Zdzisław Janczewski „Mały”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Zdzisław Janczewski.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Kim byli pańscy rodzice, gdzie się pan wychowywał?

No cóż, urodziłem się w miasteczku Raków, dlatego że w Polsce istniał wtedy niejeden Raków, obecnie prawdopodobnie też, więc to się nazywało Raków koło Olechnowicz. To takie małe miasteczko na samej granicy ówczesnego Związku Radzieckiego i Polski. Nie wiem ile, może parę tysięcy ludzi tam mieszkało. Rodzina nasza była dość liczna, bo osiem osób liczyła, trzech braci i dwie siostry, ojciec, matka. Ojciec pracował jako technik drogowy, był technikiem dróg powiatowych na powiat Mołodeczno, a my dzieci do szkółki uczęszczaliśmy, do szkoły powszechnej. Ja raptem skończyłem przed wojną dwie klasy szkoły powszechnej. Wojna wybuchła. „Oswobodzili” nas od wszystkiego Sowieci w trzydziestym dziewiątym roku, 17 września. Wtedy zaczął się okres wegetacji…

  • Jak pan pamięta wybuch wojny we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku.

Wojna wybuchła, byliśmy pewni zwycięstwa i pełni entuzjazmu, że pobijemy Niemców i Polska zwycięży. Tak było aż do 17 września, kiedy w nocy, pamiętam, zrobił się taki rumor, huk, warkot silników, nie wiedzieliśmy, co jest. Tam były koszary KOP-u w Rakowie. Myśleliśmy, że to Niemcy szykują nalot i samoloty latają, aż się rozwidni i zbombardują. Tymczasem okazało się, że to czołgi sowieckie przekroczyły granicę i najechały na Polskę, a że Raków był tuż na granicy, to momentalnie byli u nas. Kiedy się troszkę rozwidniło, to zobaczyłem na ogrodach, na polach działa były obstawione. Dlaczego, po co oni tam ustawili te działa skierowane na Raków... Ale długo nie stały te działa, zabrali je i wyjechali. No i tragedia – nie wiedzieliśmy co robić, co będzie, jak dalej będziemy żyć.
No i przyszła ta okupacja sowiecka na naszych terenach. Do szkoły kazali iść. Cofnęli każdy rocznik o jeden rok do tyłu, tak jak ja skończyłem drugą, to zacząłem chodzić znów do drugiej. Naturalnie obowiązkowo język rosyjski, alfabet na cyrylicę i nas zaczęli uczyć. Potem ojciec dalej pracował w swoim zawodzie, musiał iść do roboty, a my tylko czekaliśmy na wywózkę. Bo pierwszą wywózkę zrobili jakoś zimą, nie pamiętam, kiedy to dokładnie było – czekaliśmy na to, aż nas wywiozą. Nawet mama nam naszykowała worek sucharów, nasuszyła i ser biały twardy, żeby było na drogę, ale jakoś nie zdążyli nas wywieźć. Ojciec pracował przy budowie drogi Mińsk–Wołożyn, to była strategiczna droga, budowana, projekt mojego ojca. Dzień i noc był na tej drodze, gonili szybciutko, żeby tę drogę wybudować. Dzisiaj wiem, że to było szykowanie się na najazd na Niemcy, drogę dojazdową szykowali. Pracował tam razem z ojcem jeden Polak, z Rosji przyjechał, komunista naturalnie, i on nas bronił przed wywózką, bo nas kilka razy chcieli wywieźć, a on ciągle mówił, że ojciec jest potrzebny na tej drodze. Przyszedł czterdziesty pierwszy rok. Czekaliśmy na Niemców jak na zbawienie, bo nam się wydawało, że już nic gorszego nie może być, jak wywózka gdzieś do Rosji, w głąb Rosji, bo przecież przychodzili, pół godziny czy ile dawali na zebranie, co można było wziąć ze sobą, i… No to czekaliśmy na Niemców. Przyszli Niemcy, Niemcy pokazali od razu, co potrafią, od razu w pierwszy czy w drugi dzień. (ty Witek, może też pamiętasz?) Wzięli, nie pamiętam, ile to ludzi, ale sporo i wyprowadzili za miasteczko, do lasu, rozstrzelali. Między innymi [zabili] mojego kuzyna. Za co go zabili, nie mam pojęcia. Pracował w gminie, każdy musiał pracować gdzieś.

  • Jakie były warunki życia w czasie, kiedy byli tam Rosjanie?

Kiepsko było, nic nie było, nic nie dostarczali do sklepów. Brakowało nafty, owało soli, o cukrze to nie mówię, czasami coś rzucili. Jeszcze Raków był pod względem oświetlenia lepszy, bo miał elektrownię, elektrownia pracowała od zmroku do świtu, a w dzień to był tartak, przecierali drzewo. Ale wieś nie miała nic. W sklepie czasem, bardzo rzadko, rzucili soli do sklepu czy coś innego, to każdy szedł i w kolejce stawał. Potem po kilogramie tej soli, takiej grubej, w kawałkach brali. Nam ta sól była potrzebna na wymianę z wsią na słoninę, na masło, kilo soli – kilo słoniny, kilo soli – kilo masła, wymiana była. My mieliśmy sól, bo jak wybuchła wojna w trzydziestym dziewiątym, to mama kupiła pięćdziesiąt kilogramów, taki worek soli, białej, ładnej, to do swojego użytku mieliśmy tę sól. A tak to nic kompletnie, żadnego zaopatrzenia prawie nie było. Sowieci nic nie dawali, nawet się śmieli, że oswobodzili nas od masła, słoniny i od wszystkiego.

  • Jak pan pamięta moment, kiedy Niemcy wkroczyli do miasta? Jak to przebiegało? Czy Rosjanie stawiali opór, czy toczyły się jakieś walki?

Zaraz panu opowiem ciekawą historię. Na dzień przed przyjściem Niemców nad Rakowem latał malutki samolot niemiecki i drań strzelał do wszystkiego, co się ruszało. Dzieci się bawiły na gumnisku. Nie wiem, czy pan wie, co to jest gumnisko?

  • Tak.

To dobrze. I postrzelił naszego sąsiada, chłopaka w nogę. On wiedział, że to dzieci, bo niziutko latał. Przyjechał do nas [wtedy] znajomy ze wsi, z Bogaczów i mówił: „Chodźcie do nas”. Zabrał mnie i brata, i siostrę do siebie, do Bogaczów. Wyjeżdżaliśmy z Rakowa na rowerach, poszczególni żołnierze rosyjscy albo [ich] grupki szły drogą, a my naprzeciw. Jak się mijaliśmy, jak już zbliżaliśmy się niedaleko do tych Bogaczów, ten samolot znowuż nad drogą leciał, to my szybko do lasu, to przy lesie [było]. A jakaś pani patrzy na nas, [tam] taki domek stał i po białorusku mówi: „Czegoż wy się chowacie, przecież to już Niemcy są w tych Bogaczach”. Patrzymy, faktycznie na wzgórzach tam jacyś ludzie są i faktycznie to byli już Niemcy. Tak przeszliśmy front, taki był opór. W ten sposób przeszliśmy ze strefy radzieckiej w niemiecką. Niemcy doskoczyli do nas, patrzyli, kto my jesteśmy. Nie pamiętam, czy legitymowali, żądali jakichś dowodów czy coś, tylko jak Niemiec zobaczył szynkę, to sobie kazał obciąć kawałek. Nic nam specjalnie nie zrobili. W ten sposób przeszliśmy linię frontu. Co było w Rakowie, to ja nie wiem, ale oporu nie było. Coś tam było, musiało być, bo [...] tam jedna tankietka była spalona, rosyjska i dwie tankietki były spalone z Mińska. Na drodze mińskiej do Rakowa, przed cmentarzem, Niemcy rozbili dwie tankietki i kawałek ulicy Mińskiej było wypalone. To taka była zmiana okupacji.

  • Co się działo potem z pańskimi rodzicami i pozostałym rodzeństwem?

Mama i jedna siostra zostały wtedy w Rakowie, a ja, brat i druga siostra poszliśmy do Bogaczów, tak jak mówiłem. Tatuś był na budowie tej drogi, nie było go w domu, najstarszy brat był w Smorgoniach, [gdzie] pracował, i jeden z młodszych braci [również był] w Smorgoniach. Oni nic nie ucierpieli, wrócili potem do domu, tak jak i tatuś wrócił, ale potem zmusili ojca do pracy znów na drodze i mało głowy nie położył za tę pracę. Gdzieś się rozbił samolot niemiecki, oni [Niemcy] chcieli dojechać i zabrać te ciała, prawdopodobnie. Nie mogli dojechać, bo most był zburzony, a dlatego że ojciec był za to odpowiedzialny, to ojca za… Ale potrafił jeszcze przed Niemcami się wytłumaczyć. Pokazał dowody, że żądał drewna na ten most, żeby odbudować, bo to [był] drewniany most, nie dostał [drewna]. [Niemcy] uznali te dowody i zwolnili ojca. Ojciec wtedy wrócił do domu i przestał pracować. Potem tak wegetowaliśmy. Dobrze, że była swoja ziemia, swoje ogrody.

  • Rozumiem, że pan wrócił z tej miejscowości potem do Rakowa?

O, tak, na drugi dzień brat pierwszy pojechał. Podjechał w ten dzień, co Niemcy wyzwolili Raków. Przed samym Rakowem zatrzymali go Niemcy, wylegitymowali: O, Adolf, gut, gut. Bo brat Adolf się nazywał. On to opowiadał i jeszcze mówił, że jakiegoś Żydka zatrzymali tam i kazali [im] wracać. Brat zarzucił rower, obrócił rower i ten Żyd nawrócił. I tylko ruszyli, jak brat mówił, usłyszał strzał, [wtedy] nogi się pod nim ugięły, bo zobaczył, jak ten Żyd obok się obsuwa. Ale brata nie ruszyli. Brat przyjechał taki blady, na przebitej oponie – jechał i nie wiedział, że ma przebite koło. Potem wróciliśmy do Rakowa, kiedy można było tam wejść.

  • Co się działo potem? Jak wyglądało państwa życie pod okupacją niemiecką?

Jak wyglądało? Każdy patrzył, jak przeżyć. Tak jak mówiłem poprzednio, mieliśmy kawałek ziemi, to były ziemniaki swoje, ogród, warzywa, krowa była. To kiwało się tak, nie było tak źle. Kurki mama hodowała... Ja nie wiem, w niektórych miejscowościach podobno Niemcy rabowali, u nas tego nie było, nie. Jeździli, tylko motocyklem od domu do domu wzdłuż chodnika i o jajka prosili, masło. Ja ktoś dał, to dobrze, a nie dał, to nie, ale żeby rabowali, coś konfiskowali, to ja nie pamiętam.

  • W jaki sposób zetknął się pan z konspiracją?

O, historia zaczyna się już od trzydziestego dziewiątego roku. Ojciec i koledzy wszyscy spiskowali, a dziecko to myśleli, że głupie jest, nie zorientuje się, co to za sprawa idzie. W końcu nie wciągali mnie do tego nigdzie, ale jakieś gazetki, „bibuła” była i to trzeba było roznosić. Ja się zgłosiłem, mówię, że ja mogę to nosić, rozdawać po znajomych. Tak się zaczęło. Zaczęło się od bibuły. Więcej nic nie robiłem, tylko roznosiłem te gazetki i tak było chyba od czterdziestego drugiego roku.

  • Czy wie pan teraz, po latach, w jakim oddziale był pański ojciec i pańscy bracia?

Brat najstarszy, Bolesław, był w wywiadzie. On pracował, nie był związany z naszym oddziałem zupełnie, podlegał pod Janka Kosowicza. Pracował w Mińsku i śledził ruch wojsk niemieckich na wschód. Drugi brat należał do organizacji, co robił, nie wiem. Niemcy rozstrzelali go w czterdziestym pierwszym roku w Wieńcu. Ja, jak mówiłem, tymi gazetkami się zajmowałem, a siostry to nic, w domku wszystko było, dwie siostry. Siostra, ta starsza, uczyła się na sanitariuszkę, obie jakieś kursy miały, tam chodziły, nie wiem gdzie. Tak to wyglądało do końca, dopóki nie wyszliśmy stamtąd.

  • W czasie okupacji chodził pan normalnie do szkoły?

Do rosyjskiej [szkoły], jak okupacja rosyjska była, to chodziłem. Za Niemców była białoruska szkoła i też chodziłem, dopóki brata nie rozstrzelali. Jak rozstrzelali brata, to była rozpacz straszna w domu, [wtedy] przestałem chodzić do szkoły, rodzice na to nie zwrócili uwagi. Od listopada aż do przerwy nie chodziłem w ogóle do szkoły, nie uczęszczałem. Potem w następnym roku poszedłem, ale już do następnej klasy. [Wtedy] koleżanka mnie sypnęła do kierownika szkoły, mówi, że ja nie chodziłem do szkoły i nie powinienem być w czwartej klasie, i kazali mi iść do trzeciej, a ja nie poszedłem wcale. Tak że naukę rozpocząłem dopiero już po wojnie, od nowa. Naturalnie nauka odbywała się w języku białoruskim, za okupacji niemieckiej, za radzieckiej okupacji to po rosyjsku była, a język białoruski był. Zresztą oni [Rosjanie] rusyfikowali wszystko, nie tylko Polaków, ale i Białorusinów, wszystkich.

  • Jak wyglądały losy pańskiej rodziny, kiedy zaczął zbliżać się do państwa front w czterdziestym trzecim, w czterdziestym czwartym roku?

Wiem, że ci starsi konspiratorzy gromadzili broń, ojciec i inni. Wiem, że przysięgę składali. Nawet słyszałem, że w razie czego to idą wszyscy do lasu, tam działała polska partyzantka przecież na tym terenie. Już w czterdziestym trzecim roku słyszeliśmy chyba działa, działa rosyjskie gdzieś huczały i były straszne naloty na Mińsk, ten białoruski. W nocy aż taka łuna wybuchała, jak bomby wybuchały, widać było to. Mińsk został zniszczony przez Sowietów, nie przez Niemców. Jak front się zbliżał, to ci co byli w organizacjach, policja rakowska cała była w tym, należała do organizacji, wszystko… Przyszedł oddział partyzancki do Rakowa... Oni piszą, że zdobył Raków. Nie zdobywał tego Rakowa, nie musiał zdobywać. Wszyscy – to był czerwiec w czterdziestym czwartym roku – wyszliśmy wtedy razem, ja i siostra, ojciec, poszliśmy razem z oddziałem, a brat [prośba o imię – red.] już był dużo wcześniej w tym oddziale. No i tak wędrowaliśmy aż do Warszawy w czterdziestym czwartym roku, na Powstanie. Na Powstanie – kto to wiedział, na co my idziemy, czy na Powstanie, czy dokąd. Nie wiem, gdzie byliśmy, chyba już w Puszczy Kampinoskiej, jak Powstanie wybuchło, Czy w Dziekanowie Leśnym? W Dziekanowie byliśmy, jak Powstanie wybuchło. Naturalnie entuzjazm był wielki. Pokażemy Niemcom, co to będzie. Ale cośmy wiedzieli?

  • Do którego oddziału został panu przydzielony? Cały czas był pan w tym oddziale, w którym przeszedł pan z Rakowa, tak?

Tak, ja byłem przy tym [oddziale], porucznik „Dan” był dowódcą kompanii. Nie wiem, która to kompania, nie pamiętam, czy to była pierwsza czy druga. Porucznik „Dan” był dowódcą kompanii. Ojciec mój był celowniczym cekaemu maxima, ja byłem amunicyjnym. Musiałem targać dwie skrzyneczki amunicji, dwie taśmy na tym, za ojcem. Tak potem z Dziekanowa dotarliśmy do Puszczy Kampinoskiej.

  • Gdzie kwaterował pański oddział?

W jakiejś stodole w Wierszach. Wiem, że w stodole spaliśmy, to wszystko. Pierwszą noc, [kiedy] przyszliśmy do Wierszy, to pod wozem spałem, bo deszcz padał i mokro było, a potem poprzydzielali poszczególne kwatery i w jakiejś stodole byłem.

  • W jakich akcjach brał pan udział?

Ja to niewiele. Byłem tylko raz na lotnisku bielańskim, a drugi raz pod Truskawką i to wszystkie moje akcje, w których byłem. Potem Jaktorów był wolny. Tak ja teraz widzę, że ojciec mnie odsuwał od tego.

  • Może pan opowiedzieć o tej akcji na lotnisku bielańskim?

Ja niewiele mogę powiedzieć. Pamiętam, że to była jeszcze ciemna noc, chyba deszcz mżył czy coś takiego. W ciemnościach, czy we mgle, czy w deszczu posuwaliśmy się. Ojciec stukał z tego maxima. Jedno co pamiętam, to ojcu coś odstrzeliło okulary, tutaj akurat w róg, gdzie te… I ten Krzywicki dostał taką gałęzią przez piersi, bo pocisk wybuchł, a mnie tu stuknęło w kolano i w piersi. Przyszedł rozkaz się wycofywać, po tej strzelaninie całej… My nie pchaliśmy się z tym cekaemem, nie biegliśmy do przodu jak inni, co atakowali.

  • Pamięta pan, jakie było państwa zadanie na tym lotnisku?

Zdobycie lotniska. Potem jak się dowiedziałem, chodziło o to, żeby zdobyć lotnisko, żeby ewentualnie polska brygada spadochronowa miała gdzie lądować, [mieliśmy] wytrącić Niemcom lotnisko z ręki. Potem z tego lotniska Niemcy startowali na Warszawę, ale to pomogło, bo Niemcy, zdaje mi się, zaorali to lotnisko później na Bielanach.
  • A misja w Truskawce?

Truskawka to, z tego co teraz wiem, to jakaś kompania niemiecka [tam] szła. To było zaraz po akcji na Bielanach. Jakaś niemiecka kompania szła tą drogą, chciała przejść czy coś takiego. Tak piszą teraz, że chciała przyjść, bo skąd ja mogłem wiedzieć, co wtedy było. Ja i jeszcze jeden taki, Bogdan Grygorcewicz, biegliśmy, jego brat, Grygorcewicza, zatrzymał [nas]: „Boguś, Boguś – to jak dzisiaj pamiętam, w Wierszach. – Nie chodź! Zostań!” Nie zostaliśmy. On nie pamiętam gdzie, został trafiony w rękę, czy gdzieś, i do szpitala, w szpitalu w Laskach zmarł. Od tego czasu już mnie ojciec nie puścił nigdzie do akcji, dopiero ten Jaktorów. A to pod Jaktorowem też wielkiej akcji…

  • A co się działo z pańskim bratem?

Brat był w innej kompanii. On był erkaemista. Brał jeszcze udział w akcji, dwa razy na Gdańsk, w ataku na Gdańsk, ale wyszedł cało stamtąd, nic mu się nie stało. Tylko opowiadał straszne rzeczy, jak wrócił z tego ataku na Dworzec Gdański. Był dalej w tym oddziale swojej kompanii. Był bardzo odważny, młode to chłopaczysko było, wątłe. Miał ile... dziewiętnaście lat jeszcze nie miał. Przydzielili mu ten erkaem... Najpierw miał diegtiariowa, to takie ciężkie to było, to potem mu zrzutowy dali, lżejszy niemiecki karabin. Przy tym karabinie zginął pod Jaktorowem. Najstarszy brat, co był w wywiadzie, to się wycofał, jak front szedł, i aż do strefy okupacyjnej angielskiej trafił. Nikt nie chciał tam zostać.

  • Jak pamięta pan warunki życia w tym obozie, tam gdzie państwo mieszkaliście?

A widzi pan, ja nie byłem wcale w obozie. Ja, jak mnie chwycili, to i mnie, i siostrę, bo my się rozproszyliśmy, ojciec zgubił się. Tam chaos był już. Jak powiedzieli, żeby się przebijać, gdzie kto może, to ja zrzuciłem ten swój pas, nie pas, tylko pistolet miałem, taki rewolwer mały rzuciłem, a pas zachowałem, i chwycili mnie i siostrę. „Wy kto?” No to mówimy: „Uciekaliśmy przed Niemcami”. A ja byłem w mundurze, guziki z orzełkami, wszystko było na mnie uszyte. Wzięli nas tam, wzięli nas, ale nie grozili niczym. Potem mówią, czy my chcemy pracować dla Niemców. „O, pewnie, że chcemy”. Przydzielili nas do kuchni przy niemieckiej kompanii. Najpierw w Laskach staliśmy, a później jeszcze była przygoda w Laskach, nie wiem, czy mówić o tym. Byłem świadkiem zamachu na Niemca w Laskach. Tam był Stefan Grabski, z tych nazwisk pamiętam, i Szymański jeden. Zabili kierowcę, a oficera chcieli złapać, który tam był w tym domu w Laskach. Potem jedna kochanka Szymańskiego sypnęła go do Niemców. Niemcy aresztowali dwóch Grabskich, nawet jednego wzięli, tego, co nie brał udziału w tym zamachu. Nie wiem, dlaczego mnie złapali też, mnie i siostrę, zawieźli nas do Leszna i tam było śledztwo. Pytali, czy my ich widzieliśmy przy tych zamachach. Mówimy, że nie, że my się pochowaliśmy, że taki huk był i strzały były. No nic, na tym się skończyło, jeszcze nakarmili nas i puścili, a tych chłopaków tam rozstrzelali. W którejś książce ktoś pisał, że ich rozstrzelali w Zaborowie czy jak to się nazywa. To nie oni, ich w Lesznie rozstrzelali.
Potem nad Pilicę nas zaciągnęli z tą kompanią frontową i faktycznie ja tam rąbałem drewka do kuchni polowej i wodę nosiłem. Siostra ziemniaki obierała, tam jeszcze inne panie z Powstania były. Nie krzywdzili nas. Też dostawaliśmy porcję jedzenia, takie jak każdy inny. Jak ruszył front, Rosjanie jak przerwali Wisłę, przeszli Pilicę, to Niemcy uciekali i nas zabrali. Ja w czasie marszu w krzaki dałem, polną drogą za krzaki, siostra też. Opuściłem spodnie, siadłem, myślę, jak mnie zaczepią, to powiem, że… Ale nic, pojechali. I tak się od nich wyzwoliłem. Mogłem wcześniej uciec, ale gdzie, dokąd? Gdzie miałem się zaczepić? To siedziałem z nimi, póki było spokojnie.

  • Chciałbym jeszcze pana zapytać o warunki życia, ale wtedy kiedy pan przebywał z ojcem w oddziale.

W oddziale?

  • Tak, tam w Kampinosie. Gdzie państwo wtedy byli zakwaterowani? Czy cały czas w tej stodole?

My w stodole byliśmy, ja byłem w stodole. A jeżeli chodzi o warunki życia, to była kuchnia polowa i co mieli i jak mogli, to tak… Jedno pamiętam, to taki gliniasty chleb był. Taka glina była, bo to szybko piekli. Nie było tak źle. Człowiek był młody, to wszystko [jadł]. Ja tylko strachu przeżyłem – samolotów bardzo się bałem. Jezus Maria, jak zobaczyłem w górze samoloty, to…

  • A czy pański oddział miał jakieś kontakty z żołnierzami węgierskimi?

Ja osobiście z nimi nie miałem [kontaktu], ale widziałem tych żołnierzy, oni byli w naszych oddziałach. Potem w którymś roku, chyba to był osiemdziesiąty drugi rok, na zlocie w Laskach jeden Węgier był i co ciekawe, moją siostrę rozpoznał. Bo siostra przy urodzeniu miała pękniętą wargę i potem miała bardzo brzydkie blizny, on zobaczył siostrę i mówi: „Ty wtedy miałaś większe te blizny”. I faktycznie, bo ona po wojnie była operowana, mi się zdaje, że doktor Zybertowicz ją operował w Gdyni, nie przyznał się, że on... Zybertowicz – my go znaliśmy. Zresztą chodziliśmy na mszę w Laskach do Zakładu dla Ociemniałych, wtedy Wyszyński był tam kapelanem.

  • Czy miał pan jakieś kontakty z ludnością cywilną w Kampinosie, z mieszkańcami okolicznych wsi?

Nie, nie, nie, nic takiego. Ja osobiście nie miałem. No chyba że taka rozmowa zwykła.

  • Tak, tak, tak.

Oni się dziwili tylko na nasz akcent wileński. Ja się też dziwiłem na ich język, bo kiedyś (to chyba w Sierakowie było) jedna pani do mnie mówi: „Dam ci mleka, tylko – mówi – potoknij garnuszek”. A „garnuszek” u nas mówili na nocnik, a „potoknij” to ja nie wiedziałem, co to jest. Ja mówię: „Co?”. „Potoknij – mówi – wodą”. Aha, jak wodą, to znaczy opłukać. No i kubeł – u nas „kubły” nie mówili, tylko „wiadro”. To takie różnice. No i oni się dziwili o akcent. Co to za ludzie są z takim akcentem. Przecież u nas kiedyś – ja pamiętam to, jak ja mówiłem – „ja robił”, „ja chodził”, „ja jadł”, „ja pisał”, nie „pisałem”, nie „robiłem”, tylko tak.

  • Pamięta pan, czy były tam na przykład jakieś msze polowe organizowane?

A oczywiście, że były msze. I co ciekawe, teraz widzę, że nasz dowódca, porucznik „Dolina” – on był protestantem – uczestniczył, zawsze był na mszy katolickiej. Mieliśmy kapelanów, chyba dwóch było czy jeden. Jeden to na pewno był. Co dzień była zawsze msza. Najbardziej zapamiętałem mszę polową w Dzierzbach. Jak tylko Bug przekroczyliśmy, zatrzymaliśmy się – pamiętam tę nazwę, Dzierzby – tam na łące byliśmy ustawieni, polowa msza na łące taka ładna była. Na mnie jak na dziwowidło ludzie patrzyli. Ja obok ojca, czwórkami szliśmy, niosłem tego swojego mosina – przyglądali się, co to za żołnierz tak idzie.

  • Czy jako taśmowy, amunicyjny miał pan jeszcze jakąś broń?

Miałem karabin rosyjski, mosina, ten 7,62 kaliber, i miałem rewolwer, też chyba 7 milimetrów kaliber, sześciostrzałowy. To z tego karabinu to mało kiedy… Na lotnisku parę razy wystrzeliłem, bo miałem smugowym pociskiem wskazywać cel ojcu, to wszystko. Nie było czasu dla mnie, ja tylko siedziałem i czekałem. Tam pod Truskawką wtedy to używałem [karabinu], ale czy coś trafiłem, czy nie, to [nie wiem].

  • Czy w czasie wolnym szkolił się pan w strzelaniu, ćwiczył pan strzelanie?

Gdzie, w partyzantce?

  • Tak.

Nie, ani razu, ani razu. Ale znałem broń, wiedziałem, jak strzelać.

  • Czy docierały do państwa jakieś informacje na temat tego, co się dzieje w Warszawie?

Może i docierały, ale nie do mnie. Do nas tylko docierały spalone popioły z Warszawy, leciały papiery popalone. Coś na pewno, nie pamiętam teraz, na pewno docierały. Ja byłem kilka razy tylko wysłany na okopy pod Bielany, żeby zobaczyć te stanowiska ogniowe niemieckie. Kopałem tam jamy i patrzyłem dookoła. Faktycznie, wypatrzyłem te stanowiska, ale czy to się kiedyś komu przydało, czy nie, to nie wiem. Potem tylko ludzie, ci uchodźcy z Warszawy, co przychodzili, to oni opowiadali, ale ja już nie pamiętam teraz tych ich opowieści, o czym oni mówili.

  • Jak pan pamięta oblężenie Kampinosu przez wojska niemieckie, kiedy musieli państwo już uciekać?

Wie pan, te rzeczy do mnie nie docierały, ja się tym wtedy jako dziecko wcale nie przejmowałem. Patrzyłem tylko [na] ojca, brata, siostrę. O tych walkach, docierały do mnie [wiadomości], że walczą placówki nasze dookoła Kampinosu i opowiadania potem z tych walk, ale ja osobiście na tych placówkach nie byłem.

  • Co działo się z pana siostrą?

Siostra była jako sanitariuszka. Byliśmy razem cały czas później, jak mówiłem, u Niemców też ona razem [ze mną] była. My jeszcze wcześniej umówiliśmy się, że w razie czego, kiedy nas rozproszą – bo wiadomo było, że nas rozproszą – umówiliśmy punkt zborny w Laskach, że jak coś, kto zostanie żywy, to spotykamy się w Laskach. No i spotkaliśmy się.

  • Jak pan pamięta bitwę pod Jaktorowem? Jak to wszystko przebiegało?

Ja tego wcale nie pamiętam, to dla mnie był chaos i bardzo dużo strachu, ja tylko pilnowałem się ojca i targałem te… Ojciec gdzieś tam strzelał, gdzie, dokąd, ja nie wiem. Dla mnie to był zupełny mętlik i dzisiaj to widzę jako jeden wielki mętlik. Później to tak jak mówiłem poprzednio, że z siostrą odbiliśmy się, zgubiliśmy się, i udawaliśmy, że przypadkowo znaleźliśmy się na tym terenie, bo broń rzuciłem, ale pas zostawiłem, bo mi szkoda było.

  • Co sprawiło, że rozdzielił się pan z ojcem?

Czy ja pobiegłem do wozu po amunicję, czy coś takiego, nie wiem, bo nasza amunicja zapasowa była na jakimś wozie. Wtedy jak wróciłem z siostrą, nie było ojca i nie było cekaemu. Nie wiem, czy przeciągnęli gdzieś w inne miejsce, czy coś takiego, nie mam pojęcia, a nie wiedziałem, gdzie brat wtedy walczył.

  • Widział pan ten pancerny pociąg niemiecki?

A widziałem, widziałem, tylko co z tego. Mi się zdaje, że tam dwa [pociągi] były, ale nie jestem pewien. I samoloty widziałem nad tym.

  • Został pan potem złapany przez Niemców i razem z siostrą był pan nad Pilicą, kiedy uciekł pan Niemcom, kiedy oni uciekali przed wojskami radzieckimi. Teraz chciałem przejść już do momentu, kiedy był pan przy kuchni polowej niemieckiej i potem Niemcy zaczęli uciekać. To było nad Pilicą?

Nad Pilicą, tak.

  • Pan uciekł z siostrą…

Tak.

  • Niemcy nie zauważyli, że pan uciekł.

Nie, nie zauważyli.

  • Co się dalej z państwem działo?

Nic, wróciliśmy z powrotem tam, gdzie kwaterowaliśmy, bo Niemcy zostawili magazyny. Pobraliśmy tam, co nam ewentualnie było potrzebne. Ja nabrałem żyletek (bardzo się przydały później na handel), pasty do zębów w plecaki wzięliśmy i ruszyliśmy w stronę Piaseczna piechotką, ja, siostra i jeszcze jedna pani z tej samej grupy, też z Powstania Warszawskiego. No i naturalny kierunek na Laski. Doszliśmy, tego nie pamiętam, tego samego dnia czy drugiego, do Piaseczna, tam nas ludzie jacyś przenocowali, znajomi tej pani, co z nami szła. Na drugi dzień dalej, na Warszawę. Siostra spotkała tam żołnierza z Rakowa. On mówi: „Raków spalony”. Nie wierzyliśmy, że został spalony. I tak wędrowaliśmy, doszliśmy do Warszawy. W Warszawie wlazłem do jakiejś piwnicy na Świętokrzyskiej – do dzisiaj pamiętam, że to była Świętokrzyska. Jakiś, widziałem, płomień tam płonął i ludzie jacyś byli. Mówię: „Czy mogę tu zostać?”. – „Tak” – mówi. No to położyłem się na jakiejś leżance, w kożuchu owinięty.

  • Rozumiem, że to był styczeń?

Styczeń. Zaraz dwunastego, mi się zdaje, ruszyła ta ofensywa. Rano wychodzę z tej piwnicy, patrzę, żołnierz polski w bramie. Tak patrzę na niego, a on mówi: „Chłopak, głodny jesteś?”. Ja mówię: „Tak”. – „To chodź”. Łyżkę drewnianą [dał mi], była kasza jaglana w wiadrze i kazał mi jeść z tego. O, jak mi ta kasza smakowała, bo głodny byłem. Nakarmił, gorąca była, dobra. Potem gdzieś kupiłem bochenek chleba jeszcze, bo ciekawa rzecz – Niemcy nam pieniądze płacili na tej kuchni, i gdzieś kupiłem bochenek chleba. Ale zanim z tej miejscowości wyszedłem, to chleba nie było. Tak doszliśmy do Lasek, a w Laskach nikogo jeszcze nie było. Nie wiedzieliśmy, co robić. Jedna pani nas przyjęła, właśnie pani Ołdakowska, i trzymała, i karmiła nas tam. Jej syn wrócił też, bo działał w AK bardzo czynnie. No i w końcu ojciec wrócił z niewoli z Niemiec, to wtedy wybraliśmy się już do tego…

  • Co się działo z pańskim ojcem?

Ojciec, jak później opowiadał, dostał się do niewoli i mówił, że był furmanem. Ale mu nie uwierzyli, że furmanem był, go wzięli do obozu, w Krośnie Odrzańskim chyba był. Potem dali mu propozycję, że albo chce zostać jako jeniec, albo może przejść do gospodarza, no i poszedł. Jakaś Niemka była, to mówił, że z deszczu pod rynnę trafił, taka wredna była ta Niemka. Potem Rosjanie przyszli, to ojciec rowerem przyjechał do Lasek, znalazł nas, gdzie my jesteśmy.
Potem wybieraliśmy się już z powrotem do Rakowa wracać. Ojciec też o bracie nic nie wiedział, nie wiedzieliśmy, że on zginął. Przeszliśmy do Rembertowa, obóz taki przejściowy Sowieci organizowali dla swoich i dla mieszkańców na tych terenach. Zanim tam doszliśmy, to już nas obrabowali na Pradze, pas ze mnie ściągnęli i tam przegrzebali w plecaku, coś powyjmowali. W obozie w Rembertowie w barakach byliśmy, tam były takie nary sporządzone z takich sosenek drobnych, jeszcze z gałązek, sęczków nie obciętych, na tym mieliśmy spać. Ja wlazłem pod sufit i wyrwałem płytę pilśniową w tym budynku i nakryłem to. Na drugi dzień jak tam przyszliśmy, przyszedł Sowiet i zabrał rower, zrabował. Potem w końcu dostaliśmy bilety do stacji docelowej, gdzie mamy dojechać.
Jechaliśmy tak, jak pociągi pasowały. Pierwsze, dojechaliśmy do Brześcia, z Brześcia pojechaliśmy na Baranowicze. W Baranowiczach jedna pani prosiła, żeby ojciec sprzedał jej zegarek, ojciec chciał sprzedać, [ale] Sowiet obrabował ojca. Potem ta pani nie wiem, czy uwierzyła, czy nie uwierzyła, że Sowiet zabrał ten zegarek. Dojechaliśmy do Stołpiec. W Stołpcach... To był marzec, to jeszcze wojna szła, a już ludzie z Rakowa byli wywożeni do Polski. Spotkali tam ojca, nas i mówią: „Panie Janczewski, gdzie pan lezie w łapy NKWD”. Ojciec ze Stołpiec wrócił z powrotem do Polski, a ja… My dotarliśmy do Rakowa, tam nas przesłuchał taki [niezrozumiale] czy jak się nazywał, ale nic nie robili. Widocznie chciał popić, bo to była Wielkanoc, poszedł wywiad z siostrą robić do domu, a tam mama mu samogonki dała, to popił sobie i nas już nie ruszali. Dopiero ojciec napisał z Łowicza list, bo do Łowicza się dostał ze Stołpiec, no i chyba w czerwcu wyjechaliśmy do Polski zniewolonej. O, przepraszam...

  • Co się działo z pańską rodziną, kiedy państwo wyszli z ojcem?

Mama w tym dniu, kiedy wychodziliśmy, wzięła krowę i poszła z krową na wieś. Tam u sąsiadów jacyś znajomi byli i jak wróciła stamtąd, to już nic nie było. Wszystko wypalone było, oba domy nasze poszły, nie tylko nasze, ale wszystko. Gdzieś tam przyjęli ją, gdzie jeszcze nie było wypalone, tak mieszkała, czekała, co będzie. Miała swoje ziemniaki wykopane z pola, bo ziemniaki się nie spaliły. Była zdziwiona, że wróciliśmy.

  • Jak wyglądało życie w Łowiczu?

W Łowiczu byliśmy bardzo krótko. Wówczas tatuś pracował w Łowiczu jako technik drogowy. Kiedy przyjechaliśmy, to wtedy był tak zwany Państwowy Urząd Repatriacyjny czy coś takiego i on nas skierował do Wałcza. Ojciec zostawił robotę i pojechaliśmy. W Wałczu zamieszkaliśmy zaraz niedaleko dworca. Wie pan co, krowa się nauczyła chodzić po schodach do piwnicy. Potem ojciec gospodarkę sobie wziął. Mówię: „Tatusiu, kto to będzie robił, jak my nie wiemy?”. – „Damy sobie radę” – mówi. Faktycznie, daliśmy radę. Myślę, że to była dobra decyzja ojca, bo była swoja krowa, konia kupiliśmy, bo sprzedał swój teodolit i kupił konia, ziemniaki były, bo wojsko nasadziło ziemniaków, jak się wojna skończyła, bo wiedzieli, że ludzie będą przychodzić, zboże poniemieckie jeszcze było. No to mleko było, ziemniaki były, chleb był, głodu nie było, a w mieście było gorzej. No i rybki – na wędkę okonie takie wyciągałem. To też się przydało. W czterdziestym ósmym roku ojciec przeczytał w gazecie ogłoszenie, że potrzebują w Kołobrzegu technika drogowego, więc wysłał podanie, list do nich, że by chętnie przyjął tą pracę, już miał dość roli. Zamiast Kołobrzegu to Wałcz przyjechał, bo Kołobrzeg zawiadomił Wałcz, że „macie tam ludzi, a nie wiecie”. Dali nam mieszkanie, ojciec zaczął pracować, przyjechaliśmy do tego [miasta], zostawiliśmy gospodarkę. Wcześniej jeszcze dwa lata poszedłem do gimnazjum. Naturalnie skłamałem, że skończyłem siedem klas, a jakże, świadkowie podpisali, że skończyłem. Oni byli pewni, że skończyłem, a ja nie miałem nawet czterech klas. Poszedłem do gimnazjum mechanicznego w Wałczu, no i dałem sobie radę, nie byłem tam ostatni.

  • Czy poza bratem, który zginął pod Jaktorowem, coś się stało jeszcze z innymi członkami pańskiej rodziny?

Ten najstarszy brat, jak mówiłem, on był w wywiadzie, był w Mińsku rezydentem. On się wycofał aż do strefy angielskiej, przetrwał, był w Korpusie Andersa i potem wyjechał do Anglii, z Anglii do Argentyny, z Argentyny do Stanów. Ten brat, co był razem z nami, zginął pod Jaktorowem, dostał prosto w czoło. No a my, ja, siostra i druga siostra była z mamą. Taka rodzina została, z ośmiu osób pięć.

  • Co się stało, kiedy ukończył pan technikum mechaniczne?

Poszedłem do Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych, która była w Boernerowie, gdzie obecnie WAT się znajduje. Przyjęli, zdałem egzamin i przyjęli. Ciekawe egzaminy były. Nieważne było, czy ktoś znał dobrze język polski czy matematykę, ale pochodzenie. U mnie to była niby wtedy już inteligencja pracująca, ale: „Macie kogoś za granicą?”. – „Mam”. – „Gdzie?” Ja mówię: „W Związku Radzieckim”. – „A, to dobrze”. Nie powiedziałem, że brat w Argentynie jest i że dwóch stryjków w Stanach Zjednoczonych. Na dwadzieścia osiem osób troje nas przyjęli do tej szkoły. Skończyłem szkołę, wysłali mnie na instruktora do Słupska, do Szkoły Młodszych Specjalistów Lotnictwa. Tam byłem chyba rok. Potem się dowiedzieli, że mam za granicą rodzinę, to mnie pod eskortą oficerską do Bydgoszczy odwieźli, do pułku. Do samolotów już nie puścili pracować. Wrag naroda. Ale dobrze było, bo przy samolotach nie robiłem, tylko dyżury pełniłem. Potem przyszło do tego, namawiali zostać na zawodowego, nie chciałem i w pięćdziesiątym drugim roku, po wyborach pierwszych, zwolnili mnie do cywila. Potem był Wałcz, pracowałem, i w końcu Nowa Huta.

  • Jakie jest pana najmocniejsze wspomnienie z Powstania?

Nie mam specjalnych. Wszystko było dobre. Wszystko to, co przeszedł człowiek, uważam, że było jednak dobre, że tak miało być. Specjalnych wrażeń jakichś nie miałem.

  • Czy chciałby pan powiedzieć na temat Powstania coś takiego, czego nikt wcześniej nie powiedział?

Na temat Powstania Warszawskiego?

  • Tak.

No co w trakcie Powstania było? Nie, nic. Teraz bym miał co powiedzieć. Jak byłem na spotkaniu. Mogę mówić o tym?

  • Tak, tak, proszę.

Byłem na spotkaniu z prezydentem i z panią Gronkiewicz-Waltz [...]. Mocno rozczarowany byłem mową pana prezydenta, tym, co mówił. Mówił o bohaterach Warszawy, o Powstańcach. Wszystko się zgadza, [ale] on nic nie wspomniał o innych, którzy brali udział w Powstaniu Warszawskim i którzy poginęli. Bo nie tylko nasz oddział, chyba z tysiąc osób przyszło tam, ze Wschodu. Przecież podołączali jeszcze oddziały, wszyscy brali udział w akcjach, odciążali Powstanie, bo Niemcy jednak pomimo wszystko musieli trzymać wojsko, żeby nas pilnować. Nic nie wspomniał o tym, ani słowa nie wspomniał, ani jedna osoba z tych, którzy brali udział w tych akcjach jak Bielany czy Dworzec Gdański, nikt nie został odznaczony. To mi się bardzo nie podobało. Byłem tak zawiedziony, że dalej jest ten lokalny szowinizm i tyle.

Warszawa, 1 sierpnia 2014 roku
Rozmowę prowadził Michał Studniarek
Zdzisław Janczewski Pseudonim: „Mały” Stopień: strzelec, amunicyjny cekaemu Formacja: Grupa „Kampinos”, Zgrupowanie Stołpecko-Nalibockie Dzielnica: Kampinos Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter