Władysław Aniołek „Kot”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Władysław Aniołek.

  • Proszę opowiedzieć, co pan robił zanim wybuchła II wojna światowa.


Przed wojną chodziłem do szkoły podstawowej, którą skończyłem w 1939 roku. Moja szkoła podstawowa weszła do historii. Była to szkoła przy ulicy Skaryszewskiej. W 1939 roku została zajęta przez Niemców. Był to obóz przejściowy dla tych, którzy zostali złapani w Warszawie, i [mieli być] wywożeni do Niemiec. [Okupanci] zajęli tę szkołę, ponieważ od ulicy Lubelskiej (na której zresztą mieszkaliśmy) był techniczny wjazd na Dworzec Wschodni. To było zaledwie kilkaset metrów od szkoły i dlatego później zamknęli ulicę i przepędzali wszystkich na Dworzec Wschodni, skąd [ludzie] byli wywożeni. Moja szkoła przez całą okupację była historyczną szkołą – zresztą nawet w piosenkach jest wymieniona ulica Skaryszewska.

  • Jak pan zareagował, kiedy Niemcy wkroczyli do Warszawy?


Tak się złożyło, że akurat w 1939 roku nie było mnie w Warszawie. Byłem na wakacjach w okolicy Grójca, [gdzie] mnie zastała wojna, tak że z Niemcami spotkałem się podczas wakacji. Byłem na wakacjach jako harcerz… tylko w harcerskim mundurku… nic nie miałem ze sobą. [W Warszawie] mieszkaliśmy przy ulicy Lubelskiej, w pobliżu Dworca Wschodniego. W czasie bombardowań budynek został zbombardowany, spalony. Spalił się nasz cały dobytek. Zostaliśmy bezdomni, a ja zostałem w moim harcerskim mundurku – [to było] całe moje ubranie.

  • Gdzie państwo zamieszkali?


Myśmy przenieśli się na Mokotów, na ulicę Wiktorską. Mieszkała tam siostra mojej mamy i nas przyjęła, i razem mieszkaliśmy. Mieszkanie było jednak za małe na tyle osób – moja ciotka miała sześcioro dzieci, ich dwoje [dorosłych], to jest osiem; nas było pięć osób (bo było trzech braci), to już jest razem [trzynaście] osób. Poza tym była jeszcze ciotka z Furmańskiej, która też była pogorzelcem, i jeszcze jedna [kobieta], tak że w jednym pomieszczeniu było nas kilkanaście osób. Nie było nawet gdzie położyć się w nocy. Ojciec mój pracował w przedsiębiorstwie budowlanym – to było przedsiębiorstwo braci Skompskich. Mieli swoje biuro na ulicy Asfaltowej, a prócz tego budowali pięć budynków mieszkalnych – trzy budynki na ulicy Asfaltowej i dwa budynki na ulicy Opoczyńskiej. Ojciec załatwił z dyrektorem, że mogliśmy się przeprowadzić i zamieszkać na budowie. To były spartańskie warunki, bo to był budynek [w stanie surowym], tylko ściany i stropy, nie było nawet ścianek działowych na górze (tylko na parterze było parę ścianek działowych). Myśmy się przeprowadzili i zamieszkali w pakamerze robotniczej. Pakamera robotnicza to było jedno pomieszczenie… Okna nie było jeszcze w ogóle, tylko [otwór] zabity deskami i małe okieneczko, pół metra na pół metra. Nieotynkowane, goła ściana, beton. Budynek nie był podłączony do prądu ani do wody. Całą okupację żeśmy tam przemieszkali, ponieważ Niemcy zatrzymali wszystkie budowy. Woda była w piwnicy, warunki były ciężkie. Po wodę [pitną] musieliśmy chodzić na koniec ulicy. Pierwszy rok mieszkaliśmy w pakamerze w taki sposób: była zrobiona tak zwana koza (czyli metalowa, dwufajerkowa kuchenka) i przez całe pomieszczenie [była] przeprowadzona rura wyciągnięta na zewnątrz. Dzisiaj nie byłoby możliwości, żeby mieszkać w takich budynkach, bo zmieniły się warunki budowy. Obecnie na budowie mało jest używa się drewna, a wówczas drewna dużo używali, bo [cała] konstrukcja… podstemplowanie do stropów było robione z drewna, tak że drewna było dość dużo i myśmy z tego drewna korzystali.

  • Z czego pan się wtedy utrzymywał? Gdzie pan pracował?

 

Mając niecałe piętnaście lat, zacząłem pracować w warsztacie usługowym, ślusarskim; [przeprowadzaliśmy] konserwacje instalacji domowych. Później zacząłem pracować na budowie (w firmie Skompski) jako robotnik. Czyściliśmy cegły z rozbiórki. Później pracowałem jako chłopak pikolak w kawiarni. To była słynna, przedwojenna kawiarnia „Ziemiańska” [znajdująca się] w Alejach Ujazdowskich naprzeciw ambasady (teraz jest tam nowy budynek, chyba też restauracja). To było ciekawe, bo to była niemiecka kawiarnia – [została] przekazana folksdojczowi, który miał Polkę za żonę ([ta kobieta] nie umiała w ogóle niemieckiego). Tam pracowałem w szatni… Jak to się mówi – pikolak do wszystkiego. Papierosy podać – na takich usługach… Pracowałem tam razem z państwem Czyżewskimi. Jadwiga Czyżewska i jej mąż – bodajże to byli rodzice słynnej aktorki Elżbiety Czyżewskiej. Dostałem się tam do pracy, ponieważ stryj Czyżewskiej (aktorki) był moim chrzestnym ojcem. Tam pracowałem dość długo.


  • Aż do Powstania?


Nie, nie do Powstania.

Miałem tam przygody, bo mieszkaliśmy na ulicy Asfaltowej i często chodziłem w nocy. Miałem przepustkę nocną i musiałem chodzić na piechotę aż na koniec Rakowieckiej. Przechodziłem przed [siedzibą] gestapo, które mieściło się przy alei Szucha. Kiedyś przechodzę w nocy, zatrzymuje mnie wartownik. (U nich w nocy nie stali na warcie tak jak w dzień, tylko chodzili sobie w kożuchu, a buty mieli ze słomy nakładane, bo to była zima). Wartownik pyta o przepustkę. Miałem przepustkę ważną do drugiej w nocy, a gdy przechodziłem, to akurat było parę minut po drugiej. Niemiec – parę słów potrafił powiedzieć po polsku – tłumaczy mi, że jest niedobrze, bo: „przepustka jest do dwa, a teraz jest po druga”, więc nie może mnie puścić. Zatrzymał mnie. Stałem chyba ze dwie godziny w budce wartowniczej, zmarzłem, widziałem, jak przywozili na gestapo różnych więźniów, [których] ciągnęli jak worki kartofli. Przesiedziałem tam do zmiany warty, zabrali mnie do środka, na wartownię. Tam było bardzo ciepło, to się rozgrzałem, usnąłem. Nie wiedziałem, co będzie dalej. Rano budzi mnie jakiś Niemiec i pyta się, co tu robię (po polsku mówił). Zacząłem mu tłumaczyć. Znalazł moją przepustkę i zwolnili mnie do domu. Druga, ciekawsza przygoda – to już była pora letnia, zatrzymuje mnie Niemiec, dość daleko odszedł od swojego punktu wartowniczego. Pytam się, czy dać przepustkę, a on mówi: „Nie, nie”. Mówi: Komm mit, żebym szedł z nim. Prowadzi mnie do jezdni, a na jezdni leży pijany człowiek z rowerem. [Niemiec] mówi, że kolega za dużo sobie wypił, żebym go zabrał i zaprowadził do domu. Tak że dwie przygody były – jedna przykra, druga [weselsza].

 

Później skończyła się moja praca, bo właściciel strasznie pił i przepił po prostu kawiarnię. Ale miał dwie kawiarnie: kawiarnię w Alejach Ujazdowskich i restaurację na Podwalu. Kawiarnia splajtowała, wykupił ją ktoś inny. Myśmy się przenieśli do pracy na Podwale. Tam pracowałem dość długo. Niemcom nie wolno było wchodzić, ale w nocy przychodzili Niemcy na zabawę, bawili się całą noc. Później pracowałem na ulicy Leszno, przy Okopowej. Była firma, która się nazywała Wytwórnia Siatek Drucianych. Zacząłem tam pracować w rzadko spotykanym zawodzie – tkactwo metalowe. Nauczyłem się tkactwa, ale metalowego. Robiliśmy siatki, [na przykład] młyńskie siatki. [W tej firmie] pracowałem już do Powstania.



  • Kiedy zetknął się pan z konspiracją?

 

Z konspiracją zetknąłem się w 1943 roku. Za okupacji chodziłem jeszcze na międzyszkolne spotkania. Śpiewałem w chórze – chór międzyszkolny. Tam poznałem kolegę, który już był w konspiracji i wciągnął mnie do konspiracji. [Kolegą tym] był Janek Kruszewski.

  • Czy brał pan udział w akcjach dywersyjnych, sabotażowych?


W takich akcjach nie brałem udziału, ale brałem udział w poważnej akcji. To był 1943 rok. Na ulicy Narbutta róg Alei Niepodległości też były budynki niewykończone, sąsiadujące z naszym budynkiem (Asfaltowa 4). [W budynkach tych] był konspiracyjny magazyn broni. Magazynu pilnował dozorca posesji, Leon Gruszczyński. (Przyjaźniliśmy się z nimi jako sąsiedzi.) Magazyn został zdradzony. Pewnego dnia przyjeżdża kilka bud niemieckich z żołnierzami, obstawiają domy przy Narbutta róg Niepodległości, róg Asfaltowej, nasz dom. Wpadają, szukają broni. Pytają się pana Gruszczyńskiego, gdzie jest broń. Mówi: „Tu nie ma żadnej broni”. Jeden z Niemców, mówiący po polsku, zdejmuje czapeczkę i [mówi]: „Panie Gruszczyński, jak to nie ma broni? Przecież ja ją tu przywoziłem”. Już nic nie mógł poradzić, ale nie zdradził. Tłumaczył, że nie ma tu broni. Niemcy rozbijali ściany w budynkach, a ponieważ był to nowy budynek i wnętrze jeszcze nieotynkowane – w pewnym miejscu była ściana reperowana i Niemcy się zorientowali, że tu musi coś być. Rozbili reperowaną ścianę i znaleźli tam broń. Znaleźli granaty, pistolety, stację nadawczą. [Gruszczyńskiego] wozili na gestapo, tłukli go, ale ani on, ani żona, ani dzieci nie zdradzili, gdzie broń jest schowana, bo główny magazyn nie był wykryty. Jego żona, pani Józefa Gruszczyńska, powiedziała mojemu bratu, żeby zawiadomił, że broń trzeba zabrać. Było zorganizowane wywiezienie broni. Do naszego mieszkania przyszedł pan Juchnicki z batalionu „Baszta”. Nocował u nas i w nocy myśmy broń stamtąd przenieśli przez podwórze do naszego mieszkania, [a następnie] na budowę, i tam żeśmy [ją] ukryli. Na drugi dzień dopiero została przewieziona broń w określone miejsce. Jest to opisane w książce „Mokotów’44” (na stronach 109 i 110 jest relacja o całej akcji).

 

  • Proszę opowiedzieć, jak wyglądały szkolenia w konspiracji?


Myśmy mieszkali w budynku jako jedyni lokatorzy (zresztą to była budowa, właściciel budynku skorzystał, że myśmy tam mieszkali całą okupację). Było to bardzo dobre miejsce na konspirację. Skorzystała „Baszta”, ponieważ brat należał do „Baszty” (ja nie należałem, bo brat nie chciał mnie tam wciągnąć). Tam się odbywały zebrania konspiracyjne. Przychodzili… Tu budowa – nikt nie pilnował, nikt nie mieszkał po sąsiedzku. Było całe szkolenie. Nawet na strychu było nawet ostre strzelanie, była tarcza. Zabudowane, cisza, nie było nigdzie słychać wystrzału. Stamtąd był nawet wymarsz całej grupy na Powstanie. Ponieważ brat nie chciał mnie wciągnąć do „Baszty”, jak były zebrania szkoleniowe, chodziłem na ulicy jako czujka, pilnowałem, żeby w razie czego dać znać, żeby się mogli rozejść. Zostałem wciągnięty [do konspiracji] przez Janka Kruszewskiego i składałem przysięgę… (Nie pamiętam ulicy, ale to było na południe od Alej Jerozolimskich.)

Wyczekiwanie na Godzinę „W” miałem przy ulicy Hożej 40. Był teatrzyk na podwórzu i stamtąd mieliśmy wyjść na Powstanie. Mój rejon działania miał być w miejscu mojej pracy, czyli na Lesznie w okolicach Żelaznej, [gdzie] było główne wejście do getta. Niestety, jak wyszliśmy, żeby [dotrzeć] na punkt naszego ataku, już nie można było się poruszać po Warszawie, bo Marszałkowska była pod ostrzałem, już były walki. Dopiero przez Kruczą, Bracką, dotarłem do ulicy Chmielnej i Szpitalnej. Tam już też były walki i nawet mój kolega – Tadeusz Szafrański – zdobył tam pierwszy broń, bo któryś padł, został zabity, a miał pistolet maszynowy Błyskawicę, konspiracyjnej produkcji. Ja nie miałem wtenczas broni, bo nie dotarliśmy… Pierwszą noc spędziliśmy przy ulicy Szpitalnej róg Chmielnej, [gdzie] była szkoła tańca braci Sobiszewskich. Był tam oddział (chyba egzekutywa) i pierwszą noc tam spędziliśmy. W nocy zajęliśmy sąsiedni budynek przy Szpitalnej 4, [gdzie] była apteka. W aptece robiliśmy butelki zapalające, korzystając ze spirytusu i innych palnych materiałów.

Na Szpitalnej pod [numerem] 6 był piętrowy budynek (jak się okazało później, [zbudowany] z muru pruskiego). Mieścił się między dwoma wysokimi budynkami. Szpitalna 4 to był dom Wedla, wybudowany przed samą wojną, czyli nowoczesny budynek (stoi do dzisiaj). Na rogu Górskiego był drugi budynek Wedla (do dzisiaj jest tam sklep wedlowski i pijalnia czekolady). [W budynku przy Szpitalnej 6] mieliśmy na pierwszym piętrze swoje stanowisko przeciwczołgowe. 2 sierpnia rano nasza grupa (z kolegami od braci Sobiszewskich i jeszcze innymi) zaatakowała szkołę na Górskiego 2. To była szkoła imienia Górskiego, mieszcząca się przy ulicy Górskiego. Tam byli własowcy i szkoła tego samego dnia została zdobyta. Niemcy niemalże uciekli, u nas nie było strat żadnych. Jeden sam się postrzelił, bo kolbą karabinu zaczynał wyważać drzwi; [karabin] był naładowany i wystrzelił. Ale bez strat [szkoła] była zajęta.

Jeszcze tego samego dnia [nasza] grupa – nie pamiętam pod czyim dowództwem – przez szkołę Górskiego i inne posesje dotarła do banku przy ulicy Wareckiej, [stojącego] na wprost Poczty Głównej. Wdarliśmy się do banku przez okna. Wejście do banku było na wprost bramy głównej i stamtąd ostrzelaliśmy Niemców, którzy nie mieli żadnego ostrzału, i kilku ich zginęło w bramie. Później myśmy się wycofali. Tego samego dnia, od rana, była atakowana Poczta Główna – od strony [ulicy] Wareckiej i od Prudentialu, czyli od [ulicy] Moniuszki. Wielokrotnie była atakowana i Niemcy nas odpierali, a nawet były momenty, że wywieszali białe flagi, że się poddają. Jak nasi chłopcy wyszli, to [Niemcy] flagi chowali i ostrzeliwali – po prostu oszukiwali w ten sposób. Ale Poczta była już tak otoczona, że nie mieli wyjścia i żądali pomocy. Podjechało kilka czołgów, przewozili Niemców z Poczty Głównej ulicą Warecką do Nowego Światu. Jeden z czołgów, nieduży, (właściwie nie czołg, tylko działo szturmowe, pancerne) wjechał w ulicę Szpitalną. Tu został obrzucony butelkami zapalającymi i podpalony. Niemcy pouciekali z czołgu, zostali zabici. Po jakimś czasie czołg został uruchomiony i zaczął się wycofywać. Został „wykończony” i został na ulicy Szpitalnej.

Dalej żeśmy robili atak na Pocztę Główną i po południu Poczta Główna została zdobyta. Tam zaopatrzyłem się w broń, a między innymi – ciekawa rzecz – zdobyłem, właściwie wyfasowałem, pelerynę pocztową. To była przedwojenna, pocztowa peleryna. Mam nawet zdjęcie, które znalazłem w albumie po Powstaniu. To jest zdjęcie zrobione na ulicy Brackiej 20, jestem w pelerynie. Nawet doszedłem do tego, kiedy to zdjęcie było zrobione. Świadczą o tym dwa elementy znajdujące się na tym zdjęciu – peleryna i kolega siedzący na krześle. Peleryna była zdobyta 2 sierpnia po południu, czyli zdjęcie mogło być robione późnym popołudniem 2 sierpnia. Siedzący kolega, Maciej Lubicz, zginął 4 sierpnia w sąsiedniej bramie (Bracka 22) około południa. Wniosek jest [taki], że zdjęcie mogło być robione najwcześniej 2 sierpnia po południu, albo 3 czy 4 sierpnia do południa. Przypuszczam, że to był 3 sierpnia.

  • Jaką miał pan broń?

 

Miałem pistolet Vis, bardzo dobry pistolet. Używaliśmy jeszcze innej broni, bo mieliśmy broń osobistą, zdobytą). Mieliśmy różne bronie – pistolety, nawet ze zrzutów mieliśmy przeciwpancerne pociski, tak zwane PIAT-y.



  • Czy przyjmował pan taki zrzut?

 

Tak. W okolicach placu Napoleona podjęliśmy zrzut. Muzeum Powstania Warszawskiego wydało w zeszłym roku przewodnik informacyjny i tam jest umieszczone zdjęcie, które zrobiono na ulicy Górskiego, gdy nieśliśmy cały zdobyty zasobnik. Ze spadochronów, [jak wychodziliśmy] do niewoli, uszyli nam bieliznę – króciutkie spodenki i koszule z nylonu. Dość ciepło nawet było [w tej bieliźnie], bo jak się [ją] założyło na gołe ciało, to powietrze nie miało [z ciałem] kontaktu, była jako izolator, a w dodatku robactwo się nie trzymało i łatwa była do prania.

  • Czy byli panowie powiadomieni o zrzucie?


Było powiadomienie. Były radiowe, umówione znaki. Były jeszcze znaki robione na ziemi – zapalało się światła w różnych formach, na przykład w formie krzyża. Na placu Napoleona można było takie światła ustawiać. Z latarkami chodziliśmy, zrzuty były robione w nocy.



  • Proszę opowiedzieć o innych akcjach zbrojnych podejmowanych przez pana oddział.

 

Zdobywaliśmy „Cafe Club”, budynek znany za okupacji, bo tam była duża restauracja, kawiarnia, zajęta dla Niemców – to było Nur für Deutsche. Tam kiedyś nawet za okupacji był atak, że wrzucono bomby [do środka] i zginęło kilku Niemców. To był budynek na wprost budynku bankowego BGK, czyli Banku Gospodarstwa Krajowego. BGK był na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, a naprzeciwko był „Cafe Club”. Myśmy ten budynek zdobywali. Cały rejon, właściwie od Marszałkowskiej do Nowego Światu, był w naszych rękach. Jedynie ten budynek narożny zajmowali Niemcy. Atak był zrobiony w ten sposób, że od strony Brackiej, przez ruiny kina „Colloseum”, weszła grupa minerów; były przygotowane dwie miny wielkości drzwi, były zrobione krzyżaki i były obłożone plastikiem. Nie można było podkuwać się, bo Niemcy usłyszeliby, że są jakieś kucia. Był przewodnik, który znał „Cafe Club” od środka, bo tam kiedyś pracował, i podał, gdzie można założyć miny. Były ustawione na tylną ścianę. Drużyna saperska wycofała się. O świcie nastąpił wybuch, [zostały] wyrwane dwie dziury, jedna na klatkę schodową, a druga do restauracji. Został wszczęty atak. Niemcy bronili się. Jak żeśmy to później zajęli, to byli zabici Niemcy, [którzy] byli ubrani w bluzy, ale [mieli je założone] tylko na jedną rękę – już nie zdążył założyć na drugą rękę. Niemcy podpalili ten budynek i zaczęli uciekać, skacząc nawet z piętra na przeciwną ulicę. Puścili od razu z BGK zasłonę dymną. Akurat tam nie byłem, bo byłem na rogu Brackiej i Alej – staliśmy na stanowisku z karabinem maszynowym, żeby pilnować przejścia. BGK trochę inaczej [dziś] wygląda niż wyglądało przed wojną i za okupacji, mianowicie budynek jest powiększony od strony Brackiej. Bracka była przejezdna i narożnik od ulicy Brackiej miał ogródek, kawałek dziedzińca. [Dziedziniec] był ogrodzony podmurówką i parkanem z grubych rur: dwucalowych, wysokich na dwa i pół metra. Niemcy na tym rogu zrobili stanowisko pancerne. Mieli karabin maszynowy i to skrzyżowanie było skrzyżowaniem w ogóle niedostępnym ani dla nas ani dla Niemców. To było pole śmierci, prawie do ostatniego dnia. 4 sierpnia niemiecka grupa pancerna przebijała się od strony Wisły w kierunku Dworca Głównego przez Aleje Jerozolimskie. Tego dnia zatrzymał się czołg i zobaczył, że jest nasza barykada przy Brackiej 20 (nawet była uwidoczniona z flagą biało-czerwoną). Zaczął nas ostrzeliwać. Kolega Maciej Lubicz (który był na [wspomnianym] zdjęciu) polecił mi, żebym poszedł na ulicę Górskiego, do dowództwa, i ściągnął pomoc. Jak wróciłem na barykadę, to Maciej Lubicz, pseudonim „Bogdan”, schronił się w sąsiedniej bramie pod [numerem] 22 i tam po strzale czołgu raniony odłamkami zginął. Jeszcze kilku zginęło. Tak się skończyła ta przygoda. Jeśli chodzi o inne [akcje], robiliśmy wypady na PAST-ę. Wielokrotnie podchodziliśmy pod PAST-ę, ale nie mogła być zdobyta, bo był tam bunkier niesamowicie strzeżony. Dopiero 20 sierpnia ostatecznie była PAST-a zdobyta. Akurat 20 sierpnia tam nie byłem, bo miałem gdzie indziej stanowisko. Poza tym – może to nie była akcja – budowa przejścia przez Aleje Jerozolimskie… Myśmy zajmowali już od Nowego Światu do Marszałkowskiej parzystą stronę [Alej Jerozolimskich], czyli stronę północną. Południowa strona była od Marszałkowskiej do Brackiej. Przejście było chronione ostrzałem z BGK i na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich stale czuwał czołg, który pilnował przejścia. Tam później została zbudowana barykada. To było jedyne przejście między północną a południową częścią Śródmieścia. Barykada była budowana w tej sposób, że od strony ulicy Widok szykowane były worki z piaskiem i donoszone [były] przez ludność, która chciała przejść na drugą stronę. Mieli obowiązek przynieść worek i worek był układany do środka jezdni. Dalej już musiał [każdy] pod ostrzałem przelecieć. Barykada była budowana jako tunel, właściwie wąwóz, bo była podwójna – z jednej i z drugiej strony ułożono worki, a pomiędzy nimi był korytarz. Z jednej strony był ostrzał z BGK, a z drugiej strony z Alej. [Barykada] była budowana dwustronnie, od południowej i północnej strony. Niemcy [przepuszczali ataki] na barykadę – wiedzieli, że to jest jedyne przejście, i chcieli ją koniecznie zniszczyć. Puszczali nawet „Goliaty”, niszczyli barykadę. Później zaczęliśmy budować tunel podziemny nad wykopem i to już było bezpieczniejsze przejście. Później była jeszcze przygoda – to był już chyba 25 sierpnia, po zdobyciu PAST-y. Jak był atak i „Cafe Club” był zdobyty, jak już Niemcy zaczęli nas tam ostrzeliwać… Był moment, że widzieliśmy, że jest przygotowanie do zbombardowania nas. Byłem akurat w budynku braci Borkowskich (tam jest teraz sklep elektryczny), budynek był spalony.

 

  • Jaka to była ulica?


Aleje Jerozolimskie, na wprost BGK, między Bracką a Nowym Światem. Stacjonowałem [w tym budynku], a część naszych była w „Cafe Clubie”. Niemcy próbowali zbombardować Nowy Świat od Alej Jerozolimskich aż do Wareckiej. Pewnego dnia nadleciało kilka samolotów od placu Trzech Krzyży. Przelecieli nad nami. Zawrócili. Ustawili się w sznureczek, już do bombardowania. Jeden z naszych – to był wachmistrz, Eugeniusz – miał rakietnicę. Już pierwszy samolot zaczął pikować, by zrzucić bombę, [a wachmistrz] wystrzelił w niego rakietnicą – wystrzelił mu białą rakietę. Pilot zgłupiał. Nie wiedział, co się dzieje, bo przecież po przeciwnej stronie ulicy byli Niemcy. Pomyślał, że tutaj [też] są już Niemcy. Podejrzeliśmy, że biała rakieta wystrzelona pod samolot to był znak, że: „tutaj jesteśmy my, swoi”. W kierunku przeciwnym wystrzeliwali czerwone rakiety. Spostrzegliśmy to, jak Niemcy byli otoczeni w Ogrodzie Saskim i tam też samoloty zrzucały im bomby, ale posiłkowe. Jak [Niemcy odpalali] białą rakietę, to Niemcy zrzucali bomby posiłkowe w to miejsce, gdzie [była] biała rakieta; a tam, gdzie byli Polacy, [wystrzeliwali] czerwone [rakiety]. Kolega zastosował to. Niemcy zgłupieli, nie wiedzieli, co jest. Odlecieli. Za kilkanaście minut są z powrotem, znowu zrobili kółko, szykują się do nalotu. Od strony placu Trzech Krzyży, zrzucając bomby, musieli minąć BGK; od BGK musieli puścić bomby, żeby trafić na drugą stronę ulicy. Niestety, obrzucili bombami cały rejon od Alej Jerozolimskich do Chmielnej. Tam stał nasz cały batalion i były ciężkie straty. Na Nowym Świecie (chyba [pod numerem] 21) było jedno z największych kin w Warszawie. Nazywało się „Colloseum”. Było zniszczone, był duży, otwarty teren. Budynek kina był po zachodniej stronie ulicy, szedł w kierunku Brackiej 18, tam była szczytowa ściana. Przejście do „Cafe Clubu” i do naszego stanowiska u braci Borkowskich było właśnie przez Bracką 18, przez „Colloseum”. W czasie bombardowania jeden z kolegów został ranny i polecono mi, żebym go odstawił na Bracką 18, [gdzie] już był punkt sanitarny. Odstawiłem go, pomogłem mu, żeby się przedostał. Wracam, a Niemcy już opanowali teren Nowego Światu i zaczęli ostrzeliwać. Nasz dowódca batalionu, „Leliwa”, dowiedział się o tym. Przyleciał i na Brackiej 18, na podwórzu, zbierał naszych kolegów do ataku, do obronienia. Zebrał kilku ludzi i weszli na teren „Colloseum”. Niemcy zaczęli ich ostrzeliwać. Nie poszedłem tam, bo zobaczyłem, że koledzy, którzy byli u braci Borkowskich, zostali odcięci. Szukałem pomocy, jak ich wydostać. Zanim opowiem, jak to dalej było… W ścianie były wykute dwie dziury. W jednej dziurze ukląkłem i patrzyłem, co się dzieje. Zobaczyłem, że Niemcy już strzelają od strony ulicy Chmielnej w stronę Alej, czyli już były zajęte Nowy Świat i ulica Chmielna, a nasi byli pod ostrzałem. Zaczęli się wycofywać (właściwie niepotrzebnie kilku naszych zginęło) i „Leliwa”, dowódca batalionu, wchodząc do tej dziury, został ciężko ranny. Klęcząc przy jednej dziurze, mówię do kolegi: „No, już mają ostrzał z jednej strony”. Przyszedł drugi kolega, uklęknął za mną, tak że jego piersi były na moich plecach, a głowa na moim lewym ramieniu. Mówię: „Przejdę do drugiej dziury zobaczyć, będę miał lepszy widok na lewą stronę”. Tylko się odchyliłem, podparłem się ręką, żeby wstać, a tutaj pocisk trafił w kolegę. Wywnioskowałem, że Niemiec musiał do mnie celować, musiał mnie widzieć, a ja – ułamek sekundy – nachyliłem się, kula przeleciała koło mnie, ale kolegę zabiła. Gdybym się nie nachylił, to prawdopodobnie obaj byśmy zginęli od jednego pocisku.

Później poszedłem zorganizować od „Cristalu” przejście podziemne, żeby można było wycofać kolegów. Przejścia podziemne piwnicami były robione w taki sposób, że można było całą ulicę, od jednego skrzyżowania do drugiego, przejść [nie wychodząc na powierzchnie]. Były poprzebijane dziury i była komunikacja. Ale tamto przejście było później zabarykadowane. Kilku ludzi zorganizowałem, zaczęliśmy odbarykadowywać przejście, a koledzy… Jedni się bronili, drudzy odbarykadowywali i wycofaliśmy stamtąd kolegów. Tam został też ranny Jerzy Sieleński. Może jeszcze opowiem ciekawostkę. Jak żeśmy zajęli „Cafe Cristal” na rogu Alej Jerozolimskich i Brackiej, to tam mieliśmy stanowisko. Jak już wspomniałem, skrzyżowanie było polem śmierci, gdzie dużo Niemców zostało zabitych, bo za czołgami szła piechota i myśmy ich ostrzeliwali. Poza tym zginęło też trochę ludności cywilnej. Pewnego dnia (nie pamiętam, kiedy to było) zobaczyliśmy, że od strony Nowego Światu, Alejami idą ludzie z flagą Czerwonego Krzyża. Idzie kolumna ludzi cywilnych środkiem jezdni, bez towarzystwa Niemców. Niemcy przeprowadzili tych, którzy byli w Muzeum Narodowym. Chcieli ich przeprowadzić na zachód i prowadzili ich środkiem jezdni. Ale szli tylko sami cywile. [Niemcy] od BGK ostrzeliwali karabinami maszynowymi chodniki i nikt nie mógł przejść. Jeden odchylił się na bok, bo zobaczył, że jest flaga biało-czerwona, próbował uciec i niestety został zabity [strzałem] z karabinu maszynowego. Byli też i Niemcy za czołgami…

Myśmy mieli kolegę, nazywaliśmy go „Magik”. Był zabity Niemiec, który miał broń i kasety z amunicją. [„Magik”] postanowił dostać się do niego, żeby zabrać mu broń. W nocy skombinował dwie liny po kilkadziesiąt metrów długości, przywiązał sobie do nogi dwa końce liny i zaczął się czołgać. Niemcy, jak zobaczyli jakiś ruch, to zaraz poszła biała rakieta oświetleniowa. [Kolega] leżał między trupami, jak rakieta zgasła, to się dalej posuwał i dotarł do Niemca. Jedną linę przyciągnął do siebie, a druga została w budynku. Do tej liny przyczepił skrzynki z amunicją, broń, plecak Niemca. Sam się wycofał i myśmy później broń ściągnęli.

 

Później było ciężko z żywnością. Zajęte były browary Haberbuscha na Woli i myśmy tam przechodzili, pod ostrzałem oczywiście, i przynosiliśmy worki z jęczmieniem jako zaopatrzenie.


  • Jak wyglądało zaopatrzenie w wodę?

 

Było ciężko. Budowane były studnie. Jedna z takich studni była na ulicy chyba Chmielnej, w okolicach dworca. Nawet jest zdjęcie, jak ludzie przychodzili… Zbombardowane – bomba upadła czy pocisk. [Pozostał] duży lej, ludzie chodzili i wybierali wodę stamtąd.

Z wodą było bardzo ciężko. Z żywnością też. Wszystkie konie, były zabite, wszystkie psy, które mogliśmy dopaść, były zabite. Później za koty już żeśmy się wzięli – koty też były zabijane i gotowane.



  • Czy miał pan kontakt ze swoimi braćmi podczas Powstania?


Nie miałem kontaktu, bo byłem w Śródmieściu, a oni byli na Mokotowie. Mój młodszy brat uciekł z domu i przyłączył się do Powstania, tak że wszyscy trzej braliśmy udział w Powstaniu. Młodszy brat był ciężko ranny na Mokotowie – przez swoją nieroztropność. Był zabity jeden kolega, a on był w okopie. Wyszedł do niego, żeby mu odpiąć broń. Stał na czworakach, w pozycji poziomej. Niemiec do niego strzelał i troszeczkę chybił, bo nie trafił w głowę, a trafił w szyję. Ponieważ [brat] był w pozycji poziomej, to kula przeszła przez szyję, [rozrywając] tętnicę po lewej stronie, przez krtań, po drugiej stronie rozbiła mu obojczyk i utkwiła pod łopatką, nie przeszła na wylot. Został ciężko ranny. Chcieli go zostawić, ale jakoś zabrali go i po wojnie moja mama znalazła go [chyba] w Pruszkowie.

  • Czyli obaj pańscy bracia przeżyli Powstanie?


Przeżyli, ale młodszy brat, ponieważ był ciężko ranny… Nie było to widoczne. Jak musiał się zgłosić do RKW na komisję wojskową, to oczywiście [orzeczono] „zdrowy” i później ostatnie pytanie – czy ma coś do powiedzenia. „Mam tutaj taki znaczek” – [powiedział, wskazując na szyję]. Wejście kuli – znaczek na krtani [wielkości] dwudziestu groszy. Lekarz pyta się: „Co to jest?”. – „To jest wlot kuli”. Zobaczył – „A gdzie wylot?”. – „Nie ma wylotu”. Oczywiście – „niezdolny do służby wojskowej”. Nie był operowany. […]

  • Wróćmy do Powstania. Proszę opowiedzieć o stosunkach między powstańcami a ludnością cywilną.


Na początku była euforia. Wszyscy – jak żeśmy gdzieś szli – to klaskali, częstowali, ciasto piekli, jak mogli. Później to już, niestety, gromy rzucali na nas – „Coście zrobili! Coście zrobili!”. Bardzo dużo [cywilów] zginęło. Wszystkie trawniki, to wszystko było przecież polem śmierci. Chcę jeszcze opowiedzieć taką historię: we wrześniu już byliśmy tak ściśnięci w Śródmieściu, że nie było miejsca nawet w naszych placówkach sanitarnych. Naszego kolegę, Jurka Sieleńskiego i dowódcę 3. kompanii Tadeusza Zarzewskiego (który był kontuzjowany w „Colloseum”) myśmy przenieśli przez Aleje Jerozolimskie. Tadeusz przedostał się sam do mieszkania ojca Jurka Sieleńskiego na ulicę Skorupki 3. Tam zakwaterowaliśmy. To był wrzesień. Skorupki 3 – to był budyneczek z dwiema oficynami; nieduże podwórko zamykało szczytową ścianę kina „Hollywood”, które mieściło się przy ulicy Hożej 29. W tym kinie był urządzony obóz jeńców niemieckich. Było ich ponad stu. Nie było wody. Jednego popołudnia myśmy poszli z kolegą szukać wody w kierunku placu Trzech Krzyży. Wody żeśmy nie znaleźli, ale na ulicy Kruczej, przechodząc przez ruiny, znaleźliśmy konserwy ze zrzutów.

To były konserwy zrzucone przez ruskich. Ruscy zrucali nam już później trochę żywności i trochę amunicji, broni, ale to były chyba tylko zrzuty – ja bym to nazwał – polityczne, że niby „dają pomoc”. Ale pomoc była taka, że zrzucali nam ruskie karabiny, a ruskie karabiny miały inną amunicję. Myśmy mieli przeważnie niemiecką amunicję, która się do tych [karabinów] nie nadawała. Natomiast karabiny zrzucili w worku bez spadochronu, więc co te karabiny były warte? Amunicję tak samo zrzucili w worku bez spadochronu. Jak karabiny zrzucili na Mokotowie, to amunicję do tych ruskich karabinów zrzucili w Śródmieściu, tak że do niczego się nie nadawała. Naboje, jak spadły, to były pogniecione (bo jak spadło w worku, to się pogniotło, połamało). Myśmy tylko je łamali i wyciągali proch. Tylko parę razy zrzucili ze spadochronem rusznice przeciwpancerne i amunicję do tego. Żywność też rzucali w worku. Jak zrzucili mąkę czy suchary, to co z tego było? Sztuczna bomba, bo upadła, tuman kurzu i nic nie było do jedzenia. […]


  • Czy zechciałby pan opowiedzieć o przedstawicielach innych narodowości, którzy byli po stronie powstańców?

 

Byli tacy, którzy zostali wcieleni do armii niemieckiej i też brali udział [w Powstaniu]. Jak się dostali do niewoli z Niemcami, to przeszli na naszą stronę. Jak pamiętam, mieliśmy jednego Węgra, jednego Czecha… Nie pamiętam dalszych, ale były [osoby] różnych narodowości, które brały udział w Powstaniu po naszej stronie.



  • Jak pan wspomina msze powstańcze?

 

Prawie na każdym podwórku, na którym można było w spokoju przebywać, były kapliczki, odbywały się nabożeństwa, modlitwy, msze polowe. Nawet i śluby były. Pamiętam, że ślub był w Śródmieściu.

  • Czy był pan na takim ślubie?


Nie, nie miałem okazji być na takim ślubie. Mam koleżeństwo z naszej kompanii, które pobrało się po Powstaniu. Ona była sanitariuszką, on był żołnierzem. Małżeństwo powstaniowe, ale nie [pobrali się] w czasie Powstania.

  • Jak wyglądał udział księży w Powstaniu? Czy tylko odprawiali msze, czy też czasami musieli sięgnąć po broń?


Nie spotkałem się [z tym]. Odprawiali msze, nabożeństwa, w szpitalach spowiedź. Nie wiem, czy była tam komunia w jakiś sposób udzielana, ale byli w szpitalach, w podziemiach.



  • Jak wyglądały powstańcze szpitale?


Różnie…

Co to mógł być za szpital jak to była piwnica? Taki szpital był na Brackiej pod [numerem] 23. W szkole naszej, zdobytej, na Górskiego też był zrobiony szpital. Warunki były ciężkie.

 

Jak już wspomniałem, kolegę naszego przenieśliśmy na ulicę Skorupki. Nie dokończyłem, że na ulicy Skorupki, jak żeśmy poszli po wodę, znaleźliśmy trochę puszek konserwowych ze zrzutów rosyjskich. To był zrzut w beczce z dykty. Zresztą konserwa była dość słynna – to była amerykańska konserwa dla ruskich, napisano po angielsku i po rosyjsku: swinnaja tuszonka. To była bardzo dobra konserwa. Zrzucona była z kukuruźnika. Budynek był zwalony i tylko kawałek dachu był w budynku. [Beczka] wpadła na dach, na dachu się rozbiła i całe gruzy były zasypane [konserwami]. Było około trzydziestu, czterdziestu puszek konserw. Myśmy wody nie znaleźli, ale znaleźliśmy puszki. Oczywiście po jednej puszce, rozbitej, żeśmy zjedli na miejscu. Przynieśliśmy tylko kilka do domu, na kwaterę. Nie chcieliśmy przynieść wszystkich, bo by nam ludzie zabrali po drodze – był głód. Dopiero wieczorem żeśmy poszli po ciemku, przynieśli. Myśmy wymienili jedną puszkę tuszonki na troszkę fasoli – ćwierć kilo, może pół kilo suchej fasoli. Kilka puszek rozgrzaliśmy w garnku, fasolę wrzuciliśmy bez wody, tak się uprażyła.

 

Następnego dnia mieliśmy przygodę. Rano wstajemy zobaczyć… Do garnka zaglądamy, do kuchni – oczywiście galareta, „zimne nogi”. Raptem huk przelatującego samolotu. Bardzo nisko nad dachami przeleciał samolot. Jedna z naszych, koleżanka, mówi: „O, choroba, o komin pewnie zawadził!” – bo zaczęły się przed nami sypać cegiełki. Mówię: „Lepiej wyjdźmy, bo pewnie nam tutaj bombę położył”. Wyszliśmy do przedpokoju. Przedpokoik malutki, trzęsie się wszystko, wali się wszystko, ciemno się zrobiło. Macam, żeby drzwi znaleźć, wyjście na schody – drzwi wyrwane. Idę po ciemku i macam stopami, czy są schody. Schody są, chcę wyjść na podwórze – nie ma wyjścia, zawalone podwórze. Przedostałem się przez piwnicę (bo można było się przedostać) na ulicę. Patrzę, co się dzieje. Frontu budynku nie ma. Przechodzę po ruinach. Podwórko zasypane pod okna (to był wysoki parter). Nie ma [też] kina, gdzie byli Niemcy. Ruiny.

  • Niemieccy jeńcy zginęli?


Jeńcy niemieccy zginęli. Jak się później dowiedziałem, niemiecki samolot był ścigany przez ruski samolot. Samolot był pod ładunkiem, chciał się [go] pozbyć i wyrzucił bomby. Nie wiem, czy miał dwie czy trzy, ale miał przynajmniej dwie, bo jedna trafiła we front budynku, a co najmniej jedna trafiła w kino. Kino – duża przestrzeń, strop niewysoki – zawaliło się. Tam ponad stu jeńców i kilkunastu naszych chłopaków zginęło. To jest opisywane. Między innymi jest książka napisana przez pana doktora Kunerta [„Kronika Powstania Warszawskiego”] – jedno ze zdjęć barykady na Brackiej 20 znalazło się na okładce tej książki i ja się znalazłem na okładce. […]

 

  • Pan był świadkiem, jak te bomby spadały.


My żeśmy byli w oficynie i ta oficyna została.



  • Jak wyglądały ostatnie dni września, przed kapitulacją?


Było przygnębienie, nie wiadomo było co robić. Ludzie zaczęli już wychodzić, bo Niemcy dawali ludności cywilnej możliwość opuszczania [miasta].

Już było straszne bombardowanie Śródmieścia. Szkoła na Górskiego została, bodajże 6 września, zburzona. Tam też mało nie zginąłem, bo Niemcy przylecieli bombardować. Zrzucili zapalające bomby na budynek [numer] 4 i na szkołę. Myśmy zaczęli to ratować, staraliśmy się ugasić budynek przy Górskiego 4. Przyleciała następna grupa samolotów. Przebiegłem tylko na drugą stronę i stałem w drzwiach przy bramie, na wprost szkoły. Wpadła bomba, ale spadła tak, że się obtarła niemalże o ścianę. Spadła na chodnik. To było najskuteczniejsze bombardowanie, bo bomby były zrzucone z opóźnionymi zapalnikami (około dziesięciu sekund). [Bomba] wbiła się w ziemię na chodniku, fundament wepchnęła do środka i zwaliło się pół szkoły. Szereg osób zostało zasypanych. Myśmy tam później z piwnicy przebijali się i kilka osób żeśmy wydobyli – między innymi jednego z kolegów z naszej kompanii wyciągnęliśmy żywego. Poza tym na ulicy Szpitalnej pod [numerem] 6 spadła bomba, a pod [numerem] 4 był schron w piwnicy, gdzie było też około stu osób i była jakaś grupa z dowództwa Powstania. Jedna z bomb przeleciała od placu Napoleona, mijając wysoki budynek na rogu Górskiego, i wpadła w pomieszczenie, w którym przebywałem. Akurat tego dnia też przebywałem [w owym miejscu] i minutę czy dwie [wcześniej] wyszedłem z pokoju. [Bomba] przebiła się przez pokój do piwnicy i też wypchnęła ścianę fundamentową (ale tylko wypełniającą, bo to był żelbetowy budynek) oraz cegły do środka. Za tą ścianą był schron, [gdzie] zginęło kilkadziesiąt osób i około dziesięciu osób z dowództwa AK.



  • Jak wyglądała kapitulacja, już na początku października?

 

Myśmy o kapitulacji dowiedzieli się w taki sposób… Trzeba opuścić [miasto]. Książka Borkowskiego podaje układ kapitulacyjny. Jest powiedziane, że zostaną w Warszawie ustanowione kompanie – one się nazywają teraz osłonowe. Tych kilka kompanii pozostanie, żeby nadzorować, czy ludność cywilna Warszawy prawidłowo opuszcza miasto. Trafiłem do takiej kompanii z literą „D”. Mieliśmy legitymacje akowskie ostemplowane specjalnym stemplem niemieckim – to była okrągła pieczątka wielkości [około] ośmiu centymetrów. Ostemplowana legitymacja i opaska też ostemplowana pieczątką, na białym tle… Pieczątka była okrągła, w środku „gapa” niemiecka ze swastyką, naokoło był napis po niemiecku: Sicherungs Kompania, litera (ja miałem „D”), der AK. Jak Niemcy weszli, nie mieli do nas prawa. Myśmy zostali z bronią i Niemcy nie mieli do nas żadnego prawa. Myśmy chodzili razem z nimi na patrole, ale widzieliśmy, jak Niemcy burzą Warszawę. Nasza kompania była później przeniesiona na ulicę Złotą, tam kwaterowaliśmy. Przychodzili do nas Niemcy w odwiedziny. Myśmy wychodzili na patrole po Warszawie. Na rogu Żelaznej i Alej Jerozolimskich był dworzec – Pocztowy Dworzec Kolejowy. Tam była uruchomiona piekarnia i z resztek mąki koledzy piekli chleb. Chleb był wynoszony w Aleje Jerozolimskie i rozdawany ludności cywilnej. Widzieliśmy jak Niemcy palą Warszawę. Podpalali budynki, minowali i burzyli. Szli i jeden po drugim palili. Myśmy byli bez ostrzału, była cisza. Myśmy tylko chodzili po piwnicach, bo było zalecenie, żeby nie zamykać mieszkań, mieszkania pozostawiać otwarte. Myśmy chodzili po piwnicach i szukali żywności. W jednej piwnicy znaleźliśmy dość dużą skrzynię, jakby biurko. Otworzyliśmy skrzynię. Okazało się, że była pełna papierosów. To była wielka rzecz. Pamiętałem opowiadania wojenne mojego ojca, który był jeszcze w ruskim wojsku, a potem w niemieckiej niewoli. Opowiadał, że w niewoli najlepszą „monetą” były papierosy. Szykując się do niewoli, znalazłem dużą walizkę i wziąłem całą walizkę papierosów, bo papierosów było pod dostatkiem – najprzeróżniejsze „Belwedery”, „Camele”, jeszcze inne, miętowe. Wziąłem całą walizkę papierosów, a chleba prawie nie wziąłem – jeden bochenek chleba [zabrałem]. Jeden z kolegów, jak mieliśmy wychodzić, wziął cały plecak chleba, chyba z dziesięć kilogramów. Mówię: „Po co bierzesz chleb? Weź papierosy, bo chleba nie doniesiesz”. Jak żeśmy wyszli, to po drodze już szukał, kto chce chleb, bo już nie mógł go nieść. Jak ludność cywilna wyszła, to myśmy zostali sami i dopiero 9 października opuściliśmy Warszawę jako ostatnia grupa powstańców. Tak że mogę powiedzieć, że Powstanie trwało nie sześćdziesiąt trzy dni, bo jeszcze od 2 do 9 października byłem tutaj z bronią. Myśmy wychodzili ulicą Śniadeckich, koło Politechniki ulicą 6 Sierpnia, w kolumnie. Oddawaliśmy broń na Alei Niepodległości, [gdzie] przed wojną był dom wojskowy (i do dzisiaj jakieś dowództwo – nie wiem jakie – tam się mieści). Na rogu Alei Niepodległości i 6 sierpnia (obecnie Nowowiejskiej) stał niezburzony pomnik sapera. Niemcy go nie [zburzyli], bo był zrobiony z kamienia. Myśmy, wychodząc, urządzili defiladę. Wychodziliśmy wśród Niemców, Niemcy co kilkadziesiąt metrów [stali] z bronią na chodniku, z jednej i z drugiej strony, a myśmy środkiem wychodzili. Grupa z flagą biało-czerwoną… Przed pomnikiem urządziliśmy defiladę. Broń złożyliśmy na dziedzińcu.

 

Później na piechotę do Ożarowa, do fabryki kabli i stamtąd wywozili nas pociągiem na zachód. Trafiłem do obozu w Mühlbergu nad Elbą. To był duży obóz niemiecki, w którym byli jeńcy wojenni różnych narodowości. Najpierw byliśmy w obozie przejściowym, pod namiotami. Duże namioty. Nie było żadnego urządzenia, słomy, tylko wióry drzewne takie, jakie się brało do pakowania szkła. Kupa tego była jako posłanie i koce, które mieliśmy. Kilka dni żeśmy nocowali w namiotach.

 

  • Czy miał pan swoją pelerynę?


Tak, oczywiście. Peleryna służyła jako przykrycie. Na dziedzińcu tylko były zrobione umywalki, [tam była] woda. Jak żeśmy rano się umyli, to wkoło marsz. Później nas przenieśli już do pomieszczenia. Szły pogłoski, że w obozie przejściowym byli Włosi. Niemcy wykończyli Włochów – nawet nie wiem jak to nazwać – w haniebny sposób, gdyż przez szereg dni nie dawali im żywności. Tłumaczyli, że kuchnia zbombardowana, ale: „nie bójcie się, wszystko dostaniecie”. Po kilku dniach przywieźli im tak kwaśnego kapuśniaku – [dawali] tyle, ile kto chciał. Zgłodniali najedli się kapuśniaku i skręt kiszek ponoć był taki, że bardzo dużo Włochów padło. Już w stałym obozie było takie życie, że poruszaliśmy się po całym terenie, ale było tak, że każda narodowość miała swoje baraki i był tak zwany mąż zaufania. To był oficer czy podoficer, który był zarejestrowany w genewskim Czerwonym Krzyżu i miał szerokie uprawnienia. Miał stałą przepustkę na wychodzenie z obozu – składał przyrzeczenie Niemcom, że im nie ucieknie, i korespondencja z Czerwonego Krzyża z Genewy przychodziła na jego adres. Miał magazyn paczek, które przychodziły z Genewy od Czerwonego Krzyża, i dysponował tymi paczkami. Myśmy dostali taką paczkę. Jeszcze wspomnę, że w obozie był też teatr, bo to był obóz, który już prawie pięć lat istniał. Była orkiestra symfoniczna, w której nasz kolega, pseudonim „Prus”, był muzykiem. Zresztą muzykiem został po wojnie. To był znany profesor muzyki Zbigniew Wiszniewski, jego nazwisko trafiło do encyklopedii. Pisał muzykę do filmów. Był w orkiestrze symfonicznej do końca obozu. Chyba 11 listopada trafiłem do grupy, którą wywieźli do pracy przymusowej pod Drezno – przedmieścia Drezna, miejscowość nazywała się Freital. Pracowaliśmy na komenderówce w stalowni. Mieszkaliśmy w miejscowości Weisig, trzy kilometry od stalowni. Mieszkaliśmy w bardzo dobrych warunkach, bo to był budynek, w którym był jakiś klub niemiecki. Była salka teatralna i na tej salce mieliśmy swoją kwaterę. Mieliśmy metalowe łóżka, sienniki. Salka wyłożona klepką, ale okna były zakratowane. Myśmy trzy kilometry, codziennie, chodzili do pracy. Z góry było łatwo przejść, a zimą się zjeżdżało jak na sankach. Później, po południu, z powrotem chodziliśmy na kwaterę. Ale tam mieliśmy Niemca, fanatyka powiedziałbym. Polacy byli dla niego tak wielkim wrogiem, że nas strasznie gnębił. To był Niemiec w funkcji kaprala. Robił nam wszelkiego rodzaju przykrości. Urządzał nam apele, [które] trwały godzinami. Codziennie urządzał rewizję osobistą, jak przychodziliśmy z pracy – [sprawdzał,] czy ktoś nie przynosi różnych rzeczy. Nie dawał nam na noc opału. W nocy przychodził niby sprawdzać, czy okna są zasłonięte; otwierał okna, a myśmy niesamowicie marzli. Urządzał nam wszelkiego rodzaju ćwiczenia – grupę sanitarną, grupę przeciwpożarową. Urządzał nam alarmy przeciwlotnicze. W piwnicy urządził tak jakby schron. Wpadał w nocy wpadał, krzyczał: Fliegeralarm! – i wszyscy musieliśmy migiem zabierać najpotrzebniejsze rzeczy i [biec] do piwnicy. Tam trzymał nas parę godzin, zmarzliśmy i dopiero wracaliśmy na salę. Jak usnęliśmy, wpadał na nowo i znowuż Fliegeralarm. Były dwa, trzy alarmy [każdej nocy]. Dostaliśmy jedną paczkę z Czerwonego Krzyża. To była paczka pięciokilowa, dość dobrze wyposażona. [Niemiec] zapowiedział, że paczka jest na cały miesiąc i nie możemy dostać [od razu] całej paczki, bo jak zjemy, to co będziemy później robić? Urządził sobie magazyn i paczki zabrał do magazynu. Co dzień czy co drugi dzień wydawał nam tylko jedną jedyną rzecz, ale [dawał] nie to, co ja chciałem, tylko to, co zostało ustalone. Na przykład, jak był dżem w puszce, to nie dał nam dżemu z puszką, tylko kazał pootwierać puszki, każdy przychodził i w swoje naczynie wytrząchnął tyle, ile wyleciało. Jak wyleciało pół, to później pewnie sami się pożywiali. Jak była czekolada, papierosy, to szukał cwaniaków, którzy chcieliby sprzedać. „Czy chcesz sprzedać czekoladę?” – na przykład. Brał od niego czekoladę, miał mu dać chleb, ale niestety nigdy tego nie dotrzymał. Była zrobiona na dole stołówka i gotowali tylko dla nas, ale zawsze gotowali jedzenie z lekkim nadmiarem. Jedzenie było ohydne, do dziś pamiętam menu. Zawsze wywieszali nam menu, jednego dnia była Rübe mit Kohlrübe – rzepa z brukwią, a drugiego było odwrotnie – Kohlrübe mit Rübe, czyli brukiew z rzepą. Mimo to, [ponieważ był] nadmiar zupy, postanowiliśmy, że każdy będzie dostawał dolewkę w kolejności. Zawsze siadaliśmy w tej samej kolejności i każdy dostawał dolewkę, drugą porcję, żeby coś zjadł. Jak starczyło dla pięciu, to pięciu dostało, następny dzień – dostało pięciu następnych. [Niemiec] zarządził, że tak nie będzie, że dolewki będą dostawać ci, którzy dobrze pracują. A dobrze pracowali tylko ci, od których coś wyłudził – czekoladę, herbatę lub inne rzeczy - im dawał [dolewki].

 

  • Ilu was tam było?


Około osiemdziesięciu. [Niemiec] urządzał nam rewizję osobistą. Jak nie było opału, to myśmy kradli brykiety. Brykiety były robione dość duże i każdy przynosił jeden brykiet (nie więcej) w kieszeni. Jak wchodziliśmy na górę, do pomieszczenia, to od razu wrzucaliśmy [brykiety] do skrzyni, tak że w nocy żeśmy mieli [opał]. On później robił rewizję osobiście, czy czegoś się nie przynosi (było tak, że ktoś coś przynosił). Rewizja odbywała się w ten sposób… Nie mieliśmy nazwiska, bo on nazwisk nie umiał odczytać, [tylko] mieliśmy numery. To były numery kartoteki, którą on miał. Pamiętam, że byłem zarejestrowany pod numerem 30. Wywoływał numer, wychodziło się z szeregu i osobiście rewidowali, czy się czegoś nie przynosi. Myśmy handlowali z Niemcami [rzeczami] z paczek i w fabryce zmieniali na chleb… na to, co było można. Mieliśmy wachmana, [który] był z Volksturmu, mówił troszeczkę po polsku. Jednego z naszych kolegów też ustanowiliśmy… Znał język niemiecki perfekt, bo był po wyższych studiach, pracował w handlu zagranicznym i był naszym tłumaczem (Dolmetscherem). Przez niego Niemcy komunikowali się z nami. Wachman kiedyś przyszedł do naszego kolegi i mówi: „Słuchaj, powiedz kolegom, że jak ja wywołuję do rewizji, to żeby nie przychodzili z czymś, bo będę musiał to zabrać. Jak [ktoś] ma teczkę czy swoją torbę, jak ma chleb, to niech odda koledze, który stoi obok niego i niech przychodzi do mnie bez niczego”. Myśmy jego metodę stosowali.

  • Czyli wachman porządnym człowiekiem.


Później przynosił nam wiadomości z radia. Wszystko wiedzieliśmy od niego. Kontaktował się tylko z jednym, naszym kolegą. Niemiec, nasz Führer (był w randze kaprala – gefrejter) urządził kiedyś rewizję szafek. Mieliśmy szafki robocze. Kwatera to był luksus w pewnym sensie – każdy miał swoją szafeczkę niedużą. W szafeczce miałem dużo papierosów. Zresztą drugi kolega też mi przechowywał papierosy. W zamian za to, że przechowywał moje papierosy, dostawał codziennie jednego papierosa czy dwa. Kiedyś [kapral], robiąc u mnie rewizję, znalazł w szafce papierosy. Pyta się, skąd mam papierosy. Oskarżył mnie, że chciałem przekupić jego wachmanów i uciec z niewoli. [Mówił,] że to nie może być tak, że mam tyle papierosów, a koledzy nie mają. Zarządził, żeby rozdać papierosy wśród naszych kolegów. Lepsze papierosy [wziął] do siebie, do kieszeni – Belwedery i inne wachmanom porozdawał. Jak porozdawał, to po parę papierosów dostało się każdemu. Nasz kolega (który był naszym Dolmetscherem) powiedział, że wszystko musi wrócić do mnie, bo to był mój majątek. Wróciła część – jedni oddali, drudzy nie oddali. Jednego razu przyjechał do nas mąż zaufania z obozu jenieckiego, któremu żeśmy podlegali. Mąż zaufania – Polak – z Dolmetscherem niemieckim (który znał język polski) [przyjechali] nas odwiedzić. Zameldował się. Była rozmowa, nasz Führer mówi do niego, że koledzy mają ustalony program dnia i on [mąż zaufania] ma pół godziny na rozmowę z nami. [Kapral niemiecki] nie był przy rozmowie, a myśmy zaczęli się [mężowi zaufania] trochę żalić, że [ten Niemiec] nas gnębi, robi różne historie. [Mąż zaufania] zaczął sobie zapisywać w notesie, żeby po powrocie złożyć meldunek do komendanta obozu, do którego nas podporządkowali. [Komendantem] był Niemiec. Pyta się nas, czy tak może być, że zażalenie złoży do niego. Minęło pół godziny – Führerkommando przysyła swojego wachmana, melduje się, że czas rozmowy minął i prosi, żeby [mąż zaufania], który przyjechał z obozu na wizytację, opuścił [nas]. [Mąż zaufania] powiedział Niemcowi, żeby zameldował Führerowi, że na taką wizytę jednorazową pół godziny to jest dla niego za mało, jak [Führer] chce, to on wyjedzie, ale złoży meldunek, że mu nie pozwolono rozmawiać z jeńcami. [Führer] przysłał wachmana, że ma czas nieograniczony. Później wyjechał, nasz Führer wpadł na salę. Apel, zbieramy się, stajemy między rzędami. Przychodzi wściekły i mówi: „Komu jest źle na tej komenderówce, niech wystąpi!”. To my: „Wszystkim tu jest źle”. Mówi: „Co? Tam żeście się do męża zaufania żalili?”. [Wcześniej] poprosił Niemca Dolmetschera do siebie, żeby dowiedzieć się, o czym była rozmowa, więc ten mu powiedział, że żeśmy się żalili. [Teraz] mówi: „Co? Nie ma odważnych? Niech wystąpią”. Myśmy wyszli krok do przodu. Zezłościł się, wyciąga pistolet – Halt! – [krzyczy,] że myśmy zrobili bunt. „Bunt!”. [Mówi], że naszego Dolmetschera aresztuje, woła wachmanów: „Bagnet na broń! Załadować broń!”. Po rogach rozstawia [strażników] na sali, [karze] pilnować. Idzie do swojej kwatery dzwonić do gestapo, że jeńcy zrobili bunt. Nie mógł się dodzwonić do gestapo i zadzwonił do komendanta obozu. Nasz kolega był podczas rozmowy i wiedział [jak przebiegała]. Komendant powiedział, że to poważna sprawa i żeby jutro [kapral] z naszym tłumaczem przyszedł do niego do obozu. Nasz kolega, jak został doprowadzony do obozu, powiedział o co chodzi: [Führer] nam robi [trudności], gdy przyjechał mąż zaufania – nie dał mu rozmawiać, więc mąż zaufania miał złożyć meldunek do komendanta obozu. Czekał na meldunek, wrócili z powrotem. Jest moment, że przychodzimy z pracy, a tam jest inny podoficer, starszy o jeden stopień – to był Stabsgefreiter, czyli starszy plutonowy. Okazuje się, że [wachman] pokazuje mu, gdzie jest szatnia. Pytamy się wachmana, kto to jest. Mówi: „A, to nowy Führer”. Przed tym jeszcze było tak, że jednego dnia przychodzimy z pracy, a kapral niemiecki mówi, że następnego dnia ci, [których] wywoływał, mają zostać, nie iść do pracy, bo przyjeżdża wojskowy sąd polowy. Będzie rozprawa na temat buntu, który myśmy zrobili. Między innymi mnie tam wsadzili. Na drugi dzień przyjeżdża kilku wyższych oficerów, duże, złote pagony [na ramionach]. Rozprawa miała być w biurze [Führera]. Wezwali naszego drugiego kolegę, który znał niemiecki. [Powiedzieli mu], że będzie rozprawa, wojskowy sąd polowy na temat buntu, który tu miał się odbyć, będą wzywani jego koledzy i on ma tłumaczyć pytanie i odpowiedź, ale żeby nie ważył się czegoś przekręcić, czegoś ukryć, bo wiadomo, że to jest wojskowy sąd polowy, a wyrok jest jeden – kara śmierci. Mieli zażalenie od komendanta obozu, od Polaka i po kolei wzywali każdego. [Führer] był w czasie rozprawy i słuchał. Myśmy już zagrali na całego. Na przykład, jak mnie wezwali, było pytanie, czy mi zabrał papierosy, rozdał papierosy, sam sobie zabrał i oskarżył mnie, że chcę przekupić Niemców. Pytają się, czy tak było. Musiał odpowiedzieć, że tak było – przyznawał się do tego, co robił. Odbył się sąd, naszego kolegę, który tłumaczył, wyprosili. Nie wiemy, co będzie, jaki [zapadnie] wyrok. Słyszymy krzyki – awantura. [Potem] nic się nie dzieje, wyjechali. Rozprawa się skończyła. Nic nam nie powiedzieli. Dopiero któregoś dnia przyjeżdża nowy komendant, [poprzedni Führer] zdaje mu komenderówkę. [Nowy Führer] to był fanatyk wojskowy: musztra, musztra i musztra. Apel, [Führer] podchodzi do [następcy]. Mówi, że mu przekazuje komenderówkę. Ten do niego jak wrzaśnie po niemiecku: „Jak to jest?! To jest wojskowy?! Jak on mu melduje?!”. To trzeba [wydać] komendę „baczność”. Melduje, salutuje, że mu przekazuje komenderówkę. Później do nas… Komendę, musztrę… „Co to jest? Co to za wojsko? Komend niemieckich nie znają?”. Zaczął nas musztrować, uczyć nas musztry. Był na tyle fanatyczny, że chodził z nami do pracy, prowadził nas parę kilometrów. Rano wychodziliśmy, ustawialiśmy się po niemiecku trójkami, on na przedzie – tak jakby swoją kompanię prowadził – i prowadził nas do Freitalu. Tak samo przyjeżdżał nas odbierać. Pamiętam, że myśmy się zbierali na jakimś placu; on tam był, też przyszedł po nas i jeden z wachmanów, jak żeśmy się zebrali… Bo jedni pracowali przy piecach, w różnych rejonach…

 

  • Pan gdzie pracował?


Pracowałem w hucie, w [oddziale] budowlanym – czyli drogi robiliśmy i inne… Niektórzy koledzy – elektrycy – pracowali w samej hucie, w stalowni. Zebraliśmy się. Jak wachman policzył, że wszyscy są, podchodzi do Führera i mówi, że możemy iść. A on znowuż do niego: „Jak to?! Tak melduje? Ma po wojskowemu zameldować!”. No, to oczywiście [wachman] baczność, salutuje, melduje mu, rękę podaje, dziękuje. Na komendę „w prawo zwrot! równym krokiem marsz!” – wychodzimy, a on na początku nas prowadzi. Taka heca, że Anglicy czy inni, jak się tam zbierali, to nam brawo bili, że taka kompania idzie, takim krokiem.

  • Jak odbyło się wyzwolenie?


Pewnego dnia wychodzimy rano do pracy, jesteśmy już przed budynkiem, ustawiamy się do wymarszu. Podjeżdża łącznik niemiecki, motocyklista. Powiedział coś do komendanta naszej placówki. „Nie wychodzić. Zatrzymać się”. Poszli na górę, rozmawiali, przywiózł mu jakieś dyspozycje. Później nie idziemy do pracy, wchodzimy z powrotem na górę, jest apel i [Führer] oświadcza nam, że jest rozkaz ewakuacji. To był początek maja. Zbieramy się pakować swoje manele. Wydali nam wszystkie cywilne ubrania, które mieliśmy zdeponowane i wychodzimy. Jak to wziąć? Bagaże, walizka, nie walizka… Skombinowali… Była nieduża platforma, za paczkę z Czerwonego Krzyża wykupiliśmy tę platformę, nasze bagaże żeśmy na platformę załadowali i sami ciągnęli. Zbiórka w jakimś [miejscu] – nas było parę tysięcy ludzi ze wszystkich [obozów], była wielka kolumna. Jednego dnia żeśmy wyszli z Drezna, niedużo kilometrów przeszliśmy i nocowaliśmy w jakiejś wsi. Następnego dnia idziemy dalej, jak już robi się ciemno, szukają komendanta całej kolumny niemieckiej (to był major). Na motocyklu jeżdżą, szukają – nie ma. Okazało się, że komendant już uciekł. Zostawił całą grupę jeńców (parę tysięcy) i uciekł. Nie wiemy gdzie zostajemy – a w nocy były dość duże przymrozki. Myśmy gdzieś polecieli i znowu za paczkę żywności wynajęli pomieszczenie, świetlicę, i noc spędziliśmy w świetlicy. Spaliśmy na stołach, pod stołami, a część spała na dworze, bo już nie było [miejsca]. Nikt nas nie pilnował. Niemcy mówili: „Pilnujcie się sami, żebyście nie zginęli”. Oni się nas pilnowali… Następnego dnia popędzili nas dalej.

Już zaczęły latać samoloty angielskie i ostrzeliwać kolumny niemieckie. Później nas popędzili w dzień do lasu i siedzieliśmy w lesie. Przyleciały samoloty, zaczęli do nich z lasu strzelać, [więc] samoloty angielskie zaczęły strzelać do nas, [ale] jakoś nikt nie zginął. Następnego dnia zaczęli nas prowadzić i taka była przygoda: zbieramy się do wymarszu, a szosą jedzie duży, ciężarowy samochód niemiecki. Samochody miały porobione otwory, włazy. Był pilot, który patrzył na drogę, stał i pilnował, co się dzieje na drodze. Zatrzymał się przy nas i krzyczy: Flieger! Wyskoczyli pod mur domu, a samoloty angielskie ostrzelały i podpaliły samochód. Byłem trzy metry od tego samochodu, pod ścianą. Kule koło nas przeleciały, samochód się zapalił. Nasi jeńcy byli w grupie i nie wiedzieli, czy [samoloty] nie będą [do nas] strzelać. Niektórzy wzięli wachmanów, swoimi ciałami zakryli, żeby Anglicy zobaczyli, że to są jeńcy, a nie Niemcy. Odlecieli, ale bombardowali, ostrzeliwali samochody. Później już nas [Niemcy] prowadzili w nocy. Dotarliśmy prawie nad czeską granicę – była tam duża wieś, nazywała się Hermsdorf. Na szczycie górki był kamieniołom a obok mieszkał bauer i u niego nas zakwaterowali. Spaliśmy w stodole i tam, gdzie można było. Oczywiście nie było żadnego jedzenia. Jeden wachman chodził z jeńcami po wsi i prosił mieszkańców, żeby nam coś dali, żeby nas wykarmić. Wolno nam było chodzić tylko do kamieniołomu. Bauera żeśmy okradali, jak mogli. Podkradaliśmy mu sól. W kamieniołomie była ściana a w ścianie drzwi metalowe, zarzucone kamieniami. Nieduże, metr na metr, metalowe drzwi. Co to jest? Ale dostać się nie można, bo to była własność bauera.

  • Kto to jest bauer?


Bauer to po niemiecku znaczy rolnik. Była taka sytuacja, że nie wiedzieliśmy, jaki front do nas przyjdzie – angielski czy rosyjski (byliśmy pomiędzy dwoma frontami). Słychać było już kanonadę. Działa biją, strzelają. W pewnym momencie jeden pocisk wpada na wieś i zapala się jedna chałupa. Zrobił się popłoch, Niemcy zaczęli uciekać. To była pora obiadowa, zostawili obiad na stole i wszyscy, tyralierą, zaczęli ze wsi uciekać w pole. Zrobiła się cisza. Cała wieś ucichła. Niemcy jeszcze przed tym zaczęli uciekać. Zostawili w wąwozie jeden samochód przewrócony na bok. Na drugiej górce samochód (duży, ciężarowy, typu Man, z przyczepą) jechał pod górę; nie mogli podjechać, więc odczepili przyczepę, postawili ją w poprzek, podjechali „solówką” do góry, wysiedli z samochodu, wzięli swoje manele, samochód puścili na luz. Tyłem uderzył, przewrócił przyczepę i [zrobiła się] barykada. Zaczęli uciekać. W tym czasie, kiedy się zrobiła cisza, widzimy, że do samochodu na dole poleciało naszych dwóch kolegów, żeby coś znaleźć do jedzenia. Patrzymy, a idzie kilku Niemców (wojskowych) w kierunku, skąd przyszedł front. Zobaczyli naszych kolegów w samochodzie, wyciągnęli ich z samochodu. Jeden – widzę – trzyma ręce do góry, [w ręku] puszkę czy jakiś batonik. Niemcy zobaczyli, że to jeńcy, kazali im uciekać, puścili ich wolno. Jak ci wrócili, to polecieli następni, bo Niemcy gdzieś poszli. Niemcy za chwilę wracają i znowu spotkali naszych kolegów. Wrócili ich, nad rów i zastrzelili. [Wśród zabitych] to był kolega Lewandowski. (Był on fryzjerem. Ja też byłem w obozie fryzjerem, bo tutaj zdobyłem narzędzia fryzjerskie i tam byłem jako fryzjer.) Zastrzelili naszych kolegów i dosłownie za dziesięć minut zza rogu wysuwa się lufa, czołg. Patrzymy – Rosjanie. [Kolega] dziesięć minut przed tym zginął. Pochowaliśmy go w kamieniołomie. Polecieliśmy na wieś szukać jedzenia – każdy złapał, co tylko mógł. Jeszcze wrócę [do pewnego wydarzenia] – żeśmy poszli do kamieniołomu i odwalili z kamieni drzwi i jakimś kilofem je otworzyliśmy. Okazało się, że bauer zrobił tam żelazny zapas żywności. Była skrzynia pełna szynek, boczków, duże weki konserwy, mięsa. Myśmy mu to wszystko wykradli. Bauer później zobaczył, że mu wykradliśmy. Chciał zawołać tych Niemców, [i poskarżyć się,] że go okradziono. Nasz kolega [mówi]: „Oddajcie mu chociaż trochę”. Następnego dnia zaczęliśmy zbierać się do powrotu do kraju. Polecieliśmy na wieś, skombinowaliśmy rowery i rowerami wybraliśmy się do Polski. Jechaliśmy przez tereny, gdzie jeszcze trwały walki. Przyjechaliśmy do miejscowości Freiberg (to jest też niedaleko Drezna). Tam nocowaliśmy. Zajęliśmy jakiś budynek, powyłamywaliśmy drzwi. Tam nocowaliśmy elegancko, bo już była pościel. Zdobyłem nawet aparat fotograficzny starego typu – ciekawy aparat, bo jeszcze [miał] szklane klisze.

Później do Freitalu, przez Freital do Drezna – tam odpoczynek. Przyszedł ruski z rowerem, w którym nawaliła dętka, i zaczął się doczepiać do mojego roweru. Mówił, że chce zamienić rower. Zabrał mi rower, zacząłem się z nim szarpać, wyjął pistolet. W końcu rower oddał. Zreperowaliśmy rower, dętkę, i jedziemy przez Drezno. [W Dreźnie] jedni [idą] w tę, drudzy w tamtą [stronę]. Ulicami wszyscy przechodzili – Amerykanie, Anglicy, cywile, Niemcy, nie Niemcy, Polacy – ruch taki jak wielka kawalkada. W różne strony szli. Koledzy pojechali, ja jechałem na końcu i puściła dętka. Zatrzymałem się, oni pojechali jedną ulicą, ja drugą. Zgubiłem się. Później pojechałem sam. Nocowałem w jakimś parku, pod drzewem. Walizkę tylko położyłem… Przykryty peleryną nocowałem. Następnego dnia [dalej] jechałem sam, nocowałem w jakiejś przydrożnej chałupie. Rano szykowałem się do wyjazdu. To było na skrzyżowaniu, podjechał samochód ciężarowy z ruskim wojskiem i [żołnierze] patrzą, że jest jakiś człowiek. [Rosjanin] przyszedł do mnie i pyta się o drogę. Mówię, że nie wiem. [Pyta,] kto ja jestem. Mówię, że jestem wojenny. Ale zobaczył, że mam walizkę. – O! To charoszyj czemadan, pomieniajem? (Zmienimy się?). Wyrzucił mi z walizki wszystko, co miałem. Zabrał walizkę (dobrą, skórzaną walizkę), zostawił mi małą walizeczkę. Miałem oczywiście papierosy, zdobyłem małą paczkę cygar (dla ojca wiozłem, bo ojciec palił papierosy). Później do mnie: A ty czasy imiejesz? – „No, mam czasy, ale takie popsute”. Miałem zegarek „Cyma” ze zbitym szkłem. Mówię: „To popsuty, nie charoszyj”. Popatrzył, popatrzył, zabrał zegarek. Z walizki zabrał mi aparat fotograficzny, ale nie wiedział, co to jest. Jakoś się zebrałem i pojechałem na rowerze. Miałem przygody, bo mi po drodze zabierali rower. Ruscy zabrali mi rower w jednym miejscu. Zatrzymali się, patrol cały, i zabierali rowery. Wszystkie rowery, które jechały… Na podwórze kazali mi odstawić mój rower, a tych rowerów było już tam kilkaset.

 

  • Jak pan dotarł do Polski?


Poszedłem na dziedziniec oddać rower, odczepiam swoją walizkę, ale patrzę – jest furtka. Jak zobaczyłem, że Rosjanin jest odwrócony, to przez furtkę hajda! Uciekłem z rowerem, nie zostawiłem…



  • Czyli rower jednak pan odzyskał.


Tak. Rowerem uciekłem przez furtkę. Może [Rosjanin] nie wiedział, że w płocie była drewniana, nieduża furtka. Spotkałem się z kolegą z 1939 roku i jechaliśmy razem. (Zostawił rower, później go spotkałem.)

Dotarliśmy do Budziszyna – po niemiecku Bautzen. (Tam była pierwsza bitwa pancerna.) Tam dopiero spotkałem pierwszych, polskich żołnierzy. [Jeden z żołnierzy] zobaczył nas: „A, panowie z niewoli?”. – „No, tak, z niewoli”. – „Z 1939 roku?”. [Kolega] mówi: „Tak”. [Napotkany żołnierz] patrzy, że ja [jestem] młody chłopak. ¬– „Pan też z 1939 roku?”. Mówię: „Nie, ja z Powstania”. – „Panie! Niech pan się nie chwali, że pan jest z Powstania, bo takich jak pan, to na białe niedźwiedzie wysyłają!”. Ostrzegł mnie, żebym się nie chwalił, że jestem z Powstania, żebym nie mówił… Mówi: „O, pierwszego spotkałem, który brał udział w Powstaniu. Chciałbym się dowiedzieć, jak to było w Powstanie, jaki to był nastrój”. Poleciał, przyniósł nam jedzenia, [coś] na posłanie, słomę (bośmy na dworze spali), i pyta się, jak to było, jakie [panowały] nastroje. Mówi: „Proszę pana, a dlaczego Powstanie upadło?”. Mówię: „Proszę pana, nie było pomocy ani z jednej strony ani z drugiej. Może za wcześnie? To historia powie, ja nie wiem tego. To historycy powiedzą”. Mówi: „To ja panu powiem, bo ja byłem po tamtej stronie. Jak żeśmy poszli zza Bugu, to chcieliśmy Warszawę wziąć z marszu. Jak przyszliśmy do Warszawy, pod Warszawą stoimy, a naszych oficerów wezwali na naradę, na zaplecze. Nam dali zmianę. Przyszli ruscy [mówiąc:] »wy pójdziecie na odpoczynek, na zachód, a my zajmiemy wasze miejsca«. I ruscy zajęli nasze miejsca. A nasi oficerowie nie wrócili. Jak myśmy dopiero do nich dotarli, to się dowiedzieliśmy o tym, że jest Powstanie. Chłopaki płakali”. Tak się dowiedziałem, że była zdrada.

 

Jechaliśmy. Parę razy rower dawałem koledze, później [on] na piechotę szedł, ja [jechałem] na rowerze. Znowu jechał jakiś ruski, zobaczył, że mam dętki, ale nienapompowane. A on jechał na samych obręczach! Dawaj, zabrał mi rower z dętkami. Wziąłem jego rower i też jechałem na obręczach. I nawet się jechało dobrze! Po asfalcie jechało się ciężko, ale po kostce [trochę lżej] – dość trzęsło, ale jechało się. Po jakimś czasie obręcze [zniszczyły się]. Były rowery, to tylko zapasowe koła brałem i jechałem. Dotarłem aż pod Wrocław. Pod Wrocławiem spotykam polskiego żołnierza. [Był] w polskim mundurze. Zobaczył, że mam rower. Zabrał mi rower, który miał tylko obręcze, bo musi się gdzieś dostać, a ja już mam blisko, to na piechotę dojdę.

Jak tu jechać? Nie mam roweru, na piechotę iść? Wziąłem przodek od wózka chłopskiego. Był to nieduży wózek, bo Niemcy użytkowali chłopskie wozy różnej wielkości (nawet kobiety używały na zakupy takich małych dziecinnych wózków). Znalazłem taki przodek, [położyłem] walizkę i ciągnę. Jedzie furmanka ruskich żołnierzy, to się pytam, czy mogę [dołączyć do nich]. Doczepiłem się, usiadłem, dojechałem do Wrocławia. Przeszedłem przez Wrocław – jeszcze trupy leżały, bo tam była zrobiona twierdza. Szedłem po ruinach i doszedłem aż do Oleśnicy. Oleśnica jest [na północny wschód od] Wrocławia i z Oleśnicy już chodził pociąg. Dotarłem do pociągu, załadowałem się w pociąg i po kilku dniach przez Częstochowę, przez Lubliniec (nie wiem, ile myśmy czasu jechali) dotarłem do Warszawy. Dotarłem do Warszawy, ale gdzie pójść? [Jeszcze wcześniej,] jak byliśmy w Niemczech, w obozie, to dostawaliśmy karty korespondencyjne, czyli listy. Każdy mógł napisać list albo kartę. Karta była [takiej wielkości] jak nasza karta pocztowa, ale były linijki – tylko cztery czy pięć linijek można było napisać, ale dużymi literami, nie drobniutko. Między wierszami nie wolno było pisać. Co tu można było pisać? „Żyję tu i tu”, mój adres. Nie miałem do kogo napisać, bo Warszawa była pusta. Ale dotarło do nas czasopismo niemieckie – do obozu, gdzie były różne ogłoszenia wydawane po polsku. Postanowiłem napisać do tego czasopisma wiadomość, że żyję, że jestem tu i tu. Okazało się po wielu latach, że kolega, który był we Włoszech jako jeniec, dostał takie pismo i znalazł moje ogłoszenie, tak że mógł powiadomić rodzinę, że się znalazłem. Mój starszy brat wyszedł kanałami z Warszawy i zamieszkał z narzeczoną pod Piasecznem, [gdzie] zabrał też rodziców. Dostałem później kartę, na której też można było coś napisać – nie wiedziałem, do kogo posłać. Wiem, że jeden mój brat cioteczny ukrywał się u swojego stryja za Grójcem. To była wieś Machnatka. Jeździłem tam kiedyś po prowiant – za okupacji jeździło się i workami przywoziło kartofle, żyto, co można było. Wiedziałem, że on tam mieszka. Napisałem do stryja, a ponieważ stryj nosił nazwisko takie samo jak on, napisałem na pana Dzikowskiego, że żyję. Oni mieli kontakt z rodziną i rodzina się dowiedziała, że żyję, że ten obóz… Nawet dostałem z domu jakąś paczkę, suchary, chleb, moczoną w tłuszczu cebulę.

Dotarłem do Warszawy. Wiedziałem, że rodzina jest [w okolicy]. Mówię – pójdę do tego domu, zobaczę… Szedłem na piechotę do Dworca Głównego. Idę koło swojego domu przy Asfaltowej. Patrzę – istnieje dom, w naszym mieszkaniu jest jakaś firaneczka. Dzwonię. Zza drewnianego parkanu wychodzi moja ciotka (u której mieszkaliśmy po wojnie). Ucieszyła się, że jestem, ale mówi mi, że właśnie dwa dni temu zmarł mój ojciec, i dzisiaj miał być pogrzeb ojca. Pogrzeb miał być tego dnia, ale z jakichś powodów był przełożony na następny dzień i trafiłem tak, że zobaczyłem jeszcze ojca. Następnego dnia był pogrzeb. Tak się skończyła moja tułaczka – smutno, ale szczęśliwie. Tak się skończyła moja niewola.

Wróciłem do pracy w przedsiębiorstwie budowlanym. [W czasie okupacji] pracowałem przy melioracji Świdra. Tam był żydowski obóz pracy. To był czterdziesty któryś rok, getto warszawskie było już zniszczone i byli uciekinierzy, a to był obóz, gdzie pracowali Żydzi (była to dla nich obowiązkowa praca). Mieli tak, że każdy musiał tydzień czy dwa tygodnie przepracować, i pracowali razem z nami przy melioracji Świdra. Najbliższa miejscowość to była wieś Parysów – tam też było getto żydowskie. Myśmy tam kiedyś poszli, bo Żydzi warszawscy prosili, żeby ich zaprowadzić do tego getta, bo może coś dostaną do jedzenia, skoro getto będzie zlikwidowane (nie wiem, skąd mieli prawdziwe informacje). Policjant żydowski zaprowadził grupę. Postanowiłem pójść, zobaczyć Parysów. Okazało się, że to było naprawdę miasteczko żydowskie, że getto było w takiej formie, że nie było wcale ogrodzone. Było powiedziane – te ulice, ten kwadrat, to jest getto żydowskie, i nie wolno było Żydowi przejść na drugą stronę miasta. Ale było to takie żydowskie miasteczko, że byli Żydzi, którzy nie rozumieli polskiej mowy, nie [znali] w ogóle polskiego. Następnego dnia Niemcy otoczyli Parysów i przywieźli Żydów z innych miasteczek do getta.

  • Który to był rok?


To był 1943 rok. Wywieźli wszystkich Żydów z miasteczka. Przedtem jeszcze, poprzedniego dnia, dużo Żydów zaczęło uciekać z miasteczka – w rodzinach dowiedzieli się, [co będzie się działo,] i sami przychodzili do obozu. [Przychodzili] z rodzinami, z dziećmi i cały obóz był żydowski. Dużo Żydków nie dostało się do obozu, bo Żydzi warszawscy zaczęli pilnować i już nie wpuszczali tych Żydów, którzy chcieli wejść do obozu. Liczyli, że jeszcze takie obozy pracy zostaną. Zaczęła się wojna między nimi! Z pałami stali i pilnowali, żeby nie wciskali się. Żydzi, którzy się nie dostali, uciekinierzy z miasta, wdzierali się do chłopów, w stodołach nocowali, w polu nocowali. Trwało to dość długo. Niektórzy Polacy wykorzystywali Żydów, bo karmili ich oczywiście za pieniądze, a my nie mogliśmy nic kupić, nie sprzedawali nawet mleka. Pewnego dnia, w sobotę, jest ruch na wsi. Przyjechało dużo Niemców, samochody ciężarowe. Przyjechali też do nas. Jakiś cywilny samochód, Niemiec, wyższy oficer, rozkłada mapy, dyskutują. Przyszli do nas – po jednej stronie był obóz żydowski, a po drugiej stronie były baraki polskie, gdzie myśmy mieszkali (robotnicy wiejscy też tam mieszkali, cywile). [Ktoś] się pyta, co tu będzie. – „A co pana to obchodzi?”. – „Ja tu jestem kierownikiem”. – „No, to może pan nam herbatki zrobi, bo zimno”. Poszli, zobaczyli tylko przez bramę… – „Nie wyprowadzajcie Żydków do pracy, nie chodźcie do pracy”. Co się dzieje? Co kilkadziesiąt metrów na drodze ustawiony jest żołnierz niemiecki z karabinem. Ustalona godzina – oficer niemiecki daje sygnał i okazuje się, że Niemcy otoczyli chyba ze trzy wsie, zrobili „kocioł”, bo Żydzi z Parysowa zaczęli mieszkać u chłopów i tam nocować. Niemcy robili obławę na tych Żydów. Polowanie jak na zające – „kocioł”. Schodzili się do środka i gdzie zobaczyli Żyda, tam zabijali. Zrobili pogrom Żydów. Później już pracy nie było i zaczęliśmy wracać do Warszawy. Ale Żydzi, którzy tam mieszkali na stałe, byli tak zawszeni, że jak [któryś nich] podniósł kołnierz swojej marynarki, to było biało pod kołnierzem. Myśmy w czasie pracy na polu bali się usiąść na trawie, bo robactwo chodziło po trawie. Jak chcieliśmy coś zjeść, to żeśmy brali taczki, taczkę w rzece wypłukali, na taczkach usiedli i dopiero na taczkach jedli. Jak [getto] było zlikwidowane, jak wracaliśmy do Warszawy, to okazało się, że kilku z nas zachorowało na tyfus plamisty, między innymi ja. Niemcy później zlikwidowali obóz, Żydków wyprowadzili. Nie wiem, gdzie ich wywieźli. Po drodze oczywiście, jak [któryś] nie mógł iść, to [go] zabijali. Myśmy przyjechali do Warszawy i tak się skończyła moja, [jeszcze jedna] przygoda okupacyjna.

Warszawa, 8 lutego 2008 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kraus
Władysław Aniołek Pseudonim: „Kot” Stopień: strzelec Formacja: Batalion „Kiliński”, 3. kompania Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter