Barbara Zawirska-Roefler „Barbara”

Archiwum Historii Mówionej
Barbara Zawirska-Roefler.

  • Co się z panią działo przed 1 września 1939 roku? Chciałabym, żeby pani chwilę mogła skupić się na swoim dzieciństwie, na swojej rodzinie?

Mieszkałam na ulicy Czackiego, chodziłam do szkoły imienia Anieli Wereckiej, ulica Foksal [18].

  • Miała pani rodzeństwo?

Miałam siostrę starszą ode mnie. W ostatnie lato byłam na obozie żeglarskim na Naroczy, to jeszcze wtedy był [teren] Polski.

  • Jak wybuchła wojna, na jakim była pani etapie edukacji?

Zdałam do drugiej licealnej, maturę robiłam po pierwszym roku wojny, w czerwcu 1940 roku.

  • Jak pani pamięta 1 września 1939 roku, co się działo z panią?

Byłam wtedy na wsi. Poza przerażeniem i dużym podnieceniem wszystkich naokoło to już właściwie nic nie ma do powiedzenia. Wszyscy chcieli gdzieś uciekać, a moja matka powiedziała, że się nie ruszy, myśmy latały, nie wiedziały co robić. Ale okazało się, że dobrze zrobiła, bo chociaż żeśmy siedzieli na miejscu.

  • Na wsi, to znaczy gdzie?

[Koszelanka] nad Liwcem.

  • Później państwo wróciliście do Warszawy?

Do Warszawy wróciliśmy chyba dopiero w październiku. Okazało się, że nasz dom stał cały, tak żeśmy wrócili do domu.

  • Mieszkanie też było?

Było mieszkanie na Czackiego.

  • Jak wyglądała organizacja życia, jak pani zaczęła znowu chodzić do szkoły?

Szkoła nasza zorganizowała komplety dla wyższych klas, czyli dla mojej też, lekcje odbywały się w mieszkaniach różnych koleżanek, u mnie w domu też. Maturę zdawałam u siebie w domu. Było duże dosyć mieszkanie, można było jakoś to zorganizować.

  • Jak wyglądała matura, nauczyciele przyszli do pani?

Tak.

  • Pani sama zdawała?

Nie, komplety były mniej więcej od pięciu do ośmiu osób, żeby nie za dużo, żeby nie zwracać uwagi wszystkich naokoło. Już dokładnie nie pamiętam, jak to było, ale maturę zdawałyśmy w różnych mieszkaniach różne przedmioty. To była chyba kwestia dojścia profesorów, ale już dokładnie tego nie pamiętam. Już od jesieni 1941 roku dostałam się na komplety medycyny Uniwersytetu Warszawskiego, na tych kompletach byłam do marca 1941, kiedy otworzono szkołę Zaorskiego, wtedy poszłam do szkoły Zaorskiego. Szkoła nazywała się dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego (taki był jej pełen tytuł), z tym że wszyscyśmy wiedzieli dobrze, że jest organizowany i prowadzony program, taki jak na medycynie w pierwszych latach teoretycznych przedmiotów.

  • Jak wyglądały studia? Państwo wiedzieliście, gdzie są zajęcia, na czym polegała medycyna w konspiracji?

Jeśli chodzi o komplety Uniwersytetu Warszawskiego, to były komplety znowu pięcio-, sześcioosobowe, z tym że myśmy dostawali adres, różne były adresy. U mnie w domu też odbywały się zajęcia, przychodzili ci, którzy byli na komplecie, przychodzili profesorowie i prowadzili zajęcia. Jeśli chodzi o szkołę Zaorskiego, to już było publiczne, normalnie od rana szło się do szkoły, były różne przedmioty.

  • Gdzie mieściła się szkoła?

Mieściła się w obrębie Uniwersytetu Warszawskiego.

  • Przy Krakowskim Przedmieściu?

Tak.

  • To były codzienne zajęcia?

Zajęcia były codzienne, jak najbardziej.

  • Pewnie w tej szkole zawiązały się przyjaźnie?

O, wielkie. Myśmy byli bardzo zżyci, zgrani. Byłam na tym pierwszym kursie, na naszym kursie było około sto osób. Następny kurs, który był, nabór był we wrześniu, myśmy zaczęli w marcu, od razu podzielili wszystkich na dwie grupy, bo było około dwustu osób na drugim kursie, na naszym było mniej.

  • Myśl o wyborze studiów była spowodowana u pani wojną?

Już w tej chwili nie potrafię powiedzieć, ale mnie się wydaje, że zawsze chciałam, ale nie pamiętam, jak to było. Nie pamiętam zupełnie, jak trafiłam do tych kompletów warszawskich.

  • Skąd się pani dowiedziała?

Od kogoś się musiałam dowiedzieć, ale nie potrafię powiedzieć, to jednak już jest kawał czasu.
  • Wiedziała pani na pewno, że część osób nie tylko studiuje, ale zajmuje się konspiracją?

Chyba wydaje mi się, że dziewięćdziesiąt procent tego towarzystwa było również zaangażowanych w różnych komórkach działania konspiracji.

  • Czy pani do takich trafiła?

Tak, trafiłam, z tym że trafiłam poprzez harcerstwo z mojej szkoły macierzystej, to znaczy ze szkoły imienia Anieli Wereckiej w Warszawie, gdzie zresztą robiłam maturę. To była 10. drużyna. Drużyna szykowała zastępy do działania sanitarnego w sensie zabezpieczenia wojska na wypadek Powstania czy jakichś działań wojennych. Myśmy miały różne szkolenia sanitarne. Teraz niedawno wyszła taka książka o Zgrupowaniu „Bończa”, to było zgrupowanie również należące do Zgrupowania „Róg” na Starym Mieście. Wyczytałam, jedna z koleżanek opisuje ćwiczenia, zajęcia nasze, zresztą pomyliła, bo napisała, że Irka Zawirska na Czackiego pobierała krew, żebyśmy miały wszystkie [oznaczone] grupy [krwi], żeby było wszystko w porządku. To na pewno byłam ja, aczkolwiek mam siostrę Irkę, ale ona zupełnie gdzie indziej mieszka, czym innym się zajmuje.

  • Jak wyglądały szkolenia?

Nic [dokładnego] nie powiem. Pamiętam, żeśmy się zbierały, że ktoś coś wykładał, ale naprawdę już w tej chwili nie potrafię powiedzieć.

  • Działania – państwo wiedzieliście, że to jest przed Powstaniem, to nie było w czasie wojny.

To było w czasie okupacji.

  • W czasie okupacji też starałyście się pomagać? To nie było tylko związane z przygotowaniem do Powstania?

Myśmy to robiły, pamiętam, żeśmy zbierały materiały opatrunkowe. Miałyśmy jakieś miejsca, gdzie składało się materiały na wszelki wypadek, żeby to było do użytku.

  • W którym miejscu w Warszawie się panie spotykałyście?

Różnie, też w mieszkaniach, nie w żadnym publicznym miejscu.

  • Czy czuła pani, że Powstanie się zbliża, że są przygotowania?

Tak, jak najbardziej. Sytuacja w Warszawie była bardzo nerwowa, napięcie było kolosalne. Zostałam zawiadomiona, nawet pamiętam, myśmy wtedy odrabiali jakieś zajęcia u Dzieciątka Jezus na chirurgii. Pamiętam, myśmy rozmawiali w całej grupie, podszedł do nas, starszy od nas już lekarz, doktór Paweł Rudnicki, tak się popatrzył po nas, mówi: „Co wy tu jeszcze robicie?”. – „Jak to?”. – „Chyba lepiej idźcie do domu”. Myśmy wtedy zrozumieli, że coś się dzieje.

  • To było właśnie 1 sierpnia?

To było 1 sierpnia, tak. Pamiętam, że w domu byłam już o pierwszej czy o którejś, myśmy zaraz polecieli. A u mnie w domu już były moje koleżanki; [Irena Wasilewska, Janina Norwat] zawiadomione przyszły po mnie, żeby już iść na punkt zbiorczy. [Nasz] punkt zbiorczy [był] na ulicy Piekarskiej na Starym Mieście. Muszę powiedzieć, że jak żeśmy szły na Stare Miasto, to spotkałam Tadeusza [Faryne] i Stasia Bogusławskiego, oni byli bardzo zaprzyjaźnieni, szli w drugą stronę, bo szli na Mokotów, a myśmy szły na Stare Miasto.

  • Pani znała dobrze te panie ze szkoły?

[Tak, obie z mojej klasy, szkoły imienia Anieli Wereckiej i z X drużyny harcerskiej].

  • Przyszła pani do tego punktu?

Przyszłam do tego punktu.

  • Przed siedemnastą?

Tak, myśmy były wcześniej, wiedziałyśmy, że mamy przydzielony lokal RGO na Świętojańskiej tuż, przy placu Zamkowym. To był lokal RGO i panie wydawały [tam] obiady dla biednych, te panie były bardzo nami przerażone, bo myśmy wpadły, niosąc sterylizatory, narzędzia, wszystko, bo nam powiedziano, że na godzinę siedemnastą ma być punkt gotowy do przyjęcia pierwszego rannego, to żeśmy chciały, żeby tak było. Jeszcze stały garnki na kuchni, jeszcze były takie osoby jakieś, które jadły coś, myśmy to towarzystwo trochę przegoniły, na kuchni zrobiłyśmy luz dla sterylizatora. I tak to było. Zaczęło się punktualnie o siedemnastej. Zobaczyłyśmy, jak Świętojańską z Kanonii wylatywali tacy chłopcy, robili wrażenie, myśmy były przerażone. Potem zaraz zbombardowano nasz punkt, tak że tylko potem żeśmy całą noc przenosiły się na Rynek Starego Miasta.
Na Rynku byłyśmy chyba do jakiegoś 15 sierpnia, bo tak dokładnie nie pamiętam. Ale potem już [tam] nie można było istnieć. Wtedy nas przeniesiono na Długą pod 7, był dużo większy szpital. Na Rynku to myśmy były w takiej lecznicy, to było tuż przy Kamiennych Schodkach. Nawet jakieś operacje były robione, ale w bardzo małym zakresie, bo co to myśmy mogły robić.

  • Mówiła pani, że nie mogłyście robić, bo była kwestia sprzętu…

Nie, nie sprzętu. Sprzęt to myśmy nazbierały i był, tylko nie było specjalistów, nie było ludzi. Do nas przychodziła profesor Radlińska z Brzozowej, operowała. Na samym początku pierwsze dni był profesor Grzybowski, który wbrew naszej woli uparł się, na siłę poszedł na Wolę, zginął zresztą od razu, to był Józef Grzybowski – nie dermatolog, tylko chirurg. Potem to myśmy robiły różne małe zabiegi, ale do żadnych dużych zabiegów nikt z nas się nie brał. Potem byłyśmy na Długiej pod 7, po prostu potem już na Rynku nie można było istnieć.

  • To był duży punkt na Długiej?

Na Długiej to był olbrzymi. Długa 7 to jest Archiwum Akt Dawnych, to jest olbrzymi budynek z olbrzymim dziedzińcem wewnętrznym. Była duża sala operacyjna po drugiej stronie tego dziedzińca. Myśmy były w szpitalu, który był w piwnicy, trochę było na parterze, ale na parterze było mało, gros było w piwnicy na Długiej pod 7.

  • Miała pani w czasie Powstania jakiś kontakt z rodziną?

Tylko w pierwszych dniach, kiedy jeszcze telefon działał, to dzwoniłam jeszcze z lecznicy, z Rynku Starego Miasta, rozmawiałam z rodziną, a potem to już nie. [Miałam kontakt] później dopiero, jak przyszłam do Śródmieścia. Moja jednostka macierzysta, jeśli chodzi o AK, to było WSK, czyli Wojskowa Służba Kobiet. Nas na Starym Mieście objęło swoją opieką właśnie zgrupowanie „Roga”, ale myśmy z nimi nie mieli właściwie żadnego kontaktu, myśmy były w tym sanitariacie i na tym koniec. Jak się kończyły działania na Starówce, to praktycznie biorąc, myśmy już żadnego dowództwa nie miały, gdzie, kto miał przyjaciół, kogoś załatwił, to wychodził kanałami, a jak nie, to zostawał na miejscu. Moje dwie najbliższe koleżanki zostały na Długiej pod 7, [a ja] wyszłam kanałami do Śródmieścia. Wtedy przyszłam do domu. Wtedy jeszcze dom na Czackiego, stał, zdołałam dojść, ale to bardzo krótko. Później już do końca Powstania byłam w punkcie sanitarnym na ulicy Chopina. Ale po Starówce to było bardzo spokojnie, bo była dzielnica tak bardzo niebombardowana i nieniszczona przez Niemców.

  • Jak pani się dowiedziała o zakończeniu Powstania?

Przecież trudno się było nie dowiedzieć. Nas cała grupa, chyba kilkanaście osób, nie wiem dokładnie ile. Przy końcu Powstania już [skończyły się] działania wojenne, ludność cywilna zaczęła wychodzić, nas wsadzili wszystkich do Szpitala Maltańskiego na ulicę Śniadeckich 17. Myśmy na Śniadeckich siedzieli. To się nazywało, że my jesteśmy z rannymi, tych rannych prawie nie było, nas natomiast było dosyć dużo. Myśmy wyszli z Warszawy dopiero 17 października, dobrze pamiętam tę datę, dlatego że piętnastego były imieniny mojej matki, wiem, że jeszcze byłam wtedy w Warszawie. Władze akowskie nam w naszych kenkartach zmieniły miejsce zamieszkania, myśmy się potem legitymowali tym, że my nie jesteśmy z Warszawy. Warszawskie kenkarty później, jak trafiłam do Krakowa, to jeżeli jakikolwiek Niemiec sprawdzał, wziął kenkartę i zobaczył, że z Warszawy, to człowiek automatycznie szedł do jakiegoś odosobnienia, a tak to można było jakoś się bronić.

  • Gdzie pani była zameldowana?

Chyba w Szczęśliwicach.

  • Co się działo z wtedy pani rodziną?

Jak wróciłam ze Starego Miasta, to wróciłam do domu, bo myśmy miały taką odprawę po wyjściu z kanałów, dostaliśmy wolnego dobę czy półtorej doby, żeby potem się zgłosić. Poszłam na Czackiego, wtedy wszyscy jeszcze byli, naturalnie istnieli w piwnicy, a myśmy poszli na trzecie piętro, uważali, że jest bardzo dobrze. Pamiętam tylko, że graliśmy na pianinie, a moja matka krzyczała, żeby była cisza, że to nie można, żeśmy zwariowali i tak dalej. Myśmy wyszli z piekła, nam się wydawało, że to jest raj na ziemi. Potem jeszcze, jak byłam w domu, w ciągu tych dwóch dni, już trudno mi powiedzieć, [mieszkanie na] Czackiego zostało zbombardowane. Wtedy razem z rodziną wyszłam, przeszliśmy barykadę w Alejach Jerozolimskich, poszliśmy na Piusa 18, gdzie mieszkały moje ciotki. Matka, ojciec, moja siostra zostali. Właśnie nie pamiętam, jak trafiłam do tego punktu na Chopina. Oni wyszli, jeszcze ich odprowadzałam, jak wychodzili. Oni się dostali do Pruszkowa, stamtąd zostali wywiezieni pod Radomsko.

  • Jak wyglądało pani wyjście z Warszawy?

Nas wywieźli Niemcy 17 października do Tudoru. Tudor to była fabryka akumulatorów w Piastowie. Była hala taka olbrzymia, nic nie było w ogóle, tłum ludzi, stare babuszki były, starzy mężczyźni. Jeszcze, jak myśmy byli w Warszawie tośmy to widzieli, Niemcy przyjeżdżali i szukali, wywozili tych, którzy czy rodziny zostawili, czy sami nie mogli wyjść, czy ranni, chorzy, trudno mi powiedzieć. Właśnie wywozili do Tudoru, ale myśmy byli bardzo krótko, ze dwie noce, po czym żeśmy się zorientowali, że to nie jest specjalnie pilnowane, zaczęliśmy się kręcić, żeśmy wyszli.

  • To znaczy w grupie?

W grupie, tak. Później pojechałam do Krakowa.

  • Już sama?

Gdzieś na stacji w Piastowie spotkałam mojego szwagra i z nim pojechałam do Krakowa, od niego się dowiedziałam, gdzie wszyscy są, bo oni jakoś się spotkali, on w czasie Powstania w Warszawie akurat był poza Warszawą. I tak to było.


  • Co pani robiła w Krakowie?

W Krakowie mieszkałam u rodziny.

  • Zastał tam panią koniec wojny?

Nie. Mnie złapali kiedyś Niemcy na ulicy w Krakowie.

  • W czasie łapanki?

Nie pamiętam, jak to było. Szłam, a oni zbierali ludzi pod murem. Mnie wzięli, wzięli kenkartę, też mi kazali iść pod mur, młodych zbierali wtedy. Potem nas przez cały Kraków przeprowadzili na Prądnik, było takie więzienie duże, to styczeń musiał być, bo to był mróz, było zimno. Po jakimś czasie przyszedł jakiś Polak i powiedział, że przyjdzie Niemiec i będzie wywoływał po nazwisku według kenkart, trzeba odpowiedzieć miejsce zameldowania. Wtedy przeżyłam bardzo ciężkie chwile, bo zaczęłam się zastanawiać, gdzie jestem zameldowana, bo wiedziałam, że w Warszawie na Czackiego, a tam chyba były Szczęśliwice, nie wiem, w każdym razie wiem, że w efekcie dostałam – mam zresztą do dzisiejszego dnia – takie skierowanie na roboty do Bochni. Wypuścili mnie, że się mam zgłosić do Bochni, oni tak załatwiali wszystkich. Naturalnie do Bochni się nie zgłosiłam. Natomiast ojciec mój wtedy załatwił, że wysłał mnie, siostrę i szwagra do Rabki, były jakieś możliwości. W Rabce doczekałam się Rosjan, przyszli. Potem żeśmy wrócili do Krakowa na piechtę z Rabki, piękna droga była, już Niemców nie było.

  • Później powrót z Krakowa do Warszawy.

Z Krakowa do Warszawy wróciłam pod koniec lutego 1945 roku. Przedtem byłam pod Radomskiem, gdzie była moja cała rodzina u nich, ale byłam krótko, a do Warszawy wróciłam… Już nie pamiętam, co to był za miesiąc, to też jeszcze była zima. Wtedy do Warszawy się jakoś trafiało, ale się trafiało też więcej na nogach niż czym innym, wtedy już dowiedzieliśmy się, że jest otwarty wydział medyczny na Boremlowie, to znaczy na Grochowie w takiej szkole, myśmy się tam zgłosili. Wtedy niby rektorem, który to prowadził, był profesor Budkiewicz, z którym akurat moja grupa i ja też, nie stykaliśmy się w czasie okupacji. Wiem, żeśmy do niego poszli i pierwsza rzecz, on powiedział: „Dowody”. − „Nie mamy żadnych dowodów”. − „Coście robili? Gdzie?”. Nic. Pamiętam, potem takie długie schody były w szkole, żeśmy siedzieli na tych schodach i myśleli − co tu robić, gdzie szukać, co znaleźć, jak. Przyszedł profesor Paszkiewicz, żeśmy się przywitali, ucałowali i profesor po różnych rozmowach powiedział do mnie: „Słuchaj, usiądź razem z tymi chłopakami, napiszcie wszystko, a ja podpiszę”. To tak zobowiązywało, że my potem jeden drugiego pilnowało, żeby sobie przypadkiem dwóch dni nie dodać jakichś zajęć.

  • Do Powstania na jakim etapie pani skończyła medycynę?

Po Powstaniu już miałam właściwie piąty rok, miałam absolutorium w 1946 roku.

  • Jak wyglądał wybór specjalizacji?

Niedużo później, dlatego że marzyłam o tym, żeby iść na chirurgię dziecięcą, ale dostałam się na pediatrię, początkowo na Działdowską do profesora Szenajcha, jeszcze nie było chirurgii w ogóle. Potem przyszedł ze świata docent Chroboni, chirurgia się zaczęła, poszłam do niego. Potem tak się różnie układało, że właściwie z chirurgii wyszłam, ale na pediatrii już byłam do końca.

  • Gdzie pani mieszkała, jak wróciła pani z Krakowa?

Jeszcze jak kończyłam studia, to mieszkałam w Tworkach.

  • Tam była psychiatria.

Była psychiatria, ale profesor Mazurkiewicz był szefem, zgodził się, że na jeden z oddziałów, to był oddział profesora Handelsmana, szarytki były, dał nam całe jedno skrzydło, myśmy mieli trzy czy cztery pokoje, naturalnie bez klamek wszystko, żeśmy sobie robili różne kawały, ale żeśmy tam mieszkali.
Później, jeśli chodzi mieszkanie, to pod koniec 1946 roku ojciec mój dostał mieszkanie na Żoliborzu, bo przedtem był w Łodzi bezpośrednio po wyzwoleniu. Ojciec pracował w Państwowym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych, mieli dom na Żoliborzu, dostał mieszkanie, mieli dom i mieszkanie.

  • Jak wyglądały w czasie Powstania takie prozaiczne rzeczy jak sama higiena, korzystanie z prasy, radia? Pani mówiła o graniu na pianinie…. Chodzi mi o atmosferę i szczegóły, czy coś pani z tego pamięta?

Trochę pamiętam, to znaczy póki żeśmy były na Rynku Starego Miasta w lecznicy, to nas było stosunkowo niedużo i były toalety, łazienka, można było z tego korzystać i jeszcze była woda, bo to było istotne. Później, jak już byliśmy na Długiej pod 7 to taki był doktór Majewski, który też pracował w lecznicy, on wtedy taką koleżankę moją Dankę Lupińską i mnie zaprowadził na Długą 13 do popularnie zwanego dziadkiem – dziadka Lisieckiego – który był szefem Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy. Było ognisko, które istniało chyba od 1928 roku, znaczy nie wiem, czy to ognisko istniało, ale chyba tak, bo to było jedno z pierwszych ognisk. To był taki wychowawca, niestety nie żyje w tej chwili, ale to naprawdę wielka postać. Pracując na Długiej, codziennie wieczorem leciałam do „dziadka” i w miarę możności człowiek dostał garstkę wody, żeby nos chociaż czy zęby i zawsze talerz zupy, bo oni gotowali. Ale to było bardzo różnie, jakoś to nie było istotne wszystko.

  • A jeżeli chodzi o radio, o gazety, był jakiś kontakt?

Radio było, zupełnie nie pamiętam gdzie, ale pamiętam, że zawsze nadawali „Z kurzem krwi bratniej”, taka pieśń patriotyczna straszna, to z Londynu nadawało BBC i myśmy się strasznie na to wściekali, że oni nic, tylko już nas grzebią, ale nie pamiętam, gdzie to radio było.

  • A postać „dziadka”? To był mężczyzna, który próbował zorganizować ognisko. Miała pani możliwość z nim porozmawiać, skąd brał te rzeczy, jak finansowo sobie radził, jak mógł takie rzeczy organizować?

On musiał, został z dziećmi swoimi i cudzymi, z ogniska starsi chłopcy to polecieli do Powstania na różne placówki w różnych dzielnicach Warszawy, a młodzież cała została na miejscu. Zginął taki stryjek jeden, zginęło dwóch chłopców przy jakimś bombardowaniu, a reszta jakoś się uchowała. Oni codziennie coś gotowali, mieli zapasy, bo przecież to była instytucja obliczona nie na cztery czy pięć osób, tylko na kilkanaście czy kilkadziesiąt, w związku z czym tych zapasów trochę było, a on sam to naprawdę wielki człowiek wielkiego formatu. Zresztą do dziś dnia ogniska jego istnieją, grupa tych starych jego wychowanków istnieje, widuję się z nimi zresztą.

  • Czy myśli pani często o Powstaniu, czy przypominają się pani jakieś rzeczy, czy jak jest rocznica, to pani jakoś przychodzi do muzeum albo próbuje jakoś inaczej spędzić ten czas?

Człowiek na pewno wspomina, zwłaszcza jak się kontaktuje z ludźmi, którzy to samo przeżyli. Normalnie to życie idzie do przodu i w tej chwili dla mnie już są ważniejsze moje prawnuczki.

  • Sama rocznica Powstania 1 sierpnia – jak pani ją spędza?

Staram się jakoś ją uczcić, chociaż tym, żeby pójść na Powązki, ale też różnie to się układa.

  • Co działo się z pani po maju 1945? Pani była w Tworkach po zakończeniu wojny.

Naprawdę nie wiem. W lecie byłam na pewno w Tworkach czy w maju, po prostu nie pamiętam, nic nie powiem.

  • Później była droga związana z medycyną?

Tak. Zaczęłam pracować w 1947 roku już pełną parą.

  • Czy cały czas utrzymywała pani przyjaźnie, znajomości powstałe w czasie konspiracji?

Tak. To się utrzymuje zdecydowanie. Tylko niestety jest nas coraz mniej, ale to już cudów nie ma.
  • To były takie rozmowy, które mogliście prowadzić na głos, czy część osób nie chciało podawać swoich pseudonimów, mówić, co się z nimi działo, bo po prostu się bali?

Byli tacy, co się bali, ale czy ja wiem. Oni się odsuwali po prostu. A tak to przecież każdy jeden o drugim wiedział, co się dzieje. Ale życie jest silniejsze od wszystkiego, bieżące sprawy się nakładają i one pokrywają wszystko.

  • Czy jest takie wspomnienie, które szczególnie pani utkwiło w pamięci, związane z Powstaniem? Czy może chciałaby pani jeszcze dodać jakiś fragment, który jakoś szczególnie utkwił pani w pamięci, coś co było może najstraszniejsze, najciekawsze albo najsympatyczniejsze?

Czy ja wiem. Mogę opowiedzieć historię jednej gruszki. Byłam na Długiej pod 7 w piwnicy, ktoś przyleciał, mówi do mnie: „Baśka wyjdź, bo ktoś do ciebie przyszedł”. Idę do tych schodów, które wychodziły, widzę, że stoi Wacek Semadeni, to jest taki mój kolega, ale widzę, że on jest cały inkrustowany [?], mówię: „Wacek, Boże drogi, gdzieś ty był, zasypało cię czy co?”. − „Coś ty, głupia, nie widzisz tego?”. − „Ale co mam widzieć?”. − „Gwiazdkę dostałem, a dla ciebie coś przyniosłem, byłem na Żoliborzu”. Poszli kanałami na Żoliborz i wrócili”. Wyjmuje z kieszeni gruszkę, taką piękną klapsę, dał mi tą gruszkę. Moje koleżanki wszystkie były chore na brzuch, byłam jedną z wyjątkowych, która nie chorowała, pokazałam tą gruszkę, one mnie nakrzyczały, że po co pokazuję, jak nie dałam, w ogóle one nie mogą tego nawet ugryźć. Wieczorem przyszedł do mnie taki, wówczas się nazywał doktor Góral, to była moja sympatia w tamtym okresie. Temu Kaziowi [Tuleji] pokazałam tą gruszkę i on do mnie mówi: „Słuchaj, daj, tylko pokażę dziewczynom u mnie na punkcie”. − „Kaziu, słuchaj, ale jeżeli ci ktokolwiek zabierze tą gruszkę i ty jej jutro mnie przyniesiesz… Możemy ją zjeść razem, ale inaczej w żadnym wypadku”. To on wziął tą gruszkę i na drugi dzień żeśmy się spotkali, on taki niewyraźny, mówię: „Słuchaj, gruszki nie masz?”. − „Mam, ale zobacz, ugryziona”. − „Wiesz, coś podobnego”. − „Słowo honoru, nikomu nie dałem, tylko to była siła wyższa”. Sprawa się skończyła, gruszkę żeśmy zjedli i po miesiącu kiedyś siedzimy na Chopina w tym punkcie, gadamy, przyszła grupa sanitariuszek ze Starego Miasta. Zaczęła się taka gatka, śmiatka, jedna to opowiada, druga to, a jedna tak mówi: „Wiecie co, jaką miałam historię, nasz doktor Góral mało mnie nie pobił”. − „Dlaczego, co się stało?”. − „Wyobraźcie sobie, że któregoś dnia na Starym Mieście przychodzi na punkt i na ogonku pokazuje gruszkę. Nawet nie zdążył się ruszyć, jak ja do tej gruszki dopadłam i ją odgryzłam”. Czyli siła wyższa. Siła wyższa. Taka była historia jednej gruszki.

  • Czy pani mąż też brał udział w konspiracji?

Tak, tylko że zupełnie gdzie indziej. Włodek był w ogóle w „Zośce” już dużo wcześniej przed Powstaniem, w czasie Powstania to nie dotarł na swoje miejsce, tylko był w obrębie ulic takich jak Łucka, Grzybowska, Krochmalna, zresztą też było bardzo ciężko w owych czasach.

  • W czasie Powstania państwo się znaliście?

Myśmy się w ogóle nie znali.

  • Wie to pani tylko z opowiadań.

Później się od niego dowiedziałam, jak go poznałam.

  • Co pani opowiadał o Powstaniu?

Więcej człowiek przeczytał w różnych książkach, pisali o nim to czy tamto, niż to, co opowiadał, bo to już też było zupełnie co innego. To wszystko było już inaczej.



Warszawa, 15 kwietnia 2011 roku
Rozmowę prowadziła Joanna Faryna
Barbara Zawirska-Roefler Pseudonim: „Barbara” Stopień: sanitariuszka Formacja: Obwód I Śródmieście, Zgrupowanie „Róg” Dzielnica: Stare Miasto, Śródmieście Północne, Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter