili przed czołgami. Okropne… Teatr Wielki był naprzeciwko i tam stało działo niemieckie, oni pruli do nas bezpośrednio. Po kawałku nas wygryzali, wygryzali… Też było okropne, kiedy oni się kładli na nosze i cywile musieli ich przenosić na pozycje niemieckie. Chłopaki krzyczeli: „Strzelajcie!” Myśmy się trochę wstrzymywali, bo człowiek… Zaczęło się to wszystko kotłować. Miałem serdecznego przyjaciela, z którym razem żeśmy właściwie siedzieli na pozycjach. Jak już spalony był budynek na Senatorskiej, obecny ZUS, to na parterze było ciepło, bo siedziało się na żarze. Siedzieliśmy w obecnym ZUS-ie a vis a vis […], chyba w Pałacu Prymasowskim, byli Niemcy. [Była] brama a nad nią balkonik: „Boruta, właź, tam będziesz siedział na balkonie.” Wlazłem. Dostałem filipinkę. Był KB, ale miałem raptem pięć pestek do niego, więc trzeba było bardzo szanować. Filipinka był to czajnik od czarnej kawy, był knocik, trzeba było potrzeć zapałką i rzucić. Jakoś rano, spać mi się chce, ale słyszę niemiecką rozmowę, łeb wystawiam, patrzę, trzech szkopów stoi pode mną, no to dawaj! Łup! Huk, myślałem, że wyskoczę z tego balkonu, kurzu do diabła, patrzę, kurz troszkę opadł, a trzech szkopów ucieka, bo ta filipinka to diabła warta była. To [było] śmieszne. Potem zlazłem z tego balkonu, a Zbyszek mówi: „I co?” „Do diabła!” Potem drugi był wypadek. „Ognisty” do nas wpada: „Chłopaki, straszny atak Niemców na Bank Polski. - Tam siedział kapitan Zdan czy Zan i Łukasiński. To wszystko było w naszym pododcinku „Gozdawy”. – „Trzeba wspomóc chłopaków. Kto na ochotnika?” Naturalnie ja i „Waf” żeśmy się zgłosili, jeszcze któryś [z chłopaków], polecieliśmy. Po jednej stronie Bielańskiej [były] prywatne ruiny i tam Niemcy byli, a myśmy w banku siedzieli. Niemcy wdarli się do hali kasowej, w której były drewniane przedziały kasowe, więc oni po jednej stronie a my [po drugiej] i tak wymienialiśmy się, jakieś jajeczko się rzuciło, oni do nas. W końcu niemożliwym było ich wyprzeć. Wtedy „Ognisty” dał rozkaz, żeby przynieść dynamit. To nasze oddziały wysadziły tę część Banku Polskiego, z tymi szkopami żeśmy to wysadzili, to nie Niemcy, to myśmy. […]

Jeszcze jeden wypadek, od strony Wierzbowej dwa czołgi, „pantera” i coś jeszcze. Paskudna sprawa, jak [człowiek] siedzi na barykadzie i raptem widzi gąsienicę nad sobą. Czyli głupia sprawa jest. Dzisiaj sobie żartuję, ale przedtem mi nie było do żartów zupełnie. Był taki gnojek, przepraszam za wyrażenie, miał dziewięć lat. Czołg się zatrzymał. Jak on się tam dostał, to nie wiem, w każdym razie wlazł na niego i rzucił wiązkę granatów do środka. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, jak to było, nie wiem. Wszyscy zgłupieli, Niemcy też, bo jak rąbnął do środka, to tam się pasztet zrobił. Jak zeskoczył, to dopiero w bramie się rozpłakał, [miał] dziewięć lat. Drugi [czołg] się cofnął, a ten czołg stał, był jeszcze jak wszedłem w styczniu do Warszawy, polazłem na Starówę, to jeszcze był, Niemcy go nie uprzątnęli, nie wiem, dlaczego, ten wrak, ruiny czołgu stały.

Któregoś dnia otrzymałem rozkaz, żeby pójść na patrol na przedpole. Raczej chodziliśmy ze Zbyszkiem „Wafem”, to był jego pseudonim, był dowódcą drużyny, a ja byłem jego zastępcą. Trzeba powiedzieć na marginesie, że z mojego plutonu zostałem ja jeden, nie ma już nikogo, jestem ostatni. Pytam się czasami, co ja tu jeszcze robię, już czas pójść stąd. Dostaliśmy ten rozkaz, ja, Zbyszek i był taki młody chłopak Konrad, miał czternaście lat: „>, to ja pójdę z wami.” „No, chodź.”. Wychodzimy już i taka łączniczka Marysia: „Gdzie idziecie?” „Idziemy na przedpole.” „To pójdę razem z wami.” Mówię: „Co będziesz się z babami?” „Chodź.” „Dobra, idziemy.” Poszliśmy. Szliśmy w kierunku Hipoteki, dzisiaj jest inaczej, bo dzisiaj jest Trasa W-Z, kiedyś tego nie było, było przejście koło Spisa, tędy się szło na Hipotekę. Z tyłu Hipoteki wychodzimy, mieliśmy iść dalej w tamtą stronę. Ta brama dzisiaj jest wiecznie zamknięta. Wtedy tej bramy nie było. Wychodzimy na tyły idziemy, ja idę z jednej strony, pośrodku jest „Maluch” Konrad i „Waf”, a Maryśka idzie parę kroków przed nami. Wychodzimy na tyły Hipoteki i w pewnym momencie słychać trzask i Konrad się wali. A idziemy obok siebie. Był dosyć wysoki, chociaż młody chłopak. „Co się dzieje?” W tym momencie żeśmy upadli, bo idzie seria za serią. On się wije, nie ma jak go wyciągnąć, trzeba jakieś nosze. Skoczyliśmy z „Wafem” na zaplecze, wzięliśmy nosze, wychodzimy, patrzymy, Maryśka leży. O rany boskie! Maryśkę żeśmy wciągnęli do Hipoteki, bo ona dostała w nogę, a Konrada na nosze, najpierw do Hipoteki, ale krew mu leci. Pamiętam: „Doktora, cholera!” W holu jak się wchodzi do Hipoteki, to tutaj żeśmy wyciągnęli jakiegoś doktora. Mówi: „Nic wam nie poradzę, bo nie mam czym zupełnie.” A [Konrad] oddycha i krew [leci]. Ponieważ było niedaleko naszej pozycji, więc złapaliśmy z „Wafem” te nosze i polecieliśmy czym prędzej na naszą pozycję. Tam był wzięty do niewoli chirurg niemiecki, esesman. Myśmy położyli Konrada na stole. Mówię: „Słuchaj, jak go nie będziesz ratować, to ci łeb rozwalę.” Mówi: „Strzelaj. Nie jestem w stanie, on ma tu sito. Nic nie będzie.” Zrobił mu tylko jakiś opatrunek. On leży, ja obok niego… Straszne to jest… gasnący młody chłopak… zaczynały mu się szklić oczy… Do dzisiejszego dnia pamiętam, jak mówi: „>, ratuj mnie…”… Straszne… I umarł. Potem żeśmy go pochowali ma dziedzińcu na Senatorskiej. Straszne, nawet nie wiem, jak się nazywał, wiem, że Konrad, chłopak czternaście lat. Potem na tym miejscu, kiedy liberator na Miodowej spadł, kiedyśmy wymontowali enkaem i pestki, takie grube po byku. Ale tych pestek było niewiele, taśmy też. Rusznikarz na Starówce zamontował ten enkaem, żeśmy postawili to. Nadleciały sztukasy, a tutaj buch! Oni zrobili koło, za kilka godzin przylecieli, jak nam doładowali. Dziewczyny akurat niosły zupę, to jak nam doładowali na pozycji, to nam się odechciało wszystkiego. Teraz ten enkaem jest w kościele na Czerniakowie, jak jest [ulica] Górnośląska i Przemysłowa, on jest wbudowany w ścianie. Ludzie przechodzą i nie wiedzą, skąd to jest, a to stamtąd. Ostatni epizod to przebicie się, to osobna sprawa. Różnie mówią, że „Sosna” się spóźnił, nie dał wsparcia „Zośce”. Nie. Po to, żeby „Zośka” poszła Senatorską, to myśmy dostali rozkaz uderzenia od strony tu, gdzie dzisiaj jest pałac Radziwiłłów, gdzie jest Muzeum Niepodległości […], tutaj na Trasie W-Z, na wylocie Bielańskiej był taki mur i dziura. Myśmy przez tę dziurę. Wszystkie oddziały zgrupowane były właśnie w Banku Polskim. Stamtąd żeśmy skakali przez tę dziurę, mieliśmy wyskoczyć na Tłomackie i zajść Niemców od drugiej strony. Tutaj było frontalne uderzenie, a myśmy mieli zrobić ubezpieczenie z drugiej strony. Niemcy chyba wiedzieli, bo postawili sobie tam całe gniazdo karabinów maszynowych i tam nie było w ogóle sposobu przejść przez tę dziurę. Mam jeszcze zdjęcie tej dziury. Tam okropna sprawa była. „Prus”, nasz kapitan dostał wtedy w szyję, był ranny. To się wszystko nie udało. „Zośka” przeszła, bo oni się właściwie na dobrą sprawę nie mogli już cofnąć, nie było możliwości, nie mieli innego wyjścia, tylko musieli pójść tamtędy. Broń Boże, nie ujmuję im nic, ale mówi się tylko o tych oddziałach, bo to harcerze, a ciężar „Sosny” to… Trzeba powiedzieć, że myśmy swoich pozycji nie ustąpili do końca. Pozycje „Gozdawy” trzymaliśmy do samego końca. Stare Miasto to był splot oddziałów. O ile na Żoliborzu było jedno zgrupowanie „Żywiciela”, na Mokotowie „Baszta”, na Czerniakowie był „Kryska”, o tyle na Starówce wszystkie oddziały mają swój pomnik. My na Starówce nie mamy nic, tylko jest ogólny pomnik Powstania, ale obrońcom Starówki nie ma. Był „Kuba”, był „Sosna”, potem przyszedł na Starówkę „Radosław” i objął Konwiktorską, potem „Pełka”, potem „Leśnik”, i każdy w randze pułkownika, i każdy miał ambicje. „Wachnowski” naprawdę nie miał łatwego zadania, bo każdy miał ambicje. Do dzisiejszego dnia tak jest, każdy piersi wypina, a zapomina, że krew była jedna. Tylko w zależności od tego, kto ma lepsze wsparcie… Taka rozgoryczonka.

Siedziałem na mojej pozycji. Myśmy mieli siedzieć, bo już schodziły oddziały do kanału, a „Barry”, znajoma postać, stał nad kanałem. Nie puszczał tam nikogo. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego, do cholery ciężkiej, bez broni trzeba było iść, zostawiać broń nad kanałem. Ja jeszcze nie szedłem tamtędy. Jak już szedłem, to wdepnąłem w jakąś maź ludzką, to była twarz, tylko pełno much było na tej twarzy… fatalne to jest… Chłopaki przylecieli po mnie: „Co ty robisz, do cholery ciężkiej?! Chodź!” Właściwie to żeśmy prawie dobijali się do tego, bo Niemcy już byli na placu. Wlazłem w ten kanał. Do dzisiejszego dnia nie mogę się pozbyć [tego wrażenia]. Śmierdziałem cały czas. Miodową fajnie się idzie, jak człowiek wejdzie, to taka cisza. Jak [człowiek] idzie, przepraszam, w tym łajnie, to tylko tak: bul, bul, bul, bul, bul butami. Wstyd mi się przyznać, ale szedłem trochę na bani, bo bym nie wlazł w ten kanał.

Wszyscy mówili, na Starym Mieście nie owało nam cukru, konserwy były ze Stawek. Nie zaznałem głodu. Była jeszcze jedna rzecz, na naszej pozycji była starka. Starka to gorzała. Bo tam były składy Simona Isteckiego, chłopaki czasem szli na bańce. Trzeba było, [bo było] ciężko. Były sytuacje, że człowiek normalnie nie wytrzymałby. Trzeba było widzieć ludzi jak myśmy wychodzili. Mieliśmy się przebić. Trzeba powiedzieć o tej ludności. Ludność Starego Miasta była wspaniała. Oni do nas: „Trzymajcie się, chłopaki.” Sami nie mieli co jeść, ale w bramie na dwóch cegiełkach babina podgrzewała trochę wody: „Dziecko, może jesteś głodny?” Tak się zachowywała ludność Starówki. Jak myśmy opuszczali [Starówkę], mieliśmy się przebić, to oni z wyrzutami: „Dzieciaki! Co? Wy nas opuszczacie?” To było to. Oni w nas wierzyli naprawdę, oni nas trzymali. Mało się o tym pisze, ale ludność Starego Miasta to są wspaniali ludzie… wspaniali ludzie... Taki ogień był, a nigdy nie spotkałem się, żeby ktoś powiedział: „Po coście zrobili Powstanie?” Nigdy, nigdy, to była ludność, czego w Śródmieściu nie zastałem.

Wlazłem w ten kanał, szło się jakoś dziwnie, ogień, karbid… Nie chcę do tego wracać, nie mogę. Do dzisiejszego dnia sam windą nie pojadę. Nie mogłem znieść tej ciasnoty. Jak się idzie Krakowskim, to trzeba łeb niżej, bo tam chyba jest dziewięćdziesiąt centymetrów, centymetrów tego łajna jakoś wyżej, właśnie tu przy Królewskiej… Nie mogę…

  • Pan wyszedł w Śródmieściu?


Tak, na Wareckiej wyszedłem.

  • Tam chyba o wiele lepiej było, prawda?


Wychodziłem, wyciągnęli nas stamtąd, patrzę, szyby, rany boskie! Gdzie my jesteśmy? Facet chodzi, oficerki wyczyszczone, apaszka, kabura, świeży. Rany boskie! Tu człowiek śmierdzi łajnem i wszystkim. Zaprowadzili nas na Chmielną do łaźni, tośmy się myli, śmierdziało to wszystko, rany boskie! Broń Boże, nie ujmuję oddziałom ze Śródmieścia. Wyłazimy z tej łaźni, śmierdzi to wszystko, że rany boskie, głodny człowiek jest jak piorun. Na Moniuszki stoi jakiś powstaniec na warcie, chodzi, pilnuje czegoś, a tam się pali w sklepach. Zbyszek pyta: „Czego ty tu pilnujesz?” „Bo tam są magazyny.” Mówię: „Jakie magazyny? Co tam jest?” „Odzież jest.” „Jak to odzież? Ty pilnujesz jak się pali?” „Tak kazali.” Mówię: „Dalej, do diabła! Nareszcie koszulę jakąś założyć.” Strasznie był obrażony, ale myśmy jednak byli dzicy ludzie: „Won smarkaczu, nie zawracaj głowy!” Nareszcie żeśmy zmienili koszule, przepraszam ze wyrażenie, gacie też, tylko te panterki śmierdziały jak cholera, ale to były nasze.

  • Co pan zrobił z tą panterką, wyrzucił pan ją?


Nie, nie. Śmierdziała, ale to była moja panterka. Dostaliśmy pierwszą kwaterę w siedmiopiętrowej kamienicy na Górskiego. Tutaj to była warownia. Dostaliśmy kwaterę na piątym piętrze. Tam mamy na razie zakwaterować się. Przychodzimy na piąte piętro a na drzwiach, autentycznie, jest mosiężna tabliczka: „Wanda Wasilewska”. Żeśmy mieszkali w autentycznym mieszkaniu Wandy Wasilewskiej. Spało się na byka. Było śmiesznie, bo dziewczyny z nami były, Grażyna mówi: „Słuchajcie, zróbcie coś do żarcia póki nas gdzieś nie przydzielą.” Jeden z drugim gdzieś poszedł, w końcu do mnie przychodzi: „Chodź, >, tutaj jest kino >, a tam jakaś kawiarnia jest.” „Kawiarnia?” Przychodzimy, a tam z kotła dają kluski z sosem pomidorowym, ale w takich szklaneczkach. Człowiek jest głodny, opędzlował tę szklaneczkę. Jeszcze w drodze wyjątku dostaliśmy po tej [szklaneczce], ale już trzeci raz nie. Żeśmy zrobili awanturę i w końcu ten kocioł żeśmy opędzlowali. Jednak mimo wszystko ogień z człowieka robi dzikiego. Potem przychodzi porucznik po rozmowie z komendą: „Chłopaki, zwijamy się.” „Gdzie?” „Idziemy na Czerniaki.” Nasz pluton został przydzielony do dyspozycji „Radosława”. Na Czerniakowie fajno, jeszcze nic nie zburzone, działki, pomidory rosną, prujemy na to. Żeśmy tam przyszli. Nasza kwatera była na Śniegockiej 10, a nasza pozycja była pierwsza na Zagórnej. Przeżyłem Zagórną. Byłem w momencie, kiedy „Radosław” opuszczał Czerniaków, kiedy schodził do kanału na rogu Idźkowskiego i chyba Przemysłowej. Miałem cholerny żal do niego, wszyscyśmy mieli żal. Jak to? Nasz dowódca nas opuszcza, a my tutaj zostajemy? Miałem bardzo wielki żal… Nie podobało mi się to. Stamtąd przeżyłem Okrąg 2, nie trzeba mówić, jeżeli ktoś wie. Wybuch goliata od strony Wilanowskiej. Tam „Czata” stał. Pantery były brudne, opaski właściwie się zrolowały, to nie bardzo było widać. Jak szkopy wpadli, a był cholerny dym, to [człowiek słyszał] nawoływanie Hans! Hans! Hans! To się wszystko pomieszało, myśmy nie wiedzieli, jeden do drugiego rzucał jajka, tu wybuchło, tam wybuchło.

Tam doczekałem się lądowania berlingowców. Przyszli, kiedy byłem na Okrąg 2. Chłopaki w ogóle nie byli przygotowani do walk ulicznych, kompletnie. Od strony Ludnej, po jednej stronie Niemcy, a my po drugiej stronie. Nie wyobrażali sobie, że może być tak blisko. Jeden z drugim w okno wylazł: „Gdzież masz tych Niemców?” i tylko zdążył to powiedzieć, już go nie było. Mieli ze sobą rusznice przeciwpancerne. Dostali rozkaz [siedzieć] w piwnicach, w suterynach obserwować z tymi rusznicami. Niemcy podpuścili czołgi, wprowadzili goliata. Goliat to jest pięćdziesiąt kilo trotylu. Siedzimy w suterynach w oknach, a chłopak wysunął tę rusznicę i podpuścił tego goliata. Do niego można było strzelać, ale z pewnej odległości. Na ogół liczyło się na to, że ktoś z chłopaków jakoś się wyczołga i go odetnie. To graniczyło z pozbawieniem życia, ale na to się liczyło, że się go odetnie i czołg nie będzie mógł go prowadzić, a my zyskamy amunicję. Były takie wypadki, zresztą na Starówie. Ale ten go podpuścił bardzo blisko i wygarnął do niego. Wybuch był okropny. Nas wszystkich wysadziło od okien do góry. To był taki incydent.

Ale Niemcy jednak wprowadzili w bramę od strony Wilanowskiej goliata, wywalili nam skrzydło i wdarli się na Okrąg 2. Właściwie to była walka wręcz. To paskudna rzecz jest wrzucanie do pokoju czegoś, co wybucha. Naturalnie napór był straszliwy, żeśmy się wycofali na Wilanowską, chyba 18. To straszna rzecz jest, był wykop, który się przeskakiwało i tam [była] ludność cywilna z dziećmi, ze wszystkim, nie można było przeskoczyć, żar, strzały, Niemcy, wybuchy, granaty, cholera wie co. W końcu zapadliśmy wieczorem już w piwnicach i czekamy, co dalej. Był u kapitana jakiś łącznik zza Wisły. Jak czołgi niemieckie nas atakowały, to on podawał pozycje i zza Wisły strzelali artylerią. Trzeba powiedzieć, że strzelali bardzo skutecznie. Jak człowiek siedział w piwnicy, słyszał chrzęst gąsienic na bruku i wybuch. Nie wiem jak, ale tak namierzał, że rzeczywiście tłukli na ulicy. Ale nas tam Niemcy ścisnęli. W nocy przychodzi rozkaz od kapitana, że wycofujemy się nad Wisłę, ażeby utrzymać przyczółek do końca, bo w dalszym ciągu żeśmy spodziewali się, że będą lądowały wojska zza Wisły albo, że częściowo my się będziemy mogli jakoś ewakuować, że przyjdą pontony. Ale nic takiego nie było. Przyszedł rozkaz, żeby się przedzierać w kierunku Wisły. Ale gdzie? Środkiem Wilanowskiej. Po jednej i po drugiej stronie w tych domach [byli] Niemcy. Nie miał [człowiek] wyboru, trzeba było środkiem. Pierwszy etap naszego zatrzymania był na Wilanowskiej 5, gdzie stał Łatyszonek, Rosjanin. Tam też był jakiś szpital, było bardzo dużo rannych. Najpierw trzeba było opuścić te domy, więc trzeba było przeskoczyć przez piwnice, żeby się wydostać na tę ulicę. Rozkaz: „W kierunku Wisły, rannych nie bierzemy, po drodze nikogo, kto upadnie, to już trudno, nie wolno się schylać, prujemy na Wisłę.” Trzeba było przeskakiwać, a w piwnicach pełno rannych, ciemno, więc [człowiek] przeskakuje i nie wie, na co. [Ktoś] krzyczy: „O rany boskie! Mój brzuch!” [Człowiek] przeskakując czasami na kogoś czy na coś nadepnął. Też: „Jak to? Opuszczacie nas? Przecież nas tutaj Niemcy wymordują.” Wyskoczyliśmy na Wilanowską. Biegiem. Jakaś Wanda była koło mnie, nie wiem, kto to był, [mówi]: „Będę się ciebie trzymać.” „Trzymaj się mnie.” Jak wyskoczyłem na środek, słyszę, że pojedyncze jakieś blaszanki, więc odbezpieczyłem, kropnąłem granat w jedną i w drugą stronę i do przodu. Ostrzał był straszliwy. Właściwie strzelali ze świetlnych pocisków, tak że koło nas właściwie [były] takie smugi, nie wiem, jak myśmy przeszli, to jakiś cud. Tak żeśmy wpadli do Łatyszonka, to był Rosjanin, który po rosyjsku Chodzi! Stamtąd przeskoczyliśmy, na końcu Wilanowska wpadała do ulicy Solec, a tam były jakieś warsztaty mechaniczne. Myśmy tam wpadli na, można to nazwać, odpoczynek przed skokiem na Wisłę. Tutaj przyszedł „Motyl”, [czyli] Ścibor: „Chłopaki, trzymajcie się.” Mówię: „Panie kapitanie, jak Boga kocham.” - on jest generał, ale dla mnie zawsze był kapitanem. Nie wiem, czy przepłynął Wisłę czy nie. Straszny był ostrzał granatników. Ze Zdziśkiem chcieliśmy przeskoczyć nad Wisłę. Przypadliśmy, tam dzisiaj jest szosa, a przedtem to była droga wybita brukowcami, było dużo zieleni, trawy. […] Jeszcze przedtem kiedyśmy zajęli te warsztaty, przyszedł rozkaz obrony, bo Niemcy nacierali od strony miasta z tyłu na Solec. Przyszedł rozkaz, żeby stawić czoło, żeby można było się ewakuować na Wisłę. Ale strasznie dużo było cywilów, bo ci ludzie też chcieli na Wisłę, jakieś babcie, jakieś dziadki, z wnuczkami, z bobasami. Oni nam przeszkadzali, bo trzeba było przeskakiwać z okna do okna, bo tutaj Niemcy atakują. Oni nam przeszkadzali i przyszedł rozkaz, żeby opróżnić sale z tych cywilów. Wstyd się przyznać, ale ten żołnierz, który przeszedł już Starówę, to był jednak dziki. To był żołnierz, który nie znał słowa pardon . Pamiętam, był sierżant i babcia z takim wnuczkiem: „Uciekaj pani na schody!” Nie wiem, czy babcia dobrze zrozumiała czy nie, w każdym razie wyszła. Na przedpolu był duże podwórze otoczone domami, ruinami, tam byli Niemcy. Ona wyszła z tym dzieciakiem na podwórze. To dziecko miało cztery, pięć lat. Myśmy siedzieli w oknach, to były duże fabryczne okna. I cisza, myśmy przestali, my nic i Niemcy też nie, a ta babcia na środku. W pewnym momencie jakiś szkop złożył się i tę babcię zastrzelił na naszych oczach. Babcia upadła. Proszę sobie wyobrazić taki widoczek, tutaj otoczone, palą się okna, babcia leży i wnuczek siedzi i płacze: „Babciu, babciu, babciu!” Ani nie można podejść do tego wnuczka, babcia zabita. Ten wnuczek płacze… W pewnym momencie strzał, wnuczka też zabili… To taki obrazek…. Do dzisiejszego dnia utkwiły mi takie obrazki. Jak żeśmy przeskakiwali, to też babcia szła i niosła kubeł wody. Zdzisiek powiada: „Pić mi się chce.” Babcię poprosił, a tutaj granatniki. Proszę sobie wyobrazić siatkę o dużych oczkach, to wieczorem nad Wisłą, nad wodą była taka siatka ze świetlnych pocisków. Trudno było płynąć. Zdzisiek zaczął pić, w tym momencie trzepnął granat, łeb odwracam, babci nie ma, kubła nie ma i Zdziśka nie ma. Nie wiem, nie potrafię powiedzieć, co się stało ze Zdziśkiem. Przeskoczyłem dalej nad Wisłę. Nad Wisłą obraz straszny. Po lądowaniu wojsk, rożnie się o nich mówi, ale walczyłem z nimi na jednej barykadzie. Tam nie było wtedy ich dowódcy albo dowódcy naszego. To byli już mieszani ludzie, nie było ty byłeś tu a ja tutaj, nie. Myśmy siedzieli wszyscy. Nasz dowódca nimi dowodził, a myśmy się słuchali ich. Tam była jedna krew. Dzisiaj te wszystkie gadki szmatki, że to nie Polacy, to nie to jest. Oni tam się nie znaleźli ze swojej własnej przyczyny. Nie, nie, nie bronię ich. Nie byłem w żadnej partii przez cały czas i nie będę chyba już. Ale nie mogę zamknąć oczu na pewne rzeczy, które widziałem sam. Przy lądowaniu tylu ich nabili, że na zboczach, na skarpach… chyba więcej takich trupów nie życzę sobie widzieć i tyle. Przed wojną kursował po Wiśle pasażerski statek, nazywał się „Bajka”. „Bajka” była do połowy zatopiona, nie wiem, czy skutkiem działań wojennych. Pokład górny był nad wodą i pomost, na który kiedyś się wchodziło po trapie też był nad wodą, [statek] był nachylony. Przeskoczyłem na „Bajkę”, gdzie już było kilku chłopaków. Żeśmy tam przeskoczyli z zamiarem, żeby płynąć na drugą stronę. Niemcy nie bardzo mogli nas dosięgnąć z czołgów, przenosili nad nami, bo „Bajka” stała w dole. Tłukli w nas granatnikami. Jak czołgi podchodziły, to myśmy krzyczeli na drugą stronę: „Ognia!” I oni tłukli. Oni nas słyszeli, myśmy przez Wisłę rozmawiali, ale myśmy byli po tej stronie a oni po tamtej. Zbliżała się noc. Wieczorem z tych ruin, proszę sobie wyobrazić taki widoczek, z Solca, z tych spalonych domów wychodzą ludzie, matki z dziećmi, z bobasami na tę „Bajkę” po to, żeby przepłynąć na drugą stronę. Co kto mógł, jakąś deskę, miotłę, kij, do pleców tym dzieciom, sobie i wpław. Naturalnie na dno poszło tam bardzo dużo [ludzi]. Byłem nawet w pontonie, ale ponieważ nie byłem ranny, „Kryskę” tam wieźli, to nie mogłem skorzystać z pontonu wtedy. Bywały różne sytuacje, różnie się ludzie zachowywali, wyciągali jakieś stare łajby. Te łodzie były poszatkowane przez odłamki, ale ludzie zatykali je jakimiś koszulami, spuszczali na wodę, żeby [dostać się] na drugą stronę. Patrzę, że jeden z moich kolegów też z innymi targa tę łódź i już spuścili na wodę, już płyną, więc rzuciłem się również w wodę, umiałem pływać. Ostrzał straszliwy, bo właściwie [było] biało od tych pocisków. Uchwyciłem się tej łodzi. On mnie odtrącił: „>, odczep się, bo się utopimy.”… Takie zachowania też były, różne… Nie trzeba się dziwić, ja się nie dziwiłem temu potem, początkowo tak. Puściłem tę łódź. Ale przez te kilka dni nie miałem nic w ustach tylko [niezrozumiałe] z cukrem i wodę z Wisły, nie miałem siły. W wodzie złapał mnie kurcz w obie nogi, tak że poszedłbym na dno, ale ktoś mnie bosakiem za majtki złapał, wyciągnęli mnie. Ale jeszcze byłem w panterce. Były jeszcze jakieś jajka włoskie, to są granaty, gładkie, one były zaczepne, to nie były obronne, poszatkowane jak te angielskie zrzutowe. Na „Bajce” były schody z jednego pomostu na drugi. Demontowali te schody i na tych schodach niektórzy zamierzali przepłynąć. Naturalnie te schody poszły na dno i ci ludzie razem z nimi. Myśmy się próbowali jakoś ustawić, że jeszcze to, co było do strzelania, żeby się bronić w razie ataku Niemców, sami żeśmy już nie mieli siły atakować, ale staraliśmy się. Gdzieś o godzinie dziesiątej Halt! Halt! Halt! Raus!, już są. Raus, raus! Zdążyłem tylko zrzucić z siebie panterkę, jajka żeśmy powrzucali do Wisły. […] Który był jeszcze w panterce, [to zdjął] i wyłazimy. Ręce Hande hoch!. Jestem w białej koszuli, na nogach miałem niemieckie buty. Wlazłem na trap.

Pierwsza rzecz, dostałem w pysk kolbą Polnische Banditen. Ustawiono nas na brzegu skarpy. Naturalnie pierwsza rzecz, to była rewizja, co kto miał. Zerwano mi medalik i jeszcze dostałem w pysk. Ktoś miał obrączkę, nie mógł zdjąć, to mu obcięli palec z tym. Po drugiej stronie wojsko polskie nie bardzo sobie zdawało sprawę, kto tam jest. Widzieli, że tam są jacyś, myśleli, że to Niemcy, więc dla przykładu, dla świętego spokoju posunęli serię po nas wszystkich stojących. Nie wiedzieli… Był jakiś ksiądz, którego rewidowali, potem zaprowadzili go nad Wisłę, strzał, chlup, księdza nie ma. Nie będę mówił o szczegółach, bo to nie ma co. Prowadzili nas potem koło kościoła Świętej Trójcy na rogu Wilanowskiej i Solca. W płonącym [domu] na Wilanowskiej 1 jeszcze się „Zośka” broniła, wymordowali wszystkich właściwie. Potem na piechotkę szliśmy Solcem. Za mostem w stronę Ludnej do dzisiejszego dnia stoi figura Matki Boskiej, myśmy szli u jej stóp popędzani w dzikich wrzaskach, którego mogli, to zastrzelili.

[…] Dookoła te domy się palą, czerwone to wszystko, figura cała czerwona, my ranni pędzeni przez dzikich esesmanów, strzały. To są takie obrazki…[…] Staram się to wszystko oddać w tym, co rysuję. Borucki Cynk Apolinary, herb „Ogończyk”, kapral podchorąży Armii Krajowej, pseudonim „Boruta”, urodzony 12 maja 1925 roku, zgrupowanie „Sosny”, Batalion „Gozdawy”, Kompania „Orląt”, pluton C7. Dzielnice, w których walczyłem: Wola, Stare Miasto, Czerniaków, Kampinos.

  • Mamy kontynuację naszego wywiadu, ale zanim jeszcze dojdziemy do tego momentu, w którym skończyliśmy, proszę opowiedzieć troszkę o Starówce.


Wracając do wywiadu poprzedniego z 23 [stycznia] trzeba powiedzieć, na naszej pozycji zginął Baczyński. Dużą frajdę mieliśmy, kiedy niemieckie sztukasy pomyliły się. Ponieważ nasze pozycje były bardzo blisko, ponieważ Ratusz i Teatr Wielki były naprzeciwko, tak że odległość była stosunkowo niewielka i kiedy nadleciały niemieckie samoloty, pomylili się i władowali piguły nie nam, tylko w Teatr Wielki. Tam doładowali swoim. Bardzośmy się cieszyli z tego tytułu.

Teraz muszę powiedzieć, pociski moździerzowe, właściwie w całej Warszawie, były nazwane „krowy”, natomiast my na Starym Mieście nazywaliśmy je „szafy”. Skąd to się wzięło? To ja jestem autorem tych „szaf”. Otóż, pierwsze pociski, pierwsze „szafy” spadły w okolicy Nowego Miasta, na rynku. Myśmy byli wtedy na kwaterze na Świętojerskiej. Przed Powstaniem miałem doskonałe papiery, pracowałem w stolarni, gdzie były montowane szafy ubraniowe. Taką szafę ubraniową jak się przesuwało po podłodze, to ona wydawała charakterystyczny zgrzyt, zupełnie podobny [do pocisku]. Kiedy usłyszałem ten świst i zgrzyt, krzyknąłem: „Szafy!” To momentalnie poszło na całe Stare Miasto. Tak że jak następne szafy leciały, to w innych zupełnie zgrupowaniach [krzyczeli]: „Szafy!” Właściwie, jakby się zapytać, dlaczego szafy, nikt by nie powiedział. Autentycznie, nikt by nie powiedział. Krowa ryczy, ale co ma do tego szafa? Otóż, naprawdę, absolutnie jestem autorem tego [określenia]. Trzeba jeszcze powiedzieć, bo to się już zapomniało. Śródmieście i wszystkie inne dzielnice [snajperów] nazywały „gołębiarzami”, myśmy nazywali [ich] „lunatycy”. Nie było „gołębiarzy”, myśmy na Starówce nazywali ich „lunatykami”.

Trzeba jeszcze powiedzieć, że chyba cudem pani ze mną teraz rozmawia. Nasz oddział, z racji tego, że dowódca naszego oddziału porucznik „Wiktor” był przedwojennym oficerem broni pancernej, tak że myśmy byli właściwie kompanią motorową. Kiedy wprowadzili na podwale czołg-minę, to do nas przyszło zawiadomienie, żebyśmy się tym czołgiem zainteresowali, przejęli i go używali. „Wiktor” mówi: „Boruta, chodź, idziemy.” Myśmy wyleźli i szliśmy. Doszliśmy do rogu Podwala i Długiej i w tym momencie nastąpił wybuch. Gdyby jeszcze kilka kroków dalej, to byśmy dzisiaj nie rozmawiali. Nie będę mówił, bo każdy już wie, co to tam było, że nogi na balkonie, głowy gdzieś tam, i tak dalej. Po prostu cudem jakoś [przeżyłem]. Muszę powiedzieć, że po przyjściu do Śródmieścia zostałem przedstawiony do Krzyża Walecznych. Nie udało mi się rozkazu [otrzymać], dlatego, że dostaliśmy rozkaz pójść na Czerniaków i to się rozmydliło. Ale faktycznie zostałem przedstawiony i mam prawo nosić Krzyż. Muszę powiedzieć, bo to jest dla mnie bardzo ważna sprawa. Mianowicie, 14 września, jakoś z rana, Niemcy wysadzili mosty na Wiśle. Powiem szczerze, że bardzo to przeżyłem, bo po tych mostach, człowiek jak był młody, chodził. Widok wysadzonego mostu, mojego mostu, mojego miasta, strasznie przeżyłem. Nie mogłem się uspokoić, że te mosty zostały na moich oczach wysadzone. Trzeba powiedzieć o pomocy, którą myśmy dostawali. Myśmy dostawali broń, a amunicja jakoś wędrowała na Mokotowie, akurat nie w tym miejscu. Ale dostawaliśmy i kaszę, która się na przykład z worka sypała po dachu albo konserwy, które spadały z samolotu i trzeba było zbierać z bruku.

  • Były bez spadochronu?


Oczywiście! Nie dosyć, że [pomoc], to jeszcze spadochron? Ale niby to jakaś pomoc. To trzeba powiedzieć. Teraz już przejdę konkretnie do punktu, w którym zakończyłem [poprzedni] wywiad. Kiedy Niemcy nas pędzili ulicą Solec do czerwonego Krzyża, dzisiaj ta ulica nazywa się Jaracza. Zapędzili nas na placyk, dzisiaj tam jest parking obok [Teatru] „Ateneum”. Wpędzili nas na ten placyk, ustawili nas na tle muru i wtedy dopiero zrozumiałem, że to chyba koniec jest. Vis a vis nas były trzy karabiny maszynowe, przy których leżeli Niemcy gotowi do strzału. Wyglądało to tak, że przyprowadzili nas po to, żeby nas tam rozstrzelać. Dzisiaj jak tam przechodzę, to zawsze mi skóra cierpnie. Właściwie czekałem na to, że to są ostatnie moje minuty. Głupia sprawa, bo człowiekowi się właściwie całe życie przedstawia, matka, siostra, moja dziewczyna. I taki żal, nawet pluskwy, które były w otomanie i które matka tępiła. Wszystko od razu stanęło mi w oczach. Wtedy żal, że to jest koniec. W ostatnim momencie, mówię „Pod Twoją obronę”, musi się coś stać. Wiarę miałem, tak wierzyłem, że jednak ta egzekucja nie nastąpi. W ostatnim momencie wpadł jakiś esesman, oficer niemiecki, coś zaczął się wydzierać i nas wypędzili z tego placu, ustawili nas w szereg i popędzili nas przez ruiny Warszawy. I znowuż jakoś wylazłem. Straszne wrażenie zrobiło na mnie to wtedy, kiedy myśmy szli przez ulice Warszawy, taki obdarty tłum, ranni jeszcze. Przez Chłodną żeśmy szli, patrzę, nasza chałupa spalona. To już była właściwie noc.

Zapędzili nas na Wolę do kościoła Świętego Stanisława, tylko tak się mówi, że Świętego Wojciecha. Po wojnie się dowiedziałem, że tam właściwie była jakaś filia obozu koncentracyjnego. Zapędzili nas do podziemi tego kościoła, zatrzasnęli drzwi. Za parę minut drzwi się otworzyły, wpadły psy, esesmani. [Słychać było] krzyk gryzionego człowieka, gwałcili jakąś kobietę. A mi już tak było wszystko jedno właściwie. Stał tam konfesjonał, wlazłem do niego i usnąłem z tego wszystkiego. Rano wypędzili nas na dziedziniec. Tam, jest jeszcze to ogrodzenie na tle budynku parafii. Tam siedziało gestapo, które przesłuchiwało niektórych wybranych. Nas ustawiono, osobno kobiety, osobno mężczyźni. Jeszcze było wojsko żołnierzy Berlinga. Oni byli troszkę inaczej traktowani, bo my jako bandyci a oni jako żołnierze. Postawili nas vis a vis siebie, a pośrodku chodził jakiś Niemiec w czarnym uniformie, przechadzał się z taką szpicrutą. A ja byłem w białej koszuli i miałem buty niemieckie, dobre buty z cholewami. A ci żołnierze z reguły mieli buty bardzo słabe. Niemiec sobie upatrzył jakiegoś młodego chłopaka i wskazał na mnie, żebym zamienił się butami. I do mnie przyszedł. Też się bał. Mówię: „Nie, nie dam ci tych butów. Nie dam ci.” To zobaczył Niemiec, od razu Komm, pod ścianą mnie [ustawił]. Takich nas wybrańców było jedenastu, ale niedaleko tego szeregu, z którego mnie Niemiec wybrał. Co pewien czas kogoś z tej jedenastki wzywają do tego budynku, gdzie teraz mieści się parafia. On powraca, ale strasznie pobity jest. Jakoś mi się udało, że jakoś się przesuwałem, przesuwałem, jakoś uniknąłem tego badania. W końcu ten Niemiec się pyta: „Czy wszyscy zostali zbadani?” Nie odezwałem się wtedy. Myślę sobie: „Jak mają mnie rozłupać, to po cóż mają jeszcze tłuc?” I się uspokoił i dalej chodził sobie między tymi szeregami. A ja zobaczyłem, że w tym szeregu, z którego mnie Niemiec wziął, jest mój dowódca „Wiktor”, w jakimś płaszczu. Mrugnął na mnie, ja też. Zacząłem się przesuwać do tegoż szeregu, gdzie on był. Korzystając z nieuwagi Niemca, przeskoczyłem tam. On nakrył mnie tym płaszczem i w tym momencie jakiś Niemiec Raus, raus! Ustawili nas momentalnie w szereg i pognali nas na ulicę. W momencie, kiedy przechodziłem przez bramę, usłyszałem serię z karabinów i pistoletów. Potem się dowiedziałem, że tych wszystkich rozwalili, poza mną. Znowuż jakoś mi się udało.

Podzielili nas na grupy. Jedna grupa, która była ustawiona do wymarszu gdzieś tam, do jakiegoś transportu, a nas jedenastu wybrali chyba do rozstrzelania. Tak że mi się jakoś udało. Trzeba do końca walczyć o życie. Pognali nas szosą w kierunku Błonia. Byli też ranni, których trzeba było dźwigać. Prowadziło nas SS, więc kto nie mógł, kto nie miał siły, to dobili go. Tak że tu wzdłuż tej szosy w kierunku Błonia, dzisiaj chyba nie ma tych rowów melioracyjnych, ale w tych rowach masę było takich. Pędzili nas do Błonia. Mi wtedy już kiełkowało: „Jak to? Jestem w Polsce, żebym się dał jak baran wywieźć? Muszę coś ze sobą zrobić.” Razem z porucznikiem żeśmy szli. Tak żeśmy doszli do Błonia. Tam była jakaś cegielnia, piec do wypalania cegły. Zapędzili nas tam wszystkich, nie było tam żadnej słomy, tylko na glinie każdy się położył i momentalnie człowiek zasnął. Rano wypędzili nas z tego pieca. Popatrzyłem, że nie ma esesmanów, tylko wehrmachtowcy. To był pierwszy sygnał, że można myśleć o wolności. Dali nam coś jeść. Wtedy pomyślałem sobie: „No, trzeba myśleć jakoś.” Ustawili nas w szereg i pędzą, widocznie w kierunku stacji na transport. Ludzie cywilni widzieli, że to idą gdzieś na transport, więc co kto mógł to dawał, a to chleb, a to coś do picia. Naturalnie wszyscy byli głodni, więc ten i ów chciał się przede wszystkim jakoś zaprowiantować. Ja, przechodząc obok jakiejś ulicy, była taka uliczka pomiędzy domami, pociągnąłem porucznika za ramię i mówię: „Jazda!” I w nogi. Wpadliśmy między domy. Była jakaś stolarnia, gdzieś między jakieś deski, za nami Niemcy. Ale jakoś myśmy się ukryli. Były jakieś otwory w tej podłodze. Nie wiem, potem żeśmy wyjść nie mogli. Ale w pierwszej chwili żeśmy się tam władowali, ja i porucznik. Weszliśmy pod tę podłogę w jakiś otwór. Tam żeśmy niemalże przestali oddychać. Niemcy szukali, szukali, ale nie znaleźli nas, dali spokój. Myśmy tam siedzieli chyba jeszcze z godzinę czasu. W pewnej chwili ktoś otwiera drzwi do tego warsztatu i powiada: „Wychodźcie, tu Armia Krajowa z Błonie. Wychodźcie, bo to jest niemiecka stolarnia i jak przyjdą, to was tutaj zatłuką, więc wyłaźcie.” Ale żaden z nas nie wierzył, oni nas prosili chyba dobre pół godziny. Myśmy siedzieli, a w końcu mówię do porucznika: „Chodź, ‘Wiktor’, wyłazimy.” Żeśmy wyszli. Tylko nie można było wyjść, więc musieli demontować deski z podłogi, żeby nas stamtąd wyjęli. Nie wiem, jak myśmy weszli tam, nie mam pojęcia. Zaprowadzili nas na strych, zamknęli, przynieśli jedzenie, naturalnie jeszcze bimber też. Tam jakoś żeśmy się pomyli, dali nam jeść, troszkę żeśmy sobie pospali. Wieczorem, już było ciemno, drzwi się otwierają, wchodzi dwóch młodych chłopaków. Jeden ma szmajsera, drugi ma szmajsera, mówią: „Idziemy.” „Gdzie idziemy?” „Do Kampinosu.” „Dobra.” Mogłem nie pójść, ale w głowie mi nie świtało, żebym skończył walkę, to było nie pojęte. W dalszym ciągu czułem się żołnierzem i pragnąłem walczyć, myśmy z porucznikiem dalej chcieli walczyć. Więc jak się trafiło, że idziemy do Kampinosu, to: „Dawaj, idziemy.” Kampinos był wtedy już otoczony przez Niemców i jak się szło przez pole, to jak Niemcy puszczali falrę, świecę do oświetlenia, to trzeba było stanąć, nie wolno było się ruszać, bo wtedy się zdradzało, że ktoś się rusza. Jakoś myśmy szli przez Leszno, nie wiem jak to było. W każdym razie doszliśmy do lasu, dochodzimy do drzew: „Stój! Kto idzie?” No, to już jesteśmy w porządku. Hasło podali, oni wiedzieli, jakie. Przyprowadzili nas na Wiersze, gdzie było dowództwo Kampinosu. Dowódcą był major „Okoń”. Wprowadzili nas do takiego murowanego budyneczku, zameldowaliśmy się. „Okoń” pyta się: „Macie broń?” „Jak to broń? Myśmy uciekli.” „To po diabła żeście przyszli?” Takie było jego przywitanie. Ale potem przydzielił nas na pozycje do Brzozówki, niedługo żeśmy tam walczyli. W końcu, to był chyba dwudziesty drugi, kiedy w Kampinosie się znalazłem. Takie były tam niektóre śmiesznoty. Tam były wojska partyzanckie „Doliny”, który przywędrował spod Wilna. Litwiniuki, sympatyczny naród, ale oni wszyscy na koniach. To była cudowna rzecz, cisza, spokój, las, ognisko się pali. Cisza, pierwszy raz od długiego czasu. Nie wiedziałem w ogóle, gdzie się znalazłem na dobrą sprawę, nie wierzyłem temu wszystkiemu. Pamiętam, przy ogniu siedział taki młody chłopak, a obok koń skubał trawę. Mówię do niego: „Słuchaj, daj na chwilę wejść na konia.” „Siadaj.” Wlazłem na tę kobyłę, popatrzyła na mnie, nie chciała się ruszyć. W każdym razie były też przyjemne historie. Mianowicie, jedną drogą przez Kampinos Niemcy jechali na motocyklach, to czujka przy wjeździe do Kampinosu podawała nam, że jedzie motocyklista. Bardzo łatwo było go zdjąć. Od drzewa do drzewa przywiązywało się drut i łepek odpadał, motocykl był gotowy, nie było żadnego problemu. Ale jak kiedyś, to już nie za mnie, ja już to zastałem, mianowicie, jechał jakiś niemiecki propagandowy samochód i zdjęli go nasi w trakcie, kiedy jechał drogą przez Kampinos.

  • Co to znaczy propagandowy?


To było kino niemieckie. Mieli aparat do wyświetlania filmów i tam był wyświetlany dla Niemców film.

  • Taka objazdówka?


Tak. Tam był jakiś idiotyczny niemiecki film, który myśmy puszczali na okrągło, stale, ciurkiem. Kino było. Chłopcy spod Wilna głównie wpatrywali się w te filmy. Bardzo dużo było portretów Hitlera, tak że myśmy tapetowali latryny. Takie przyjemne historie. Myśmy byli pod stałą obserwacją niemieckich samolotów. Samolot obserwacyjny, myśmy go nazywali „mucha”, w języku niemieckim to był Fizelersrtor (fonet.). Któregoś dnia rama się pokazała. To był dwukadłubowiec, obserwacyjny samolot niemiecki. Któryś z chłopaków się złożył z ckm-u i strącili go. O rety! Wszyscy, przynajmniej kamieniami rzucali w ten samolot i rzeczywiście go strącili. Chyba następnego dnia, siedzę na Wierszach i samolot obserwacyjny najpierw się ukazał. Godzina była jakoś w południe. Pomachał skrzydełkami i poleciał. Za jakąś godzinę patrzę, na niebie klucz sztukasów leci. Dwanaście sztuk ich chyba było. Z Warszawy wiedziałem, że jak samoloty, to trzeba krzyczeć: „Lotnik, kryj się!” Ale chłopaki: „Co się wygłupiasz? Na las będą rzucali bomby?” Mówię: „Kryjcie się!” W tym momencie, że kółeczko zaczynają robić. Początkowo myśleliśmy, że cały klucz tych sztukasów leci w kierunku wschodnim, ale nie, one zatoczyły koło. W tym momencie krzyczę: „Lotnik, kryj się!” I co to znaczy szkolenie i zastosowanie się do regulaminu. Kiedy grozi niebezpieczeństwo, to nie można szukać sobie dogodnej kryjówki, tylko pierwsze lepsze zagłębienie, pierwsza lepsza kryjówka, trzeba ją natychmiast wykorzystywać. Wiedziałem o tym, że trzeba się kryć, bo w tym momencie już słyszałem wycie samolotów, więc właściwie trzeba było się kryć gdzieś. Był taki niewielki rów, w którym było trochę wody. Myślę sobie: „Co w tę wodę będę się kładł?” A trzeba było…, trzeba było… „Gdzie ja będę te swoje łachy potem suszył?” W ostatnim momencie położyłem się w nieco płytszej wodzie na brzuchu. Chyba artyleria zaczęła grzać i [samoloty] zaczęły zrzucać ładunek. Straszne to było, te chałupy wiejskie, drzewa, to wszystko stanęło w płomieniach. Rzuciłem okiem, patrzę, ten murowany budynek, gdzie był „Okoń”, w ogóle została z niego kupka gruzu. W tym momencie poczułem jakieś ciepło w rękę. [Samoloty] zrzuciły ładunek, bomby i potem zaczęły nas ostrzeliwać z broni pokładowej. Tak że [zahaczały] kołami o wierzchołki drzew. Plecami do nieba byłem. One odleciały. Ten i ów krzyczy: „Siostra! Siostra! Sanitariuszka!” Podnoszę się i patrzę, a tu krew mi z ręki leci i ręka się gnie, tylko nie w tym miejscu, gdzie staw. Rzeczywiście, dostałem wtedy w rękę. Też zacząłem krzyczeć: „Sanitariuszka!” Porucznik przybiegł: „Co ci?” Mówię, że jestem ranny. Sanitariuszka też przybiegła, ale pierwsza pomoc w tych warunkach, to prawie żadna. Sam trzymałem rękę, położyli mnie na noszach i zanieśli mnie do szpitalika na „Krogulcu”. To była taka chałupka, która sprawowała właściwie rolę szpitalika. A już wtedy przyszedł rozkaz ewakuacji Kampinosu, bo już Niemcy bardzo nas zacieśnili, tak że pociski już się rwały w środku Kampinosu. Trzeba było jak najszybciej opuszczać las, puszczę, bo wojska niemieckie zacieśniały naszą przestrzeń. Wnieśli mnie do pokoju, w którym odbywała się amputacja nogi na żywca jakiejś dziewczynie. Ona się darła jak nieboskie stworzenie, bez narkozy, bez niczego. Piłą zwyczajną amputowali nogę i cześć. Mnie położyli w tym samym pokoju w oczekiwaniu na opatrunek. Ona zemdlała, jakoś starali się ją ocucić. Kiedy ją skończyli, mnie wniesiono z noszami na stół, rozdarli rękaw. Było dwóch doktorów, trzeci to był chyba jakiś sanitariusz. Rozcięli mi rękaw. Popatrzyli, a tu kości na wierzchu właściwie. Jeden z tych lekarzy mówi: „Synu, trudno, będziemy amputowali rękę, bo to jest w takim stanie.” Pomyślałem w tym momencie: „Jak to? Co będę robił bez tej prawej ręki?” I pierwszy odruch, że albo z ręką albo w ogóle nie, skończyć ze sobą. Mówię: „Nie godzę się na to, żebyście mi amputowali rękę.” „Nie wygłupiaj się, trzymajcie go.” Miałem pistolet. Wyciągnąłem pistolet i mówię: „Jak mnie który będzie chciał, to wam walę w łeb i koniec.” Doktor mówi; „Wariat jakiś.” „Co z tobą zrobić?” Mówię: „Usztywnijcie mi rękę na temblak i ładujcie.” Już wozy podjeżdżały, chyba miejscowych jakieś podwody. Nas, rannych, ładowano na tabory i już żeśmy się ewakuowali. Rzeczywiście wpakowali mnie na ten wóz, obok położyli jakiegoś rannego w głowę, który w międzyczasie umarł. I tak żeśmy jechali. Jechaliśmy, jechaliśmy. Po drodze były straszne rzeczy. Myśmy byli przez cały czas prowadzeni z góry przez niemieckie samoloty. Oni dokładnie nas obserwowali, widzieli nas, w biały dzień kolumny wojsk. Po drodze były jakieś małe rzeczki. Podchodzimy pod las, a tam czekają na nas czołgi niemieckie. Podchodzimy, a z lasu wyjeżdżają czołgi, ogień otworzyli i w nas, w tabory. Ale tak było, ze kawaleria „Doliny” szła przed nami, chyba jako szpica, a my z taborami. Ale jak czołgi wyszły z lasu, to oni w tył zwrot i po nas, po tych taborach. Taki było moment, że patrzę, a jakiś pysk koński nade mną. Straszna panika. W pewnej chwili ten wóz się przewrócił, szarża tych kawalerzystów po tych taborach. Mój woźnica widzę, że odprzęga konia, nie chce zostać razem z wozem i chce wiać. Mówię: „Stój, bo cię zatłukę tutaj.” Miałem jeszcze pistolet. Jakoś oporządził ten wóz, wpakował mnie z powrotem do wozu i żeśmy tak jechali. Tak żeśmy dojechali do Jaktorowa w biały dzień. I taka przyjemna historia. Jedziemy, tabory wiozą, nasze wojska, a po drugiej stronie szosy jadą Wegrzy. Więc: „Cześć, cześć.” Doskonale myśmy się [znali], oni nas ostrzegali. Potem Niemcy ich jakoś wycofali, ale początkowo było tak. Myśmy przejechali przez Jaktorów i dojechaliśmy do wsi Zosine Budy pod Jakotorowem. Myśmy mieli całą naszą armię puszczańską przetransportować, mieliśmy przejść do lasów świętokrzyskich w Góry Świętokrzyskie. Doszliśmy do torów, praktycznie biorąc, ja na przykłada, mój wozak i cały szereg, myśmy przeszli przez tory kolejowe Warszawa- Żyrardów. Myśmy przeszli i byliśmy już po drugiej stronie tego toru. Przyszedł rozkaz, że mamy się cofnąć. Myśmy się z powrotem cofnęli. „Okoń” wydał rozkaz. Zamiast korzystać i maszerować w kierunku Gór Świętokrzyskich po przejściu torów kolejowych, to jemu coś do głowy trafiło, że kazał się cofnąć. Wszystkie tabory, całe wojsko cofnęło się. Rozkazał biwak. Myśmy ogniska zaczęli sobie palić, tak jakby nic nie groziło. A Niemcy w nocy podstawili pociąg pancerny, czołgi i czekali. A my z samego rana, co najmniej „Wojenko, wojenko”, rozkaz, idziemy. Wychodzimy z zagajnika, a tu lawina ognia z czołgów, z pancerki, z góry, co tylko. Okropne. To było właściwie morze ognia. „Dolina” ze swoimi ułanami, chłopakami jakoś bokiem przedostał się i przeszedł, a „Okoń” na motocyklu gdzieś jechał, pamiętam jak dzisiaj, koło mnie jechał, siedział w koszu, jeden z chłopaków kierował. Przy przebijaniu się „Okoń” zginął tam w tym motocyklu. Różnie różni mówią, niektórzy nawet mówili, że któryś z naszych żołnierzy go utłukł. Rzeczywiście to był wyjątkowy dowódca, antytalent pod każdym względem. Trudno mi go oceniać, ale wszystkie jego zarządzenia były tego typu.

  • On był w Kampinosie od początku?


Przedtem był kapitan „Szymon”. Był dowódcą Kampinosu, ale został ranny i z komendy przysłali „Okonia”. Wykazywał się. Był dowódcą batalionu „Pięść” w Warszawie, ale wszyscy mają o nim, jako o dowódcy, najgorsze opinie. Właściwie tutaj się kończy moja walka. Wojska niemieckie, przede wszystkim Ukraińcy i esesmani, tak że niby myśmy byli już objęci ustawą kombatancką, ale oni gdzie mogli, to jak się udało, to zatłukli.

  • Tak jak pan mówił, traktowali panów jak bandytów a nie wojsko.


Oczywiście, oczywiście. Utkwiły mi niektóre obrazki. Spokojnie stoi biały koń, to takie dosyć malownicze, w całej tej lawinie ognia, łeb spuszczony, a chłopak, któremu noga uwięzła w strzemieniu, leży na ziemi. To bardzo malownicze jest. Namalowałem to swego czasu. Pisałem wiersz „Kampinos” i dołączyłem do tego rycinę. Właściwie było mi już wszystko jedno, naprawdę już mi się żyć nie chciało po prostu. Przede wszystkim zaczęła mnie rwać ręka, gangrena posuwała się, tak że palce miałem już granatowe, to wszystko zakrwawione. Tak że usiadłem w rowie i właściwie byłem obserwatorem, było mi już wszystko jedno, myślę sobie: „Jak mają mnie tego, to niech mnie rąbnie który w łeb i koniec, załatwione.” Ale widziałem tych rozwścieczonych esesmanów, Ukraińców. Wszystkie chałupy, które udało im się napotkać, to podpalali. Był taki kopiec na kartofle i wlazłem tam. Było już tam kilka osób. Miałem na tyle przytomność umysłu, że mówię: „Słuchajcie, są kartofle, wejście zawalamy kartoflami.” Całe szczęście, bo wiedziałem o tym, jak to się odbywało w Warszawie, że do piwnic [Niemcy] wrzucali granaty. Żeby zabezpieczyć, to [zawaliliśmy wejście] kartoflami. Rzeczywiście, to się nam udało. Pierwsza fala esesmanów przeleciała, kogo mogli to zatłukli. Przez szparę między kartoflami patrzę, niemiecki samochód z czerwonym krzyżem. Względnie po niemiecku mówiłem, więc uważałem za stosowne wyjść już stamtąd. Naturalnie byli zaszokowani. Pierwsza rzecz to chcieli mnie jakoś obezwładnić, ale mówię, że jestem ranny. Nie będę już mówił tych wszystkich perturbacji. Jednym słowem, gdzieś nas do jakiejś chałupy zaprowadzili, tam już było bardzo dużo rannych. I tam całą noc żeśmy przesiedzieli. Rano Niemcy podstawili podwody i nas, wszystkich ciężko rannych na te podwody załadowali. Który mógł umrzeć, to umarł. Wiozą nas w kierunku Żyrardowa. I zawieźli nas. Właściwie mieli nas umieścić w szpitalu niemieckim, ale jakoś tam na terenie Żyrardowa była RGO, Rada Główna Opiekuńcza. Oni jakoś weszli w kontakt z Niemcami, nie wiem, czy ich jakoś przepłacili, jednym słowem umieścili nas wszystkich nie w niemieckim szpitalu tylko w szpitalu zakładów żyrardowskich. Tam nas wszystkich znieśli do korytarzy, który po drodze umierał, to umierał. Tam mi też chcieli uciąć rękę. Naturalnie byłem już rozbrojony. Jakiś cud po prostu. Był Niemiec, którego znałem. On był w tym szpitalu chyba naczelnym lekarzem.

  • Skąd pan go znał?


Znałem go jeszcze sprzed wojny, bo był lekarzem w szpitalu ewangelickim, gdzie był lekarzem mój wujek, który potem znalazł się w Anglii, był pod Monte Cassino. Przypomniałem mu się. Mówię: „Panie doktorze.” On się nade mną nachyla. Nie wiedziałem, że on jest Niemiec. Mówi Was? Nie wiedziałem, o co chodzi zupełnie. Mówię: „Doktorze, pan przypomina sobie.” On mówi: „Słuchaj, ja ci zoperuję tę rękę, – on był świetnym chirurgiem – ale ty jesteś bandyta, nie znamy się.” Rzeczywiście uratował mi rękę. Miałem zupełnie granatową rękę. Jakieś dreny mi pozakładał i znowuż cud… znowuż cud. Następnego dnia przyszło gestapo. Przeprowadzali wywiady z rannymi. Siostra do mnie przychodzi i mówi: „masz się nie odzywać, jesteś nieprzytomny, nikt nie zna twoich personaliów.” Rzeczywiście, zamknąłem oczy. Szkop przyszedł do mnie, patrzę, że ten lekarz też idzie do mnie. Myślę sobie: „Rany boskie, koniec będzie.” Nie wydał mnie. Ten gestapowiec szpicrutą mnie pod brodę wziął, patrzył czy żyję czy nie. Naturalnie udawałem, że jestem nieprzytomny. Nie wiem, co się stało z tym Niemcem, jak się zachowywał w stosunku do innych, ale mnie nie wydal jednak. Między Bogiem a prawdą uratowałem się wtedy. Obok mnie chłopak umarł, miał przestrzelone płuca. Było tak, że niektórzy się trochę lepiej czuli i były wypadki, że dwóch uciekło po prostu. Ale myśmy byli w tym szpitalu żyrardowskim, ale oczywiście pilnowali nas Niemcy. Już byliśmy wtedy jeńcami wojennymi.

  • Gestapo zebrało relacje i sobie poszli?


Tak, przechodzili po prostu od łóżka do łóżka, robili sobie przegląd. A mnie siostra przedtem [powiedziała]: „Nic nie mów, udawaj, że jesteś nieprzytomny, bo mogą cię wziąć na badania.” Jakoś musiałem dobrze udawać, bo ten szkop jakoś uwierzył. Niemcy się zorientowali, że chłopaki zaczynają pryskać. Podstawili sanitarki i wszystkich nas przewieźli do Skierniewic, gdzie był Durchangs Lager, obóz przejściowy dla jeńców. Jeszcze jak mnie tam opatrywali, umieścili mi rękę na rusztowaniu z drutów. Ale żeby dobrze umocować to rusztowanie, to załadowali mnie w gips. A ponieważ byłem brudny, to pod ten gips wdały mi się wszy, które praktycznie biorąc, żarły na żywca. Tak że jak mnie przywieźli do obozu w Skierniewicach, to też Niemcy, był taki Lager…, już nie pamiętam jak się nazywał.

  • Lekarz obozowy?


Tak. On przeglądał tych wszystkich rannych. Trzeba trafu, że jak mnie tam przewieźli, to spotkałem znowu swoich chłopaków, tylko nie ze Starówy, tylko z „Baszty”, a jeden z drugim robił tajną medycynę. Rozcięli mi ten cały gorset gipsowy, patrzę a tam jedna wielka rana od tych insektów. Mówię: „Słuchaj, teraz będzie obchód, to wystawimy ciebie, bo ciężko rannych można przewieźć do powiatowego szpitala w Skierniewicach.” Rzeczywiście, jakoś nakręcili tego szkopa i on się zgodził. Mnie i jeszcze kilku chłopaków przewieźli do powiatowego szpitala w Skierniewicach. Też była wacha niemiecka, ale to były zupełnie inne warunki. Też było kilka zgonów. Właściwie byłem w takim stanie, że przewieźli mnie do separatki. Jakoś nie mogli mi udzielić pomocy. Raz dostałem strasznego rozstroju żołądka, z drugiej strony w ogóle nie chciało mi się goić. Też dwóch uciekło. Na Świętego Mikołaja, 6 grudnia, Niemcy wszystkich nas ciupasem, z powrotem do obozu. Bogiem a prawdą, to dla mnie to było błogosławieństwo, bo bym został w tym szpitalu, nie wyleczyliby mnie. A tu warunki higieniczne były nieporównywalnie gorsze, ale był wzięty do niewoli rosyjski profesor, wspaniały chirurg. Nazywał się profesor Kołbasow. On nas leczył. Niemcy używali stuprocentowego proszku sulfatiazolowego i on korzystał z tego, tym proszkiem sypał nam rany i to się momentalnie goiło. Miałem robaki w tych ranach. Mówiło się: „Dobrze, że masz robaki, bo one ropę wypijają.” Bardzo możliwe, tylko przede wszystkim wiłem się z bólu. Chciałem opowiedzieć o opiece skierniewiczan nade mną. Nie mam słów dla mieszkańców Skierniewic, którzy naprawdę opiekowali się nami [wspaniale]. Naturalnie mieliśmy kontakt z Armią Krajową na terenie Skierniewic. Sami się zgłosili, wiedzieliśmy wszystko, co się dzieje dookoła.

  • Do szpitala się zgłosili?


Tak. Przepili, przepłacili wachmanów. To było na terenie szpitala. Były na przykład dwa [sklepy]. Jeden to był sklep masarski z wędlinami. Myśmy nazywali [sprzedawczynię] „Ciotka Kiełabsińska”. Drugi też był jakiś sklep. Co niedzielę i co czwartek „Ciotka Kiełbasińska” przyjeżdżała samochodem z koszami od bielizny, przywoziła kiełbasy, nie kiełbasy. Tak że myśmy w ogóle głodu [nie czuli]. Mało tego, ponieważ byłem bardzo już taki zdechły, to „Ciotka Kiełbasińska” uważała, że trzeba mi koniak dać. Mało nie umarłem od tego koniaku, ale dobre serce. Na terenie Skierniewic był browar, który prowadziła pani Strakaczowa. Ta pani i jej chyba siostra, pani Himlowa, odwiedzały nas bardzo często i upatrzyły sobie sześciu chłopaków, którymi się będą bardzo opiekowały. Znalazłem się w tym całym interesie. Jak Boga kocham, głodu nie zaznałem. Mało tego, jak nas zabrali do obozu, to one przepłaciły wachmanów i do obozu dostawałem przedwojenny obiad, butelkę piwa i butelkę mleka. Białe piwo, białe pieczywo, papierosy, kiełbasa. Ponieważ żeśmy leżeli [razem], tutaj Zygmunt leżał, to przecież sam nie będę jadł. Żeśmy się dzielili. Kiełbasy wisiały u wezgłowia na belkach baraku, myszy buszowały po tym jak piorun. Świetnie żeśmy się czuli tam. Co prawda mało nie zdechłem, bo dostałem zapalenia płuc, ale jakoś się wylizałem. Właśnie ten Kołbasow zaczął mnie też sypać tym proszkiem i to się momentalnie goiło,…momentalnie. Tak to miałem kości na wierzchu i nie mogło się to zabliźnić, ale jak zaczął sypać tym proszkiem, to właściwie w przeciągu półtora tygodnia miałem to już zabliźnione. Fantastyczny proszek […], cudowna rzecz to jest.

  • Profesor zajmował się całym obozem, leczył w ten sposób cały obóz?


Tak. Robił operację kuchennym nożem i był wypadek, że chłopak miał odłamek utkwiony w czaszce. [Profesor] trepanację czaszki robił zwyczajnym nożem kuchennym i dłutem, sztamajzą, i młotkiem. Niesłychana rzecz.

  • Pacjent przeżył?


Tak. Mało tego, obóz miał instalacje elektryczną i ponieważ Rosjanie się zbliżali, coś nawaliło i podczas operacji, asystował Rosjanin, Stiepan się nazywał, światło zgasło. Kołabsow kazał przynieść świece i przy świecach robił trepanację czaszki. Niesłychana rzecz. Myśmy siedzieli z Rosjanami. Niemcy już nas bardzo szanowali. Czasami, jak były zagrożenia, jak któryś się gorzej czuł i trzeba było [zrobić] prześwietlenie, to nas sanitarkami niemieckimi wieźli do szpitala, żeby zrobić nam zdjęcie. Liczyli się już z nami. Rosjanie już bliziutko byli. To był obóz przejściowy i który się lepiej czuł, to do Rzeszy wysyłali. Nas tam było z pięćdziesięciu chłopaków z AK. Jakoś nam się udało, że nikogo nie wywieźli. Adam miał spalone nogi, śmierdział strasznie, bo miał wypalone ciało. Dostał serię w butelki zapalające i stanął w płomieniach. Kołbasow lał na to tran. Skąd on tran miał, to nie wiem. Były takie incydenty. Wozili takich delikwentów na prześwietlenie do szpitala. Kiedyś trzeba było, żeby ten profesor Kołbasow też pojechał do szpitala. W międzyczasie AK ze Skierniewic zrobiła nam straszna krzywdę, bo odbili go. Odbili tych, których wieźli i tego profesora też zabrali, gdzieś do lasu czy coś, u nas zało wtedy właściwej opieki lekarskiej. Niemców naturalnie to nie interesowało. Tak żeśmy siedzieli w tym obozie. Rosyjskie wojska już bardzo się zbliżały, samoloty już nad obozem latały. Najwięcej bali się Rosjanie, żeby Rosjanie nie przyszli. Bali się. „Jak to?” „Nie. Jak nasi przyjdą, to my nie będziemy głaskani.” Nie bardzo żeśmy mogli zrozumieć na czym ta sprawa polega, ale w niedługim czasie żeśmy się dowiedzieli. Jak już nas Niemcy zwolnili, odebrały nas nasze mateczki, pani Strakaczowa przejęła nas. Nie miałem butów. Miałem takie buty, gdzie podeszwa mi odpadała od reszty, tak że drutem jakoś przymocowana. Z obozu żeśmy do nich wywędrowali. Na drugi dzień dostaliśmy wiadomość, że musimy uciekać, bo już się nami interesuje NKWD. Prosto z łóżka. Trzy dni żeśmy szli szosą do Warszawy. Zygmunt mnie trzymał pod rękę i tak żeśmy szli, przytargaliśmy się tutaj do Warszawy. Tak to się skończyło. Skończyła się jedna okupacja, zaczęła się druga. Nie mogłem dostać pracy, trochę posiedziałem, trochę dostałem. Byłem przez długi okres czasu nawiedzany. Ciężko mówić o tym. Pracowałem na budowie, byłem kierownikiem na budowie przez długi okres czasu. Potem też mnie tam… potem zacząłem pracować w biurze projektów, też nie mieli do mnie jakoś zaufania. W 1978 roku za projekt i realizację zostałem laureatem nagrody państwowej, i trochę mi dali spokój. Ale jeszcze Gierek był i jeszcze miałem wizytę. Potem, poszedłem na emeryturę i jestem tu. I to koniec.

  • Kiedy pan miał pierwszy kontakt z bezpieką? Kiedy oni się zorientowali, że pan już jest w Warszawie?


Pierwszy kontakt miałem wtedy, kiedy się zgłosiłem do profesora Grucy. To znana postać, wspaniały ortopeda. On trochę chłopakom pomógł. Można było tę rękę w jakiś sposób uruchomić. Zgłosiłem się do niego. Profesor mówi: „Zrobię ci tę rękę, będziesz nią ruszał niezupełnie, ale będziesz mógł ruszać.” Już byłem zapisany, ale musiałem przejść inne badania. Zrezygnowałem z tej operacji, bo te badania nie miały nic wspólnego z medycyną, było to coś innego: gdzie, co, jak. Potem „Radosław” ogłosił ujawnienie. Ponieważ musiałem korzystać ze szpitali, wszyscy o mnie wiedzieli, więc się ujawniłem. W niedługim czasie byłem wzywany. Ciężko o tym mówić, nie chcę o tym mówić…

  • Pana koledzy też się ujawnili?


Nie wszyscy. Nie wszyscy się ujawnili. Wiedziałem, ale to się szło przez ulicę i się nie poznawało. Serdeczny przyjaciel, kiedyś wsiadam do autobusu, a autobusy były takie, że niedaleko kierowcy siadało się twarzą jeden do drugiego, siadam, patrzę, Emil siedzi naprzeciwko mnie. Spojrzał na mnie, ja na niego i nic. I nic, tak jak byśmy się nie znali. Trzy miesiące siedziałem.

  • Na Rakowieckiej?


Tak. Z pracy mnie też wyrzucili.

  • Dostał pan wyrok czy pan siedział bez wyroku?


Jaki wyrok? Bez wyroku. Tak trzeba było… I za co? Przyszedłem w styczniu 1945 roku, nie mogłem się oprzeć, poszedłem nad Wisłę. Patrzę, skuty lodem zatopiony statek „Bajka”. Wtedy tak myślałem sobie: „Kurczę blade, cholera…” Właściwie jeszcze potrzebowałem opieki lekarskiej, bo mi przecież odłamki wychodziły, nie mogłem jeszcze pracować. Parałem się architekturą, potem byłem starszym projektantem w biurze projektów. Robiłem architekturę przemysłową, huty szkła, stalownie, motoryzację, właściwie wszystkie przemysły. Ciężko mi pracować, bo nie zginam ręki, nie dotknę do twarzy. Ale do pisania muszę niżej siedzieć, a do rysunków wyżej. Tu nie zginam, tylko właściwie barkiem rysuję, barkiem. Potem żeśmy się pobrali z Danką i zaczęły się te wszystkie choroby.

  • Czy pana żona tez miała z bezpieką jakieś problemy?


Jak przyjechała ze Szwecji, to na promie Szwedzi mówili, żeby uważać. Jak wylądowała, to pierwsza rzecz, znowuż zamknęli za druty. Żona się przelękła, że znowu za druty. Pytanie, po co przyjechała, dlaczego się zdecydowała przyjechać do Polski. Głupie pytanie. Dlaczego do Polski się przyjeżdża? Dużo pracowałem i pracuję społecznie, szczególnie tutaj. Nawiązałem kontakt z drużyną harcerską, ze szkołami. Wszystkie moje rysunki tam daję, zrobili mi wystawę. Chodzę czasami na aukcje. Kiedyś podchodzi do mnie dziewczynka, harcerka i powiada: „Czy pan nie żałuje, że pan poszedł do akcji powstańczej? Czy dziś pan uważa, że powinien pan pójść?” To jest to, co nasze poprzednie rządy zrobiły, że młodzi ludzie nie zawsze wiedzą, jakie to miejsce jest, co to jest Ojczyzna. Dla nas środowisko, dom, szkoła, kościół, drużyna harcerska, ja jestem harcerzem, to wszystko było nastawione na Polskę, na patriotyzm. W głowie nam nie [powstała myśl], że może być inaczej… nie może być…

Warszawa, 23 stycznia 2006 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Czoch
Apolinary Cynk-Borucki Pseudonim: „Boruta” Stopień: kapral podchorąży Formacja: Bataion „Gozdawa” Dzielnica: Wola, Stare Miasto, Czerniaków Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter