Czesław Łukasik

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Czesław Łukasik, urodziłem się 17 stycznia 1926 roku w Sochaczewie.

  • Co robił pan przed wybuchem II wojny światowej?

Kiedy miałem około dwunastu lat, może mniej, moi rodzice przenieśli się do Warszawy za pracą. Ja również przybyłem z nimi. Zacząłem więc chodzić do szkoły w Warszawie na ulicy Kasprzaka. Uczyłem się tam do wybuchu wojny w 1939 roku. Nie zdążyłem skończyć siódmej klasy, bo Niemcy w 1939 roku na jesieni zajęli szkołę na swoje potrzeby. Siódmą klasę kończyłem zatem w sześciu szkołach, bo gdzieśmy nie poszli, to Niemcy nas wypędzali…

  • Jak pan zapamiętał 1 września?

Mieszkałem na Woli, w drewnianym budynku bez wody, światła, centralnego ogrzewania. Gdy rozpoczęła się wojna, pierwsze bombardowanie Warszawy było na ulicę Jana Kazimierza przy Górczewskiej na Woli. Niemcy rozwalili wówczas dwupiętrowy budynek, tyle tam ludzi zginęło… Zbombardowali też między innymi Okęcie, w tym samym dniu, od razu 1 września [1939 roku].
Miałem wtedy czternasty rok, a wszędzie potrafiłem wejść. Pamiętam jeden epizod. Porucznik [Zdzisław Pacak-Kuźmirski] miał barykadę na rogu Redutowej i Wolskiej. Pamiętam ewakuację ludności stamtąd, wozy, konie, ludzie, ranni, nie ranni, wszyscy przychodzili do Warszawy. Wody w studniach zało dla ludzi, żeby mogli pić. Kiedy ten exodus się zakończył, Niemcy zaczęli szykować się do ofensywy, by zająć Warszawę z marszu. Na ulicy Wolskiej znajdowały się Zakłady Pasty do Butów „Dobrolin” ze znakiem jelenia. Wzdłuż całej tej ulicy były budy żydowskie. Ten porucznik[Zdzisław Pacak-Kuźmirski rozkazał podpalić budy żydowskie, żeby oczyścić teren] i zobaczyć, co jest w magazynach u „Dobrolina”. A były ogromne ilości terpentyny, benzolu, benzyny. Kazał żołnierzom poustawiać co pięć metrów beczki, jedną za drugą wzdłuż wąskiej, brukowanej wówczas ulicy Wolskiej. Porucznik miał jedno działo przy Redutowej, a drugie ustawione na Cmentarzu Prawosławnym, na wałach, jednak czekał, bo miał połączenie telefoniczne. Jechało sześć czołgów. Strzelił do pierwszego czołgu, podał wiadomość, inny strzela do ostatniego czołgu i po tych beczkach. [Wszystkie czołgi zostały spalone]. Czołgi stały zepchnięte na bok, leżały kilka miesięcy nim je zabrano na wiosnę. Niemcy weszli do Warszawy. Wszędzie ogień, [zbombardowane domy]. Strasznie, po prostu. [Wojsko polskie z ludnością cywilną bronili się w Warszawie dwadzieścia sześć dni], ale nie dali rady.
Pamiętam butne wkroczenie Niemców do Warszawy. Ich spojrzenia, mówiące, że tylko oni są nadludźmi, pogarda… Do dzisiaj mam awersję w stosunku do Niemców.
[Zrozumieliśmy co nas czeka wraz z wkroczeniem wojsk niemieckich i gestapo. Zaczęły si mordy, rozstrzeliwania, łapanki, żywności i opału. W grudniu 1939 roku Niemcy rozstrzelali w Wawrze 112 osób]. Nastąpił okres okupacji. Nie byłem z inteligenckiej rodziny, tylko chłoporobotniczej, więc nie poszedłem do szkoły, tylko pracowałem w firmie [KHIN]. Była taka zajezdnia kolejowa na Bródnie, obecnie nie ma tam nic, wszystko zostało zniszczone, pracowałem tam przez dwa czy trzy lata. Później widziałem różne rzeczy. Człowiek szedł, o niczym nie myślał, a Niemcy już go mają, wsadzają do budy i za dwa dni rozstrzeliwują. Straszne rzeczy się działy. To było trudne pięć lat, bardzo trudne. Nie było też co jeść. Dlaczego bananów do dzisiaj nie lubię? Bo w młodości ich nie jadłem, nie wiedziałem, co to jest banan.

  • Jak zapamiętał pan wybuch Powstania?

Bardzo dobrze to pamiętam. Tak się złożyło, że byłem akurat w odwiedzinach u kuzynów na Elekcyjnej, na Woli. Sznur Niemców uciekał stamtąd wozami, „ukraińcy” uciekali ze wschodnich terenów. Wyglądało to jak exodus do Warszawy w 1939 roku. Pamiętam jeden szczególny epizod sprzed Powstania – na Kercelaku wisiała na słupie polska flaga, a jakiś Niemiec zdjął ją, w trakcie gdy inni już uciekali. [Za chwilę wisiała polska flaga].
Myślę, że gdyby Powstanie wybuchło nie 1 sierpnia, ale 25 lipca, miałoby wszelkie szanse powodzenia, bo wtedy to cała administracja niemiecka opuściła Warszawę. Z przesiedleńcami to byśmy sobie dali radę. Niemcy więc uciekali, a zatrzymali się pod Kutnem. Później Hitler wydał polecenie, że cała administracja musi wrócić do Warszawy. I właśnie wtedy wszystko przegraliśmy. Przegapiliśmy. Gdybyśmy wyszli 25 lipca, mielibyśmy większy areał, więcej budynków i przy okazji zdobytej broni. A tak nawet większość zrzutów szła na niemiecką stronę, mieliśmy bowiem jedynie niewielki skrawek terenu. Z całą pewnością to 25 lipca był dogodnym czasem na uderzenie. Wyszło inaczej.
Wracając z Elekcyjnej około godziny trzeciej zobaczyłem, jak na ulicy Baltazara, zaraz za Redutową, zaczęto ostrzeliwać Niemców. Pożegnałem się z kuzynami, tak jak bym wiedział, że widzę ich już ostatni raz. Wszystkich ich rozstrzelali na Elekcyjnej, mojego wuja, ciotkę, dwoje ich dzieci. Trzecie dziecko uratowało się jako jedyny członek rodziny, ponieważ matka upadła na nie.
[Gdy wybuchła strzelanina około godziny piętnastej trzydzieści] przeszedłem z Woli na Ochotę. Na Barskiej widziałem chłopaków z opaskami, wśród nich był kolega z mojego domu. Spytałem: »Bolek«, co tu się dzieje?”. Odpowiedział: „Powstanie wybuchnie za chwilę. Krzyknąłem, że ja też idę do Powstania! I tak stałem się żołnierzem, złożyłem przysięgę. Nie pamiętam, jak brzmiała, ale składałem przysięgę na służbę narodowi polskiemu. Zostałem tam, ale bez broni, bez niczego. Później [1 sierpnia około osiemnastej] otrzymaliśmy zawiadomienie, żeby wycofać się z Barskiej, znaleźliśmy się więc się na ulicy Słupeckiej. Chłopcy przynieśli pudełka z granatami, „sidolówkami”. Dostałem dwa takie granaty, wytłumaczono mi, jak się nimi posługiwać. Tak zostałem wcielony do plutonu 406.
Ze Słupeckiej po odpoczynku przedostaliśmy się do budynku PKO na placu Narutowicza. Budynek ten stoi do dzisiaj. Stojąc już wewnątrz, na trzecim piętrze mogłem obserwować skutki ataku Powstańców na dom akademicki. Przerażająca scena. Ogromna ilość zabitych. Sądzę, że iem logiki było wysyłać ludzi na pewną śmierć. To była przecież twierdza, a z czym myśmy tam szli?
Około godziny jedenastej, dwunastej wzięto mnie na wartę. Dostałem karabin, jednak po warcie odebrano mi go i znów zostałem z dwoma granatami. Nagle padło hasło, by zgrupować się na ulicy Niemcewicza 7/9. Patrzę, tam tłum ludzi, widzę kilku znajomych. Gdzieś około godziny drugiej dostajemy wiadomość, że ustawiamy się w szyku marszowym i wychodzimy z Warszawy na zachód. Ale gdzie, do kogo, po co? Nie wiedzieliśmy. Nastąpił wymarsz. Na Szczęśliwickiej ostrzał, nasi odpowiedzieli ogniem, bo jednak trochę broni było, w tym karabinów maszynowych.

  • Czy mógłby pan opowiedzieć coś więcej o uzbrojeniu pana plutonu?

Słabo, słabiuśko. Dwóch z nas miało po pistolecie i to wszystko. Mieliśmy też granaty, czołówka miała erkaemy nawet, ileś karabinów było, ale tylko dla tych, którzy byli już doświadczeni, którzy dłużej należeli do plutonu. A wszyscy ochotnicy, czy tacy wolontariusze jak ja, byli w dalszej, jeżeli nie ostatniej kolejności.
Przeszliśmy. Pierwsza potyczka była bardzo dla nas korzystna. Szliśmy wzdłuż kolejki EKD, która jechała właśnie za Warszawą. Zatrzymaliśmy ją, gdy przejeżdżała. Jechały nią kobiety z mlekiem do Warszawy. A byliśmy i spragnieni, i głodni, więc poratowaliśmy się tym mlekiem za zgodą kobiet. Jechałem w pierwszym wagonie, który był jak twierdza. Tu karabiny, tam karabiny, z przodu jeden karabin maszynowy. Wysiedliśmy w Regułach. To był błąd, dowódca nie miał żadnych konkretnych informacji. Gdybyśmy wysiedli w Michałowicach, to dobrnęlibyśmy do lasu bez żadnych strat. A my wysiedliśmy w Regułach. Szliśmy piaszczystą drogą w kierunku dużej kępy drzew. I co się okazało? Wyjechały stamtąd dwa samochody niemieckie. Zaatakowaliśmy je, wybiliśmy niemieckich żołnierzy, którzy nimi jechali, zabraliśmy [karabiny]. I właśnie wtedy dostaliśmy się pod ogień niemiecki. W pobliżu rosło jakieś pół hektara słonecznika, kiedy chłopaki dostali się pomiędzy te słoneczniki, po godzinie żadnego talerza nie było. Wszystko ścięte. Większej części [grupy], łącznie z dowódcą, pułkownikiem Sokołowskim, o pseudonimie »Drzymała«, udało się stamtąd uciec przepełzając rowem, omijając niejako miejscowość. A ja byłem właśnie w czołowej grupie. Zostałem ranny w nogę, ale nie tak groźnie. Każdy krył się jak mógł. Może upłynęła godzina, półtorej, kiedy Niemcy wyszli z psami i z karabinami. Wyłuskiwali nas wszystkich po kolei. Przyprowadzili nas do parku w Pęcicach i tam postawili nas pod ścianą. Spędzili również wszystkich ludzi z okolicznej wioski. Stałem koło gospodarza z tej wioski, sołtysa. Napisałem mu adres na pudełku od papierosów, by zawiadomił moich rodziców. Staliśmy wszyscy razem jakiś czas, później jednak Niemcy oddzielili nas od mieszkańców wsi – ich popędzili dalej do jakichś obór. Trzymali nas pod tym budynkiem do czternastej, później wpędzili do piwnicy pałacu w Pęcicach. Stamtąd po jakiejś pół godzinie, przychodzili i po dziesięciu wybierali. Nie było szansy ucieczki. Tak się złożyło, że ja zaryzykowałem i miałem wiele szczęścia. Był tam w piwnicy piec od chleba, zapytałem, czy ktoś próbował wejść do tego pieca, by spróbować się ratować. „A bo to warto?”– odpowiedzieli. Ja natomiast oznajmiłem – „Spróbuję, może mi się uda”. I wszedłem do pieca, słyszałem jak Niemcy zabierali moich kolegów. Ludzie się modlili. Nie widziałem rozstrzeliwań, ale słyszałem strzały.
Trochę się zdrzemnąłem. Obudziłem się w nocy, mogła to być druga godzina, może trzecia. Koledzy dali płaszcz, dwadzieścia dolarów i latarkę. Wziąłem to wszystko z sobą. Spróbowałem się wydostać na zewnątrz. I co dziwne, nie wiem, chyba Opatrzność musiała nade mną czuwać, chodziłem w piwnicy, koło śpiących Niemców przy radiostacji, a nie budzili się. Myślałem, że może okienkiem wydostanę się z piwnicy, ale to okazało się niemożliwe – okno było zakratowane. Wróciłem. Zauważyłem, że znajduje się tam wejście, z ziemi na taki wyższy parter i do piwnicy. Czekałem, aż Niemiec zmieni się na górze, żebym mógł się wydostać. A deszcz wtedy padał solidnie. Jak drugi przyszedł go zmienić, to ja pomalutku się wydostałem. Przeszedłem koło czołgu, dostałem się do pobliskiej wioski. Patrzę, leżą worki z ziemniakami. Wziąłem jeden, by w razie czego udawać, że jestem handlarzem. A samym końcu pęcickiej wioski zapukałem do pewnego chłopa. Przebudził się. „Może mnie pan przetrzymać?”– zapytałem. „Nie, ja pana nie przetrzymam, ale Niemców tutaj nie ma, można iść” – odpowiedział gospodarz. Odszedłem więc. Zdążyłem zrobić zaledwie dziesięć kroków, nim usłyszałem – Halt!
Przyprowadzili mnie z powrotem do tego samego pałacu. Wcześniej, kiedy jeszcze siedziałem w piwnicznym piecu, kolega dał mi swoją kenkartę na nazwisko Kornatowski. Mieszkał gdzieś na Nowym Świecie, był tylko troszkę starszy ode mnie. [W Pęcicach] właśnie go rozstrzelali.
  • Nikt z Niemców pana nie poznał?

Nie, bo gestapowcy, którzy rozstrzeliwali, dawno odjechali. Tłumaczyłem się, że jestem handlarzem i przyszedłem tutaj by kupić towar, a mieszkam w Pruszkowie. Nic to jednak nie pomogło. Pilnowali mnie, a o jakimś czasie zabrali w to samo miejsce co przedtem – do piwnicy. Następnego dnia już musiałem pomagać im w pracy. Zrobili tam taką małą fabryczkę, ładowali tam akumulatory. Byłem potrzebny do ich przenoszenia. Pomyślałem, że jeśli mi dadzą jeść, to już raczej nie rozwalą. Tak pomagałem im przez dwa dni. W tym czasie sprowadzili trzech mężczyzn, rozstrzelali na starym, przedwojennym cmentarzu niedaleko pałacu.
W pewnym momencie wybuchł wśród Niemców straszny popłoch. Zaczęli ładować wszystko na samochody, mnie też wsadzili na samochód. Wiedziałem, że nie mam szans ucieczki, skoro za moim samochodem jedzie drugi. Musiałem czekać, aż nadarzy się sprzyjająca okazja. Dojechaliśmy do Brwinowa. Niemcy zajęli tam dom jakiegoś lekarza. Jeden z nich coś szabrował, drugi warował przy radiostacji, dwóch gdzieś poszło. A ja pomalutku, po schodach do drzwi, wymknąłem się i doszedłem do stacji kolejowej. Zapytałem jakiejś kobiety – „Pani, kiedy pociąg do Warszawy?”. „Coś ty?” – odpowiedziała – „Warszawa pali się cała, nie ma żadnej komunikacji z Warszawą”. Ja jednak twardo szedłem w kierunku Warszawy. Zdążyłem odejść może kilometr od Brwinowa. Koło cegielni, w której najprawdopodobniej rozstrzelano akowców z Pruszkowa, znowu zatrzymali mnie Niemcy. Na szczęście, umiałem troszeczkę mówić po niemiecku. Wyjaśniłem, że idę do pracy do Pruszkowa. Nie rewidowali mnie, puścili.
Dotarłem do Pruszkowa, i rzeczywiście musiałem gdzieś się zatrudnić, by przeżyć te najtrudniejsze chwile. Spotkałem chłopa, spytałem, czy by mnie nie zatrudnił. Odpowiedział – „Bierz za motykę i kop ziemniaki”. Okazało się, że były to ziemniaki kolonistów niemieckich, którzy zostawili wszystko. Zacząłem kopać wraz z nim. Potem pojechałem do niego i jak usnąłem, tak spałem dzień i noc. Przyznałem się, że nie mam żadnych dokumentów, ale on zapewnił – „My ci tutaj coś pomożemy”. Upłynęło pięć dni. Chłop wpadł do domu przerażony, zażądał, żebym natychmiast ich opuścił. Bał się, ponieważ było zarządzenie niemieckie, że jeżeli w budynku znajdą warszawiaka, to tak jakby to Żyd był, wszystkich rozstrzelają. Były takie przypadki. Nie było rady, musiałem znów ruszyć w drogę. Wstąpiłem do kościoła za Pruszkowem, w Żbikowie. Tam się pomodliłem u ołtarza Matki Boskiej i poprosiłem, żeby mnie prowadziła dalej. Poszedłem w kierunku Sochaczewa. Błonie minąłem bokiem i poszedłem do Bożej Woli, gdzieśmy podczas okupacji przyjeżdżali po zboże, chleb, kawałek mięsa. Chłop, którego dom musiałem tak szybko opuścić, dał mi adres do pewnego majątku folwarcznego, nie pamiętam jak on się nazywał. Poszedłem do właścicielki folwarku i powiedziałem, że jestem z Warszawy i chciałbym pracować, żeby przeżyć te najgorsze chwile. Odpowiedziała – „Możesz pracować, ale nie mów, że jesteś z Warszawy. Powiedz, że z Błonia”. Pracowałem tam dwa tygodnie. Mieszkała też u niej kupa ludzi z Warszawy, ale to wszystko cwaniaczki, którzy wódkę pili, w karty grali, żadnej pracy się nie imali. Myśleli tylko o przyjemnościach. Powiedziałem, że z nimi nie będę mieszkał, zrobiłem sobie w stercie słomy dziurę, dostałem koc, prześcieradło i tam co noc zawsze sobie spałem. Wkrótce któryś z chłopów zadenuncjonował tych warszawiaków. Przyjechali Niemcy i w nocy wszystkich rozstrzelali pod lasem. Znowu się uratowałem. Ta kobieta była naprawdę bardzo dobrym człowiekiem. Po jakimś czasie przyszli partyzanci z Puszczy Kampinoskiej. Dzieliła się z nimi wszystkim, co miała. A to prosiaka ubili, a to chleba im upiekła, to brali z sobą. Powiedziałem, że chętnie poszedłbym z nimi. Jeden z partyzantów odpowiedział –„Synu, u nas jest tak ciężko, tak głodno… Przetrzymaj, już niedługo, już niedługo może nastąpi wolność”.
Spędziłem na folwarku około trzech tygodni. Potem zapragnąłem przedostać się do Sochaczewa. Tam przecież była moja rodzina, znajomi, inaczej bym się tam czuł. Ogłosiłem na wsi, że chętnie pojadę któregoś dnia kopać – bo tutejsi chłopi odrabiali swego rodzaju „pańszczyznę”, kopiąc Niemcom okopy.
Umówiłem się, dostałem kawałek chleba, butelkę mleka i to miało starczyć na tydzień. A mnie chodziło o to tylko, żeby się dostać do Sochaczewa. Gdy dotarliśmy tam, zapowiedziałem, by na mnie poczekali chwilę, że muszę coś zrobić. Poszedłem do parafii do księdza i mówię, że nie mam żadnych dokumentów, że mam problem. Ksiądz wypisał mi od ręki metrykę.
Kiedy wróciłem, oni nadal twardo czekali na mnie na rynku. Ominąłem ich i próbowałem przejść przez most – była tam niemiecka warta, ale jakoś nie zatrzymywali. Udałem się do stryja. Przyjął mnie jak własnego syna, wszyscy się popłakali. Pytali o rodziców, odpowiadałem – nie wiem. Spędziłem u nich ze dwa miesiące.

  • Co się mówiło w Sochaczewie o Powstaniu?

[Ludność w Sochaczewie dzieliła się wszystkim jak mogła. Chociaz sami nie mięli wiele. Była taka pomoc przez RGO – Radę Główną Opiekuńczą, gdzie dostałem trochę odzieży i bielizny].
Co chłopi mówili? Bardzo źle. Nie chciałbym wspominać, jak traktowali chłopi warszawiaków. Mój stryj, człowiek światły, mądry, dostał pięcioosobową rodzinę ze Starego Miasta, byli tylko w sandałach i koszulkach, tak jak mogli uciec z tego piekła. Dał im pokój, coś do jedzenia, ale przecież oni nie mieli też obuwia. A chłopom w czasie okupacji się bardzo dobrze powodziło, bo ludzie wywozili z Warszawy wszystko. Widziałem u niego na strychu taki kosz obuwia. [Obuwie było używane, ale można było chodzić]. Powiedziałem – „Stryju, popatrz, śnieg zaraz spadnie, te dzieci boso chodzą. Tam masz na strychu cały kosz obuwia”. Odpowiedział – „Znieś szybko, to im dam”. Wziąłem ciotecznego brata, poszliśmy na strych i znieśliśmy buty. Warszawiacy już nie byli boso. Dostali też drewno na opał, ale inni byli w gorszej sytuacji. Moja późniejsza teściowa z chorym dzieckiem i ze swoją matką, która pracowała w monopolu tytoniowym na Kaliskiej, ewakuowana do Pruszkowa, później trafiła do chłopów do Głowna. Traktowali ją jak niewolnicę. Musiała wszystko robić, a na trzy osoby dawali jedną miskę żuru. A żądali, żeby człowiek robił za trzech czy czterech. Byli więc i tacy ludzie, którzy wspierali warszawiaków, byli też jednak ludzie okrutni.
Pod Sochaczewem Niemcy budowali bunkry, choć nie brały one później udziału w obronie przed Rosjanami. Pracowałem przy nich i ja. Te bunkry będą chyba stały tam za Sochaczewem do końca świata. Ludzie porobili sobie jakieś chłodnie, czy coś takiego, ściany miały dwa metry i zbrojenia grubości ręki. Nikt tego już nie używa, ale właściwie po co to niszczyć, niech stoi, może się komuś przyda na coś.
Oprócz pracy przy bunkrach, trzeba było chodzić też na okopy, budować ogromne, przeciwczołgowe rowy głębokości dwa i pół metra, szerokości czterech metrów. [Za] dniówkę dostawało się specjalną karteczkę z gapą. A za siedem takich karteczek Niemcy dawali pokwitowanie; szło się do „Społem” i dawali litr spirytusu, kilogram soli i paczkę zapałek. Za cały tydzień pracy. Zastanawialiśmy się z bratem, jakby tu wykombinować, żeby nie pracować, ale żeby było więcej tego spirytusu, bo ten spirytus można było później sprzedać. Braliśmy więc od Niemców te ich karteczki, z godłem. Wzięliśmy ugotowane jajko, [przekroiliśmy i na białku] odbijaliśmy godło najpierw na jajku, potem na drugiej kartce, fałszując w ten sposób niemieckie przydziały. Potem przekazywaliśmy przez kogoś.

  • Co w tym czasie działo się z pańską rodziną?

Otrzymałem list od ojca, był w Oranienburgu koło Berlina. Matka z bratem była w obozie [pracy] w Hildesheim pod francuską granicą. Pisali, prosząc o jedzenie, więc co tydzień wysyłałem paczki – raz matce, raz ojcu. Jedzenie dla nich czasem dostawałem, później kradłem. Jak dowiedziałem się, gdzie kto zabił prosiaka, a wyniósł na strych, to w nocy szedłem, odcinałem kawał słoniny i wysyłałem. Dzięki temu przeżyli.

  • Co działo się z panem później?

Około 17 stycznia skończyła się budowa okopów, a Niemcy zaczęli uciekać. Usłyszeliśmy, jak został wysadzony most nad Bzurą w Sochaczewie. 19 stycznia weszli już Rosjanie. Postanowiłem dostać się do Warszawy. Dostałem na drogę trzy kromki chleba posmarowane marmoladą z buraków. W drodze spotkałem żołnierza – był głodny, oddałem mu więc te kromki. Szedłem dalej. A wtedy były mrozy potężne, śniegi. Siedem kilometrów za Sochaczewem nastąpił pogrom Niemców. Wszędzie leżeli cywile i Niemcy. Ogromna ilość sprzętu na polach, drogach. Mnóstwo dział, czołgów. Nie mówiąc już o ludziach, którzy byli na placki porozjeżdżani. Tam właśnie Rosjanie od strony Żyrardowa zaskoczyli w Sochaczewie wszystkich uciekinierów i zrobili masakrę. Poszedłem dalej, do [Warszawy] i trafiłem do domu tego chłopa, który mnie wypędził. Przywitał mnie bardzo serdecznie, przepraszał, wszyscy mnie przepraszali, że oni musieli. Odpowiedziałem – „Nie musicie mnie przepraszać, bo wiem jak było”. Zjadłem kolację, umyłem się. Chłop zapytał, dokąd idę. Gdy usłyszał, że wracam do Warszawy, kazał mi iść z nim do stodoły. Była tam przedtem intendentura niemiecka, mieli magazyn, widocznie dla swego [oddziału]. Jak nastąpiła nawałnica, zostawili wszystko. I on znalazł dla mnie chlebak z sierścią jelenia na klapie, dał mi konserw, cukru kostkowego, ze dwa chleby i coś jeszcze. I tak mnie wyekwipował do Warszawy. W drodze do Warszawy zatrzymałem rosyjski samochód, opłaciłem przejazd ćwiartką bimbru, również otrzymaną od tamtego chłopa – inaczej nikt by się nie zatrzymał. Gdy dojechałem do Redutowej, usłyszałem straszny wybuch – powiedziano nam byśmy poszli prosto jezdnią, nie schodzili na boki, bo wszystko zaminowane. Okazało się, że na Wolskiej pod przejazdem kolejowym maszerowali czwórkami polscy żołnierze Kościuszkowcy. Obok furmanką jechał człowiek z szabrowanymi rzeczami, zjechał wozem na jedną z niemieckich min. Jak gruchnęło, to zrobiła się wyrwa, [wielu żołnierzy zginęło], około 30 żołnierzy leżało potem jeszcze przez trzy tygodnie pod pomnikiem Sowińskiego na Woli, nie miał kto ich pochować. [Były duże śniegi i mrozy].
Szedłem dalej, do domu. Wszędzie tylko wypalone okna i nic więcej. Na ścianach wisiały karteczki z wiadomościami. „Bolek, jestem tu”. „Taki i taki – jestem tu”. Spotkałem sąsiada z sąsiedniego domu, uściskaliśmy się jak rodzeni bracia. Poszedłem później dalej na Wolę, do kuzynów, by się gdzieś zatrzymać. Okazało się, że dom, w którym mieszkali ocalał! Poszedłem do nich, a tam już była kupa ludzi powracających do Warszawy. Wszędzie spali, nawet na szafie, na podłodze, jeden na drugim. Moja ciotka przyniosła zmarzniętych kartofli, umyła jakoś wodą ze śniegu, rozgrzana. Gotowała zupę, ja wyjąłem puszkę. W życiu nie jadłem zupy z konserwy i zamarzniętych ziemniaków. Na drugi dzień wróciłem na swoje miejsce. Dałem sobie słowo, że do Warszawy wrócę, nawet namiot rozbiję, a będę mieszkał w Warszawie.
A jednak wróciłem do Sochaczewa. [Na wiosnę 1945 roku wróciłem do Warszawy]. W kwietniu poszedłem do Pęcic. O dziwo, spotkałem tego sołtysa, któremu dałem kartkę z adresem. On mówi – „To pan żyje?”. Mówię – „Żyję”. Och, jak się uradował serdecznie. Poszedłem, zobaczyłem mogiłę, która tam jest. Leży tam dziewięćdziesięciu sześciu zabitych, z czego kilkunastu jest nieznanych. W 1947 roku został zrobiony duży pomnik. Tam co roku w niedzielę [około 1 sierpnia] odbywa się uroczysta msza, apel. Teraz coraz bardziej uroczyście jest. W ogóle dziwiłem się, że dostałem informację na temat obchodu wybuchu Powstania Warszawskiego. Tu nic nie jest na ten temat powiedziane. A tam to jest bardzo podniosła uroczystość. Tam i wojsko przyjeżdża, i ludzie z okolicznych gmin, bo to jest takie jedno mauzoleum w zachodnim rejonie podwarszawskim. Zawsze się w ostatnią niedzielę [lipca] odbywa. Zawsze jest tak, że ksiądz mnie wyczytuje, że czy jeszcze taki jeden żyje? Odpowiadam – „Żyję, proszę księdza”.
W kwietniu [1945 roku] ponownie przyszedłem do Warszawy. Przyznam się szczerze, że spotkałem taką znajomą... Pracy jeszcze nie było, nie mieliśmy z czego żyć. Powiedziałem – „Chodź, pojedziemy na szaber!”. Pojechaliśmy aż do Frankfurtu za Odrę. I tam mnie zastał koniec wojny. Znajoma któregoś dnia zaproponowała, byśmy poszli do okolicznej willi poszukać jedzenia. Miałem pół litra wódki, chcieliśmy wypić po kieliszku. W środku natknęliśmy się na Rosjanina. Skąd wyczuł, kurczę, że my mamy wódkę? Nalałem mu pół szklanki. Wypił. Spytał, czego nam trzeba, powiedziałem, że koszuli, spodni, butów… Zabrał nas do magazynu, gdzie było dużo różnych rzeczy – poza butami. Ale były pończochy jedwabne, nie nylonowe, bo Niemcy jeszcze wtedy nylonu nie znali. To wynalazek amerykański z [1943] roku. Wziąłem trochę rzeczy, zapakowałem do worka. Zabrałem też piękną walizkę. Oddałem Rosjaninowi te pół butelki wódki. Potem odprowadził nas na dworzec, wsadził do pociągu do Poznania. W Poznaniu usiadłem na worku, zdrzemnąłem się, patrzeć, trzask, prask – walizki nie ma! No trudno. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Jadę do Warszawy.

  • Jak wyglądała wtedy Warszawa?

Do Warszawy dotarłem pod koniec maja. Po drodze były różne perypetie, tu się człowiek zatrzymał, tam się zatrzymał. Sprzedałem dość dobrze rzeczy z tamtego magazynu i znów gdzieś pojechałem. Wracając zorientowałem się, że idzie za mną ktoś podejrzany. To byli mój ojciec i brat. Tacy byli chudzi, ważyli po czterdzieści kilo… [Wrócili z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen kolo Berlina]. Wspólnie zaczęliśmy szukać domu z całym dachem. Zajęliśmy pomieszczenie na Sękocińskiej 7. Parter i pierwsze piętro domu były spalone, drugie i trzecie nie. Ale już były zajęte. Mieliśmy więc do wyboru lokal albo na parterze, albo na górze. Wzięliśmy na pierwszym piętrze. Jakieś tam drzwi się wstawiło, cokolwiek, żeby było wiadomo, że ktoś tu jest. Przynieśliśmy jakieś skrzynki na stół, drugie skrzynki do siedzenia. W okno też się wstawiło jakiś kawałek ramy. I tak mieszkaliśmy pierwsze dni. Pracowałem za bochenek chleba, bo takie były czasy.
Pamiętam, że coraz więcej ludzi zaczęło napływać, zaczęło się organizować życie w Warszawie, już następowała administracja. Dam taki przykład: kiedy ruszyły wodociągi. Pierwsza woda była na placu Narutowicza. Później już bliżej, na Kaliskiej. A później była już u nas w domu, bo to był budynek nowocześnie budowany. Owszem, był spalony, ale rury były nie tak jak obecnie plastikowe tylko z stali prawdziwej. Woda była już później w mieszkaniu. To już było coś. Zaczął pierwszy tramwaj kursować na Pradze, bo w Warszawie dopiero zaczął kursować jak wybudowany został most Poniatowskiego...
Opowiem jeszcze historię mostu Poniatowskiego. Kiedy budowali most Poniatowskiego, a ja pracowałem z ojcem na Pradze i szedłem w tamtą stronę, były trzy przęsła. Wracam z powrotem, a są tylko dwa. Mówię do ojca: „Popatrz, coś się stało, bo dwa przęsła są, a były trzy”. Okazało się, że jedno przęsło runęło do wody. I odbudowa tych mostów się przedłużyła. Nie wiem, czy wydostali to, czy nie wydostali, w każdym razie most został zrobiony. Po jakimś czasie ruszył tramwaj z placu Narutowicza na Pragę. To był pierwszy tramwaj z lewobrzeżnej Warszawy. Później na Okęcie, tam dalej, dalej. Zaczynało się to życie i to najszczęśliwsze dni jakie były dla Polaków, to w latach 1945–1947. Następowało samorzutne tworzenie zakładzików, jakiś punktów usługowych, kto możniejszy to fabryki otwierał, młyny. Żywności już nie owało, tylko pieniędzy nie było, bo jeszcze nie były wyprodukowane, żeby płacić cokolwiek. Ale jakoś się przeżyło. Człowiek był samotny. Poznałem przyszłą żonę, dziewczynę z którą się pobraliśmy i żyjemy razem do dzisiaj, sześćdziesiąt lat będzie w tym roku.
  • Czy ujawnił pan swój udział w Powstaniu?

Nie afiszowałem się z tym. Rozmawialiśmy ze znajomymi, ale żeby głośno, to było wtedy nie do pomyślenia.

  • Jak później potoczyło się pana życie?

Było coraz lepiej, musiałem jednak pójść do pracy. Nie miałem wykształcenia wyższego, więc trzeba było zrobić jakieś kursy. Zrobiłem kurs budowlańca, jako cieśla. Zacząłem pracować. Pracowałem przy budowie Domu Słowa Polskiego na Towarowej, to była kiedyś drukarnia, a teraz są hurtownie, sklepy, nie ma już tej drukarni. Bardzo długo pracowałem przy odbudowie Muranowa. Pracowałem przy budowie Elektrociepłowni na Żeraniu. Pracowałem w Koninie. Pracowałem w całej Polsce. Wszędzie tam, gdzie można zarobić parę złotych i coś zrobić. Pamiętam wielki entuzjazm przy odbudowie Warszawy. Pracowaliśmy osiem godzin, potem ładowaliśmy się na samochody, jechaliśmy albo Stare Miasto odgruzowywać, albo Czerniaków, tam, gdzie nam wskazano. Pracowaliśmy jeszcze dwie, trzy godziny. Nikt nam za to nie płacił, ale też nikt z nas się nie upominał. Przyjeżdżali ludzie z całej Polski odbudowywać Warszawę. Istnieje taki budynek na rogu Nowego Światu. Nie wiem czy ten napis jest, ale byłaby to zbrodnia, gdyby to zniszczyli: „Cały naród buduje swoją stolicę”. W każdym razie chyba jest na tym budynku, od strony Alej Jerozolimskich. „Cały naród buduje swoją stolicę”… Był pełen entuzjazm. Ludzie, ci sceptycy powiedzieli, że Warszawy nie odbudujemy za sto lat. A jak wybudowaliśmy, to za dziesięć lat już była w pełni użyteczna. Zaczęła się stawać Warszawa parterowa, były parterowe sklepy na Marszałkowskiej. Ale można było już wszystko dostać, aby tylko były pieniądze. Trochę z tym było gorzej, ale zaczęło się organizować życie. Zaczęły już powstawać firmy budowlane. Ja się zaangażowałem. Pracowałem w firmach budowlanych. Czterdzieści pięć lat pracy miałem, nim poszedłem na emeryturę.
Gdzieś tak w roku 1950 zaczęliśmy odczuwać te pazurki wschodnie u nas. Już wszystko było dla narodu, tylko naród nic z tego nie miał. Zaczęło ować wszystkiego. Pracowało się za psi pieniądz. Urodziło mi się troje dzieci. Jak dzisiaj popatrzę, moja prawnuczka się urodziła, dzieciątko maleńkie, ona już ma pampersy, a mnie dla dziecka dali dziesięć metrów płótna na pieluchy. Taka była różnica w chowaniu dziecka. Nie było koszulek, nie było nic, po prostu, niczego, żeby można było kupić, by ten dzieciak był tak pięknie ubrany, jak dzisiaj są. Czasy się zmieniły. Wyrosły mi duże dzieci. Mam bardzo mądrych wnuków i również prawnuków.
Wracając później do pracy w Warszawie. Pracowałem na różnych obiektach, tam, gdzie było potrzeba. Przepracowałem jakieś trzydzieści lat i się zbuntowałem, mówię – „To nie jest żadna praca na dworze, śnieg, mróz, nieraz wiatr, wichura”. I zmieniłem zawód na stolarza. Piętnaście lat pracowałem w zawodzie stolarskim. Tak doszedłem do emerytury.
[Pomimo wielu lat pracy nie starczało mi emerytury, musiałem dorabiać dorywczo jako stolarz na różnych obiektach. Po sześćdziesięciu dwóch latach małżeństwa w roku 2009 zmarła moja żona. Od tego czasu bywam u wnuków i prawnuków, gdzie bardzo serdecznie mnie przyjmują. Raz w miesiącu spotykam się z kolegami. Jest już nas coraz mniej. Biologia robi swoje].




Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Warszawa 17 maja 2006
Czesław Łukasik Stopień: szeregowy Formacja: IV Obwód Ochota, 406 Pluton Dzielnica: Ochota Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter