Barbara Houwald „Kropka”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Barbara Houwald z domu Bańkowska. Urodziłam się w Warszawie, oj bardzo dawno 12 grudnia 1924. Mieszkałam na Pradze. Miałam jeszcze trójkę rodzeństwa. Uczęszczałam normalnie po szkole podstawowej do gimnazjum.
Jak wybuchała wojna w 1939 roku, pierwszy rok uczyłam się w gimnazjum. Jeszcze można było. Później już nie było liceum, tylko albo się uczyło na kompletach w domach prywatnych, albo była w Warszawie szkoła handlowa drugiego stopnia, to jest tak jakby teraz liceum. Dostałam się do szkoły drugiego stopnia.
Właśnie tam od 1942 roku zaczęła się moja, nie praca, tylko chodziłam na kursy sanitarne. To było przy szpitalu na Solcu. Była pielęgniarka Irena, która nas, kilka dziewcząt, z jednego liceum, właśnie z tej szkoły, uczyła pracy pielęgniarskiej. To jeszcze nie była praca w żadnej konspiracji, jeszcze nie wiedziałyśmy dokładnie.
Potem na Pradze, ponieważ tam mieszkałam, zetknęłam się z kolegami w moim wieku. Oni mnie wciągnęli do pracy w konspiracji. Nie wszyscy znali się z imienia, z nazwiska. Każdy przybrał sobie swój pseudonim. Mnie nawali „Kropką”, ponieważ byłam zawsze mała jak i teraz jestem. Jak skończyły się kursy, to później nie zatrudniali nas, ale pracowałyśmy jako łączniczki, prasę podziemną się roznosiło.
Tak trwało do grudnia 1942 roku. W grudniu w 1942 roku, to był 18 czy 20 [grudnia], już dokładnie nie pamiętam, na Pradze do mieszkania przyszło gestapo. Zabrali mnie, mojego brata. Nic nie przedstawiali, dlaczego, co. Po prostu powiedzieli, że zabiorą nas na chwilę, sprawdzą nasze dokumenty. Jak się okazało zawieźli nas na Pawiak. Ktoś coś doniósł, niewiadomo. Na Pawiaku byłam do 18 stycznia.
18 stycznia 1943 roku zabrali, wywieźli mnie do Majdanka, do obozu koncentracyjnego. Z mieszkania zabrali mnie i mojego brata. Z tym, że brata wieźli dzień przed tym, podobno też do Majdanka, w każdym bądź razie zdążył wyskoczyć z pociągu. [Mnie] już następnego dnia wieźli. Były wagony bydlęce.
W Majdanku przesiedziałam od stycznia 18 czy 19 do przyszłego roku, do 17 maja 1943 roku. Dlaczego zwolnili mnie z Majdanka? Zwolnili całą grupę. Znaczy wiem dlaczego. Prawdopodobnie, bo Majdanek został nie likwidowany, ale przywozili jeńców radzieckich do Majdanka. Część z Majdanka, tych którzy siedzieli, wywozili do innych obozów do Oświęcimia i jeszcze gdzie indziej, a część po prostu wyrzucili, wypuścili nas. Tak że wróciłam do domu pod koniec maja.
Naturalnie jak to po obozie, człowiek był… Kilka miesięcy dało na pewno dużo niedobrego. Akurat w tym okresie, jak mnie tam przywieźli, to nawet wody nie było. To była zima, trzeba było się myć śniegiem. Mieszkało się w barakach, pracowało się. Wywozili nas do pracy. Pracowałam w ogrodach, nazywały się ogródki Gärtnerei. Jak to w obozie koncentracyjnym, wesoło nie było. Dostało się nieraz, ale dotrwałam do końca maja, wróciłam. Byłam zmęczona. Urwał mi się kontakt z tymi wszystkimi, z którymi przed tym się kontaktowałam. Kilka miesięcy przed Powstaniem znów się spotkałam, nawiązałam kontakt. Już było wiadomo, że może być niedługo Powstanie i już zaczęliśmy znów się spotykać. Na Pradze jak miało wybuchnąć Powstanie, to miałyśmy kontakt, miałyśmy się wszystkie znaleźć jako drużyna sanitarna w dyrekcji kolejowej na Pradze. To jest ulica Wileńska.

  • Mogłaby pani więcej opowiedzieć o pobycie w obozie? Przytoczyć nam pewne zdarzenia? Jak wyglądało życie obozowe?


To było straszne. Jest jeszcze jedna historia, jak zostałam zabrana na Pawiak. Było dużo ludzi, oni samochodami nas przywieźli na Pawiak. Wprowadzili nas do wielkiej sali, po prostu jedno przy drugim [siedzieliśmy]. To już było po południu, styczeń, ciemno się zrobiło. Same kobiety prawie były. To od razu kobiety osobno, mężczyźni. Na podłodze żeśmy siedziały w celi. Przy mnie siedziała w moim wieku mniej więcej dziewczyna. Zaczęłyśmy rozmawiać. Na Pawiaku mi powiedziała od razu, że ona jest Żydówką, ma papiery aryjskie, przyznała się. Pytam się jej, dlaczego ona mi to mówi. Mówi tak: „Muszę komuś powiedzieć”. Powiedziała, że ona jest Żydówką z Lublina, ma papiery aryjskie, że ona ma do mnie zaufanie, ja ją nie wydam. Tak my żeśmy razem na Pawiaku przesiedziały przez prawie miesiąc w jednej celi. Cele na Pawiaku, nie wiem jak w tej chwili [wyglądają], dawno nie byłam, były nieduże.
Najgorsze były noce na Pawiaku. Było nas pełno, upchane w celi, nie tam, że cztery czy coś, tylko więcej osób. [Z] sufitu spadały pluskwy, młodzi pewno nie wiedzą co to nawet jest. Na Pawiaku oni nas tylko spisywali. Nie wiadomo było, oni nie mówili dlaczego nas zabrali. Prawdopodobnie ktoś pewno coś doniósł. Później do Majdanka jak nas wywozili, to dali po bochenku chleba przy wyjściu z Pawiaka.
Jak aresztowana byłam, jak mnie zabrali z domu, to akurat miałam temperaturę, to był styczeń. Jeszcze poradzili Niemcy, żebym się ciepło ubrała. Jak nas wieźli wagonami… Temperatura mnie przeszła bez żadnych lekarstw. Później jak wieźli nas do Majdanka przez dwadzieścia cztery godziny, jak wywozili rano, to dopiero na następny dzień [dojechaliśmy]. Nie było co pić i tylko bochenek chleba musiał starczyć. Wagony były upchane, jedna przy drugiej osoba siedziała. Mróz był, wagony były zamrożone, szron. Jak się chciało pić, to po prostu skrobało się szron ze ścian wagonów. Tego nigdy nie zapomnę i nie zapomnę jak głodne szukałyśmy po kieszeniach okruchów chleba, który tam nam dali. Oni nie powiedzieli, że wiozą nas do Majdanka.
Na Dworcu Wschodnim, były perony, gdzie tylko wagony towarowe odchodziły. Tam kolejarze podchodzili i nam krzyczeli: „Kobiety nie denerwujcie się, jedziecie na wschód do obozu”. Tam dopiero żeśmy się dowiedziały, bo na Pawiaku nie powiedzieli gdzie nas wiozą, że jedziemy na wschód. Dwadzieścia cztery godziny nas tam wieźli. Jak przyjechaliśmy, najgorsze było, jak otworzyli wagony towarowe. Przecież jak tyle godzin ludzie jadą, cały wagon ludzi, każdy za swoją potrzebą gdzieś musi, przecież nie wypuszczali nikogo. Pamiętam jak dziś, że jeden koniec… Po jednej stronie wchodziliśmy drzwiami. Wagon ma po jednej stronie, po drugiej wejścia. Pod jednymi drzwiami, mówimy: „Tu można załatwić swoją potrzebę”.
Tymczasem w Lublinie otworzyli akurat tę stronę i od razu: Raus! „Wysiadać!”. Przez nieczystości człowiek musiał skakać. Później prowadzili nas, dojście do obozu dosyć długie było. W barakach jeszcze nie było żadnych pryczy, nic, tylko sienniki napchane słomą. Słoma była wilgotna, mokra. Wody też nie było, kranów żadnych, nic. Dopiero po miesiącu chyba zaczęli robić barak, gdzie można było iść i wymyć się. Rano, jak pobudka była, wypuszczali, akurat śnieg był. To styczeń, ostra zima była wtedy. Po prostu człowiek się śniegiem mył. Miskę dali, miska blaszana, łyżka jedna. Jak ktoś zgubił łyżkę, to drugiej nie dostał. Żeby umyć miskę, to też się wychodziło i śniegiem się ją myło. Miska była i na zupę z brukwi, i później dawali do picia płyn, zioła. Do tej pory jak czuję zapach rumianku, ziół, to mnie odrzuca. Późnej, to tak jak mówiłam, były komanda do pracy. To same kobiety [były], szóste pole, byłam na szóstym polu. Były pola męskie osobno i pola dla kobiet. Pracowałam w ogródkach.
Rano o godzinie już nie pamiętam chyba piąta, był apel. Wszystkich na apel. Nieraz taki apel, to trwał z godzinę albo i dwie. Nastało się. Naturalnie zabrali nam nasze ubrania, wszystko, tylko dostałyśmy pasiaki szaro-niebieskie i buty nie wiadomo czyje. Wszystko swoje zabierali po przywiezieniu do [obozu]. Na apelu stało się nieraz długo.
Przykre wspomnienie jak kiedyś idziemy do ogródków, wyprowadzali całymi kolumnami. Jakaś kobieta z innego pola, nie wiem czy ona dopiero może [była] przywieziona, chciała uciekać. To wielkie tereny były. Baraki były na szczerym polu. Chciała uciekać, uciekała. Jeden z takich, który nas prowadził, Niemcy nas zawsze prowadzili do ogródków, strzelił do tej kobiety. Dziecko, widocznie jej dziecko, dopadło do kobiety, a ta kobieta już nie żyła. Nigdy nie zapomnę widoku jak dziecko szarpie matkę na polu.
Co jeszcze? Przyjemne to nie było. Były kapo, Niemki auswjerki. One jeździły na rowerach bardzo często, czarne peleryny miały na sobie. Jedna była straszna, Brygidą żeśmy ją nazywały. Wiem, że po wojnie był jej proces, była skazana chyba na karę śmierci. Brygida była na naszym polu. Jak się szło czwórkami do pracy, to potrafiła bić od tak, widocznie dla swojej przyjemności.
Co jeszcze z Majdanka? Straszne były też przeżycia jak wywozili na… Pierwsze miesiące, to nie było krematorium na Majdanku. Zmarłych czy zagazowanych wywozili na pola przy naszych ogródkach. Były wielkie doły, tam wrzucali prosto z samochodów i podpalali. Dym palący, zapach palących ciał, to wszystko żeśmy w ogródkach [czuli]. Właściwie [w] ogródkach też nie było co robić, tyle, że się kopało i z powrotem zasypywało. Ten zapach był okropny. Pracowało się do trzeciej czy czwartej, już nie pamiętam. Wracało się, prowadzili nas. Tam były kopce z burakami, z brukwią.
Pamiętam dobrze, jednego dnia jedna z koleżanek miała schowaną brukiew, chciała wnieść do obozu. Później cała kolumna kobiet, wszystkie, żeśmy dostały. Trzeba było się wypiąć, jak to się mówi i każda musiała dostać pejczem. One miały taki bat, to pejcz się nazywało, z kulką na końcu. Za jedną kobietę, która miała brukiew schowaną, to cała kolumna dostała lanie.
Apele były straszne. Zdarzało się, że ktoś tam coś przeskrobał. Ucieczki były, nawet na innym polu, to później całą noc potrafili nas trzymać przed barakami na mrozie, apel trwał. Tylko się tupało nogami, jedna drugą po plecach waliła, żeby się rozgrzać. Już pod koniec zrobili łaźnie, umywalnie, cały jeden barak był na umywalnię. Jedna długa rynna i krany nad tym. Można się było trochę umyć naturalnie zimną wodą. Tak było do maja. Jak mnie zwolnili, to wróciłam.

  • Rodzina wiedziała, że pani jest w Majdanku?


Tak.

  • Jak się dowiedzieli?


Z domu mnie zabrali.

  • Pani się dowiedziała dopiero w transporcie, to rodzina miała możliwość dowiedzenia się, gdzie pani jest?


Widocznie tak. Mam nawet jeszcze list pisany przez obcą kobietę. Rodzina się dowiedziała, widocznie się starali, na pewno się starali, na Szucha się dowiadywali. Mam list, jakaś kobieta pisze do mojego wujka list, że wie, że ja jestem w obozie, że ona chce mi paczkę przesłać. Pod koniec w kwietniu można było paczkę dostać. Oni wiedzieli i starali się na pewno. Wiem, że moja starsza siostra miała znajomych, który obiecali za pieniądze, że mnie zwolnią, ale naturalnie nic z tego nie wszyło. Zwolnili później.
Co jeszcze związanego z Majdankiem? Najgorsze były widoki jak przywozili transporty Żydów akurat z powstania w getcie. Kiedyś rano nie wypuszczali nas, nie zabierali na apel. Baraki miały w górze malutkie okienka. Później prycze już miałyśmy, to na ostatnim piętrze na pryczę można było wejść i zobaczyć, co się dzieje. Okazuje się, przywieźli transport Żydówek z małymi dziećmi z getta warszawskiego jak koniec był [powstania w getcie, to] był kwiecień albo początek maja. Patrzymy, zamknęli ich w jednym [baraku]. Baraków był cały rząd i jeden barak ogrodzony był drutami. Tam wszystkie Żydówki z dziećmi [umieścili]. Dzieci małe, niektóre takie ładne, ładnie ubrane.
Pamiętam, że okropny widok był, jak Niemka, widocznie jej się podobało dziecko, wzięła na ręce to dziecko i nawet przytulała, bo dziecko płakało. Wszystkie Żydówki z dziećmi zostały w jednym baraku zamknięte. Na drugi dzień rano patrzymy, co tam się dzieje. Nas nie wypuścili przez cały dzień z naszego baraku. Patrzymy, a tam barak jest już pusty. Prawdopodobnie wszystkie kobiety z dziećmi… Już wtedy było krematorium. Prawdopodobnie do gazu wzięli i do krematorium. To było straszne przeżycie. Wiedziałyśmy, że tyle dzieci jest tam małych i matki tak [je] trzymają. Raptem już [ich] nie ma.

  • Czy kobieta, którą pani poznała na Pawiaku…


Była razem ze mną, razem żeśmy wracały. Mnie zwolnili 17 czy 18, a ją na następny dzień. Kazali nam iść do Czerwonego Krzyża w Lublinie, że nam dadzą na przejazd pieniądze, bo my [byłyśmy] bez niczego. Urwał nam się kontakt. Przyjechałam do Warszawy, nie wiedziałam co z nią. Po jakimś czasie, już dokładnie nie pamiętam, po miesiącu, przyszła do mnie. Podawałyśmy sobie adresy, ja jej podałam swój adres. Ona mówiła, że gdzieś na Grochów idzie, że gdyby ją zwolnili, to by poszła na Grochów, gdzie przed tym mieszkała. Tymczasem po miesiącu jak wróciłam, zanim wypoczęłam… Rodzina mnie przyjęła, nie wiedzieli w ogóle czy [żyję], nie mieli ode mnie wiadomości jak tam byłam. Ona przyszła do mnie po miesiącu z prośbą czy ona może być u mnie, bo ona nie może już mieszkać tam gdzie jest. Naturalnie została u mnie. Do tej pory utrzymuję z nią kontakt. Ona w tej chwili nie mieszka w Polsce, mieszka w Kanadzie. Wyjechała już jako Żydówka w 1956. Ona przetrzymała, nikt nie wiedział o tym, że ona jest Żydówka, tylko mnie powiedziała i tam gdzie mieszkała widocznie. Nawet teraz, dziesięć lat temu, zaprosiła mnie do siebie do Kanady. Miałam okazję być w Kanadzie, bo to nie tak łatwo było. Przysłała mi nawet swoje pieniądze, opłaciła mi podróż, żebym przyjechała, z wdzięczności.

  • Jak się nazywała ta pani, która była na Pawiaku?


Halina Sawicka, a naprawdę w tej chwili to Ewa Laor po mężu. Na Pawiaku była jako Halina Sawicka i w Majdanku jako Halina Sawicka.

  • Wtedy jej nazwisko prawdziwe pani znała czy nie?


Nie, wiedziałam tylko, że ona jest z Lublina, że jej matka jest w Oświęcimiu, też przeżyła, jako Żydówka przeżyła Oświęcim. Miała siostrę na aryjskich papierach, która wyjechała, nie wiem czy sama chciała. Była w Niemczech na robotach jako aryjka, ale była Żydówką.

  • Czy pani koleżanka brała udział w Powstaniu Warszawskim?


Nie, ona była u mnie aż do Powstania. Jak wybuchło Powstanie miałam się zgłosić do dyrekcji. Byłam tam, ona została w domu. Ona zdaję się też gdzieś [była], ale gdzie indziej, nie była razem ze mną. Poszłam do dyrekcji. Właściwie tam nic nie było. Powstanie na Pradze było bardzo króciutko i zostałyśmy zwolnione do domów. Po dwóch dniach wróciłam do domu.

  • Proszę te dwa dni opowiedzieć, bo to jednak trwała walka.


Tak, ale byłam cały czas w dyrekcji jako sanitariuszka, miałam być jako sanitariuszka w dyrekcji. Akurat tam się nic takiego nie [działo]. Po prostu siedziałyśmy tam przez dwa dni.

  • W dyrekcji kolei?


W gmachu dyrekcji kolei, tak. Później już był rozkaz, że mamy iść do domu. Wróciłam do domu. Przez ten czas, nie pamiętam dokładnie ile to czasu, z Pragi widzieliśmy wszystko co się dzieje. Zostałam w domu tylko z ojcem i z młodszym bratem. Moja siostra była w Śródmieściu, została jak wybuchło Powstanie i starszy brat. Został młodszy ode mnie brat i ja tylko z ojcem.
W międzyczasie zmarła mi moja matka. Jak wróciłam z Majdanka, to zmarła mi matka. Jak na Pradze, już Rosjanie byli blisko… Ostatnie dnie znów Niemcy zaczęli chodzić po domach. Do naszego domu wiedzieliśmy, że przyjechał znów samochód i aresztowania będą. Całe szczęście, że mieliśmy dobrych sąsiadów, którzy mieli pod Warszawą dom. Z naszego domu do naszej kamienicy można było jednym wejściem wyjść, drugim wyjść. Kilka rodzin, sąsiadów… Jak Niemcy [mieli wejść], to drugim wyjściem przez ogrody uciekliśmy z domu tak jak staliśmy. Sąsiedzi mieli [dom] w Białołęce, miejscowość podwarszawska. Żeśmy poszli do Białołęki. Całe szczęście, bo ci, co zostali w naszej kamienicy… Niemcy zabrali dwóch młodych ludzi. Nade mną akurat mieszkali. Zabrali, aresztowali. [Jeden] zginął w Mauthausen, wywieźli go, drugi też, nie wiem dokładnie gdzie ten drugi. Wszystkich z naszej kamienicy zabierali. Uciekliśmy do Białołęki. Stamtąd musieliśmy uciekać, bo Niemcy nie dawali spokoju, zabierali chyba do Pruszkowa. Uciekaliśmy dalej.
Mój ojciec uciekł do Żyrardowa z młodszym bratem, a ja z Żydówką, z Halinką, do tej pory mówię na nią Halinka, chociaż ona inaczej się teraz nazywa, zostałyśmy zabrane znów przez Niemców do obierania kartofli. Mój ojciec z bratem został, wykupili się. Ojciec miał obrączkę, pierścionek i nie zabrali ich do Pruszkowa, tylko puścili ich, oni do Żyrardowa [się udali]. Nas Niemcy znów wywieźli. Znalazłam się z Halinką w Niemczech na robotach u bauera, do maja. Miejscowość była Barsdorf, nie Barsdorf, chyba niedaleko naszych granic. Przesiedziałyśmy u bauera. [Jak] Rosjanie weszli do wsi, to uciekłyśmy.

  • Proszę opowiedzieć o okresie jak pani była na robotach, jak to wyglądało?


U Niemców przy kuchni cały czas obierałyśmy kartofle, widocznie dla [wojska]. Potem oni gdzieś dalej jechali, po prostu nas wywieźli, umieścili, u gospodarza. Miał tylko córkę, a sam był już starszy. Rosjanin u niego pracował, ja byłam. Na strychu żeśmy spały. Jak to w gospodarstwie wiejskim, do krowy. Nigdy nie zapomnę jak kazali mnie, Ukrainka jeszcze była, też u niego pracowała, prowadzić byka do krowy. Byk wielki, a ja dziewczyna młoda z miasta, w ogóle nigdy nie byłam na wsi, znaczy byłam na wsi, ale nie w gospodarstwie. Kazali nam prowadzić byka do krów, to było straszne.
W kuchni zatrudniała nas Niemka, a to wody przynieść. Dowiedziałyśmy się, że koniec wojny. Koniec wojny, wielka radość, my się cieszymy. Pamiętam jak wkraczali Rosjanie na rowerach, wjeżdżali na starych rowerach. Bałyśmy się też [Rosjan], nie wiedziałyśmy czy bardziej się bać… Oni też widocznie [byli] pomęczeni. Uciekłyśmy stamtąd. Niemiec nas nie zatrzymywał.
Stamtąd dotarłyśmy na piechotę, nie miałyśmy ani pieniędzy ani nic, do Nysy. Wieś musiała być niedaleko. Nie można było do Warszawy przyjechać, tak we dwie żeśmy się tułały. W końcu z Nysy dałam znać do Warszawy przez kogoś, że jestem, że żyjemy. Okazało się, że mój ojciec już przyjechał do Warszawy, do swojego mieszkania. Dali mu znać i ktoś po nas przyjechał, już nie pamiętam dokładnie kto i zabrał nas do domu. To była cała [historia].

  • Może wrócimy do pierwszych dni Powstania. Jak wyglądał okres przed mobilizacją, mobilizacja, oczekiwanie?


Młode dziewczyny byłyśmy, to raczej same dziewczyny były, sanitariuszki, liczyłyśmy, że będziemy potrzebne, wielka radość. Jeszcze jak się żegnałam ze swoim chłopakiem, to przeżywałam, że ja nie mogę, że gdzie indziej będę, on gdzie indziej. Bez przerwy tylko człowiek patrzył co się dzieje, słuchał, nasłuchiwał. Ukrywał się, też się bał. Niemcy jeszcze byli na Pradze. Chowaliśmy się po piwnicach. Jak zagrożenie, uciekało się do piwnicy.

  • Czy to, że pani była w Armii Krajowej miało później jakieś znaczenie, ze względu na represje już w Polsce Ludowej?


Nie. Po prostu przez obóz nie byłam za zdrowa, to się musiało odbić na zdrowiu, poza tym miałam przeżycia w domu, bo zmarła mi akurat matka. Dziewczyna dziewiętnaście, dwadzieścia lat zostałam gospodynią domu. Musiałam opiekować się młodszym bratem, ojcem, domem całym. Już wtedy się nie angażowałam nigdzie.

  • Ale była pani żołnierzem Armii Krajowej zaprzysiężonym?


Tak.

  • Ten fakt mógł mieć później nieprzyjemne konsekwencje.


Nie, nie pracowałam, zostałam w domu, nie poszłam do pracy. Pobraliśmy się, zajęłam się domem, wychowaniem dzieci.

  • Proszę bardzo o krótkie podsumowanie, bardziej ogólne swojego dzisiejszego spojrzenia na tematykę powstańczą, konspiracyjną? Jak pani dzisiaj to ocenia?


Nie wiem. Uważam tak, jak my żeśmy wtedy odbierali, że to było potrzebne, nam młodym było potrzebne. Całą okupację żeśmy mieli i godziny policyjne i nie można było robić to co się chciało, nie można było się uczyć jak się chciało. Na pewno człowiek uważał, że Powstanie musi być. Może na polityce się mocno nie znałam, bo człowiek jeszcze był za młody. Wszyscy liczyli na to, że Rosjanie przyjdą i pomogą. Stało się inaczej. Wydaje mi się, że każdy szedł tak jak… Młodzi ludzie szli z entuzjazmem, że to trzeba tak zrobić, że musi być, że damy radę.

  • Opowiadają państwo wnukom swoją historię konspiracyjną? Dzieci też jak były małe, to wiedziały?


Naturalnie, muszą wiedzieć. Pierwsza rzecz muszą wiedzieć, bo muszą wiedzieć też jak trzeba żyć, że to jest jednak… Ojczyzna, to ojczyzna, muszą wiedzieć. Na zachód żadne nie chce jechać na razie, to jest pocieszenie.




Warszawa 25 lipca 2006 roku
Rozmowę prowadził Leszek Włochyński
Barbara Houwald Pseudonim: „Kropka” Stopień: sanitariuszka Formacja: Obwód VI Praga Dzielnica: Praga

Zobacz także

Nasz newsletter