Zofia Jokiel „Halina”

Archiwum Historii Mówionej

Zofia Jokiel, z domu Maringe.

  • Proszę opowiedzieć, jak pamięta pani swoje dzieciństwo? Czym zajmowali się pani rodzice?

Ojciec skończył politechnikę w Anglii – jeden dokument, co się zachował, a poza tym mieli swoje gospodarstwo rolne, to znaczy majątek Smulna, który był w województwie kaliskim, potem przeniesione do poznańskiego. Różnie było, bo różne były krachy, ale przed samą wojną byliśmy w majątku i jak się zaczęła wojna [też]. Oglądaliśmy niesamowite przeloty samolotów, bardzo wysoko. Okazało się, że teren jest przewidziany do obrony. Wojsko z Poznania, nie pamiętam dowódcy... Armia Poznań. Proszono, żebyśmy stamtąd wyszli, łącznie ze wszystkimi ludźmi, którzy pracowali, mieli swoje domy. Wszystko ruszyło. Miałam konia i źrebaka, byłam na koniu, a przy mnie źrebak i pies Boj, który za mną leciał. Przy pierwszych nalotach (okrutne były), na wszystkie drogi samoloty leciały bardzo nisko, kosili nieomal na drogach. [Pies] tak się wystraszył, że mi zginął, ale się potem znalazł u nas w domu. Byłam już tak zmęczona, już kilka dni to trwało, wędrówka, przygotowanie do wszystkiego, że zasnęłam pod drzewem. Zostałam zupełnie sama, ale z koniem i ze źrebakiem, wobec tego wiedziałam mniej więcej, gdzie jest drugi majątek, wujostwa, Marysi Błędowskiej – majątek Pomarzany. Tam się skierowałam, gdzie już częściowo wszystkie domy były zajmowane przez wojsko i ewentualnie przez uciekinierów. Wszystkie domy były otwarte. Przechodziłam na przełaj przez rżysko, naturalnie zatrzymało mnie wojsko. Działała już Piąta Kolumna niemiecka, wielkie szkody robiła, przede wszystkim wywiady miała świetne, miejscowa ludność. Podchwycili mnie i doprowadzili do wojskowego, lotnika – Jana Jokiela, który mnie wylegitymował. Powiedziałam, że tu mieszka moja babcia. Zaprowadził mnie do domu, a konia prosił, żeby ktoś wziął. Okazało się, że rzeczywiście lądował tam samolot, więc dlatego tak szybko, musieli lotnisko... Potem był nalot niemiecki, samolot został przykryty słomą.

  • Wtedy pierwszy raz spotkała pani swojego przyszłego męża?

Tak.

  • Wcześniej nie znała go pani?

Nie znałam, to tylko przypadek, że akurat był i doprowadził mnie. Nie miał podejrzeń, że jestem szpiegiem. Pierwszy raz tam go poznałam, a potem było spotkanie następne, już jak brat przyjmował cichociemnych. W 1942 roku był zrzucony na terenie okolic Końskich. Brat był bardzo towarzyski. Dom był bardzo otwarty. W Warszawie już mieszkaliśmy, przyprowadził go do domu. Było zaskoczenie, że mnie zna, bo jeszcze nie wróciłam jako pani Wiśniewska do Warszawy. Zbieg okoliczności.

  • Ma pani francuskie nazwisko panieńskie. Czy to oznacza, że rodzina taty nie pochodziła z Polski?

W okresie wojen napoleońskich, przechodziły pewno wojska. Jeden z młodych ludzi, który pod Wilnem został ranny, wylądował w Wilnie. Zaopiekowała się nim rodzina, chyba Roszkowskich. Skutek taki, że się zakochał w którejś z córek. Nastąpiło połączenie już na zawsze z Polską. Rodzina francuska się rozwijała przez pokolenia, bo to kilka pokoleń, między innymi ojciec i jeszcze stryj, to było dwóch, którzy zostali z Maringe’ów. Ojciec w czasie okupacji miał też skrytkę, zajmował się różnymi akcjami związanymi z ludźmi, którzy byli przesiedlani z Zamościa. Wagony szły z dziećmi, z ludźmi, którzy potrzebowali jedzenia. Ojciec prowadził firmę, zajmował się między innymi opieką nad ludźmi, którzy zostawali... Nikt o tym nie wiedział, bo jedna osoba o drugiej nic nie wiedziała. Nie wiedziałam, co bracia robią, rodzice nie wiedzieli, co ja robię, gdzie i z kim... Jednakże to było bardzo przestrzegane. Zresztą dopiero się o tym dowiedziałam... Dało mi to do myślenia, że pamiętam, jak brat był aresztowany, to właśnie ojciec, pierwsza rzecz to zdobył dla mnie dowód osobisty pani Wiśniewskiej, więc już wiedziałam, że już gdzieś dobrze siedzi.

  • Jak to się stało, że pani brat został aresztowany?

Pierwszy? Przyszło gestapo i go wzięło z domu po nieudanym napadzie na konwój pieniężny. Jego kolega, który został złapany (bo jemu [bratu] się udało uciec), powiedział, gdzie [brat] mieszka i było tak jak było. Pierwszy kolega, który był złapany, potem z Oświęcimia uciekł, przyszedł do nas, powiedział mi o śmierci mojego brata, potem był list oficjalny z samego Auschwitz, to znaczy z obozu, w którym był. Tam spotkał się z organizacją wojskową, z rotmistrzem Pileckim, który z kolei już go znał z okresu... Wyszukiwał ludzi, którzy byli aresztowani z organizacji.

  • Jak zginął brat, który przyjmował cichociemnych?

Zginął na Montelupich. Był aresztowany po wpadce w Krakowie. Z Krakowa przyszło do niego uprzedzenie, że jest zdradzony. Wtenczas podjął decyzję – bo musiał mieć świadectwo dla kogoś, kto go zwalniał z pracy – poddał się operacji ślepej kiszki, która w ogóle nie była potrzebna. To była fikcyjna operacja, ale konkretna, w szpitalu. To był dowód [potrzebny] dla ludzi, których trzeba kryć – w sensie, że to była sprawa niebezpieczna dla kogoś, kto go zwolnił. Wtenczas aresztowali starszego brata Jerzego, który trafił do Krakowa, do Montelupich.

  • Najpierw był na Pawiaku?

Tak, ale to już w 1944 roku, więc to już później.Niestety likwidowali całe Montelupich w Krakowie. Prawdopodobnie nie mieliśmy żadnych już możliwości. Nawet mama pojechała, żeby może udało się przekupić, ale to już nic nie pomogło. Przed samym Powstaniem likwidowali po prostu, rozstrzelali wszystkich więźniów politycznych. Montelupich to starszy brat, a młodszy Stanisław był w Oświęcimiu od 1942 roku... Nie, w 1942 roku to chyba już był rozstrzelany.

  • Pilecki zajmował się wyszukiwaniem w obozach ludzi z organizacji?

Tak, z organizacji. Znali się. Bracia też organizowali organizację, swoich kolegów wciągali do organizacji Pileckiego i rotmistrza Włodarkiewicza, który zresztą już przed wojną pracował w „Dwójce”, o tym nie wiedzieliśmy. Organizację zorganizował. Potem w 1940 którymś roku została podporządkowana AK. Przeszła do AK organizacja.

  • Czy pani bracia mieli z państwem kontakt? Mogli pisać listy do domu?

Z Auschwitz były listy do mamy, między innymi że bardzo ciężko zachorował. To było ukryte, ale był doktor Bering, który też był aresztowany, który bardzo mu pomógł wyjść z choroby. Chyba poważna choroba była, chyba tyfus, już nie wiem dokładnie, nie pamiętam, ale pamiętam, że wszystko było zakamuflowane, ale tak żeby się zająć jego żoną, która mieszka w Warszawie, doktora. Rodzice naturalnie dotarli, co mogli, to żonie pomagali, w dowód wdzięczności, że doktor Bering tyle mu okazał opieki, jak [brat] był w Auschwitz chory. Potem były listy, ale niestety wszystko zginęło, bo to były grypsowate, przez okazję, więc niestety... Myśmy mieszkali na Filtrowej w czasie wojny, tam się wszystko spaliło.

  • Straszy brat miał już rodzinę?

[Ojciec] miał dwoje dzieci, żonę, byłam jedyną córką, a mój brat się urodził po śmierci ojca. Tak, Jerzy założył rodzinę i ożenił się z Krystyną z domu Zemblewicz.

  • Mieszkali w Warszawie?

Razem z rodzicami na Filtrowej, bo to duże mieszkanie było, parter, pierwsze i drugie piętro, naprzeciwko olbrzymiego domu Leśnik, gdzie była akcja pierwszego dnia Powstania, chęć odbicia. Z obronnymi bunkrami przed domem...

  • W którym miejscu starszy brat przyjmował cichociemnych?

Prawie że w całej Polsce. Od początku, jak zaczęła się akcja, to był do tego skierowany i razem z „Giedyminem” [odbierali] zrzuty... O ile pamiętam... Wiem, że były piosenki, specjalny był szyfr, że jak była piosenka grana, różne były piosenki, które oni tylko wiedzieli i wyjeżdżał.

  • Wynika z tego, że cała pani rodzina działała w konspiracji?

Cała. Mama była sekretarką Kazia Leskiego. Zajmowała się kontrwywiadem. Numer chyba 909 był kontrwywiad, w grupie. Potem wróciłam po bracie. Wróciłam już do swojego nazwiska, bo byłam w Końskich i w Sandomierzu z Wiśniewską, a potem się już skończył okres, wróciłam do Warszawy, z Kazimierskim pracowałam jako jego łączniczka.

  • Pani pracowała?

Tak.

  • Pracowała pani jeszcze w czasie okupacji? Kazimierz Leski później miał pseudonim „Bradl”?

Tak, wszystko się zgadza.

  • Czy Kazimierz Leski miał dziewczynę, narzeczoną łączniczkę w czasie Powstania?

Na te tematy może nie będę mówiła, bo nie znam aż tak dokładnie, żebym nie zrobiła plotki. Potem [...] przed działaniami wojennymi, przed samym Powstaniem, przekazał mnie do Stasia Jankowskiego. Prowadził tajne dokumenty, jakie można było najwspanialej robić. To wszystko wychodziło spod ręki grupy ludzi, z którymi współpracowałam jako łączniczka, bo to ze wszystkimi najwyższymi, tak jak potem dowiadywałam się, kto to był, to ze wszystkimi najwyższymi miałam kontakt przez inne osoby, które dochodziły, a myśmy się tylko spotykały. Wiedziałam tylko, że na przykład ktoś był, czasem się zdarzało, że kogoś znałam, bo na ogół w Warszawie nietrudno było znaleźć swoich znajomych, więc troszkę wiedziałam, kto to mógł być, ale w ogóle to raczej wszystko było bezimienne, bez nazwisk przede wszystkim.

  • Pani mama była sekretarką, a pani była łączniczką Jankowskiego?

Tak.

  • Był jakiś punkt kontaktowy?

Tylko i wyłącznie w naszym domu. Tam się zbierali bardzo często ci, co wyjeżdżali z „Wachlarza” na fantastyczne akcje odbicia z więzienia czy coś takiego. Ciężarówka z naszego domu wyjeżdżała łącznie z niektórymi z tych ludzi. Kontakt był ciągły. W naszym domu było wszystko bez przerwy nastawione na działania organizacyjne. Każdy wiedział, że może się tam zatrzymać, przenocować i w pewnym stopniu nawet się ukryć. Dojście dobre, tak że można było... Konspiracyjnie wszystko się mieściło.Potem, jak wpadł stryj Staś, to już chyba przestało być...

  • Czy po aresztowaniu młodszego brata, coś się zmieniło?

Wszystko się działo w dalszym ciągu.

  • Przyszło gestapo?

Tak. Potem się to przyciszyło. Zrobiło się mieszkanie, które nie nawiedzane było przez gestapo, czyste jak gdyby albo przyszli, zobaczyli. Nic nie było ukryte.

  • Ale pani brata zabrali.

Ale brata zabrali... Tak...

  • Później pistolet był w domu?

A co to takiego?! No był pod poduszką, bo jak położył się, nie przypuszczał, że po niego przyjdą, więc położył pod poduszką, się położyło z nerwów. To nie było nic takiego.

  • Pamięta może pani głuchoniemych konspiratorów?

Głuchoniemych... Nie.

  • Wiem, że w „Wachlarzu” byli głuchoniemi konspiratorzy.

Nie. To były raczej osoby... Też było kilku zrzutków, to znaczy cichociemnych, między innymi w akcjach.Czy byli obcokrajowcy wśród zrzutków? Czy widziała pani kiedyś Anglika wśród nich? Dużo się mówi, że w czasie Powstania przebywał w Warszawie Anglik, lotnik RAF-u.

Czy pani mąż walczył w Warszawie w czasie Powstania Warszawskiego?Tak. Jemu z kolei Powstanie się skończyło na nieudanym ataku na Lotnisko Okęcie.

  • Anglik prawdopodobnie nazywał się John Watt. To był lotnik, któremu zepsuł się samolot pod Poznaniem, który potem dotarł do Warszawy.

Nie, raczej znał z Dywizjonu 303 [czy] 302, raczej tych, z którymi się znał już z Polski. Potem ci, co dotarli do Londynu i byli na tyle młodzi, że można ich było doszkalać. Kuzyn, który z mężem też skończył szkołę techniczną, latał jako pilot, tam był wyszkolony na pilota. Mieszka w Ameryce, Karkowski. Miał zdarzenie – przyjechał do nas, spotkał lotnika w Sopocie, to znaczy człowieka, który był lotnikiem w okresie wojny, a to było już po wojnie. Bardzo się miło z nim rozmawiało, w końcu jak się dogadali, bo [to] był strącony Niemiec, mówi, to właśnie z nimi walczył! Śmieszne zdarzenia powojenne. Mało istotne.

  • Pani mąż jest autorem książek o polskich lotnikach w RAF-ie?

Tak. Dwie książki wydał.

  • Jaki miał pseudonim?

„Ligota”. Głównie się tym posługiwał.

  • Po ucieczce z Auschwitz przyszedł do państwa kolega pani brata Stanisława. Opisał próbę ucieczki pani brata z obozu?

Tak. Powiedział wręcz tak... Jak go złapali, to wiadomo było, że będzie rozstrzelany, ale nie mówił o tym, tylko mówił, że się rzucił na druty kolczaste i go zaszyli. Taka z jego ust była wiadomość, a zawiadomienie oficjalne z Oświęcimia to było po prostu, że umarł na serce czy choroba była. Nawet jego rzeczy przysłali.

  • Czy pani straszy brat został odnaleziony?

Nie. Nigdy. [...]

  • Czy były wokół pani specjalne przygotowania do Powstania Warszawskiego? Czy było już wcześniej wiadomo, że ono wybuchnie?

Tak. O! To wszyscy tylko czekali na ten dzień! To było święto dla młodych! Dla nas to było wielkie święto! […] To było wiadomo, tylko się czekało na dzień. Jak potem była wiadomość, że właśnie 1 sierpnia [wybuchnie Powstanie], to była radość. Odbierałam nawet telefony, pierwsze dni to były telefony czynne, od kuzynów, którzy brali udział też w Powstaniu, dwóch braci stryjecznych, kuzynów, też Maringe’ów, sporo zginęło zresztą w Powstaniu. Była szalona radość. Naprawdę to nie było wymuszane, tak jak czasem się słyszy, że narzucone, że Rząd Londyński... Gdzie tam! Myśmy bardzo byli entuzjastycznie, a jednocześnie z wielką wiarą w Rząd Londyński [nastawieni]. Sikorski [śmierć] – to była straszna rozpacz naturalnie. Był dla nas tylko jeden jedyny rząd i jedna jedyna przysięga na Rząd Londyński, dlatego tak nam trudno pogodzić się z tymi ze wschodu, którzy przyrzekali na wierność Moskwie.

  • Czy miała pani wyznaczoną zbiórkę na 1 sierpnia? Miała pani pójść wtedy w konkretne miejsce?

Nie pamiętam, bo to było tak, że zostaliśmy na miejscu, żeby odbierać ewentualnie rannych, ponieważ to była Filtrowa – z tej strony był dom, potem był ogród, od drugiej strony, jak tylko mysz się prześlizgnęła to Niemcy strzelali, a tu była wolna przestrzeń, gdzie stołowało się masę ludzi, którzy nie dostali się na swoje przewidywane posterunki, więc była masa ludzi, którzy się zatrzymywali. Wspólnie gotowało się obiad, dawało się jeść i rannych ratowanie. Potem niestety, jak weszli, już zaczęła się akcja pacyfikacji przez Ukraińców, to już było tragicznie, bo po prostu wiadomo było, że wszystkich, co można czy zabijać, czy gwałcić, czy nawet chyba do wydłubywania oczu było, jak dziewczyna się... Było tragiczne. Wiadomo było, że dom po domu zostaje spalony. Przez Zieleniak, Pruszków, wyjechałam.

  • Na Zieleniaku chyba było podobnie?

Okrutne rzeczy.

  • Pani była wtedy młodą, ładną dziewczyną.

Byłam młodą. Byłam zawinięta, bo niestety po tym szczególnie, jak myśmy się już zetknęli z zagrożeniem, naturalnie mnie wyciągnęli z tłumu, chcieli żebym gotowała z nimi obiad, na to wstała nasza znajoma, już nie pamiętam, jak się nazywała, ale bardzo zaprzyjaźniona, powiedziała: „Nie, ona jest chora, ja pójdę za nią”. Poszła z nimi, ale tak szli, żeby iść, z powrotem uciekła, tak że wróciła. Wszystko normalne było. To nie było nic nadzwyczajnego, bo wszyscy to przechodzili.

  • No tak, ale młode kobiety były bardziej narażone.

Były, ale wiadomo, że była wojna.

  • Mówi pani teraz o tak zwanych Ukraińcach?

Ukraińcy.

  • Może pani opisać ich zachowanie? Wpadali dom po domu i niszczyli wszystko?

Tak, dom po domu i palili. Nawet rodzice z sąsiadami wykuli ścianę, bo to były rzędowe wille, żeby można było uciekać z jednej do drugiej, ale to nic, bo to było tak zorganizowane, że wszystko było dom po domu palone, grabione i niestety z ludźmi. Działali tak jak działali. Teściową postrzelili, bo w sąsiedztwie Placu Narutowicza mieszkała.

  • Teściową? Czy to znaczy, że wzięła pani ślub w czasie okupacji?

Nie, po.

  • Pani przyszły mąż został narzeczonym w czasie okupacji czy po?

Chyba przed okupacją, ale ze ślubem się wstrzymywaliśmy, bo wiadomo było, że coś będzie, a jego matka, z którą się nie mógł kontaktować, bo były zabronione wszelkie kontakty, była nam znana – kontaktowałyśmy się z nią, to znaczy luźny był kontakt.

  • Czy w tym czasie, kiedy pani szła przez Zieleniak i Pruszków, rodzice byli z panią?

Mama była w Krakowie. Był ojciec, wszyscy sąsiedzi, którzy się uchowali, którzy nie wyszli, więc ojciec był i znajoma pani, która mi poszła potem...

  • Czy dom, w którym państwo mieszkaliście jeszcze stoi?

Był spalony, a potem był odbudowany, ale moi rodzice sprzedali.

  • Jaki to był adres?

Może ulica Filtrowa 69.

  • Potem dostała się pani do Pruszkowa. Co się później z panią działo?

Wywieźli – do bydlęcych wagonów załadowywali i wywozili w nieznane. Jechało się chyba z tydzień. Potem wylądowałam... Najprzód był rozdzielnik jak gdyby, a potem z tego punktu... Już nie pamiętam... Do Piesteritz, do fabryki gumy, gdzie robiliśmy dla wojska specjalne tak zwane szlauchy – węże. Byłam w dziale Kasten, były robione z gumy sztucznej, do łodzi podwodnych na zabezpieczenie konkretnej części.

  • Czy tam się pani znajdowała aż do wyzwolenia?

Do 9 maja chyba.

  • Kto wyzwolił fabrykę, w której pani pracowała? Amerykanie czy Rosjanie?

W wielkim porządku wycofali się Niemcy. Przyszła banda Rosjan, w formie bandy dosłownie. Zastanawialiśmy się bardzo, kto nimi kieruje, dlatego że nikogo nie było – ten tu spał, tamten tam spał, grupami się trzymali. Rosjanie. Naturalnie też były dla dziewczyn okrutne czasy, bo to przecież wszystko nastawione tylko na seksy, tak że myśmy musiały się bardzo chować. Myśmy z drugą koleżanką, ponieważ trochę byłyśmy ze wsi… Niemcy zostawili parę koni, które w czasie bombardowań, w konkretnej już bitwie o Piesteritz, były właśnie fabryki gumy, fabryki Stickstoff – wyrobów chemicznych, to było gniazdo fabryk związanych z działaniami wojskowymi. Myśmy się nawet nie chowały nigdzie, tylko siedziałyśmy, bo wiadomo było, że jak wybuchnie, to wszystko pójdzie. Były konie, myśmy z koleżanką dostawały się, można było ich karmić, bo jeszcze zapasy były i poiłyśmy. Potem jak już wyszli Niemcy... Zresztą byli i Francuzi, i Holendrzy, ogólny, międzynarodowy obóz. Pomogli nam, zaprzęgliśmy konie do platformy i wszystkie Polki, które były, swoje tłumoczki załadowały i z końmi. Potem się okazało, że niektórzy woleli szabry, co jeszcze do nas nie dochodziło, że coś takiego można w ogóle robić, więc wynalazłyśmy sobie wózek na czterech kółkach, zostawiłyśmy platformę z końmi i same poszłyśmy trzysta kilometrów w stronę Polski. Potem znowu z przeszkodami. Na samym południu jest przejście do Niemiec... Zgorzelec. Rosjanie znowuż zrobili obławę na Polaków. Nie wiem, teoretycznie to się nazywało do kopania rowów. Wtenczas myśmy wpadły na dworzec. Była lokomotywa polska. Okazało się, że tam są Polacy, sami kolejarze, powtykali nas, ciepuszką jechali, tylko że nie do Polski, tylko pod Berlin znowuż nas wywieźli. Zawsze nas kryli, jak tylko Rosjanie się pokazali, to nas kryli jako sprzątaczki czy żony, gotowałyśmy czy sypałam węgiel, nawet próbowałam kierować, wszystko można było robić. Na węglu się spało. Pojechaliśmy pod Berlin. Ewakuowali fabrykę dla Związku Radzieckiego. Parowóz ciągle w tą i z powrotem, a myśmy siedziały. Bałyśmy się Ruskich, że w ogóle nie wychodziłyśmy. Zorientowali się, że pociąg organizują z rannymi z Berlina, który jedzie do Warszawy. Znowuż nie wiem jakim cudem, Teresa z końmi (opiekowałyśmy się, akurat walka o miasto, więc w krótkim okresie), nie wiem jakim cudem utrzymała pięćdziesiąt dolarów, bo nie wiem, ile razy nas do naga rozbierali i rewidowali, wszystko. Kierownik powiedział, że jak dostanie... Lekarz, nie chcę już powiedzieć jakiej narodowości.

  • Dlaczego?

Bo teraz jest bardzo źle widziane.

  • To znaczy?

Żyd. Jest jeszcze książeczka, mam jego nazwisko. Brał... To był pulman, a ranni na barłogach, na towarowych wagonach, w strasznych warunkach, jechali ranni, przyjmował do pulmanu panie z futrami nie futrami, bo to już niestety po szabrach, za gotówkę. Nie wiem, jak [Teresa] otrzymała, ale powiedziała, że ma pieniądze, bo nikt o tym nie wiedział, że da pieniądze, żeby nas przyjął – i nas przyjął. Myśmy cztery wtenczas tak uciekły z wózkiem. Przyjął nas i dowiózł nas chyba do Poznania...

  • Działał jako oficer wojska polskiego?

Lekarz Wojska Polskiego.... Z wielkim strachem myśmy się przesiedli znowuż na inny [pociąg]. Nie jechał dalej, a myśmy do Warszawy chciały dojechać. Inny pociąg się organizował. Bardzo sympatyczny [pan], odwrotnie do tamtego pana, już nie wiem jaką rangą, który bez niczego naturalnie przyjął nas, a oni z kolei szabrowane meble wozili dla ministerstwa, bo to tylko takie były możliwości. Wziął nas, wagony były towarowe, wziął nas do towarowych i tak dojechałyśmy do Warszawy, bojąc się wyjść, z Warszawy, gdzie widziałyśmy ruskiego...

  • Czy pani lub pani mąż byliście represjonowani po wojnie przez komunistów?

Mało.

  • Mąż był przecież cichociemnym.

Przypuszczalnie był zostawiony na zachętę, a bardzo się nami interesowali, co robimy i jak robimy, tak że mąż później często był wzywany. Założyli u nas podsłuch, który dopiero wykryłam po okresie najgorszym, bo chciałam przemeblować mieszkanie, [na ulicy] Powstańców Warszawy, po Powstaniu to już było. Najprzód zamieszkaliśmy w Poznaniu, bo w Warszawie nie było gdzie. Szukaliśmy, znalazła tylko siostra architekta – Teresa.

  • Czy państwa rodzinne majątki zostały skonfiskowane przez komunistów?

Skonfiskowane. Nie wolno nam było się zbliżyć sto kilometrów od majątku, zabronione było w ogóle. Wszystko skonfiskowane. Myśmy ciągle zostawali tylko z torebeczką.

  • Nie można było się zbliżać do granic majątku na odległość stu kilometrów?

Tak, bliżej nie wolno było. Najprzód Niemcy skonfiskowali. Niemcy weszli 8 grudnia, już po zakończeniu wojny, [ofensywy], wywieźli nas w nieznane, ale wtenczas jeszcze nie mieli tak zorganizowanych... Bo to był grudzień 1940 roku, 8 grudnia, to jeszcze nie mieli tak zorganizowanych obozów. Wywieźli nas do obozu, na samym południu, zamknęli. Tatuś mógł się [dogadać], potrafił powiedzieć, że ma pracę w Warszawie, już nie wiem, dość że pozwolili nam wyjechać z obozu, wyjść. Każdy na własny sposób wychodził i szukał możliwości przedostania się do Warszawy. Dobre było z moim bratem, który w czasie wojny był ranny i był w szpitalu. Szpital był bardzo pilnowany, wojskowych szczególnie pilnowali. Wrócił do Warszawy w nocy, gdy była godzina policyjna, w mundurze lotniczym. Jak szedł przez ciemną noc w Warszawie, to Niemcy salutowali, śmiesznostka była. Przyszedł do nas do mieszkania, na [ulicę] Filtrową w mundurze lotniczym.

  • Przeszedł przez Warszawę w polskim mundurze?

Polskim!

  • Czy to był brat Jerzy czy Stanisław?

Jerzy, to było na przełomie 1939 roku.

  • Gdzie założono państwu podsłuch?

W Sopocie. Podsłuch był w Sopocie. Chciałam przestawić piec. Nagle patrzę, że druty są i to druty bardzo dobre, to znaczy przewody, gniazdko, potem rozrywaliśmy podłogi, framugę i to prowadziło na dół, a już na dół, bo tam jeszcze sąsiedzi mieszkali, to już nie robiliśmy. Nie wiem, gdzie był doprowadzony, ale z mikrofonami, po prostu podsłuch.

  • Czy męża wtedy zaaresztowali?

Nie zaaresztowali, tylko mieli ciągle w zasięgu. Potem zbudował stację rybną, dla Olsztyńskiej Szkoły Rolniczej. Skończył wydział w Szkole Wyższej Handlowej, wydział konsularny. Naturalnie nie mógł pracować. W czasie Polski Ludowej skończył rybołówstwo w Olsztynie, w Wyższej Szkole Rolniczej. Miał uprawnienia, że mógł w tej dziedzinie pracować. [druga osoba] Widocznie był potrzebny. Tylko był poszkodowany stryj, który miał wielki proces, to była pokazówka, to było w 1946 roku i wuj miał dożywocie. Maringe Witold. Ten, który był delegatem Rządu Londyńskiego jako minister rolnictwa. Zrobili mu pokazówkę, stryjowi, czyli ojca bratu.

  • Czy pani stryj został wtedy skazany?

Na dożywocie, bardzo głośny był proces. Potem zmniejszyli na dożywocie, potem w końcu, chyba już po Gomułce, po ośmiu latach...[druga osoba] Potem go zrehabilitowali po 1956 roku, jak była „odwilż październikowa” i został nawet doradcą ministra, bo stwierdzili, ponieważ bardzo kochał ziemię, znał się bardzo dobrze, bo skończył studia w Grenoble we Francji, więc dali mu mieszkanie w Warszawie. Był bardzo wtedy szanowany, po 1956 roku.

  • Czy stryj opowiadał, jak go torturowano w czasie pobytu w więzieniu?

Oj tak, szczególnie kąpiele, co siedzieli do połowy, czy przez cały dzień w wodzie, różne...

  • Kiedy stryj zmarł?

Jak byłam we Francji.... w latach siedemdziesiątych, nawet można powiedzieć na stanowisku pracy, bo czym się zajmował? Już nie było nieruchomości prywatnych, więc PGR-ami się zajmował. Umarł na zawał.

  • Kiedy zmarł pani mąż Jan?

Zmarł dwanaście lat temu chyba. Naturalną śmiercią, był troszkę starszy ode mnie, dziesięć lat. Zmarł normalnie.

  • Dlaczego przyjęła pani pseudonim „Halina”?

Nie wiem, czy to nie było nazwisko Halina Wiśniewska. Z początku nie miałam żadnego, szczególnie brat młodszy mnie wciągnął do organizacji zaraz po wojnie, a potem niestety już nie pamiętam, jak to dokładnie było, w każdym bądź razie, to było na zasadzie wywiadu też, że trzeba było obserwować miejsca, przemieszczenie się wojsk. To było zwyczajne, nie wywiadowcze, dla mnie to była zabawa.

  • Czy jakby miała pani znowu dwadzieścia parę lat, czy brałaby pani znów udział w konspiracji?

Momentalnie! Wszystkie, jak się zaczęły wybory do prawicy... Stara, ale po nocy chodziłam, wywieszki wywieszałam, jeszcze z młodym chłopcem. Lubiłam zawsze młodzież, młodzież chętnie ze mną też przebywała, więc zawsze pomocnika młodego miałam. W nocy chodziliśmy, wywieszaliśmy swoich prawicowców ulotki i plakaty.
Sopot, 20 czerwca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Zofia Jokiel Pseudonim: „Halina” Stopień: łączniczka Formacja: Obwód IV Ochota Dzielnica: Ochota, Zieleniak

Zobacz także

Nasz newsletter