Wanda Kossobudzka „Wrzos”

Archiwum Historii Mówionej

[Nazywam się Wanda Kossobudzka].

  • Proszę powiedzieć, co pani robiła przed wybuchem II wojny światowej? Jak wyglądało pani życie, życie pani rodziny?

Mieszkałam na Dolnym Żoliborzu, tak zwanym oficerskim, w związku z tym że mój ojciec, który był w wojsku ( jednocześnie miał zawód inżyniera i specjalisty od fortyfikacji, miał dwa fakultety po studiach we Francji), kupił tę willę naszą po przyjeździe z Francji w trzydziestym pierwszym czy drugim roku. Chodziłam do szkoły Sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu. To była luksusowa szkoła, chyba najpiękniejszy budynek wtedy w Warszawie. Później chodziłam... Przed wojną skończyłam pierwszą klasę gimnazjum Aleksandry Piłsudskiej na placu Inwalidów. Należałam już wtedy do harcerstwa i kontynuowałam pracę w harcerstwie przez całą okupację.

  • Jak pani zapamiętała wybuch II wojny światowej?

To była sytuacja taka, że moja mama z moją siostrą i ze mną była na wakacjach w Żywcu, w okolicy, gdzie właśnie mój ojciec prowadził roboty fortyfikacyjne. Kilka dni przed 1 września, kiedy sytuacja zaczynała być dość poważna, mama zdecydowała powrót do Warszawy. To był dramatyczny powrót, dlatego że wchodziliśmy przez okno do pociągu przeładowanego, z tym że ktoś z wewnątrz nam pomagał wciągnąć się przez te okna.
Przyjechaliśmy do Warszawy tuż przed wybuchem wojny. Szczęśliwie mojej mamy intuicja spowodowała, że mieliśmy dosyć dużo zapasów żywnościowych. Więc mój ojciec, który miał przydział do Sztabu Głównego w Warszawie, przydział wojskowy, przyjechał z Żywca 5 września, mówiąc, że jak opuszczał Żywiec, samochodem wyjeżdżał, to widział wchodzących Niemców. [Wyjechał] w ostatnim momencie. Z mamą ustalili, że my zostajemy w Warszawie, a ojciec, który miał przydział do Sztabu Głównego, ze sztabem z Warszawy wyjechał do Lublina, po czym po dwóch dniach, o piątej rano przyjechał szofer z Lublina, mówiąc, że ma rozkaz zabrania nas do Lublina. Okazało się, że dowódca ojca, jeden z generałów, zdziwił się, że ojciec zostawił rodzinę w Warszawie. Powiedział, że on posyła samochód, on bierze odpowiedzialność za to, żeby rodzinę wywieźć. To była gehenna na drodze, w czasie jazdy z Warszawy do Lublina. Zatory niesłychane, dużo ludzi uciekało, martwe konie w rowach, samochody porzucone z u benzyny. Jednym słowem, różne lokalne dramaty. Przyjechaliśmy do Lublina po wielu godzinach w tym strasznym ruchu, zatorach. Akurat nastąpiło bombardowanie Lublina. W czasie tego bombardowania zginął zresztą bardzo znany i ceniony poeta Czechowicz. Przenocowaliśmy już po spotkaniu z ojcem, w majątku, w jednym z majątków pod Lublinem. Rano ojciec nas odwiózł osobiście samochodem do Włodawy, na północ od Lublina. Włodawa to było miasteczko, przez które przechodził pociąg z Warszawy do Pińska i tym pociągiem mieliśmy [jechać] do Pińska. Pojechaliśmy do Pińska po wielu godzinach oczekiwania, gdzie mieszkali moi dziadkowie.
Moi dziadkowie byli przywiązani do Kresów, jako że byli urodzeni na Kresach, na Litwie. Potem dziadek wykładał w Petersburgu, potem po rewolucji w Rosji przyjechali do Polski i był dyrektorem gimnazjum w Pińsku. Był nie tylko dyrektorem, ale właściwie organizatorem gimnazjum, tak że włożył tam masę siły i po prostu był ogromnie przywiązany, więc nie chciał się ruszać z Pińska. Pińsk to było miasteczko chyba więcej niż w pięćdziesięciu procentach zamieszkałe przez Żydów i przez ludność białoruską. Jeśli chodzi o Polaków, to przeważnie właścicielami niektórych domów, byli właściciele majątków okolicznych, którzy przyjeżdżali do Pińska po prostu dla załatwienia rozmaitych formalności, kontaktów z bankiem. Ich było bardzo niewiele, inteligencji, głównie okoliczni ziemianie. Jeśli chodzi o lokalnych, że tak powiem dygnitarzy czy elitę, to był tak: dyrektor banku, oczywiście proboszcz katedry, dyrektor gimnazjum, dyrektor męskiego, dyrektorka gimnazjum żeńskiego, może pan aptekarz i niewielu innych. Była restauracja, taka na rogu ulicy Kościuszki, która była główną ulicą, brukowana kocimi łbami. Ulica Ogińskiego, która jak pamiętam, prowadziła do banku, zdaje się, miała nawierzchnię gładką. Jednym słowem to było miasteczko kresowe, w pewnym sensie urocze, o specjalnej atmosferze. Jak mówię, okoliczne ziemiaństwo funkcjonowało na prawach chyba nieomal pańszczyźnianych... Ale to osobny rozdział, może ja za dużo opowiadam na ten temat.

  • Proszę powiedzieć, ile czasu z rodziną przebywała pani w Pińsku?

To była bardzo ciekawa historia. Mój dziadek już był na emeryturze. Siedemnastego września, jak wiadomo, wkroczyli bolszewicy do Polski. W Pińsku byli o dzień później. Natychmiast atmosfera się niesamowicie zmieniła. Żydzi – byłam sama świadkiem – witali Armię Czerwoną, rzucając polskie chorągwie pod czołgi i pod maszerujące wojsko. Witali z kwiatami. Część Żydów, część, ta biedota głównie. Były też nieco inne sytuacje, kiedy... Bo mój dziadek cieszył się tam nadzwyczajną opinią wśród wszystkich, bo przecież miał wśród uczniów też Żydów, więc Żydzi później się zgłaszali do dziadków, przynosząc różne rzeczy, bo tragiczna była sytuacja z artykułami żywnościowymi. Więc rozmaicie to bywało.
Mój dziadek, który był na emeryturze, został powołany, jak już gimnazjum zaczęło się organizować, powołany, żeby uczyć, broń Boże nie być dyrektorem, tylko uczyć. Ja zaczęłam chodzić do gimnazjum żeńskiego, gdzie prócz dawnych wykładowców byli jacyś nowi, oczywiście zaangażowani przez te nowe władze. Były ciekawe momenty, jak mieliśmy obowiązek brać udział w obchodzie rewolucji październikowej. Padał okropny deszcz, pamiętam, ale te sformowane klasy gimnazjalne czwórkami maszerowały na rynek wykładany kocimi łbami, gdzie był kościół Jezuitów, potem całkowicie zniszczony przez bolszewików, przez sowieckie oddziały, zupełnie wysadzony w powietrze. I na tym rynku ta właśnie defilada. Pamiętam, że ja maszerowałam, byłam pierwszą z brzegu tej czwórki i mnie wręczyli jakąś tam chorągiewkę czerwoną czy coś innego, tak że pod pretekstem, już nie pamiętam jakim, zamieniłam się z koleżanką, żeby ona niosła nowy jakiś…

  • Pani nie chciała tego nieść.

Tak. Absolutnie nie, co znowu. Odbyła się akademia, w której nie uczestniczyłam, ale to była akademia dla nauczycieli, podczas której mój dziadek zemdlał. Nigdy w życiu wcześniej nie mdlał, to jedno wiem. Nie wiem, nie znam treści akademii, ale to samo za siebie mówi. Więc lekcje się odbywały, to wszystko po pewnym sensie uregulowało się.
Uregulował się tryb życia w ten sposób, że trzeba było między trzecią a piątą stanąć w kolejce rano po chleb, bo to był jedyny sposób zdobycia chleba, i te kolejki były niesłychanie długie i bardzo, bardzo nużące, i nie zawsze się ten chleb otrzymywało. Przy czym nasza cała rodzina, bo przecież przyjechała siostra mego ojca z dziećmi właśnie z majątku, służąca dziadków i my, wszyscy staliśmy w kolejce po ten chleb, żeby nie tylko mieć dla siebie, ale przejeżdżały przez Pińsk wagony z jeńcami, z polskimi żołnierzami, których Sowieci wywozili do Rosji. Myśmy dźwigały kosze takie ogromne od bielizny naładowane chlebem i jakimkolwiek jedzeniem, żeby im podać, bo nic im nie dawano do jedzenia. Więc to była taka akcja, jedyna właściwie w owym czasie, żeby cokolwiek pomóc ludziom.
Przyjechał mąż mojej ciotki, ziemianin okoliczny, Kacper Skirmund, który był oficerem artylerii, oficerem rezerwy. Jego pułk został całkowicie rozbity, wagon taki przeciwpancerny został rozbity. I przyjechał w okropnym stanie nerwów, wrócił do Pińska, bo rozproszyli cały oddział, który pozostał. Bardzo krótko był z nami, dlatego że odbywały się rewizje, czasami kilka razy w ciągu dnia, wkraczało to żołdactwo sowieckie i szukali broni, szukali broni w takich malutkich pudełeczkach. Zabrali mnie zegarek, zabrali mnie wieczne pióro – mnie osobiście – zabierali biżuterię, wynieśli aparat fotograficzny mojej mamy, wynieśli piękny odbiornik radiowy, nowiutki, który dziadek dostał w prezencie od swoich byłych uczniów. I nie wiem, co jeszcze. Pozabierali masę rzeczy pod pretekstem szukania broni. I zabrali właśnie wuja mego od razu, który został wywieziony do Rosji i nie wiadomo gdzie i kiedy zginął, bo Czerwony Krzyż w ogóle nie miał żadnych śladów, jeżeli o niego chodzi.
W takiej sytuacji moja mama zdecydowała, że trzeba wracać do Warszawy, bo nie ma na co czekać. Nie tylko mama, ale tak samo siostra mego ojca, której mąż został aresztowany z dwojgiem małych dzieci. Te dwie panie zdecydowały powrót, wyjazd do Warszawy. To był znowu kolejny dramat w sensie tym, że zatłoczone były koleje, wszystkie pociągi, bardzo trudno było się dostać, gdzieś wyjechać. To specjalnie było utrudniane zresztą. No więc jakoś się udało dojechać do Brześcia Litewskiego nad Bugiem i tam obie panie stanęły na rynku, w tak zwanej tołkuczce, i zaczęły sprzedawać to, co przywiozły, żeby mieć pieniądze na dalszą drogę. No, pieniądze i nowe pieniądze, prawda. A ta dalsza droga polegała na tym, że nie z Brześcia, ale z Włodawy, [właściwie] nie Włodawy, z Siemiatycz nad Bugiem (to też było ciekawe miasteczko) miała nastąpić przeprawa przez Bug na drugą stronę. Bugiem przechodziła granica między Sowietami a Niemcami. Byłyśmy – to znaczy nasza rodzina, dwie panie i czwórka dzieci, gdzie ja byłam najstarsza wtedy – rezydowałyśmy u takiej pani Wilgardowej, takiej szalenie sympatycznej i pomocnej mieszczanki, właśnie w tych Siemiatyczach, która miała kontakty. Skontaktowała nas z przewoźnikami. Z tymi przewoźnikami to bywało różnie, nie zawsze dotrzymywali obietnic. No ale w tym wypadku dwukrotnie myśmy próbowali przez ten Bug przepłynąć późną nocą. Raz się nie udało, a drugim razem to oni podzielili tak, że dzieci jechały z niewłaściwymi matkami, dwoma takimi łódeczkami, znaczy nie jechały a płynęły. Pełnia księżyca, Bug oświetlony, rzeka cała w promieniach księżyca, ale się udało przepłynąć na drugi brzeg, gdzie już była strona niemiecka. Więc ciemną nocą dotarliśmy do jakiegoś dworu, na piechotę oczywiście, który był blisko. Ten dwór był załadowany uchodźcami. Z tego dworu z kolei potem pociągiem dojechałyśmy do Warszawy. Warszawa.

  • Chciałam zapytać, jak wyglądała Warszawa. Czy panie wróciły na Żoliborz?

Wylądowałyśmy na Pradze i takim wozem, który... Bo nie było żadnej komunikacji. Miasto było zbombardowane i nie wróciło jeszcze do jakiej takiej normy. Więc to były wozy, gdzie poukładali w poprzek deski i oni zabierali, taksówki lokalne, i zabierali różne osoby, żeby przewieźć na drugą stronę Wisły. Tak zwane bałaguły (nie wiem, skąd ta nazwa). No więc myśmy się załadowały na taki wóz. To był kawał drogi z Pragi na Żoliborz, bo nie tylko poprzez Wisłę, ale później przez pół miasta. Już nikt więcej nam nie towarzyszył z tych przygodnych podróżnych, tylko cała rodzina dojechała do domu na Żoliborzu. Przyjechaliśmy chyba, nie wiem, piąta czy szósta rano, bardzo wcześnie. To był półmrok, to był grudzień, tuż przed Bożym Narodzeniem. Oglądaliśmy się na wszystkie strony, nie będąc pewni, czy nasz dom ocalał. Dom był otoczony ogrodem i od strony ulicy płot był zarośnięty dzikim winem i wejście, bramka i drugi wjazd na samochód. Stukamy, stukamy do tej bramki. Nikt jakoś nie odpowiada. Wreszcie otwiera się lufcik na górze, na piętrze. Jakaś rozczochrana głowa się wychyla: „Kto tam?”. Okazuje się, że oczywiście uciekinierzy z zachodu zajęli nasz dom. Więc sytuacja była taka, że nie mieliśmy gdzie mieszkać we własnym domu. Jakoś to się oczywiście potem jako tako ułożyło. Więc czworo dzieci i dwie panie miały tylko jeden pokój dla siebie. W międzyczasie jak nas nie było i było bombardowanie Warszawy z góry, z artylerii naziemnej pocisk artyleryjski wpadł do salonu na parterze. Wybił ogromną dziurę w ścianie i uszkodził kaloryfery. Było centralne ogrzewanie, w związku z czym dom był pozbawiony całkowicie ogrzewania całą zimę. No, nasze panie zakręciły się o tyle, że kupiły tak zwaną kozę, czyli piecyk z ogromną rurą, która przechodziła przez zajęty przez nas pokój, w ścianie, gdzie był wylot na dach. I na tej „kozie”... Nie tylko „koza” ogrzewała pokój, ale gotowało się na tej „kozie”, na tych dwóch fajereczkach, to co było do ugotowania, jeżeli było. A nie było nic do gotowania na razie, wobec czego chodziłyśmy do Sióstr Zmartwychwstanek, do tej mojej szkoły powszechnej dawnej, które zorganizowały darmowe zupy dla uciekinierów – na to przyszło. Powiedzmy, z warunków prawie luksusowych chodziło się po te zupki do sióstr i przynosiło się do domu w wiaderkach. I tak było przez szereg miesięcy.
Jeżeli chodzi o naukę, to stopniowo się też organizowało. I ja dołączyłam do [szkoły] Zmartwychwstanek po Bożym Narodzeniu czy nawet po Nowym Roku, bo zorganizowały szkołę. Potem Niemcy wydali zarządzenie, że z wyjątkiem szkół powszechnych i zawodowych, żadne gimnazja nie miały prawa bytu. Gimnazja, tym bardziej szkoły [wyższe], uniwersytety, wszystko to pokasowali, poaresztowali bardzo wiele osób.
Ciągle były aresztowania, ciągle. Między innymi egzekucja w Palmirach, niedaleko Warszawy i tak dalej. I obwieszczenia ogromne na ścianach. Groza była niesamowita. Zimno, bo to była bardzo ostra zima, i jedzenia, upału. Myśmy właściwie cały czas chodziły w domu w płaszczach zimowych, które jeszcze ocalały. Jeżeli chodzi o wyposażenie naszego domu, też niewiele ocalało, bo ludzie przecież z czegoś musieli żyć, więc wszystkie zapasy zostały skonsumowane. Garderoba mamy również ucierpiała, nasze ubrania, tak że nie było wesoło. No ale nie można się było pozbyć tych ludzi, bo po pierwsze, nie mieli gdzie pójść, a poza tym myśmy też nie mieli takich potrzeb. Te potrzeby nagle zostały zredukowane do minimum, żeby przeżyć, żeby jakoś zaspokoić głód, no i żeby się mogło… Tak samo do łazienki były przecież szalone kolejki, były kłopoty z wodą. No, różne, różne historie normalnego wówczas życia. Wszyscy tak żyli, nie tylko my.

  • W jaki sposób zetknęła się pani z konspiracją przed Powstaniem?

Konspirację zaczęłam nie w Warszawie, tylko w Pińsku. Była nauczycielka, panna Leokadia Toczkówna, która była harcmistrzynią w Pińsku, a ja należałam do harcerstwa. Ona, ponieważ dziadek miał ogromne zaufanie w mieście, więc nie ulegało kwestii, że jego wnuczka też pójdzie w jego ślady w sensie patriotyzmu, więc zaangażowała mnie do miejscowego harcerstwa od razu. Mieliśmy zbiórki. Pińsk, z wyjątkiem głównej ulicy Kościuszki i Ogińskiego, nie miał chodników, tak że chodniki były takie, że dwie deski drewniane, długie leżały obok siebie luźno, a jezdnia też nie była brukowana, tylko gliniaste podłoże. Deszcze padały, wszystko to było podmoknięte, więc bardzo często jak się stawało na początku tej deski, to druga część ochlapywała. Jednym słowem to była cała przeprawa. Tym niemniej, pamiętam, wieczorami myśmy się zbierały. Ja zajmowałam się dostarczaniem książek i do nauki... tej nielegalnej już wtedy, która krótko trwała, bo bolszewicy fantastycznie likwidowali po kolei wszystko. Książki... Był ksiądz kanonik Szczerbicki, który mieszkał chyba na ulicy Ogińskiego, o ile pamiętam, niedaleko katedry. Ten ksiądz Szczerbiński, ja go szalenie miło wspominam, ksiądz Fabian Szczerbicki. Dowiadywałam się później przez Czerwony Krzyż, co się z nim mogło stać. Czerwony Krzyż nie miał w ogóle o nim absolutnie żadnych wiadomości, więc gdzieś musiał zginąć w Rosji, też incognito. Ksiądz Szczerbicki miał piękną bibliotekę i ja te książki wynosiłam pod płaszczem, pod takim płaszczem gimnazjalnym, granatowym, z niebieskimi wypustkami. Zaciskałam pasek i tych kilka książek przenosiłam od niego. Więc harcerstwo działało w sensie takim bardzo wewnętrznym, żeby zachować swoje przekonania, patriotyzm, żeby się podtrzymywać na duchu, bo zewnętrzna działalność była niemożliwa. No i właśnie ta edukacja pozaszkolna, głównie historia i język polski. Krótko to trwało, ale pozostawiło wspomnienia.
  • A Warszawie w jaki sposób kontynuowała pani działalność?

No, więc przede wszystkim moja drużynowa przedwojenna mnie zaangażowała od razu. To było właściwie nawet nie wiem jak, bo przez harcerstwo trafiłam później do AK, na rozmaite kursy. Może zaczniemy od harcerstwa. Nie było teatru, nie było kina, biblioteki były zniszczone, nie było żadnych intelektualnych rozrywek, więc ja widocznie odczuwałam jakiś, nie wiem, ogromny głód. Ale nie tylko ja. Starałyśmy się sobie uzupełnić, jak to było tylko możliwe, intelektualne i, zapewnić intelektualne rozrywki. Harcerstwo dawało możliwości w sensie tak zwanych sprawności. Były pewne wymagania dotyczące poszczególnych sprawności. Sprawność sanitariuszki czy łączniczki, czy sprawność przewodniczki po Warszawie. Zajęłam się [tym] bardzo gorliwie. Przeczytałam masę książek, zrobiłam album, nie było aparatu, więc zgromadziłam rozmaite pocztówki i do dzisiaj właściwie ciągle mi się to przydaje. Dlatego że ta główna trasa, którą odbywałam bardzo często, nawet już po po przyjazdach do Polski po wojnie, to było tak, oczywiście od Starego Miasta przez Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat i wszystkie kościoły po drodze, aż do placu Zbawiciela – na piechotę. To była moja droga, którą zawsze odbywałam, już nawet po wojnie, więc wszystkie te kościoły, na pamięć prawie znałam ich wyposażenie w związku z tą sprawnością i w związku z zainteresowaniem, które się we mnie obudziło już wtedy. I po wojnie, jak w sześćdziesiątym piątym roku przyjechałam po raz pierwszy do Warszawy, pamiętam, że jak kolejne kościoły odwiedzałam, to widziałam te i, gdzie co uje. To było trudne…
Stopniowo się organizowało, ale od razu, harcerstwo i te rozmaite kursy. Ja byłam na szeregu różnych kursów. Zupełnie nie miałam absolutnie żadnego pociągu do sanitariatu, to nie była moja dziedzina. Natomiast łączność bardzo mnie... jakoś bardzo łatwo w to wszystko weszłam. Były ćwiczenia bardzo ciekawe, rozwijające cały szereg umiejętności. Na przykład do dzisiaj, do dzisiaj gdziekolwiek jestem w nowym miejscu, to przyswajam sobie bardzo szybko cały szereg szczegółów. Automatycznie. Były między innymi ćwiczenia tego rodzaju: szło się jakąkolwiek ulicą nieznaną i trzeba było zapamiętać maksimum szczegółów. Sklepy, charakterystykę fasad, powiedzmy, niektórych domów, cokolwiek się na tej ulicy działo. I później relacja. To ćwiczenie dawało bardzo dużo.
Ale było wiele innych. Mieliśmy ćwiczenia, już później. pod Warszawą, w lasach, podmiejskich lasach, gdzie były już poważniejsze sprawy, różne podchody i tak dalej, i harcerskie, i wojskowe. Oczywiście była przysięga wojskowa. Nie pamiętam zupełnie, kto ją odbierał, ale pamiętam okoliczności. Byłam w domu u jednej z koleżanek, która już nie żyje.
Pracę w konspiracji – tą zewnętrzną – zaczynało się właściwie od tak zwanego małego sabotażu. Malowanie kotwic na ścianach czy różnych innych haseł, zrywanie afiszów i tak dalej. À propos kotwicy, za projektantkę tego symbolu uchodzi Hanka Smoleńska, która była córką profesora Smoleńskiego, którą znałam, ona była o wiele starsza ode mnie, ale u nich w domu, w Politechnice Warszawskiej, odbywały się zebrania łączności. Ja byłam dużo za młoda wtedy, tak z perspektywy sądząc, na pracę w tej grupie, bo to były wszystko starsze dziewczęta czy kobiety, o wiele starsze ode mnie, ale ja reprezentowałam jakiś czas Żoliborz właśnie w tamtej grupy łączności. Potem tylko się ograniczałam do Żoliborza. Więc Hanka Smoleńska, którą dobrze pamiętam, jak wyglądała i w ogóle jaką była, i cała rodzina Smoleńskich została aresztowana i zginęła. Nikt nie żyje.
Potem łączność z ramienia harcerstwa przejęła Janka Zaborowska. Janka Zaborowska była wspaniałą osobą, nie tylko w konspiracji, ale ogromnie pomocną w różnych potrzebach. W różnych sytuacjach znajdywały się harcerki, szczególnie jak rodzina, część rodziny została aresztowana czy pozbawiona w ogóle możliwości egzystencji. Więc ona była też ogromnie pomocną. Ona później skończyła medycynę, zaczęła medycynę przed wojną, a skończyła ją w Edynburgu, w Szkocji, po obozie w Niemczech oczywiście, i była w Kanadzie, mieszkała niedaleko mnie, pod Toronto. Tak że byłyśmy w kontakcie jakiś czas. No, też już dawno nie żyje. Teraz oczywiście pojawiła się… Jest tyle, tyle kwestii, że ja nie wiem właściwie, o czym mówić, bo wszystkie są ciekawe.

  • Proszę mi powiedzieć, czy pani rodzina wiedziała o tym, że pani jest we konspiracji?

Nie. Znaczy każdy udawał, że nic nie wie, bo było zapowiedziane, żeby się nie mieszać w żadne takie historie, ale ja należałam do konspiracji, moja siostra później, która była młodsza trzy i pół roku ode mnie, no i mama. Każdy robił swoje, zupełnie nie informując się wzajemnie i udając, że nikt nic nie wie.

  • Jak pani zapamiętała wybuch Powstania Warszawskiego?

No, to była… Jak to, jak zapamiętałam?

  • Gdzie pani wtedy była, w jakiej sytuacji?

Sytuacja była nietypowa, dlatego że na Żoliborzu trochę wcześniej się zaczęło Powstanie. To był wtorek, padał deszcz. Ja miałam przydział chwilowy wtedy w tak zwanej sztafecie rozstawnej. To znaczy co pewną odległość były posterunki tej sztafety, które miały przekazywać sobie wiadomości, ponieważ telefony polowe na razie nawet nie istniały, więc trzeba było sobie ustnie przekazywać wiadomości. Ta sztafeta to było w granicach co najmniej pół kilometra albo nieraz więcej. Ja miałam takie stanowisko niedaleko [budynku klasztoru] Sióstr Zmartwychwstanek, gdzie teraz jest... To zdaje się nazywa się Sadyba Żoliborska. Wtedy to było szczere pole, właściwie piaski, przez które przechodziły tory kolejowe (nie wiem, czy kiedykolwiek używane). To jakaś była boczna linia, w każdym razie na tych torach była budka dróżnika i w tej budce urzędowałam. Znaczy w nocy potem, bo zanim zapadła noc, to chodziłam z chlebakiem i z taką manierką niemiecką, którą ukradłam, o czym za chwilę powiem. Chodziłam wzdłuż tych torów, czekając na jakąś wiadomość od mojej poprzedniczki. A vis-à-vis za ogrodzeniem z drutów kolczastych były forty niemieckie, fortyfikacje, chodził wachman pod karabinem i wzajemnie się obserwowaliśmy. W pewnym momencie on przeskoczył przez te druty, widocznie to był Polak ze Śląska (nie wiem, nie pytałam się przecież), bo łamaną polszczyzną zapytał mnie, co ja tu robię. A ja wymyśliłam historyjkę, że ja właśnie przyszłam z Powązek, bo chciałam pójść po dzieci do Śródmieścia i nie mogę się przedostać, bo nie można, tego, i dlatego tutaj... Jakieś idiotyzmy. On wysłuchał tego wszystkiego, spojrzał na mnie i te dzieci w moim wieku, no, wszystko jedno. Nic innego nie mogłam wymyślić, nie przewidywałam specjalnie, że on mnie będzie wypytywać. W pewnym momencie patrzy i mówi: „A co ta manierka wojskowa tu robi?”. Ja zaniemówiłam. Powiedziałam, że ją znalazłam czy coś w tym sensie. A to wszystko było tak niewiarygodne... Z tym że on absolutnie nie podjął żadnej akcji. Wysłuchał tego wszystkiego, przeskoczył z powrotem przez te druty i tak chodziliśmy nadal razem.
A manierkę wojskową ukradłam dla wprawy. Otóż jak wiadomo, platformy tramwajów, ta pierwsza część, to była dla Niemców i bardzo często były zupełnie puste, czasami jechali jacyś wojskowi Niemcy. Natomiast reszta tramwajów, tył był obwieszony zupełnie, to się nazywało „winogrona wiszą”, obwieszone, w ogóle nie można się było dostać. I traf chciał, że ja kiedyś dostałam się do środka, stałam na platformie tylnej i przede mną stał Niemiec, żołnierz niemiecki z ogromnym chlebakiem, przy którym wisiała ta manierka. „No – myślę sobie – to jest jedyna okazja, ćwiczenie. Nie wiem, czy mi się uda, czy on nie odczuje tego. Ale – myślę sobie – taki ciężki plecak, to nie powinien czuć, że tam manierka mu…” Ludzie stoją, ścisk niesamowity, ja tą manierkę odczepiam i przecież nie wiem, kto jest, może być jakiś szpieg w pobliżu. Odczepiłam tą manierkę, od razu wysiadłam, to już był Żoliborz, na Żoliborzu, na placu Wilsona. Nogi się pode mną wtedy uginały, jakbym popełniła straszne przestępstwo. No bo napięcie jednak było duże. No i tak zostałam właścicielką manierki, z tym że myślałam, że ją oddam jakiemuś Powstańcowi. Tylko w pierwszych momentach Powstania nie miałam żadnego kontaktu.
No więc w tej sztafecie rozstawnej stałam najpierw do późnego wieczoru, a później dołączyła do mnie koleżanka, która się też zaniepokoiła. Z innego punktu przyszła i pytała się, czy miałam jakieś wiadomości. Ja nie miałam żadnych, ona też, więc przenocowałyśmy w tej budce strażnika na stole. Padał deszcz, pogoda była straszna. Następnego dnia nie było żadnych hałasów, żadnej strzelaniny. Nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Rano wróciłyśmy do domu.
Co się okazuje. „Żywiciel” wycofał się do Puszczy Kampinoskiej i po trzech dniach przywędrował z powrotem na Żoliborz. I po trzech dniach, jak najbardziej, dołączyłam już do swego oddziału. Wtedy zaczęłam właśnie być tą łączniczką przy dowództwie, przy pułkowniku „Żywicielu”, to było Krasińskiego 18, [gdzie] rezydowało dowództwo. No a czasami wysyłano mnie na pierwszą linię frontu, która... Wtedy, pamiętam, miałam dyżur w takiej dawnej fabryce na ulicy Włościańskiej. To była na północ... idąc ulicą Słowackiego, to była przecznica już tam pod koniec ówczesnego Żoliborza. Włościańska. No i tam musiałam iść na to stanowisko pod silnym obstrzałem. Jak wróciłam, to dowódca mego plutonu porucznik „Słuchawka” z zawodu dentysta, trochę się jąkał: „I, i, i co? Jak tam pani wróciła? Cała i zdrowa?”. Ja mówię: „Jak pan widzi. Jestem cała”. – „I pani się nie bała?” Ja mówię: „Nie”. Mam wrażenie, że on był o wiele starszy, a ja nie miałam – znaczy nie tylko ja – to nie była żadna brawura, to był poczucia zagrożenia. Bo owszem, były... Mnie się kule nie imały. Ja sobie trochę lekceważyłam na pewno, bo byłam w sytuacjach takich, że... Na przykład plac Inwalidów, który był zupełnie niezabudowany (była ulica Słowackiego z jednej strony, z drugiej strony Potocka, był tylko jeden budynek przy Mickiewicza na dole), i ja zamiast iść naokoło okopami, szłam prosto przez ten plac, żeby odwiedzić mamę, która skręciła nogę i nie mogła się ruszyć z domu. Więc szłam przez ten plac, gdzie był bezustanny ostrzał. Kule tak świstały. Jakoś nie miałam [lęku], więc to było lekceważenie sytuacji w pewnym sensie, ale też tłumaczy to prawdopodobnie młodość.
Ja miałam te dyżury, miałam zresztą pod opieką wtedy kilka młodych dziewcząt, które pełniły dyżury u poszczególnych dowódców plutonów. Nasza kwatera była na ulicy Suzina i pamiętam, był taki (nie wiem, czy powinnam wymieniać nawet pseudonim) porucznik, na którego potem musiałam złożyć meldunek, że on się nieodpowiednio zachowuje w stosunku do tych młodych łączniczek. No ale tak było, bywały różne sytuacje.
To już we wrześniu było, jak jeden z nalotów... Były naloty bombowe samolotów. Bombardowali nas Niemcy, a później w odwet rzekomy przelatywały samoloty sowieckie i bardzo często niechcący opuszczały bomby na nasze stanowiska. I tak było, zdaje się, tym razem. Ja wróciłam z dyżuru o szóstej rano, z całonocnego dyżuru, i miałam się położyć, żeby się przespać. Ale nie mogłam spać, bo był bombardowany Dolny Żoliborz, gdzie była moja mama właśnie z tą unieruchomioną stopą. Myślę sobie, to pójdę odwiedzić mamę. I właśnie przez ten plac Lelewela poszłam i tak: ta uliczka Sułkowskiego, na której mieszkaliśmy, bardzo była usytuowana blisko placu Lelewela. I ja tak idę, idę i myślę sobie: „No, nie wiem, no...”. Pamiętam, że miałam głowę, oczy spuszczone, bo nie bardzo chciałam... Nie wiem, nie bardzo chciałam widzieć, co się dzieje wokoło. Ale po prawej stronie leżał trup kobiety bez kończyn. No więc stopniowo, jak podchodziłam do domu, podnosiłam głowę i widzę, nie ma domu, tylko ruina, jest jedno osypisko. Ale nasza willa miała wspólną ścianę z sąsiednią. Widzę, że tam stoi jakaś część budynku. Więc poszłam od strony sąsiadów, weszłam, było wejście do piwnicy. Piętro nie istniało, ale do piwnicy było wejście. Poszłam tam i widzę taki obrazek: ta pani Kędzierska, właścicielka domu, starsza pani, tak pół leży na takim prowizorycznym łóżku, łzy ciekną po policzkach, w ręku różaniec, zupełnie nieprzytomna po prostu po tym, co się stało. Jej mały wnuczek płacze, przy wspólnej ścianie jakiś pan siedzi i dłutkiem, młoteczkiem odbija cegły na naszą stronę. Już wyjął jedną cegiełkę i się okazało, że moja mama, intuicyjnie widocznie, siedziała w piwnicy przy tej wspólnej ścianie. A w piwnicy u nas była pralnia i była kuchnia na węgiel, gdzie się gotowało tę bieliznę, i [gdzie stał] bojler z wodą, ogromny zbiornik na wodę gorącą, jak się paliło w tej kuchni. I ten zbiornik pękł. Oczywiście moja mama była cała zalana tą wodą. Więc ten pan, nie wiem, kto to był, odbiwszy tę jedną cegłę, podał mamie zapaloną świeczkę, żeby mogła [coś widzieć]. Ale to nie wszystko, bo mama była zasypana zupełnie. Więc ja zobaczyłam tylko sytuację i pogoniłam natychmiast po tak zwaną służbę ratunkową. To była ekipa ludzi cywilnych zorganizowana w celu odkopywania zasypanych osób. Pamiętam, że już nie przez plac Inwalidów, bo oni nie chcieli iść absolutnie, ale był okop wzdłuż ulicy Krasińskiego, koło kościoła Świętego Stanisława Kostki, plac Wilsona, a dalej trzeba było iść już nie okopem. I ja, żeby skrócić drogę, to szłam prosto, oglądając się na nich, a oni co chwilę kucali w tym okopie. A mnie tak zależało, żeby jak najszybciej doszli. No, doszli w końcu, odkopali mamę. Teraz tak, mama wyszła stamtąd zupełnie siwa. Nie dlatego, że osiwiała, tylko nabite włosy tym strasznym kurzem. Zupełnie nieprzytomna w sensie szoku okropnego. [Wyszła] tylko z teczką, w której miała dokumenty i tam były jakieś najważniejsze rzeczy; i to tylko co na sobie. Zalana wodą zupełnie, mokra.
Przeprowadziłam mamę stopniowo na moją kwaterę, która była na piętrze, na ulicy Suzina. I słychać nadlatujące samoloty. Mama mówi: „No co, znowu bombardowanie?”. Ja mówię: „Nie, to pewnie w odwecie przylatują samoloty sowieckie”. Bomba upadła tuż za budynkiem, w którym była nasza kwatera. Budynek się zachwiał w posadach, ale nie runął. Moja mama chwyciła mnie za ręce i mówi: „Ja wiem, że ty mnie specjalnie tu przyprowadziłaś, żebym ja zginęła”. To już więcej nic nie będę mówić. To było, prawda…

  • A co się działo w tym czasie z pani siostrą?

Moja siostra miała zupełnie inny przydział i była o wiele młodsza ode mnie. Była na Powiślu. Była na Powiślu i tam, zdaje się, została zasypana, nawet dobrze nie wiem. Tam miała złamaną rękę. Nie miałyśmy żadnego kontaktu, kompletnie. Nie wiedziałyśmy, co się z nią dzieje. Potem została wywieziona do Norymbergi, zdaje się, na roboty, jako ludność cywilna. A ja powędrowałam do obozu z całą grupą z Żoliborza. Moja mama, nie wiem, jakiegoś Niemca [spotkała], też może z pochodzenia Ślązaka, bo się jakoś z nim dogadała, dała, zdaje się, jemu obrączkę mego dziadka, za sprowadzenie mojej siostry. I Niemiec się z tego wywiązał. Pojechał do Norymbergi i nie wiem, nie znam bliższych szczegółów, co, jak i dlaczego, ale przywiózł tą moją siostrę do mamy, która była wtedy w Częstochowie.

  • W jaki sposób zapamiętała pani Niemców?

Naprawdę nie wiem, jak odpowiedzieć, bo przecież chyba każdy ich tak samo pamięta. A zaraz, moment, chwileczkę... To, , co dałam opis rewizji u nas w domu, to było charakterystyczne, bo cała sytuacja to było zupełne przeciwieństwo tego, jak normalnie Niemcy się zachowywali.
Ja byłam wielokrotnie w sytuacjach takich, że jak przewoziłam broń, gazetki, to była blokada w tramwaju i wszystkich zabierali, na roboty prawdopodobnie. Raz było tak, że miałam torbę z bronią i na górze położone jarzyny surowe. No, prymitywny sposób ukrycia tego, co się niosło. To było chyba na Marszałkowskiej, koło placu Dąbrowskiego. W każdym razie miałam kartę pracy, jak każdy powinien mieć, tylko nie bardzo istotną, bo oni respektowali pewne zawody czy pewne prace, ale nie wszystkie. Jak było coś nie bardzo ważnego, to zabierali takiego osobnika na roboty do Niemiec, jeżeli na tym nie ucierpiała miejscowa instytucja niemiecka. Więc ja miałam, nie pamiętam, jakąś funkcję też oczywiście w tej karcie, ale myślę sobie: „Jest jedyna możliwość zaskoczenia Niemców tym samym, co oni nas”. Mianowicie, jak wszystkich wyrzucali z tramwaju, ja zaczęłam się rozpychać do tego wachmana, który stał pod karabinem i kontrolował wszystkich, z tą kartą pracy. Mówię dwa słowa, coś, że się bardzo śpieszę, czy coś w tym sensie, i pokazuje mu tak. To mu wystarczyło, nie patrzył, co tam napisane, i przeszłam. Więc były rozmaite sytuacje, że trzeba było, można było ich zaskakiwać.
Inna sytuacja, którą opisuję, była taka, że w Alejach Jerozolimskich (jeden z pierwszych budynków po prawej stronie, od placu Trzech Krzyży) trzeba było zlikwidować lokal, bo się „spalił”, coś nastąpiło. Nie znałam tego lokalu. Dostałam rozkaz, żeby się tam zjawić i pomóc w likwidacji. Pomoc w likwidacji polegała między innymi na tym, że mnie dano taką walizę, żebym ją przechowała. Waliza tak strasznie ciężka, że ledwo można było ją utrzymać. Przyjechałam tam po południu, późnym popołudniem, godzina policyjna była, ósma. Zanim to wszystko tam się uporządkowało i z tą walizą wywędrowałam na plac Trzech Krzyży na piechotę, do tramwaju, to już zrobiło się dosyć późno. To było późną jesienią, zmrok zapadał i myślę: „Jak ja dojadę na Żoliborz z tą walizą?”. Bo tylko w domu mogłam przechować ją, bo gdzie indziej.

  • I tylko pani sama była z tą dużą walizką?

Tak, tak. Więc uginając się z tą walizą, czekam na przystanku. Przyjeżdża tramwaj „dziewiątka”, obwieszona ludźmi z tyłu. Nawet nie ma mowy, żeby próbować samej wejść, bez walizy. Niedługo myśląc, ja tą walizę ładuję na platformę niemiecką, gdzie stoi oficer niemiecki i bardzo usłużnie mi pomógł tę walizę wciągnąć. Myślę sobie: „Jezus Maria, żeby on tylko nie…”. Powiedziałam: Danke schön. To wszystko, co mogłem powiedzieć. Ja tylko myślę, żeby on nie zaczął ze mną rozmawiać przypadkiem, bo to koniec. Nie zaczął. Widocznie jakaś Opatrzność czuwała nade mną. Dojechałam. I ja, jak na szpilkach cały czas stałam, bo przecież ktoś mógł wsiąść i przecież też, prawda… No nic, ale on wysiadł, ten oficer, gdzieś po drodze, a ja dojechałam na plac Wilsona przed samą ósmą. Już było pusto na ulicach, bo ludzie pilnowali tej godziny policyjnej, dlatego że Niemcy bez pardonu strzelali. No i ja miałam kawał drogi jeszcze na piechotę dojść do domu z tą walizą. Dotaszczyłam ją do domu i teraz jak ją schować. Ja nie pamiętam absolutnie – widocznie byłam tak rozemocjonowana – nie pamiętam momentu, jak mnie się udało tę walizę ukryć przed resztą mieszkańców, czyli przed rodziną. Nie pamiętam, bo nikt nie wiedział, że ja ją wtaszczyłam po bardzo niewygodnym wejściu na strych, po drabinie. Są pewne luki, gdzie widocznie napięcie jest tak ogromne, że człowiek nie pamięta. Nie wiem, jak ja sobie [poradziłam], ale w każdym razie ulokowałam ją na strychu. I ona tam przetrwała – to był czterdziesty trzeci rok, późna jesień – ona tam przetrwała do czasu, tuż przed Powstaniem ją zabrano, ale to za chwilę.
W Wielki Piątek w czterdziestym czwartym roku była ogromna blokada Żoliborza, całego Żoliborza, rewizje we wszystkich domach. Moja mama miała poważnie oparzoną rękę i nie mogła absolutnie ani gotować, ani nic zrobić. A zbliżała się Wielkanoc i chociaż symbolicznie trzeba było coś przygotować. U nas była kuchnia gazowa, angielska, że była na drzewo czy węgiel, to pół biedy, ale była na gaz. W ciągu dnia prawie nie można było nic ugotować, bo nie było ciśnienia, prawie nie było gazu. Natomiast w nocy poprawiała się sytuacja i można było. Więc ja w nocy, właśnie w ten piątek, Wielki Piątek, zajęłam się gotowaniem w nocy. I gdzieś koło piątej, pamiętam, że między innymi zrobiłam pięć kotletów, bo było, zdaje się, wtedy pięć osób do jedzenia. No więc zrobiłam pięć kotletów i tam jakieś jeszcze inne rzeczy, wszystko to położyłam na stole w kuchni. Koło piątej rano, jak byłam gotowa, żeby się przespać nastąpiło jakieś kołatanie do bramki, do ogrodu. Wychylam się w tym półmroku, widzę, że to Niemcy się dobijają. Pojęcia nie miałam, że jest blokada. To było akurat we czwartek, wychodziła prasa podziemna. Ja byłam między innymi kolporterką tej prasy, przywoziłam do domu ogromne stosy zapakowane i ode mnie z domu odbierano, różne osoby odbierały na poszczególne oddziały prasę, zresztą rozmaitego rodzaju, do rozmaitych ugrupowań. I taki stos prasy przywiozłam we czwartek do domu, „Biuletynów Informacyjnych” i innych gazetek. Szczęśliwie, że wszystkie łączniczki się zgłosiły po odbiór we czwartek. Tak że nie było w domu gazetek, z wyjątkiem kilku odłożonych. Mama położyła na toalecie, żeby przeczytać później. I jak Niemcy dobijali się do domu, to te gazetki stale tam leżały. Ja obudziłam mamę, mama te gazetki za dekolt do szlafroka i nic więcej nie można było zrobić, bo oni już, już… Trzeba było im drzwi otwierać. Przeskoczyli przez płot, bo się nie mogli doczekać, żeby im otworzyć bramkę. A ja jeszcze szczęśliwie byłam ubrana, nie rozebrałam się do spania Wpadli żołnierze, wpadli żandarmi i rozbiegli się po mieszkaniu. I za nimi wolno wszedł po schodach oficer, młody. Okazało się, że to oficer piechoty, nie żandarmerii, a to duża, duża różnica. Tak spojrzał, rozejrzał się dookoła i powiedział do żołnierzy: „A, to idźcie, ja sam zrobię rewizję”. Nie pamiętam, czy nastąpiło po tym, jak on sprawdzał dokumenty, czy przedtem, bo dokumenty zaczął sprawdzać jakoś ode mnie. Widocznie byłam najbliżej. I teraz ja podaję mu swoją kenkartę, on mówi: Schülerin?, czyli uczennica, a ja mówię: Oui – zamiast po niemiecku, to po francusku. Co mnie do głowy przyszło, to nie mam pojęcia. On pyta się: Parlez-vous français? Ja mówię: „Oui, ale moja babcia mówi o wiele lepiej”. Babcia była w domu, on zaczął z babcią konwersację. I zaczął konwersację tak jak ze znajomą, mówi: „A, ja właśnie przyjechałem z Riwiery Francuskiej, gdzie byłem na wakacjach. Tam jest już zupełnie inna pogoda” – i tak dalej. No, w ogóle sytuacja nie do przewidzenia tego typu, prawda. I wdał się w konwersację z babcią, po czym sprawdził dokumenty nas wszystkich. Ale u nas nocował między innymi kurier z Węgier, który miał fałszywe dowody i w ogóle przeszedł przez więzienie Montelupich w Krakowie i miał już na punkcie Niemców, prawda… No, w każdym razie obawiał się bardzo. I pamiętam, że obowiązywało zaciemnienie. Ponieważ już zrobiło się jasno na dworze, on stał, tę roletę podciągał, żeby poranne światło dotarło do wnętrza, i zielony zupełnie na twarzy. A ten Niemiec bierze jego dowody i tak patrzy. I to dosyć długo trwało w porównaniu do sprawdzenia nas wszystkich, no ale oddał jemu te dowody. „Teraz – mówi – to zrobię rewizję”. Zajrzał pod wieko fortepianu i zamknął. Otworzył drzwi szafy i zamknął. Wyciągnął szufladki z toaletki mamy i też zamknął. I mówi: „To dziękuję, do widzenia”. To było tak nieprzewidziane, że myśmy też były w szoku kompletnym, pozytywnym, ale szoku. Przecież to nie tylko negatywne. Więc sytuacje bywały bardzo różne.
  • Proszę powiedzieć, jaka atmosfera panowała w Warszawie na początku Powstania? W jaki sposób ludność cywilna przyjęła wybuch Powstania?

Rozmaicie, bardzo rozmaicie. Otóż w czasie wojny na parterze naszego domu mieszkał młody inżynier elektryk z żoną i z dwojgiem dzieci małych...
Aha, jeszcze zapomniałam powiedzieć – jak ta rewizja miała miejsce, to tam Żydówka ukrywała się na dole, u tych właśnie państwa, którzy mieszkali tam. Więc jakoś wszystko cudownym trafem... Aha, a na Żoliborzu wtedy zabrali masę, masę, szczególnie młodych mężczyzn, w tym kilku moich znajomych koleżanek braci, z których w ogóle żaden nie wrócił. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Więc sytuacja nie była łatwa.
W czasie Powstania ja z ludnością cywilną prawie w ogóle nie miałam do czynienia, bo stale byłam w akcji, w ogóle stale byłam zajęta. Jak nie w łączności, to co innego robiłam, [na przykład] przenosiłam rannych do szpitala, co dla mnie też nie było takie łatwe. No ale w pewnym momencie usłyszałam, że filia elektrowni, taki był budynek na Felińskiego, właśnie związany z elektrownią, że potrzeba tam jakiegoś specjalisty elektryka. Przypomniałam sobie o tym lokatorze na dole. Poszłam, podałam po prostu jego nazwisko i adres, i jego zatrudnili. On nie należał do konspiracji, bo po prostu miał małe dzieci i się o nie bał, ale się później wciągnął i był pożyteczny. Ale nie mogę nic więcej powiedzieć o ludności cywilnej mojej dzielnicy, bo nie byłam świadkiem żadnych drastycznych scen.

  • Czy może pani sobie przypomnieć jakąś pani najbardziej niebezpieczną akcję w czasie Powstania Warszawskiego?

No więc to było tam na tej Włościańskiej. To nie był łatwy dyżur, bo był ostrzał cały czas i kilka pocisków trafiło w budynek, w którym ja byłam, ale jakoś wyszłam cało. Chyba podczas Powstania było mniej… [przerwa w nagraniu]. [Szłam] okopem koło kościoła Świętego Stanisława i miałam narzucony na sobie płaszcz z takim futrzanym kołnierzem. Podjechał czołg z ulicy Felińskiego i oddał wystrzał. Odłamki się oczywiście rozprzestrzeniły. Zwykle pocisk idzie po paraboli, więc jak upadł gdzieś tam, to ja nie oczekiwałam, że to jakoś mnie dotknie. Ale w pewnym momencie czuję, że coś mnie swędzi w szyję. I tak tutaj po tym kołnierzu, pod tym kołnierzem wyjmuję odłamek. On nie swędział, tylko oparzył mnie trochę, zsunął się po tym kołnierzu. Nie było żadnego śladu, w ogóle nie zranił mnie, ale to był zabawny moment, prawda, w pewnym sensie.
A drugi raz stałam w kolejce z wiadrami po wodę na ulicy Suzina, z wiadrami po wodę ze studni, bo już nie było (przecież wodociągi nie działały), i był też ostrzał artyleryjski z Bielan, prawie nieustanny. A na dnie tego lewego wiadra miałam trochę wody i słyszę, że coś zasyczało, jakoś tak charakterystycznie. Odłamek z dużej odległości wpadł do wiadra obok mnie, właściwie do tej wody, resztki. Czy ja wiem, co jeszcze...

  • Czy była pani uzbrojona?

Nie, nie, nie. Koleżanki miały ogromne ambicje, żeby posiadać broń. Ja niekoniecznie, bo nie potrzebowałam specjalnie tego i nie miałam takich ambicji, nie. Owszem, miałyśmy pokazy, jak się odchodzić z bronią. Do dzisiaj nic z tego nie pamiętam, bo mnie to naprawdę nie interesowało.

  • Wspominała pani, że przynosiła niektóre rzeczy w torbie.

A, to co innego przenosić, a co innego używać.

  • A co pani jeszcze przenosiła?

Przede wszystkim prasę. To przywoziłam stale i ciągle. To były ciężkie paki i za duże jak na konspirację, ale po prostu taka była konieczność, że nie można było sobie pozwolić. Nie było nadmiaru ludzi, a był nadmiar pracy, można powiedzieć. Ja miałam dwa archiwa, można to tak określić, najrozmaitszych partii, które wtedy przecież też istniały, i wydawnictw literackich, bo takie również bywały. Drukowano poezję, drukowaną rozmaite nowele nawet. Ja miałam jedno archiwum właśnie w naszej piwnicy, jak była ta kuchnia na węgiel, w piecyku. W piecyku i on był zastawiony czymś tam. I nie wiem, to musiało ocaleć, przypuszczam, podczas tego [nalotu], jak był dom zbombardowany. Bo owszem, gruz opadł, ale na pewno ktokolwiek potem odgruzowywał, to myślę, że to znalazł. Chociaż... no nie wiem, nie wiem. A drugie miałam na Chłodnej, u Sióstr Zmartwychwstanek, na poddaszu, gdzie tam nikt nie zaglądał. Na poddaszu były takie drewniane belki wspierające dach i wiem, że znalazłam gdzieś tam zakamarek taki dosyć duży, gdzie mogłam to lokować. Też oczywiście zakonnice o tym nie wiedziały i ja do końca też nie wiem. Budynek przestał istnieć, więc to nie ocalało, niestety. Szkoda, bo to byłby ładny zestaw wszystkiego. Ja miałam dostęp właśnie do prasy, więc korzystałam z tego i starałam się to zachować. Jedną gazetkę właśnie świeżą, z Powstania, 4 września, właśnie świeżo oddałam pani Pawelec w Muzeum. Bo jeszcze znalazłam wśród swoich różnych szpargałów.

  • Czy dowiedziała się pani, co było w tej dużej walizce?

Aha, zaraz. No więc dopiero przed... Rewizję ta walizka przeszła, rodzina nic nie wiedziała. Dopiero przed samym Powstaniem, chyba w lipcu, ktoś się zgłosił po walizę. I wtedy się okazało, że ona była pełna dolarów amerykańskich. Nie broni, tylko dolarów. I też były takie ciężkie, prawda, papier. No więc to…

  • I pani szła z tą walizką sama przez pół miasta.

Tak, ale że ona przeszła też, że ona ocalała, to przecież ja nie mogłam za to gwarantować. No więc na tym strychu działy się też różne rzeczy. Przed wojną tam wieszano bieliznę, jak we wszystkich strychach warszawskich, a podczas wojny moja siostra dostała raz w prezencie króliki. Króliki, które miały klatki najpierw w ogrodzie latem, a zimą nie wiadomo, co było z tym zrobić, więc ulokowano króliki na strychu. Króliki przegryzły w końcu klatkę i zaczęły uganiać się po całym strychu. Ile tam się tych królików rozmnożyło, pojęcia nie mam. Nikt ich nie zabijał oczywiście, więc pewnie zginęły w czasie bombardowania.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, czy w czasie Powstania uczestniczono w jakiś sposób w życiu religijnym, czy były jakieś nabożeństwa? Jak wyglądało życie religijne?

Przede wszystkim życie religijne było bardzo intensywne przed Powstaniem, cały czas. Ja miałam bardzo bliski kontakt z dwoma księżmi, jezuitami, którzy organizowali dla młodzieży różnego rodzaju spotkania na bardzo wysokim intelektualnie poziomie. Jeden z naszych księży, z ojców to był ojciec Tomasz Rostworowski, który potem był kapelanem akademickim w Łodzi po Powstaniu. Zresztą spędził we Wronkach, w więzieniu we Wronkach, razem z mężem mojej przyjaciółki, znaczy w tym samym więzieniu, szereg lat. Drugim [księdzem] to był ojciec Stefan Śliwiński, z którym miałam mniej do czynienia i nie wiem, co się z nim stało. Trzeci, jezuita, ojciec Józef Warszawski (figurował potem jako „Paweł”, „Ojciec Paweł”, to był jego pseudonim w czasie Powstania), miałam z nim kontakt, aż do jego śmierci. To znaczy, on później był w Niemczech w obozie. Będąc w obozie, po uwolnieniu już przez Dywizję Pancerną generała Maczka, przyjeżdżał do naszego Oberlangen.
Potem miałam z nim kontakt osobisty w Anglii. Potem ja pojechałam do Argentyny, a ojciec Warszawski był kierownikiem Radia Watykańskiego przez długie lata. Później w drodze z mężem do Kanady, jak zahaczyliśmy o Włochy, to [...] byłam zaproszona do polskiej ambasady na obchody 3 maja. Wtedy był ambasador Papée w Watykanie. Moja kuzynka, która z nami była, mówi: „Wiesz, będzie ojciec Warszawski tam”. Ja wchodzę do tej sali, widzę że ojciec Warszawski stoi tyłem, z kimś rozmawia. Więc ja tak stanęłam za nim, myślę sobie: „Ciekawe, czy on mnie pozna po ilu tam, pięciu czy sześciu latach”. A on się odwrócił i pyta się: „Wanda, co ty tu robisz?”. No więc takie było... A potem odwiedzałam go we Włoszech, ile razy byłam, i w Warszawie. Bo jak jezuici doszli do wniosku, że już nie będą mieli z niego pociechy – to jest mój komentarz – nie będą mieli z niego pociechy, bo już był schorowany i starszy, wysłali go do Polski z powrotem, jak Polska odzyskała niepodległość. Więc tutaj był u jezuitów na Rakowieckiej i tam go odwiedzałam. Był bardzo zmizerniały. Mówił: „Już czas odchodzić. Już wam podać dziewięćdziesiąt lat”. I następnym razem już go nie było. Na Powązkach jest [pochowany] w grobie jezuitów. Mam cały szereg książek z jego dedykacją, bo on pisał. Tak że mam te książki jego, zawsze mi przysyłał. Bardzo, bardzo... on był szalonym patriotą. On się urodził w Niemczech, w rodzinie pewnie emigranckiej, na pewno nawet. Nie pytałam się nigdy jego o rodzinne sprawy. Ale jak był w Polsce, był u jezuitów, był ogromnym patriotą, ogromnym, nawet takim bardzo radykalnym.

  • Chciałam jeszcze na koniec zapytać, co się z panią działo po zakończeniu Powstania Warszawskiego?

No, więc Niemcy nas wywieźli do… Przede wszystkim też może sytuacja była ciekawa. Ja z ostatnim meldunkiem… Zakres działania całego „Żywiciela” coraz bardziej się zmniejszał. Wreszcie dowództwo wylądowało w tak zwanych Szklanych domach, na rogu Mickiewicza i Bohomolca, i tam już było zupełnie tragicznie pod każdym względem. I nie wiem dlaczego, przecież to beznadziejna sprawa, mnie wysłano z meldunkiem przez… Pamiętam, szłam przez plac Lelewela i ugrzęzłam w szpitalu na Krechowieckiej, dlatego że już dalej nie można było iść, bo były placówki niemieckie, o czym dowództwo musiało wiedzieć. No nie, to była trochę beznadziejna [sprawa]. I ja po trzech dniach, trzech dobach, trzech dobach niejedzenia i niespania, byłam zupełnie półprzytomna. Tam w podziemiach na Krechowieckiej był szpital, zresztą bardzo dobrze postawiony, no i leżeli ranni. Więc [pracowano] przy świeczkach już, bo nie było innego…

  • Oświetlenia.

Innego oświetlenia. I koleżanki z sanitariatu jak mnie zobaczyły, mówiły: „Ach, świetnie, że przyszłaś. To ty będziesz teraz miała dyżur, bo my jesteśmy zupełnie wykończone. Nie spałyśmy i tak dalej”. Ja mówię: „Słuchajcie, ja nie umiem się obchodzić z rannymi, po pierwsze. Poza tym sama też ledwo żyję”. – „Nie, nie, nie. Tylko tu usiądziesz i nic nie będziesz robić, tylko najwyżej komuś podać basen i nic nie potrzeba. A my się trochę prześpimy”. Posadziły mnie na stołeczku przy stoliku, przy tej świecy i ja tak walczę ze snem, ale nie bardzo jestem przytomna. I nagle słyszę głos: „Wandziu, Wandziu. Wandziu, Wandziu”. Myślę sobie: „To mnie się chyba śni, bo kto mnie może tutaj wołać”. Ale głos się powtarza. Podeszłam w tym kierunku, skąd słyszałam głos, i widzę, bo to wszystko na ziemi przecież leżało towarzystwo… Kogo ja widzę? Irkę Goldmanównę, Żydówkę, moją koleżankę z pierwszej klasy gimnazjum od Piłsudskiej. Ona mnie z daleka poznała. No więc ja od razu otrzeźwiałam. A ona w tej pierwszej klasie gimnazjum bardzo jakoś do mnie przylgnęła i odprowadzała mnie do domu jakoś, nie wiem dlaczego. Zresztą to była inteligencka rodzina. Jej rodzice byli po studiach w Szwajcarii, mieszkali tuż obok [klasztoru] Sióstr Zmartwychwstanek, bo ona mnie tam zapraszała do siebie do domu. Moi rodzice byli raczej nastawieni... No, nie to, że negatywnie, ale jakoś nie doszło do tego, żebym ja ją do domu zaprosiła. W każdym razie Irka mi opowiedziała swoje losy, jak rodzice – była jedynaczką, była do Żydówki podobna – jak rodzice ją koniecznie chcieli ocalić. Więc umożliwiono jej ucieczkę z tego getta i ona trafiła w ręce AL-u. Mówi: „No, jak trafiłam do nich, to oczywiście do nich dołączyłam, siłą faktu”, do tej Armii Ludowej. Tak że była w Armii Ludowej. A Armia Ludowa znaczy konkretnie tak zwani „Czwartacy”… To była kompania „Czwartaków” pod dowództwem Leszka Kobylińskiego, który był moim kuzynem dalszym. Oni przyszli kanałami ze Starówki na Żoliborz. Ja Leszka spotkałam na ulicy Suzina, otworzyłam szeroko oczy i już byłam gotowa do przywitania się z nim serdecznie, patrzę, on ma opaskę za AL-em. I pamiętam, że dosłownie ręce mi opadły. Opaska, był w AL-u. No bo to były dosyć drastyczne różnice, o ile państwo wiedzą. Więc zaniemówiłam dosłownie i tak rozstaliśmy się. Dopiero go spotkałam potem w Gdańsku, gdzie był profesorem, komandorem Marynarki, profesorem na Politechnice. I w ogóle tak dziwnie się układa życie, prawda. Ale wracając do Irki, ona mi opowiedziała swoją historię. Mówi, że brała udział w różnych akcjach i podczas Powstania została ranna i dlatego była w tym szpitalu. Ona skończyła opowiadanie, to było nad ranem, alarm. W szpitalu Niemcy zajęli szpital i zaczęli nas wyrzucać wszystkich z tego szpitala, którzy byli na nogach. Co się z Irką stało, nie mam pojęcia. Bo nie wiem, co się stało z tym szpitalem, bo niektóre szpitale, na Starówce szczególnie, Niemcy zlikwidowali później. Wrzucali granaty i wszystkich rannych wysyłali na tamten świat. Co się stało z Irką, nie wiem. Ale spotkania były też przedziwne.
No więc potem, jak Niemcy zajęli budynek na Krechowieckiej, ja straciłam kontakt ze swoim dowództwem. Wszystkich wypędzano i maszerowaliśmy do Pruszkowa, gdzie w takiej hali fabrycznej spędziliśmy noc na cemencie, na podłodze cementowej. A potem... Ja to słabo pamiętam, bo byłam zupełnie półprzytomna ze zmęczenia i niewyspania, ale potem, nie wiem, po jakim czasie, czy to po jednej dobie, czy myśmy tam były dłużej, załadowano nas do wagonów ciężarowych. Tak że nie można było usiąść, tak ciasno. Nic, nawet w kucki nie można było usiąść, i wywieźli nas do obozu. To trwało trzy dobry chyba. Przywieźli nas do Berlina. Znaczy przejeżdżaliśmy przez Berlin, akurat było bombardowanie. Pociąg stanął, wachmani uciekli. No ale naszego pociągu nie zbombardowano. Dojechaliśmy tak do Altengrabow...

Warszawa, 2 sierpnia 2014 roku
Rozmowę prowadziła Paulina Grubek
Wanda Kossobudzka Pseudonim: „Wrzos” Stopień: plutonowy, łączniczka, telefonistka Formacja: Obwód II „Żywiciel”, kompania sztabowa, pluton 228 Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter