Ryszard Modro „Lew”

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Ryszard Modro. Jestem urodzony 5 czerwca 1924 roku i wychowany w Warszawie.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie i o tym, jak pan pamięta czas wybuchu II wojny światowej.

Mój ojciec był pracownikiem na kolei, kolejarzem. Pracował w prądownictwie. Miał wykształcenie, swoje stanowisko i brygadę ludzi, którzy mieli pewien dość duży odcinek w Warszawie (nawet poza Warszawą – do Włoch, do Gołąbek), który im podlegał pod kątem prądownictwa. To znaczy [pod kątem] oświetlenia, maszyn, dźwigów i temu podobnych, co wymagało prądu. Taką rolę miał mój ojciec. Przed wojną był tak zwany pan kolejarz, bo dziś to jest: „Ojciec porządny, matka porządna, a syn kolejarz” – tak mówią. Kiedyś było inaczej, człowiek na stanowisku to był „pan kolejarz”. Tak że było dobrze. Zarobek był, bo wtedy to doceniali, dziś to się [zmieniło]. W okupację mieszkaliśmy w budynku (już nie mieszkałem w Alejach Jerozolimskich) na ulicy Tunelowej – ojciec dostał mieszkanie kolejowe w terenie kolejowym. Tam oczywiście żeśmy przeżywali naloty. W 1939 roku, kiedy się zaczynała wojna, tośmy tam przeżywali naloty. Zostaliśmy w domu bez szyb, bo szyby leciały przy bombardowaniach. Taka między innymi była uroda wojny w pierwszej fazie.
Co do mojej mamy, to z wielką przykrością muszę powiedzieć, że miałem pięć lat i mama mi umarła. Nie miałem mamy. Tata miał pierwszą żonę, z którą miał trójkę dzieci. Ja byłem z drugiej mamy. Było nas dwoje – ja i brat, który też już nie żyje. Z całej rodziny (było nas pięcioro) pozostałem tylko ja jeden. Reszta poumierała. Najwięcej pożyła siostra – siedemdziesiąt dwa lata. Brat sześćdziesiąt, inny brat siedemdziesiąt jeden i tak dalej. Potem w okupacji tośmy poprzez kolegów, nawet poprzez szkolnych kolegów [wstępowali] do zawiązującego się ZWZ (Związek Walki Zbrojnej), który potem został przekształcony w Armię Krajową.

  • Kto pana wprowadził?

Wprowadził mnie szkolny kolega. Przychodził instruktor i na Ochocie na ulicy Szczęśliwickiej mieliśmy zebrania. Mieliśmy zebrania, cały instruktaż i tak dalej… Tam obraliśmy sobie pseudonimy. Instruktor prosił: „Dzisiaj, panowie, przystąpimy [do konspiracji], żeby każdy był pod pseudonimem, bo takie są reguły konspiracyjne”.

  • Do czego był pan przygotowywany w konspiracji?

Naszym zadaniem były akcje sabotażowe. Przed Powstaniem zadaniem było tworzenie piątek szturmowych, które miały za zadanie zdobywanie broni potrzebnej do Powstania.

  • Jak panowie zdobywali tę broń?

Mogę opowiedzieć, jak to było. Pamiętam taki jeden fragment na placu Grzybowskim. Był ogólny pisuar na mieście, na placu Grzybowskim. Dziś go już nie ma. Można było wejść [z dwóch stron], to było okrągłe. Chłopaki z piątek szturmowych już czuwali. „Aha – on idzie za potrzebą. No to zrobi co trzeba, ale wyjdzie już bez rewolweru”. Tak było. Jak sobie wszedł, był zaabsorbowany potrzebą, sikaniem, to my: Hände hoch! – i od razu [rewolwer] w teczkę i do widzenia. „O, już jest!”, w ten sposób. Jak jesteśmy przy rozbrajaniu Niemców, to mieliśmy znowu taką akcję na Radzymińskiej. Było trzech niemieckich oficerów. My mówimy: „Chłopaki…”. Człowiek młody, w Powstanie miałem akurat dwadzieścia lat. Jak się [rozbrajało], to miałem rok, półtora mniej. Rozbrajanie było już bardzo [krótko] przed Powstaniem. Szło trzech oficerów. Mówimy do siebie: „No to już mamy trzy rewolwery”. Niemieckie wojsko korzystało z broni, która nazywała się parabellum. Bardzo udane rewolwery o dużym kalibrze. Kaliber bez mała karabinowy, bo dziewięć milimetrów. Idziemy. Oni sobie idą, my za nimi. Oczywiście nie piątką, tylko dwóch, trzech, żeby nie robić [podejrzenia], bo oni już [byli czujni].
Powiem jeszcze, że Niemcy na to Powstanie i na to rozbrajanie (co działo się w Warszawie na masową skalę) byli przygotowani. Niemcy byli na Powstanie przygotowani nawet lepiej jak my, bym powiedział. W jakim sensie? Już zdążyli ponastawiać bunkrów po wylotach, po ulicach. Potem zaczęli wracać do swoich jednostek bez broni, to wiadomo co było. Już wtedy zostaliśmy nazwani bandytami. Nie byliśmy już jako akowcy, jako wojsko, jakaś organizacja. Hitler, Niemcy traktowali nas jako bandytów. Tak było, tak się u nich utarło – bandyci. Idzie tych trzech Niemców – my za nimi. Oni się zatrzymali, my też, oglądając wystawę. My z daleka. Przeszli na drugą stronę. My idziemy dalej prosto Radzymińską, żeby nie robić poruty. Weszli do sklepu. Wtedy my natychmiast, momentalnie do sklepu piątką i Hände hoch! Zaczęła się strzelanina w sklepie na Radzymińskiej. Kobiecina najadła się strachu, bo wiadomo – strzelanina w jej sklepie. Sklep nie był zbyt bogaty, taki sobie. Były do niego jeszcze trzy schodki. Trzech oficerów, a nas pięciu chłopa. Nawet nie od razu pięciu, bo dwóch nas stało na szpicy na zewnątrz, trzech było w tym sklepie.
Widocznie ujęła ich ambicja (tak sobie rozumowaliśmy), [chwycili] za rewolwery i strzelanina. Już widzimy, że nie przelewki. To co trzeba robić? Nogi za pas i w długą, choda! Bo inaczej z tego Hände hoch! będzie [kaputt] i [człowieka] nie ma, bo tak było niejednokrotnie. My choda. Jeden ucieka, drugi… To się działo na Radzymińskiej, na Pradze. Myśmy musieli tramwajem przejechać ze Śródmieścia na Pragę. Jeden z kolegów miał ciotkę na ulicy Brzeskiej. Mówimy: „W razie coś to musimy się spotkać na Brzeskiej u ciotki. Wtedy musimy jeszcze rozeznanie mieć, czy możemy z tej Pragi wracać na Śródmieście”. Niemcy potrafili robić obławy, blokować mosty, robić rewizje i wtedy wpadka. Wszystko trzeba było też przewidzieć. Tak zrobiliśmy. Pouciekaliśmy.

  • Czy pracował pan w czasie okupacji? Cały czas do Powstania pracowałem w firmie „Bracia Jabłkowscy”.

    • Proszę o tym opowiedzieć.

    [Byłem] bardzo młody, miałem piętnaście lat, jak zacząłem pracę w firmie „Bracia Jabłkowscy” na Brackiej. Młodo, bo mama zmarła, jak miałem pięć lat. Później zmarł tata. Nie ma mamy, nie ma taty, to trzeba pracować, inaczej nie idzie. Zacząłem pracę u Jabłkowskich na Brackiej. Był obowiązek kończyć chociaż szkołę zawodową. Pracując, chodziłem do szkoły na ulicy Konopczyńskiego, byłem wcześniej zwalniany. Szkołę skończyłem, świadectwa mam do dziś. Rok za rokiem, rok za rokiem…

    • Jak pamięta pan Warszawę z czasu okupacji?

    Warszawę pamiętam między innymi z biedy. W wojnę Niemcy dawali nam przydziały byle jakiego chleba, racje bardzo skromne. Wszystko inne było reglamentowane, nie było dostępne. Wszystko szło na armię, na Niemców. Polacy mieli biedę, bo przydział nie wystarczał. Jako młody chłopak – piętnaście, osiemnaście, dwadzieścia lat – to jak się mówi, zjadłbym konia z kopytami, jak się potocznie nazywa. Dostało się pajdkę chleba, to nie wiadomo było, czy ją zjeść na śniadanie, na obiad czy na kolację. Jak się zjadło wcześniej, to na kolację nie [było]. Trzeba było [kombinować].
    To były bardzo biedne chwile. W Warszawie szczególnie, bo aglomeracja była duża, parę ładnych tysięcy, milionów ludzi. Był jeszcze szmugiel, ludzie szmuglowali żywność z innych miast – z Lublina czy innych. Niemcy nawet utrudniali szmugiel, bo robili obławy na pociągi i jak [trafili], to zabierali towar – mąkę, mięso czy ziemniaki; po prostu rekwirowali i przeznaczali na swoje potrzeby. Nawet nie dawali szmuglować. Biednie, biednie, ale się przeżywało. W firmie, gdzie pracowałem, była jeszcze kuchnia, która gotowała nam, pracownikom obiady. Tak że dodatkowo trochę się stołowałem na firmowej stołówce u Jabłkowskich.

    • Jak pan pamięta Niemców? Czy wspomnienia są tylko negatywne?

    Niemcy jako takie, to bym jeszcze powiedział, że to była armia. Ale jak później zaciągnęli w swoje szeregi „ukraińców”, tak zwanych własowców, którzy już brali udział w Postaniu, to byli ludzie nie z tej ziemi. Jeszcze dostawali alkohol, gorzałę i szli na całego. To już była hałastra, bym powiedział, to nie było wojsko. Często mieli karabiny na sznurku, nie mieli nawet przyzwoitego obuwia. Niemcom to pasowało, bo mieli darmowe mięso armatnie, tak się mówi. Własowcy byli dwieście procent gorsi od Niemców. Mogę tak o nich mówić, bo zostałem przez nich pobity. Przed Powstaniem przeżywało się biednie.

    • Czy w czasie okupacji były wesołe chwile?

    Mieliśmy spotkania towarzyskie, tego nam specjalnie nie zabraniali. Mieliśmy tylko ograniczenia w godzinie policyjnej. Wolno nam było chodzić do dziewiątej czy do ósmej, a potem godzina policyjna, tak że wieczorem nie wolno było chodzić.

    • Czy pana rodzeństwo też było w konspiracji?

    Był mój brat Edmund […], brał udział w Powstaniu, był nawet ranny. Reszta, tak jak wszyscy inni, pracowała. Później przyszedł taki moment, że miałem brać czynny udział w Powstaniu. Wyszło tak, że jeszcze u siebie w domu miałem broń i amunicję. Mieszkałem na Tunelowej, a zbiórki i instruktaż mieliśmy na Szczęśliwickiej. Od Szczęśliwickiej do Tunelowej było w granicach pięciuset metrów. Wiedząc, że mam w domu amunicję i broń, potrzebowałem się dostać, ale już nie mogłem. Jak już wszyscy poszli na Powstanie (zbiórkę mieli na Mokotowie w parku Dreszera), to ja miałem donieść broń. Nie mogłem się dostać, bo teren kolejowy był już mocno obstawiony. Jak powiedziałem, Niemcy się już do tego przygotowywali. Potem był wybudowany most pocztowy, [którym] przechodziła poczta. Żeby nie było kolizji z pociągami, był wybudowany specjalny tor i most, i pociągi chodziły na most. Na tym moście było postawione wojsko. Oczywiście z karabinami maszynowymi i ze wszystkim, bo mieli. Most był ogromy.
    Co do mostu, opowiem bardzo ważne dla mnie wydarzenie, wspominam je bardzo [często] z drżeniem serca. W domu, w którym mieliśmy zbiórki akowskie na pierwszym piętrze urodziło się dziecko. Normalnie – dzieci się rodzą w każdych sytuacjach. To była kuzynka mojego kolegi, który już wtedy nie żył, było dwóch braci i umarli. Kobieta wystraszona Powstaniem, bombami, strzałem, nalotami i tym wszystkim nie karmiła, bidna, tego dziecka. Potrzebne było mleko. Ulica Szczęśliwicka i to wszystko było już terenami peryferyjnymi, tak bym nazwał. To było koło Dworca Zachodniego. Wiedziałem, że tam jest pani, która ma krowę, a jak ma krowę, to ma i mleko. Przyszło na to, że mówią: „O, jakby ktoś… Kto by poszedł…Kto pójdzie po to mleko?”. Są tam ludzie zamieszkujący ten dom, ale każdy boi się wyjść, bo to już jest Powstanie. Mówię: „No to ja pójdę po te mleko”. Dobra. Dali mi gąsiorek. Mówię: „Jak mnie tam z tego mostu zobaczą…”. Jak [Niemcy] spojrzeli z mostu w ulicę Szczęśliwicką, bo tak akurat było, to widzieli na dwa, trzy kilometry. Jak wziął lornetkę, to miał widoczność na parę kilometrów. Mówię: „Wyjdę z tym gąsiorkiem, pokażę, to będą [widzieli]”. Tak sobie liczyłem, trochę może naiwnie. Miałem dwadzieścia lat bez mała, to młody człowiek jest trochę naiwny. Myślałem, że jak im pokażę [gąsiorek], to będą widzieć, że idzie po wodę czy po coś. Oni tylko na to czekali. Jak wyszedłem z bramy z gąsiorkiem, to oni dawaj, kanonadę za mną. Mam dwadzieścia lat i chcę żyć!
    Kule mi świszczą, to jak bliziutko musiały być. Ulica była brukowana kamieniem, iskry lecą po kamieniach, a ja wężykiem. Byliśmy między innymi uczeni, jak trzeba uciekać, więc ja wężykiem, wężykiem. Po drugiej stronie był dom, co najmniej ze 150 metrów. Doleciałem do bramy. Ja za bramę, a brama zamknięta. Mnie serce znowu [stanęło]. Myślałem, że jak wpadnę w bramę, w podwórze, to się już uwolnię od tej kanonady. Brama okazuje się zamknięta. To ja chlap na ziemię i leżę, bo na leżąco nie mają obstrzału do mnie, już im ciężko. Czekam. Widocznie sobie pomyśleli, że mnie zabili. Jak chlapnąłem, to mówią: „Aha, leży, to już dobrze”. Odczekałem moment, poderwałem się. W Powstaniu, przed Powstaniem, to ludzie wyrywali sztachety w ogrodzeniach, dołem domy przekuwali, mury przekuwali, żeby w razie czego można się było jeszcze ratować ucieczką. Zerwałem się, wstałem. Słyszę jeszcze, że z góry przez okno mówi: „Przed bramą leży zabity”. A ja wcale nie byłem zabity. Ludzie słyszeli, że kanonada – myśleli, że leży zabity. Poderwałem się, poleciałem do tych sztachet, do ogrodzenia, patrzę, sztacheta się rusza. Uchyliłem, wpadłem na podwórze. Oni myśleli, że ja w jakiejś agonii, że lata nieboszczyk. Mówię, że nic mi nie jest. Mówię: „Mnie nie zabili. Strzelali, tak, była kanonada, ale ja se żyję. Idę tutaj…”. Wiem, że pani, która miała krowę, nazywała się Pękalska. Do niej trzeba było przejść na drugą stronę jeszcze jedną ulicę, na drugą stronę krzyżówki. Tam znowu stał przygotowany bunkier, jak powiedziałem na wstępie. Mówię: „Znów jak ja pójdę tam, to tamci mnie znów zauważą i tamci mnie sprzątną wreszcie, pozbawią mnie tego życia, tej odwagi”. Mówię: „Trudno, wyszedłem, bez tego mleka nie przyjdę. Muszę iść, co będzie, to będzie. Idę”. Biorę gąsiorek, przeskoczyłem, wpadłem na podwórze, a pani mówi tak trochę ironicznie: „Proszę pana, niech pan się schowa, bo mi krowę zabiją”. Tam znów była piekarnia. Szła eskadra samolotów i siekali ogniem, bo chcieli zbombardować piekarnię. Szły trzy samoloty, zawijały. Potem następne trzy. Ludność uciekała, a oni z karabinów maszynowych siekali i kładli trupem. Tak wyglądała przedpowstaniowa i powstaniowa wojna. [Kobieta] nie martwiła się o mnie, tylko o tą krowę, ale to jej sprawa. Mówię: „Pani Pękalska, przyszedłem… Mleko jest?”. – „Ale niech się pan schowa, bo mi tę krowę [zabiją]”. Położyłem się na plecach i patrzę, co się dzieje. Leżę. Samolot jak leci, to [myśli, że martwy]. Mnie nic. Przeżyłem to, jak strzelali za mną, przeżyłem te eskadry samolotowe, przeżyłem całe Powstanie, obozy, wszystko przeżyłem. Ale ktoś nade mną czuwa cały czas, jestem przekonany, że mam tyle szczęścia w życiu, że widocznie Pan Bóg nade mną czuwa. Przeżyłem, dożyłem swoich sędziwych lat i teraz mam tylko takie wspomnienia. Ta pani miała męża. Mąż poszedł na drugą stronę ulicy po wodę dla tej krowy. Z bunkra przecięli go po brzuchu karabinem maszynowym. Czyli żartów nie było. Upadł i już z tą wodą nie wrócił. Nie ma go.
  • Mówił pan, że był kilka dni w Powstaniu. Proszę opowiedzieć o tych dniach.

Jak powiedziałem, miałem iść po broń. Mówię: „To w razie czego, to się jakoś [skontaktujemy]”. Nie wszystko było wiadome, jak to właściwie jest. Czy będzie się można poruszać, czy nie będzie się można poruszać, jak to opanowane. Przecież to wszystko była nowość, to Powstanie. Z drugiej strony nie mogłem wejść na teren. Później jeszcze sobie umyśliłem: „Do domu? Nie... Bo jak wcześniej Niemcy zajęli moje mieszkanie, a znaleźli tą broń, to jak przyjdę, nie ma już dyskusji”. Były pociski do karabinów kbk. W kuchni stał taboret, na taborecie wiadro z wodą. Na dole taboretu była półka, poniżej przybita jeszcze druga półeczka. Tam była wciśnięta amunicja. Na wierzchu leżała szmata, która miała służyć gospodyni niby do wytarcia podłogi czy czegoś. Tak że to nie budziło żadnych podejrzeń. Tak sobie myślałem. Ale nie mogłem wierzyć, bo nie wiedziałem. Jak przyszli – a jak poruszyli, jak znaleźli – to jak przyjdę, jestem u nich w rękach. Wyrok mam na miejscu. Nie poszedłem. Raz, że tamci już mi nie dali z mostu, a do mnie do domu od mostu było ze dwieście metrów. Mówię: „Nie, to raz zaryzykowałem z tym mlekiem, to już drugi raz nie będę ryzykował”.

  • Czy pan gdzieś walczył w czasie Powstania?

Nie. Broń miałem, zdobywaliśmy przed Powstaniem. Później… to już nie walczyłem. Znowu byłem schwytany jak wielu innych warszawiaków i popędzony na Zieleniak. W czasie Powstania masowo nas tam wypędzili. Teren na „Zieleniaku” nawet był ogrodzony murem z cegieł. Co pewien czas z „Zieleniaka” wypuszczali ludzi pod eskortą na Dworzec Zachodni. Od Dworca Zachodniego do siebie miałem w granicach czterystu metrów. Bardzo blisko. Jak wypuszczali tych ludzi, to mówię sobie: „Idę. Z tymi ludźmi wyjdę”. Tam na Zieleniaku działy się okropne rzeczy. Mordy, gwałty, kradzieże, wszystko się działo, historia o tym pisze. Potwierdzam, bo to przeżyłem.

  • Proszę opowiedzieć.

Chciałem pójść, a przy bramie stali „ukraińcy”. [Dodam jeszcze], że na górze na „Zieleniaku” był murowany dom. Tam był bodajże ich dowódca, nazywał się Kamiński. Potem Niemcy sami go zabili. Powołali go do pomocy, a on poszedł złota nakradł, narobił, wszystko udokumentowane,. Rozstrzelali go sami Niemcy, tego ukraińskiego Kamińskiego. Nie byłem przy tym, ale doczytałem. Byłem z tego bardzo zadowolony. Co za wojna, jak przyszedł kraść i w złoto obrosnąć, majątek robić na cudzym życiu. Żeby wydostać się z tej opresji, z „Zieleniaka” idę sobie. „Ukrainiec” wziął mnie [zawołał] i mówi: Idzi ty tu! Idzi! Ja młody chłopak, to każdy już wiedział, że powstaniec, jeden z bandytów. Kobiety, dzieci, stare, to [nie], ale ja lat dwadzieścia, to im pasuje. Myślę sobie, że jak on mnie [woła], to ja się postawiłem, a on mnie złapał i buch mnie w zęby. Od razu mnie zrobił z nosa pędzel, ja kto nazywam. Jestem oczywiście zakrwawiony. Mówi: Idzi pod ścianku! Jeszcze taki żargon, ale brzydki, nie będę powtarzał. Idzi ty! – mówi – job twoju mać. Pod ścianku! Idę, patrzę, a tam już jeden, drugi, czwarty i chłopaki stoją już pod ścienku. Ja jeszcze jeden dodatkowy. Stoi nas ponad dziesięciu, może dwunastu – nie naliczyłem. Byłem w gorszej sytuacji, bo pokrwawiony, znaczny. Naprzeciwko nas stał karabin maszynowy jeden i drugi. Chłopaki: „Ty, co oni z nami zrobią?”. – „Ty się mnie pytasz, co oni z nami zrobią? Ja nie wiem. A ty?”. Każdy [mówi]: „Nie wiem, zaraz zobaczysz. Będziesz widział, co zrobią”. Stoję, robi mi się byle jak. Trzymam się z tyłu za siatkę, żebym się nie przewrócił. Myślę sobie tak: Jak się przewrócę, to jak przyjdzie, jak mnie weźmie pod obcasy, to mnie zamorduje”. Trzymam się twardo siatki z tyłu. Stoję. Przyszedł oficer niemiecki, bo widzi, że na coś się zanosi. To my do niego. Ale i z „Ukraińcami” nie możemy się rozmówić, i z tym Niemcem nie bardzo się możemy rozmówić, bo przecież Polacy. W okupacji załapało się troszkę języka niemieckiego. Mówi się Herr (czyli pan), że my tu arbeit. Miałem jeszcze zaświadczenie, że w razie czego mogę chodzić. Moja firma miała szwalnie, Niemcy korzystali z niej, szyli mundury, narzucali firmie. Myśmy mieli przywilej, że wolno nam było się poruszać nawet po godzinach, jakby zaszła konieczność. Mieliśmy takie zaświadczenia. Teraz kombinuję. Myślę sobie: „No to Herr, wie pan… My tu arbeit dla deutche, deutsche arbeit. – dla Niemców robimy, bo mamy tu zaświadczenia, że wy tam korzystacie z naszej firmy”.
Jak możemy, tak się ratujemy, tak tłumaczymy. Tamte „ukraince” chodzą i mówią: O, job twoju mać. [niezrozumiałe] Jak powiedziałem, pijane i wrogo do nas nastawione. Niemiec się zdenerwował. Jak krzyknie: Raus! Alle raus! Jak on krzyknął Raus!, to my rozumiemy, co to znaczy raus i choda. Na „Zieleniaku” obecnych tysiące ludzi, my w te ludy, „ukraińce” za nami. Miałem gorzej, bo byłem pokrwawiony. Zdjąłem płaszcz, żeby nie robić poruty. Powiedzieliby, że może z Powstania pokrwawiony. Różnie mogli myśleć, że powstaniec, że ranny, że to, że owo. Zdjąłem płaszcz, przenicowałem go podszewką. Kobiety mówią: „Panie, niech pan się położy, bo oni chodzą, szukają pana. Niech pan się położy”. Położyłem się, a one zaraz a to perfumy, a to coś mieli i [zaczęły] mnie smarować. Mówię: „Przytomny jestem”. – „Ale obmyjemy pana chociaż. Obmyjemy”. Obmyli mnie.

  • Jak pan stamtąd uciekł?

Opowiem, jak to było dalej. Uciekliśmy spod tej ścianki. Teraz stanowimy znowu tłum. Myślę sobie znów: „Żeby on mnie nie poznał, bo mi nie podaruje. Ale trudno”. Patrzę, idzie kobieta z dzieckiem w wózku. To ja płaszcz na wózek i sugeruję, że mąż czy tata, czy coś. [Chwyciłem] za ten wózek i mówię: „Będzie mi łatwiej może z tym dzieciakiem, z tą kobitą wyjść za ten teren”. Chociaż znów nie wiedzieliśmy, gdzie my mamy wychodzić. Bo znów prowadzili nas pod eskortą, pod karabinami. Potem wiedziałem, gdzie. Wreszcie się z tą kobietą z wózkiem wydostałem. Odetchnąłem, że już nie jestem w ogrodzeniu. Ale gdzie idziemy dalej, nie wiemy. Oni nas popędzili na Dworzec Zachodni. Na dworcu Zachodnim wsadzili nas w wagony towarowe i powieźli nas do Pruszkowa. W Pruszkowie znowu byli Niemcy i robili selekcję. Rozdzielali kobity, rozrywali rodziny, bo były rodziny – wypędzona cała Warszawa. Rozdzielali – znów lament, rozpacz, bo dzieci, matki, kobiety. O jeju kochany. Młody człowiek jest jeszcze trochę odporniejszy na to wszystko, ale też mam rodzinę, żal mi wszystkiego, nie wiem, co z nimi jest, jak z nimi jest. Mętlik w głowie. W Pruszkowie jeszcze spędziłem noc. Wreszcie po selekcji wsadzili nas w wagony.
Znowu gdzieś nas wiozą, nie wiemy gdzie – czy do obozu, czy do Oświęcimia, nie wiemy. Wiozą wagony znów bez jedzenia, bo jeść nam nie dają, pić nam nie dają, nic nam nie [dają]. Wiozą nas znów nie wiadomo gdzie. Tak żeśmy sobie jechali, nieraz zatrzymali [pociąg], bo są sygnalizatory na kolei. Nieraz ludzie do nas próbowali podejść i nam cośkolwiek podać. Czy butelkę z wodą, czy pajdkę chleba, czy coś, bo już ludzie na tej trasie wiedzieli, że warszawiaków z Powstania wywozili do Niemiec. W ten sposób zostałem wywieziony do Niemiec.

  • Proszę opowiedzieć o losie w Niemczech i o powrocie do Warszawy.

Byłem w Niemczech, dostałem się do fabryki czołgów. Ponieważ już byłem trochę fachowiec, pracowałem tu, pracowałem tam, już parę lat pracy miałem za sobą, miałem szkołę zawodową, więc nie byłem taki surowy. Niemcy bardzo na to kładli uwagę, bo to było im na rękę. Popchnęli mnie i dostałem się do fabryki czołgów. Jeden obóz przejściowy, drugi, trzeci. Wreszcie fabryka czołgów. To była ogromna fabryka czołgów. Po jednej stronie szosy był i wytop stali w piecach martenowskich, walcowanie stali, obróbka stali i wreszcie w końcowej fazie wychodził czołg. Brandenburg an der Havel – tam była firma. Po drugiej stronie szosy były nasze baraki, gdzie myśmy mieszkali, my auslanderzy, jeńcy.
Oczywiście jak byłem w fabryce, często były naloty. Ale tylko naloty, przeloty. Ale potem przyszedł jeden dzień – Wielki Piątek, jak pamiętam – i Anglosasi zrobili nalot dywanowy. Lecieli bardzo wysoko, zrzucali bomby na oślep, dywanowo. Na szczęście wreszcie walnęli nam w tę fabrykę. My oczywiście choda do baraków. Fabrykę zlikwidowali jednym nalotem. Jak robili dywanowo, to nie było [zastanawiania się,] czy trafi, czy nie, bo jak nie trafił jedną, to dziesiątą trafił. Na nasz obóz też spadły przypadkowe bomby. Zabiło parę osób. Też już miałem [tam] być, ale coś mi mówiło: „Nie idź tu, idź tu!”. Na terenie baraków były schrony przeciwlotnicze, żeby można było wejść. „Nie idź tu, idź tam”. Buch! Wszystko pofrunęło. Krzyczą: „Ratunku! Ratunku! Dajcie wody. Ratujcie!” – i tak dalej. Jak nam zbombardowali fabrykę, to Niemcy nas znowu pchali na lotnisko, bo im też zbombardowali. Zbombardowane lotnisko to masowe doły. Oczywiście nas [zapędzili], żeby te doły [zasypać], poubijać, robić, żeby to lotnisko potem było czynne, żeby doprowadzić je do właściwego stanu. Później wreszcie po trosze, po trosze była inwazja wojsk rosyjskich. Słyszymy, że już idzie cała artyleria, już biją ruskie katiusze. Nasz obóz ewakuują. W czasie ewakuacji obozu uciekłem. Już miałem dosyć tych obozów, tego wszystkiego. Zebraliśmy się w cztery, pięć osób i uciekliśmy w czasie wymarszu. Już na swoją rękę to tu się zatrzymaliśmy, to tam się zatrzymaliśmy. W ten sposób dożyliśmy. Potem już przyszli ruskie, tak zwane wyzwolenie. Po tym wszystkim dwa tygodnie bez mała wracałem pieszo z Niemiec do domu. Później była stacja Repin. Tam już były transporty kolejowe, gdzie można było jechać do Polski. W ten sposób [jechałem] między wagonami, bo w wagonach już nie było miejsca – na buforach. Potem deski sobie wykombinowałem, położyłem na bufory. Na deskach miałem walizkę czy coś, położyłem i między wagonami wróciłem do Polski.
Oczywiście Warszawy nie mogłem poznać, porujnowane, spalili, zniszczyli po Powstaniu. Szczęśliwie jakoś się nam ułożyło, że w rodzinie w Powstaniu zginął nam tylko bart stryjeczny […]. Moja osobista rodzina ocalała. Brat [był] ranny. Teraz nie ma już nikogo, ja ocalałem, dożywam tych lat, jak już powiedziałem, sędziwych. Z Warszawy się wyprowadziłem, chociaż ją kocham, bo tam się urodziłem, wychowałem. Pobudowałem się w Legionowie, mam swój ogród, mam swój spokój, mieszkam sobie z żoną, mieszkam sobie z synem. W karierze małżeńskiej mamy jednego syna. Ale mamy już dwoje wnucząt i prawnuczka. Z tym nam dobrze i jesteśmy szczęśliwi. Teraz jak jadę do Warszawy, to tylko tyle, że muszę. Bywam zapraszany a to do starej firmy, a to do [Muzeum] Powstania. Zapraszają. Jadę sobie, ale z niezbyt dużym entuzjazmem, bo ta Warszawa zrobiła się taka… Jeżdżę samochodem. Tu nie ma skrętu w lewo, tu nie ma skrętu w prawo, tu jest jeden kierunek, tam nie ma gdzie zaparkować. Jadę, robię, co trzeba, i wracam z powrotem, żeby dalej odpoczywać sobie w spokoju. Taka w skrócie jest moja biografia.



Warszawa, 8 listopada 2008 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Herbich
Ryszard Modro Pseudonim: „Lew” Stopień: cywil Dzielnica: Ochota Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter