Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Ewa Abrysowska „Lesia”
Ewa Abrysowska
pseudonim
„Lesia”
stopień
łączniczka, plutonowy
formacja
Zgrupowanie „Żywiciel”
dzielnica
Żoliborz

Ewa Abrysowska. Mieszkam obecnie w Londynie, do którego przyjechałam w 1946 roku. Po Powstaniu byłam w obozie Oberlangen. Później wyjechałam do Włoch, gdzie byłam sześć tygodni, po czym [w związku] z likwidacją 2. Korpusu przyjechaliśmy wszyscy do Anglii.

  • Proszę rozwinąć temat, opowiedzieć wszystko dokładnie o pani drodze bojowej. W roku 1939, gdy wybuchła wojna, pani miała raptem trzynaście lat. Proszę opowiedzieć, jak pani zapamiętała ten dzień, 1 września?

Trudno powiedzieć. Emocjonalnie, nikt nie wiedział właściwie, co będzie. Wszyscy przypuszczali, że wojna będzie trwała krótko.

  • Mieszkała pani na Żoliborzu?

Mieszkałam na Żoliborzu cały czas. Później zostaliśmy ewakuowani z ministerstwem mojego ojca na wschód. Byliśmy w takiej małej miejscowości, która się nazywała się Nowosiółka bodajże, nie pamiętam dokładnie. I stamtąd uciekliśmy, po prostu, bo wiedzieliśmy, że Rosja idzie już z tamtej strony.

  • Przed 17 września?

Po. Przedostaliśmy się z powrotem do Warszawy. W Warszawie już byli Niemcy, oczywiście. Myśmy przyjechali. Wracając, nie wiedzieliśmy, czy dom stoi, czy nie stoi. W bloku mieszkaliśmy, [mieliśmy] mieszkanie. Kamienica stała, tylko trochę poobijana była ze wszystkich stron. Ale rodzina mieszkała tam.

  • Ktoś zajął mieszkanie?

Nie. Tylko ich część mieszkania była zniszczona. Skorzystali z tego, że nikogo nie ma i przerażeni byli, jak się okazało, że my wracamy. Ale jeszcze mieszkali z nami dosyć długo nawet dobre parę tygodni, jak nie miesięcy, [do czasu] jak ich mieszkanie było w takim stanie, że mogli wrócić. Potem zaczęłam chodzić do szkoły. Oczywiście gimnazjum nie było już. Akurat miałam iść do pierwszej klasy gimnazjum. Gimnazjum nie było, była szkoła krawiecka.

  • Zawodową Niemcy tolerowali?

Tak. To była szkoła krawiecka, która miała trwać trzy lata, czy ile. Oczywiście musiałyśmy się uczyć trochę tego szycia, chcąc nie chcąc, oprócz tego były normalnie wszystkie przedmioty.

  • Czyli jednak było tajne nauczanie?

Tak. Na kompletach i w szkole też. Wszystko było pod przykrywką tej szkoły krawieckiej. I potem, bodajże w 1943 roku, ten kurs się skończył i kazali nam iść do getta, szyć mundury niemieckie. Tam była pracownia, gdzie pracowały dziewczyny, które skończyły niby ten kurs krawiecki i Żydzi. Właściwie, to razem pracowaliśmy tam.

  • Ta pracownia była na terenie getta?

To było tak zwane małe getto. Tam szyli mundury. Trzeba było przepustkę mieć. Tam pracowałam bardzo krótko, dlatego że pewnego dnia tych wszystkich Żydów, którzy tam pracowali, zgarnęli na plac przy naszej fabryce i wywieźli. Jedna dziewczyna się schowała. I wtedy wróciłam do domu i powiedziałam, że więcej tam nie idę, żeby nie wiem co. [Prowadzono] kursy, niby jakieś sanitarne, na lewo dokumenty się wyrobiło. I potem do konspiracji się dostałam w 1942 roku.

  • Kto panią tam wprowadził?

Moja koleżanka właśnie, która obecnie już jest na emeryturze. Doktor Danuta Gail. Najpierw było harcerstwo, potem do konspiracji, do łączności.

  • Jak wyglądały wasze zajęcia w konspiracji?

Miałyśmy zbiórki, ćwiczenia.

  • Jakiego rodzaju ćwiczenia?

Chodziłyśmy nawet do lasu ćwiczyć strzelanie.

  • Broń jakaś była?

Był tam jeden rewolwer, pistolet jeden, na którym ćwiczyłyśmy. Takie różne ćwiczenia. Właściwie trudno powiedzieć, że to były wojskowe ćwiczenia. To raczej było przygotowanie do konspiracji. Poza tym roznosiłam „Biuletyn Informacyjny”.

  • Miała pani stałe punkty, do których pani dostarczała?

Tak, stałe. I z koleżanką jedną podrzucałyśmy Niemcom ulotki.

  • Niemieckie?

Tak. To był specjalnie drukowane ulotki.

  • Żeby szerzyć defetyzm?

Tak. Tam, niedaleko koło Wisły gdzieś mieli takie swoje koszary, już nie pamiętam dokładnie, gdzie to było. To był na Żoliborzu teren, nad Wisłą.

  • I nie było żadnej wpadki?

Nie. My siedziałyśmy w nocy, czekałyśmy bardzo długo. Na takim balu siedziałyśmy i przez płot się przerzucało to. To bardzo krótko trwało zresztą. I potem Powstanie wybuchło.

  • Czy wiedzieliście o tym, że wybuchnie Powstanie? Docierały do was informacje?

Tak. Ostatnio, pod koniec, to już wszyscy zdawali sobie sprawę i wszyscy czekali na to właściwie.

  • Jakie były zadania ustalone na pierwszego sierpnia 1944?

Wszyscy musieliśmy pójść na punkt.

  • Gdzie on był?

To było przy ulicy Mickiewicza, koło wiaduktu zaraz. Po lewej stronie Mickiewicza, niedaleko dworca.

  • Czyli tam, gdzie się zbyt wcześnie rozpoczęło Powstanie?

Ja to właśnie widziałam. Mnie wysłali wtedy po coś, już nie pamiętam po co, na Bielany. I dali mi rowerek, ale taki mały rower, dziecinny taki, kolana gdzieś pod brodą. Pojechałam tam. I wracając, to była może trzecia, w pół do czwartej, zaczęła się niesamowita strzelanina przy ulicy Suzina. I właśnie nie wiedziałam, co to się stało, czy to już Powstanie, czy... Tam jakaś wpadka była wtedy. Tak, że dojechałam tam i na Żoliborzu się zaczęło wcześniej wszystko.

  • A potem, o godzinie siedemnastej?

Potem z kolegą poszliśmy zawiadomić lekarza, który mieszkał przy placu Inwalidów, że Powstanie wybuchło. To był doktor Sosna, który wtedy był głównym lekarzem AK. Tak, że już bramy wszystkie były pozamykane. Przez bramę musieliśmy przeskakiwać, żeby się dostać do bloku. I potem była klapa, oczywiście, na Żoliborzu. Wojska musiały się wycofać.

  • Do Kampinosu poszli?

Do Kampinosu. Ja nie poszłam do Kampinosu i wróciłam do domu. Potem dopiero...

  • Potem był rozkaz, żeby wrócić...”

Tak. I wszyscy wrócili.

  • I znowu włączyła się pani...

Tak. Przyszła łączniczka druga i mówi „Chodź, wszyscy są z powrotem.”

  • Jakie pani zapamiętała swoje zadania z okresu Powstania?

Biegałam z meldunkami, rozkazami.

  • Czy docierały jakieś informacje spoza waszego rejonu, bo byliście, niestety, w osamotnieniu, bo nie było dostępu do Żoliborza?

Nie wiem tego. Byłam zwykłym pionkiem. Potem kanałami przecież przechodzili ze Starówki. Tylko to wiem. Więcej nie.

  • Czy była pani świadkiem jakichś akcji bojowych?

Największa to była akcja Dworzec Gdański.

  • Jak to pani zapamiętała?

Wtedy biegałam z meldunkiem. Tam i z powrotem. Widziałam tych chłopców, którzy przyszli z Kampinosu.

  • Żeby pomóc?

Tak. I potem nic nam się nie udało.

  • Straciliście wielu kolegów?

Tak.

  • I wycofanie, oczywiście?

Wycofanie. I potem zmieniliśmy kwaterę. Kwatery to się ciągle zmieniały.

  • Czy życie codzienne jakoś się pani upamiętniło? Bo pewnie odbiegało od normalnego?

No, na pewno.

  • Już nie mieszkała pani wtedy w swoim mieszkaniu?

Nie, nie. Byłam cały czas na punkcie. Tam, gdzie mój oddział był.

  • Jak to wyglądało? Ile was tam było?

Już nie pamiętam. Willa była. To było zaraz koło kościoła, tam, gdzie Popiełuszko jest pochowany. Ulica Pogonowskiego. Tam byliśmy na kwaterze jakiś czas. Potem przenieśliśmy się gdzie indziej, już nie pamiętam, gdzie to było. A potem, te ostatnie dni, to były straszne już. Straszne.

  • Dlaczego straszne?

Strzelanina okropna była. Samoloty. Ja, na przykład, byłam ranna, ale nie w akcji. Byłam ranna od rosyjskiego samolotu, który, niby miał Niemców bombardować. On spadł w ogródku, tam, gdzie my byliśmy, spadła bomba fosforowa. Tak, że miałam włosy spalone na głowie, na plecach, rękę miałam poparzoną i miałam odłamek w nodze. Tak, że nawet nigdzie mnie nie zapisali, że jestem ranna, bo to nie była żadna akcja. Po prostu wyszłam do ogródka i jakieś parę metrów ode mnie ta bomba upadła. Tak, że byłam raczej zniewolona pod koniec, przez tę nogę pod koniec. Chodziłam, ale...

  • Już nie mogła pani pełnić swojej funkcji jako łączniczka?

Raczej przy telefonie siedziałam, przy centrali.

  • Czy ktoś się panią zajął, pod względem medycznym?

Tak. Najpierw opatrywała mnie lekarka. Nic nie pomogła właściwie, bo miałam dwa złamania, noga była potwornie spuchnięta, ale potem poszłam do wujka mojej koleżanki, który był lekarzem. I on mi tę nogę uratował. Bo tam mi powiedzieli „Jak nie będziesz leżeć, to stracisz nogę.” A ja jeden dzień leżałam tylko, w piwnicy gdzieś. Ale on mi tę nogę uratował. Opatrunek mi założył i jakoś to wszystko się uspokoiło. Tak, że już nie mogłam bardzo biegać, chodzić i tylko przy centralce siedziałam.

  • Co od pani wtedy zależało?

Komunikacja między dowódcami. Miałam kontakt z innymi centralkami, których było kilka na Żoliborzu i przekazywaliśmy wiadomości.

  • Łączyła pani dowódców?

Tak.

  • Czyli miała pani orientację co się dzieje?

Nie, bo jak się dowódca włączył, to ja się wyłączałam. To nie było tak, że można było słuchać.

  • Czy z tego okresu, tych sześćdziesięciu trzech dni, pamięta pani jakieś inne, niezwykłe wydarzenie? Na przykład, ponoć, bardzo istotne były msze podwórzowe. Nie wiem, czy u was też, bo w Śródmieściu tak?

Tak, to też było bardzo, bardzo popularne.

  • Czy mieliście swojego kapelana?

Mieliśmy. To znaczy pamiętam jednego księdza tylko, który był cudownym księdzem. Ksiądz Trószyński. Znałam go osobiście, zresztą. I on odbierał przysięgę ode mnie, wojskową.

  • Była pani zaprzysiężona i on odbierał przysięgę?

Tak. On i jeszcze, bodajże, dwie czy trzy osoby.

  • To znaczy, że to wcześniej było, przed Powstaniem?

Tak. To było dwa lata przed tym. To było w 1942 roku. I potem go nieraz spotykałam w czasie Powstania. Wiem, że tam był inny ksiądz jeszcze, ale nie miałam kontaktu z nim.

  • Na czym polegała jego niezwykłość?

To był człowiek bardzo dzielny. Był proboszczem takiego małego kościółka przy ulicy Gdańskiej, gdzie mieszkałam. Gdańska – tam był taki mały kościółek, gdzie chodziliśmy czasem na nabożeństwa i on tam był proboszczem. A zaraz obok były niemieckie koszary. I tam niektórzy Niemcy przychodzili na te msze, nawet polskie. Katolicy. A ksiądz się nie bał zupełnie. To, co chciał, to powiedział zawsze. Na przykład takie miał kazanie kiedyś, mówił, że „Pan Bóg zabrania zabijać, nie wolno zabijać. Ale zło trzeba niszczyć!” – krzyknął i uderzył pięścią... I tego Niemcy słuchali. Potem zamknęli jego mieszkanie, mieszkał gdzie indziej. Tak, że to były takie szykany [wobec] księdza. Podobno wielki pogrzeb miał, jak zmarł. Dawno zmarł. Był bardzo uroczysty pogrzeb księdza Trószyńskiego.

  • Jak pani zapamiętała stosunek ludności cywilnej do was, bo trochę kłopotów wprowadzaliście swoją obecnością?

Tak, bardzo. Nigdy się nie spotkałam, żeby ktoś narzekał. Nie spotkałam się. Wiem, że były takie wypadki. Biedni ci ludzie byli. Siedzieli w piwnicach, w strasznych warunkach. Przecież to ani jedzenia, ani nic. Okropne warunki były. Ale ja nie spotkałam specjalnie tego.

  • Pewnie, po prostu oni, tak samo jak wy, uważali, że to jest niezbędne

Tak.

  • Nadszedł dzień kapitulacji. Mówiła pan jak to wyglądało, że z koleżanką najpierw poszłyście...

Kapitulacja była około dziewiątej, chyba, wieczorem. Powiedziano nam, że kto chce do niewoli, niech idzie. Kto nie chce, niech zostaje. Ja z tą nogą, a ona z tą matką zostałyśmy w piwnicy. Na drugi dzień rano wyszłyśmy. Kazali nam, ludzie cywilni „Zdejmijcie te opaski” – powiedzieli – „bo tutaj cywile sami są, tu nie ma wojska.” Tośmy zdjęły opaski i idziemy z tymi ludźmi. Idziemy przez wiadukt, patrzymy, a tam naszych chłopców prowadzą. Więc szybko opaski na ramię i wmieszałyśmy się w nich. I poszłyśmy do niewoli z nimi razem.

  • Wyszła pani z Powstania jako żołnierz?

Tak.

  • Dokąd dotarłyście?

Zaprowadzili nas wtedy na Wolę. Tam taki kościół był...

  • Św. Wojciecha?

Tak. Tam bardzo długo staliśmy i pertraktacje były. Niemcy powiedzieli, że tam strzelano jeszcze po kapitulacji, na Żoliborzu właśnie i że to „bandyci.” Ale jakoś wszystko się załagodziło. Potem stamtąd pojechaliśmy do Pruszkowa. I tam, na dworcu, na stacji kolejowej siedzieliśmy. I stamtąd do obozu już.

  • Gdzie pani była w obozie?

Przywieźli nas do Gross-Rosen. […] Stamtąd później, na siłę, Niemcy wzięli nas do roboty.

  • To nie był jeniecki obóz?

To był jeniecki, ale Niemcy przyjeżdżali i zapraszali i namawiali, żeby do cywilnego obozu pójść, bo tam lepsze warunki. My, oczywiście, nie chciałyśmy. Krzyk, wrzask, tupanie nogami. Potem raz przyjechali z karabinami, powiedzieli „Jazda!” i zabrali nas do kilku miejscowości. Pracowałam w Burgu koło Magdebruga. To była fabryka części do V-2. Tam miałyśmy legitymacje i taki palec był narysowany – tajemnica. I tam pracowałyśmy bardzo ciężko. Co się dało, tośmy tam psuły, ale pracowałyśmy przez miesiąc.

  • Słyszałam, że czasami kobiety połykały części?

Ja o tym nie słyszałam. Pracowałam przy takiej maszynie, gdzie trzeba było wywiercić dziurę, to zawsze troszkę starałam się skrzywić to. Ale nas wywieźli stamtąd po miesiącu do Oberlangen.

  • W Oberlangen pani była? Czyli wyzwolił was generał Maczek?

Tak.

  • To proszę opowiedzieć bardzo dokładnie jak to wyglądało. Jak było w Oberlangen, jakie były warunki?

W Oberlangen było fatalnie. Tam było zimno, było głodno, bardzo nieprzyjemnie było.

  • Ale byłyście dobrze zorganizowane. Same kobiety były, żołnierze?

Tak. Same kobiety – żołnierze. Tam było nas tysiąc siedemset z czymś. Nawet się kilkoro dzieci urodziło. I tam byłyśmy świadkami, na przykład raz, desantu. Pamiętam, któregoś dnia wyszłyśmy za barak – cała masa spadochronów. To było cudowne wrażenie.

  • Nadzieja…

Lecieli bardzo nisko nieraz. Tak, że my kiwałyśmy do tych samolotów. To były bombowce jakieś, amerykańskie chyba. Strasznie nisko lecieli. Jedne w dzień, drugie w nocy. Tak, że emocje były. Nie można się było doczekać. Tego dnia, kiedy nas uwolnili, siedziałam w baraku i raptem słyszę też – strzelanina. Wychodzę, patrzę, co się dzieje. Czołg wjeżdża w druty. Rozwalił te druty całe i wjeżdża. Myślę sobie: „Kto to jest?” Bo my nie wiedziałyśmy, kto to jest, czy to Kanadyjczycy, czy Anglicy. Nikomu do głowy nie przyszło, że to Polacy. Patrzę – Poland. Co za radość straszna! Wszyscy, cały obóz, od razu wszystko wyszło. Chory, nie chory, kaleki bez nóg. Wszystko wylęgło tam. Tak, że to było bardzo wzruszające. Tam niektórzy spotkali córki, czy jakieś krewne.

  • Jak długo tam pozostałyście jeszcze?

Wyjechałam stamtąd bardzo szybko, bo dowiedziałam się, że mój ojciec jest w Lubece. Pojechałam do Lubeki autostopem. Trzy dni jechaliśmy. Raz wyjechałam, to nas zatrzymała żandarmeria z krzykiem, z wrzaskiem „Gdzie się tłuczecie?! Tutaj miny, tu bandy! Jazda!” I przywieźli nas z powrotem do obozu.

  • Bo bez pozwolenia pani się oddaliła?

Bez. W ogóle nie wolno było tak sobie jeździć. Ale to trwało bardzo krótko nim zorientowaliśmy się, że jest jakiś inny sposób. I autostopem. Górami, trzy dni, i przyjechałam do Lubeki.

  • Czy znalazła pani ojca?

Tak. Byliśmy w Niemczech cały czas, w Lubece. Potem w Hamburgu, potem jeszcze w takiej miejscowości pod Hamburgiem. I stamtąd organizowali wyjazd akowców do Włoch. To było nielegalnie wszystko zrobione. Zresztą Anglicy doskonale wiedzieli o tym. Bo jak brałam obywatelstwo, przyszła taka urzędniczka, powiedziałam jej wszystko. Zresztą ona wszystko wiedziała i znała polski doskonale. I pyta: „No, a jak byłaś we Włoszech?” tak, i tak. „Ja wiem. Nie trzeba mówić, ja wiem, jak to było.” Tak, że tam, jako krewne wojskowych, tych w 2. Korpusie, tam byłyśmy sześć tygodni. To był cudowny czas. Mieszkałyśmy w namiocie. Adriatyk, gorąco, słońce, namiot i jedzenia ile kto chciał. To był raj dla nas. I po tych sześciu tygodniach tam już wojsko się likwidowało i przewieźli nas do Anglii. Też do obozu, z początku, oczywiście. Byłam w obozie.

  • Ale ciągle była pani traktowana jako żołnierz?

Nie, absolutnie nie. Nikt z nas nie był. To już był cywilny obóz.

  • A Anglia? Jak was przyjęła?

Mgłami, deszczem. Obóz. Zresztą tam byłam krótko, tylko rok w tym obozie. Nawet pracowałam wtedy tam jako sekretarka, bo to był wojskowy, potem był angielski, tak zwany assisting volunteers to im pisałam trochę na maszynie, ale nie chciałam siedzieć w obozie i wyjechałam stamtąd z koleżanką do Berlinghem. Pracowałyśmy w Berlinghem, […] Tam kilkanaście tysięcy ludzi pracowało. Straszna praca była. Straszna.

  • Czy miała pani jakieś wątpliwości, czy tu zostać, czy wrócić do Polski?

Nie, nie mogłam [wrócić], dlatego że mój ojciec nie mógł wrócić. A poza tym, po co? Jak mój ojciec był tu, po co miałam jechać do Polski? Nie zastanawiałam się nad tym. Nie było mowy, żeby wrócić do Polski.

  • Urządziła sobie pani życie już tutaj, rodzinę [założyła], czy mąż był Polakiem?

On był tłumaczem u Andersa, w 2 Korpusie.

  • Poznała go pani już w Anglii?

Już w Anglii. Mamy jedną córkę. Córka ma trzech synów, wszyscy teraz już są tutaj. W Polsce mam tylko kuzynów różnych.

  • Czy córce i wnukom opowiadała pani o Powstaniu, o konspiracji?

Wszystko wiedzą. Najmłodszy wnuk nawet książkę Normana Daviesa o Powstaniu czytał dokładnie i wszyscy się bardzo interesują. W ogóle Polską i sprawami polskimi. Zresztą mówią bardzo dobrze, czasem troszkę niegramatycznie, ale biegle po polsku.

  • Tego córka przestrzegała czy pani?

Wszyscy. Jak mówili w domu po angielsku, to się nie rozumiało. I udawaliśmy, że w ogóle nie wiemy o co chodzi. Chodzili do polskiej szkoły w soboty też. Dają sobie radę w obu językach bardzo dobrze.

  • Doskonale. Czy chciałaby pani wypowiedzieć jakąś swoją myśl, przemyślaną przez lata, na tamten temat? Że zrodziło się w pani jakieś przekonanie o tym, że trzeba powiedzieć to i to. Coś wspaniałego o Powstaniu, czy przeciwnie coś okropnego.

Okropnego nie. To już dosyć wszyscy mówią okropnych rzeczy. Widziałam bardzo dzielnych, bardzo bohaterskich ludzi. To najwięcej mi zostało w pamięci.

  • To jest bardzo cenne, że są wśród nas tacy, okazuje się, najzwyklejsi ludzie, którzy w ciężkich momentach wykazują się odwagą, bohaterstwem i uczciwością.

Tak.

  • Czy w ogóle jest pani zdania, że Powstanie było potrzebne?

Trudno tak, teraz, na ten temat coś powiedzieć.

  • W chwili, kiedy weszła pani do konspiracji, wiedziała pani, że to będzie użyte jakoś?

Tak, ale wtedy to człowiek miał szesnaście lat i nie zastanawiał się nad tym. Wszyscy chcieli tego Powstania, wszyscy chcieli być wolni.

  • Czyli to było potrzebne!

Wtedy każdy tak myślał.
Londyn, 26 listopada 2006 roku
Iwona Brandt

Zobacz także


strzelec

Janusz Konarek „Głowbicz”

Janusz Konarek, urodzony 16 sierpnia 1927 roku w Warszawie. W Powstaniu byłem w Kompanii „Lewara” pod...

więcej
strzelec, łączniczka

Maria Stapf „Małgorzata”

Proszę powiedzieć jak dla pani zaczęła się II wojna światowa. Czy pamięta pani dzień 1 września?...

więcej
łączniczka

Janina Budrewicz-Baliszewska „Maria Leśniewska”

Janina Budrewicz, urodziłam się 24 stycznia 1926 roku w Warszawie. Pseudonim z czasów okupacji „Maria...

więcej
łączniczka, sanitariuszka

Hanna Minkiewicz „Bogusia”

Nazywam się Hanna Minkiewicz, łączniczka-sanitariuszka „Bogusia”, Pułk...

więcej