Maria Suwińska

Archiwum Historii Mówionej
  • Zanim przejdę do czasów okupacyjnych, chciałbym panią zapytać o pani życie przed wojną, o pani rodzinę, rodzeństwo, szkołę.

Było nas czworo. Ojciec pracował na kolei jako specjalista parowozowy na Dworcu Gdańskim w parowozowni. Mama zajmowała się nami. Mam siostrę i miałam dwóch braci, już nie żyją obydwaj. Chodziłam do szkoły – siostra moja zresztą też – imienia Emilii Plater na ulicy Rybaki 32, szkoła numer 3. Tam kierowniczką była pani Maria Tańska, dawniej nie było dyrektorów, tylko kierownicy. Do piątej klasy szkoły podstawowej [tam chodziłam], czyli do 1939 roku.

  • Mama nie pracowała?

Nie pracowała.

  • Gdzie państwo mieszkali?

Na Freta 48 mieszkania 18.

  • Już przed wojną była pani w harcerstwie?

Tak, do harcerstwa wstąpiłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej, dawniej powszechnej.

  • Dużo pani znajomych ze szkoły należało do harcerstwa?

Dużo nas należało, ale z tego co pamiętam nazwiska, to tylko Wanda Jędrys, która była do Powstania. Nie spotkałam jej po Powstaniu, nie wiem. I drużynowa była, ale nazwiska jej nie pamiętam. Sabina, mieszkała na Freta 4.

  • Te osoby spotkała pani po Powstaniu?

Wandę spotkałam po Powstaniu, ale nie było kontaktów [jak] telefony czy coś i później kontakt się urwał. Jeszcze mojej siostry koleżanka, Teresa Spaś się nazywała, ale nie żyje. Ją wywieźli do Niemiec z rodziną i tam u bauera pracowała, to wiem od siostry. Powróciła w ciąży, była tam zgwałcona. Jeszcze była [jedna] siostry koleżanka, ale też nazwiska nie znam. Prawdopodobnie jeszcze żyje, ale już jest na emeryturze, jest lekarzem ginekologiem w szpitalu kolejowym pod Warszawą.

  • Na czym polegała działalność harcerska przed wojną?

Na razie było patriotyczne wychowanie. Chodziliśmy czwórką co niedziela do kościoła szkolnego, zawsze parami. Nasz kościół szkolny był na Piwnej, [kościół] świętego Marcina. Spod szkoły, z Rybaków tam żeśmy zawsze maszerowali [we] wszystkie święta. Były galowe stroje, jak były święta narodowe.

  • Sądzi pani, że pani dom był patriotyczny?

Tak, do tego stopnia, że ojciec… Przecież mamy nazwisko prawie że niemieckie. W 1939 roku po wybuchu wojny kolejarzy pociągiem pancernym wywieźli na wschód. Dopiero w październiku ojciec wrócił stamtąd i powiedział, że się nie zgłosi do pracy, u Niemców nie będzie pracował. Ale ponieważ innego specjalisty nie mieli, więc po ojca przyszła żandarmeria i musiał się zgłosić do pracy. Namawiali, żeby podpisał volkslistę. „Dzieci małe, dzieciom nic nie grozi – wywóz czy do wojska, czy gdzieś, ale będą…”.

  • Co za to obiecywali?

Kartki u Meinla, lepsze wyżywienie po prostu.

  • To na tamte czasy było dużo?

Dużo, bo dla dzieci było masło, był cukier, a nie sacharyna, nie margaryna. Były wędliny szlachetne, czego nie było na kartki dla zwykłych Polaków. Ale ojciec powiedział, że jego dziad, ojciec i on są Polakami.

  • Kojarzy pani jakichś ludzi, którzy się zdecydowali?

Nie, nie spotkałam się z nikim takim.

  • Dlaczego pani ojca wywieźli na wschód?

Wszystkich kolejarzy, którzy pracowali w parowozowni, tam wywieźli. Później był powrót. Nie wiem dlaczego, jaki był powód?

  • To było związane jakoś z działaniami wojennymi?

Z działaniami wojennymi, tak. Nawet mój cioteczny, przyrodni brat (ojca siostry syn) był maszynistą i prowadził ten pociąg pancerny. Wtedy zginął.

  • Czyli kolejarze byli traktowani trochę jak wojsko?

Tak, to było tak jak wojsko.

  • Jak pani pamięta sam wybuch wojny? Na przykład zbombardowanie Zamku Królewskiego? Jak to wyglądało? Jakie były nastroje?

Nastroje były antyniemieckie. Zupełnie.

  • Czy na początku była nadzieja na wygraną?

Cały czas żeśmy mieli nadzieję, nawet przez wrzesień. Jak były walki, to cały czas mieliśmy [nadzieję], że nadejdzie jakaś pomoc, głównie z zachodu, ale nie nadeszła niestety i trzeba było… Jak już Niemcy zaatakowali wodociągi, elektrownię, nie było wody, nie było światła, to musieli zawrzeć zawieszenie broni, bo to było zawieszenie broni, 27 września 1939 roku.

  • Bombardowania w 1939 roku zastały panią w domu?

Tak. Wtedy miałam dwanaście lat.

  • Schrony były w piwnicach?

Tak, w piwnicach były porobione schrony. W budynkach dawnych były kleinowskie sklepienia, więc były mocne.

  • Jak wyglądała organizacja obrony i gaszenia pożarów?

W kamienicach były oddziały ochrony, to była straż, która chroniła. Na dachach były wywiady. Zobaczyli gdzieś płomień, to szli z pomocą. W naszej kamienicy na Freta, prawie róg Kościelnej, nie zdarzyło się nic. Mieszkaliśmy w tej kamienicy, gdzie jest teraz księgarnia świętego Wojciecha. Później, jak getto [powstało], to stronę nieparzystą Freta wysiedlili, zamurowali wszystkie okna i wyjścia. Franciszkańska do Zakroczymskiej to był mur, już na Franciszkańskiej było getto. Powstanie w getcie też przeżyliśmy.

  • A pożar Zamku? Jak to było?

Nie widziałam, nie byłam. Przed Powstaniem była Generalna Gubernia. Młodzież do szesnastego roku życia mogła się uczyć, ale skończyć tylko szkołę podstawową, czyli powszechną i zawodu [mogła się uczyć]. Nie było liceum, ogólnokształcące były zabronione, zamknięte. A później [były] pod przykrywką szkoły.

  • Jak szybko ruszyły szkoły pod przykrywką czy komplety?

Jak szybko ruszyły, nie wiem, bo poszłam do szóstej i siódmej klasy wtedy. Byłam najstarsza w domu. Z tym że przed wojną szkoły powszechne były podzielone, dla chłopców i dla dziewcząt osobno. Na Rybakach był nowy budynek, nowoczesny budynek szkolny, więc Niemcy go zajęli, wyrzucili ze szkoły wszystkich. Później szkoły się łączyły. Z początku była szkoła w parku Traugutta, nie wiem, czy ta szkoła, ten budynek jeszcze istnieje, czy nie. Myśmy tam najpierw chodzili. Później i tamten budynek zajęli Niemcy. Później w prywatnych kamienicach szkoły wynajmowały, nawet już szkoły powszechne. Szukali lokum, żeby można było klasy [umieścić], prowadzić dalej lekcje.

  • Często zmieniano dla bezpieczeństwa lokum?

Nasza szkoła zmieniała trzy razy, dlatego że zajmowali ją Niemcy.

  • Mówię o kompletach.

Komplety to było siedem do dziesięciu osób. Później chodziłam… Była szkoła zawodowa handlowa, a my [mieliśmy] pod przykrywką liceum ogólnokształcące. Cały czas byliśmy na Kilińskiego 3. Dalej było Ministerstwo Spraw Zagranicznych i byli Niemcy. Nawet obserwowali nas, nasz budynek. Któregoś dnia wywaliłam język szwabowi, który przyglądał się przez okno. Później chodzili i szukali mnie. A że to był prywatny budynek, wiec gdzieś uciekłam, schroniłam się.

  • Ile pani miała wtedy lat?

Wtedy miałam już piętnaście, bo już szkołę podstawową skończyłam.

  • Specjalnie robili przeszukanie?

Tak. Widocznie miałam twarz, którą zapamiętali. Jeszcze to było blisko, ta ulica nie była szeroka. Później, 13 sierpnia, jak Powstanie się zaczęło, tam wybuchł czołg pułapka.

  • W jakim wieku było pani rodzeństwo?

Mój młodszy brat był z 1932 roku, więc miał siedem lat, siostra z 1930 roku, miała dziewięć lat i brat starszy, 1928 rocznik, miał jedenaście lat, jak się wojna zaczęła.

  • Pani była najstarsza?

Najstarsza, z 1927 roku.

  • Jak było z harcerstwem za okupacji?

Różnie mieliśmy. Nie tak od razu. Nasza drużyna na razie ucichła, później dopiero, za jakieś dwa, trzy miesiące zaczęliśmy się zbierać, jak przyszły wakacje, czyli już w 1940 roku. Była organizacja RGO, która pomagała dzieciom. Obiady były w prywatnej szkole sióstr sakramentek na Starej 4. Była tam stołówka i były wydawane obiady dla dzieci, które się tam zapisały. Półkolonie były organizowane, które były przeważnie w parku Traugutta. Niemcy gospodarny naród, więc wszystkie trawniki były na grządki i żeśmy grządki organizowali. Później na jesieni dostawaliśmy trochę jarzyn czy co tam się urodziło.

  • Było jakieś pozwolenie?

Tak, to już Niemcy.

  • Jako działalność społeczna?

Tak.

  • Państwo występowali jako harcerstwo?

Nie, jako młodzież szkolna. Tam dopiero żeśmy się dogadali i zaczęliśmy później… Drużynową żeśmy dostali. W czasie następnych wakacji ja z tą drużynową – ona też pracowała przy półkoloniach – na Pragę żeśmy jeździły do ogródka jordanowskiego. Tam były półkolonie dla dzieci przedszkolnych. Ja jako pomoc.

  • Ogródek jordanowski przy Racławickiej?

Nie, to było na Pradze. Nie pamiętam już. Nie mam pamięci do nazwisk i do ulic. Za to do dat i terminów, z cyframi związane – z datami, z telefonami, z numerami, z urodzinami. To była ulica w bok od Wileńskiej. Tam żeśmy jeździły, ja jako wolontariusz, można było tak [to] nazwać, bo nie miałam płatne, tylko tyle że miałam tam wyżywienie i pomagałam jako pomoc opiekunce przy grupach.

  • Kiedy zaczęła się działalność nielegalna z punktu widzenia okupanta?

Chyba pod koniec 1942 roku. Już żeśmy mieli zbiórki, już mieliśmy przydziały, bibułę żeśmy roznosiły, dostarczałyśmy czy jakieś wiadomości. W czasie Powstania to się urwało.

  • Pani nosiła bibułę?

Tak. Bibuła i przekazywanie informacji.
  • Czy było jakieś ograniczenie wiekowe, czy dzieci też w tym brały udział?

W Powstaniu Warszawskim to wiem, że nawet dziesięcioletnie dzieci. A wtedy nie, to już była młodzież, od dwunastu do siedemnastu, osiemnastu lat. Moja drużynowa chyba miała osiemnaście czy dziewiętnaście lat, bo już maturę w tajnych szkołach robiła. Wiem tylko, że miała na imię Sabina, a nazwiska nie znałam.

  • Czy pani rodzeństwo też jakoś włączało się w działalność?

Nie wiem nic. Wiem, że starszy brat Tadeusz też był przed wojną w harcerstwie, ale czy brał udział, czy nie? Myśmy o sobie nic nie wiedzieli. Tak jak ja nie wiedziałam o siostrze. Jak nas wywieźli, to dopiero się dowiedziałam, że ona też była w harcerstwie. Rodzice też nic nie wiedzieli.

  • Rodzice, więc to zrozumiałe. Czyli wszystko bardzo utajnione, nawet pomiędzy sobą w rodzeństwie nie rozmawialiście?

Utajnione, tak. Nie rozmawiało się na te tematy.

  • Były sytuacje, że wiedziało się bez słów? Ktoś wychodził na cały dzień i nie pytał nikt, ale wiadomo było, o co chodzi? Rodzice się domyślali?

Jak się wychodziło, to mówiłam, że wychodzę do koleżanki, będę o tej i o tej. Była godzina policyjna, zimą godzina policyjna była o dwudziestej, latem o dwudziestej drugiej. Trzeba było przed godziną policyjną być w domu.

  • Jak się wtedy żyło w domu? Pani ojciec był zatrudniony, prawda?

Tak.

  • Państwo jednak byli sporą rodziną, gdzie tylko jedna osoba zarabiała na dom.

Ojciec dobrze zarabiał jako specjalista. Oprócz tego jeszcze pracował w warsztacie z kolegą. Warsztat mechaniczny prowadzili na Zakroczymskiej 1, na tyłach. To była, można powiedzieć, Zakroczymska 3/5, ale wchodziło się od Zakroczymskiej 1 i przez korytarz szło się, bo warsztat był na tyłach. Wąsowicz i mój ojciec. A [Zakroczymska] 5 to była fabryka polskiego „Fiata”, sąsiadowali. Tak że ojciec często wracał późno z pracy, a jak nie zdążyli, mieli więcej pracy (jeszcze prywatne warsztaty, Niemcy przecież nie zamykali prywatnych instytucji, fabryczek, to mieli zajęcie) nieraz i na noc zostawał. Później rano wpadał, tylko się obmył, ogolił i do pracy na kolej, bo od siódmej zaczynał pracę, do piętnastej.

  • Spotkało pani rodzinę czy panią osobiście podczas okupacji coś przykrego, na przykład łapanka?

Nie, jakoś uniknęliśmy tego. Raz mnie tylko zatrzymali. Mnie zginęły dokumenty szkolne, legitymacja szkolna, kenkarta. Ponieważ od razu zgłosiłam, to dostałam zastępczy dowód. Z tym zastępczym dowodem mnie zatrzymali kiedyś, jak szłam do szkoły. Ale to było wszystko.
Raz jeszcze szłam do ojca. Na Dworcu Gdańskim była przychodnia lekarska dla pracowników kolei i rodzin kolejowych. Szłam do lekarza i też mnie tam zatrzymali. Ale widocznie nie znał polskiego w ogóle, nie znał się, bo to młody żołnierz. Ausweis! Wyciągnęłam, bo miałam przy sobie, legitymację kolejową. Dzieci już od siedmiu lat przed wojną dostawały legitymacje kolejowe z fotografią. On spojrzał i mówi: „A, żona!” – i machnął mi: Raus! Kazał mi iść. Miałam wtedy z piętnaście, szesnaście lat.

  • Może pani poważnie wyglądała?

Nie, właśnie nie wyglądałam nigdy poważnie. Ale spojrzał na dowód i zobaczył kolejową legitymację, więc myślał, że żona kolejarza. To była trochę śmieszna sytuacja. Później to opowiadałam, to można było jako dowcip [opowiadać]. Raz na Dworcu Gdańskim [zatrzymali] mojego ojca. Na Dworcu Gdańskim zabili żołnierza z Wehrmachtu i zatrzymywali wszystkich, co szli pod wiaduktem od strony Starówki, przechodzili w stronę Dworca Gdańskiego – po prawej stronie był Dworzec Gdański. Tam był nasyp, bo wiadukt szedł i pod nasypem wszystkich mężczyzn, kobiety, zatrzymywali i ustawiali. Ojciec szedł akurat do pracy. W ogóle nikogo nie legitymowali, nic. A ojciec mój od młodości nie lubił munduru, tak że nawet przed wojną nie nosił kolejowego munduru, tylko po cywilnemu. I ojca zatrzymali wtedy do rozstrzelania, bo za jednego Niemca to iluś, dziesięciu albo stu Polaków rozstrzeliwali.

  • Nie przeprowadzali śledztwa?

Nie przeprowadzali śledztwa, dochodzenia ani [nie] legitymowali. Przechodził akurat Niemiec, który pracował w biurze z naczelnikiem. Do naczelnika pobiegł, bo widział, że ojca zatrzymali, ale z nim nie chcieli rozmawiać. To on poleciał, naczelnik przyszedł, dopiero pogadał i wskazał, który to jest, na ojca i ojca w ten sposób ocalił. Wtedy chyba 160 osób rozstrzelali, już nie pamiętam, w każdym razie dużo, a ojciec uniknął w ten sposób [śmierci]. Drugie, to że był potrzebny, bo żeby nie był potrzebny, [żeby] to był zwykły robotnik, to by na pewno…

  • Pani ojciec był wysokiej klasy specjalistą?

Tak, specjalistą wysokiej klasy. Jedyny był na Polskę.

  • Czym się zajmował?

Konserwacja i naprawa parowozów. Był jedyny. A szwagier ojca był od wagonów. We dwóch tam pracowali.

  • Brat matki?

Nie, szwagier to był mąż mojego ojca przyrodniej siostry.

  • Czyli rodzina związana z koleją?

Tylko te dwie osoby. Ojciec mój pochodzi z Widawy, to jest koło Wielunia. Skończył tam technikum. To się [wtedy] nazywało inaczej trochę. Teraz to technikum, a przedtem to była nauka zawodu, coś takiego. Szwagier był w Warszawie z przyrodnią siostrą [ojca]. Ta przyrodnia siostra była sporo od ojca starsza. Ojciec był jako piąte dziecko swojej matki, siostra była z pierwszego małżeństwa i była najstarsza, a ojciec był najmłodszy. Tak że była taka różnica, że jej pierwszy syn był tylko dwa lata czy trzy lata młodszy od ojca. Ojca ściągnęli do Warszawy do pracy w 1919 roku. Kolejarzy jak była rewolucja w Rosji, to ich tam wywieźli. Później powrócili i ojciec został do pracy na kolei.

  • Czy pani matka była z Warszawy?

Nie, była z ciechanowskiego, ze wsi między Ciechanowem a Przasnyszem – Wola Wierzbowska.

  • Kiedy pani rodzice trafili do Warszawy?

Moja mama trafiła do Warszawy… Nie wiem w którym roku. Już po 1920 roku, po cudzie nad Wisłą. Moja babcia zmarła w 1912 roku, a [dziadek] zginął, jak się przemieszczały wojska rosyjskie i niemieckie, zmieniali fronty. Wtedy, przy zmianie, u nich w wiejskim domu urządzili stację nadawczą. Kazali się wszystkim wynosić. Już siostra mojej mamy, mama i brat najmłodszy siedzieli na wozie, żeby opuścić [dom], a dziadek się jeszcze po coś wrócił. Jak wtedy otworzyli ogień, to dziadek w tym domku, w drzwiach, został dosłownie zmasakrowany. Cała jedna połowa była nie do rozpoznania, tak był posiekany kulami. Tak zginął w 1914 roku. Wtedy rodzeństwem mojej mamy, siostrą i bratem (siostra była najstarsza, miała wtedy osiemnaście lat, mama miała czternaście, brat najmłodszy miał sześć lat) zajęli się dziadkowie mojej mamy w Wilkowie. Korzenie pochodzą z Wilkowa, Sosnowscy. Później starsza siostra, która w Warszawie wyszła za mąż też [się zaopiekowała]. Tak że rodzina sobie pomagała. W Warszawie ciotka mojej mamy, czyli mojej babci siostra rodzona, nie miała własnych dzieci, więc zajmowała się wszystkimi dziećmi, które zostawały sierotami, potraciły rodziców, pomagała im. Również byli starsi, już nastolatki.

  • Wracając do okupacji: jak wyglądały przygotowania do samego Powstania? Jak wcześnie pani o tym wiedziała?

Dowiedziałam się w dniu wybuchu. Miało się rozpocząć o siedemnastej. Na Żoliborzu Niemcy przejęli jakiś transport broni powstańczej i tam się rozpoczęło o piętnastej. Dalej, do siedemnastej, już nie mogli czekać.

  • Gdzie pani wtedy była?

W domu. Nawet nie wiedzieliśmy, tylko biegali z opaskami AK i wtedy już wiadomo było.

  • Pani była przypisana do jakiejś dzielnicy przed Powstaniem i w trakcie Powstania?

Nie, tylko na Starówce działałam.

  • O której na Starym Mieście się zaczęło Powstanie?

O siedemnastej. Była od razu budowana barykada: Wąska – Freta. Jest część Szerokiej, później Wąska i znów Szeroka (przy Koźlej). Koźla jest teraz od Franciszkańskiej, a dawniej szła od Freta. Tam była hala targowa pod dachem i na Świętojerską było wyjście. Na tym wąskim przejściu była pierwsza barykada. Po drugiej stronie była apteka.

  • Została pani wezwana na jakąś zbiórkę?

Nie, myśmy jeszcze się szukali, bo myśmy się pogubili. Nie było wyznaczonego punktu, gdzie mamy się zgłaszać. Ja się zgłosiłam przy budowie barykady. Stamtąd już [szłam] dalej.

  • Spotkała pani kogoś z drużyny?

Z drużyny – Sabinę i Wandę Jędrys, która właściwie była duszą naszej drużyny. Miała bardzo duże poczucie humoru i zawsze wprowadzała bardzo sympatyczny nastrój, a sama była bardzo brzydka i do tego garbata. Miała garb i z przodu i z tyłu. Rysy twarzy, wszystko było zmienione. Ale poczucie humoru miała. Była najmłodsza [w rodzinie], miała czterech braci. Zawsze jak była jakaś rozmowa, to ona się tak przedstawiała: „Jest nas w domu szesnaścioro, ja najładniejsza”. Kontakt później się urwał, dopiero spotkałyśmy się na Chmielnej, już po wyzwoleniu. Nie wiem, czy to był 1945 czy 1946 rok. Ona [szła] do pracy, bo pracowała u kuśnierza i tak szybko, szybko… Człowiek głupi jeszcze, młody, to nierozgarnięty i nie zastanawiał się, żeby kontakt utrzymać.

  • Pani była łączniczką?

Tak.

  • Nosiła pani listy, polecenia, meldunki, rozkazy. Czy coś jeszcze?
    Nie, tylko pisemne i ustne przekazywanie informacji, rozkazów. Z tym, że to się szybko urwało, bo już 3 września, a właściwie ostatniego dnia sierpnia, zaczęli powstańcy wycofywać się ze Starówki, z Freta. My za nimi, moja rodzina.

    • Jak wyglądał pani zwykły dzień? Dostawała pani list i szła pod ostrzałem? Czy były jakieś szlaki pomiędzy barykadami czy w piwnicach przekopane?

    Już nie pamiętam dokładnie.

    • Czy te trasy były ustalone przed Powstaniem? Czy to było zorganizowane?

    Nie było zorganizowane. Po prostu to była intuicja.

    • Rozumiem, że znała pani świetnie Stare Miasto?

    Znałam Stare Miasto. Teraz mniej znam. Nazwy ulic słyszę: znajoma ulica, wiem, że gdzieś powinna być, ale już trudno mi teraz [zlokalizować], muszę dobrze się zastanawiać, w którym jest miejscu.

    • Bardzo się zmieniło Stare Miasto?

    Zmieniło się o tyle, że jest nowe. Ale wszystkie stare budynki pozostały, z tym że są już unowocześnione wewnątrz na pewno. Zawsze marzyłam, żeby wrócić mieszkać na Stare Miasto. Tak samo jak teraz jestem związana z Ochotą.

    • Cały czas pani mieszkała w domu z rodziną?

    Z rodzicami do 1954 roku.

    • Też podczas Powstania?

    Starszego brata, jak się Powstanie zaczęło, nie było. Podejrzewam, że był prawdopodobnie na jakimś zgromadzeniu w Lasach Chojnowskich. Siostra wróciła z wakacji ostatniego lipca, a brat ostatniego lipca wyjechał do Chotomowa. Dopiero spotkaliśmy się po wywiezieniu nas 3 września, po Powstaniu.
    • Pani ojciec był zmobilizowany?

    Ojciec mój z Powstania wyszedł z nami. Prowadzili nas do kościoła przy placu Zamkowym – Wąska, Freta były jak w górach, tylko ścieżka szła, ludzie przechodzili po gruzach. Dokładnie nie pamiętam, dlatego że moja mama była chora na serce i tylko patrzyłam, jak mama sobie poradzi. Brat najmłodszy miał uczulenie na jad pająka i pająki go pogryzły w piwnicy, jak żeśmy tam byli w czasie bombardowań, w naszej kamienicy. Tak że miał około czterdziestu stopni temperatury, całe nogi miał popuchnięte, nie mógł iść. Tata go niósł i tak doszliśmy do kościoła na Woli.

    • Po poddaniu się Starego Miasta?

    Tak, to było 5 września. Na Woli, przy kościele zaczęli segregację.

    • Ilu ludzi szło z państwem?

    Bardzo [dużo], kolumna. Tylko że nie poganiali, szło się wolno. Siostry z PCK podawały opatrunki, watę, gazę, różne środki pierwszej potrzeby, wodę do picia. I nie poganiali, Wehrmacht prowadził powoli, bo przeważnie szli ludzie starzy i dzieci. To było nawet, można powiedzieć, jak na Niemców po ludzku. Na Woli dopiero robili segregację.

    • Czy dużo cywili uciekło kanałami?

    Kanałami chyba wyszło za powstańcami…

    • Czy zna pani kogoś, kto wyszedł kanałami?

    Nie.

    • Czy ktoś z pani rodziny czy sąsiadów zastanawiał się nad taką opcją, że na przykład byłoby to bezpieczniej?

    Nie, myśmy się nie zastanawiali nad tym, dlatego że do kanałów, to przecież było wiadomo, że wszyscy nie wejdą, a przecież szło kilkanaście tysięcy ludzi. To już nie setki. Prowadzili nas później do Dworca Zachodniego. Jeszcze na Woli, przy kościele [była] segregacja młodych i mężczyzn. Ojciec myślał, że mu to pomoże, więc założył wtedy płaszcz i mundur kolejowy i czapkę. Niósł mojego brata na barana, bo [brat] nie mógł iść. Ale też go wyciągnęli. Dziecko musiał zostawić, wyciągnęli go i wywieźli do obozu pracy. Pracował w Halle w Niemczech, w parowozowni. Cały czas w swoim zawodzie był zatrudniony.

    • Pani została z resztą rodziny?

    Zostałam z rodziną. Na Dworzec Zachodni i do Pruszkowa nas przywieźli.

    • Ile państwo jechali?

    Nie umiem powiedzieć. W każdym razie długo. Człowiek się nie zastanawiał, ja tylko myślałam o mamie i o bracie.

    • Mówiła pani o siostrach PCK. Czy ludność wyprowadzana miała jakąś pomoc organizowaną przez Polaków? Czy ktoś się zajmował rannymi?

    Właśnie siostry PCK, no i jedni drugim [pomagali]. Było tak napakowane w pociągach, tak tłoczno, że nie było nawet mowy, żeby usiąść, tylko stać i to w tłoku. Tylko że to było niedaleko, bo tylko do Pruszkowa. W Pruszkowie nas wyładowali i tam następna segregacja. [Wracając do Powstania], na kilka godzin przed zbombardowaniem naszej oficyny – bo to był oficyna dobudowana, już unowocześniona, już tam była i kanalizacja, i łazienka, i ubikacja; w tej chwili jej nie ma, bo to nie był zabytek – dzień przedtem poszłam… Nas przysypało w piwnicy.

    • Mogli państwo jakoś wyjść, czy musieli odgruzowywać z ulicy?

    Nie byłam akurat w piwnicy, byłam w mieszkaniu, gdzie poszłam umyć głowę. Wody sobie nagrzałam. W bramie były kozy, rura wychodziła pod samo sklepienie, żeby nie było widać dymu, jak się pali, żeby Niemcy nie bombardowali. Jak zobaczyli dym, to w to miejsce bombardowali. Tutaj rzucili chyba ze trzy albo cztery bomby. Myśmy mieszkali na pierwszym piętrze w oficynie. Nagrzałam sobie wody i poszłam umyć włosy. Słyszę alarm i się zastanawiam, czy zejść. Jak zejdę, nie wiadomo ile to potrwa, to mi woda wystygnie. Jak zostanę, może mnie zbombardują. Ale coś mnie tknęło i zeszłam. Pod nami, na parterze, była pani Skrzynecka, która miała dwoje dzieci. Jedno miało z półtora roku, drugie ze trzy czy cztery latka. Mówię: „Pani Skrzyneczka, niech pani schodzi, bo alarm”. Wzięłam starsze dziecko i do piwnicy. Wtedy gruchnęło. Jeszcze złapałam z mieszkania pudło ze zdjęciami, zdjęcia nasze stare. Teraz są stare, wtedy zdjęcia, które jeszcze nie zostały włączone do albumów.

    • Przy poprzednich nalotach też pani coś znosiła do piwnicy, czy pani miała intuicję, że coś się może stać akurat wtedy?

    Bezmyślnie złapałam te zdjęcia, ponieważ zawsze lubiłam zdjęcia i miałam swój aparat fotograficzny przed wojną. Przedtem, jak już Powstanie się zaczęło, to już odzież, pościel była zniesiona do piwnicy. Tam żeśmy później stali cały miesiąc, cały sierpień.
    Zeszliśmy i wtedy jak gruchnęło! Sklepienia kleinowskie się opuściły. Przy murze, od strony Nowego Miasta było przejście, jedna osoba mogła przejść, a tu było opuszczone. Nasza piwnica była po tamtej stronie. Została tam mama, siostra moja i brat najmłodszy, a my z ojcem byliśmy poza piwnicą. Starszego brata w ogóle nie było wtedy w Warszawie. Otworzyć drzwi nie można było, bo przycisnęło.

    • Poza piwnicą państwo byli, czyli gdzie?

    To było w korytarzu piwnicy, przy schodach. Wyrąbywać strach, bo się może wszystko zawalić. Delikatnie ojciec wydłubywał, wydłubywał siekierą, drzwi się uchyliły i wyszli. Tak że wyszliśmy tylko tak, jak żeśmy stali, w czym żeśmy byli.

    • Wszyscy przeżyli?

    Przeżyliśmy. Wszyscy przeżyliśmy i wyszliśmy.

    • Zdjęcia się zachowały?

    Zdjęcia tamte mam, stare zdjęcia swoje, co wyniosłam. Jeszcze mam zdjęcia z 1903 roku, gdzie są dziadkowie z Widawy i siostry mojego ojca. Zdjęcia robione w 1903 roku, czarno-białe. I późniejsze zdjęcia. Tam była Rzesza, ale listy można było przesyłać. Mojego ojca siostrzenicy zdjęcia od pierwszej komunii mamy, przysłali tu. I tak szczęśliwie, że wszyscy przeżyliśmy poza ojca siostrą przyrodnią, co w Warszawie była i najmłodszą ich córką.

    • Gdzie oni mieszkali?

    Zakroczymska 1. Przy klasztorze było kilka mieszkań dla cywilów. Nie wiem, w jaki sposób tam się znaleźli, mieszkali. Tam był klasztor, przed wojną też. Już przed wojną tam mieszkali. Był kościół franciszkanów, klasztor i taki trójkąt – to były prywatne mieszkania. To było dwupiętrowe chyba czy jednopiętrowe, już nie pamiętam dokładnie. Często do tej ciotki chodziłam, bo ojciec tam w warsztacie pracował. Jak kończył pracę, to mnie zabierał od razu i wracaliśmy razem. Szwagier po drugiej stronie miał podobny warsztat, jak ojciec z Wąsowiczem.
    Jeszcze chciałabym powiedzieć, jak było później. Mama była bardzo przewidująca i bardzo rozsądna i każdemu z nas dała tabliczkę z adresem. Jak byśmy się rozłączyli, jak by nas rozdzielili czy jak byśmy się pogubili, to gdzie mamy pisać i jak się kontaktować. Ciechanowskie było Rzeszą i Widawa [to] też była Rzesza. Mama podała, wypisała nazwisko, adres dokładny do swojej siostry w Ciechanowskie i do Widawy. Ojciec mój miał taki adres i myśmy mieli. Tylko brat najstarszy, który był w Chotomowie, nie miał. Nie wiedział, że moja siostra wróciła już z wakacji, w tym dniu, kiedy on wyjechał z Warszawy. Napisał stamtąd kartkę do siostry, bo nie wiedział, co się dzieje. Była tak trudna do odczytania, że adres i nazwisko były poprawiane, bo to było ołówkiem napisane i było nieczytelne. Trafiło do siostry, do Rozprzy, gdzie myśmy się znaleźli. Tam siostra była na wakacjach. Trafiło i w ten sposób nas odnalazł. Do siostry napisał, czy ona nie wie, co się dzieje z nami, bo on nie ma żadnych wiadomości. Jak dostaliśmy tę kartkę, mama od razu siostrę [wysłała]. Ona była trzy lata ode mnie młodsza i drobna, tak że nie wyglądała nawet na czternaście lat, jakie miała. A miała kolejowy dowód osobisty i zgodę, że może pojechać po brata. I pojechała. A mnie się mama bała [puścić], dlatego że już byłam tego wzrostu, co jestem, tylko dużo szczuplejsza. Bała się, [bo] różne przypadki [były]: i gwałcenie, i zabijanie, i wywożenie do obozu. Tak że mnie mama już trzymała, nigdzie nie puszczała, tylko siostra to wszystko załatwiała. Miała spryt, bo też była harcerką i brata do nas przywiozła. […]
    Z Pruszkowa wywozili. Tam mnie też już oddzielili do obozu pracy, a mama z rodzeństwem, brat i siostra, że dalej, w głąb Polski pojadą.

    • Mieli już wolny wybór, gdzie mogą pojechać?

    Nie, cały czas nie było wolnego wyboru. Do Rozprzy, ale jeszcze nie tego samego dnia, tylko chyba ze dwie noce żeśmy w Pruszkowie, w halach parowozowych nocowali. Mama podeszła do jednej z sióstr z Czerwonego Krzyża. Mówi, że jest chora na serce, pokazuje na brata, że on też jest chory, ja jestem jedna, która mogę pomóc swoją pracą na ich utrzymanie, jak ich wywiozą. Może się uda, żeby mnie nie wywozili do Niemiec. Pielęgniarka spojrzała a mnie i ręką pokazała. A był tylko jeden [Niemiec], sprawdzał, jak wsiadają i segregował, a już nie patrzył, co się dalej dzieje. Przesunęłam się do tej grupy, która miała pozostać na terenie kraju, Polski. Wszystkie pociągi szły pod Częstochowę. A dlaczego do Rozprzy? Jak mówiłam, RGO urządzało wyjazdy dzieci na wakacje.

    • Sierot?

    Nie, nie sierot, dzieci ze szkół powszechnych, kto się zgłosił. Siostra moja się zgłosiła, mama wyraziła zgodę, niech jedzie. Zapraszały przeważnie rodziny rolnicze, gdzie mieli gospodarstwa, bo takie dziecko zawsze krowy popasie czy świnie, czy gęsi. Tak dawniej było, dzieci na wakacje [zapraszali], a jednocześnie mieli zasługę, że pomagali warszawiakom. Siostra pojechała. W Rozprzy była pani, która była pochodzenia niemieckiego, ze Śląska. Jej dziadowie już na Śląsku pracowali, jej rodzice urodzili się na Śląsku i ona. Tu poznała swojego męża, pana z Rozprzy. Pracował w polskiej straży pogranicznej. Wyszła za niego. Później, jak weszli Niemcy, to proponowali, żeby podpisała volkslistę, ponieważ jest z pochodzenia Niemką. Nie chciała podpisać, mówi: „Tu się urodziłam, tu jadłam chleb, tu się wykształciłam”. Ona nawet była protestantką, nie katoliczką. Mówi: „Nie czuję się Niemką”. Mąż był na nią zły, bo chciał zostać na Śląsku. A tutaj wróci… Poza Rozprzą jego rodzice mieli gospodarstwo niewielkie.

    • Myśli pani, że ona nie czuła się Niemką, czy nie akceptowała zachowań niemieckich?

    Nie wiem, trudno mi powiedzieć. W każdym razie tak opowiadał jej mąż: że nie chciała, bo powiedziała, że czuje się Polką, bo tutaj chleb jadła i tu się wykształciła.
    Oni chcieli chłopca, zapisali się, że z Warszawy na wakacje wezmą chłopca. To było w miasteczku. To nie było gospodarstwo, tylko do przyuczenia zawodu szewskiego. Jej mąż, ten wojskowy, co był w straży pogranicznej, był też z zawodu szewcem, kamasznikiem. Był dobrym szewcem i [chciał], żeby dziecko przyuczyć w czasie wakacji zawodu albo zachęcić do tego zawodu. Jak dzieci przyjechały na wakacje, to poszli tam. Chłopca żadnego nie było, tylko przeważnie dziewczynki. Mało chłopców wtedy wyjechało z Warszawy. Jej mąż [powiedział]: „Nikogo nie weźmiemy”. Ale ona moją siostrę upatrzyła sobie z tej gromady: „Ją weźmiemy”. Mąż nie był bardzo zadowolony, ale żona chciała, a musiał ją chyba kochać, i wzięli. Tam była przez pierwsze wakacje i na następny rok już indywidualnie ją zaprosili. Siostra już wtedy miała przydział, bo jak przyjeżdżały dzieci, to mniej więcej były przydzielone – tak jak chłopiec do państwa Świstaków. Siostra miała iść do gospodarstwa wiejskiego, to był jakiś mająteczek.

    • Stale jeździli do tych ludzi?

    Nie stale. To były pierwsze wakacje. Potem były drugie indywidualnie. Ta pani, jak siostrę wzięła, to na następne wakacje już indywidualnie zaprosiła, już nie przez RGO. Wysłała zaproszenie do moich rodziców, że zaprasza ją na następne wakacje. To były już wakacje w 1944 roku, przed samym Powstaniem, lipiec. Siostra się dowiedziała, usłyszała, że się coś szukuje, jakieś zamieszanie. Tam były lasy i partyzanci, którzy wychodzili i dochodziły jakieś wiadomości. Tam [siostra] poznała miejscową młodzież w swoim wieku, biegali. Siostra mówiła, [że] przenosili wiadomości różne partyzantom: jakie wojska, gdzie te wojska i mniej więcej ile wojska jest w Rozprzy. Tam była nowa szkoła i oficerowie ze wschodniego frontu przyjeżdżali na urlopy rehabilitacyjne.

    • I na końcu cała pani rodzina znalazła się w Rozprzy?

    Bez ojca.

    • Był w Niemczech?

    Tak.

    • Byliście u państwa Świstaków?

    U Świstaków. Najlepsze było to, że ta pani, jak dowiedziała się, że z Warszawy idą pociągi z ludźmi wysiedlonymi po Powstaniu, to na każdy pociąg wychodziła i wywoływała nazwisko.

    • Nie mogli się państwo udać do rodziny?

    Tam rodziny żeśmy nie mieli.

    • Ale do Rzeszy pojechać do rodziny?

    Nie, do Rzeszy w ogóle nie było możliwości. Tylko przez zieloną granicę, jeszcze przed Powstaniem. Bratowa mojej mamy znała język niemiecki, bo pochodziła z Gdańska. Jak wujka zabrali do obozu w 1940 roku, do Oświęcimia, to ciotka do siostry swojego męża wyjeżdżała przez zieloną granicę.
    • Byli państwo dobrze traktowani w Rozprzy?

    Ci państwo nas przyjęli, ta pani nas odnalazła. Brat pana Świstaka, jej męża, w gminie pracował, więc załatwili, że oni się zgłosili, że biorą nas na swoją odpowiedzialność do siebie. Zameldowali nas w Rozprzy i myśmy już tam zostali, nie poszliśmy na wieś, do gospodarzy, rolników czy po rodzinach, tylko u nich. Dopiero później, jak siostra przywiozła brata, to się już zrobiło za ciasno. Mieli dwa pokoje z kuchnią, nas już było pięć osób i ich dwoje – siedem osób. Najpierw ja stamtąd odeszłam. Poznałam dziewczynę rok od siebie starszą i do niej poszłam. […] [Pan Świstak] był kobieciarzem i do młodej dziewczyny… Przecież miałam już siedemnaście lat, więc zaczął mnie obściskiwać, ja się broniłam. Mama moja to zobaczyła i prędko załatwiła, żebym stamtąd odeszła. Brat wrócił. [Pan Świstak] wykręcił się tym, że by chciał kamasznika, chłopca, który by się kamasznictwa nauczył i tu pracował. A że brat nie miał do tego chęci, to musiała się mama wynieść z resztą dzieci do gospodarstwa gdzieś niedaleko Rozprzy. Ale to już były ostatnie tygodnie wojny, to było po Bożym Narodzeniu.

    • Kiedy państwo mogli wracać do Warszawy?

    Warszawa była wyzwolona 17 stycznia, a tam wyzwolenie przyszło 19 stycznia. Już wtedy można było wracać, tylko jak? Pieszo, inaczej nie było. Jakiś transport może, coś.

    • Pytanie też – gdzie, bo państwo już nie mieli domu.

    Już nie mieliśmy domu.

    • Jak państwo to planowali? Jak sobie wyobrażali życie?

    Mama moja najpierw myślała… Była bardzo chora na serce, miała wadę serca, na którą zresztą zmarła, mając pięćdziesiąt osiem lat. Ja tę samą wadę przejęłam po mamie, z tym że już w innych warunkach. Mam zastawki zrobione i cały czas jestem pod opieką kardiologów, dlatego żyję. Mama moja [myślała], że może do siostry na wieś pojedzie, to jakoś będzie łatwiej. I pojechała na wieś. Tam była szkółka drzew owocowych i leśnych, to tam starszy brat trochę zaczął pracować. Siostra po rodzinie chodziła i na drutach robiła, a ja wyjechałam w marcu do ojca rodziny, do Widawy. Tam byłam do czerwca, w czerwcu wróciłam do Warszawy. Mama wcześniej wróciła. Siostra była na wsi i brat starszy, a najmłodszy poszedł do pierwszej klasy gimnazjum. Do sierpnia zrobił pierwszą klasę gimnazjum, zresztą był bardzo zdolny, dlatego mama została, a ja pojechałam do Widawy. Właściwie więcej żeśmy szli (brat starszy ze mną poszedł) jak jechali, ale jakoś się dostaliśmy. [W Warszawie] brat zaczął chodzić do liceum. Dyrektorka poszukiwała osoby, mamy czy babci, żeby ktoś przyszedł do kuchni rozlewać zupę dzieciom. Mama się zgłosiła. [Brat] poszedł do gimnazjum i liceum Kołłątaja. Mama tam rozlewała zupę, więc została z nim. W czerwcu mama się dowiedziała, że na wakacje dla dzieci z Powstania Warszawskiego zostają [zorganizowane] kolonie zdrowotne w Otwocku, na trzy miesiące. Dyrektorka szkoły została na wakacje kierowniczką tego ośrodka. Namawiała, żebym przyjechała, to mi załatwi pracę. Wróciłam z Widawy i rzeczywiście tam pracowałam.

    • A pierwsze mieszkanie powojenne?

    Było tak, że na Mokotowie, na Rejtana 3 mieszkał brat mojej mamy (który był wzięty do obozu do Niemiec) i bratowa. To mieszkanie ocalało. A z Mokotowa ciotka z dziećmi tylko do Pyr chyba się dostała, tak że była blisko Warszawy. Jak tylko 17 stycznia Niemcy opuścili Warszawę, to ona od razu, jak tylko przeszli – [że było wiadomo], że nie jest zaminowane – do tego mieszkania się dostała. Tak że u niej nic nie zginęło z mieszkania, nie zostało rozkradzione, bo nie mieli kiedy. Wróciła do mieszkania. Było zagęszczenie, mieszkania zasiedlali, jak było za mało osób, a były tam dwa pokoje, więc…

    • Więc lepiej zameldować rodzinę?

    Tak, rodzinę. Tak zaproponowała, jak żeśmy wrócili i tam żeśmy mieszkali.

    • Wszyscy państwo tam zamieszkali?

    Mama i nas czworo, bez ojca.

    • Kiedy ojciec wrócił?

    Ojciec wrócił w sierpniu i wujek zaraz niedługo z obozu koncentracyjnego. Przeżył pięć lat obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Był tam królikiem doświadczalnym, jak to się mówi, bo był dobrze zbudowany. Nie dokończył wojskowej szkoły oficerskiej w Gdańsku. Dobrze zbudowany, przystojny mężczyzna. Pobierali nasienie, różne takie. Przeżył. Jak wujka zabrali, to – jak opowiadał – zgłaszali [się] do zawodu: Kto jest stolarzem, kto jest cieślą, kto murarzem. Taki co był z wujkiem, powiedział: „Zgłoś się jako stolarz”. – „Nie miałem nigdy hebla”. – „Będą przyglądać się czy ciebie egzaminować?”. Tak się wujek zgłosił i budowali baraki dla przyszłych, dalszych [więźniów], bo to były początki. Wujka wzięli w styczniu 1940 roku, bo od razu się zgłosił do organizacji i była wpadka. Najpierw wrócił ojciec, później wujek. Ojciec miał zamiar otworzyć prywatny warsztat, ale [jak] przyjechał, to mama była tak ciężko chora na serce, że już płyny się zbierały, podchodziły pod serce. Ojciec prędko zgłosił się z powrotem do pracy na kolej, żeby była opieka lekarska. Od razu mamę do szpitala i dzięki temu przeżyła jeszcze kilka lat.

    • Pani po wojnie skończyła liceum?

    Wieczorowo.

    • Pracowała pani?

    Pracowałam i uczyłam się wieczorowo.

    • Po liceum poszła pani na wyższą uczelnię?

    Nie, już nie. Wyszłam za mąż, dzieci.

    • Czy ktoś się jakoś odnosił do pani działalności podczas wojny i Powstania, do tego, że była pani w „Szarych Szeregach”? Czy to było jakoś komentowane przez zwierzchników?

    O tym nie mówiłam, nie ujawniałam się. Do tego stopnia, że nawet jak pierwszą pracę… To teraz jest PZU, a przedtem, jeszcze przed wojną, to się nazywało PZUW – Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych. Tam pracowałam i tam dyrekcja była cała żydowska. Z ogłoszenia tam poszłam do pracy. W pierwszej chwili wzięli mnie za Żydówkę przez nazwisko. Dyrektorem zatrudnienia był Żyd. Koleżanki wszystkie to były panie, które już były mężatkami, już po trzydziestce, po czterdziestce. Kilka nas było młodych.

    • Lepiej było się nie przyznawać do działalności?

    Nie, lepiej było się nie przyznawać.

    • To było piętnowane?

    Jak harcerz, to AK.

    • To się zaczęło od razu po wyzwoleniu?

    Od razu, jeszcze zanim poszłam do pracy.

    • Czy jeszcze chciałaby pani coś dodać szczególnego z tamtych czasów, co pani zapadło w pamięć?

    Po wyzwoleniu, jak ojciec wrócił, to poszedł od razu do pracy na Dworzec Gdański do parowozowni. Tam na razie dostaliśmy małą klitkę, dawna dyspozytornia, więc tam mieszkaliśmy. Wszyscy się zaczęli uczyć, ja jeszcze nie, ja dopiero później. Poszłam do pracy od razu i pracowałam w Otwocku. Tam jeszcze żeśmy z dziećmi śpiewali harcerskie piosenki i do kościoła szliśmy parami. Dyrektorka to była już starsza pani, miała około sześćdziesiątki, była chyba patriotką, bo nie protestowała.
    Dostaliśmy mieszkanie. Mama poszła do szpitala, więc do zdrowia jakiego takiego doszła. Żeśmy tam mieszkali, później za ciasno się zrobiło, bo mieliśmy dosłownie trzynaście metrów kwadratowych na sześć dorosłych osób, już [wszyscy] się uczyli i pracowali. Ojciec dowiedział się, że w Zduńskiej Woli jest parowozownia i tam potrzebują. Dostaniemy domek, ogródek i wszystko, żeby ojca tylko tam ściągnąć do pracy – był znany. Ojciec podjął taką decyzję i poszedł do dyrekcji złożyć prośbę o przeniesienie. „A dlaczego?”. Był tylko problem, że bracia chodzili tutaj do szkół, a tam szkół by nie mieli. [Dyrektor] zaczął tłumaczyć ojcu: „A co z dziećmi? Przecież tu się uczą”. [Ojciec] mówi: „Ale ja tu nie mam gdzie mieszkać”. Na razie dali drugi taki pokoik (obok małżeństwo mieszkało) i po jakimś roku wyszykowali z magazynu narzędziowego jeszcze jeden pokój, gdzie było już dwadzieścia sześć metrów. Już był duży pokój. Była kuchnia, był pokój rodziców, trzynaście metrów, a myśmy we czworo byli w dużym pokoju. Już było lepiej.
    Pokończyli studia, brat najmłodszy – wydział lotniczy, starszy – mechaniczny na politechnice, siostra – łączność na politechnice. Wszystko na politechnice, ścisłe umysły mieli. Ja nie skończyłam nic. Praca mnie zaabsorbowała i trochę wolności. Najlepsze lata młodości, pierwsze, to była okupacja. A i tak do pracy szłam na ósmą, wracałam o dziesiątej. Nie było wolnych dni, w sobotę tylko nie mieliśmy zajęć w szkole wieczorowej. Tak to się wszystko skończyło.



    Warszawa, 28 lipca 2008 roku
    Rozmowę prowadził Tadeusz Nagalski
Maria Suwińska Stopień: łączniczka Formacja: Szare Szeregi Dzielnica: Stare Miasto

Zobacz także

Nasz newsletter