Władysław Findeisen „Władek”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Władysław Findeisen jestem emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej.

  • Jaki był pana pseudonim z czasów Powstania?

Bardzo prosty – „Władek”.

  • Do jakiego oddziału pan należał?

Byłem zaprzysiężony w maju 1944 roku, bezpośrednio po maturze, którą zdawałem razem z kolegami na tak zwanych kompletach prowadzonych przez Liceum imienia Staszica; tam właśnie, jak zdaliśmy maturę, nasz komplet siedmio czy sześcioosobowy postanowił, że teraz czas pójść do wojska. Dzięki jednemu z kolegów, który już miał kontakty, znaleźliśmy się w Armii Krajowej. Zostaliśmy zaprzysiężeni, przeszliśmy szkolenie i byliśmy przydzieleni do 126. plutonu piechoty Armii Krajowej, taka wtedy była organizacja, który to pluton, jak się okazało 1 sierpnia wchodził w skład kompanii kapitana „Cegielskiego”, w Obwodzie Śródmieście. I właściwie w Śródmieściu zaczęła się moja droga powstańcza. Zebrano nas, całą kompanię, w niedużym budynku na ulicy Parkowej 30, który chyba należał do kapitana „Cegielskiego” ( to był pseudonim, on naprawdę nazywał się Tadeusz Bartoszek i był lekarzem). Stamtąd wyruszyliśmy przed godziną siedemnastą przez Łazienki do Ogrodu Botanicznego i mieliśmy za zadanie z Ogrodu Botanicznego atakować drugą stronę Alej Ujazdowskich, poprzez wysokie ogrodzenie, oczywiście pod ostrzałem. Po drugiej stronie był budynek przedwojennego Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych obsadzony przez Niemców. Do tego ataku nie doszło, wszystko to się załamało, pomimo, że jak na warunki powstańcze byliśmy mocno uzbrojeni, bo mieliśmy nawet angielski moździerz piechoty, z którego kilkadziesiąt pocisków zdążyliśmy wystrzelić w kierunku atakowanego celu, a częściowo na aleję Szucha. Niemcy [jednak] zaczęli atakować nas od strony Wisły, gdzieś z ulicy Podchorążych i trzeba się było bardzo szybko stamtąd wycofać, zresztą z bardzo dużymi stratami. Kapitan „Cegielski” był ciężko ranny, jego zastępca porucznik „Sławek” także był ranny… W jakiś sposób żeśmy się stamtąd wycofali i ukrywaliśmy się przez kilka dni w domach na ulicy Belwederskiej, które były w obrębie ówczesnej dzielnicy niemieckiej i były puste, ponieważ rodziny niemieckie były ewakuowane. Stały puste budynki mieszkalne i myśmy się tam w jakichś mieszkaniach – chodząc w skarpetkach, żeby nie było hałasu – przez kilka dni chowali. Stamtąd nocą przeprowadzono nas wszystkich na górny Mokotów. Na górnym Mokotowie byliśmy kilka dni. Wysłano nas stamtąd do Lasu Kabackiego, gdzie było tak zwane zrzutowisko, to znaczy teren odbierania zrzutów alianckich. Po paru dniach marznięcia w Lesie Kabackim – w letnich strojach spędzaliśmy tam noce na trawie – wróciliśmy z powrotem na Mokotów, niosąc broń i amunicję pochodzącą ze zrzutów. Dalej, już to nie była kompania, już był to tylko pluton „Jasieńczyk” (porucznik „Jasieńczyk” – Konstanty Jabłoński) kompania skurczyła się do jednego plutonu. Z Mokotowa przeszliśmy na Sadybę wtedy, kiedy Sadyba była zajmowana przez oddziały Armii Krajowej, z Sadyby nas wyparto 1–2 września. Pamiętam ten bardzo szybki odwrót, bo to były ostatnie chwile, kiedy się można było wycofać. Potem byliśmy w blokach na ulicy Piaseczyńskiej róg Dolnej, te bloki do dzisiaj stoją, czasem je oglądam. Z tych bloków około 20 września znowu nas wyparto w kierunku Skarpy Mokotowskiej. Dom po domu cofaliśmy się w kierunku Skarpy i w końcu w ostatnich trzech czy pięciu dniach Powstania na Mokotowie, czyli parę dni przed 27 września byliśmy… Chyba to był budynek szkoły, pod skarpą u stóp kościoła Świętego Michała i to były już ostatnie dni. Wreszcie przyszła kapitulacja Mokotowa, z której sobie nie bardzo zdawaliśmy sprawę. To znaczy nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to jest kapitulacja, a nie jakieś bezwarunkowe poddanie się. Przed kapitulacją dowódca tego odcinka porucznik „Gustaw” – pamiętam go z ręką na temblaku, ale nie wiem, jak się nazywał – wprowadził swój oddział, było to w sumie pewno z dwieście osób, do kanałów. Do kanałów wchodziliśmy koło kościoła Świętego Michała, tam gdzie Dolna łączy się z Puławską. W kanałach byliśmy parę godzin, próbując wyjść albo do Śródmieścia, albo na Czerniaków, ale to się nie udało, przejścia nie było. Wyszliśmy z kanałów prawie w tym samym miejscu, bo na ulicy Belgijskiej, oczywiście prosto w ręce czekających Niemców, którzy nas wzięli do niewoli. Nie rozstrzelali, czego mogliśmy się spodziewać, bo jak mówiłem, myśmy nie wiedzieli, że to była kapitulacja. Okazało się, że jesteśmy jeńcami wojennymi. To było gdzieś w południe 27 września.

  • Chciałbym pana zapytać, jaką na co dzień nosił pan broń? Jak pan był uzbrojony?

To jest takie troszkę kłopotliwe pytanie, bo pierwszego dnia miałem tylko „filipinkę”, czyli granat, a potem, gdzieś po miesiącu miałem pistolet 7 milimetrów czeski, „zbrojówka” to się nazywało („Zbrojovka” to była czeska fabryka), który dostałem od mojego kolegi, to była jego prywatna broń. Mój kolega Kazimierz Jackowski miał wypadek z bronią w drugim czy w trzecim dniu Powstania, na Belwederskiej, przy czyszczeniu broni postrzelił się w kolano i do końca Powstania był ranny, leżał w prywatnej piwnicy gdzieś na Puławskiej. Ja go odwiedziłem, mogło to być w pierwszych dniach września dopiero, ale też nie jestem tego pewien, i on mi mówi: „Wiesz co, weź tą moją »zbrojówkę«, bo mi ona się już nie przyda”. Ale w ostatnich dwóch tygodniach miałem już Stena, z Grochowa, polskiej produkcji. Nie chcę powiedzieć, że byliśmy źle uzbrojeni. Pierwszego dnia oczywiście byliśmy bardzo źle uzbrojeni, ale w miarę jak malała liczba żołnierzy, to poprawiało się uzbrojenie, tak że w ostatnich dniach mieliśmy i karabiny maszynowe, i rusznice przeciwpancerne i z tym wszystkim weszliśmy do kanału i z tym wszystkim żeśmy przez te kanały chodzili. Tyle że żeśmy ciężką broń przed wyjściem na Belgijskiej zostawili i może ona tam jeszcze leży…

  • Nie owało państwu amunicji?

Trudno mi powiedzieć, dlatego, że to mógłby powiedzieć strzelec „Tolek”, który miał karabin maszynowy, czy on miał za mało amunicji czy nie... Mam wrażenie, że amunicji było już sporo. Były także zrzuty amunicji sowieckiej, tyle, że one spadały bez spadochronów z samolotów nisko lecących i do karabinu maszynowego niebezpiecznie było tego używać. Ona była troszkę pognieciona i mógł się zaciąć.


  • Czy państwa oddział brał do niewoli jakichś Niemców?

Nie. Aczkolwiek mam epizod w pamięci, który w pewnym sensie tworzy prawdziwy obraz wojny: mianowicie w Lesie Kabackim staliśmy z kolegą na skrzyżowaniu dróg jako warta, czy czujka, a w głębi na polanie było to zrzutowisko i jego stała załoga oprócz tych tragarzy, którymi myśmy byli… Przejechał tamtędy jakiś starszy człowiek, mnie się wydawało, że starszy – dzisiaj myślę, że mógł mieć czterdzieści parę lat może pięćdziesiąt, na rowerze, wyglądający jak chłop, teraz mówimy – rolnik. Myśmy go zatrzymali, wylegitymowali, okazało się, że to folksdojcz. Skąd on się tam wziął? W okolicach Wilanowa były kolonie niemieckie, były wioski zamieszkałe przez Niemców i on po prostu jechał przez las. Myśmy go zatrzymali, folksdojcz, zaprowadziliśmy do dowódcy, do porucznika Wróbla. Porucznik Wróbel podjął jedyną właściwą decyzję – trzeba go zastrzelić. Dlatego, że on widział to zrzutowisko. Zgłosił się nawet ochotnik siedemnastoletni, strzelec „Jurand”, że on to wykona. Wprowadził go w las i zastrzelił. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, [że] to było rzeczą normalną wtedy, ale po latach refleksja jest taka, że oczywiście ten człowiek był absolutnie niewinny i oczywiście trzeba go było zastrzelić. I to jest jedna z przyczyn, dla których po latach myślę, że na wojnie ginie pojedynczy człowiek, że jeżeli się to rozpatruje w kategoriach batalistycznych: atak, obrona, pułk, dywizja – to się nie widzi, ale jak się pamięta śmierć pojedynczych ludzi, łączniczki, która w domu na Piaseczyńskiej była postrzelona przez snajpera i leżała może osiem, dziesięć metrów od nas i nie można było do niej podejść i umierała parę godzin, to jest ten pojedynczy człowiek, który ginie na wojnie. (…) Kiedyś mnie pytano – czy przeżywałem w czasie Powstania jakieś momenty euforii… Wielu ludzi to odczuwało. W Śródmieściu odczuwali, że są wolni, że nie ma Niemców, że są polskie flagi, że jest polskie wojsko. Muszę powiedzieć, że tego zupełnie nie odczuwałem. Pierwszy dzień był klęską, potem z okien na strychu domów na Belwederskiej widzieliśmy znane wydarzenie – masakrę ludności cywilnej przeprowadzoną przez żandarmerię na Dworkowej… Jeżeli ktoś pamięta układ Mokotowa, to jest górny Mokotów, jest Skarpa Mokotowska i później jest ten dół i ulica Dworkowa jest na górze. Od Dworkowej zaczyna się Skarpa i są schody w dół idące. Niemcy na Dworkowej zgromadzili ileś osób, nie wiem sto czy dwieście, wyciągniętych z domów, nie wiedzieli, co z nimi robić. Byli otoczeni, nie mogli ich odprowadzić gdzieś, kazali im schodzić schodami i tam ich wystrzelali z karabinów maszynowych, a myśmy patrzyli bezsilnie. To zresztą się wiąże z jeszcze jednym wspomnieniem… Oczywiście nie wszyscy byli zabici, było trochę rannych, nie wiem czy chwilę po tym, czy w godzinę, ale tego samego dnia i za dnia, pojawiły się patrole sanitarne, sanitariuszki w białych fartuchach z noszami. To były bohaterskie kobiety, bo przecież szansa, że im pozwolą zbierać rannych była zerowa. Ale zabrały rannych, nie strzelano do nich. Potem pierwsze wrażenie po przyjściu na górny Mokotów to rząd ośmiu czy dwunastu trupów równo ułożonych, wyciągniętych z gruzów jakiegoś domu na Ursynowskiej... Miałem osiemnaście lat, młode oczy… To był straszny widok… Trupy wyciągnięte z gruzów mają kolor cementu, są pokręcone i ani śladu krwi… To okropne.

  • Czy dużo pan ryzykował podczas walki?

Wszyscy ryzykowaliśmy. Miałem poczucie spełniania obowiązku a nie tylko bania się czy uciekania. Chyba raz tylko zgłosiłem się na ochotnika na wyjście w niebezpieczną strefę, które zresztą było bardzo charakterystyczne. Jak opuściliśmy domy na Piaseczyńskiej, o czym wspomniałem, byliśmy potem o sto metrów stamtąd w kierunku Skarpy. Przyszli jacyś nieznani nam żołnierze z Mokotowa, z innych oddziałów i powiedzieli, że na Piaseczyńskiej w budynku został trup ich kolegi i że oni by bardzo chcieli go przynieść i pochować, żeby nie leżał. No więc, kto na ochotnika z nimi pójdzie? Ja się wtedy zgłosiłem i poszedłem z nimi i przynieśliśmy tego trupa. Przynieśliśmy go na górę, położyliśmy koło budynku gdzieśmy byli a ci ludzie zniknęli… i już pochowaniem zajęliśmy się my. To śmieszny taki szczegół, bo zdawałoby się… że no może nie mieli już… przepustki na dłużej… Nie wiem.

  • Czy była w Powstaniu postać, na której pan się wzorował, która wywarła na panu ogromne wrażenie?

Jest wielu ludzi, którzy na mnie zrobili wrażenie. Jedną z pierwszych osób, która na mnie wywarła wrażenie, był nasz dowódca drużyny, podchorąży „Chochołowski”, który nas wprowadzał a potem nami dowodził. On zginął w zupełnie niepotrzebny sposób na Sadybie… Myśmy zajmowali wschodni skraj Sadyby, tam była jakaś rzeczka a dalej były puste pola, niewiele zabudowań, miejsce, które nazywało się Augustówka. „Chochołowski” i jeszcze trzech innych uprosili dowódcę porucznika „Jasieńczyk”", żeby im pozwolił pójść na patrol w tamtą stronę, to oni jakichś Niemców rozbroją, będziemy mieli więcej broni. Poszło czterech ludzi, wrócił jeden. Dla „Jasieńczyk” to był cios, dlatego, że właściwie nie miał prawa im pozwolić pójść na patrol. W ten sposób zginął „Chochołowski” i zginął „Rawicz”. Notabene podchorąży „Chochołowski” nazywał się Fryderyk Zoll a jego znacznie młodszy brat, Andrzej Zoll, obecnie znany profesor prawa. To od niego się dowiedziałem, bo nazwisko jest zbieżne a różnica wieku jest spora, ale profesor Zoll mi wyjaśnił, że ich było wiele dzieci i duża była różnica wieku. To pamiętam. Druga postać, która pamiętam, to był rotmistrz Jeżycki, dowódca dywizjonu „Jeleń”, który walczył w pobliżu nas. Ja – młody chłopak i bez broni, byłem do niego przydzielony jako łącznik. Chodziłem z nim i za nim w różne miejsca… Mam po nim wrażenie takiego człowieka bardzo ludzkiego… To był zawodowy oficer kawalerii, ale nie miał zupełnie tego, czego się mogę spodziewać po oficerze kawalerii. Był bardzo ludzki, a jednocześnie był bardzo stanowczy. Pamiętam, że jak siedzieliśmy w schronie i baliśmy się wyjść pod ostrzał a trzeba było wyjść, bo zbliżało się niemieckie natarcie, to potrafił wyciągnąć pistolet. Potem, zresztą dwa, trzy metry ode mnie, został ranny chyba w udo, więc nie mógł iść. Nie chciał wpaść w ręce Niemców, wiedział, że my próbowalibyśmy go wyciągnąć, ale droga odwrotu prowadziła przez wąski i płytki rów łącznikowy, pewnie nie chciał nas obciążać, wyciągnął pistolet i zastrzelił się. [...] Zostawił we mnie bardzo duży ślad.

  • Jakie wspomnienie z Powstania wywarło na panu największe wrażenie? Co pan najbardziej pamięta z tamtych dni?

Jest kilka, niektóre wspomniałem… Pierwsze to pierwszy dzień, który był klęską. Potem chyba te trupy na Mokotowie, które zobaczyłem, potem śmierć łączniczki, o czym mówiłem... Chyba jeszcze to, że w ostatnich pewno trzech dniach, kiedy byliśmy już przyparci do Skarpy w tym ostatnim budynku i mieliśmy absolutną pewność śmierci: było rzeczą pewną, że albo nas zabije bomba albo nas zastrzelą Niemcy, jak tu wejdą. Żadnej innej możliwości nie było. Pamiętam nastrój czy poczucie spokojnej determinacji. Nie paniki, nie strachu, tylko spokojnej determinacji. Tak będzie, ale my będziemy trwać do końca, szans nie ma. Potem się jednak okazało, że jednak były, ale poczucie determinacji, pewność śmierci jak się ma osiemnaście lat, to jest mocne przeżycie. Wydaje mi się, że to odegrało jakąś rolę później, także we wszystkich następnych latach, to znaczy moje patrzenie na świat, na ludzi, nawet na życie jest inne niż gdyby tych doświadczeń nie było.

  • Jak wyglądały kontakty z ludnością cywilną podczas Powstania?

We wszystkich wspomnieniach, które się czyta, może z wyjątkiem Śródmieścia, była wyraźna przemiana. Pamiętam pierwsze dni, kiedy byliśmy na górnym Mokotowie, była rzeczywiście euforia. Nie było Niemców, front był gdzieś daleko, były naloty, ale poza tym była wolność, wojsko ćwiczyło musztrę i uczyło się pieśni. Ludzie [byli] rozradowani. Potem nastrój opadał… Pamiętam z okresu od połowy września mniej więcej, kiedy żeby przejść z ulicy Piaseczyńskiej w górę, trzeba było iść piwnicami domów. W piwnicach byli zgromadzeni mieszkańcy domów, czyli cywile jak się mówiło. Oni nie patrzyli na nas przyjaźnie. To wy jesteście winni. To przez was my się tak męczymy, przez was my zginiemy. Może to były [w większości] spojrzenia, ale były i słowa. Trudno się temu dziwić. Ci ludzie byli też przekonani, że oni zginą. Tak że to nie jest tak, że do samego końca byliśmy otoczeni uznaniem. Owszem jakimś… To jest trudno ocenić. Spojrzenia i słowa to jest jedna strona, a jakie byłyby czyny, to jest druga strona. Oczywiście, że oni nas w jakiś sposób wspierali żywnością czy czymś, ale nastroje były takie, że to wy jesteście winni temu, że my się tu męczymy. Też ciekawe wrażenie, że to, co mi najbardziej dokuczało w ostatnich dwóch tygodniach czy dziesięciu dniach, to był snu. Nie ostrzał, nie głód, tylko snu. Było nas mało, trzeba było wiele punktów obsadzić i służba trwała wobec tego prawie całą dobę. Brak snu może być bardziej dokuczliwy niż coś innego. Mieliśmy też wszy, ale z tego sobie zdałem sprawę dopiero w obozie.
  • Co się stało z panem po zakończeniu Powstania? Jak wyglądała niewola?

Wzięto nas do niewoli. Najpierw poszliśmy pieszo chyba do Pruszkowa, do obozu, bardzo krótko, może dwa trzy dni, z Pruszkowa do takiego obozu przejściowego w Skierniewicach i tam nas właściwie dopiero wszy dopadły. W Skierniewicach były ziemianki, [w których było] zimno potwornie. Stamtąd [zabrali nas] do obozu jenieckiego Sandbostel Stalag XB… Przez całą okupację człowiek czuł się zagrożony, że jego życie jest zagrożone w taki sposób czy inny, natomiast z chwilą, kiedy znaleźliśmy się już na pewno w niewoli, znikło zagrożenie życia. Uczucie pewnego rodzaju przegranej i klęski, ale i tej ulgi, że już do mnie nie będą strzelać. Z tego obozu, tam nie byłem do końca, wywieziono nas do Hamburga do pracy, tam przeżywaliśmy alianckie naloty, ale nic się nie stało. Po wyzwoleniu byliśmy jeszcze długo w Niemczech. Ja byłem w Niemczech do połowy grudnia.

  • Wyzwolono państwa w Hamburgu?

Nie. Z Hamburga ewakuowano nas pieszo w kierunku północnym, na Półwysep Jutlandzki, [do] Schleswig-Holstein. […] 5 maja w tamtym rejonie kapitulowali Niemcy, przyjechały wojska brytyjskie i byliśmy już w strefie brytyjskiej. Brytyjczycy przywieźli nas samochodami do Szczecina przez strefę sowiecką w połowie grudnia, bo wcześniej strefa sowiecka nie chciała się zgodzić na przewożenie byłych jeńców. Czyli pod brytyjską eskortą dojechaliśmy do Szczecina, gdzie oddali nas w ręce Urzędu Repatriacyjnego. Stamtąd przyjechałem pociągiem do Warszawy i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem, że mój dom, gdzie mieszkałem z rodzicami, na ulicy Wilczej 44, jest całkowicie spalony. [Zdziwiony byłem] dlatego, że przedtem w obozie jeńców dostałem wysłaną mi przez rodziców paczkę, w której był między innymi ciepły sweter i jeszcze inne rzeczy z mieszkania na Wilczej. Okazuje się, że rodzice to wynieśli z Warszawy. Nie bardzo wiedzieliśmy jak to się odbywało… A dom był spalony po Powstaniu, tak jak większość Śródmieścia.

  • Czy miał pan możliwość wyjechać na Zachód?

Na pewno można było zostać i wyjechać na zachód, wielu tak zrobiło, ale ja nie chciałem zostawić rodziców samych. Mój brat poległ w Powstaniu na Starym Mieście, był w batalionie „Zośka”. Nie wiedziałem, że on poległ. Dopiero się o tym dowiedziałem tutaj w Polsce, pomimo, że w obozie w Sandbostel spotkałem jego kolegę, którego dobrze znałem, ale on mi nie powiedział. Oczywiście wiedział, że brat nie żyje, ale on mi tego nie powiedział.

  • Na koniec jeszcze chciałbym pana spytać jak z perspektywy lat ocenia pan Powstanie, ten czyn zbrojny?

Nie chciałbym wchodzić w dyskusję, co by było, gdyby było… Ale myślę, że gdybym się znalazł po raz drugi w takiej sytuacji, osiemnastoletni czy dwudziestoletni i byłaby Armia Krajowa, to bym do niej wstąpił, dlatego, że po prostu myśmy byli [tak] wychowywani. Myśmy byli wychowywani przez rodziców i przez nauczycieli, którzy pochodzili z czasów międzywojennych, z Polski niepodległej. Dzisiaj niechętnie używa się słowa „patriotyzm”, ale to był po prostu patriotyzm. W Warszawie praktycznie wszyscy młodzi ludzie byli w tej czy innej konspiracji, najczęściej w Armii Krajowej. Dlatego ten pierwszy odruch – matura – no to wojsko, chociaż baliśmy się bardzo. Nie boi się tylko ten, kto nie ma wyobraźni.

  • A czy uważa pan, ze Powstanie mogło nie wybuchnąć biorąc pod uwagę nastawienie, ogólną sytuację polityczną? Czy wyobrażał sobie pan taką sytuację w Warszawie wtedy?

Chyba to jest tak, że oczywiście, że Powstanie mogłoby nie wybuchnąć, bo ktoś wydał rozkaz. Zresztą bardzo niedobry jest termin, powiedzenie, że Powstanie „wybuchło”. Powstanie nie wybuchło, Powstanie zostało rozpoczęte rozkazem dowództwa. To nie był spontaniczny ruch, to nie tak jak Powstanie Listopadowe, spontaniczny atak na Belweder, to była przygotowana akcja zbrojna przez całe lata. Czyli to nie był „wybuch” Powstania, tylko to był „początek” Powstania 1 sierpnia. Nie umiem powiedzieć, czy to była decyzja słuszna czy niesłuszna, ale wiele przemawia za tym, że gdyby Powstania nie było, to mogłaby tu być kolejna republika radziecka. Powstanie było bardzo poważnym dowodem przywiązania Polaków do niepodległości. Nie pytajmy czy to było zbyt kosztowne czy nie? Nikt takich kosztów sobie w ogóle nie wyobrażał.



Warszawa, 7 lutego 2005 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Seweryn
Władysław Findeisen Pseudonim: „Władek” Stopień: starszy strzelec Formacja: Batalion „Ruczaj”, Batalion „Oaza” Dzielnica: Śródmieście Południowe, Mokotów Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter