Jan Schaitter „Gryf”, „Ciapa”

Archiwum Historii Mówionej

Moje nazwisko jest Jan Schaitter. Jeżeli chodzi o okres przedwojenny, to mój ojciec był oficerem, majorem dyplomowanym kawalerii. W momencie, kiedy już miał [awansować] na stopień wyżej, na podpułkownika, został przeniesiony w 1935 roku na szefa sztabu 3. Samodzielnej Brygady Kawalerii w Wilnie. W związku z tym myśmy się z Warszawy przenieśli do Wilna. Po czym już w roku 1939 został przeniesiony jako zastępca dowódcy 13. Pułku Ułanów, a 23 sierpnia 1939 roku poszedł na szefa sztabu już wojennego oddziału, szczegółów nie znam. Podobno jest to zanotowane w muzeum w Rembertowie, w archiwum Wojska Polskiego. Ojciec brał udział w wojnie 1939 roku, w obronie Lwowa. Kiedy wycofywali się już do Rumunii 27 września, z tego co wiem, to został zagarnięty przez Armię Czerwoną i dostał się jako jeniec do obozu w Starobielsku. Mieliśmy stamtąd wiadomości. W kwietniu 1940 roku został zamordowany w Charkowie. Jest jego tablica na cmentarzu w Charkowie, również jest umieszczony na liście, którą Jelcyn przekazał Wałęsie w wykazie zamordowanych oficerów w Starobielsku.

  • Gdzie pan się znajdował w tym czasie?

Mieszkaliśmy w Wilnie. Wojna nas zastała w Wilnie z moją matką, jestem jedynakiem. Najpierw zajęli nas Litwini, potem Litwa weszła w skład Związku Radzieckiego, Rosjanie nas zajęli. W 1941 roku w czerwcu wybuchła wojna niemiecko-rosyjska. Niemcy zajęli Wilno. Ponieważ całą rodzinę mieliśmy w Warszawie, wobec tego matka zdecydowała, że wracamy do Warszawy. W 1941 roku, gdzieś wrzesień czy październik, udało nam się dojechać do Warszawy. Matka zaczęła pracować w sklepie jako sprzedawczyni, natomiast ja zacząłem chodzić do szkoły. Oficjalnie to się nazywała szkoła zawodowa, natomiast nieoficjalnie to była handlówka, gimnazjum handlowe.

  • Jak wyglądało zajmowanie Wilna przez Rosjan?

Była uchwała sejmu czy parlamentu litewskiego, że oni wchodzą jako republika do Związku Radzieckiego. To nie było żadne zajmowanie, po prostu przekształcili się z samodzielnego niepodległego państwa w radziecką republikę.

  • Jak pan to zapamiętał?

Tam chodziłem do szkoły z polskim językiem, ale litewski był obowiązkowy. Oni zostali automatycznie [włączeni do ZSRR]. Nie umiem powiedzieć [szczegółowo], wtedy się nie interesowałem polityką. Po prostu myśmy tam w jakiś sposób egzystowali. Matka pracowała w sklepie. Na mnie to [włącznie] nie robiło żadnego wrażenia. Chodziłem do pierwszej gimnazjalnej.

  • Wróćmy do Warszawy.

W Warszawie zacząłem chodzić do szkoły, w Wilnie byłem [w ogólnokształcącym], [w Warszawie] była handlówka, więc zacząłem od początku w pierwszej klasie. To się nazywało oficjalnie rzemieślnicza [szkoła], a to było po prostu gimnazjum handlowe. Tam właśnie poznałem Janusza Peczlewicza. Przyjechałem do Warszawy, nie mając tutaj bezpośrednich przyjaciół. Z tym, że potem się rozdzieliło, on został w tak zwanym pionie nieoficjalnym ogólnokształcącym, a ja [w handlowym]. Mam małą maturę handlową, dużą maturę handlową, którą kończyłem po wojnie w Krakowie, potem SGH kończyłem w Warszawie tak, że jestem ekonomistą od gimnazjum. Wtedy w 1941 roku okazało się, że Wardyński, pseudo „Witur”, zaczął organizować drużynę przy tej szkole, oczywiście nieoficjalną. W międzyczasie Janusz Peczlewicz i ja weszliśmy do drużyny do zastępu Andrzeja Pląskowskiego. Oni zaczęli robić drużynę harcerską, nie mówiąc nawet w jakiej to jest organizacji, po prostu utworzyli drużynę harcerską, której celem było realizowanie programu harcerskiego, ale jednocześnie przygotowywanie się [na jutro- powstanie i na wojnę] , bo taki był cel, żeby wychować młodzież w kierunku patriotyzmu. W 1942 roku „Witur” wszedł przez kontakty do „Szarych Szeregów”, staliśmy się wtedy drużyną szaroszeregową. W pewnym momencie w 1942 roku zdecydowali, że tworzy się drużyny. Z naszego zastępu zostały stworzone trzy drużyny „Zawiszy”, to znaczy młodzież od [dwunastu do] piętnastu lat, o ile pamiętam. Wtedy zostałem wyznaczony na drużynowego, a Peczlewicz został wyznaczony na przybocznego. Myśmy zaczęli to montować w ten sposób, że po pierwsze ściągnęliśmy sześciu chłopców, stworzyliśmy zastęp zastępowych. Potem oni z kolei znowu przez bezpośrednie kontakty, bo to nie można było ogłosić, że się robi, stworzyli trzy zastępy. Od 1942 roku do 1944 prowadziłem drużynę wykonując różnego rodzaju zadania. Naszym zadaniem była przede wszystkim realizacja programu „Dziś – jutro – pojutrze”. „Dziś” – chodziło o to, żeby się uczyć i przygotowywać się do Powstania, „jutro” – to miało być Powstanie, a „pojutrze” – to miało być potem życie w wolniej Polsce. Głównie kładliśmy [nacisk] na naukę, na sprawność fizyczną i na umiejętności, jednocześnie na przygotowywanie się do „Jutra”, to znaczy do Powstania. Chodziło głównie o łączność, tak zwana poczta harcerska. Natomiast już na bieżące zadanie to była tak zwana akcja „M”. Chodziło o to, żeby mieć kontakt [z] młodzieżą, żeby się nie rozpijała, żeby się nie zajmowała [kradzieżami]. Między innymi taka akcja, jak któryś ze sklepikarzy sprzedawał młodzieży alkohol, to biło mu się szyby i tak dalej. Poza tym, jeżeli była akcja GS-ów, to znaczy Grup Szturmowych, to nas czasami używali do obserwacji, to znaczy na tak zwane „oko”. Jak oni przeprowadzali na przykład ewakuację magazynu, to myśmy musieli obserwować, czy tam w międzyczasie nie ma [tajniaków]. Była również sprawa obserwacji szpicli. To znaczy dostawaliśmy decyzję, że należy kogoś tam obserwować, na zmianę się wyznaczało. Zwykle robiłem to w ten sposób, że zastępy dostawały zadanie i oni tam na zmianę to robili. Potem składaliśmy [raporty]. Między innymi były wyjazdy do Świdra, bo tam były domki kempingowe, gdzie robiliśmy gry terenowe [i ćwiczenia].

  • Jak pan pamięta okupację niemiecką w Warszawie?

Była książka „Wielka Gra”, która uczyła jak należy postępować konspiracyjnie. Między innymi klasyczną historią było to, poza innymi rzeczami, żeby chodzić ulicą chodnikiem po lewej stronie, żeby mieć przed sobą przejeżdżający [samochód]. Najbardziej niebezpieczna historia to były łapanki. Podjeżdżał samochód z budą, żandarmi wyskakiwali, wszystkich zgarniali i jechało się na roboty do Niemiec w najlepszym wypadku, jeżeli nie do obozu. W związku z tym to nas uczyli. Uczono nas przede wszystkim, żeby stosować taką zasadę, żeby się zabezpieczyć przede wszystkim przed łapankami. Mnie się szczęśliwie udało przez cały czas okupacji nie znaleźć ani razu w łapance. Starałem się bardzo uważać na te sprawy. Między innymi mieliśmy zadanie znalezienie wszystkich bram przechodnich, teraz mniej jest takich w Warszawie. Chodziło o to, jeżeli się uciekło w jakąś bramę, żeby można było na drugiej ulicy wyjść, żeby znać w swoim rejonie tak zwane bramy przechodnie. To dawało bezpieczeństwo. Poza tym, jeżeli chodzi o warunki, przede wszystkim ciągle mieliśmy do czynienia z Hitlerjugend chodzącym po ulicy, śpiewającym, wykrzykującym. Mieliśmy swój stosunek do nich [odrażający]. Potem cały czas pracowałem w harcerstwie, do tej pory zresztą. Robiłem na przykład kursy w Niemczech po to, żeby zbliżyć naszą młodzież do Niemców, żeby zlikwidować ten cholerny [stosunek], który mnie do tej pory jeszcze łapie za gardło. Poza tym kwestia warunków, przede wszystkim chleb czarny z marmoladą. Nie będę opowiadał jak wyglądało wyżywienie. Było makabryczne. Nie przejmowałem się tym, jadłem to, co mi dawano. Moja matka starała się. Codziennie jadałem na obiad kiszoną kapustę, żeby mieć witaminy. Mieliśmy mały dostęp do jedzenia, kartki były, ale chleb kartkowy jadałem zawsze. Poza tym, jeżeli chodzi o ubranie, to też donosiliśmy różnego rodzaju rzeczy, ale to już jest za nami. W dalszym ciągu organizowałem zajęcia. Bywał u mnie „Kuropatwa”. Była taka organizacja w „Szarych Szeregach”: był „rój”, to znaczy prawie hufiec, potem był „proporzec”, „ul” to była chorągiew. „Pasieka” to była główna kwatera. Mieliśmy spotkania, teraz po wojnie [też utrzymujemy kontakt]. Tadek Wiśniewski „Pantera” to był szefowy naszego proporca. „Witur” jest tak samo w naszym kręgu, do niego zawsze mówię: „Druhu komendancie.” Zostało mi to z okupacji. Natomiast w kwietniu [1944] okazało się, że ktoś doniósł na naszą drużynę do gestapo. W związku z tym dostaliśmy decyzję z Januszem, że mamy wyjechać z Warszawy, zawiesić działalność drużyny. Miałem tylko rodzinę w Tenczynku pod Krakowem. Janusz pojechał do Końskiego do swojego ojca i straciliśmy kontakt. Potem dostałem wiadomość pośrednią, że mógłbym wrócić już w sierpniu do Warszawy, ale 1 sierpnia wybuchło Powstanie i już nie wróciłem. Zostałem cały czas w Tenczynku, tam próbowałem nawiązać kontakt przez moją kuzynkę, która była w AK, ona pracowała w leśnictwie. Miała jakieś kontakty. Ale to było niezobowiązujące. Już od kwietnia [1944] byłem, można powiedzieć, na urlopie. Uczyłem się prywatnie, to znaczy w domu matka z książek uczyła. Jak Armia Czerwona wkroczyła do Krakowa, to przyjechaliśmy do Krakowa. Wstąpiłem do szkoły i zrobiłem w Krakowie maturę. Potem przeniosłem się do Warszawy i w Warszawie skończyłem SGH. W styczniu 1945 roku łącznie z Januszem, który też się znalazł w Krakowie ujawniliśmy się w tak zwanej komisji akowskiej, bezpieka nas wtedy [śledziła]. Od tego czasu pracowałem w harcerstwie. Potem była przerwa, kiedy nam harcerstwo zlikwidowali i dopiero wróciłem do harcerstwa w 1956 roku po zjeździe łódzkim. Tyle z mojej historii.
  • Jak był pan w Warszawie, to brał pan udział w tajnych kompletach, w tajnym nauczaniu?

Cała nasza szkoła to były tajne komplety. Myśmy oficjalnie należeli do szkoły rzemieślniczej. Zajęcia były z historii, z polskiego. To była prywatna szkoła, to było Marszałkowska 35 na rogu z Trasą Łazienkowską, w tej chwili tam stoi nowy blok. Tam kończyłem nieoficjalnie handlówkę, bo to było w tej szkole.

  • Zajęcia odbywały się tylko w szkole?

Tylko w szkole, to była prywatna szkoła. Z tym, że zawsze były dyżury, jeżeli przychodziła kontrola, to się pod krzyżem zapalało światło i wtedy należało wszystko zlikwidować i uczyć się tego, co było w danej lekcji napisane, na przykład jak obsługiwać klienta.

  • Jakie nastroje panowały w klasie?

Patriotyczne absolutnie. Okazało się potem, że wielu z naszych kolegów było w różnych organizacjach. Jak żeśmy się po wojnie kiedyś spotkali, to się okazywało, że jeden był w takiej organizacji, drugi w innej. Wtedy było kilka młodzieżowych organizacji, było HP, Harcerstwo Polskie, to było harcerstwo młodzieżowe NSZ, też kilku z nich do tego należało. Potyralski był w grupie, która wyjeżdżała na Wileńszczyznę do walki z partyzantką rosyjską. Tośmy się tego wszystkiego dowiedzieli po wojnie. Po wojnie było ciężko rozmawiać na te tematy. Zawsze w ankiecie swojej personalnej, ponieważ pracowałem zawodowo jako ekonomista, pisałem zawsze, że byłem w „Szarych Szeregach”. Kadrowy zawsze podkreślał mi to na czerwono.

  • Jak się pan dowiedział o wybuchu Powstania?

Z prasy dowiedzieliśmy się, że jest Powstanie. Tam była gazeta, to się nazywało szmatławiec. Tam napisali, że wybuchło Powstanie. Już po Powstaniu, jak Powstanie zostało zlikwidowane, to do Tenczynka przyszedł transport towarowy, który przywiózł cywilną ludność, którą Niemcy zdecydowali rozczłonkować po Generalnej Guberni. Wtedy sołtys miał obowiązek podstawić ileś furmanek, żeby tych ludzi rozładować. Wtedy właśnie miałem cynk od akowców mojej kuzynki, żeby przyjść tam pomóc, już miałem wtedy siedemnaście lat.

  • Ludzie chętnie pomagali?

Tak, byli bardzo życzliwi, wszyscy pomagali. Jak otworzyli przedziały, to było parę trupów. Do nas do mieszkania, gdzie u ciotki mieszkałem w Tenczynku, to dwie starsze panie tam przydzielili. One tam mieszkały, potem one gdzieś wyjechały.

  • Pan przebywał w Krakowie?

Cały czas w Tenczynku.

  • Jak tam ludność zareagowała na wybuch Powstania?

Nie umiem na to odpowiedzieć. Przedtem jeszcze była wielka historia z zamachem w lipcu na Hitlera, to było bardzo momentem powiedziałbym patriotycznym. W rodzinie myśleli, że jednak udało się go zlikwidować, potem się okazało… Natomiast po Powstaniu nastrój był bardzo [przygnębiający]. Jak przyjechałem, to najpierw zatrzymałem się w Krakowie u znajomych, a potem pojechałem do Tenczynka. W Krakowie cały czas krakowiacy mówili: „Rany boskie, nie róbcie u nas Powstania, bo zniszczycie cały Kraków.” Takie było nastawienie krakusów. Zresztą krakusy nas bardzo nie lubili. Potem po wojnie chodziłem do szkoły, to zawsze się nazywało na nas „warszywiści”. Było nas dwóch w klasie. Krakusy nie mieli entuzjastycznego nastawienia, wręcz odwrotnie, bali się, żeby przypadkiem nie zrobić Powstania. O ile wiadomo AK udało się rozminować podłożone [ładunki] pod Wawelem, Niemcy chcieli wysadzić Wawel. AK podcięło przewody.

  • Jak trwało Powstanie, to miał pan dostęp do informacji?

Tylko z prasy, to była prasa gadzinówka, wtedy tam nie miałem innego kontaktu.

  • Czy były próby ludności miejscowej przebicia się do Warszawy?

Oddziały akowskie, z którymi miałem kontakty, to nie. O ile znam z prasy powojennej, to szły różne oddziały na Warszawę, nie wszystkie doszły.

  • Czy ma pan znajomych, z którymi utrzymuje pan kontakt po wojnie?

Między innymi ze wszystkimi z naszych „Szarych Szeregów”. Mamy krąg radiostacja, w którym się spotykamy co miesiąc.

  • A od razu po wojnie?

Nie, po wojnie myśmy starali się [nie spotykać], ponieważ było jednoznaczne nastawienie bezpieki. Harcerstwo było wtedy bardzo, nazwijmy to, reakcyjne. Braliśmy [udział] z Januszem Peczlewiczem w zlocie w Szczecinie. Mikołajczyk tam przyjechał. Wtedy były takie nastroje. Ale staraliśmy się nie kontaktować z „Szarymi Szeregami”. Trudno to opowiedzieć. Po wojnie bezpieka miała takie naciski, że staraliśmy się nie utrzymywać kontaktów szaroszeregowych, żeby nie robić jakichkolwiek możliwości wsyp. Wprawdzie myśmy byli ujawnieni, bośmy się ujawniali w styczniu 1945. Nie wszyscy się ujawniali, bo niektórzy zostali w lesie, ale myśmy się ujawnili. Myśmy dostali rozkaz, był rozkaz, że „Szare Szeregi” mają się ujawnić. Broniewski się wtedy też ujawnił.

  • Jak to wyglądało?

Podchodziło się, była komisja, siedziało dwóch z bezpieki, wypełniali kartki, dawali nam zaświadczenia, żeśmy się ujawnili. „Broń macie?” „Nie mamy.”

  • Czy miał pan wiadomości od ojca?

Cztery listy, kartki ze Starobielska, że jestem zdrowy i żyję, dbaj o siebie.

  • Czy one były regularne?

Cztery przyszły, pierwsza przyszła w grudniu przed świętami, a ostatnia przyszła w kwietniu. Praktycznie raz na miesiąc.

  • Czy próbował pan nawiązać kontakt…

Matka pisała bez przerwy co tydzień. Ostatnia kartka przyszła „adresat nieznany” z maja, wróciła kartka. Poczta działała niezależnie od systemu represji.

  • Czy pańska rodzina wiedziała, że pan należy do konspiracji?

Nie, mogę powiedzieć tylko jedną rzecz. W którymś momencie polecieli mi zgłosić się po dokumenty, czy po informację do kierownika szkoły na Kruczej, że mam tam przenieść sprawę do „Witura” czy do „Pantery”. Poszedłem, zameldowałem się u niego. W tym momencie ktoś puka. On mówi: „Niech pan przejdzie do drugiego pokoju.” Wszedłem do drugiego pokoju, ale drzwi były uchylone. Przyszła, okazuje się, siostra mojej matki, starsza pani nauczycielka z torebką, która przyniosła do tegoż faceta bibuły. Tego oczywiście nie powiedziałem, natomiast po wojnie jak rozmawiałem z ciotką, to mówiłem: „Ciocia narzekała, że nie przychodzę na noc, a sama kochana ciocia, jak zauważyłem, była łączniczką.” Tośmy się zawsze śmieli. Ani matka, ani rodzina o tym nie wiedziała. Wiedzieli, że nie przychodzę na noc. Mówiłem, że jestem u kolegi czy coś takiego, ale oficjalnie matka o tym nie wiedziała. Dopiero po wojnie się dowiedziała. Natomiast najśmieszniejsze było to, że oni mówili: „Dlaczego ty coś robisz [o czym] nie wiemy?” Ciotka tak mówiła, a potem po wojnie mówiłem: „A kochana ciocia była łączniczką.”

  • Czy rozmawiało się w domu o konspiracji?

Nie było z kim rozmawiać. Mieszkaliśmy z matką i ciotką w Warszawie na Mokotowie na Bałuckiego.

  • Miał pan kontakt z Niemcami, widział ich, rozmawiał z nimi?

Z Niemcami miałem tyle tylko kontakt, że się widziało wszędzie i ciągle. W tramwaju pierwszy przedział był nur für Deutsche . Nie miałem szczęśliwie kontaktu z Niemcami.

  • Jeszcze jakby mógł pan podać imię i nazwisko ciotki?

Władysława Lipińska, ona już nie żyje, umarła w siedemdziesiątym którymś roku, na Powązkach leży, moja matka zresztą też.

  • Jaką była łączniczka?

AK, nigdy mi tego nie powiedziała.

  • Czy znał pan Żydów?

Nie miałem tego kontaktu. Natomiast muszę powiedzieć, że przeżyłem bardzo powstanie w getcie. Myśmy widzieli, co tam się dzieje.

  • Mógłby pan opowiedzieć?

Z Żydami miałem kontakt dopiero po wojnie. Moi koledzy na uczelni byli Żydami, którzy w jakiś sposób się uratowali, ale nigdyśmy nie rozmawiali na temat, starałem się nie ruszać tego tematu. Uważam, że to są bardzo zdolni ludzi. Z dziesięć lat temu byłem w Izraelu, oglądałem w Tel Awiwie Muzeum Holokaustu. Muszę powiedzieć, że to jest olbrzymie wrażenie. To już inny rozdział.
  • Dzieci żydowskie pan widział…

[...] Widziałem dzieci, które – można powiedzieć – żebrały. One szły [ulicą] Bałuckiego. Jak jest Szustra obecna Dąbrowskiego, Puławska, [to] Bałuckiego jest pierwsza przecznica, wąska uliczka. One szły i mówiły: „Ludzie pomóżcie.” „Brakuje mi jedzenia.”

  • Jakie mieli ubrania?

Obszarpane. Co można było, to się dawało, a dawało się jedzenie.

  • Jak ludność reagowała?

Bardzo dużo dawali, dawali wszystko, co mogli.

  • Jeśli mógłby pan ocenić „Kuropatwę”, jakim był dowódcą?

„Kuropatwa” miał charyzmę. On przychodził do mnie często na zbiórki. Spotkaliśmy się raz po wojnie, jak on przyjechał z Kanady, bo on w Kanadzie mieszka. Tak samo drugi człowiek, dla którego mam wielkie uznanie, to jest Tadek Wiśniewski „Pantera”, który był naszym komendantem proporca. Trzeci to był Mirowski, który był potem naczelnikiem związku harcerskiego, a był komendantem chorągwi „Zawiszy”. Też przychodzili do mnie. O „Kuropatwie” mam [bardzo pozytywne] zdanie. On był typowy „komandos” teraz można [tak] powiedzieć, zresztą Tadek Wiśniewski tak samo. Mam wielkie uznanie dla „Kuropatwy”.

  • Skąd się wzięły pana pseudonimy?

„Ciapa” się wzięło z tego, że zawsze mówili, żeby pseudonim był [odwrotnością] do tego, jaki człowiek jest. Ponieważ byłem dość twardy i energiczny, dlatego przyjąłem „Ciapa”. W ogóle „Ciapa” wpadło mi w głowę jak czytałem w 1939 roku książkę o legionach, o POW. Tam też był facet, który miał pseudo „Ciapa” i stąd wziąłem. „Gryf” to muszę powiedzieć, że mi się potem podobało. Kazali zmieniać co pewien czas pseuda. „Ciapę” to sobie wybrałem na zasadzie kontrastu a „Gryfa”, bo mi się podobało. Tylko dwa pseuda używałem. Peczlewicz zdaje się miał „Rosomak.”

  • Pan ma nietypowe nazwisko…

Mieliśmy z tym kłopot, bo starali się nas zrobić Stammdeutscherami, ale historycznie nasza rodzina pochodzi z Austrii z [Tyrolu- Cossensa]. Mój któryś dziadek był tam, (jest cała alejka Schaitterów). On przyjechał w tysiąc siedemset siedemdziesiątym którymś roku do Polski, jak był zabór austriacki i otworzył sklep w Rzeszowie. Do tej pory firma „Schaitter i spółka” istnieje, tylko już nie jest nasza. Dlatego pisze się przez „ai”, a nie przez „ei”, [bo] nad i były kiedyś dwie kropki. To była stara pisownia austriacka. Przyjechał, był jako subiekt pana Holcera. Pan Holcer miał córkę, Schaitter się ożenił z Holcerówną i od tego czasu został w Rzeszowie. Potem był Ignacy Schaitter, który brał udział w powstaniu w 1863 roku, potem był Ludwik Schaitter, mój dziadek Jan Schaitter, który był dyrektorem banku, a mój ojciec już był oficerem, był w legionach, był adiutantem marszałka Piłsudskiego. Potem, jak mówiłem, skończył Akademię Sztabu Generalnego, to Wyższa Szkoła Wojenna się wtedy nazywała. Był najpierw w GISZ-u, Główny Inspektorat Sił Zbrojnych u marszałka Piłsudskiego, a potem przeszedł na dowódcę pułku, to co mówiłem.

  • Jak był adiutantem marszałka Piłsudskiego, to pan pewnie nieraz się spotkał z marszałkiem?

Nie. Myśmy mieszkali w Alejach Ujazdowskich, GISZ był gdzie jest w tej chwili Rada Ministrów, gdzie urzęduje w tej chwili Kaczyński. Obok były bloki mieszkalne wojskowe i myśmy tam mieszkali. Osobiście widziałem Piłsudskiego jak szedł. On mieszkał w Belwederze i szedł do GISZ-u zawsze sam z adiutantem. Chodziłem tam niedaleko do przedszkola i bawiliśmy się w Łazienkach. Wtedy byłem w przedszkolnym wieku, to był rok 1935, miałem wtedy sześć lat. Widywałem Piłsudskiego tylko na ulicy jak szedł z adiutantem. Ojciec pracował w GISZ-u u marszałka.

  • Jaka atmosfera panowała wtedy w domu? Czy był kult po śmierci marszałka?

Ojciec był w legionach, więc troszkę inaczej patrzył na tą sprawę. Ojciec został przeniesiony w Wilnie w sierpniu 1939 roku jako szef sztabu już zorganizowanej grupy wojennej. Przyjechał do nas się pożegnać. Ojciec mieszkał w Wilnie, a myśmy w Nowowilejce w 13. Pułku Ułanów mieszkali. Przyjechał do nas 1 września rano, żeby się pożegnać, mówi: „Wychodzimy już na front, bo już jest wojna.” Wtedy powiedział mojej matce: „Słuchaj, co zrobisz, jeżeli wkroczą bolszewicy?” 1 września mówi: „Bierz syna i jedźcie do Krakowa.” Rodzice mojego ojca mieszkali w Krakowie. „Jedź do Krakowa jak tylko się dowiesz, że jest wkroczenie.” Ojciec miał informacje, że Armia Czerwona wkroczy. Moim zdaniem to jest olbrzymi błąd naszego Rydza-Śmigłego. Ojciec, który był na szczeblu powiedzmy brygady wiedział o tym 1 września, słyszałem tą rozmowę z moją matką. [Do] mnie to nic nie dochodziło. Natomiast pamiętam 17 września jak wkroczyli ci w czapach, już nie będę mówił na ten temat.

  • Chcę wrócić, marszałek Piłsudski, widział go pan…

Jak szedł piechotą. Parę razy, nie mogę powiedzieć, że codziennie. Widziałem go parę razy jak z Belwederu [szedł] do GISZ-u, to jest kawałek drogi – Główny Inspektorat Sił Zbrojnych był gdzie pracuje Jarosław Kaczyński, gdzie jest Rada Ministrów – szedł piechotą z adiutantem, zawsze szedł jeden adiutant.

  • Jak się o nim wyrażał pana tata?

Ojciec był zawsze entuzjastą Piłsudskiego, ja zresztą tak samo. To był człowiek, który wiedział, o co chodzi. On przecież chciał stworzyć od morza do morza, można powiedzieć unię. Poza tym wojna 1920 roku, on uratował Europę, nie tylko on, wielu oficerów. Ojciec w wojnie 1920 roku był ranny pod Kijowem. Był w kawalerii. Przed koniem rozerwał się granat i przez pół roku na wózku jeździł, ale wyciągnęli go. Był sparaliżowany, nosił [odznakę za] ranę. Tam się nosiło odznaki, ile się miało ran. Nie wszystkich rozstrzelali, czterysta osób uratowali z jeńców. Mieli na pewno napisane, że brał udział w wojnie bolszewickiej, co do tego nie mam wątpliwości.

  • W jakim okresie był adiutantem marszałka Piłsudskiego?

Skończył Wyższą Szkołę Wojenną w 1927 roku, moja matka mówi, [że] urodziłem się na jego dyplom. Szkołę skończył jako kawalerzysta. Piłsudski chciał przekształcić kawalerię w broń pancerną, między innymi stworzył 10. kawalerię Maczka w Krakowie. Ojciec poszedł do Modlina na dwuletni kurs dowódców jednostek pancernych. Skończył, nosił znak pancerniaka. Zawsze się śmieję, że umiał prowadzić czołg. Piłsudski chciał przekształcić całą kawalerię na broń pancerną, żeby dać odpór Niemcom. Ojciec potem był dwa lata 1927– 1929, potem pracował w GISZ-u, to był 1929 – 1932.

  • Wracając do pana nazwiska, w czasie okupacji miał pan nieprzyjemności?

Nie. Próbowali docierać nie do mnie bezpośrednio, osobiście, ale do mojego dziadka, który był dyrektorem banku w Krakowie, żeby on popisał listę stammdeutsch , nie folksdojcz tylko stammdeutsch , jako rdzenny Niemiec, ale okazało się, że jest [z Austrii-Tyra]. Powiedział, że nie, że on jest Austriakiem. Oni się wszyscy żenili z Polakami. Natomiast co innego, potem w czterdziestym którymś roku wydawano pierwsze dowody. Myśmy najpierw chodzili z kenkartami po wojnie, a potem zamieniali [je] na dowody osobiste. „Bezpieczniak” chciał koniecznie, żebym pisał nie „sch” tylko Szaitter „szai”, mówię: „Nie będę się tak pisał.” Mam syna, który też używa naszego nazwiska i wnuczkę, która też używa tego samego nazwiska.

  • W czasie okupacji sąsiedzi, inni Polacy, nie brali pana za Niemca?

Nie, tam na ogół się znało, kto jest kto. Na Bałuckiego to są niewielkie domki trzypiętrowe, wszyscy się znają. Nigdy nie miałem problemów. Jest to stare austriackie [nazwisko]. W Rzeszowie na starym cmentarzu jest cała alejka Schaitterów. Od czasu do czasu tam jeżdżę i porządkuje groby.





Warszawa, 28 kwietnia 2007 roku
Rozmowę prowadził Łukasz Grzelec

Jan Schaitter Pseudonim: „Gryf”, „Ciapa” Stopień: drużynowy „Zawisza” Formacja: Szare Szeregi Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter