Teresa Kuczyńska

Archiwum Historii Mówionej

Teresa Kuczyńska. Rok urodzenia 1929.

  • Czy od urodzenia mieszkała pani w Warszawie?

Nie. Urodziłam się w Kaliszu i mieszkałam do 15 lutego 1940 roku, [kiedy to] Niemcy nas wysiedlili do Generalnej Guberni, całą rodzinę. Zostawiliśmy dom i wywieziono nas do Krakowa, do Fortów. W Krakowie puszczono nas wolno. Moja rodzina postanowiła wyjechać do Warszawy, bo mieliśmy [tam] jakąś rodzinę. Wyjechaliśmy do Warszawy, postaraliśmy się wynająć mieszkanie. Osiedliśmy na stałe w Warszawie.

  • Wybuch wojny zastał panią w Kaliszu?

Tak, w Kaliszu. Całą rodzinę. Mieszkaliśmy tam [od pokoleń].

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny?

Trudno powiedzieć, bo byłam dzieckiem dziewięcioletnim. Wielki strach, ciągłe dyskusje: czy wybuchnie, czy nie wybuchnie. Potem, jak już [zaczęła się] wojna, […] tłumy ludzi przechodziły koło naszego domu, starały się ewakuować poza Kalisz, bo była jakaś plotka, że w mieście będzie niebezpiecznie, więc tłumy ludzi przewalały się przez naszą ulicę, która nazywała się Częstochowska. Przed naszym domem była pompa starodawna, z dawnych czasów, bo już woda bieżąca była. Tłumy się ustawiały, kolejka do wody. […] Tyle pamiętam z [początku] wojny. Potem szybko powrót do Kalisza, jak wojna już była przegrana.

  • Czym zajmowała się pani rodzina?

Mój ojciec miał przedsiębiorstwo budowlane. Budowlanka wykończeniowa, ozdobne parkiety, stiuki, sufity ozdobne – dla eleganckich domów.

  • A pani mama?

Mama była przy rodzinie. Nas było czworo, więc mama miała co robić i jak to dawniej bywało na ogół, po prostu zajmowała się domem.

  • Czy pani pamięta, gdzie chodziła do szkoły?

Tak, pamiętam. Do szkoły sióstr felicjanek nieopodal naszego domu. Do wojny miałam skończone tylko dwa oddziały.

  • Jaki wpływ na pani wychowanie miała szkoła?

Trudno mi powiedzieć, bo ja tylko dwa lata byłam w szkole, to raczej dom miał na mnie wpływ, nie szkoła. […]

  • Co może pani powiedzieć o wychowaniu w pani domu?

To był dom katolicki, mama była pobożną osobą. Ojciec może mniej, ale byli katolikami praktykującymi. Związani z pobliskim kościołem, zabytkowym kościołem świętego Gotharda.

  • Proszę opowiedzieć o swoim rodzeństwie.

Byłam najmłodsza. Miałam siostrę [Hanię] o rok starszą, siostrę [Basię] o cztery lata starszą i brata [Józefa Macieja] o dwa lata starszego ode mnie.

  • Czym zajmował się pani ojciec w czasie okupacji? Czy cały czas prowadził swoją działalność?

Na początku starał się, [choć] w mniejszym zakresie. W Kaliszu, [przed wojną] miał duże przedsiębiorstwo, zatrudniał sporo ludzi. Potem w Warszawie w trzy osoby prowadzili małe przedsiębiorstwo usługowe, też jakieś parkiety. Ale to szybko się skończyło, dlatego że wtedy kiedy był zamach [polskiego podziemia] na „Café Club”, kawiarnia została zniszczona, a zwłaszcza tamte posadzki i różne wykończenia drewniane. To była kawiarnia [tylko] dla Niemców. Oni zadzwonili do ojca, bo się ogłaszał w codziennej gazecie (drobne ogłoszenia, że prowadzi taką firmę) [z propozycją], żeby zajął się remontem […]. Ponieważ ojciec nie chciał tego robić, więc powiedział, że właśnie skończył tę pracę, że zlikwidował firmę. To go zmusiło do tego, że rzeczywiście musiał skończyć, zamknąć firmę i zająć się czym innym. Zajął się wożeniem żywności ze wsi do miasta (nie pamiętam, jak się to nazywało) – taki handel.

  • Czy pani kontynuowała naukę w Warszawie?

Tak. Kontynuowałam najpierw w szkole powszechnej sióstr miłosierdzia na Grochowie przy ulicy Grochowskiej. To była duża szkoła prowadzona przez siostry, jedną z sióstr kierowniczych była kuzynka mojej matki. Tam chodziłam do szkoły i chodziły [też] dwie moje siostry, póki nie skończyły szkoły powszechnej i nie poszły do gimnazjum.

  • Czy siostry albo pani uczestniczyły w tajnych kompletach?

[Na tajnych kompletach cała nasza czwórka się uczył]. Nie [brałam udziału w konspiracji]. Czy siostry, to nie wiem. Były starsze ode mnie, to się pewnie nie zwierzały, ale brat tak. Brat, który jest ode mnie o dwa lata starszy, był w „Szarych Szeregach”, potem był w AK, uczestniczył w Powstaniu, potem był w obozach popowstaniowych jako jeniec wojenny.

  • Czy pani rodzina wiedziała o tym, że brat działa w konspiracji?

Tak, wiedziała. Siłą rzeczy akceptowała, chociaż mama umierała ze strachu [o niego].

  • Czy poza bratem ktoś jeszcze z pani rodziny był w konspiracji?

[Nie wiem]. Moja rodzina w Warszawie była dość samotna, bo całą rodzinę zostawiliśmy w [Kaliszu], w Warthegau, skąd nas [Niemcy] wysiedlili.

  • Gdzie mieszkała pani w Warszawie w czasie okupacji?

Najpierw, jak przyjechaliśmy do Warszawy z Krakowa i jeszcze [byliśmy] bez mieszkania, dopiero to organizowaliśmy, mieszkałam na Grochowie, potem na Saskiej Kępie i wreszcie w ostatnich dwóch latach na Grójeckiej 27 mieszkania 13. Pod nami mieszkał pisarz [Antoni] Ossendowski, który chyba wiedział, co się dzieje na górze, nad nim, bo ci chłopcy, [koledzy brata z konspiracji] przychodzili, tupali, były ćwiczenia musztry i tak dalej. Tylko zwracał uwagę, żeby nie za głośno, ale nic się nie stało.

  • Pamięta pani te spotkania w domu?

Tak, trochę pamiętam, ale to było w innych pokojach. Chłopcy się zbierali, mieli swoje sprawy, a ja byłam młodsza. To była duża różnica, dwa lata w tym wieku to dużo.

  • Jak pani zapamiętała ostatnie miesiące poprzedzające wybuch Powstania Warszawskiego? Czy wtedy w Warszawie działo się coś szczególnego?

Jako dziewczynka specjalnie tego nie odczuwałam, ale w domu były… trudno powiedzieć sprzeczki, ale napomnienia mamy, żeby brat uważał, [wracał do domu przed godziną policyjną], żeby tylu chłopców nie przychodziło, bo robi się zamieszanie i mogą sąsiedzi źle to znieść. Takie były upomnienia ze strony matki oczywiście. To zrozumiałe.

  • Czy w pani domu czytana była prasa podziemna?

Tak, to tak.

  • Czy pamięta pani jakieś tytuły?

„Biuletyn Informacyjny” – [każdy numer był w domu czytany], na ile ja mogę pamiętać. Czytałam, ale niezbyt dużo, bo to też mnie nie interesowało aż tak. Miałam te jedenaście, [dwanaście] lat.

  • Czy w pani domu słuchano radia?

Nie. Absolutnie nie, dlatego że aparatów radiowych w ogóle nie było. Przecież trzeba było je zdać [Niemcom] i [za posiadanie] groziła duża kara – kara śmierci albo Oświęcim. Tak więc nie, nie słuchano. Ale mniej więcej się orientowano, co się dzieje w świecie właśnie z literatury podziemnej. Rodzice to czytali. Oczywiście ojciec był światłym człowiekiem, czytał, zajmował się tym.

  • Jak zapamiętała pani wybuch Powstania?

Wróciłam do domu z trudem, dlatego że byłam z koleżankami [na Pradze] i potem nie mogłam [już tramwajem] wrócić. Musiałam piechotą iść z Pragi przez most Kierbedzia. W końcu dowlokłam się do domu ledwo żywa i w jakąś godzinę potem już wybuchło Powstanie. Już brata nie było, już od rana był na posterunku.

  • Wiedziała pani o tym, że Powstanie wybuchnie?

Nie wiem już. Że w ogóle kiedyś wybuchnie, że jest przygotowywane, że jest taka atmosfera, że to w powietrzu wisi, to tak. Ale kiedy i co, to już nie. Jeszcze byłam na to za młoda.

  • Jak wyglądały pierwsze godziny Powstania w Warszawie?

Jak w Warszawie, to trudno mi powiedzieć. Mogę tylko powiedzieć, jak wyglądały w moim domu. Dlatego że [nasza część] Ochoty była od pierwszego dnia [do końca Powstania] właściwie opanowana przez Niemców. Nie było dnia, żeby tam panowało AK czy Powstańcy. To, co pierwsze widziałam, to rannego Powstańca, którego zabrano z ulicy sprzed domu i wciągnięto na klatkę schodową. On tam leżał i jacyś lekarze z bloków sąsiedzkich przyszli i zajmowali się nim. Parę dni tak leżał, potem go przeniesiono do bloków sąsiadujących na Niemcewicza, gdzie [zorganizowano] szpital powstańczy. Co się potem z nim stało, [nie wiem. My mieszkańcy] cały czas byliśmy w piwnicy, mieszkaliśmy w piwnicy, bo był [taki ostrzał z dział] i detonacje takie, że dom się trząsł, tak że wszyscy żyli [w piwnicy].
  • Dużo osób przebywało w piwnicy?

Wszyscy mieszkańcy, a to jest dom czteropiętrowy na rogu Niemcewicza i Grójeckiej. Ładny dom. Wszyscy byliśmy w piwnicy. Wszyscy ci, którzy nie wyjechali, bo to był okres urlopów, tak że część była poza miastem na wakacjach, część dzieci, część rodziców. [Nie było Ossendowskiego, rodziny Suzinów (Janek Suzin, przyszły dziennikarz telewizyjny, był moim kolegą)].

  • Jakie warunki panowały w piwnicy?

W piwnicy było ciężko. Nie mieliśmy jedzenia, byliśmy głodni. Byliśmy w ogóle w ostatnim czasie bardzo biedni, było nam ciężko i nawet głodnawo. Tak że w piwnicy tośmy jedli suchary, jakieś zupy robione ze smalcu ze skwarkami – coś takiego. Tak do 8 sierpnia.

  • Czy w tym czasie kontaktowali się państwo z pani bratem?

Nie, nie było żadnego kontaktu. W ogóle ten dom i ta część ulicy była zupełnie izolowana. Była na przykład taka sytuacja, że […] postrzelono jakiegoś chłopca, który przebiegał ulicą, żeby dostać się z jednej strony na drugą i nie można było wyjść, żeby tego chłopaka ściągnąć, dopiero w nocy [przyniesiono] go do naszego domu, bo obok, [od początku okupacji] były posterunki niemieckie, ostoja wojskowa. Tam był ogromny dom akademicki (naówczas, bo dzisiaj on już nie [wydaje się] taki ogromny) na placu Narutowicza i [tam] byli Niemcy. Stamtąd szły patrole, które pilnowały i cała ulica Grójecka była pod obstrzałem. Tak że myśmy byli zamknięci cały czas, w ogóle bez żadnego kontaktu z resztą miasta.

  • W jakim oddziale walczył pani brat?

[W Zgrupowaniu „Chrobry”, oddział „Sosna”, na Starym Mieście, pod koniec Powstania jego oddział przedostał się kanałami na ulicę Nowy Świat. Po kapitulacji został osadzony w Stalagu Lamsdorf, później w Walfsbergu, Markt Pongau i w Schwarzach nad jeziorem Bodeńskim].

  • Czy może pani podać jego imię?

Pseudonim „Andrzej”, a na imię ma Józef [Maciej] Kuczyński i jest w Związku Powstańców.

  • Co się później z panią działo? Mówiła pani, że w piwnicy przebywali państwo do 9 sierpnia.

8 sierpnia [do naszego domu] wkroczyli Niemcy. Trudno powiedzieć, [że] Niemcy, bo to były oddziały nie wiem, czy Kamińskiego, czy Dirlewangera. Taka tłuszcza wkroczyła i kazano nam się szybko zebrać, zabrać, co możemy unieść i wynieść się. Uformowano nas w pochód na ulicy Grójeckiej przed domem i poprowadzono na Zieleniak.

  • Wtedy była pani wraz z rodzicami i siostrami?

Tak. Poprowadzono nas na Zieleniak. Szliśmy ulicą bardzo już zniszczoną, wypaloną.

  • Jak wyglądały domy stojące przy ulicy?

Prawdę mówiąc, to specjalnie pewnie żeśmy się nie rozglądali tak do tyłu, [bo niemieccy oficerowie pognali nas]. Na placu Narutowicza leżały tramwaje przewrócone, jakieś zwłoki [wciąż leżące] po kilku dniach, bo w pierwszych dniach były największe walki w tej okolicy. Kościół [Świętego Jakuba] był rozwalony w dużej części.

  • Jak zapamiętała pani pierwszych żołnierzy niemieckich, których pani zobaczyła?

Pierwsi żołnierze [niemieccy], którzy weszli, to byli tacy bojowi, z bronią robiącą wrażenie, w hełmach i tacy butni. Ale za nimi wtłoczyła się pijana tłuszcza tych żołnierzy Kamińskiego [z brygady RONA]. Myśmy to potem zapamiętali i jak już byliśmy w Oświęcimiu, to żeśmy pamiętali ciągle, że to [byli] Kałmucy. […] W każdym razie obchodzono się z nami bardzo brutalnie, o co winię nie tyle tę tłuszczę, co oficerów niemieckich, którzy tym wszystkim kierowali. Prowadzono nas tym pochodem […] na Zieleniak. Przy ulicy Grójeckiej 41 i 43 są ładne przedwojenne kamienice z ozdobnymi bramami i w tych właśnie bramach stali żołnierze, ci „kałmucy” i wyciągali z pochodu dziewczyny. Zatrzymano nas i dochodziły do nas odgłosy, strzały, [przeraźliwe] krzyki, płacze kobiet. Jeden z tych żołnierzy wyciągnął naszą siostrę, tę najstarszą. Ojciec ujął się za nią, nie chciał jej puścić. Ale oni ją ciągnęli. Wtedy ojciec się zwrócił do oficera niemieckiego, który [konwojował] tę kolumnę, żeby powstrzymał tych dzikich żołnierzy. On oczywiście machnął ręką i nic nie zrobił. Wówczas ojciec powiedział do żołnierzy, żeby [zostawili córkę], bo: „Moja córka jest chora na gruźlicę”. To podziałało. Oni się przestraszyli i puścili ją. Tak doszliśmy do Zieleniaka.
Zieleniak to jest miejsce, gdzie dzisiaj jest bazar „Banacha”: [to] był duży obszar ziemi ogrodzony ceglanym murem, wybrukowany kocimi łbami, tam zjeżdżali chłopi ze wsi [podwarszawskich] z warzywami i mlekiem w bańkach, z produktami wiejskimi – to był jakby hurtowy handel dla Warszawy. Przyjeżdżali skoro świt drobni handlarze z Warszawy, z miasta i kupowali do swoich sklepów. Na Zieleniaku był już tłum ludzi takich jak my, pościąganych z Ochoty. Był tłok. Królowali właśnie ci żołnierze, ta tłuszcza [Kamińskiego]. Tak dotrwaliśmy do nocy. W nocy zaczęły się rzeczywiście bardzo trudne historie. Ci żołnierze wyciągali z tłumu (który już [rozkładał się] na ziemi i próbował spać) kobiety. Rozpoczęły się walki z tymi żołnierzami, strzały, jacyś zamordowani ludzie tam byli, [zbierano] ich na boki [pod mur]. Była to bardzo trudna noc. Naszą najstarszą siostrę rodzice położyli [na kocu na ziemi] i jakbyśmy, obydwie siostry udziały] na niej, żeby jej nie było widać. Tak przetrwaliśmy tę noc. Skoro świt poprowadzono nas na Dworzec Zachodni. Na Dworcu Zachodnim szybko podstawiono wagony elektrycznej kolejki podmiejskiej i zawieziono nas do Pruszkowa. W Pruszkowie, jak wiadomo, był obóz przejściowy, umieszczono nas w halach remontów kolejowych i tam spędziliśmy noc.

  • Jakie warunki tam panowały?

Leżeliśmy, siedzieliśmy. To była hala remontowa, więc była betonowa podłoga, jakieś szyny żelazne, po których te parowozy przetaczano przy remontach. Spędziliśmy noc na betonie, niepewni, co będzie dalej, [już nie było żołnierzy RONA, tylko niemieccy].

  • Czy mieli państwo jakieś jedzenie?

Coś nam chyba dali, chleb rozdawali […]. Siostry PCK tam przybyły, które niosły w chustach pokrojony chleb i rozdawały. Potem jakąś kawę, coś gorącego dostaliśmy.

  • Czy to był pierwszy posiłek od opuszczenia piwnicy?

Tak, bo w nocy na Zieleniaku niczego nie dostaliśmy, nic, [ani jedzenia ani picia].

  • Ile czasu spędziła pani w obozie w Pruszkowie?

W Pruszkowie właśnie bardzo krótko byliśmy, bo już następnego dnia podstawiono wagony. Już się zrobił [tam] taki tłok, że trzeba było to rozluźnić. Pewnie dlatego tak szybko podstawiono [dla nas te] wagony towarowe. [Żołnierze niemieccy] wpakowali nas i wywieziono. Nie wiedzieliśmy, oczywiście [dokąd].

  • Czy była pani cały czas z rodziną?

Tak, cały czas byliśmy razem. Wiele osób stamtąd próbowało uciec i im się udało. Ale to na ogół byli [to] ludzie samotni, nieobciążeni tak jak mój ojciec [i matka] czworgiem dzieci. Był więc skazany na to, że ani matka, ani ojciec nie mogą uciec, bo są dzieci. Troje dzieci, bo jedno było w Powstaniu.

  • W jakich warunkach państwa wieziono?

W wagonie towarowym, zamkniętym. Nie wiedzieliśmy dokąd. Cały czas nikt nam nie chciał powiedzieć, nie mógł powiedzieć. Gdzieś po drodze po paru godzinach nas wysadzono, żebyśmy [mogli] załatwić potrzeby naturalne, gdzieś w polu, gdzieś na łące. To była jedyna przerwa. Potem w Częstochowie [pociąg się zatrzymał]. […] W Częstochowie na peronie były siostry RGO. To nie było PCK, tylko RGO. Tam nam dano gorącą kawę […] zbożową. To była ta [druga] przerwa i potem jechaliśmy dalej, ciągle nie wiedząc [dokąd]. Podejrzewam, że rodzice już się domyślali, ale mnie nie mówiono przecież wszystkiego. Na pewno [wiele] ukrywano przede mną. […] Zwłaszcza że Oświęcim w naszej rodzinie już miał symbol złowieszczy, bo brat ojca już w 1940 roku zginął właśnie w Oświęcimiu. Brat [Marian Kuczyński], który został w Kaliszu, skąd nas wcześniej wysiedlono. Mieszkał w Kaliszu i jego zabrano do Oświęcimia i bardzo szybko [tam] zginął. […]
[Był już wieczór jak] przyjechaliśmy do Oświęcimia na dworzec. Jak już zobaczyliśmy napis „Auschwitz”, to już była tragedia, to już było wiadomo i już opadły wszelkie nadzieje wśród tego tłumu, z którym jechaliśmy. To już był wieczór. Przywitały nas reflektory (które nam świeciły w oczy, oświetlały pociąg), ujadanie psów, krzyki Niemców: Los! Los! Los! Schneller! Schneller! Ciągle te wrzaski. Byliśmy w ogóle [ogłuszeni], oniemiali. [Esesmani zaczęli wypędzać] nas z pociągu i od razu [rykiem z megafonu] kazano mężczyznom ustawiać się oddzielnie. Już wtedy pożegnaliśmy się z ojcem. Ostatni raz wtedy widziałam ojca. Kiedy [nas] rozdzielono, kiedy uformowano pochód z kobiet i dzieci, to pognano nas szpalerem między drutami już do obozu. Był ustawiony szpaler z kobiet funkcyjnych chyba, bo miały [w rękach] tak zwane lagi, czyli mocne kije, twarde, którymi popędzały, żeby szybciej, szybciej biec tym szpalerem między drutami. Jak tylko przyjechaliśmy na ten peron, było pierwsze przemówienie niemieckie do nas [i usłyszeliśmy]: Banditen aus Warschau. Potem […] jak szłyśmy popędzane przez te funkcyjne, to ciągle [słyszałyśmy]: Banditen aus Warschau, schnell! Schnell! Schnell! W ten sposób, to było to przywitanie.
Z daleka już było widać kłęby dymu z krematoriów, zapach specyficzny. Tak z trudem [doszłyśmy] do jakiegoś baraku, gdzie nas umieszczono – tymczasowo. Wpakowano nas (grupkami, bo porozdzielano ten tłum, który przyjechał) do baraku, gdzie były stosy ubrań, jakichś śmierdzących, brudnych, starych ubrań – góry całe. Tam nas zostawiono, myśmy przespały noc na tych ciuchach brudnych, zawszonych. Potem nad ranem nas stamtąd [wyprowadzono] i przeszliśmy do budynków solidniejszych, murowanych, gdzie były [stoły], przy których stali więźniowie w pasiakach, którzy nas ostrzygli – ogolili głowy i wszystko inne. Musiałyśmy się rozebrać. Jeszcze przedtem musiałyśmy zdać wszystkie rzeczy. Wkładano to do worów i gdzieś usuwano. [Oddałyśmy] wszystkie rzeczy, oczywiście biżuteria, jaką mieliśmy. [My, dziewczynki, miałyśmy] tylko medaliki złote, tośmy to wszystko oddały. Matka po cichu zachowała obrączkę. Nie wiem, czy tylko swoją, czy także ojca. W każdym razie zachowała ją do pewnego czasu. Ogolono nas [wszędzie] i gołe przeszłyśmy do sauny, czyli do pryszniców. Była piwnica betonowa, gdzie były prysznice. My nie wiedziałyśmy, czy to są prysznice, które nam zaserwują gaz, czy wodę. Byłyśmy wszystkie, cała grupa kilkuset kobiet, była w strachu i żeśmy się trzęsły. Co się stanie? Co popłynie z tych pryszniców? W pewnym momencie, kiedy popłynęła woda, to [odetchnęłyśmy głośno], rozległ się okrzyk ulgi, że to woda popłynęła. Patrzyłyśmy na siebie. To było dla nas przeżycie, dlatego że nigdy dotąd nie widziało się matki nagiej ani [siostry] nie widywałyśmy nagiej, a tu nagle patrzyłyśmy wszystkie na siebie. [Do tego bez włosów]. To było bardzo krępujące i przykre. Potem pognano nas do jakichś składów. Dostałyśmy straszliwe szmaty, letnie sukienki. Powyciągane, brudne, chociaż w jakiś sposób gazowane, [zdezynfekowane] żeby wszy zabić, bo wszędzie były wszy. Jeszcze śpiąc tam noc wcześniej na szmatach, też już przyjęłyśmy wszy. Zaprowadzono nas do jakiegoś bloku. To był blok murowany – jakieś [były] wojskowe stajnie. Tam nas już po prostu zainstalowano na pryczach. To były prycze trzypiętrowe, dwuosobowe i zajęłyśmy jedną dwuosobową w cztery, żeby być razem. To była tak zwana kwarantanna, […] która miała trwać parę tygodni. Rzeczywiście nic nie robiłyśmy, tylko co rano pobudka, chyba o piątej rano. Trzeba było wstać, dostawałyśmy kawę i kawałek chleba, i trzeba było opuścić blok. Nie wolno było w bloku [pozostawać], trzeba było na zewnątrz [wyjść], na podwórze. Na podwórzu było bardzo gorąco. To były gorące dni, połowa sierpnia – bardzo gorące dni. Klimat już trochę górski, bo to Oświęcim, to już blisko gór, tak że w nocy było bardzo zimno, a w dzień bardzo gorąco. Tak cały dzień musiałyśmy siedzieć na klepisku przed blokiem.
Tam w ogóle w Oświęcimiu nie było żadnej roślinności. Dzisiaj są tam jakieś trawniki, drzewa. Wówczas to było jedno klepisko, nie było w ogóle drzew, nie było trawy. Na tym klepisku siedziałyśmy przez [całe dnie]. Najbardziej przykre były apele, bo trwały po kilka godzin. Zazwyczaj stało się w tym upale albo w tym zimnie (zależnie od pogody) godzinami, [tyle] trwał każdy apel. Tak to trwało parę tygodni, aż któregoś dnia zemdlałam na apelu. Pamiętam jak przez mgłę, że matka mnie całowała, siostry też, bo [powiedziano], że muszę iść na rewir. Od razu przyszły tak zwane pomagierki z noszami i załadowały mnie na [te] nosze. Wiadomo było, że jak idzie się na rewir, to już jest śmierć. Tak że mama już mnie żegnała, bo przypuszczała, że już może mnie nie zobaczyć. Zaniesiono mnie na rewir. Na rewirze (czyli lazaret, szpital obozowy) okazało się, że mam szkarlatynę. To jest zakaźna choroba. Wówczas [często] śmiertelna tak jak tyfus. No ale się wykaraskałam. Byłam tam kilka tygodni. W międzyczasie, jak byłam na rewirze, to matkę i siostry wywieziono [z Oświęcimia]. Zaczęła się ewakuacja, stopniowa ewakuacja Oświęcimia. Wywieziono je do Bergen-Belsen. Nie wiedziałam o tym, nie wiedziałam [do końca wojny], gdzie one są. Tylko wiedziałam, że już ich nie ma w Oświęcimiu, bo przez… różne inne [więźniarki] z Warszawy jakoś się dowiadywałam, co się z nimi dzieje. Okazało się, że już ich nie ma w Oświęcimiu, ale nie wiadomo, gdzie są.

  • Czy miała pani informacje o swoim ojcu?

Nie, w ogóle nie miałam informacji, co się dzieje z ojcem. Wówczas nie wiedziałam i właściwie do końca wojny nie wiedziałam. Nie wiedziałam, co z […] ojcem, co z matką i z siostrami.

  • Do kiedy była pani w Oświęcimiu?

W Oświęcimiu byłam do [jego wyzwolenia]. To znaczy potem, jak już wyzdrowiałam (co trwało parę tygodni), to jeszcze przeszłam selekcję z doktorem Mengele. Mylą się historycy, którzy mówią, że ostatnia selekcja była przeprowadzona w listopadzie na grupie sześciuset Żydów. To jest nieprawda, bo jeszcze przeszłam przez selekcję i to był początek listopada. [Chodziło o rozrzedzenie rewiru].
  • Na czym polegała selekcja?

Zebrano nas, kobiety i dziewczyny, które były na tym bloku. Przyszedł Mengele, była obecna blokowa tego bloku. Przyszedł z jakąś sekretarką, która spisywała po prostu [nasze numery]. On mówił: „Na lewo. Na prawo” – i ona spisywała numery, bo myśmy mieli wszyscy numery. Spisywała numery; która na lewo, która na prawo, […] ale co to znaczy, to nie wiedziałyśmy. Jeszcze przedtem [jedna z] pomocnic blokowej, przyniosła nam [plastry] buraka, żebyśmy sobie posmarowały policzki, żebyśmy wyglądały raźniej. Tak żeśmy starały się wyglądać raźniej. Jakoś byłam skierowana na stronę, która miała dalej żyć. Te [z nas], które wyselekcjonowano do życia, zaprowadzono na obóz cygański – [Zigeunerlager], na bloki cygańskie. Cygańskie były te, z których [wcześniej] wyprowadzono do krematoriów Cyganki. Właśnie na tym bloku cygańskim byłam do ostatniego dnia ewakuacji Oświęcimia. To był 18 stycznia, kiedy w ostatnim pochodzie wyprowadzono nas z Oświęcimia w drogę.

  • Dokąd się pani udała?

Poprowadzono nas… Zbierano nas w szeregi dość długo. Formowanie tego pochodu dość długo trwało. Wreszcie, jak już uformowano, jak już mieliśmy ruszyć, to już prawie była szarówka. Ale ruszyliśmy [z esesmanami po bokach]. Poprowadzono nas w drogę i opuściliśmy Oświęcim. Szliśmy i szliśmy przez wsie, wioski do późnego wieczora. To znaczy wlokłyśmy się straszliwie. [Był srogi mróz, wokół głęboki śnieg. Ten ostatni pochód ewakuacyjny] to były kobiety z tego rewiru, [baraku cygańskiego], więc schorowane, w tych strasznych ciuchach, w tych strasznych drewnianych sabotach, wlokące się. Pochód rzeczywiście niesamowity. Dreptałyśmy do późnego wieczora. Gdzieś tak w nocy [Niemcy ogłosili] nam, że to już jest postój, że na razie odpoczywamy i zaprowadzili nas do opuszczonych stodół. Prawdopodobnie tych gospodarzy ewakuowano, bo było widać, że to jest gospodarstwo, które jest żyjące w jakiś sposób, ale było puste. W tych stodołach przenocowaliśmy. Rano dano nam gorącą kawę i po kawałku chleba, i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Tak znowu szłyśmy i szłyśmy w tym pochodzie cały dzień. […] Rozstrzeliwano te kobiety, które nie dały rady iść dalej i odpadały na bok. W tym śniegu zostawały. […] Szłyśmy przez zupełnie puste okolice zarówno w dzień, jak i w nocy – widocznie wtedy izolowano nasz pochód. W ogóle nasze pochody, bo przecież było [ich] wiele. W końcu to Śląsk, więc dość ludna okolica, a było zupełnie pusto. Puste były drogi i puste były w nocy [obejścia] wszystkich domów, śpiące. W dzień też wszędzie naokoło było pusto, [nie spotkałyśmy ani ludzi ani pojazdów].
Tak żeśmy szły cały dzień i nocowałyśmy w Pszczynie chyba. W Pszczynie był chyba drugi nocleg. Potem następnego dnia nocleg był w Wodzisławiu [w jakiejś szkole. Rano] w Wodzisławiu już nas [esesmani] zaprowadzili na dworzec, gdzie czekały pociągi towarowe. To były bardzo mroźne czasy, mroźne były noce i mroźne dnie – gdzieś około dwudziestu stopni w nocy. […] Zaprowadzono [nas więc] w Wodzisławiu [na dworzec] i załadowano do [wagonów] towarowych. Byłyśmy szczęśliwe, że nie są to węglarki, bo węglarki były bardzo uciążliwe, brudziły mułem węglowym. Na szczęście nie były to węglarki, tylko wagony towarowe po jakichś ładunkach. W każdym razie było czyściej. Tak pod eskortą – bo w środku [pilnowali nas] żołnierze niemieccy – jechałyśmy. Nie wiedziałyśmy dokąd. Jechałyśmy przez Berlin, bo pamiętam, żeśmy się zatrzymali w pobliżu dworca, który był zupełnie pusty, ale przez szparę zauważyłyśmy napis, że to jest Berlin. Był zupełnie pusty, czyli izolowano [nasz] pociąg. […] Pod wieczór dojechaliśmy do Ravensbrück. W Berlinie na dworcu dość długo czekaliśmy, pewnie czekaliśmy na jakąś wolną drogę, […] bo mijały nas pociągi Czerwonego Krzyża, czyli wiozące niemieckich rannych żołnierzy. Widocznie, żeby uchronić [przed] spotkaniem, żeby nie widzieli tych wagonów towarowych z ludźmi… W każdym razie pod wieczór dojechaliśmy do Ravensbrück. To był [mój] kolejny obóz.

  • Czym różnił się od Oświęcimia? Jakie były warunki?

Prawdę mówiąc niewiele się różnił, bo… Nie umiem powiedzieć. Też były ciężkie warunki. [Nieustający głód. Dojmujące zimno na apelach, tłok na trzypiętrowych kojach].

  • Ile czasu spędziła pani w Ravensbrück?

W Ravensbrück byłam niedługo, chyba dwa miesiące. Jak już zbliżał się front, to znowu nas powieziono dalej do Rechlina, to jeszcze bardziej na północ, nad Morzem Północnym prawie. [Rechlin] to był obóz filialny [...]. [Ravensbrück], było nas [tam] pięć tysięcy [kobiet i dzieci]. Byłyśmy w [tym] obozie […] do połowy kwietnia. Jak zaczął się zbliżać front, to znowu nas pognano dalej. [Byłyśmy] tak blisko frontu, że przechodziłyśmy przez pola, na których stały działa przeciwlotnicze i żołnierze niemieccy ostrzeliwali [sowiecki front]. Po prostu żeśmy szły przez front. Było to zadziwiające, że nie rozpuszczono więźniów z [obozów koncentracyjnych] i dalej [nas] prowadzono i gdzieś [goniono]. Szłyśmy przez front, przez pola prowadzone przez żołnierzy niemieckich, przez małe miasteczka, które już były zupełnie wyludnione, bo […] ludność niemiecka była już zupełnie ewakuowana. [Przez te] puste miasteczka, puste ulice. [Dognano] nas do Neubrandenburga. Neubrandenburg to był obóz koncentracyjny, i obóz jeńców wojennych. [W obozie] byli jeszcze jeńcy wojenni angielscy, holenderscy, francuscy i [także polscy] nas dopakowano do tych jeńców. W tym momencie, któregoś dnia przyszła wolność, ale nie wiem, czy to byli Rosjanie, czy Amerykanie, dlatego że w tym obozie [front] przesuwał się, raz byli Rosjanie a raz Amerykanie. Nie mieliśmy odczucia, że nas ktoś uwalnia. Nagle Niemcy uciekli i tu nie wiadomo, czy jesteśmy pod Rosjanami, czy pod Amerykanami. [Potem okazało się, że to zona sowiecka].

  • Jak wyglądała droga do Warszawy?

Najpierw byliśmy w [części] obozu, [w którym] byli także jeńcy polscy. To był obóz oficerski – oflag. Oni się nami – [dziećmi] – trochę zajęli i razem zastanawialiśmy się [co dalej], bo oni sami nie wiedzieli, czy wrócić do kraju, czy nie wrócić. Troszkę mącili nam w głowach, czy wracać do kraju, czy nie. Nie miałam wątpliwości, że powinnam wracać, bo chciałam do rodziców [wrócić] oczywiście. Kilku spośród [tych polskich] jeńców-oficerów […] postanowiło, że zabiorą kilkanaście dziewcząt i kobiet i możemy z nimi [ruszyć]. Skombinowali jakiś wóz i konia. Oczywiście szliśmy cały czas pieszo do Starogardu Szczecińskiego. Szliśmy wolno. Już można było się jakoś wyżywić, bo po drodze były padły konie, [później] ci wojskowi upolowali jakąś zwierzynę i już mieliśmy jedzenie. [Chleba nie było]. Piechotą żeśmy szli, bo nie można było konia przemęczać, więc tylko czasem [ktoś słabszy] na zmianę, wsiadał na wóz. W Starogardzie Szczecińskim już był [polski] punkt [repatriacyjny] przyjmujący robotników przymusowych, jeńców wojennych, więźniów z obozów koncentracyjnych. Dostałam bilet, jakieś pieniądze i pojechałam do Kalisza, [skąd moją rodzinę wysiedlono w 1940 roku]. Pojechałyśmy całą grupą dziewcząt, bo żeśmy się skonsolidowały w grupie dziewcząt warszawskich […] trzymałyśmy się cały czas, właściwie od Oświęcimia i razem jechałyśmy [tym] pociągiem. One jechały do Warszawy, a ja cały czas się zastanawiałam – czy mam jechać do Warszawy, skąd nas [wyrzucono] w czasie Powstania, czy do Kalisza, gdzie mam dom rodzinny i rodzinę dalszą. Potem już cały wagon [pasażerów tego pociągu] się zastanawiał razem ze mną i radził mi, gdzie lepiej byłoby, żebym wysiadła. W końcu zdecydowałam się, że wysiądę w Kaliszu, bo nie wiadomo, czy w Warszawie nasz dom nie jest zburzony, co się tam w ogóle dzieje, więc lepiej do Kalisza, gdzie wiadomo, że dom na pewno stoi, bo Kalisz nie był zburzony.
Przyjechałam do Kalisza, wysiadłam na dworcu, to była niedziela, upalny, piękny dzień. Na dworcu normalne życie (bo Kalisz był oswobodzony dużo wcześniej), normalni ludzie, normalne dziewczyny. […] Rozglądam się, co tu zrobić, gdzie [iść]. Dworzec był poza miastem, dość daleko. Podeszły do mnie dwie […] dziewczynki i pytają, czy nie potrzebuję jakiejś pomocy, o co mi chodzi, że się tak rozglądam. Powiedziałam, że nie wiem, że chcę jechać do swojego domu, że jadę z obozu z Niemiec. Mówię im, gdzie jest mój dom i że rodzina Kuczyńskich. […] Moja rodzina była dość znana w Kaliszu, dość rozgałęziona, zamożna rodzina. […] Brat ojca był [przed wojną] wysokim urzędnikiem miejskim, naczelnikiem wydziału architektury [w ratuszu], tak że była to dość znana rodzina. […] Dziewczęta popytały się i okazało się, że ludzie wiedzą, że Kuczyńscy nie wrócili jeszcze do swojego domu, że mieszkają tam jacyś inni ludzie. Postanowiłam [iść] do wujostwa, którzy cały czas mieszkali w Kaliszu, aczkolwiek byli też wysiedleni [przez Niemców] ze swojego domu [w czasie wojny] i mieszkali w jakimś wynajętym mieszkaniu, a [w ich domu] mieszkali Niemcy. Niemców już nie było, a oni już […] rewindykowali swój dom i mieszkali [w nim]. […] Jako pierwsza z tej rodziny objawiłam się powracająca. Z przykrością stwierdziłam, chociaż to już był miesiąc [od] końca wojny, że jestem sama, że nikt poza mną nie wrócił. Ciągle jeszcze była nadzieja, że jakoś wrócą. Może gdzieś mieli trudności z powrotem, może są chorzy – [długo się pocieszałam]. Ale w końcu już było jasne, że nie wrócą.

  • Kiedy się zdecydowała pani wrócić do Warszawy?

Wróciłam dopiero na studia.

  • Dowiedziała się pani co się stało z pani rodziną?

Tak, dowiedziałam się. Wróciłam do Warszawy w 1949 roku na studia, na Akademię Dyplomatyczno-Polityczną. Była taka akademia, którą zlikwidowano bardzo szybko, bo to była przedwojenna uczelnia z dobrymi tradycjami […]. Potem studiowałam dziennikarstwo. Kiedy się dowiedziałam o rodzicach? Dowiedziałam się bardzo późno, bo ciągle się czekało. Co prawda wujek wiedział, że ojciec nie żyje, dlatego że wysłał [w końcu 1944 roku] paczkę do Dachau. Okazało się, że ojciec z Oświęcimia był wywieziony do Dachau i napisał stamtąd list do wujka (do swojego brata) do Kalisza, i prosił o paczkę, […] o słoninę, cebulę. Po tym liście wujek [ją] wysłał, [ale] paczka wróciła [z dopiskiem], że „Adresat nie żyje”. To już właściwie było wiadomo, że nie żyje. Dwie siostry i matka zginęły w Bergen-Belsen i to właśnie w takim okresie... Jedna siostra i matka zmarły w marcu 1945 roku, a druga siostra, najstarsza, 28 kwietnia 1945 roku, czyli tuż przed wejściem Amerykanów. Brat się odezwał [wcześniej do wujka w Kaliszu] z obozu jenieckiego. Potem wędrował, był we Francji [w korpusie generała Maczka] i wrócił [przez Anglię] w 1947 roku do Polski.

  • Czym zajmowała się pani po ukończeniu studiów?

Po ukończeniu studiów jakiś czas nie pracowałam, bo chorowałam na gruźlicę. W czasie studiów wykryto, że mam zastarzałą, pewnie jeszcze z obozu, gruźlicę, więc jakiś czas nie pracowałam. Sprzedaliśmy z moim bratem dom [rodzinny] w Kaliszu, tak że mogłam nie pracować i leczyć się. Rzeczywiście się wyleczyłam. Brat studiował we Wrocławiu na politechnice i [ją] skończył. Potem studiowałam z przerwami dziennikarstwo i pracowałam. Założyłam magazyn „Ty i Ja”, w tej chwili to jest magazyn bardzo dobrze wspominany, wbrew temu tytułowi [magazyn ten] zajmował się kulturą. Był awangardowy pod względem sztuki, pod względem designerskim i lansowania mody, wnętrz, sztuki. […] Zlikwidowano [go] w 1974 roku [z zarzutem], że był za bardzo awangardowy i wzbudzał tęsknoty, których państwo nie jest w stanie zaspokoić, i tylko niepotrzebnie jątrzy. Potem pracowałam w „Tygodniku Solidarność”, współzakładałam „Tygodnik…”, to już w 1981 roku, na początku. W czasie stanu wojennego działałam w podziemiu […]. W 1989 roku jak reaktywowano Tygodnik „Solidarność”, to [wróciłam] tam. Dwa lata temu zrezygnowałam z pracy.

  • Jak po tych wszystkich latach ocenia pani Powstanie Warszawskie?

Uważam, że spełniło ważną rolę dla budowy państwa polskiego. Dzięki Powstaniu przez cały czas w narodzie była jakaś wiara w to, że warto walczyć o Polskę i ta ofiara, która zastała poniesiona, będzie jakimś fundamentem budowy.





Warszawa, dnia 10 maja 2011 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski
Teresa Kuczyńska Stopień: cywil Dzielnica: Ochota

Zobacz także

Nasz newsletter