Zbigniew Zmarzlik

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Zbyszek Zmarzlik. Urodziłem się 26 października 1936 roku w Warszawie [w szpitalu przy ulicy] Karowej. [Obecnie mam siedemdziesiąt dwa lata, jestem lekarzem chirurgiem (jeszcze pracującym emerytem)]. W czasie Powstania [mieszkałem] na początku w Śródmieściu przy ulicy Zielnej 29, [po spaleniu domu przenieśliśmy się w inne miejsca].

  • Proszę opowiedzieć o latach przedwojennych. Czym zajmowali się rodzice, gdzie pan mieszkał, czy miał pan rodzeństwo?

Ojciec był nauczycielem języków, mama niepracująca. Mój ojciec przyjechał do Warszawy w latach trzydziestych. Pochodził z Polonii rumuńskiej. Mieszkaliśmy na początku (z tego co pamiętam) przy ulicy Próżnej. Ten dom zresztą stoi do dziś. W czasie, kiedy tworzono getto w Warszawie, [przeniesiono nas do mieszkania przy ulicy] Zielnej po Polakach pochodzenia żydowskiego, a tam widać ktoś inny został [przeniesiony]. Tak że na Zielnej mieszkałem chyba od 1940 roku – tak, jak zaczęto tworzyć getto w Warszawie, wtedy przeniesiono nas na ulicę Zielną.

  • Miał pan rodzeństwo?

Nie. To znaczy miałem siostrę, która zmarła przed moim urodzeniem, czyli nie miałem.

  • Ma pan jakieś wspomnienia z lat okupacji?

Jest ich oczywiście bardzo dużo. Pamiętam całą okupację. Chodziłem już do szkoły. Zresztą [szkoła mieściła się też przy Zielnej (jest tam teraz plac przy Pałacu)]. W pamięci chłopca utrwalają się też drastyczne momenty, jak na przykład zobaczenie pierwszego zabitego człowieka, który był zresztą (jak potem się dowiedziałem) konfidentem niemieckim, zastrzelonym przed naszym domem. To pozostawia w pamięci taki żywy obraz.
Poza tym chodziłem do szkoły. Właściwie jak dla chłopca w tym wieku, życie toczyło się względnie normalnie.
W 1942 roku zmarła mi matka. Wtedy [miałem tylko sześć lat], przechodziliśmy z ojcem ciężkie chwile. Ojciec był nauczycielem języka niemieckiego, ale uczył też języka angielskiego, co było wtedy oczywiście zabronione. Tak że przy każdym pukaniu [lub dzwonku] do drzwi, pamiętam, zmieniano książki z angielskich na niemieckie. Ponieważ nie było matki, więc wychowałem się właściwie w tym samym pokoju, słuchając lekcji. Przy okazji trochę nauczyłem się niemieckiego.

  • W jaki sposób zmarła mama?

Mama zmarła z przyczyn naturalnych [(nagła i ostra choroba), ale też z przyczyn wojny. Lato spędzaliśmy we wsi Nisko koło Zamościa. Jesienią, a listopad był wtedy już bardzo zimy wracała z Warszawy aby zabrać resztę pozostawionych rzeczy, był rok 1942, pociągi źle kursowały (front wschodni), przemarzła czekając na peronach i zachorowała na ostrą niewydolność nerek, do tego dostępu do szpitala i zmarła po kilku dniach w wiejskim domku. Nie stało by się to gdyby nie wojenne warunki, a miała, umierając trzydzieści pięć lat. Zostałem pół sierotą].

  • Tata przyjechał z Rumunii do Polski?

W latach trzydziestych [przyjechał] do Polski. To była Polonia rumuńska, językiem [używanym w domu był] polski. W Czerniowcach [na Bukowinie (obecnie Ukraina)] była bardzo mocna grupa polonijna.

  • Pan ma nietypową urodę, to chyba po rodzinie taty?

[Pochodzili] w dalekiej linii gdzieś z rodziny ormiańskiej. To byli spolszczeni Ormianie, którzy potem żenili się z Polakami, stąd takie nazwisko.

  • Tata uczył przed wojną w jakichś szkołach?

Nie. Przed wojną nie uczył w szkołach, dawał komplety [w domu] z francuskiego [i angielskiego, (na Bukowinie używane były języki – rumuński, ukraiński, polski, niemiecki, żydowski), co ułatwiało naukę języków obcych]. Kończył jeszcze rumuńskie gimnazjum, więc było mu łatwo [nauczyć się] francuskiego, języki romańskie. Nauczył się angielskiego, znał niemiecki. Udzielał lekcji z tych trzech języków. [Później nauczył się sam jeszcze rosyjskiego i wykładał w tym języku].

  • Pan też odziedziczył talent do języków?

Nie wiem, czy mój ojciec miał talent. Był bardzo ciężko pracującym człowiekiem. Ja angielski trochę [znam]. Oczywiście żałuję, że w pełni nie wykorzystałem [faktu], że posiadam ojca lingwistę. Ojciec znał [sześć] języków.

  • Jak pan zapamiętał 1 sierpnia 1944 roku?

1 sierpnia wysłano mnie (pamiętam doskonale) po pastę do podłogi i po chleb do sklepu spożywczego, który był w naszym domu od strony Zielnej, w tej fasadzie. Pierwsze strzały. Byliśmy w tym czasie w Warszawie przyzwyczajeni do strzelanin. Wróciłem do domu. Jednak włączyła się broń maszynowa. Przez okno zobaczyłem, że ulice nagle pustoszeją. Bo przy strzelaninie w innych dzielnicach – odgłos strzału niesie się daleko, tak że to nie było żadnym ewenementem. Ale broń maszynowa [to co innego], ulice pustoszały.
Wtedy przyszedł mój ojciec, powiedział: „To jest Powstanie!”. Ojciec był [chyba] zorientowany, bo muszę powiedzieć taką ciekawą [historię], że mój ojciec gdzieś od strony ojca jest spokrewniony z Gajcami. Z tego, co ojciec mi opowiadał (oczywiście nie pamiętam twarzy), u nas w domu odbywały się [spotkania], na pewno przychodził Tadeusz Gajcy na takie wieczorki poetyckie. Podejrzewam, że był i Baczyński. Ale jest to tylko [przypuszczenie]. Tak że były takie grupy młodych ludzi. Ojciec słuchał tych wierszy. Wiem, że mówił, że nic a nic z tego nie rozumiał, były – wiadomo jakie. Ojciec wiedział, że [to] było Powstanie. Wybuchło Powstanie. [Od razu uzyskałem] ogromną wolność, bo [dotąd nie puszczał mnie ojciec samego. Ojciec był zajęty, został Cywilnym Komendantem Domu]. Nagle mogłem chodzić po [całej kamienicy, odwiedzać] sąsiednie domy. Potem powykuwano w piwnicach przejścia. Tak że było hulaj dusza! Rzeczywiście początek Powstania to jest dla mnie bardzo wielkie poczucie „róbta co chceta”. Właściwie Niemcy nas nie bombardowali do momentu zdobycia przez Polaków PAST-y. Tę chwilę pamiętam doskonale, bo to przecież było bardzo blisko. Tam właśnie wtedy zobaczyłem pierwszych Niemców, jeńców niemieckich. Trochę to obecnie miesza się mi z filmami – [kronikami dokumentalnymi], ale wiem, że nie byłem na dole, że oglądałem to z okna, łącznie z mieszkańcami naszego domu. Nie z naszego mieszkania, bo moje wychodziło na Świętokrzyską.
Z tym że na pewno liczne oglądane zdjęcia jeńców niemieckich na to się [nałożyły]. Wiem, że widziałem z góry, w każdym razie. Właściwie do momentu poddania przez Niemców PAST-y nie mieliśmy jakichś ostrzałów [z broni ciężkiej ani nalotów].
Poza tym taki drugi moment, powiedziałbym, trochę nieprawdopodobny. W sklepie (właściwie sklepiku) z zabawkami wyrwało kraty. Ale tylko na tyle, że dzieci mogły tam wchodzić. Proszę sobie wyobrazić, jaki był raj dla dzieciaków, które mogły z półek brać zabawki. Oczywiście zabawka wzięta za chwilę już się nie podobała. Drugie dziecko miało inną, więc zawsze był bój o te zabawki. To taki incydent, który zresztą w normalnym w życiu pewnie rzadko się zdarza, że dzieci mogą wejść do [zamkniętego sklepu z zabawkami], tak trochę jak Alicja z krainy czarów.

  • Gdzie był ten sklep?

Był prawie pod naszymi oknami, od strony Świętokrzyskiej.

  • Jaką pan sobie wybrał zabawkę?

Wybrałem sobie statek, który zresztą, jak potem dom się palił, zakopałem. W piwnicy było – o dziwo – piaskowe [podłoże], nie było betonowych podłóg w piwnicach. Był też taki incydent umierającego dziecka, paromiesięcznego, prawdopodobnie z głodu. To też zostawiło ślad w pamięci. Właściwie widzieliśmy ostatnie tchnienie tego dziecka w piwnicy.
Po zdobyciu PAST-y zaczął się ostrzał. Pierwszy taki moment, kiedy byłem blisko działań, to gdzieś w nasz dom walnęła „krowa”. „Krowa” dawała parę minut do ucieczki do piwnicy, bo było słychać ten ryk. Gdzieś na półpiętrze przywalił mnie sufit z trzcinami. Jak widać nieskutecznie. Zaczął się ostrzał z moździerzy. Miałem trochę szczęścia, bo w sąsiedni dom – szukano wody w domach, więc betonowe podwórka były rozryte, dzieci tam się bawiły – trafił pocisk moździerzowy. Po dwóch dniach (chyba byłem chory) przyszedłem, to były już tylko grobki [tych] dzieci. Tych moich, z którymi się bawiłem.

  • Dlaczego szukano wody?

Szukano, bo nie było wody w Warszawie, tak że wiercono studnie.
Ojciec został [cywilnym] komendantem domu, tak że nie cierpiałem głodu, bo ojciec dystrybuował jedzenie z tych wszystkich sklepów [w naszej kamienicy]. Tak że dla mnie zawsze trochę starczyło. W [pierwszej części Powstania] nie cierpiałem głodu.
Kopali studnię głębinową. Nie dowiercili się.
Chaotycznie pamiętam też nabożeństwa wieczorne, śpiewanie, kapliczka na podwórku, nabożeństwa co wieczór i ludzie, [którzy śpiewali:] „Pod Twoją obronę”.
Nie dowiercono się do tej wody. Aż pewnego pięknego dnia przyleciały sztukasy, zaczęły okładać nasz dom – bomby zapalające. To wszystko zaczęło się palić. Mój ojciec był komendantem domu, więc [kierował gaszeniem]. Wpadli na pomysł (paliły się górne piętra), żeby zrzucać na podwórko meble – [(Podwórko typu „studnia”)]. Meble jak to meble – są z suchego drewna, jak leżał stos na podwórku, to wszystko się zapaliło i tak żeśmy się zaczęli smażyć w tych piwnicach.
Prawdopodobnie gdyby nie przyszli chłopcy z AK z mokrymi kocami, [to zginęlibyśmy]. Pamiętam, jak wychodziłem, wszyscy trzymaliśmy się za ręce, na głowie były mokre koce. Wyprowadzono nas przez sklep na Świętokrzyską. Taki był koniec mieszkania na Zielnej 29 mieszkania 9.

  • Co to za chłopcy przyszli?

Akowcy. Tak, powstańcy, akowcy oczywiście.

  • Pomagali też ludności?

Tak. Oczywiście. To było nasze zorganizowane wojsko.

  • Czy nie było paniki w tej piwnicy?

[Było coraz goręcej i zaczęliśmy się dusić]. Czuć było dym. Muszę powiedzieć, że nie pamiętam [czy się bałem, byłem już „otrzaskany” z niebezpieczeństwem]. W każdym razie czekaliśmy na ojca, żeby przyszedł. Potem, jak się zjawił (bo był przy gaszeniu pożaru), okazało się, że tej wody też był powodem [niepowodzenia w gaszeniu pożaru kamienicy]. Jednym z problemów Powstania był wody. To jest tragedia, jak nie ma co pić.

  • Mówił pan o Zielnej 30, że tam budynek został wcześniej zniszczony.

To obok. Ale to w 1939 roku. Była taka przerwa. Między PAST-ą a nami była przerwa.
Pierwszy zabity Niemiec to był taki żandarm. Podobno jakiś oficer, który zginął w czasie pierwszych dni Powstania, może nawet pierwszego dnia. Oni jechali, ktoś rzucił granat, wyrzucił go wybuch. Ten żandarm parę dni leżał pod ostrzałem z PAST-y – [w dzień] ludzie bali się [go wyciągnąć]. W nocy podchodzili, [zabrali mu broń], nie był dobijany, ale też jakoś nie dano mu pomocy. Myślę, że żandarmi byli mało lubiani. Konał tam. Z okna go było widać w dzień, jak już potem leżał.
  • Z PAST-y było słychać jakieś odgłosy, że Niemcy są w środku?

Nie. Skąd! Strzelano tylko. Tylko strzelano. To było bardzo [niebezpieczne]. Od strony Zielnej nie było mowy, by wyjść na ulicę, bo strzelali strzelcy wyborowi. Pamiętam też zastrzeloną [bardzo młodą] łączniczkę, gdzieś przebiegała, nie wiedziała [o ostrzale].
Dom palił się bardzo. Naprzeciwko dom palił się jeszcze bardziej – róg Zielnej i Świętokrzyskiej, po drugiej stronie. Coś nieprawdopodobnego, jak płomień [„buzuje”], dotąd słyszę huk ognia. To huczy zupełnie jak w piecu, płomienie ze sklepów dochodzące gdzieś aż do pierwszego, drugiego piętra. Wszystko naprzeciwko było spowite jedną wielką koroną ognia.
Stamtąd przenieśliśmy się – jakieś znajomości mojego ojca – na Zielną 9 chyba. Po drugiej stronie, gdzie w tej chwili jest Pałac Kultury, bliżej Złotej, w stronę południową. Tam był już głód, straszny głód. Były suchary. Robaki mi nie przeszkadzały. Widziałem, ruszały się. Były jakieś kluski na oleju. Otręby na oleju do obrazów, na pokoście. [Przez pewien czas stał w tym domu oddział AK, gotowali na podwórku, dzieciakom dawali zjeść]. Tak że to był wielki głód. Poza tym tam już wody nie było w ogóle.
Pamiętam, kiedyś poszliśmy niedaleko, od strony Marszałkowskiej było kino [w budowie], które zostało zalane wodą przed wojną. W podziemiach budowali, gdzieś coś im nie wyszło [i całą salę zalała woda. Tylko] balkon był nad wodą. Stamtąd brało się taką zieloną wodę, która oczywiście do gotowania [nie nadawała się], pewno do mycia. Tam znowu widziałem jeńców niemieckich, którzy tę wodę wyciągali i nosili.

  • Rzucaliście kamieniami w tych jeńców?

Nie. Zresztą oni byli z jakąś obstawą. Nie, [(z resztą nie było tam kamieni)]. Wygrażano tym, którzy wyszli z PAST-y, ale potem ci jeńcy, którzy wodę nosili, to już jakby był taki element całości. Ludzie przyzwyczaili się do tego. Po prostu tak było. Mieli inne problemy – pod koniec to był problem jedzenia, przetrwania. Myślę, że już wszyscy sobie zdawali sprawę, że Powstanie jest przegrane.
Tam był znowu, jak to Anglicy mówią, narrow escape. Bo rzeczywiście uszedłem z życiem. Wybuchł pocisk moździerzowy na parapecie okna w pokoju, w którym stałem, tak że był ogromny błysk. Potem była cisza, potem był ogromny huk i potem było pełno dymu. Okazuje się, że cały pokój był posiekany odłamkami, ale jakoś tak do wysokości może półtora, może dwóch metrów. Ponieważ byłem dzieckiem, to wszystko nade mną przeleciało.

  • Gdyby pan był wyższy?

To pewnie bym dostał. Wszystko było posiekane – garnki, które były wtedy na wagę złota. [Chyba płakałem, ale nie byłem tak zanadto przestraszony, ojciec płakał ze szczęścia, że mi się nic nie stało, bo myślał, że już po mnie, a potem narzekał, że podziurawiło garnki], ale dobrze, że i tym razem też jakoś dobrze się skończyło. Potem przenieśliśmy się chyba jak Chmielna – ulica, która idzie od placu Trzech Krzyży.

  • Bracka, Hoża, Wspólna.

Hoża. Na Hożą. Tam też już było bardzo głodno. To już były ostatnie dni Powstania, to był pewnie koniec września. Potem był bardzo dziwny dzień zawieszenia broni. To było bardzo dziwne uczucie, że można wyjść i chodzić po ulicach. Był bardzo wielki smród [leżących] zwłok, spod tych gruzów to bardzo śmierdziało. Pewnie nie wszędzie, ale [czuło się] jak tylko poszliśmy do naszego domu, w którym można było wejść do piwnic. Nie był zupełnie zawalony, ale był całkowicie wypalony.
Zrobił się październik. Wyprowadzili nas na Zieleniak. Były pierwsze cebule i pomidory. To było coś nieprawdopodobnego. Myśmy zupełnie witamin, zieleniny w ogóle [nie mieli]. Ludzie rzucili się na to.
Stamtąd do Pruszkowa. Tylko już nie pamiętam, czy nas zawieźli, czy wagonami, czy szliśmy. Ale mnie się wydaje, że pociągami. W Pruszkowie był obóz przejściowy. Jak nikt nie wpadł do [kanału, to był kanał do naprawy taboru kolejowego] – ja oczywiście wpadłem do tej dziury. [Na dnie było pełno złomu, oczywiście wyciągnięto mnie szybko]. Na słomie [leżeliśmy] parę dni i zawieźli nas odkrytymi wagonami do Bochni. Ludzie bali się, że do Oświęcimia, bo to na południe Polski, [a już wtedy Oświęcim był znany]. Zawieźli nas do Bochni, z Bochni do Lipnicy Murowanej. Przydzielili nas do chłopów na kwaterę.

  • Niemcy przydzielali?

Tak. To wszystko jeszcze rok 1944.

  • Chłopi mieli obowiązek państwa przyjąć?

Tak, oczywiście obowiązek. To był sołtys. Nie byli na pewno zachwyceni. Właściwie jeszcze pamiętam taki incydent sprzed Powstania. Bardzo mnie to intryguje. Był taki moment, że mogłem się czegoś dowiedzieć. Oczywiście [przez] gapiostwo, nie dowiedziałem się. Prawdopodobnie bym coś o tym wiedział. Otóż w czasie getta (tego incydentu właściwie nie pamiętam, ale ojciec opowiadał) wpadł do nas patrol żandarmerii motocyklowej, w tych [gumowych długich] płaszczach przeciwdeszczowych. Stanęli na balkonie (mieliśmy taki balkonik i getto było na ulicy Grzybowskiej, bardzo niedaleko, zresztą było wpierw [tuż nad] murem, a potem [mur przesunięto, gdy zmniejszano getto]) i zaczęli strzelać do tych ludzi. Ojciec był przerażony – zabić [i pozbyć się świadków] dla nich wtedy kogokolwiek to nie był [żaden problem]. I pojechali. Nie było w tym nic dziwnego, bo strzelanie do ludzi pochodzenia żydowskiego (byli odczłowieczani) nie było karalne przez Niemców. Trzy dni później, może dwa, przyjechała cała grupa wyższych oficerów niemieckich – pamiętam też takiego szupowca, oglądałem buty [(były na moim poziomie)]. Ponieważ ojciec był nauczycielem niemieckiego, bardzo dobrze mówił po niemiecku, nie było problemów komunikacyjnych, nie było bariery językowej i bardzo wypytywali się o tych dwóch żandarmów, którzy jakby dla własnej rozrywki strzelali do tych ludzi. Dotąd wydaje się, że to u Niemców nie było naganne.
Mogłem to rozwiązać, bo kiedyś byłem na wycieczce w Grecji, na Peloponezie. Niemcy mieli w tym czasie taką sympatię do Polaków, bardzo się narzucali na tym kempingu. Przyszedł starszy pan, żona mówi bardzo dobrze po niemiecku ([ponieważ jej rodzina pochodzi] z Gdańska), okazało się, że ten człowiek był żandarmem, oficerem żandarmerii bardzo wysokiej rangi w Warszawie. Żałuję, że nie spytałem go, dlaczego z punktu widzenia Niemców taki incydent mógł zaistnieć. Ale to już bezpowrotnie [przepadło], bo się rozjechaliśmy.

  • Od razu się przyznał, że był żandarmem?

Od razu się przyznał. Mówił o bazyliszku, poza tym mówił, że miał polską panią, że dopiero Rosjan nienawidzi, że Polacy to jakoś… Mówię: „Tak, gdyby nie ci Rosjanie, to pewnie tutaj nie pilibyśmy tego wina” – był jakiś alkohol. Musiał być wyższym oficerem, bo został w Gdańsku postrzelony odłamkiem i łodzią podwodną został ewakuowany z Gdańska do Danii, do szpitala. Tak że musiał to być wyższy oficer. Miał panienkę jakąś [w Warszawie].

  • Tym panienkom golono włosy.

Tak. Jak dorwali, a jak nie dorwali, to nie golili.

  • Nie miał pan oporów, żeby z nim rozmawiać?

To jest atmosfera wczasowa. Dowiedziałem się [o nim] dopiero później, po jakimś wypitym alkoholu i rozmowie. To zresztą był okres komunistycznej Polski, że Niemcy zachodnie strasznie nam się narzucały. To był wtedy demokratyczny kraj. Pewnie teraz jest trochę inaczej.

  • Nie sprawiał wrażenia zawstydzonego?

Absolutnie nie. Tak teraz to oceniam, że absolutnie nie był zawstydzony swoją żandarmerską przeszłością. To był rzeczywiście jeden z najgorszych elementów ludzi – żandarmeria.

  • Mógł pan rozwikłać zagadkę.

Mogłem rozwikłać. Na pewno by powiedział dlaczego. Potem sobie [uświadomiłem], po latach, miałem kontakt z takim człowiekiem. Bo to dziwne, że cała grupa oficerów niemieckich przyszła i ojca wypytywali co, jak, o której. Ich już pamiętam. Taki fakt był.

  • Widocznie zrobili to bez rozkazu, a w Niemczech bardzo dbają o porządek.

Coś [takiego], ale jak widzimy z filmu, że to byli tacy, co rano sobie wychodzili, strzelali. A tu widać... Co tu nie zagrało im, że to było naganne z ich punktu widzenia? [W tym przypadku trafili chyba nie kogo trzeba, bo przecież różni ludzie, także Niemcy, mogli służbowo wchodzić do getta].

  • Już więcej ci oficerowie nie przychodzili?

Nie. To był jednorazowy incydent.

  • W Bochni państwo byli u jakiś gospodarzy?

Byliśmy u gospodarzy w [Lipnicy Muranowej (Święty Szymon Słupnik też z tamtąd)]. Ojciec był związany z taką młodą dziewczyną, [jeszcze się nie] pobrali. Była osiemnaście lat młodsza od ojca. Muszę powiedzieć, że tam właściwie zaczęły się moje prawdziwe wojenne przeżycia. Front stał na Wiśle i jeżdżono skupywać [różne rzeczy]. Dużo warszawiaków jednak przeciekło w okolice podwarszawskie i handlowano pościelą, bielizną. Ojciec postanowił, że ta pani pojedzie. Skupowano, góralom sprzedawano i było za co żyć, ([wymieniano na żywność]).
Ona tam pierwszy raz pojechała, ale się okazało, że Niemcy robili bardzo dużo łapanek [i prawie ją zgarnęli]. Front stał, mój mądry tatuś wymyślił, że ja pojadę [z nią i będziemy] jako matka z dzieckiem. [Łapali młodych na roboty więc chyba matek z dziećmi nie brali]. Pojechaliśmy tam. Rzeczywiście była jedna taka [obława na dworcu], w Pruszkowie jeszcze, byłem niedużym chłopcem, wzięła mnie na rękę. Niemcy puścili. Dojechaliśmy do Pruszkowa, zrobiła jakieś zakupy, nie pamiętam. Z Pruszkowa ruszył pociąg. Był jakiś straszny chaos. Niemcy się [wycofywali. Ruszyła radziecka ofensywa lutowa. W pociągu] byli Polacy, Niemcy, nie było segregacji, kto do tego pociągu wszedł, dostał się, [był straszny tłok]. Pociąg ruszył. Pociąg zaczęły ostrzeliwać radzieckie [samoloty, ale tylko z broni pokładowej, byli poszkodowani]. Byłem bardzo ciekawy, jak bomby spadają. [(Bomb nie zrzucali, ale dostałem, słuszną reprymendę od mojej opiekunki)]. Niemcy uciekli z pociągu. Pociąg dojechał do Skierniewic. W Skierniewicach zatrzymał się. Dalej nie [pojechał]. Moja [opiekunka] postanowiła, że będziemy [dalej] szli piechotą w kierunku Łodzi, [aby połączyć się z ojcem w Lipnicy]. Doszliśmy do jakiejś wioski. Tam złapał nas front. Kobieta z dzieckiem, [czyli ze mną, szliśmy sami drogą, zaczął się ostrzał artyleryjski]. Wybuchy po obu stronach drogi. Jakoś niecelnie też strzelano, [bo w drogę nie trafiono]. W każdym razie ona [wreszcie] doszła do wniosku, że jest to głupota i zawróciliśmy do wsi. W tym czasie przyjechali Rosjanie.
Też był dobry incydent, bo wieźli [końmi] wozy pełne cukierków, czekolady (rozbili gdzieś magazyny), co dzieciakom dawali. Ona postanowiła wrócić piechotą do Warszawy [do jej rodziców w Radości], z tej wsi pod Łodzią. Był okropny mróz. Szliśmy [wzdłuż torów] przez lasy, w których jeszcze [trwały] walki, [(niedobitki żołnierzy niemieckich), co pewien czas strzelanina]. Doskonale wiedziałem, co to jest strzelanie [oraz o jego skutkach], więc bardzo się bałem. Potem taki incydent już na polu – radzieckie myśliwce nad nami [jeden zapikował aby sprawdzić te dwie postaci na śniegu, ale zobaczyli babę z dzieckiem [to odleciał].
Doszliśmy do jakiegoś pociągu, [tory o dziwo nie były wysadzone]. Oczywiście szczegółów nie pamiętam. Pociąg dojechał do wysadzonego mostu. Jeszcze po drodze była „ściapa” na alkohol. Co wiocha, kapelusz – ludzie musieli się zrzucać. Pociąg to była lokomotywa i jeden wagon. Przejście przez rzekę Rawkę. [Na środku rzeki był jeden przerębel z oblodzoną kładką, poślizgnąłem się] i ja wpadłem do wody. Ktoś [idący za mną] błyskawicznie [mnie] wyciągnął, bo bym pewnie popłynął [pod lód]. Ale miałem jakiś kożuszek, który widać [utrzymał mnie na wodzie].
Następnie pociąg z powybijanymi szybami, dojechaliśmy znowu do Pruszkowa. Ja cały zamarznięty, [ubranie zamarzło, trzeszczało, był tęgi mróz, (ja nawet kataru nie dostałem). W Pruszkowie zatrzymaliśmy się na parę dni i znowu w drogę]. Z Pruszkowa do Warszawy piechotą. To był luty. Po drodze ktoś do nas strzelał – nie wiem, czy do nas, czy na wiwat. W każdym razie byłem na tyle zamarznięty, że nie chciałem już iść. Janina – [moja opiekunka], mnie zostawiła, oczywiście tak, żeby mnie postraszyć. Zamarznięty, bo rękawiczki były ze starych [worków ze sznurów], (wełny nie było) ręce zamarznięte, twarz [odmrożona]. Była bardzo sroga zima. Ktoś zaczął strzelać czy dał serię. [Strach powrócił siły], oczywiście zacząłem biec do niej. Zmęczenie odeszło.
Doszliśmy do Warszawy. To był zmierzch. Przeszliśmy Alejami Jerozolimskimi. Już była zrobiona trasa dla samochodów. Były ruiny, gruzy. Barykady [w Alejach] były rozebrane. [Już rodzice mojej opiekunki Janiny mieszkali w Radości]. Wisła [była pokryta głębokim śniegiem dlatego] można było przejść przez [nią tylko ścieżkami]. Były ścieżki wydeptane, [ale] przy każdej ścieżce stał enkawudzista. Nie pozwalał, bo to pas przyfrontowy, [wartownik bez przepustki nie puszczał]. Myśmy doszli, tłumek stoi. Rosjanin zwrócił na mnie uwagę, byłem zamarznięty. Rzucił pepeszę w śnieg – takie szczegóły wojenne to pamiętam, jaką bron miał – zaczął mnie nacierać, ręce, japę. Natarł mnie i mówi do wszystkich: Idite. Jakoś tak go rozczuliłem, że [wszystkich przepuścił]. Po czym w Warszawie, na drugim brzegu, jakieś spanie pokotem gdzieś na Pradze… Potem jakimiś saniami do Radości. Radość – dom stoi. Z zagajnika, jak się wynurzyłem, patrzę dom stoi.

  • Wrócił pan na Zielną odkopać swój statek?

Nie. Moi rodzice wrócili. Ojciec wrócił i – o dziwo – butelka oleju stała na półce w spalonym domu. Przegrzana, ale nie pęknięta. Nie, już mnie nie zabierali. Sam nie chodziłem, a potem to już nie było mowy.
Potem trochę byłem w Radości. [Miałem] takie mądre zabawy z rozkręcaniem pocisków moździerzowych [pozostawionych w wielkiej ilości (w Aninie przez pewien czas przebiegała linia frontu). Aby je rozbroić trzeba było usunąć zapalnik. Robiliśmy to ze starszymi kolegami, po rozbrojeniu wydłubywało się trotyl, a z pocisków robiono wazoniki]. [...] Miały szklany zapalnik, jak bokiem biło się go o kamień, to pękał i wyciągało się z przodu ładunek. Ale jak zobaczyłem raz upieczonego chłopca w trumnie – to były szczątki, gdzieś mu tu wybuchło [na piersiach] – to już byłoby na tyle, [więcej przy tym nie uczestniczyłem].
Jeszcze opowiem, bo mi się przypomniało. Mój mądry tatuś przyszedł do Warszawy dwa dni przed Powstaniem. Byliśmy w Radości u tej pani. Mój tatuś sobie pomyślał, że w dużym mieście jest bezpieczniej. Szliśmy wzdłuż torów (to pewnie mało ludzi wie) kolejki elektrycznej równolegle z ekipą niemiecką Sprengkommando. Było ich dwóch albo trzech i oni wysadzali tory na przestrzeni może trzydziestu centymetrów, czterdziestu, ale co 100–150 metrów. Tak że ta ekipa, jak wkładała ładunek nieduży, odpalała i biegiem [było „bum” naprzód]. Tak że myśmy właściwie wiele kilometrów [szli razem z nimi]. Szedłem prawą stroną. Tam musi być jakaś droga, bo generalnie droga jest po lewej stronie, czyli jak jedzie się w kierunku Otwocka po prawej, w kierunku Warszawy po lewej. Ale jakaś dróżka musiała być i oni tak zrównywali się z nami, wysadzali tory.
Po czym w Aninie stały niemieckie czołgi, co dla młodego człowieka też jest bardzo interesujące. Było bardzo gorąco, załogi porozbierane do pasa. Pamiętam, jak ładowały pociski do luków, uzupełniali amunicję. Tak że przed Warszawą, to było też na wysokości Anina.
[Tam musiała być linia obronna Niemców]. Pierwsza przed Warszawą była w Aninie. Przyszliśmy do Warszawy, myślę, dwa dni przedtem, przed Powstaniem. Nie wiem, jak [przeszliśmy] przez most. Wydaje mi się, że tramwaje jeszcze chodziły. Bo kolejki elektryczne już nie chodziły. Zresztą z Radości podobno wyszliśmy rano, a w południe już była pierwsza szpica radzieckich czołgów.



Sopot, 29 sierpnia 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Zbigniew Zmarzlik Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście Północ

Zobacz także

Nasz newsletter