Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Stefan Bałuk „Kubuś”
Stefan Bałuk
pseudonim
„Kubuś”
stopień
porucznik

Nazywam się Stefan Bałuk, jestem obecnie (2008 rok) w stopniu generała brygady w stanie spoczynku. Urodziłem się 15 stycznia 1914 roku w Warszawie. Jeżeli chodzi o mój przydział w czasie Powstania, to będąc przedtem pracownikiem Wydziału Legalizacji – był to wydział, który zajmował się fałszowaniem dokumentów, ausweisów, kennkart i wszystkich tego rodzaju załączników, które każdy z obywateli Generalnego Gubernatorstwa musiał mieć przy sobie – w zasadzie nie miałem być zmobilizowany do rzutu bojowego. Ponieważ Staś Jankowski, kierownik Wydziału Legalizacji Armii Krajowej, był w bardzo dobrych, sympatycznych stosunkach z naszym głównym przełożonym, pułkownikiem Iranek-Osmeckim, wobec tego wyprosiliśmy, że jako rzut techniczny Komendy Głównej – bo taki mieliśmy przydział, dokładnie Oddział II Komendy Głównej Armii Krajowej – zostaliśmy wcieleni jako niezależny pluton, pseudonim „Agaton” (tak zresztą brzmiał kryptonim naszej komórki Wydziału Legalizacji), do batalionu „Pięść” dowodzonego przez majora Kotowskiego, pseudonim „Okoń”. Nasza zbiórka miała miejsce dokładnie na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ulicy Żytniej. Tam o godzinie piątej, godzinie „W”, zebrał się cały batalion „Pięść” i tam rozpocząłem moją karierę fotograficzną.Ponieważ jest może nie od rzeczy powiedzieć, że ja na wojnę w 1939 roku wybrałem się z aparatem fotograficznym, z którym nie rozstawałem się przez cały okres wojny. Pewnego rodzaju ukoronowaniem mojej pracy fotograficznej, jeśli chodzi o historyczne zdjęcia, był album, który ukazał się po wojnie w Polsce pod tytułem „Polacy na frontach II Wojny Światowej”. Zawiera on dwa i pół tysiąca zdjęć, między innymi bardzo cenne, zrobione przeze mnie własnoręcznie zdjęcia z Powstania.Moje życie poprzedzające wybuch II Wojny Światowej było normalnym życiem młodego człowieka, który studiował. Moje zainteresowania były tego rodzaju, że studiowałem na dwóch fakultetach, a mianowicie wrzesień 1939 roku zaskoczył mnie w stadium kończenia Szkoły Nauk Politycznych Wydziału Finansowo-Ekonomicznego – zrobiłem absolutorium – natomiast przerwał moje studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego przy przejściu z trzeciego na czwarty rok. To spowodowało, że nie byłem zmobilizowany na wojnę 1939 roku w poprzedzających miesiącach, tak jak zresztą szereg moich przyjaciół i kolegów, ponieważ szykowałem się do egzaminu we wrześniu i uzyskałem dzięki temu odroczenie. Wybuch wojny w zasadzie zaskoczył mnie o tyle, że moja kariera wojskowa rozpoczęła się w sposób ochotniczy, ponieważ 6 września po apelu pułkownika Umiastowskiego, że wszyscy zdolni do noszenia broni mają się udać w kierunku na wschód, dokładnie w kierunku Lublina, w Lublinie zostałem przyjęty jako ochotnik do IX Batalionu Broni Pancernej, który notabene był właściwie dopiero w stadium organizacji. Tenże batalion został, można powiedzieć, rozbombardowany na drogach Polski, bo też się przemieszczał bardziej – zresztą zgodnie z rozkazami – na wschód Polski, gdzie rzekomo miało nastąpić połączenie naszych sił zbrojnych i jak gdyby przeciwstawienie się nawale hitlerowskiej – do czego, jak wiadomo, nie doszło.W czasie Powstania używałem pseudonimu „Kubuś”, zgodnie z rozkazami, natomiast mój pseudonim zasadniczy jako cichociemnego, który skakał w kraju, był „Starba”. On się wziął stąd, że Stefan Bałuk – pierwsze litery „st”, następne „ba”; w środku, żeby nie było za miałko, wsadziłem „r”. Stąd się urodził mój pseudonim „Starba”, który w zasadzie nic nie znaczył.Powstanie Warszawskie, które rozpocząłem na Woli, przebiegało w sposób o tyle utrudniony, że, jak wiadomo, były bardzo duże trudności w dowodzeniu całą Warszawą, to znaczy wszystkimi środkami oporu, ponieważ już w pierwszych dniach poszczególne dzielnice wyodrębniły się i właściwie prowadziły walkę bezpośrednio i samotrzeć. Taka jest historia Starego Miasta, taka sama jest historia Mokotowa i Czerniakowa, podobna Żoliborza. Ale nastąpiła pewnego rodzaju bardzo duża trudność, jeżeli chodzi o środki łączności. Dla przykładu muszę opowiedzieć o sprawie, która zadecydowała o dalszych moich losach, a mianowicie to, że kwarce, które były po stronie Starego Miasta w sztabie i kwarce, które były po stronie Żoliborza u „Żywiciela”, nie były zgrane ze sobą, tak że łączność ze Starego Miasta szła do sztabu w Londynie, z Londynu była przekazywana do Żoliborza i vice versa – tak samo one były brane z powrotem, czyli Żoliborz porozumiewał się z Londynem, Londyn porozumiewał się ze Starym Miastem. To utrudniało bardzo dowodzenie pułkownikowi „Wachnowskiemu”, dowódcy Starego Miasta, ponieważ przede wszystkim chodziło o nawiązanie bezpośredniej łączności z Kampinosem, gdzie następowały alianckie zrzuty broni, amunicji, a poza tym było to zaplecze dużej ilości partyzantów liczących, tak jak ja oceniam, ponad tysiąc powstańców…

  • Tak zwana Rzeczpospolita Kampinosu?

Tak zwana Rzeczpospolita Kampinoska. Notabene przez Powstanie nie dowodzona przez swojego właściwego dowódcę, to znaczy myślę tutaj o Szymonie Krzyczkowskim, ponieważ pułkownik Szymon Krzyczkowski pierwszego dnia w ataku na lotnisko bielańskie został ciężko ranny, po czym był w szpitalu w Laskach, pod opieką tamtejszych sióstr. Właściwe dowodzenie przekazał również mojemu koledze, cichociemnemu Adolfowi Pilchowi, pseudonim „Dolina”, który dowodził de facto siłami w Kampinosie.Tego rodzaju utrudnienie spowodowało, że pułkownik „Wachnowski” wysyłał kolejno patrole, których zadaniem było przejść – przekraść się – przez pozycje niemieckie, które były dokładnie na odcinku pomiędzy Cytadelą a Dworcem Gdańskim tudzież włącznie z tą estakadą, pod którą przyjeżdżały pociągi. Trzy patrole, które wyszły ze Starego Miasta, zginęły i ślad po nich absolutnie zaginął. Wiadomo, że musiały wpaść w ręce Niemców – dlatego, ponieważ już potem nigdy o ich losach żeśmy się nie dowiedzieli. Była również podejmowana próba przedarcia się kanałami, ale te kanały wtedy, można określić, były za mało drożne, to znaczy nie przygotowane do możliwości forsowania. Tym bardziej, że pomiędzy Żoliborzem a Starym Miastem przebiegała linia burzowca, która ma ujście tuż na początku Bielan, i tamtędy waliła woda – to znaczy woda pełna ekskrementów, brudów, rozmaitych ścieków z całego miasta – która uniemożliwiała przedarcie się na drugą stronę. Pozostawała droga lądowa. Patrol z plutonu „Agaton” w składzie: porucznik Stanisław Jankowski pseudonim „Agaton”, podporucznik „Starba” – pseudonim „Kubuś” w Powstaniu – Stefan Bałuk, podporucznik Jan Wojtowicz pseudonim „Wojtek” i Kazimierz Piechotka pseudonim „Jacek”, podchorąży, zgłosili się do pułkownika „Wachnowskiego” jako ochotnicy do przejścia przez pozycje niemieckie na Żoliborz. Celem naszym było przede wszystkim przeniesienie odpowiednich meldunków typu ustnego, to znaczy słownie mieliśmy zakomunikować pewne rozkazy dotyczące dalszych losów powstańców w Kampinosie i na Żoliborzu. A przede wszystkim mieliśmy przenieść kwarce, które umożliwiłyby bezpośrednią łączność radiową pomiędzy Starym Miastem a Żoliborzem i dalej Kampinosem.Z trzynastego na czternasty, nocą, z takiego ostatniego budynku koloru żółtego, bardzo znanego na Żoliborzu, tuż przy rozpoczynającym się Parku Traugutta, myśmy o jedenastej wieczorem przygotowywali się do przejścia. Zresztą w sposób absolutnie naiwny, ponieważ jakąś makatę, którą tam żeśmy znaleźli, pocięliśmy na kawałki i zrobiliśmy z tego onuce, licząc się z tym, że one wyciszą nasze przekradanie. Było to bardzo nieprzemyślane pociągnięcie, bo te onuce nam już potem tylko przeszkadzały. Natomiast my od samego początku w momencie, kiedy znaleźliśmy się już na terenie Parku Traugutta, a potem klubu piłkarskiego o nazwie Warszawianka, zaczęliśmy się czołgać. I ta zabawa w Indian trwała przez cały czas naszego czołgania się przez tereny, które dzieliły się w pewnym miejscu przez tereny Dworca Gdańskiego. Wszystko to szło nam początkowo dobrze. Mogę tylko jeszcze jedną rzecz przypomnieć – jedną z bardzo przykrych rzeczy, która nam wtedy bardzo dokuczała, były komary. Może to się wydać z perspektywy czasu śmieszne, że ludzie, którzy są zagrożeni pewnego rodzaju i wysiłkiem fizycznym, i utratą życia, tak dużo przywiązywali wagi do chmary komarów. To była duża przykrość, bo komary cięły nas niemiłosiernie, ale spełniały pewną pożyteczną rolę, mianowicie odwracały uwagę od niebezpieczeństwa. Ten drobny insekt, który był szalenie natarczywy i kąśliwy, w zasadzie przez swoją działalność odwracał naszą uwagę od rzeczywiście prawdziwego niebezpieczeństwa, jakie nam groziło. Pierwszą przeszkodą, którą żeśmy napotkali, był bunkier; jak wiadomo, cała Warszawa była bunkrowana przez Niemców. (Ja zresztą wykonałem prawie wszystkie zdjęcia bunkrów w Warszawie z rozkazu pułkownika Osmeckiego, ponieważ Warszawa była przez Niemców szykowana jako „Warschau Festung”, to znaczy Warszawa-Forteca, która się miała przed nawałą Armii Czerwonej bronić.) Pierwszy bunkier czerniał w tej poświacie księżycowej – ale nie wiedzieliśmy, czy on jest broniony, czy ktoś tam się znajduje. Na rozkaz Stasia Jankowskiego „Wojtek”, to znaczy porucznik Wojtowicz, i „Jacek” – Kazik Piechotka – podczołgali się pod sam bunkier i w ostatniej chwili, trzymając gotowe granaty, stwierdzili, że bunkier jest pusty. Następna nasza przeszkoda: dalej się czołgając, doczołgaliśmy się do budynku szkolnego, na nasze nieszczęście ogrodzonego drutem kolczastym z każdej strony. Ale idąc – właściwie czołgając się – wzdłuż tego parkanu, doczołgaliśmy się do furtki, która nie była zamknięta. To nawet nie chodziło o przeszkodę w postaci przejścia przez druty, bo to byłoby w zakresie naszych możliwości – mogliśmy je jakoś przeciąć. Chodziło o nierobienie hałasu. To był najważniejszy warunek, co zresztą miało natychmiast pewne komplikacje w momencie, kiedyśmy ominęli, czołgając się, ten budynek szkolny i doczołgali się do parowu, na dole którego biegną linie kolejowe Dworca Gdańskiego. Tu nastąpiła duża przeszkoda, która właściwie skomplikowała całą wyprawę. Mianowicie, kiedyśmy się doczołgali do pierwszych szyn, opuszczając się już w dół tym parowem, gdzie na dole leżą szlaki komunikacyjne, okazało się, że jakaś pęknięta rura, która doprowadzała wodę do tego terenu, zalała całą połać, przez którą my musieliśmy przejść. Naturalnie o czołganiu się w wodzie, która miała około dobrych trzydziestu centymetrów wysokości, nie było mowy – trzeba było to sforsować szybko i biegiem. I tak się zaczęło. Pierwszy chlupot obudził czujność Niemców, których najbliższy posterunek był na wiadukcie Dworca Gdańskiego, i poszły pierwsze strzały. Strzały notabene świetlne, ażeby zobaczyć, co tam się dzieje, czym spowodowany jest ten chlupot. W momencie, kiedy oni zobaczyli – tak jak my się domniemamy – te cztery postacie, które zaczęły się przez te zalane obszary skradać, już poszły normalne serie. Mam wrażenie, czego naturalnie sprawdzić w tej chwili jest mi trudno, że tam nastąpiłby koniec naszego patrolu. Zdarzyła się sprawa po prostu jak deus ex machina, a mianowicie nad Warszawę nadleciał jeden z alianckich samolotów. Rozpoczęło się teatrum. To teatrum dla nas było szczęśliwe; dla tych lotników, którzy przylecieli, niestety tragiczne. Ponieważ natychmiast z dołu poszły wszystkie reflektory, które zaczęły łapać wiązkę świetlną w tenże samolot. Jak się potem okazało, to była załoga kanadyjska. Skończyło się na tym, że oni zostali strąceni; spadli zresztą na ulicę Miodową, tuż przy rogu Długiej i placu przy kościele garnizonowym. Zdjęcie tegoż rozbitego samolotu obiegło cały świat.W świetle teatrum odciągnęło uwagę Niemców od nas. Naturalnie myśmy nie czekali na dalsze rozwiązanie sytuacji, tylko jakimiś jelenimi skokami żeśmy sforsowali ten zalany obszar i znaleźliśmy się po drugiej stronie fosy, gdzieśmy się podpięli. A tam się już zaczynała Niemandsland – ziemia niczyja. Ponieważ od wejścia do Cytadeli – tej uliczki, która biegnie do głównego wejścia Cytadeli – już były tereny, które były zakończone dopiero pierwszą barykadą, już po stronie wyraźnie Żoliborza, gdzie byli powstańcy.W momencie, kiedyśmy się zjawili przed barykadą, było kompletne zaskoczenie dla powstańców, którzy tej barykady bronili. Nie chcieli dać wiary, że jesteśmy, że żeśmy przyszli ze Starego Miasta. Kazali nam trzymać ręce do góry. Potem, jak już pozwolili nam przejść za osłony barykady, to stwierdzili, że każdy z nas w prawym ręku trzymał pistolet, a w lewym ręku granat – tak że to podniesienie rąk nic by im specjalnie nie pomogło. W końcu uwierzyli nam, że myśmy przyszli ze Starego Miasta. Po czym już łącznikowy oficer, który był tam dyżurnym, doprowadził nas do „Żywiciela”, któremu żeśmy przekazali po pierwsze kwarce i to umożliwiło bezpośrednią łączność ze Starym Miastem, co zostało natychmiast pokwitowane i Stare Miasto zostało zawiadomione o tym. Natomiast myśmy mieli jedną krótką przerwę do końca nocy na Żoliborzu, po czym pułkownik „Żywiciel” przydzielił nam łączniczkę, która znała doskonale te wszystkie przyczółki, ogródki, które wieńcem otaczały te tereny i wyprowadzili nas w stronę Kampinosu, gdzieśmy dotarli do porucznika „Doliny”, który zastępował Szymona Krzyczkowskiego, który był ranny, jak już początkowo mówiłem.Oddział, który liczył ponad czterystu pięćdziesięciu ludzi, rozpoczął marsz z Kampinosu w kierunku Starego Miasta – właściwie najpierw w kierunku Żoliborza – i napotkał na następną przeszkodę, która znowuż może się wydawać historycznie rzecz biorąc bardzo dziwna: myśmy przeszli środkiem dywizji węgierskiej. Otóż Staś Jankowski, który mówił bardzo dobrze po niemiecku… Kiedyśmy doszli do pierwszych ognisk, oni zalegali całym obozem tuż na skraju Kampinosu, czyli byli usytuowani w kierunku na Żoliborz, na Stare Miasto. Potem napotkaliśmy naturalnie pierwszy patrol, który był czujką. Prosiliśmy o doprowadzenie do oficera dyżurnego, z którym rozpoczęły się rozmowy. Później doprowadzono nas również bodajże do szefa sztabu dywizji, z którym krótka rozmowa doprowadziła do tego, że oni się zgodzili, udając, że nas nie widzą. Myśmy dosłownie środkiem, drogą, która biegła poprzez ich obóz, przeszli całym oddziałem, jak duchy, na drugą stronę obrzeża Kampinosu. Dalsza droga była o tyle dosyć prosta, że od strony południowej dotarliśmy do pierwszych murów cmentarza na Powązkach i znaleźliśmy się już po stronie powstańczej, na Żoliborzu.Epitafium tejże działalności, jeżeli tak to można określić – bo to najbardziej odpowiada temu, co się stało później – były dwa ataki na Dworzec Gdański, 21 sierpnia i 22 w nocy, które załamały się w absolutnie krwawej hekatombie, która dotyczyła… Według tych obliczeń, które w tej chwili są dostępne, na przedpolu Dworca Gdańskiego od strony ulicy Felińskiego i Zajączka, aż do pierwszych bunkrów ukraińskich, które broniły szlak komunikacyjny Dworca Gdańskiego, zginęło ponad trzystu powstańców. Ogień, który Niemcy tam położyli, był, po pierwsze, pośredni, artyleryjski ze strony Cytadeli; bezpośredni z bunkrów Dworca Gdańskiego, w których byli Ukraińcy; bezpośredni z pociągu pancernego, który przesuwał się po szynach Dworca Gdańskiego. A żeby jeszcze było za mało, to ze stojącego po prawej stronie dużego gmachu Instytutu Chemicznego były pozycje broni maszynowej, ciężkich karabinów maszynowych. Ostrzał na tym pięćsetmetrowym odcinku, który biegł od ulicy Zajączka do pierwszych szlaków komunikacyjnych, do pierwszych szyn dworca, był absolutnie pokryty z każdej strony ogniem pośrednim. Straty były straszliwe, były olbrzymie. Ci powstańcy, którzy brali udział w ataku na Dworzec Gdański, to byli przeważnie młodzi chłopcy, którzy w zasadzie nie mieli żadnego pojęcia, jeżeli chodzi o taktykę bojową piechoty w polu. Krótko mówiąc – jeden leci, drugi go asekuruje i strzela. Oni tuż przy wyjściu, przy poderwaniu się ze strony ulicy Zajączka, zaczęli krzyczeć „Hurra!!!”, czym dali od razu znać Niemcom, swoim nieprzyjaciołom, którzy na nich czekali. Notabene tak zwany moment zaskoczenia został absolutnie zniwelowany właśnie przez ten niby bojowy okrzyk „Hurra!!!” w czasie ataku na nieprzyjaciela. Było to co najmniej o czterysta metrów za wcześnie. Trzeba było się jak najciszej podczołgać do pierwszych pozycji niemieckich i tam, korzystając z zaskoczenia, ewentualnie sforsować tę przegrodę, którą Niemcy dzielili teren Starego Miasta od Żoliborza, a która przebiegała dokładnie przez linię kolejową Dworca Zachodniego. Skończyło się, tak jak powiedziałem, krwawą hekatombą. Na pamiątkę tej akcji stoi przy Dworcu Gdańskim rzeźba smutnej dziewoi, która jest jak gdyby upamiętnieniem tych, którzy tam walczyli i zginęli.

  • Mówi się często, że Powstanie trwałoby nawet dłużej albo miałoby większe szanse powodzenia, gdyby nie ostrzał z samolotów i pomocy, nalotów ze strony sowieckiej. Czy to prawda?

Mam wrażenie, że wszyscy ci, którzy brali udział w Powstaniu Warszawskim, absolutnie są tego zdania, że ta pomoc radziecka, na którą myśmy czekali, mogła być nawet w pewien symboliczny sposób załatwiona przez generalissimusa Stalina, gdyby tylko zechciał to zrobić. Było absolutne wykazanie złej woli i celowe powstrzymanie ofensywy, która była tuż pod przedpolem Warszawy. Bo przecież decyzja, którą przywiózł pułkownik „Monter”, która wpłynęła później na powzięcie decyzji przez Bora-Komorowskiego i delegata rządu Jankowskiego, ażeby rozpocząć Powstanie, była spowodowana kilkoma – dokładnie dwoma – patrolami motocyklowymi, które się przedarły na Pragę od strony Armii Czerwonej. One dały asumpt temu, że generał „Monter” powziął przekonanie, że najbliższe oddziały sowieckie są tuż, na Pradze. Co nie było prawdą, ponieważ to był niezależny rajd dwóch motocyklistów z koszami Armii Czerwonej – te rzeczy były już potem dokładnie zdefiniowane, zauważone i udokumentowane. One odegrały jak gdyby decydującą rolę w stosunku do powzięcia decyzji. Natomiast nawet częściowa pomoc, która później była ze strony Armii Czerwonej w postaci zrzutów z kukuruźników, płatowców – bez spadochronów, przez normalne zasobniki i kontenery, które były właściwie niczym niechronione… To były normalne paczki, tak że ta „swinnaja tuszonka”, bo tak się nazywały te konserwy wieprzowe, tudzież lekarstwa czy wszystkie inne rzeczy – robiła się z tego po zrzucie miazga. Myśmy to zbierali z kawałków, dlatego że przy zrzucie z czterystu czy pięciuset metrów – taka paczka stanowiła potem tylko rozbite, zniszczone opakowanie plus zawartość, która była w środku. To też było w odpowiedni sposób wyreżyserowane. Natomiast lotnictwo sowieckie, gdyby się zdecydowało odgonić te nieliczne samoloty Luftwaffe, które działały na terenie Warszawy w bezkarny sposób, bombardując blok za blokiem, kamienicę za kamienicą… Najlepszy dowód, że była taka sytuacja, która personalnie mnie w tragiczny sposób dotknęła. Mój ojciec był jednym z kierowników takiej placówki łączności przy ulicy Żurawiej 7 i kiedy te bombardowania Warszawy szły etapami i przeszły już przez blok ulicy Żurawiej, gdzie ta kamienica się została – myślałem, że mam już na tyle spokój, że już te rejony, w których się obracał mój ojciec, są już po atakach, czyli że one przeszły swoją kolejkę. Co się stało? Otóż w pewnym momencie nadleciał samolot niemiecki, który miał podwieszone trzy bomby pod sobą, i pojawił się kukuruźnik. Samolot, który był dość trudny w manewrowaniu, bo był obciążony, po prostu bojąc się ataku ze strony tego kukuruźnika, wyrzucił te wszystkie trzy bomby, które padły na początek ulicy Żurawiej. Zrobiła się przy tym wybuchu kompletna… Wszystko poszło w pył, w proch. Dlaczego o tym mówię? Dlatego że nawet taki kukuruźnik, którego się właściwie taki samolot nie powinien bać – inna rzecz, że on był obciążony bombami i nie miał możliwości normalnego manewru – ale spowodował to, że on zaczął uciekać przed kukuruźnikiem. Czyli gdyby jakiekolwiek ze strony lotnictwa sowieckiego były działania, one mogły znakomicie wpłynąć. Następną sprawą w sposób okrutny podejścia do losów Powstania była odmowa dla lądowania samolotów amerykańskich i alianckich, które chciały przelatując nad Warszawą zaaprowizować nas w broń, amunicję, lekarstwa, radiostacje, ale musiały po tych prawie dwóch tysiącach kilometrów w powietrzu lądować, bo kończyła im się benzyna. Tu powiem przykład, którego byłem sam świadkiem. Otóż leciałem jako cichociemny z baz w Brindisi – jest to miasto na południu Włoch. Lecieliśmy nad Jugosławią, Węgrami, Czechosłowacją, dolatując do Polski. To był odcinek długości prawie dwóch tysięcy kilometrów; summa summarum, droga, którą musiał pokonać samolot, który przywoził cichociemnych, a również i aprowizację wojskową i militarną do Polski, wynosił ponad trzy tysiące kilometrów w powietrzu, co powodowało, że te samoloty były właściwie bezbronne. One miały wymontowaną broń i amunicję – która jest, jak wiadomo, ciężka – na korzyść baku z benzyną. I to też przy różnego rodzaju utrudnieniach takich jak mgła. Czasami, zmuszeni do lotów na bardzo niewysokim poziomie nad ziemią, ażeby uniknąć nadmiaru jednostek niemieckich, zalatywali na ostatnich kroplach benzyny do lotniska, z którego wylatywali, to znaczy do Brindisi. Historycy Powstania Warszawskiego nie mają żadnych złudzeń, jaka była rola Armii Czerwonej pod rozkazami Stalina, jeśli chodzi o Powstanie. Dają temu dowód rozmowy Mikołajczyka w Moskwie, które były zupełnie bezowocne, które były traktowane przez Stalina w sposób nikczemny.

  • Wspomniał pan o pociągu pancernym, który posuwał się między Żoliborzem a Starym Miastem i robił straszne spustoszenia. Był jeszcze ostrzał ze strony statków pływających po Wiśle, też bardzo ostry, w stronę Żoliborza i Starego Miasta.

Jest mi to wiadomym, że coś takiego było, natomiast ja wówczas, będąc już w Śródmieściu, miałem znikomy kontakt i nie chciałbym się tutaj na ten temat dzielić jakimikolwiek wiadomościami, ponieważ nie jestem do tego przygotowany i nie mógłbym czegoś konkretnego na ten temat powiedzieć.

  • Co się z panem stało po upadku Powstania?

Koniec Powstania zastał mnie już po ostatniej wędrówce kanałami, ponieważ po dwóch atakach na Dworzec Gdański [wracałem] z Żoliborza już tym razem udrożnionym kanałem, którego głównym osiągnięciem było to, że została podwiązana lina, która biegła w poprzek burzowca, tak że powstańcy z Żoliborza, posiłkując się tą liną, mogli przedostawać się na drugą stronę burzowca i już dalej czołgać się w stronę centrum Warszawy. Tę linę podwiązał jeden z członków naszego patrolu, porucznik Jan Wojtowicz pseudonim „Wojtek”, który kilkakrotnie, obwiązany liną, był rzucany przez nas na wzburzone ataki tej wody, tych ekskrementów, ażeby się przedostać na drugą stronę, złapać się za cokolwiek, co by spowodowało, że można było tę linę uwiązać. Tak się stało i od tego momentu komunikacja pomiędzy Żoliborzem a Starym Miastem została nawiązana. Dlaczego o tym mówię? Dlatego że generał „Grzegorz”, szef sztabu, pułkownik Pełczyński, generał Pełczyński później, wrócił kanałami na Stare Miasto, a następnie na Śródmieście; ja od majora „Okonia” zostałem zabrany i pełniłem obowiązki oficera ordynansowego do zleceń generała Pełczyńskiego. Te moje obowiązki o tyle nabrzmiały później, że generał Pełczyński został ciężko ranny w gmachu przy ulicy Świętokrzyskiej, bo wpadająca bomba wpadła akuratnie w szyb windy i doszła aż do samego dołu, tam gdzie mieścił się sztab, Komenda Główna Armii Krajowej, i drzazga drewniana z windy wbiła się w policzek generała, co zresztą było widoczne w czasie, kiedy opuszczał Warszawę, bo miał całą głowę obandażowaną. Trzeba było tę ranę dezynfekować; ja dość często chodziłem na Poznańską 12, gdzie był podręczny punkt ambulatoryjny Armii Krajowej, i przynosiłem generałowi różne bandaże, waty, które służyły do opatrywania. W tym momencie Szymon Krzywicki – który był adiutantem kilku dowódców Armii Krajowej, bo był przedtem adiutantem pułkownika Grota-Roweckiego, następnie Bora-Komorowskiego – został oddelegowany do innych zadań, które już po upadku Powstania kontynuował w Polsce jeszcze pod okupacją niemiecką. Natomiast adiutantem generała Bora-Komorowskiego został porucznik Stanisław Jankowski pseudonim „Agaton”. Ja po nim objąłem dowództwo tej Kompanii – właściwie ilościowo to było coś pomiędzy plutonem a kompanią, to nie była w pełni sił kompania – Ochrony Sztabu Głównego, to znaczy ochrony między innymi generała Bora-Komorowskiego.Tak się złożyło, że 3 października w trakcie wyjścia ja poprzedzałem tę kolumnę, na czele której szedł Bór-Komorowski w otoczeniu oficerów sztabu, między innymi Pełczyńskiego, Mazurkiewicza, Hermana. Doszliśmy do terenów dawnego dziedzińca przy ulicy Nowowiejskiej, na którym w czasie pokoju był Pomnik Sapera, później w czasie okupacji rozebrany przez Niemców. Na tymże dziedzińcu zdawaliśmy broń i na tym dziedzińcu moja kompania oddała ostatnie honory pułkownikowi Iranek-Osmeckiemu i generałowi Bór-Komorowskiemu. Ponieważ generał von dem Bach przysłał samochód na teren tegoż właśnie dziedzińca, po oddaniu honorów – naturalnie już bez broni, bo broń żeśmy już zdali – obydwaj oficerowie wraz z adiutantem Stanisławem Jankowskim wsiedli do samochodów i pojechali dalej, przejęci potem przez sztab von denm Bacha. I dalsza wędrówka przez obozy, przez oflagi, aż do uwolnienia. Obóz, w którym został uwolniony Bór-Komorowski razem z plejadą wszystkich wyższych oficerów, odbili Amerykanie. On się już znajdował blisko zachodnich granic Niemiec, bliżej Francji.

  • A pan kiedy wrócił do Polski?

Wróciłem do Polski bardzo szybko, bardzo wcześnie. W zasadzie byłem w obozie, to znaczy moja droga po zdaniu obowiązków była pieszo do Ożarowa do Fabryki Kabli, gdzie była gromadzona cała siła powstańcza i nie tylko, bo również i cywilna. Stamtąd wagony ciężarowe zabierały i rozwoziły ludność miasta do różnych obozów. Również i do obozów koncentracyjnych, w zależności od tego, kogo Niemcy wyłapywali według swoich znanych sobie tylko list. Stamtąd po trzech dniach zostałem przewieziony do oflagu 2D, czyli oflagu oficerskiego, jak sama nazwa wskazuje, koło Nowego Szczecinka w Prusach Północnych, w Prusach Zachodnich.27 i 28 stycznia 1945 roku Niemcy poderwali cały obóz i pognali go marszem pieszych w stronę Hamburga, około tysiąca kilometrów. Dużo zresztą oficerów – gefangenów tak zwanych, czyli jeńców wojennych – straciło życie po drodze, ponieważ padli z wyczerpania, z wycieńczenia. Przyznam się szczerze, że mnie takie piesze wędrówki specjalnie nie satysfakcjonują, zwłaszcza że miałem za sobą przedtem trzy zielone granice: polsko-węgierską, węgiersko-rumuńską, rumuńsko-turecką. Czyli ja już tych wszystkich pieszych wędrówek miałem dosyć. Myśmy z Szymonem Krzywickim, byłym adiutantem, i jeszcze z jednym Jugosłowianinem się schronili w takie okopowizny, gdzie były buraki przechowywane na zimę. To były usypane kopce; tam żeśmy sobie w dziupli przeczekali, aż ten obóz się wysunie z tych wszystkich baraków, i poszliśmy w drugą stronę, to znaczy w kierunku dokładnie na wschód, czyli do Polski. Była to zima tak zwanych kopnych śniegów; śniegi leżały na półtora metra. Były zaspy śnieżne takie, że te dwa wojska, które naturalnie nie miały bezpośredniej łączności na każdym kilometrze, można było przejść. I myśmy tego dokonali. Dwukrotnie żeśmy byli zatrzymywani przez Volkssturm, który nakazywał nam zmianę kierunku. „Żeście się pomylili” – bo myśmy byli w tych mundurach gefangenowskich… Żeśmy szli te pół kilometra tam, gdzie nam kazano, potem żeśmy zawracali i znowu żeśmy szli. I tak żeśmy doszli mniej więcej na połowę drogi do Bydgoszczy; to jest ten właśnie odcinek na północy Polski, gdzie napotkaliśmy na samochód sowiecki, który z takimi dużymi beczkami blaszanymi jechał po uzupełnienie ropy, benzyny. Oni nas zabrali. I wyjątkowo ani nie zdjęli nam butów, co robili dokładnie, ani nie zabrali nam zegarków, co też było zawsze ich udziałem – trafiliśmy na bardziej przyzwoitych sołdatów. Mało tego – jeszcze nas napoili gorzałką, którą mieli w dosyć dużych ilościach, kiedyśmy mieli kolejny przystanek na jakiejś wioszczynie. Ale dlaczego o tym mówię? Dlatego że w czasie tej kolacji suto zakrapianej zdarzył się pewien incydent, który później miał być tak zwanym wiatykiem na dalszą drogę. Mianowicie, kiedy już dobrze zaszumiało w głowie, w pewnym momencie jeden starszy sierżant sowiecki wstał zza tego stołu i zaczął półprzytomnym wzrokiem się rozglądać. W pewnym momencie zobaczył tę grupę naszą, naszą trójkę, która swoim umundurowaniem i wyglądem odbijała od innych żołnierzy, którzy byli przy stole, i zapytał się: „Eto kto? Szto z wami?” – A tam ktoś mu powiedział: „Eto Poliaki.” – „Poliaki, tak my was wsiech wyrżniem.” Szymon mnie trąca i mówi: „Już wiesz, jak będzie.” Ja mówię: „Już wiem, jak będzie.”

  • Czy zetknął się pan, będąc tak blisko Sztabu Generalnego, z działalnością Radia Błyskawica?

O tyle, że wiedziałem, że takowa radiostacja istnieje, ale nie miałem bezpośredniego kontaktu. Wiedziałem, że w niej działa jeden z naszych kolegów, cichociemny, świętej pamięci Jan Nowak-Jeziorański, który był jednym z redaktorów. A jest jednym również z trzystu szesnastu, który należy do tej elitarnej grupy cichociemnych, którzy znaleźli się w Polsce dla wspomożenia instruktażowego i dowódczego naszej podziemnej Armii Krajowej. Oficjalnie nasz tytuł brzmi: Spadochroniarze Armii Krajowej – Cichociemni.

  • Jak wyglądało życie codzienne w Śródmieściu? Jak ludność cywilna odnosiła się do działań powstańczych?

Od samego początku zetknęliśmy się z niezwykle serdecznym stosunkiem ludności cywilnej do naszych działań. Objawiało się to naturalnie w pomocy przy budowaniu barykad, przy udostępnianiu bardzo skąpych środków żywności, bo, jak wiadomo, Warszawa była bardzo słabo przygotowana do przeżycia. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo przeżycie miało służyć na trzy – cztery dni, a musiało służyć na sześćdziesiąt trzy. Dlatego też dzielenie się tymi skąpymi ilościami strawy, jak to się mówi po staropolsku, świadczyło o życzliwym i serdecznym stosunku cywilnej ludności Warszawy. Natomiast wiadomą jest rzeczą, że niewygody, niewyspanie, obawy ostrzału artyleryjskiego bombowego… Przecież Niemcy uruchomili najcięższe działo, które ostrzeliwało Warszawę, tak zwane działo TOR, które się posuwało na linii kolejowej i miało pociski te, które potem Warszawiacy nazywali „krową” albo „szafą”, które przy szybowaniu wydawały taki bardzo charakterystyczny dźwięk, nawet w pewien sposób ostrzegały o kierunku lotu, jakiemu były poddane.Wracając do nastrojów – początkowo był wybuch olbrzymiego entuzjazmu, bo trzeba wziąć pod uwagę, że ludność Warszawy, która przez pięć lat znosiła wszystkie zniewagi, morderstwa, terroryzm, okrucieństwa, jakie tylko były ich udziałem, czekała na moment, kiedy można się było tym wrogom śmiertelnym dorwać do gardła i nareszcie zacząć stanowić o sobie. Dlatego też ten okres pierwszych dni euforii jest na pewno niezaprzeczalny.W miarę upływu czasu w zależności od ludzi, którzy… Jedni o przedziałce inteligencji rozumieli, że pewne działania są pochodnymi innych działań. To znaczy, że jeżeli się walczy, to trzeba znosić cały szereg różnych takich czy innych niedogodności, być narażonym na utratę życia, co już takiego entuzjazmu specjalnego wzbudzać nie musiało. Były to odczucia typowo ludzkie. One właściwie z jednej strony malały, jeżeli chodzi o euforię, a z drugiej strony wzrastały, jeżeli chodzi o objawy zmęczenia czy zniechęcenia, czy nawet już pewnego rodzaju odmawiania racji słuszności tego, co się działo. Zrozumiałe, choćby ze względu na porównanie, powiedzmy, dwóch cyfr: trzy dni – sześćdziesiąt trzy dni. To nie jest rzecz bagatelna, nad którą można by przejść bez komentarza. Dlatego też idąc, wędrując z meldunkami w czasie akcji przez różne piwnice zatłoczone tą ludnością, która szukała schronienia – zresztą te schrony były absolutnie prymitywne i właściwie nie spełniały żadnych znaczeń, dlatego że taki pocisk artyleryjski przebijał się do samej piwnicy i robił swoje… Jest rzeczą normalną, że należy uznać, że ci ludzie byli już tak tymi warunkami życia przez ten miesiąc zmęczeni, że o entuzjazmie, to już nie rozmawiajmy. Rozmawiajmy o tym, że jednak pomimo wszystko nie było jakichś najbardziej jaskrawych przejawów niechęci czy też wrogości ze strony ludności cywilnej. Wprost przeciwnie – w momencie, kiedy się rozległy wiadomości, że się rozpoczęły rozmowy kapitulacyjne, to w Śródmieściu ludzie – zarówno mieszkańcy cywilni, mieszkańcy Warszawy, jak i powstańcy – zaczęli się temu przeciwstawiać. Proszę pamiętać, że ośrodkiem, który się nie poddawał, ostatnią dzielnicą Warszawy, było Śródmieście. Śródmieścia Niemcy nie zdobyli. Zajęli wszystkie inne dzielnice – nawet niektóre na rozkaz dowódcy, tak jak „Żywiciel” nie chciał się poddać, jeżeli chodzi o Żoliborz, a zrobił to na wyraźny rozkaz generała Bora-Komorowskiego, ponieważ uznał sztab, że zupełne jest bezsensowna dalsza utrata ludzi i mieszkańców przy beznadziejnej sytuacji Żoliborza. Jeżeli chodzi o Śródmieście, to Śródmieście chciało walczyć dalej! Taka jest prawda! I to dotyczy nie tylko powstańców, ale również ludności cywilnej.

  • Czy uważa pan, że Powstanie Warszawskie spowodowało to, że Stalin mimo swojej zaborczej, ohydnej polityki podstępu nie doprowadził do tego, że Polska stała się kolejną republiką ZSRR, tylko formalnie niepodległym państwem?

Dla mnie jest sprawą niezaprzeczalną, że Powstanie Warszawskie było pierwszym słupem milowym, który zagradzał polityce sowieckiej. Natomiast, jeżeli chodzi o rację bytu Powstania, bo to się wiąże ściśle z tym pytaniem, które dostałem – w moim pojęciu jako jednego z normalnych, szarych, przeciętnych powstańców Powstania Warszawskiego – największej bitwy warszawskiej akcji „Burza”, bo tak to należy nazwać – nie można traktować odpowiedzi jednym zdaniem czy jednym argumentem. Ile razy mnie się pytają na temat słuszności, racji bytu i efektów dotyczących Powstania, zawsze odpowiadam: są to trzy różne, niezależne od siebie sprawy. Pierwsza sprawa to jest sprawa dotycząca militariów; druga sprawa to jest sprawa dotycząca racji stanu; trzecia sprawa to są sprawy czysto już emocjonalne.Wracając do pierwszego, z punktu widzenia militarnego Powstanie Warszawskie było szaleństwem. Bo przy tej ilości broni, wyposażenia, możliwości, nieposiadania broni ciężkiej, nieposiadania żadnego zaplecza uzupełniającego – myślę tu o broni i amunicji, i również o środkach leczących – było właściwie od samego początku skazane na niepowodzenie, bo czego innego oficer sztabowy na podstawie tych danych wojskowych, które były do jego dyspozycji, mógł się spodziewać?! Mógł się spodziewać tylko klęski i wielkiej przegranej.Jeżeli przechodzimy do sprawy drugiej, do racji stanu – jest rzeczą absolutnie niezaprzeczalną, że Polacy mieli prawo decydować o swoim kraju na swoim własnym terenie. Ta manifestacja porwania się za broń, za oręż, ażeby właśnie dać temu dowód, że my chcemy się własnymi rządzić prawami, we własnym kraju, jest niezaprzeczalna!Istnieje trzecia sprawa, sprawa emocji. Należy pamiętać o jednej rzeczy – człowiek jest tylko człowiekiem, który reaguje na dobro, na zło, i wiąże się jego życie z całym szeregiem przejawów różnych emocji. Jeżeli przez pięć lat mieszkańcy Warszawy byli ciemiężeni w okrutny sposób, jeżeli Generalne Gubernatorstwo, a właściwie Warszawa głównie również na czele… Jak powiedział Frank: „Gdyby nie było Warszawy, nie mielibyśmy kłopotu z ujarzmieniem Polaków”. Ta Warszawa czekała, kiedy będzie nareszcie ten moment, kiedy będzie mogła z bronią w ręku dać dowód swojego istnienia. Jest to rzecz bardzo ważna, którą absolutnie trzeba przy wszystkich inicjacjach na temat Powstania podkreślać i również to powinno znajdować się w zakresie tych argumentów, które my, powstańcy, cały czas mówimy. Powstanie musiało wybuchnąć! I dobrze, że wybuchło! Pomijając wszystkie straszliwe nasze straty, całą naszą narodową hekatombę, zniszczenie miasta prawie kompletne, ale my zostaliśmy na własnej ziemi i to w pewien sposób dało wyraz nie tylko naszym czerwonym sołdatom, którzy przyszli nas ujarzmiać, co było przez następne czterdzieści osiem lat, ale również i całemu światu.Mało tego, przez obecną sytuację, która w tej chwili zaistniała, przez wielką rolę, którą podjął prezydent Kaczyński – ośmielam się mówić z nazwiska – który podjął trud uruchomienia całej bardzo skomplikowanej sprawy Muzeum Powstania Warszawskiego… [Efektem] jest to, że świat się dowiaduje nareszcie raz ze wszystkimi detalami, dokładnościami, jakie było Powstanie Warszawskie, że było Powstanie Warszawskie, w odróżnieniu od – nie umniejszając roli – powstania w getcie, że ta rzecz nareszcie znajdzie swój właściwy historyczny przyczynek do naszych losów narodu.

  • Dziękuję bardzo.


Warszawa, 22 maja 2005 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Gardecka

Zobacz także


sanitariuszka

Jadwiga Bielesz „Waligóra”

Jadwiga Bielesz, z domu Grudzielska, pseudonim „Waligóra”, urodzona w Warszawie. Do jakiego oddziału...

więcej
starszy strzelec

Kazimierz Czasza „Baca”

Nazywam się Kazimierz Czasza, urodziłem się 24 marca 1929 roku w Warszawie, pseudonim „Baca”; starszy...

więcej
sanitariuszka

Zofia Czekalska „Sosenka”

Proszę się przedstawić. Czekalska Zofia, urodzona 6 lipca 1923 w Tomaszowie Mazowieckim, z domu Sosnowska....

więcej
strzelec

Zbigniew Ślarzyński „King”

Nazywam się Zbigniew Ślarzyński, urodziłem się 19 grudnia 1924 roku w Warszawie, pseudonim „King”, w...

więcej