Halina Krześniak

Archiwum Historii Mówionej


Halina Krześniak.

  • Co pani zapamiętała z okresu okupacji w Warszawie?


To są dwa konkretne momenty. Pierwszy, to kiedy z ojcem przejeżdżałam Marszałkowską przez mostek, który dzielił obóz żydowski, i zobaczyłam, jak to wygląda. Nie analizowałam, bo jako dziecko człowiek ma inne myśli. Drugi moment, który do tej chwili mi się utrwalił, ciągle jest ze mną: idąc do pierwszej komunii z mamą, widziałam Niemców idących i śpiewających Hai li, Hai lo.

  • Co pani zapamiętała z okresu Powstania?


Okres Powstania jest bardzo drastyczny. Człowiek widział tych ludzi [walczących i ginących].
Mieszkałam na Marymoncie w dół od Potockiej. Gdańską i Rudzką przechodzili powstańcy. Oczywiście Niemcy swoimi dużymi oczami zaraz zauważyli i strzelali. Powstańcy przychodzili do nas i dostawali jedzenie, to wszystko tak trwało. Słyszeliśmy petardy i katiusze, które rozstrzeliwały Śródmieście. Śródmieście się paliło. To wszystko było makabryczne. Byliśmy troszkę odsunięci i nie doznaliśmy tego konkretnie. Dopiero, jak nas Niemcy wypędzili z domów, to był makabryczny okres. Szliśmy pod górę… Na Bielanach, tam gdzie do tej pory jest ośrodek sportowy, stacjonowali niemieccy żołnierze. Strzelali do ludności. Matki miały chusty na ramionach i w nich trzymały małe dzieci. Były przypadki, że zabijane były dzieci na plecach matek. [Matki w pierwszych momentach nie wiedziały, że niosły na plecach nieżywe dzieci].
Szliśmy Bielanami i później prosto przez Piaski. Doprowadzili nas na Wolę. Wszystkich zapakowano do kościoła świętego Wojciecha. [Razem] z mamą byłam skierowana do wnętrza kościoła, a mojemu ojcu kazali zejść do kościelnych piwnic. Tata mój cały czas do odjazdu (przez dwa lub trzy dni) był w piwnicach [kościoła]. Ciągle robiono selekcję kobiet i wybierano matki z dziećmi. Byłam dziewczynką wyrośniętą, pomimo że miałam mało lat, więc chowałam się w drugim rzędzie. Moja mama brała dziecko sąsiadki i mówiła, że to jest jej dziecko.
Nastał dzień, kiedy wyszliśmy z kościoła.

Wszyscy udaliśmy się do Pruszkowa. W Pruszkowie było najgorsze… Siedzieliśmy w olbrzymich halach kolejowych i zaczęli nas wypuszczać, [kierując do wagonów]. Stali esesmani, stał faszysta, który selekcjonował, spojrzał na mnie i na mamę, i dosłownie powiedział: „Dwie młode, zdrowe raus na prawo!”. A prawa strona to były obozy, lewa strona [to] były wsie. Moja mama zrozpaczona rzuciła mu się do stóp, ale to nie pomogło. Trudno, poszłyśmy. Po lewej stronie stali znajomi i część rodziny. Zaczęli do mojej mamusi krzyczeć. Mama mnie złapała za rękę i wtargnęłyśmy w tłum kobiet, i udało nam się. Ciągle chodziłam skulona, troszeczkę się zmniejszałam. Byłam, jak na swój wiek, wysoką dziewczynką. Wpakowano nas do bydlęcego wagonu. Wagon nie był zakryty, tak że wszystko się widziało dookoła. W pewnym momencie nadjechał pociąg z [Warszawy] z małymi okienkami i w okienku zobaczyłam swojego tatę, który został jeszcze w Warszawie. Usłyszałam krzyk: „Pamiętaj o naszym dziecku!”.

[…] Jechaliśmy przez pola, przez lasy. [Pociąg stanął, popędzili nas do furmanek, którymi przyjechaliśmy do wsi]. W pewnym momencie zobaczyłam stojące konie i mężczyzn na koniach. „Mama, co to jest? Co tu się dzieje?”. – „Słuchaj, to są ludzie lasowi. [Partyzanci]”. Podjechali do nas na koniach, i pytają: „A państwo skąd jesteście? Może Warszawa?”. Dorośli powiedzieli: „Warszawa”. – „A może ktoś z Żoliborza, a może z Mokotowa?”. Było wypytywanie i odjechali. Przebrnęliśmy przez długi las i dowieźli nas do wioski. Według mnie to był Karolinów. […] Jak wjechaliśmy w tą wieś, to ludzie wychodzili i krzyczeli na nas.

  • Czy pamięta pani, co krzyczeli?


„Zachciało wam się Powstania? To teraz gnijcie!”. Ujechaliśmy pół wsi, wyszedł młody, wysoki facet i powiedział: „Chodźcie do nas wszyscy. Mam [duży] pokój, to wam oddam do dyspozycji i mieszkajcie, dokąd będziecie mogli”. Wszyscy weszliśmy, dziesięć lub dwanaście osób. Oczywiście nie było na czym spać. […] Wszyscy poszliśmy do lasu po żerdzie i z tego były zrobione prycze. Pamiętam, że spałam z mamą na tej pryczy. Rozdzielono nas do poszczególnych gospodarzy, [którzy] nas karmili. Trafiłam do bardzo miłych ludzi, którzy [nam] serdecznie współczuli. […]. [Za naszym domem] była taka duża przerwa i za tą przerwą był dom, do którego chodziłam [na śniadania, obiady]. Gospodyni była bardzo miła, bardzo dobra, serdeczna. Nie wiem, czy żyje, mogę jej tylko ciągle dziękować. […]
Przychodzili Niemcy, wpadli do naszego pokoju, była noc, my spaliśmy. Świecili nam w oczy, patrzyli kto jest, ale obeszło się beż żadnej egzekucji, bez żadnych nieprzyjemnych spraw. Chodziliśmy na grzyby, żeby mieć pieniądze. Szło się dwadzieścia kilometrów do Piotrkowa i sprzedawało się [zebrane grzyby, ale to były małe pieniądze]. […] Moja mama z kolei chodziła do sołtysa, prowadziła gospodarstwo i [gotowała dla jego rodziny].

Jak tylko Warszawa została oswobodzona, mama wzięła mnie za rękę i mówi: „Idziemy, córcia, do domu”. Szłyśmy lasem dwadzieścia kilometrów i wróciłyśmy do Warszawy. W Warszawie był lód i rozwalony dom. [Była zima, luty]. Zamieszkałyśmy na strychu, mieszkanko miało może sześć metrów. Tak się przecierpiało. […]


  • Co się stało z pani ojcem?


Mój ojciec zginął w obozie, ale tragedia w tym, że my nie znamy tego obozu do dzisiaj. Byłam kilka razy w Stutthofie, [gdzie] jest obóz koncentracyjny. Wypytywałam i zostawiałam wszelkie namiary. Miałam tylko wiadomość od mojego brata ciotecznego, [który wrócił z obozu i powiedział], że wujek im pomagał [i jeszcze innym więźniom, przynosząc jedzenie z robót, które wykonywał].
Moja mama pisała do PCK i dopytywała się, gdzie jest mąż, ale niestety PCK odpowiadało: „Niestety nie mamy żadnych bliższych danych”. Tak że do tej pory nie wiem, co i jak. To samo było w Stutthofie. PCK szukało pewnie nie tylko w Stutthofie, bo w każdym obozie mógł być. Wiem tylko, że przed samym wyswobodzeniem Niemcy wzięli wszystkich pozostałych w tym obozie ludzi na okręt i podobno okręty zostały rozbite [i zatopione]. Może mój ojciec [zginął w tych okrętach], ale na to nie mam żadnych dokumentów, ani żadnej informacji. […]

  • Czy w czasie Powstania mieszkali państwo cały czas w piwnicy?


Nie, w dzielnicy, [w której mieszkałyśmy,] były domy, były ogrody, tak że my nie poruszaliśmy się.

Na Gdańskiej była olejarnia. Kiedyś nawet pobiegłam przez ogrody po olej. Można było wyskoczyć, nie wiadomo z jakim efektem końcowym, czy nie trafią. Wszyscy żeśmy się trzymali tylko w domu, na podwórku i w ogrodzie. To był sierpień, były jarzynki i owoce, tak że nigdzie daleko się nie chodziło.

  • Jak było z zaopatrzeniem w wodę, w żywność?


Wodę mieliśmy, [budynek był skanalizowany]. Żywność to każdy miał w domu tak jak i dzisiaj, jakiś mały zapas. Ogródek był. To było wystarczające na tyle, na ile mogło być.

  • Czy do waszego domu też przyszli powstańcy?


Przyszli powstańcy, nawet obiadem byli poczęstowani.

Jak jednego z nich Niemcy zobaczyli, to po prostu natychmiast został zabity. Odbył się pogrzeb, odbyły się śpiewy. Jakoś szczęśliwie żeśmy przeżyli pogrzeb powstańca. 

Były msze. Kilka domów dalej, na mojej ulicy, przebywał ksiądz proboszcz Trószyński, wspaniały ksiądz. Przychodził do domów i raz uczestniczyłam w mszy. W domach były ołtarzyki i modliliśmy się wszyscy, którzy [tam] mieszkali. Zmieniało się kwiaty, żeby ołtarzyk był piękny.

  • Czy powstańcy też uczestniczyli w tych mszach?


Nie. [To było bardzo niebezpieczne]. Byli u nas na podwórku, [gdzie] zostali ugoszczeni. […]

  • Rozmawiała pani z powstańcami?


Jako dziecko tylko się patrzyłam, wpatrywałam się w tych ludzi, bohaterów.

Na naszym podwórku był schron i raz cała rodzina weszła do schronu. Już był straszny szum, huk armat, nazywały się [one] katiusze, to było niesamowite. Było to coś tak okropnego, że rozrywały się bębenki w uszach. Wyszliśmy [ze schronu], jak już ucichło, i ojciec powiedział do mamy i do mnie: „Słuchajcie, w życiu już nie wejdziemy do schronu. Nie chcę być zasypany w tym dole”. Już później nie schodziliśmy do schronu. […]

[W czasie pobytu na wsi Niemcy przyjeżdżali z Ukraińcami, szukając obcych]. Akurat u nas szczęśliwie nie znaleźli. Niemcy buszowali, nad lasami latali samolotami, ponieważ chcieli partyzantów stamtąd wypłoszyć, bo oni zawsze stawiali opór.

Kiedy wracałyśmy do domu, droga była straszna, bo nie dosyć, że było zimno, mróz, to jeszcze leżała masa zabitych Niemców na tym lodzie, na tym strasznym śniegu.


  • Jaką drogą pani dotarła do Pruszkowa? Jakim pociągiem jechała pani z Dworca Zachodniego?


[Jak pamiętam, nie byliśmy na Dworcu Zachodnim]. Do Pruszkowa szliśmy pieszo.

  • Piechotą?


Tak mi się wydaje. Dopiero z Pruszkowa bydlęcym wagonem pojechaliśmy dalej. Nie pamiętam, ale na pewno żeśmy szli, bo z domu doszliśmy na Wolę. Później nas popędzili do Pruszkowa.

  • Okres wysiedlenia. Czy we wsi Karolinowie było dużo rodzin z Warszawy?


[We wsi było około ośmiu rodzin, nie pamiętam dokładnie]. To była nasza rodzina, [poza tym] dziesięć, dwanaście osób. Później [dowiedzieliśmy się, że w pobliskiej wsi są warszawiacy, ale nie pamiętam nazwy wsi. Na wsi mieszkaliśmy do oswobodzenia. Po otrzymaniu wiadomości, że jesteśmy wolni, wyruszyliśmy do Warszawy. Był to miesiąc luty].

  • Jak się układały relacje z gospodarzami?


Miałam fantastyczne relacje [z gospodarzami], ponieważ czułam, że jestem dla nich osobą, o którą się troszczą, którą karmią. […] Chciałam się odwdzięczyć. Przychodziłam, porozmawiałam z dziewczynkami. Stawiali mi na ławie zupę, zjadałam, podeszłam do gospodyni i mówię: „Proszę pani, ja bym chciała paść krowy”. Spojrzała się na mnie i mówi tak: „Ty się boisz, jak się krowa ogonem zarzuci, i ty chcesz krowy iść paść? Idź do domu, siedź cierpliwie i nic nie pomagaj. My ci dziękujemy bardzo”. To była moja gospodyni, którą zawsze chwalę, bo to było dobre małżeństwo. Babcia była gorsza, bo ona mówiła: „Musisz tak przychodzić do nas?”. W starszych ludziach zawsze siedzi niezadowolenie.
Natomiast moja siostra cioteczna, która była również ze mną na tej wsi, nie tak dawno mi powiedziała: „Słuchaj, przecież ta moja gospodyni tak powiedziała: Wynoś się, nie będę ciebie karmić”. A matka jej z kolei pracowała w drugim domu, gotowała i poprosiła tych ludzi, czy by mogła z córką przychodzić, bo nie chcą jej karmić i co ma zrobić, pieniędzy nie ma, grzybami daleko nie zajedzie. Panowie, co byli w tym domu, powiedzieli: „Nie ma sprawy, niech pani przyprowadza dziecko, ono się naje tutaj”. I tak było.
Moja mama sobie chwaliła sołtysa, ponieważ pracowała u niego. Była sprytną, młodą osobą. Tak że byli zadowoleni. […]

  • Czy były w gospodarstwie dziewczynki w pani wieku?


Były [dwie] dziewczynki młodsze ode mnie.
Jeszcze taki moment [pamiętam]. Zbliżała się Wigilia i mówię do mamusi: „Mama, czy ty idziesz do sołtysa?”. – „Córcia, nigdzie nie idę. Siedzę dzisiaj w domu”. Ja na to: „Wiesz co, mama, z tobą zostanę i też będę siedziała”. Usiadłyśmy przy piecu, rozmawiając. Był olbrzymi piec na biało pomalowany, jak to na wsiach, i była koza dołączona, żeby sobie herbaty zagotować. Tę kozę rozpaliłyśmy i siedziałyśmy w ciszy. Puka ktoś do mieszkania. Wpadają dwie małe dziewczynki, [córki mojej gospodyni]: „Chodź, Halinka, do nas na kolację, bo mama czeka, a ty nie przychodzisz. Dlaczego nie chcesz przyjść?”. Moja mama powiedziała: „Idź już, jak gospodyni przysłała po ciebie córki, to musisz iść”. Poszłam. Oczywiście uczęstowała mnie, a najbardziej zapamiętałam kaszę jaglaną, bo kaszy żółtej w życiu nie jadłam i tę kaszę pamiętam. […]

  • Jak wyglądało pani życie po powrocie do Warszawy, jak zdobywano podstawowe rzeczy?

 

Nasz dom był spalony. W czasie Powstania ludzie cenne rzeczy zakopywali w ziemi, w ogrodach. Moi rodzice byli przygotowani do budowy domu. Wszystkie pieniądze i rzeczy drogie zostały zakopane w ogrodzie. Niestety wszystko przepadło, rabusie wykopali i skradli. Zastaliśmy puste miejsca, nic nie zostało.
Ludzie pozostawali w Warszawie i rabowali, co im się dało. Później wszystko było na głowie mojej mamusi – pracowała, a ja tylko się uczyłam.

  • Dokąd pani chodziła do gimnazjum?


Na Żoliborzu na ulicy Felińskiego… Dyrektorką gimnazjum handlowego była pani Łucja Lenk. […]


  • Pamięta pani moment wyzwolenia, jak przyszli Rosjanie…


[Pamiętam defiladę i maszerujących żołnierzy].

  • A w Karolinowie?


Nie widziałam, nie pamiętam, nie mogę odpowiedzieć.

  • Czy były inne spotkania z „leśnymi ludźmi”?


Nie. Do lasu chodziliśmy na grzyby co jakiś czas. Nie było spotkań. Jedno jedyne spotkanie, kiedy jechaliśmy na wieś i widziałam tych ludzi na koniach. To jest widok, który mam w oczach. Widziałam samoloty latające nad lasami, bo chcieli ich przetrzepać, żeby wyszli z lasu.
Pamiętam Niemców, którzy wpadali znienacka na wieś, przeglądali domy, czy ktoś tu mieszka, czy jest jakiś podejrzany. Nic więcej nie mogę powiedzieć, bo nie wiem.

  • Czy jeszcze jakieś wspomnienie, które utkwiło pani w pamięci?


[Jedynie oczekiwanie na list od mojego ojca. Nigdy się jednak nie doczekałam i nie wiem, gdzie zginął]. W dzisiejszych czasach nie wychodzę z domu, jak już jest szaro na dworze, bo się boję, bo słychać różne rzeczy. Jak już chodziłam do gimnazjum, wracałam o różnych godzinach do domu. Nieraz biegłam na przełaj, domy były rozwalone na różne sposoby i nie bałam się, i biegłam. Wtedy się nie bało, bo człowiek szedł, wiedział, że są gruzy, że może kogoś spotkać, ale kogoś, kto był przyjacielem a nie wrogiem, nie zabijał, nie rabował. [Bardzo żałuję, że nie mogę otrzymać żadnej rekompensaty za poniewierkę i przeżycia związane z Powstaniem Warszawskim. Tak jak wspominałam, nie pamiętam wsi w pobliżu naszego pobytu, gdzie były robione listy przebywających tam warszawiaków].

Warszawa, 27 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kraus
Halina Krześniak Stopień: cywil Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter