Wojciech Stanisław Rzymowski „Rawicz”

Archiwum Historii Mówionej


Nazywam się Wojciech Rzymowski.

  • Jak wyglądało pana życie przed wojną?


Pochodzę z rodziny wojskowej. Mój ojciec był oficerem w garnizonie na samej granicy niemieckiej, właśnie w Rawiczu, i zginął 10 września pod Kutnem w tych słynnych walkach, które tam się wtedy toczyły. A ja z matką zostałem bez domu, bez opieki ojca. Miałem wtedy trzynaście lat, ale już byłem po pierwszej klasie gimnazjum. A tę pierwszą klasę gimnazjum byłem w korpusie kadetów, też w Zawiszu. To była szkoła dla młodych chłopców. I dzięki tej szkole i kolegom, których spotkałem w Warszawie w czasie okupacji, trafiłem do tego batalionu.

  • Czy miał pan rodzeństwo?


Nie, ja jestem sam.

  • W którym momencie przemieścił się pan do Warszawy?


Wyjechaliśmy z matką 15 sierpnia na urlop. Ja przypuszczam, że byłem wtedy za młody, żeby wiedzieć więcej, że ojciec nas celowo wysłał po prostu, że wiedział więcej pewnie niż wszyscy. Do rodziny matki w Białej Podlaskiej. I tam nas zastała wojna i tam żeśmy wojnę września, polskiego września, przeżyli.

  • Jak pan zapamiętał właśnie wybuch wojny?

 

Pierwsze bomby, jakie spadły, to spadły na budynek, który stał na drugiej stronie ulicy w Białej Podlaskiej, to była szkoła. No i tak pamiętam.

  • Czyli cały wrzesień spędził pan w Białej Podlaskiej?


Tak. Cały wrzesień i nie tylko, jeszcze potem dość długo.

  • Jak tam wtedy sytuacja wyglądała?


Nie wiem, co pani ma na myśli, tutaj w tym miejscu.

  • Jak wyglądało życie? Czy te naloty były ciężkie?


Nie, tam wielkich nalotów nie było, to znaczy no nie było wielkich nalotów. Weszli Niemcy, później się cofnęli, weszli ruscy ku przerażeniu jeszcze większemu wszystkich dookoła. Później drogą jakichś tam rozmów Niemcy z powrotem wrócili. No i tak się zaczęła okupacja.

Ustabilizowała się na przełomie listopada i grudnia. Ten okres okupacyjny to wszędzie był taki sam, więc chyba nie ma się co rozwodzić nad tym. Było źle, głodno. Myśmy z matką nie mieli ani w co ubrać się, ani specjalnie z czego żyć. Ale na szczęście byliśmy u rodziny matki i oni się nami zajęli.

  • A czy ten okres początkowy przechodzenia z rąk niemieckich do rosyjskich, później znowu do niemieckich, czy był związany z jakimiś specjalnymi zbrodniami?


Tak, bo ruscy jak przyszli, oni co prawda byli na szczęście krótko, ale z miejsca zabrali się za robienie tak zwanych porządków, to znaczy mieli robione tam spisy przez kogoś tam, nie wiem kogo, i mieli wśród ludzi, mieszkańców Białej Podlaskiej, swoich ludzi, którzy latali z nimi, kogo aresztować, kogo wywozić. Na szczęście nie zdążyli wiele zrobić, bo to był krótki okres czasu.

  • I z Białej Podlaskiej jak się pana losy potoczyły dalej?


Ponieważ myśmy mieszkali rok jeszcze przed wojną w Warszawie, a dokładniej w Rembertowie, tak że taka naturalna tendencja i ciąg był do Warszawy. Jak się nadarzyła okazja, to oboje z matką, a wpierw ja sam jeszcze, pojechałem do Warszawy. To był rok 1941, początek, jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej. I tam dostałem się do internatu prowadzonego przez RGO, to była Rada Główna Opiekuńcza, która prowadziła internaty, kilka internatów na terenie Warszawy. I to wszystko było, ci chłopcy (bo i dla dziewcząt były internaty), to jak się okazało później, to były wszystko rodziny, chłopcy i dziewczęta, [dzieci] wojskowych, zawodowych, którzy albo polegli, albo byli w niewoli. I to, z tym ukrytym sensem niewątpliwie, ale miało na celu właśnie przyjść z pomocą taki ludziom jak ja. W ten sposób przestałem ciążyć, że tak powiem, matce – miałem trzynaście lat wtedy. No i byłem w tym internacie chyba do 1944 roku do wiosny i potem się wyniosłem, że tak powiem, na swoje. Już trochę zarabiałem, to tu, to tam. Pracowałem na ETG, taka kolej była w Warszawie. Musiałem się usamodzielnić, bo w tym czasie ja już trochę za głęboko w konspirację wszedłem i to mogło być groźne dla reszty chłopców, którzy tam mieszkali.

  • W którym momencie zetknął się pan z życiem konspiracyjnym?

 

W 1942 roku chyba.

  • A w jaki sposób?


Kolega z korpusu kadetów… Tam oczywiście żeśmy się szybko spotykali na bazie znajomości tej z korpusu. Utrzymywaliśmy ze sobą stosunki dość żywe i tą drogą dostałem się do konspiracji. Konkretnie, jeśli ma być wymienione nazwisko, to ten kolega, który mi zaproponował, nazywał się Janek Piątkowski, też właśnie ekskadet. Niestety zginął na Starówce, na parę dni przed końcem walk na Starówce. Zginął chyba dwudziestego, na Mostowej. Zresztą skoczył, chciał wyratować kolegę, który został postrzelony z cekaemu. Chciał przebiec ulicę i nikt nie zdążył go powstrzymać, bo pod ten sam cekaem poleciał. No i obaj zostali tam. Przeżyli noc, a właściwie nie bardzo przeżyli, bo nad ranem już nie żyli.

  • Co należało do pana zadań w konspiracji?


Jak powiedziałem, to był harcerski batalion prowadzony przez oficerów, ale oficerów, którzy byli harcerzami i harcmistrzami przed wojną i duży nacisk kładli, żeby ta młodzież uczyła się. Bo to było łatwo, jeśli ktoś z tytułu zajmowania się konspiracją w taki czy inny sposób łamał prawo, niemieckie prawo. Łamał i tak miało być, ale to u młodych ludzi musiało zostawić jakiś ślad na wychowaniu, na charakterze. I oni bardzo pilnowali nas, szczególnie ten komendant Batalionu „Wigry”, żeby się uczyć.


  • A pan miał szkołę z internatem?

 

Nie, nie, to był internat, który zgrupował bardzo różnych, jeżeli chodzi o wiek, chłopców. Ja byłem tam raczej jednym z najstarszych, starszych, a byli młodsi. Tam nauki były zorganizowane przez internat, przez kierowniczkę internatu, wspaniałą osobę, ale to zupełnie dodatkowo. Poza tym to się uczyło na kompletach, ewentualnie w szkołach zawodowych. Najczęściej to i na kompletach, i w szkołach zawodowych, bo trzeba było mieć jakieś pokrycie, bo na komplety to nie wolno było chodzić, jak wiadomo. Tak że [to była] szkoła zawodowa. Ja do szkoły mechanicznej przez dwa lata uczęszczałem, potem pracowałem w ETG, jak mówiłem, no i później już z tego internatu wyszedłem, jeszcze miałem prawo przychodzić przez jakiś czas na obiady. A tam pani Luśniakowa, bo tak się nazywała kierowniczka, to była z zawodu nauczycielka, prowadziła szkołę, gimnazjum w Toruniu, harcerka, harcmistrzyni i z godnym podziwu jakimś sposobem potrafiła tych czterdziestu chłopaków, z których każdy miał swoje pomysły na życie, jakoś utrzymać w ryzach. I przez ten cały okres, kiedy to trwało, a trwało aż do Powstania, to tam był porządek i nie było jakiegoś migania się od obowiązków, bo to trzeba było samemu to i tamto zrobić. Z dużym szacunkiem się zawsze wszyscy się do niej odnosili, to warto powiedzieć. Pani Luśniakowa, która zresztą w zeszłym roku czy dwa lata temu została nagrodzona izraelską nagrodą, to się nazywa… nie chcę przekręcić… Yad Vashem. Ja byłem w związku z tym nawet zaproszony na tę uroczystość, bo okazało się, że wśród nas było kilku Żydów. Ona o tym wiedziała, no ale co do niektórych to i myśmy wiedzieli, ale całe pięć lat jednak przetrwało i jest to jakieś znamię tego, tej społeczności młodej, że to przetrwało właśnie ten stan rzeczy i nie wysypało się do końca.


  • A w tej działalności harcerskiej, konspiracyjnej, oprócz nacisku na naukę, to jak wyglądało to działanie?

 

Było zorganizowane pod kątem ściśle wojskowym, bo taki jednak był cel zasadniczy i w ten sposób byliśmy szkoleni na różne tematy. Ja między innymi skończyłem tak zwaną szkołę podoficerską. Tam były nauki na poziomie, znaczy wykłady, tak jak odbywały się nauki, wykłady, nauki na kompletach, to tam wojskowe, w ten sam sposób, tylko że w innych miejscach z innymi ludźmi. W pierwszym okresie były ćwiczenia i wykłady, nauka minerska, chodziło o to, żeby była umiejętność wykorzystywania materiałów wybuchowych i zabezpieczania tego, umiejętności postępowania z tym. A później, w drugim okresie, jeszcze część z nas została, umożliwione nam zostało skończenie szkoły podchorążych. Ta szkoła dość znana – „Agricola” się nazywała. Ten kurs mój skończył się, było kilka kursów, wcześniejszych zresztą. Mój się skończył w maju, czyli krótko przed Powstaniem.

  • Jak często odbywały się takie zajęcia?


To trudno określić, to nie było systematyczne, w każdym bądź razie na tyle częste, na ile można było to zorganizować i wyczerpać materiał. Poza tym mieliśmy podręczniki, niewiele, ale były. Taki bardzo typowy podręcznik, który się nazywał PDP, czyli „Podręcznik dowódcy plutonu”. No i oczywiście [gdyby zdarzyło się] złapanie z takim podręcznikiem, to już by się nie wyszło. I tak każdy kombinował, żeby zdobyć na swoje potrzeby, na jakiś okres czasu i nauczyć się miedzy innymi terenoznawstwa, posługiwania się mapą, kompasem i tak dalej. To zakres taki bardzo skompresowany podchorążówki.

  • Czy pamięta pan kolegów czy wykładających w czasie tych kursów?


Z tym pamiętaniem to nie bardzo. Chyba nie potrafię powiedzieć. Aha, jedną osobę pamiętam, bo z nim zaczynałem Powstanie, to zdecydowanie pamiętam. To był zawodowy porucznik łączności sprzed wojny. On zresztą z nami ćwiczył. A i dodatkowo gimnastykę, ćwiczenia fizyczne, konkretnie boks. Była taka szkoła gimnastyczna na Hożej, nie pamiętam nazwiska, to prywatna szkoła była. I tam żeśmy rano na szóstą przychodzili, ona od ósmej była czynna i tam żeśmy uczyli się boksu. No więc ten porucznik, który się nazywał Jerzy Krygier, a pseudonim miał „Wojnicz”, fantastyczny człowiek. On dosyć poważnie został ranny zaraz pierwszego dnia bombardowania na Woli. Odłamek w udo dostał i już nie brał udziału w Powstaniu, wymagał nawet opieki cały czas. Ale aż do niewoli był z nami, potem wrócił do Polski chyba w 1946 roku. I ten odłamek mu wreszcie gdzieś zawędrował, jak się wreszcie dowiedziałem. Po powrocie ja z kolei szukałem jego w Warszawie na Żoliborzu. To ten odłamek gdzieś tam zawędrował do wątroby no i skończyło się. On był doskonałym wykładowcą. Przede wszystkim o psychikę dbał. On nas próbował przygotować do sytuacji, co do których można było przewidywać, że będzie trudno przeżyć, i robił to bardzo umiejętnie i z bardzo dobrym skutkiem. Niestety tak szybko musiał się wyłączyć z tej walki. On był de facto dowódcą części naszej kompanii, tego plutonu, bo jak myśmy zaczynali, to był podział na plutony, plutony były numerowane, tak się nazywały te oddziały. No to jego pamiętam doskonale, bo to był mój dowódca najbliższy.

  • A czy w czasie okupacyjnym spotkał się pan z represjami ze strony Niemców?


Na to można było liczyć codziennie i o każdej porze. Albo pośrednio, albo bezpośrednio wszyscy żeśmy się z tym spotykali i tu właściwie nie starczyłoby czasu ani papieru na spisywanie tego.

  • A czy był pan świadkiem takich sytuacji?


Łapanek na ulicy, pakowania do tak zwanych bud do samochodów. Z tym że to pakowanie to było bicie kolbami i biegiem tych ludzi, wyciągnie z tramwaju. No, młodzi ludzie to jakoś często potrafili uniknąć, jak przez okno to którędyś indziej, na drugą stronę sobie [wyskoczył], ale trochę starsi to już nie bardzo.

  • Czy pan też tak musiał uciekać?


W sensie uciekania może nie, bo z góry mając pewne, człowiek miał takie wyczucie, jak zwierzę, na które się poluje i zawsze widział daleko przed sobą, rejestrował to, co się dzieje, a motorniczy też potrafił zatrzymać tramwaj, jak widział z daleka łapankę, a jak nie zatrzymał, to się wyskakiwało po prostu.

A jeśli chodzi o bezpośrednie [złapanie], to mi się zdarzyło w 1942 roku. Jechałem wtedy do Białej Podlaskiej, do rodziny na taki wypoczynek jakby, wakacje. No i tam zdarzyło mi się, że mnie przymknęło właśnie gestapo, dostałem się do gestapo. I niewątpliwie skończyłbym w jakimś Oświęcimiu albo coś takiego, gdyby nie to, że ta moja ciotka z Białej Podlaskiej jakoś błyskawicznie zadziałała, a ktoś tam, kto widział, że mnie zabrali i biegiem przed rowerem musiałem lecieć, biegnąć, doniósł do ciotki, a ciotka znalazła jakieś tam chody z kolei, tak istotne, że jeszcze tego samego dnia mnie zwolnili. Z tym że przedtem zdążyli mi już natłuc, co się dało. Stałem przez parę godzin z kajdankami z tyłu, przy paliku takim, przyczepionym, na słońcu pełnym, bo to lato było. Tak że swoje tam przeżyłem. Zwłaszcza jak na psychikę młodego człowieka to było chyba dość dużo. Ale od razu mi powiedział ten, dzięki któremu wyszedłem… Przyjechał tam, on musiał mieć jakiś handel z tymi gestapowcami, ten człowiek, paczkę przywiózł, z ciotką bryczką przyjechali, bo widziałem, jak przyjechali, no i taki dolmeczer, bo to taki tłumacz był (znaczy po niemiecku dolmeczer), to jak mnie do bramy odprowadzał, to nie główną bramą, tylko przez jakieś wyjście, nad rzekę (w Białej Podlaskiej taka rzeczka jest Krzna), wypuścił i mówi: „Słuchaj, ty jeszcze dziś powinieneś zniknąć z Białej Podlaskiej”. Tak mi powiedział, po polsku mówił. Czy masz zniknąć, bo to było w takim… To tyle, jeśli chodzi o moje kontakty z okupantem bezpośrednie, że tak powiem.

  • To była przypadkowa łapanka?


Przypadkowa łapanka. Byłem nad rzeką z jakąś dziewczyną, którą znałem z poprzedniej bytności w Warszawie. I siedzieliśmy nad rzeką i jechał taki gestapowiec rowerem i widocznie nie trawił tego, że młody Polak siedział nad rzeką z dziewczyną, bo powinien na pewno pracować albo coś innego, w jakiś inny sposób być zajęty, a to był środek lata. I zawołał mnie do siebie i ja się jakoś niewłaściwie zachowałem chyba, bo bardzo szybko skorzystał z okazji i uznał to za prowokację. I kajdanki, i biegiem przed rowerem. On na rowerze jechał.

  • Czy w czasie tego przesłuchania podejrzewano pana już o działalność konspiracyjną?


Nie, o działalność konspiracyjną mnie nie posądzali, bo gdyby posądzali, to ja bym stamtąd nie wyszedł. Posądzali mnie zupełnie przypadkowo i tak uznali to prawdopodobnie i to był atut, który jeszcze na moją korzyść zagrał jakoś. Ja miałem niebacznie, nie wiem dlaczego, przedwojenną legitymację szkoły i z tej legitymacji wynikało, że to jest korpus kadetów właśnie i może to, że mimo tego, że ja tam miałem czternaście, piętnaście lat już chyba wtedy, to w sumie razem z moim sposobem jakimś bycia trochę może mało uprzejmym, jeszcze tak się speszyłem, a miałem organki przy sobie, kazał mi grać. Ja nie bardzo wiedziałem, nie pomyślawszy, zagrałem francuski hymn narodowy, „Marsyliankę”, i on krzyknął zaraz, że stop, dosyć, nie grać. Tak że zdaje się, że ja sam sobie trochę zarobiłem na to, ale to bardzo łatwo, bez żadnego zarabiania, było trafić do gestapo. Tak że ja uważam, że ja miałem w ogóle dużo szczęścia, że te kontakty tylko na tym się [skończyły]. A poza tym to w Powstaniu, no to były takie bliższe kontakty, ale to już z chęcią były prowadzone.


  • W tym okresie, kiedy pan pracował, to w jakiej dzielnicy pan mieszkał?


Początkowo mieszkałem na Żoliborzu na Czarneckiego, w tym internacie, a później jak już się wyniosłem z internatu, to już w takich pokojach sublokatorskich mieszkałem. Pierwszy raz z kolegą, z którym się wyprowadziłem, to było na Krasickiego czy Krasińskiego na Żoliborzu, w każdym razie poprzeczna przez plac Wilsona i tam żeśmy razem mieszkali. Stosunkowo krótko, pewnie z miesiąc. Wielkanoc przyszła i ja tę noc spędziłem nie w domu, a u matki, która w owym czasie pracowała na Nowogrodzkiej i mieszkała w Warszawie. Jak przyszedłem rano, to okazało się, że z tego domu wyciągnęli mnóstwo ludzi. Tak że ja już więcej nie szedłem do tego [domu]. Później mieszkałem, znalazłem, już nie pamiętam, jaką drogą, u policjanta, granatowego policjanta, Polaka, współlokatorski taki pokoik przejściowy na Ciepłej w Warszawie. Była taka ulica, nie wiem, czy jest jeszcze, chyba już jej nie ma. I tam do czasu Powstania mieszkałem, tam mi się dobrze mieszkało, on był bardzo dobry Polak, mimo że był na służbie, chodził z bronią i chodził do służby, ale po prostu nie miał wyboru. Niemcy wszystkich policjantów powołali z powrotem w czasie wojny, jak już porządkowali tę administrację.

  • Gdzie pana zastał wybuch Powstania?


Na Rynku Starego Miasta, numer dwadzieścia pięć, na piątym piętrze. To było miejsce naszego spotykania się, planowe. Przedtem kilka godzin chyba w południe roznosiłem z jakąś koleżanką, już nie pamiętam z kim, powiadomienia, że to na piątą tam mamy być i ten adres. I w końcu sam tam poszedłem. I tam żeśmy siedzieli aż do późnej nocy i fragmenty, co pamiętam… Te domy to tam takie wąskie są, na Starym Mieście. Ten dom jest w tej chwili odbudowany i na tym piątym piętrze było nas pewnie z dziesięciu. Czekaliśmy, co dalej. I taki fragment, który pamiętam, może najbardziej, to przyszła sąsiadka, młoda niewiasta (tam było chłopaków naszych więcej, to się zaraz porobiły takie stosunki takie koleżeńskie) i przyszła z małpką taką, na obróżce ją przyprowadziła, kapucynkę, i ta małpa różne figle tam robiła. I to tak mi utkwiło w pamięci i właściwie nic więcej. Poza tym czekaniem i świadomością mijającego czasu, że tam gdzieś coś się dzieje, to było słychać, a my siedzimy i właściwie nikt się nami za bardzo nie zainteresował.

  • Co się działo dalej?


Dalej, gdzieś koło godziny drugiej w nocy chyba przyszedł któryś z oficerów naszego batalionu z rozkazem, że wszyscy razem mamy przejść razem z nim na Wolę nocą. No i przez stare getto przeszliśmy na Wolę. Taki deszcz siąpił cały czas, wszyscy przyszli tacy tam zmoknięci, ale już widno było, jak myśmy dotarli na Wolę, na cmentarz ewangelicki. I tam jest taki spory kościół na tym cmentarzu, na ulicy Młynarskiej chyba, i tam w tym kościele żeśmy siedzieli jeszcze parę godzin, dopóki nas nie wezwali.

Tam przyszła jakaś broń, pamiętam, bo do tej pory żeśmy nie mieli. Zostałem wyposażony w taką polską „Błyskawicę”, to jest taki pistolet maszynowy, podobny do stena, może na stenie wzorowany, ale wytwarzany w całości w Polsce. Z tym zaczynałem Powstanie.

Później gdzieś kawałek przed, pewnie jakieś pół kilometra przed tym murem cmentarza, tam żeśmy stanowiska zajęli, to była chyba Tyszkiewicza, o ile sobie przypominam, i jakaś krzyżówka, ale już nie pomnę dokładnie. I tam żeśmy się kotłowali przez pięć dni. Pierwszego dnia było spokojnie, noc jeszcze była spokojna, rano się zaczęło, bo Niemcy zaczęli podchodzić. Później żeśmy się cofnęli na cmentarz. Ja w międzyczasie zostałem ranny, tak że z tego punktu, gdzie mi robili opatrunek, a to był punkt sanitarny „Zośki”, to poszedłem na cmentarz, tam gdzie mi kazali, i kilku z nas znalazło sobie miejsce w grobowcu. Z tym że te grobowce nie były otwierane w ten sposób [od dołu], tylko w ten sposób [uchylane w górę]. I pamiętam, myśmy przesiedzieli w tym grobowcu ostatnią noc wtedy. Ktoś tam przyniósł wiadro z gorącą herbatą i to słodkie było i poślizgnął się na schodkach i wywalił wiadro, tak że było i mokro, ale ludzie byli zmęczeni, spali.

  • Z tego cmentarza gdzie się pan dalej udał?


Dalej żeśmy się z powrotem cofnęli na Starówkę, bo to było właściwie chyba przewidziane nasze początkowe, rzeczywiste miejsce, a tu jakoś zastępczo chyba tam żeśmy przyszli do tego, odkomenderowani do tej grupy harcerskiej, harcerskich batalionów. Tak że przez teren getta dawnego żeśmy wracali potem na Starówkę i tam na Starówce żeśmy się z powrotem zorganizowali jako cały batalion, bo na Woli… A, tego nie powiedziałem, że na Woli była nas tylko jedna kompania z trzech, a pozostałe zostały tam na Starym Mieście.

  • Czy wracając na Stare Miasto, mógł pan uczestniczyć w walce, czy ze względu na zranienie…


Nie, po drodze w żadnej walce nie uczestniczyłem. Dopiero tam na Starym Mieście zostaliśmy od nowa zorganizowani, poprzydzielani na nowo, porządek zapanował jakiś taki większy, bo już cały batalion był w tym, komendant.

  • W którym miejscu było stanowisko pana oddziału?


Archiwum Akt Dawnych, to znaczy Długa 7, to jest ten blok Długa 7, Kilińskiego róg i tam gdzie ten czołg wybuchł, to to był nasz rejon. Część z nas, to znaczy ci, którzy byli ranni, to byli zakwaterowani na Kilińskiego 1, w mieszkaniu takiego pana profesora, który… nie przypominam sobie jego nazwiska, na pierwszym piętrze, który był światowej sławy budowniczym mostów, to nazwisko jest znane. Tak że nas tam część było, a większość właśnie naprzeciwko po drugiej stronie Kilińskiego, w gmachu sądu. W ogóle to był gmach sądu, ten cały blok. Bardzo szybko tam powstał duży szpital w piwnicach. Tam były ogromne piwnice, poza tym blok był bardzo mocno zbudowany, w pełnym czworoboku utrzymany, i z czasem myśmy się wszyscy tam przenieśli, tak że koszary żeśmy tam otrzymali.

  • Ale też tam byli aktywni żołnierze, nie tylko ci, którzy byli ranni?


Tak. Ci ranni to nie chcieli odchodzić od tych nie rannych. Ja byłem ranny w rękę, więc nie musiałem leżeć. I trzymałem się jakoś kolegów bliżej i potem szybko… gdzieś chyba po piętnastym się zgłosiłem do oddziału z powrotem, już mogłem walczyć. I żeśmy mieli swoje pozycje koło katedry i w katedrze, i tam do końca mieliśmy te pozycje swoje, a jeszcze dodatkowo potem przy katedrze, w kierunku do Mostowej, ulica Brzozowa. Tak że moment wejścia do kanału to mnie zastał na pozycji na ulicy Brzozowej.

  • A z tego okresu jeszcze na Starym Mieście czy pamięta pan jeszcze jakieś dni czy konkretne walki, które się tam toczyły?

 

Pamiętam, szczególnie pamiętam w katedrze. Tam jest taka galeryjka, która służyła w swoim czasie (i teraz pewnie służy) [jako] przejście z zamku do katedry i z powrotem. To było w oryginale tak budowane, dla króla ponoć, który do katedry chadzał na msze. A pod tą galeryjką, która była na wysokości pierwszego piętra, jest łuk i przejście wzdłuż katedry. I tam na górze, na pierwszym piętrze, w tej bramie żeśmy mieli stanowisko, gdzie trzeba było pilnować bramy na dole, która była tylko zamknięta stalową konstrukcją. A z tamtej strony już byli Niemcy, więc żeby trzymać pod ogniem tę bramę. I to trwało przez jakiś czas. Z tym że ta galeryjka w pewnym momencie się kończyła ślepo ulicą już z tamtej strony, nie pamiętam ulicy. Już nie było muru, on jakiś rozwalony był, myśmy tam na zmiany chodzili i na którąś zmianę jak żeśmy przyszli, to już nie było tego muru, ślepy był. Tak że po to, żeby zakręcić, to można było, ale był ślepy i tamtędy Niemcy nam wrzucali granaty, bo w ogóle muru nie było. No to – jak to Polacy – siatkę z łóżka się jakąś tam postawiło pionowo i one wracały z powrotem, rzucone te granaty. Ale i z tym sobie poradzili, bo na jakimś wytyku wrzucili granaty. I wtedy oberwałem drugi raz, dość solidnie, właśnie w tamtym miejscu.

Tak że już do wyjścia… Nie, jeszcze w ostatnich dniach wróciłem z powrotem tam, właśnie na tą Brzozową, i z Brzozowej do kanałów 2 września w nocy, rano właściwie, to żeśmy wchodzili, nie będąc zastępowani przez żadną zmianę.

  • Co ile godzin była zmiana?


To niewymierna rzecz. Jak było kim, to była zmiana, jak nie było, to nie było zmiany.

  • Ten szpital, o którym pan opowiadał, w piwnicach, czy pamięta pan, jak to wyglądało, jakichś ludzi stamtąd?


Potwornie to wyglądało, bo to był szpital dla ciężko rannych. A ciężko ranni to byli przeważnie ludzie wyciągnięci po bombach, zasypaniu, albo po tych tak zwanych minach latających, które się w języku ówczesnym nazywały ,,krowami” czy podobnie jakoś (jeszcze druga taka nazwa była, już nie pamiętam). Ona charakterystyczny odgłos wydawała w momencie odpalania, a to było takie urządzenie ośmiolufowe, więc było kilka następujących po sobie odgłosów, to było słychać. Wyszkoliliśmy się na tyle, żeby wyczuć, w którą stronę [uciekać], w zależności od tego, jak było słychać, ale one potwornie, wszystkie sześć czy osiem w to samo miejsce mniej więcej upadały i zapalały od razu albo oblewały termitem, znaczy materiałem, który palił. I ci ludzie, którzy zostali powyciągani stamtąd, to byli potwornie poparzeni, potwornie. Albo cali w bandażach, albo w ogóle nie widzieli, albo prowadzeni byli jeden przez drugiego, taki, który nie widział, przez takiego, który widział albo przez innych. Tak że ten widok, który tam był w szpitalu na dole, bo tam się to grupowało właśnie, dużo miejsca było, to był naprawdę potworny. No i zapach jeszcze. A takich rannych w znaczeniu takim czysto wojskowym, postrzelanych w jakiś sposób, to było stosunkowo mało. Najwięcej było tych [rannych od bombardowań], bo to bomby, miny latające były, to było okropne.

  • Jak w tym okresie było z jedzeniem i wodą?

 

Woda jakoś była, nie do końca. No nie, na pewno nie, dlatego że w końcowe dni zamiast wody się wina używało. Były wielkie składy wina na ulicy Nowomiejskiej chyba i nie tylko, w każdym razie tego wina było w brud. W momencie jak zostało odkryte, to już zalecane było, żeby używać tak jak wody, bo nie było tej wody, jeżeli jest, to dla rannych. Były tam jakieś studnie kopane, bo oczywiście wodociągi przestały działać dość szybko.

  • A z jedzeniem?


Z jedzeniem jakoś było na tym Starym Mieście dobrze, ale ja to nie wiem jak, skąd ono się brało, bo byli ludzie, którzy się tym interesowali po prostu, tak zwane wojsko, które się niczym wyglądem nie różniło w zasadzie, po prostu dostawało wyżywienie. Ten czworobok, o którym mówiłem, Archiwum Akt Dawnych, Długa 7, tutaj Kilińskiego, z tej strony chyba Nowomiejska, to ogromny dziedziniec był tam wewnątrz i tam były kuchnie, były stoły wystawiane. Tam się chodziło po prostu i dostawało się jeść, do pewnego momentu, bo w pewnym momencie, przy dużej ilości zmarłych tam na dole, w piwnicach, zaczęli ich wynosić na ten dziedziniec i leżały całe szeregi tych ludzi, no a obok te stoły z tak zwaną kantyną. Po pewnym czasie takie wielkie muchy jeszcze w tym wszystkim pływały, latały. No, nie do uniknięcia, no ale taka była prawda. Tak że z tym jedzeniem to było różnie. A poza tym ludzie cywilni, którzy mieszkali na Starym Mieście, tak bardzo nas… Zdali egzamin, że tak powiem, na stanowisku – dzielili się wszystkim, co mieli sami.

A oni potem najbardziej pewnie ucierpieli, bo w końcu to myśmy wyszli zupełnie, zostawiając po paru z naszego batalionu (pięć osób zostało, bo nie można ich było zabrać do kanału), a ludność cywilna została i tam różnie się z nimi rozprawiali. Tam weszły oddziały różne, między innymi SS-Galizien, czyli ruscy jacyś tam, którzy byli poubierani w mundury niemieckie, i tych naszych pięciu zastrzelili tam. Nie nadawali się do wzięcia do kanału, bo albo to jakiś samolot [usztywnienie], nie dało się, albo w ogóle był słaby. Ja tu mam płytę, znaczy dwie, naszych sanitariuszek, [które] wbrew rozkazowi nie poszły z nami do kanałów, zostały tam dla tych pięciu i one przenosiły, te dziewczyny tych ciężkich chłopaków na inne miejsce, mając nadzieję, że tam oni przeżyją. No nie przeżyli, ale opiekowały się, jak mogły, i ile one musiały wykazać hartu i odwagi. One przeżyły i to byli bohaterowie prawdziwi.

  • Odnośnie walk w katedrze – czy dalej miał pan „Błyskawicę”?


Nie, wtedy miałem karabin, zwyczajny karabin. Z tym że z czasem, jak nabrałem praktyki i doświadczenia, to nawet wolałem mieć karabin, bo z tego można było większy użytek zrobić, znaczy bardziej zaszkodzić i na odległość. Broń to się dostawało od tego, co się go zmieniało, dostawało tę broń. Tak że z czasem, jak już było więcej, to można było trochę powybierać. A ta moja „Błyskawica”, którą miałem na Woli, to potem już się do niczego nie nadawała.

  • Jak było z amunicją?


Bardzo różnie. Przypominam sobie – na Woli, przy walkach na ulicy Tyszkiewicza chyba, byliśmy na pierwszym piętrze, a naprzeciwko była duża działka kartofli i wśród wybujałych, takich wielkich krzaków, Niemcy się tak kryli, że wtedy dopiero zrozumiałem (rozmawiałem z kolegami też, to wspólny jakiś wniosek), co znaczy dobre wykształcenie, wojskowe poszczególnego żołnierza. Oni byli już parę lat, Niemcy w czasie, w wojnie brali udział i tak potrafili się rzeczywiście maskować, że trudno było ich zauważyć, mimo że to teren prawie otwarty był. I wtedy zaczynaliśmy rozumieć, że to trzeba właśnie sposób – też odpowiednio się maskować.

  • Przejdźmy teraz do momentu, w którym pana oddział schodzi do kanałów. Czy mógłby pan opowiedzieć, jak to wyglądało?


Myśmy byli z moją grupą, tak jak powiedziałem, na ulicy Brzozowej, jakoś, nie wiem, celowo chyba wysłani i dobrani w pięć osób pewnie, a może sześć, [plus] karabin maszynowy. Tam żeśmy pilnowali jakiegoś sektora, żeby pokryć i sąsiednich stanowisk, bo ściągali ze stanowisk do kanału.

To się w zorganizowany sposób odbywało. Przybiegał goniec i ściągał którąś grupę. Z tym że czasem zostawał jeden czy dwóch, a czasem nie, bo w końcu wszyscy mieli zejść. I przybiegł do nas też na tą Brzozową goniec i nas zabrał, zaprowadził na plac Krasińskich, znaczy gdzie Miodowa na plac Krasińskich wchodzi, i tam w ten kanał żeśmy wchodzili. Z tym że schodziło się skokami do tego kanału, tak że jeden tylko wchodził, a nie sznurek, a reszta gdzieś tam była skryta. Jak ten już zszedł do kanału, to ten następny biegł. Przy kanale wokół tego głazu był taki nasyp nieduży, ale ten nasyp niewiele zdziałał, bo raz, że był rozbijany po ciemku nogami i tak dalej, poza tym ostrzał był, gdzieś tam od bramy, od Zakroczymskiej, gdzieś z tamtej strony już niemiecki karabin maszynowy gdzieś tam się wstrzeliwał w to miejsce.

  • A pan wchodził w jakich godzinach, w dzień czy…


W nocy, po ciemku. Ponieważ nie bardzo było wiadomo, to się skakało trochę w ciemno i tam niektórzy się potłukli przy tym interesie. Mnie się udało jakoś trafić na klamry, w miarę powoli schodziłem, ale ten następny znowu mi na głowę też skoczył, bo on też chciał [już znaleźć się w środku] i to zrozumiałe. Tam dopiero instrukcja pod tym terenem, że absolutna cisza, bo będziemy przechodzić przez… No i ktoś tam był z kanalarzy, który prowadził nas. Jakieś światełko czasem palił, czasem nie, trzeba było trzymać swojego poprzednika za pas. No szło mi się tym kanałem. Pierwszy odcinek był bardzo trudny, właśnie ten, który ze Starówki do tego wysokiego kanału, wysoki kanał to dopiero pod Miodową żeśmy szli, był chyba dopiero na Krakowskim i to trzeba było iść prawie na czworakach, miał chyba dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości. Więc nie było mowy o tym, żeby się rozprostować, a każdy niósł co tylko mógł broni i byli też tacy jeszcze, co nie byli sprawni, a czasem się trafiło na kogoś, kto już tam został i leżał już od wczoraj. Wody tak mniej więcej tyle, bo jeszcze w tym, w niektórych kanałach były takie obrzeża, trochę jakby ławki ciągnące się wzdłuż. To tam można było na chwilę przysiąść. Przejście polegało na takim czołganiu się właściwie w tym kanale, na czołganiu się, na przystawaniu i znowu cisza ma być. Absolutnie ani nie pytać, co się dzieje, ani się nie denerwować. Trudno się było nie denerwować. Tak że ten kanał to na długo można było zapamiętać oczywiście. Potem się lepiej zrobiło, już pod Krakowskim Przedmieściem można było iść, to były wysokie kanały.

  • Czy pamięta pan, co jest wtedy w głowie, jak się idzie przez taki kanał?


Ja usiłowałem sobie przypomnieć, co na ten temat myślałem i doszedłem do wniosku, że nic nie myślałem. Oczywiście to niemożliwe, ale te myśli się kotłowały pewnie w jakiś niespójny sposób. Z czasem przychodziło takie trochę zahamowanie myślenia czy taka sytuacja trochę jak w poczekalni u lekarza w trzeciej godzinie, powiedzmy, siedzenia – to już nie bardzo się o czymś myśli. Tak i tam często było. Już człowiek był spokojny, bo już co ma być, to będzie. Te pierwsze nerwy już się wyciszyły i tak się czekało – jak ten się ruszy, to i ja. Później dalej, pod kanałem pod Krakowskim już było łatwiej iść, ale za to absolutna cisza obowiązywała i uprzedzali, że jak się przechodzi pod otwartym włazem, gdzie Niemcy siedzieli przy tych głazach, to tam trzeba było zachować ostrożność, zatrzymywało się ten pochód ileś tam metrów, już nie pamiętam ile, przed światłem, światłem znaczy miejscem, które się dało zobaczyć. Tak że jak tamten przeszedł, to następny dopiero przechodził. Tak że tam było znowu wolno, ale cały czas się szło. A w tym pierwszym to długie były okresy oczekiwania, właściwie nie wiadomo na co, do dziś nie wiem. Bardzo trudno było. W sumie to trwało jakieś niebotyczne godziny, aż do Wareckiej. Tam już było zupełnie widno, już chyba popołudnie było nawet na Wareckiej, jak żeśmy tam dobrnęli. Po trochu nas tam wyciągali za ręce, siedziała taka ekipa.


  • Jak wyszliście państwo z kanału, to co było dalej?


W pierwszym momencie, gdzieś tam pod ścianą, siedzieliśmy zachwyceni, że światło elektryczne gdzieś tam się pali, że ludzie mieszkają w normalny sposób, że chodzą eleganccy oficerowie z gwiazdkami. No i nie powiedziałbym, że nas zazdrość tutaj [zbiera], że taka różnica jakaś była, my i oni, ale rzeczywiście, no, [mam] złe wspomnienia z niektórych sytuacji, bo jak człowiek… Zdawało mu się, że tak jak na Starówce – gdzie by nie wszedł do domu, to był właściwie u siebie, bo ci ludzie też mnie uważali za swojego. To tam chciałem się umyć trochę, twarz, ręce, to mi nie pozwolili. Jakieś mieszkanie gdzieś na parterze, już nie wiem, która to ulica była, ale z tego miejsca, gdzieśmy siedzieli i oczekiwali na rozwój sytuacji. A później jak już wszyscy na siebie szli, to w sposób zorganizowany zaprowadzili nas tam na Dworzec Zachodni, trudno mi powiedzieć, jak to było, ale to był jeden wielki bunkier. Tam były, nie wiem, co to za jakaś budowla była, już dziś nie pamiętam. W każdym razie oni siedzieli zupełnie bezpieczni i pilnowali, tam już się kończył nasyp, tor pod spodem, który przechodził pod ziemią do Dworca Głównego i dalej do Zachodniego, tam już się kończyło to przejście podziemne i trzeba było pilnować. Oni pilnowali, żeby tam ruchu pociągów nie było jakiegoś czy też w ogóle ludzi. Więc to całe zadanie ich było, ale byli bezpieczni od wszelkich ataków, bo były potworne mury. No więc tam nas zaprowadzili na odpoczynek. Tam żeśmy się umyli, tam żeśmy dostali jeść, bo tam wszystko jakoś było bardzo dobrze zorganizowane. Mieliśmy tam być podobno koło tygodnia, no ale już na drugi dzień przestało, tam się zrobiły zamieszki na placu… to nie na drugi, może na trzeci dzień. Jak Powiśle upadło, to już się zrobiło kiepsko na placu Napoleona, bo to już przez to dawny gmach poczty, teraz tam jest bank, a front tego już jest na Nowym Świecie. A jak Powiśle już upadło, to całe od razu upadło, wycofali się nasi i Niemcy mieli przed sobą właśnie ten dworzec pocztowy… Nie, dworzec pocztowy to tam, gdzie myśmy właśnie byli, a to Dworzec Główny, [właściwie] Poczta Główna, przepraszam, coś pokręciłem. A tam gdzieśmy na wypoczynku byli, to był właśnie dworzec pocztowy, tak to się nazywało oficjalnie. Tak że tam w ten właśnie rejon tam żeśmy trafili z naszym oddziałkiem, już nie było nas tak dużo.

  • Ile osób przetrwało?


Trudno mi powiedzieć, nie pamiętam.

  • A na placu Napoleona zostaliście państwo skierowani do walk?


Tam byliśmy tylko jeden dzień, a potem żeśmy dostali pozycje, konkretnie ja i chyba pięć osób jeszcze dzisiaj, tam jest NOT [Naczelna Organizacja Techniczna], na Czackiego. I wtedy był NOT, w każdym razie coś podobnego. Kazali nam iść, zmienić ludzi z „Kilińskiego” chyba, którzy tam długo byli już, żeby mogli odpocząć. No i tam żeśmy przesiedzieli parę dni w tym „Nocie”.

  • Czy tam dochodziło do jakichś walk?


Tak. Niemcy się pchali przez Mazowiecką, bo NOT jest na Czackiego, a równoległa jest Mazowiecka, od strony… generalnie od strony „Zachęty”. Tam już wtedy Polaków nie było, to Kredytowa, ona poprzeczna była, ona dochodziła ta Mazowiecka tutaj, a tu Czackiego, więc myśmy się Czackiego pilnowali, ale z tyłu nam się dobierali z tej Mazowieckiej. I tam żeśmy walczyli parę dni. Tam rzeczywiście było sporo tej strzelaniny, ale były dni, takie noce zupełnie spokojne. Tu i tam było słychać jakiś pistolet maszynowy, takie: pur, pur, pur.

Tam niedaleko był ogródek u aktorek. Tam była przed wojną i w czasie wojny chyba też jeszcze, taka dobra restauracja z dużym ogrodem i tam były koncerty często. Były instrumenty i to było w naszych rękach, tam któryś artysta się zabierał za to, i bardzo ładnie grał nocami…

  • Ale to był żołnierz czy po prostu…


Nie, jakiś z innego oddziału, bo to jednak kawałek drogi było, ale słychać po nocy było. I trzeba przyznać, że niektóre noce to może dzięki tej muzyce były ciche i spokojne. Widocznie szkopi też słuchali, nie wiem.

  • Pamięta pan, jakie to były piosenki czy utwory?


Więc trochę było powstańczych, które były wtedy na ustach wszystkich prawie, i dużo było operetek różnych. Co ciekawe, to musiał być człowiek, (ja nie wiem, kto to był), który jednak znał się na rzeczy.

  • Jakie piosenki były w pana oddziale popularne?


Najbardziej chyba było… ale jakże ona miała, nazywała się ta piosenka… pierwsze słowa: „Hej, po drogach dmie wichura, słota, błota, ładny kram, cóż to znaczy ta wichura…”. No trudno mi powiedzieć dokładniej. Nawet mam takie zeszyty z piosenkami, bo trudno się tym nie interesować. Sporo tych piosenek było, a jeszcze na Starym Mieście właśnie przedtem, przez jakiś czas mieliśmy swoje, znaczy oddział szturmowy, swoje m.p., że tak powiem, miejsce w papierni. Papiernia miała wyjście w rogu, ten dziedziniec, o którym mówiłem, był prostokątem. W jednym z rogów tego prostokąta było wyjście i tak jakby ławeczki, to już były konstrukcje budynku. Tak że tam można było siedzieć sobie i spokojnie wieczorami tam żeśmy się spotykali, broń się czyściło. A był taki kolega jeden z naszych, który świetnie grał na organkach. I to na takich malutkich organkach, tak zwane piccolo, ale musiał ich mieć cztery, bo na tych organkach nie mieściły się wszystkie tonacje, ale grał fantastycznie i miał bardzo dobry repertuar, doskonały. Jego siostra zresztą była u nas też w sanitariacie. On miał pseudonim… miał, ale zapomniałem co miał, od samolotu brytyjskiego wziął pseudonim, słynny samolot taki pościgowy. Mniejsza z tym. Były również, jak z tego widać, takie miłe godziny. Nawiązuję tutaj do tych koncertów, które koledzy, umiejący to zrobić, zrobili. Myśmy śpiewali wszyscy razem.


Były takie okresy ciszy, ale były i straszne okresy, których nie bardzo chce się wspominać. Choćby te obiady na dziedzińcu, gdzie stoły obok rzędów trupów, i te wielkie takie muchy, typowe takie właśnie, one nie czarne, tylko granatowe latały wkoło.

Albo inna sytuacja z wybuchem tego czołgu, to też w tym samym miejscu było przecież. To 13 sierpnia, ten czołg wybuchł na wysokości Kilińskiego 3, a nasza kwatera była na Kilińskiego 1. Akurat w tym momencie żeśmy stali na balkonie na pierwszym piętrze, jak on wybuchł. Specjalnie nic nam się nie stało (stało nas tam parę osób), ale jak żeśmy się połapali w sprawie, to żeśmy byli pod ścianą na drugim końcu pokoju, bo nas wdmuchnęło. I całe szczęście, że mogło wdmuchnąć, bo gdyby nie było drzwi, tylko ściana, to pewnie by gorzej się skończyło. Tam między innymi była jedna z sanitariuszek, która została później, [jedna z tych] o których wspominałem, taka Janeczka Gruszczyńska. […] Ona wyszła zupełnie niebieska na twarzy, ale nic specjalnie nie było połamane. Potłuczeni żeśmy byli rzeczywiście, ale jak człowiek wyjrzał na zewnątrz na to, co się tam działo, no to przecież straszne rzeczy. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciw tego miejsca, gdzie czołg wybuchł, był już właśnie ten budynek, część tego budynku, tego Archiwum Akt Dawnych, i tam były okna zakratowane akurat z tej strony, parter i pierwsze piętro. Widok, którego nie zapomnę do dzisiaj: przez te kraty ludzie przelatywali, to znaczy tak jakby z maszynki do mięsa, i na jednej kracie była głowa, ona została tam i nic więcej, to znaczy mięsa były tam, ale tylko głowa była na tym, i tę głowę, jak sobie przypomnę to jakoś widzę ją zawsze. Masę ludzi tam się… Został specjalnie stworzony oddział, żeby uprzątnąć to, te zwłoki ludzkie, które były pomieszane, były zupełnie w strzępach i to było zbierane łopatami z ulicy, z tego asfaltu, z chodnika łopatami gdzieś, żeby po prostu w sensie sanitarnym zabezpieczyć.

  • Pan też brał udział w…


Nie, ja nie brałem w tym udziału, ja byłem dostatecznie potłuczony tym wepchnięciem. Tak że nikt nie proponował mi tego udziału w tym.


  • Wróćmy teraz do ulicy Czackiego. Co się dalej działo?


Na Czackiego… później przenieśli nas bardzo blisko – to było naprzeciw ogrodu – na tyły budynków ulicy Królewskiej, czyli naprzeciw Ogrodu Saskiego. Z tym że dosyć daleko od Ogrodu Saskiego, bo jeszcze były budynki duże. Na tyłach tych budynków mieliśmy swoje pozycje. Chodziło o to, żeby nie było bardzo mocno uzbrojonego tego Ogrodu Saskiego. Przez te puste budynki, żeby nie było żadnej infiltracji niemieckiej. Potem, z czasem, żeśmy weszli do tych budynków i tam właściwie do końca Powstania przebyłem. Trochę przerzucany w prawo, potem w lewo, bo to ten teren, już jak się tam osiedliliśmy, to starali się, żeby zostawać w tym samym miejscu ze względu na znajomość terenu, bo to i po ciemku, i różne przejścia piwnicami tam i wiadomo, gdzie rozwalone jest, gdzie nie jest rozwalone, gdzie można przejść, powiedzmy, na pierwszym piętrze. Tak że gdzie już jakaś grupa została przydzielona, to raczej dowództwo utrzymywało ten stan rzeczy.

  • A czy z tego, z tych kilku dni zachowały się w pamięci panu jakieś szczególne wydarzenia?


Nie wiem. Na Czackiego to było tak na samym początku naszego pobytu, jakieś parcie Niemców. Tam żeśmy się bronili i duża strzelanina się wywiązała pod koniec dnia. Potem się ciemno zrobiło, oni się już cofnęli. Też jakimiś wyłomami w murze przechodzili. Pamiętam, że widziałem takiego z plecakiem, to chyba Schutzpolizei było, ale nie to jest istotne. Był śmieszny moment trochę, bo tam wszędzie były gruzy, na tych gruzach były również jakieś płaty blatów z dachu, i różne tam rzeczy, a ten sam NOT był dosyć mocny i w oknach myśmy już mieli swoje stanowiska w dzień wypatrzone i wiedzieliśmy, co po ciemku jest w tym miejscu, mimo że nie widać, że tam jest przejście albo nie ma. Jak się tam jakiś ruch zaczynał, gdzieś w miejscu słychać było, a musiało być słychać, bo tam po gruzach się nie przejdzie inaczej, no to wiadomo było, że tu trzeba strzelać, a tu nie. No i był taki moment po takiej dłuższej ciszy, ktoś tam idzie, się ciągnie po takich blachach, ale jakoś tak nieostrożnie. Nie strzelamy i słuchamy, co z tego wynika i wygląda na to, jakby tylko jedna osoba była. I zdecydowałem się zawołać, kto to idzie, bo to może ktoś z naszych. I teraz pytanie, po niemiecku pytać czy po polsku pytać, bo już wtedy ja odkrywam, kto ja jestem. Zapytałem po polsku i chwila ciszy: „Wojtuś?”. Takim głosem [znużonym] niedoszła lekarka, pielęgniarka naszego oddziału [idzie] z wiadrem herbaty do nas. Którędy ona sobie tę drogę wybrała, ja nie wiem. Tyle że po głosie mnie poznała. Ona jest w Anglii w tej chwili, tu była, bywała. Jest lekarzem tam.

  • Jak się nazywa ta pani?


„Zośka” zmarła w tym roku, nie ma już jej, zmarła. Jakżeś ona się nazywała… ona była „Zośka” zawsze, no a ja oczywiście znałem jej nazwisko, bo myśmy się spotykali, ona w Warszawie była parę lat temu.

  • Czy w pana otoczeniu podczas Powstania istniało życie religijne?

 

Był na Starówce ksiądz, który bardzo aktywnie działał, i to był lubiany ksiądz bardzo, ale z tym życiem aktywnym… na drobno, że tak powiem, rzecz rozbierając, no, śpiewało się, jak można było wieczorem jakąś modlitwę. Ale po tym wszystkim, co się oglądało w dzień, to wielu ludzi ostygło w tej wierze, jeśli byli, powiedzmy, jakimiś żarliwymi katolikami, i trudno im było pogodzić tę jakby teorię z rzeczywistością życiową. To się dało zauważyć, to znaczy ja wtedy tego może nie zauważyłem, bo byłem za młody, albo później żeśmy w niewoli rozmawiali na te tematy (między innymi, bo nic innego zresztą nie było do roboty), to takie wrażenie mam, że jednak w tych warunkach warszawskich jakoś sposób bycia i manifestowania swojego był aktywny, swojego spojrzenia na świat, natomiast rzeczywistość chyba na odwrót. Powoli jakoś tak bladła. Ale później, w okresie niewoli, tam żeśmy codziennie śpiewali na apelach porannych i wieczornym modlitwę, znane jakieś polskie pieśni. Tak że, bo ja wiem, może to w jakiś sposób może trochę działało bezpośredni, a nie na dłuższą metę. Bo potem bladły te obrazy, które przeszkadzały ludziom w tym, żeby dalej kontynuować to swoje dobre spojrzenie, dobrego katolika, bo nie zgadzało się z rzeczywistością trochę, ale myślę, że to przeminęło po prostu i koniec. Kto miał być, to był, kto nie miał, to nie był.


  • Czy miał pan kontakt z ludźmi z mniejszości narodowych w czasie Powstania?

 

Żydów żeśmy na Starym mieście spotykali, dlatego że dużą grupę więźniów odbiliśmy z więzienia „Gęsiówka”. I ci Żydzi się wkomponowali, że tak powiem, w nasze życie, i pewnie w jakichś oddziałach byli, ale jakoś nie pamiętam specjalnie. Jeżeli chodzi o Ukraińców, to ja nie wiem. Albo byli i to nie odbiło się w żaden sposób, bo wychodząc z konspiracji, to myśmy właściwie mało o sobie nawzajem wiedzieli. Wiedzieliśmy tylko w jakimś wąskim sektorze pojęciowym. Nazwiska też nie, no, potem się poznawało. W każdym razie o jakichkolwiek zatargach nie było mowy, na pewno. Z tymi Żydami też był bardzo dobry kontakt, bo to była bardzo duża grupa i między innymi byli greccy Żydzi, nawet po polsku nie umieli. To tam się nimi zajmował kolega, który zresztą też już nie żyje, on doskonale znał niemiecki i angielski i został w Anglii. Ze cztery lata temu umarł.


  • Czy w czasie walk miał pan jakiś indywidualny kontakt z Niemcami wziętymi do niewoli…


Miałem kontakt z Niemcami, ale to już w niewoli.

  • To przejdziemy do tego. Teraz chciałam zapytać o moment zakończenia Powstania. W jakim momencie dowiedział się pan o upadku i jak to dalej przebiegało?


Trudno mi powiedzieć, bo w jakiś ogólny sposób to wszystko trafiło do wszystkich naraz. No, dzisiaj bym powiedział: „Jakby w telewizji powiedzieli”, ale to oczywiście nonsens, ale nie potrafię powiedzieć, przypomnieć sobie, że ktoś mi powiedział o tym.

  • Ale była ta świadomość, że Powstanie upada?

 

No była, była. Tak, dlatego że co prawda w końcowym okresie mieliśmy już dosyć broni, amunicji, więc jeden problem odpadł, problem broni. Jakoś tak się wszystko układało, że mieliśmy i ruską, niemiecką, i angielską, i co kto tam wolał i chciał, ale ludzi już ubywało, bo byli niezdolni do walki i byli też tacy, że nawet fizycznie byli zdolni, ale już psychicznie byli wykończeni. Niewielu takich było, ale byli. Poza tym było nasze dowództwo, które przecież kontrolowało całą sprawę i nie chciało dopuścić do ostatecznej jakiejś rozprawy. I to dowództwo zadecydowało o tym, że przestajemy walczyć, że walkę się zawiesza i tych ludzi, którzy jeszcze przeżyli, żeby ratować. Ponieważ udały się te pertraktacje z Niemcami za pośrednictwem tych angielskich… przez radio i tak dalej. Jakieś tam wymuszenie na pewno musiało nastąpić. Niemcy uznali nas za kombatantów formalnie wobec całego świata i to dało oddech ludziom, bo poczuliśmy się jednak w miarę bezpiecznie. Jakoś tak wszyscy wierzyli, że pójdziemy do niewoli. Będziemy siedzieć, ale nie będzie takich sytuacji, że nas zawiozą do kacetu albo na miejscu w ogóle kacet zrobią w ogóle. Jakoś panowało ogólne przeświadczenie, że trudno. Zresztą decyzja przyszła z góry, od dowództwa naszego i w takim układzie oczywiście w ogóle nie było mowy o jakiejś dyskusji.

  • No i następuje moment wyjścia, jak to przebiegało?


Te oddziały zostały pozbierane, bo były porozrzucane. Część oddziałów była gdzieś tam na południowej stronie miasta, część na północnej, ten podział był w Alejach Jerozolimskich. To wszystko zostało skomasowane z jednej strony. Zajęli się dowódcy już poszczególnymi oddziałami, zostały te oddziały spisane, bo to trzeba było Niemcom podać, legitymacje powystawiane, wypisywane. Na to wszystko było chyba trzy dni zawieszania broni, może cztery, w każdym razie czasu było dosyć, żeby się zorganizować i pozbyć niemieckich mundurów. Chodziła jakaś opinia, że za to to mogą karać, że się w ich mundurach występowało, ale cała Starówka była przecież w niemieckich mundurach. Myśmy wszyscy byli w niemieckich mundurach, tyle że były opaski i znaczki na czapkach. No więc trzeba było szukać cywilnych ubrań, ale tego dużo było, bo pustych mieszkań było, ile kto chce. Tak że zaopatrzyliśmy się wszyscy w miarę, pozbieraliśmy się. Większość ludzi wykorzystało ten okres, żeby spróbować porozumieć się z rodzinami. Ja matkę znalazłem, co prawda na południowej stronie, ale przeszedłem, znalazłem, tak że jak [wysiedlano] ludność cywilną, która wychodziła wcześniej do Niemców, to odprowadziłem matkę i taką moją kuzynkę, która była z matką. Odprowadziłem je na Polną, bo tam akurat wtedy było przejście, no i wróciłem do swojego oddziału. Ale wiedziałem, że żyje, a matka wiedziała, że ja żyję i to było dużo. No i potem zorganizowaliśmy się w te oddziały wyjściowe, poorganizowali nas w poszczególne pułki, kompanie. Nazwy żeśmy dostali, legitymacje, wiadomo było, kto do kogo i do czego należy, i w uporządkowany sposób… plan wyjścia był przygotowany, w jakich kolejnościach. Tak że to się odbyło bardzo sprawnie, nawet z naszego punktu widzenia, mimo tego, że byliśmy takim dziadowskim wojskiem, przynajmniej z wyglądu. Niemcy od tego momentu gdzieśmy przechodzili na drugą stronę tego przejścia, to podchodzili. Kolumna szła, powiedzmy sobie, przeszło dwadzieścia metrów czy trzydzieści metrów tej kolumny, dochodził wachman z karabinem tak trzymanym w ten sposób, nie na ramieniu, tylko w ten sposób, skierowany na [kolumnę], ale z Wehrmachtu. To było zastrzeżenie bardzo dużego kalibru, to że to będą eskorterzy eskortować i Wehrmacht nas przejmie, a nie SS, na przykład. To mogło być z góry niebezpieczne, bo oni mogli po prostu nie uszanować żadnych [konwencji], a tu uszanowali, przekonaliśmy się dość szybko. Natomiast nie wolno było wychodzić poza kolumnę. Prowadzili nas piechotą do Ożarowa i nie wolno było poza kolumnę wychodzić, bo tam już nie działały, że tak powiem, żadne umowy i tam strzelali po prostu.

  • Zdarzały się przypadki, że ludzie wychodzili?


Tak, mnóstwo. Ja też próbowałem wyjść, bo w Ołtarzewie miałem tam taką swoją trochę melinę, ale to bardzo blisko Ołtarzew. Ale dość szybko wróciłem, bo zobaczyłem, że to nie ma sensu. A ponieważ mieliśmy cywilne ubrania, jak mówiłem, bo zaopatrywaliśmy się przed wyjściem, więc można było to zrobić, ale to było na krótkich nogach, bo nie mieliśmy papierów żadnych.


  • Co się działo po dojściu do Ożarowa?


Tam umieścili nas w takich wielkich zabudowaniach fabryki kabli, nie wiem, czy jeszcze jest, czy nie ma. Fabryka kabli – duże betonowe bloki, hale. Tam nas umieścili po prostu, a dookoła stali wachmani, którzy pilnowali, ale muszę przyznać, że nie wyżywali się na nas ci żołnierze, bo to byli wehrmachtowscy żołnierze, bo mnóstwo ludzi z drugiej strony płotu przecież przechodziło. Przynosili różne rzeczy, a to: „Panie, zawołaj pan takiego a takiego”. Gdzie to szukać takiego a takiego, ale czasami trzeba było, ludzi tam tysiące przecież było z tej strony płotu i tamtej. I ci wachmani pilnowali, ale nie było jakichś wywydrzeń.

  • Ile pan dni tam przebywał?


Dwa czy trzy dni chyba. Tam selekcję przeprowadzali, to prawda, rozdzielali Niemcy jakoś i niektórzy ludzie próbowali zostać, żeby tam w Polsce zostać, bo wiadomo było, że pojedziemy do Niemiec. I tu trochę było takiego niebezpieczeństwa, że póki Wehrmacht jest, to jest, ale jak nas zapakują do wagonów, to już nie wiadomo, gdzie nas zawiozą z tymi wagonami, bo do Niemiec, to do Niemiec, ale po drodze jest jednak parę obozów koncentracyjnych i mogło się wszystko zdarzyć. Więc byli tacy, którzy zupełnie świadomie chcieli się wyrwać z tego i zostać w Polsce. Niektórym się udało, bo spotykałem ich potem. Niektórym się gorzej udało, bo trafili złapani jednak. Poza tym właśnie do kacetu trafili, jak na przykład taki inżynier, tutaj potem go spotkałem w budowli okrętów, w stoczni pracował, przeżył to szczęśliwie, ale już w kacecie, nie w obozie jeńców. I zapakowali nas potem do tych wagonów, chyba po pięćdziesiąt dwie osoby, tak że było bardzo ciasno. Wagony były towarowe, takie zwyczajne, ale zamknięte z dachem, i były takie okienka tam z boku, no znane te wagony, typowe takie, zasunięte drzwi. Jak była tam budka, tam w szczycie wagonu bywają często takie budki nastawnicze, takie dla hamulcowych, to tam wachman zawsze w każdym siedział. Zamykali tutaj z zewnątrz na zamek i plombowali te wagony, i takie w tych siatkach… Zawsze wagon ma adres jaki, gdzie jest towarowy wagon, za taką siatką na zewnątrz. No i tam było napisane, że to jeńcy wojenni, że to Kriegsgefangenen. No i wieźli nas.

  • I gdzie pan wylądował?

 

Ja wylądowałem… właśnie. Wylądowaliśmy, ta miejscowość się nazywała… W każdym razie to był Stalag XI B w Niemczech. Według niemieckich określeń to była okolica Lüneburger Heide, co pewnie niewiele mówi, ale jest na południowy wschód od Hamburga. Jakieś tam, powiedzmy sobie, ze dwieście kilometrów, może sto pięćdziesiąt. Fallingbostel to się nazywało, tam był wielki obóz. […] I tam po nas przyjechał bardzo duży transport. To był już październik, piąty czy siódmy. Od razu nas zaczęli segregować, a ta segregacja polegała na tym, że była dokładana rewizja. Z tych nielicznych, którzy mieli na przykład czapki z niemieckiego umundurowania, to tam czasem co niektóry dostał w ucho za tę czapkę, ale większość z nas już nie miała, tylko cywilne rzeczy. I to wszystko pomieszane było. Tam nas chyba kilka tysięcy ludzi przyjechało do tego obozu. Mnóstwo baraków. Pokazali nam baraki, w których możemy się rozgościć, że tak powiem, ale to było wszystko stare i to nie było uzupełnienie stanu poprzednich jeńców, to był osobny obóz, chociaż za ścianą byli ci jeńcy z września, jeszcze Polacy też, i oni dużo nam żywności podrzucili, bo byli zagospodarowani, mieli tam swoje sposoby, przesiedzieli tyle czasu. Tak że bardzo opiekuńczo się do nas nastawili od razu. I tam nas przenocowali, a następnego dnia wydzielili spośród tych… nie wiem, ile tam, już trudno powiedzieć, ale parę tysięcy ludzi… Wydzielili oficerów pięćset sześćdziesiąt osób i piechotą. Ponieważ ja miałem legitymację opiewającą na podporucznika, ktoś tam jeszcze z naszych młodych ludzi… Bo ten nasz komendant, kapitan, dowódca naszego batalionu, harcerz, wezwał nas, kilku młodszych, i kazał nam legitymacje wystawić na stopień podporucznika i zapowiedział nam: „Nie jesteście żadnymi podporucznikami, macie swoje stopnie stare, ty masz plutonowy podchorąży, ale dla Niemców jesteście podporucznikami, bo ja chcę, żebyście byli ze mną”. No i skończyła się dyskusja, byliśmy podporucznikami. No i trafiliśmy piechotą jakieś piętnaście kilometrów stamtąd (czy około piętnastu), następnego dnia – no, niemiła nazwa – Bergen-Belsen. To był obóz par excellence, kacet, koncentracyjny, i to o bardzo kiepskiej sławie. Ale co się okazuje, że zamknęli nas wewnątrz, w środku tego obozu było sześć baraków wydzielonych, ze wszystkich stron był obóz, kacet, a tu było wydzielone sześć baraków, pusty, i tam nas wsadzili i za drutami stali nadal żołnierze Wehrmachtu, podczas gdy całym obozem rządziło SS. Ponoć nas to nie dotyczyło. No i tam żeśmy przesiedzieli do stycznia.

  • Kto wyzwalał obóz?


Tam nie byliśmy wyzwoleni. Tam nas w styczniu, ponieważ front się zbliżał, wywieźli na wschód i nas wywieźli na te obecne tereny polskie, cały polski transport też koleją. To był styczeń, chyba 10 stycznia, takie miasteczko… jak ono się nazywa… tam była duża baza ruska na Pomorzu Zachodnim, już ich nie ma oczywiście, ale była tam taka duża. To się po niemiecku nazywało Grossborn-Westfalenhof, ale po polsku jest nazwa, której nie pamiętam. Borne Sulinowo, tak. I tam nas wpakowali w zupełnie nowe baraki, więc po tamtych starych i po tamtych marnych sytuacjach tutaj żeśmy byli mile zadowoleni, no bo z drugiej strony było wiadomo pocztą pantoflową, że z tej strony [idzie] front z kolei i też już jest niedaleko, a poza tym żeśmy dostali sporą ilość żywności, co było bardzo ważne. Paczki amerykańskie, takie pięciokilowe, skondensowana żywność. Mieli tam zapasy i rozdzielali między nas, tak że ludzie się najadali wreszcie. A tam jeszcze pod koniec – wracam jeszcze pamięcią do tamtego starego obozu – tam pod koniec listopada, gdzieś tak o tej porze mniej więcej, to już było tak głodno, że się zdarzało, że niektórzy ludzie puchli z głodu. Były takie wypadki. To nie było nagminne, ale były i zabierali ich już do szpitala. A tutaj się od razu poprawiło z miejsca to wszystko, ale po dziesięciu dniach znowu niedobrze, więc ewakuacja na zachód. Tym razem Niemcy nie dali żadnego pociągu, żadnego transportu, tylko piechotą i wyruszyliśmy 27 stycznia, przy dwudziestostopniowym mrozie, piechotą. Pięć kolumn, każda po tysiąc ludzi, bo nasza była tylko jedna i już stosunkowo mała, a już część dołożyli wrześniowców, tych oficerów, którzy przesiedzieli od września. I z reszty ich sformowali te cztery kolumny (Kolonne, jak oni to nazywali) i prowadzili nas szosami normalnie na zachód, przez śnieg i tak dalej. I przeszliśmy do obozu XI A. Bardzo blisko tego poprzedniego, gdzieśmy byli. Tamto się Fallingbostel nazywało, a to się Sandbostel nazywało. I przyszliśmy, to był kwiecień, czyli inaczej mówiąc, szliśmy przez cały luty, koniec stycznia, nie, w marcu żeśmy przyszli, przed kwietniem. W każdym razie żeśmy sobie „pospacerowali”.

  • Gdzie się wtedy spało? Tak na ziemi?


Tam gdzie się stało. Najczęściej się spało w oborach albo w stodołach, ale dwa razy żeśmy spali na śniegu. Znaczy na jakimś chruście, kto co tam wymyślił. A pierwszy nocleg był bardzo blisko jakiejś owczarni. I w tej owczarni wszyscy, którzy tam spali i chwalili sobie rano, bo było ciepło, to wszyscy następnego dnia czy po trzech dniach stwierdzili, że mają piekielne wszy. I te wszy to już przenieśli przeważnie aż do końca.

  • I w marcu 1945 roku to wylądowali…


A to nie, przepraszam, dziewiętnastego, już mi się przypomniało, dokładnie 19 marca zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, już nie było mrozu tego dnia, ale śnieg był. Tak że tam zaczęliśmy się rozbierać i myć jeden drugiego, w menażkach wodę grzali. Tam trzy dni żeśmy stali i tam nas załadowali już w pociąg. To było już na terenie dzisiejszych Niemiec oczywiście. I tam nas potem przewieźli do tego Sandbostel i w tym Sandbostel dwudziestego któregoś [kwietnia], 28 kwietnia chyba, Anglicy nas odbili.


  • W którym momencie wrócił pan do Polski?


No ja dość późno wróciłem, bo dopiero w 1947 roku.

  • A co się działo w tym okresie pomiędzy…


No byłem w wojsku na Zachodzie.

  • Czy mógłby pan opowiedzieć, jak to wyglądało?


Początkowo tak człowiek szczęśliwy, że to wolność właściwie, bo nie liczył się już z niczym, a już na pewno z Niemcami się nie liczył, bo były na to sposoby przecież. I już można było… Właściwie to już każdy powoli miał swoją broń, bo to najlepszy sposób był w zasadzie, ale z czasem… To znaczy ja dość szybko trafiłem na teren dywizji pancernej.

  • Czyli u Maczka, tak?


Czyli u Maczka w Meppen i stamtąd jakoś tak poznałem… Acha, tam kolegę też spotkałem i to z korpusu właśnie, który już był tam w tym. I ten mi wytłumaczył, że” „Sto trzy teraz jeździ na urlop, bo już wojny nie ma i wożą na urlop. Tam samochody jeżdżą nasze, wszystko jest dywizyjne i jak chcesz, to przepustkę żeby ci dali na trzy czy pięć dni, i jak chcesz, do Brukseli można pojechać albo na dłużej na tydzień do Paryża i tam się dostanie i wikt, i opierunek, bo to jest zorganizowane. Więc ja oczywiście, Bruksela bliżej, pojechałem do Brukseli, ale Bruksela to nie Paryż. Przyjechałem po drugą przepustkę, na dłużej, do Paryża. Okazuje się, że tam jest polskie wojsko w Paryżu. I Paryż to nie Meppen, a Meppen to nie Paryż. Postarałem się o to przeniesienie i to była po koszarach, które się nazywały Caserne Bessières. Był tam duży oddział polski, który był takim oddziałem uzupełnieniowym dla regularnych wojsk w Niemczech czy nawet we Włoszech. Dostaliśmy skierowanie i tam czekaliśmy na skierowanie do nich z powrotem. Czekaliśmy dość długo. Człowiek młody, dwadzieścia lat na karku, po pięciu latach ponurej okupacji znalazł się w Paryżu z wszelkimi możliwościami, no więc trudno było sobie odmówić tego. I nie miał żadnych obowiązków w zasadzie. Wikt, opierunek, wszystko było. No, ale nas tam dość prędko się pozbyli, bo za dużo tych wojaków polskich było w Paryżu. Już się normowały stosunki i gdzieś tam na przełomie jesieni i zimy, wywieźli nas do dużego, znacznie większego, di centralnej Francji. To się nazywało miejscowość La Courtine. Ta miejscowość była mała, a obóz był duży. Obóz tam miał koło pięciu tysięcy ludzi, była jeszcze duża grupa ludzi czekających na korpus we Włoszech, a to bliżej było korpusu. No i tam takie życie wojskowe trochę, tam szkoły otworzyli dla chętnych. Wielu z tych naszych chłopców, młodzieży z AK, to właśnie do tych szkół poszło, żeby do tej matury dobić, prawda. No i takie tam życie trochę beznadziejne się zaczęło robić. Każdy z nas się oglądał, żeby dowiedzieć się czegoś o rodzinie. Ja też się chciałem dowiedzieć. Nie wiedziałem, co się dalej z matką stało. Wyszła za kordon i tyle wiedziałem. Tak że nie miałem większych planów. Chciałem się tam do tego wojska dostać i dostałem się przez czysty przypadek i zupełny zbieg okoliczności. Dostałem list od matki, bo ktoś wyjeżdżał, dwie siostry takie, z Marsylii. Jeździłem do Marsylii służbowo, tam z tego obozu. I tam spotkałem te dziewczyny, one szybko pojechały do Polski, do Łodzi i akurat moja mama była w Łodzi. Tak się ułożyło, że one się spotkały. A ja na wszelki wypadek, tak na chybił trafił, tam im powiedziałem swoje nazwisko, i powiedziałem, że to… bo przecież nie wiedziałem o Łodzi nic. I pewnego dnia, będąc następnym razem w Marsylii też służbowo, któryś z kolegów, który był tam na stałe – był polski oddział w Marsylii, tam przyjmowali zaopatrzenie z okrętów, ze statków dla 2 Korpusu we Włoszech – wita mnie i: „Słuchaj, tutaj listy są do ciebie, awizowali z konsulatu, że tam są listy jakieś dla ciebie”. Poleciałem do tego konsulatu, a to już warszawski konsulat, znaczy nie ten zachodni, te zmiany nastąpiły. I od razu dostałem dwa czy trzy listy od matki. Więc już wiedziałem, co z matką, a to już był 1946 rok, druga połowa. Wiedziałem, że jest w Łodzi, wiedziałem, że pracuje, wiedziałem, że żyje. Gdybym tego nie wiedział, to bym się zastanawiał cały czas, czy zostać na Zachodzie, czy nie zostać, czy tam szukać jakiejś możliwości kształcenia czy coś takiego, a tak to człowiek żył tam i decydowałem się wtedy już wracać raczej, bo sama była.

  • W tym okresie czym się pan zajmował, jeśli chodzi o bycie żołnierzem?


Stopień miałem ten swój podchorążacki, oczywiście nie podporucznika, bo była od razu komisja w tych oddziałach polskich, do których tam trafiłem. Zresztą nikt się nie przyznawał do niczego więcej, niż miał prawo. Tak że zostałem sklasyfikowany jako plutonowy podchorąży z odpowiednim wynagrodzeniem i z odpowiednimi przydziałami. Potem dość szybko zostałem kurierem, takim który pocztę rozwoził między tym dużym kampem, kampem de La Courtine, a właśnie Marsylią, tym oddziałem polskim, który też tam stacjonował. Tam bywałem co dwa tygodnie mniej więcej. Tam miałem też swoje miejsce, bo tam zawsze trzy dni się siedziało czy cztery, tak że i tam mnie znali i to przez splot nieprawdopodobny sytuacji, dowiedziałem się i nawiązałem dość szybko kontakt z mamą.

  • Kiedy i jak pan wrócił do Polski?


No właśnie. Potem pomyślałem, że jeszcze za wcześnie, bo to była połowa tego 1946 roku, jeszcze może mi się to widziało, że to mama by mogła przyjechać czy coś takiego (ojca nie było, matka żadnych obowiązków nie miała), więc postarałem się zniknąć z tego obozu, znaczy postarałem się o przeniesienie do Lille. Tam też były duże oddziały polskie, takie uzupełniające, nawet to były dwa czy trzy kampy takie w Lille, ale był jeden kamp, gdzie byli studenci, specjalnie, to znaczy obóz, taki wojskowy, gdzie byli studenci i tam na uniwersytecie albo na politechnice w Lille studiowali. I sporo było takich. Więc ja się postarałem o przeniesienie tam do tego właśnie, to była taka dzielnica Lille, i zacząłem chodzić na ten uniwersytet, ale z moim francuskim to się nie dało tam nic zrobić. Na szczęście dziekan wydziału był z pochodzenia Polakiem i mówił dobrze po polsku. Wtedy już powziąłem decyzję powrotu. Przyjechałem w okolicy Bożego Narodzenia tam do tego Lille i później z kolegami różnymi, których już znałem z La Courtine, przyjechali tam do obozu, żeby studiować i oni bywali na zajęciach, ale zdecydowali się wracać. Sytuacja się tak jakoś klarowała trochę w prawo, w lewo. Gdzieś tak koło marca czy może dokładnie w marcu żeśmy się zdecydowali, spora grupa, że my wracamy, a ta decyzja wymagała jedynie zarejestrowania się u komendanta obozu i dalej już to szło drogą normalnej organizacji. I tam ta grupa chyba w maju została zebrana, chętnych do powrotu. I przewieźli nas statkiem do Anglii, do obozów repatriacyjnych, bo repatriacja wojskowych szła z Anglii, nie z Francji. Tam nas jednak trzy miesiące przetrzymali, tak że w konsekwencji 14 sierpnia, taki duży statek, parę tysięcy ludzi, to transporter wojenny, brytyjski, zapakowali nas, te parę tysięcy i do Gdańska nas przywieźli jako repatriantów. Pamiętam, 18 sierpnia statek przybił tam, gdzie jest ta stara latarnia morska w Gdańsku, charakterystyczne miejsce. Tam nas wyładowali i już żeśmy byli repatriowani.

  • Czy był pan represjonowany z powodu udziału w Powstaniu Warszawskim?


Tak mi się zdawało początkowo, że wszyscy… Nie, nie wszyscy, bo większość to była żołnierzy zdemobilizowanych z zachodnich, a nas z AK było tam mniej. Ale taki obrazek na przyjazd: statek stoi przy kei, cała masa ludzi, którzy już wiedzieli. Za daleko cofniętym płotem taka brama była różnych rodzin, którzy się spodziewali, z jakichś sposobów zaznajomieni. A tutaj stoją na dole żołnierze z karabinami i bagnet na broń, i stoją wzdłuż statku. Podtoczyli jeszcze pociąg towarowy, wyładowują dźwigami marynarze te nasze dobra. Przeważnie większość miała te takie worki wojskowe i taki stos tych takich worków leżał. Potem jak myśmy schodzili, to każdy sobie wyszukiwał swoje, ale od razu ci żołnierze kierowali do wagonów, do otwartych drzwi. I to wrażenie, że z bagnetami na karabinie stoją w Polsce, no było dość trudne. Wyglądało to naprawdę nieciekawie, ale taki był porządek. Weszliśmy do tych wagonów, zabraliśmy swoje rzeczy. Jedziemy. Po paru minutach nas przywieźli na właściwe miejsce. To znaczy na to miejsce, gdzie był obóz repatriacyjny w nowym porcie, to się Narwik nazywało i do dzisiaj się to miejsce nazywa Narwik. Tam był duży obóz repatriacyjny. Tam nas wyładowali, sami żeśmy się wyładowali z tego pociągu. Obóz taki był, no dużo baraków wkoło, jakiś starych i plac jakiś taki wielki, apelowy, jak to Niemcy nazywali, i te nasze tobołki. Wieczór, szaro się robi. Rozglądamy się, co i jak, no gdzieś szukamy miejsca i przychodzą tam jakieś władze repatriacyjne, cywilne. I nam tłumaczą, co, gdzie i jak, i ci żołnierze zniknęli. Obóz był płotem otoczony, ale przy płocie nie było nikogo już, natomiast była wartownia przy wejściu na zewnątrz pilnowana przez cywilnych wartowników. Takich było mnóstwo w różnych przedsiębiorstwach w Polsce. I przez tę bramę, tak szczerze mówiąc, to się wychodziło, jak się chciało, to się okazało następnego dnia. I to nie wiem, po co to wrażenie tych żołnierzy z tymi karabinami, którzy otoczyli od razu. Potem człowiek własnym oczom nie wierzył. Baraki były nie do użytku, bo się ruszały od tych pluskiew, ale trzymali nas tam tylko dwa dni. Spaliśmy na dworze. Zrobili nam przegląd bagażu, rewizję, popisali co i jak. Dawali karty repatriacyjne, bilety do zażyczonych miejsc i po ileś tam sto, nie, dwieście złotych wypłacali czy trzysta, już nie pamiętam, to nie ma znaczenia, bo i tak większość zdążyła złożyć wizytę w mieście u różnych ludzi, znajomych.
Ja tu miałem akurat kolegę, który poprzednim transportem przyjechał, pół roku wcześniej, w Orłowie, i trochę wiedziałem już, co i jak i się dziwiłem tym żołnierzom z karabinami, ale pojechałem do niego. Wyszedłem z tego obozu, włożyłem cywilną kurtkę na siebie. Wyszedłem z obozu, pojechałem do Orłowa. W Orłowie co prawda jakiś wartownik się przyczepił, że dowody, a ja miałem tylko książeczkę wojskową angielską, a dokładnie to się nazywało paybook, bo u nich książeczka wojskowa to właśnie jest książka płacy właściwie, ale to stanowiło o żołnierzu. Pokazałem mu to, on to przeczytał, pokiwał głową: „Acha” i poszedł. No, na szczęście poszedł, a ja wróciłem z powrotem do tego obozu, załatwiłem formalności. Miałem piękne wełniane koce, bo sobie nazbierałem sześć sztuk. No to powiedzieli, że na Czerwony Krzyż trzeba trochę oddać. To oddałem, dwa czy może nawet cztery oddałem. Takie sugestie były. Miałem ładnie wydane „Monte Casino” w Rzymie Wańkowicza, książkę pięknie wydaną. No to takich rzeczy, takich rzadkich rzeczy, ten urzędnik repatriacyjny, to nie można uznawać za swoje prywatne własności. To musi być w publicznej bibliotece. Musi, no to musi, to było. No i takie i tym podobne postępowanie, ale później każdy wyszedł po załatwieniu tych wszystkich formalności swoją drogą, gdzie kto tam chciał. Tyle że miał obowiązek się zgłosić w jakimś tam RKU wojskowym. U mnie to wypadła Świdnica. Matka była w Wałbrzychu no i ja do tego Wałbrzycha chciałem.

  • Czy w późniejszych latach miał pan właśnie problem ze Służbą Bezpieczeństwa?


Trochę się interesowali, to prawda. To zainteresowanie było czasem niemiłe, ale w 1955 roku się skończyło jak nożem uciął.

  • Ale nie przebywał pan w więzieniu?


Nie, ale zdaje się, że byłem blisko parę razy.

  • Jaką to miało formę, wzywali na przesłuchania czy po prostu…


No tak, tak było.

  • Czy te przesłuchania miały też brutalny przebieg?


W sensie jakiś rękoczynów, bicia, nie. Jakoś ja nie miałem takiego przypadku. Nie wiem, takich jak ja było na pewno bardzo dużo, ale ja nie miałem. Ale sam sposób traktowania był taki niezachęcający.

  • Jak po latach ocenia pan Powstanie Warszawskie?


Tu mnie pani dostała. Chciałbym krótko odpowiedzieć. Ja myślę, że gdybym się znalazł, ja, taki sam jak ja, ale tamtejszy ja, z 1944 roku, nie dzisiejszy, to bym się ani chwili nie zastanawiał, tylko poszedł znowu do tego Powstania, bo to była jedyna, najlepsza i słuszna droga w moim pojęciu i w pojęciu wielu takich jak ja. Potem może zaczęli się zastanawiać, bo na początku nikt się nie zastanawiał. Dopiero jak te straszne ilości ludzi mordowali, po tych wypadkach, myśmy z Woli wyszli, a potem się dowiedzieli od takich, którzy się wiedzieli, że po naszym wyjściu z Woli to tam jatki robili z cywilną ludnością. Przecież cały cmentarz Wolski to grobowce, tu leży czterdzieści osób, tutaj sto zamordowanych. Więc to jakoś zawsze tak wszelkie entuzjazmy ochładza, ale przecież trudno o tym mówić w tej chwili. Nie potrafię odpowiedzieć, czy ja, wiedząc to, co wiem i to, co czuję czy czułem po drodze w tym czasie, czy ja bym się zawahał. Chyba nie, też nie, bo jak mógłbym się zawahać, jak wszyscy dookoła tak samo myśleli i to samo czuli.



Gdańsk, 27 listopada 2012 roku
Rozmowę prowadziła Ula Adamowicz
Wojciech Stanisław Rzymowski Pseudonim: „Rawicz” Stopień: plutonowy podchorąży Formacja: Batalion „Wigry”, kompania szturmowa Dzielnica: Wola, Stare Miasto, Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter