Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Irena Abraham „Honorata”
Irena Abraham
pseudonim
„Honorata”
stopień
łączniczka
formacja
IV Obwód "Grzymała", pluton łączności
dzielnica
Ochota
  • W siedzibie Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie przeprowadzamy wywiad z panią Ireną Abraham, która podczas Powstania nosiła nazwisko Zaborowska. Powstanie było efektem pracy Polskiego Państwa Podziemnego i jego przemyśleń, jak dalej Polska ma wyglądać. Ale przedtem był 1 września 1939. Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała tę datę?

Wtedy pracowałam w Warszawie, w sanatorium św. Józefa. Mój brat był złapany przez Niemców i o mało nie został zabity.

  • Pani pracowała jako pielęgniarka?

Tak. I okazało się, że jak on był złapany, chodziłam tam do tego sanatorium i tam była zakonnica, która zajmowała się tymi wszystkimi ludźmi i powiedziała, że ma znajomą jedną, która jest w szpitalu i czy ja bym mogła się nią [zająć], bo ona już umierała... To było przed samym Powstaniem. Dostałam się do niej, ona była już umierająca. Nagle wszystko zaczęło się rozbijać i te samoloty. Tam Rosjanie stali...

  • ...na drugim brzegu Wisły.

Tak. I myśmy nie wiedzieli, co robić. Myśmy się nie mogli wydostać stamtąd.

  • Gdzie był ten szpital?

Zapomniałam już. Jak Niemcy zaczęli bombardować ten szpital, w którym byłam, wszystko się trzęsło. Wyszłam na górę zobaczyć, co się dzieje i się przelękłam, bo słyszałam, że ktoś tam chodzi. Ale to wszystko było bardzo niebezpieczne. I myśmy się wydostali stamtąd. I zaczęliśmy uciekać.

  • A co z pani bratem?

Brat był w sanatorium. Wyszedł stamtąd. Później się dowiedziałam, że był tam razem z biskupem Pokrapą [?]. Powiedzieli, że tam jest dziecko na zewnątrz. On wyskoczył złapać to dziecko i został zabity. Koniec. A mój drugi brat wydostał się, jeszcze w Polsce, i poszedł do Rosji i z rosyjskim [wojskiem] się wydostał.

  • Czyli mówiła pani już o okresie okupacyjnym. A samego 1 września kiedy się zaczęła wojna pani nie pamięta?

Nie, bo już nas nie było tam, bo nas wyciągnęli, w Raszynie... Wtedy właśnie dali nam znać, że mamy się w tym miejscu dołączyć...

  • To proszę przypomnieć, jak panią włączono do konspiracji?

Do konspiracji? To była „Julita”.

  • Koleżanka?

Tak, ona właśnie. Jak jeszcze żył mój brat, który też był zaangażowany w to, to mówił tak „Powinnaś się włączyć i wiedzieć, z kim masz do czynienia.” To ja się spotkałam z „Julitą” i ona właśnie mi powiedziała, że nigdy nie będzie [używała] mojego nazwiska, tylko muszę mieć pseudonim. W ten sposób razem tam byłyśmy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że Joanna jest „Julita”, Kama jest „Mary”, ja jestem Irena. I byłyśmy wszystkie razem tam, w Lipsku.

Ta konspiracja była jeszcze w okresie poprzedzającym Powstanie,? Tak.

Czy mieliście jakieś spotkania, jakieś szkolenia? Na czym to polegało?Na tym polegało, że nie było telefonów i że trzeba było te wszystkie notatki dostarczać. Ja czasami wsadzałam to wszystko tutaj [pod bluzkę] i siedziałam bardzo blisko tam, gdzie Niemcy siedzieli i uśmiechałam się.

  • Nie bała się pani?

Nie, nie bałam się. I w ten sposób dawałam te wszystkie notatki, które mieliśmy rozdzielać. Powiedzieli, gdzie mamy chodzić.

  • Te dwie koleżanki, o których pani wspominała, „Mary” i „Julita”, również były łączniczkami i razem poszłyście potem do Powstania? Razem byłyście na placu Narutowicza?

Tak.

  • Może przejdziemy do początku, a dla was właściwie i końca Powstania. Jak to wyglądało?

Nie wiedzieliśmy [co się dzieje]. Patrzyliśmy z góry, że tam się paliło.

  • Z góry – to znaczy skąd? Z wysokich pięter?

Nie, nie. Byliśmy w Raszynie. Tam chadzaliśmy na górę patrzeć, co się dzieje w Warszawie.

  • Tak, ale do Raszyna dostaliście się już po wszystkim.

Po wszystkim.

  • A chodzi mi o ten początek.

Dla nas już nie było Powstania.

  • Dla was już nie było, ale kilka poprzedzających godzin było i była tragiczna śmierć koleżanki, mówiła pani.

Tak.

  • Proszę opowiedzieć o tym, co się zdarzyło na placu Narutowicza, o tym, jak się spotkaliście tam, gdzie miało być wasze miejsce postojowe.

Tam czekaliśmy właśnie na porucznika, który miał przyjść. On nas tam zostawił. Niedługo tam byliśmy.

  • To było na placu Narutowicza?

Tak. Okna były otwarte...

  • W akademiku?

Nie, w akademiku byli Niemcy, a my byliśmy naprzeciwko, w tym mieszkaniu, w tym pokoju. I nagle Tereska krzyknęła, że coś ją boli, położyła rękę, krew zaczęła tryskać. My nie mieliśmy nic. Ja byłam przecież pielęgniarką, [ale] nic nie mieliśmy…

  • Nie mieliście żadnych środków?

Nie mieliśmy żadnych środków. Ona może w dziesięć minut już nie żyła, bo ta krew...

  • To znaczy, postrzelono ją przez szybę, przez okno?

Przez okno. Z drugiej strony. To nie było tak strasznie daleko od tego [budynku]. I przyszedł porucznik.

  • Czyli w pierwszych minutach Powstania już była pierwsza ofiara śmiertelna, już koniec?

Już koniec. Już dla nas był koniec.

  • I jakie były dalsze losy? Co zadecydowaliście dalej?

Wyszliśmy stamtąd wieczorem. [Porucznik] dał nam te pieniądze.

  • Żebyście sobie jakoś radzili?

Tak. Pięć dolarów. I żeby uważać i wiedzieć, gdzie chcemy się schować. I wtedy właśnie, jak się czołgaliśmy i wyszliśmy poza Warszawę, to właśnie „Mary” poznała, że jest w Raszynie i że ma tam znajomych. I tam właśnie poszliśmy.

  • I taki szmat drogi poszłyście na piechotę?

Tak. Bez jedzenia, bez niczego.

  • Jakie były dalsze losy? Już potem nie było ofiar śmiertelnych? Już nie było takich pułapek? Dostałyście się do Raszyna i ktoś się wami zajął?

My byliśmy u tych znajomych. Niemcy tam przyszli i zobaczyli, że są jacyś, że byłyśmy te trzy [dziewczyny]…

  • Same kobiety?

Tak. Trzy byłyśmy. I właśnie ci Niemcy nas zabrali razem. Oni wyciągali wszystkich ludzi, którzy byli w Warszawie i cała gromada zaczęła się tam zbierać. Czekaliśmy w Raszynie na wagony i leżeliśmy na betonie, bez niczego. Nic nie miałyśmy na sobie. Miałam tylko spódniczkę i taką bluzeczkę. I tam czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy, co się będzie działo. I wreszcie oni nas zabrali, tych wszystkich ludzi, którzy byli w Raszynie, do wagonów. To były wagony dla zwierząt. I tyle nas wszystkich było, że nie było nawet gdzie usiąść czy postać. Stałyśmy zupełnie tak zgniecione. I „Julita” zaczęła płakać, że zemdleje. Te wagony były otwarte, więc ja usiadłam z tyłu, na brzegu i trzymałam ją, żeby nie wyleciała. W pewnym momencie te wagony stanęły. Gdzie jesteśmy? Byliśmy przed... jak się nazywało to [miejsce] gdzie Żydów palili?

  • Czy jechaliście w kierunku Oświęcimia?

Nie wiedzieliśmy. Ale te wagony tam stały. Myślałyśmy, że już jedziemy do tego paleniska. Jak wagony zaczęły ruszać, każda z nas zaczęła płakać. Modliłyśmy się. I te wagony idą, idą i idą. I wreszcie, jak się zatrzymały, to już był Lipsk. Stamtąd właśnie oni nas pozbierali do tych różnych...

  • I zatrudnili was w fabrykach niemieckich?

Tak.

  • Co to była za fabryka...

Oni tam robili części do różnych maszyn .

  • Gdzie was rozmieszczono?

Właśnie w tej fabryce.

  • W fabryce mieliście swoje miejsce, gdzie były wydzielone jakieś pomieszczenia?

Tak. Tam były powydzielane pomieszczenia z sianem.

  • Jakie były warunki?

Dostawałyśmy trzy kromki chleba.

  • Na dzień?

Na dzień. I dawali raz na tydzień troszeczkę konfitury, troszeczkę cukru i malutki kawałeczek masła. Raz na tydzień.

  • A coś gorącego dawali wam do jedzenia? Przecież musieliście pracować.

Pracowaliśmy. Nie, nie dawali nam nic innego. Byłyśmy zawsze strasznie głodne.

  • Czy dużo was tam było?

Dużo. I nie tylko nas. Tam byli Litwini, tam byli z Włoch i z Rosji. Rosjanek było masę.

  • Same kobiety?

Nie. Mężczyźni też. Jak się pytali kto ja jestem, to powiedziałam, że jestem pielęgniarką. Mówią „To dobrze.” Dali mi jakąś skrzynkę tam, żebym mogła pomóc opatrzyć jak ktoś coś chciał czy palec [skaleczony], czy coś. Ale te Rosjanki to strasznie się zawsze biły.

  • Między sobą?

Między sobą. Nie wiem jak to..., bo Niemcy wiedzieli, które z nich [były w ciąży] i oni zabierali je gdzieś tam. Wracały zupełnie jak pół śmierci. Oni je stamtąd wyciągali jeszcze.

  • Jak długo pani tam była?

Już nie pamiętam.

  • Bo pojechaliście na początku sierpnia, jeszcze jak było Powstanie? Ale, prawdopodobnie, byliście do następnego roku, 1945?

Wcześniej trochę. Tak.

  • W każdym razie święta Bożego Narodzenia już tam spędzałyście?Czy urządzałyście je jakoś we własnym zakresie? Jak to wyglądało?

Zbierałyśmy różne rzeczy, bo w tych fabrykach były takie srebrne [elementy]. Myśmy wtedy spotkali się, bo nam pozwolili wychodzić na spacer, do takiego lasku, i tam spotkaliśmy się z żołnierzami i z innymi tak, że mogłyśmy porozmawiać.

  • Z Polakami?

Nie, to byli Francuzi i my. W tych pokojach to wszystko było takie brudne, że miałyśmy wszy. Powiedziałam „Następnym razem, jak pójdziemy, to się zapytam czy oni mogą nam znaleźć jakieś mydło i jakieś środki dezynfekujące. Muszę powiedzieć, wstydzę się, ale to nie ma co się wstydzić, musimy coś zrobić.” I ci, z którymi się spotykaliśmy w tym lasku, to mieli czasami coś. Raz to nawet dali nam maleńkie pudełko kawy. I w nocy zaczęłyśmy to popijać. Niemcy [wąchali] skąd ten zapach idzie, to my się ukrywałyśmy. No i zawsze byłyśmy głodne, jak mówiłam. Ale jak nagle amerykańskie samoloty przelatywały, masa, to zupełnie czarno było jak oni zrzucali te wszystkie bomby. I Lipsk to był zupełnie zrujnowany, ale tam, gdzie myśmy byli, to było OK. My wszyscy siedzieliśmy w piwnicach. Nikt nie miał nic do jedzenia, wszyscy byliśmy [głodni]. Jakoś się wyczołgałam i myślę sobie „Zobaczymy, czy gdzieś jest któryś z tych naszych znajomych.”

  • Ale ciągle jeszcze byliście pod zamknięciem?

Tak. Jeszcze czekaliśmy. I jeden ze znajomych dał nam taką puszkę. Mówię „Och, musimy to zjeść.” Jak to otworzyliśmy, skosztowaliśmy, to była marmolada, ale to było gorzkie [więc] to wyrzuciliśmy. Nie wiedzieliśmy, że to jest dobre do jedzenia. Ale wreszcie Amerykanie przyszli i mogliśmy się wydostać stamtąd.

  • Czyli oswobodzili was Amerykanie? Czy jakoś zajęli się organizacją, żeby wypuścić wszystkich?

Oni nas zabrali do Lipska i tam właśnie był taki, jak gdyby, pałacyk. Powiedzieli, żebyśmy się zbierali, ilu jest tych Polaków, żebyśmy przyszli i zobaczyli, czy chcemy iść. Bo musieli zostawić część Niemiec pod rosyjską [strefą], a reszta musiała wyjechać.

  • I musieliście się zdeklarować, kto chce wracać, a kto chce na Zachód, tak?

Na Zachód, tak.

  • Jak to dalej wyglądało?

Myśmy to wszystko zanotowali, [spisaliśmy] tych wszystkich ludzi, którzy chcieli jechać na inną stronę. Dostaliśmy takie autobusy, [które] były prowadzone przez czarnych. Pierwszy raz w życiu widziałam czarnych ludzi. My siedziałyśmy dwie, razem. Z tym czarnym to się bałam. On nagle zaczął [wkładać rękę do kieszeni] - „Jezus Maria! Co on robi z tą ręką?! Co się dzieje?!” A on wyciąga papierosy, chciał nam dać papierosy. Przyjechaliśmy aż do Kolonii i tam nas zostawili, tam było pod opieką amerykańską. I wtedy dawali nam takie specjalne puszki do jedzenia.

  • Wtedy już się poprawiła wasza sytuacja?

Tak. I wtedy musieliśmy się zdecydować, co będziemy robili. „Julita”, w międzyczasie już Joanną [się stała], spotkała się z jednym znajomym, zakochała się. On powiedział, że pojedzie do Anglii, bo był Anglikiem. Powiedział „Jak ty tu zostaniesz, to ja się postaram, żebyś dostała specjalne papiery.” A „Mary” i ja powiedziałyśmy, że pojedziemy do Włoch, bo ona miała znajomą [której] ojciec tam był w wojsku. I to właśnie ona nas... Myśmy tam się zebrali, jechaliśmy jak mogliśmy, aż do Monachium, bliżej. I stamtąd nas wzięli do Włoch.

  • A „Julita” została?

„Julita” została, bo pojechała z Davidem. Oni się pobrali, już w Anglii. A myśmy zostały tam i pojechałyśmy do Anglii. Ja zostałam razem ze szpitalem.

  • Gdzie to było?

To już było w Anglii.

  • A ten wątek włoski? Mówiła pani, że do Włoch?

Do Włoch, bo ona właśnie miała swoją koleżankę, [której] ojciec był kapitanem. On właśnie powiedział, że dostaniemy się do Anglii.

  • I zaczęła pani pracować w szpitalu w Anglii?

Tak, zaczęłam.

  • Jak pani była traktowana jako żołnierz polski?

Bardzo dobrze. Było bardzo dobrze. Wreszcie dowiedziałam się, że jest takie miejsce w Anglii, w którym będzie zbiórka dla rodziny polskich żołnierzy. Ja tam pojechałam. Tam było takie miejsce zbiórki. Dostaliśmy kapitana, który był Anglikiem, ale mówił wspaniale po polsku. I on właśnie nam pomagał, co mamy robić i tak dalej. Było bardzo przyjemnie.

  • Jakie były wasze warunki lokalowe, gdzie was umieszczono?

Tam właśnie były takie specjalne domki zrobione. Ja z „Mary” byłam razem, bo już „Julity” nie było.

  • Jak długo jeszcze „Mary” z panią pozostała?

Nie bardzo długo, bo ona chciała jechać z powrotem do Polski. Powiedziała, że matka [tam] jest, trudno, ona ma rodzinę i chce [wracać]. Jak się dowiedziałam o tym, to się skontaktowałam z moją mamą, bo ona jeszcze była w Krakowie. I mówię „Czy mam przyjechać do domu?” Mama mówi „Jak jesteś w Anglii, to zostań. Nie przyjeżdżaj tutaj, bo tutaj wcale nie jest tak dobrze. To jest jeszcze w dalszym ciągu pod okupacją radziecką.” Wtedy rozmawiałam z tym kapitanem. I on mówi „To co będziesz robiła, jak tutaj się wszystko skończy?” „Wrócę do szpitala.” „Tu już nie będzie szpitala, oni to wszystko...” „ Więc mówię „To coś znajdę.” Ten kapitan pojechał do Londynu i [po powrocie] mówi „Spotkałem się ze specjalną pielęgniarką, która się zajmowała wszystkimi polskimi... i ona powiedziała, że ma koleżankę, która jest w Ashfordzie i ma miejsce dla trzech Polek, żeby przyszły do pracy w tym szpitalu.” Bardzo niewiele umiałam po angielsku, tylko kilka słów i jak tam przyjechałam i zaczęli pytać mnie, to mówiłam [tylko] „No, no, no.” Nie wiedzieli, o co chodzi. Powiedzieli, że będę mieszkała w tym szpitalu, że jest kilka Polek. Było zebranie i okazało się, że musimy zacząć pracować i być w szkole przez trzy lata i trzy miesiące, żeby być angielską pielęgniarką.

  • Bez języka nie dałoby się pomagać ludziom.

Ale przez te trzy lata to już wszystkie rozmawiałyśmy perfekt po angielsku.

  • A „Mary” pojechała jednak do Polski?

„Mary” pojechała do Polski.

  • Pani tak o niej serdecznie mówiła we wstępnej rozmowie i pokazywała pamiątkę po niej…

To jest właśnie ten jej słonik, zrobiony z koca. „Mary” zrobiła dla mnie mojego słonika. Słonika, który przynosi szczęście. […]

  • Jednym słowem została pani w Anglii i...?

I, jak byłam w Ashfordzie, w tym szpitalu, to poznałam Piotra. Ale my [tylko ze sobą] rozmawialiśmy, ja nigdy nic nie miałam z nim do czynienia. Wiedziałam, że pielęgniarka nie powinna wchodzić w żadne takie historie.

  • Czy on był Polakiem?

Nie. On był Anglikiem, ale jego rodzina pochodziła z Francji. I po pewnym czasie już musiał wyjść ze szpitala, pożegnał się ze mną...

  • Był lekarzem?

Nie, nie. On miał [kłopoty] z wątrobą.

  • Był pacjentem?

Był pacjentem. Pożegnaliśmy się i nagle, w tym mieszkaniu, gdzie byłam, przyszła posługaczka (bo miałyśmy tam swoje pokoje) i mówi „Tam jest jeden pan na dole, czeka i chce zobaczyć pielęgniarkę.” Zeszłam na dół, a on mówi tak „Chciałem podziękować za te wyszyte moje kalesony.” Dał mi butelkę perfum i życzył mi wszystkiego najlepszego, bo to święta nadchodziły. Później zadzwonił do mnie i zapytał, czy możemy się spotkać. I od tego czasu zaczęliśmy razem chodzić.

  • A potem było wspólne życie? Udane?

Tak.

  • To najważniejsze. Czy pani swoim dzieciom opowiadała o konspiracji, o wojsku?

Nie. Nie rozmawiałam z nimi. Powiedziałam mojemu mężowi, że nie chcę im opowiadać o tych okropnych rzeczach. Niech oni sobie żyją szczęśliwie, bawią się i nie mają żadnego obciążenia. I dopiero, jak zaczęłam pisać o tych moich przygodach, to Piotr to wszystko wyciągał i wszystko przepisał. I wtedy im pokazałam. Oni powiedzieli „Dlaczego nam nie opowiedziałaś?” „Bo chciałam, żebyście mieli wesołe życie.”

  • Ale życie musi być prawdziwe, a nie wesołe. Trzeba o wszystkim mówić.

Tak, ale później, jak oni już są [starsi]...Oni, jak zaczęli chodzić do gimnazjum, to wtedy właśnie zaczęli już wiedzieć o tym.

  • Jednym słowem było to życie pełne niezwykłych sytuacji. I radości, i smutków, i rozpaczy, i tęsknot. Ale nie ma się czego wstydzić.

Nie. Później moja mama przyjechała do Anglii. Bo Anglicy powiedzieli, że każdy z nas może zabrać kogoś z rodziny. I ona właśnie została w Anglii ze mną, [bardzo] mi pomagała. To była zawsze ukochana Babcia.
Londyn, 26 listopada 2006 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt

Zobacz także


łączniczka

Maria Zofia Kędzierska „Myszka”

Maria Kędzierska, z domu Kocówna, fałszywe nazwisko w czasie okupacji – Kowalska. Brała pani udział w...

więcej
plutonowy

Tadeusz Sułowski „Tadek”

Nazywam się Tadeusz Sułowski, pseudonim „Tadek”. W jakiej formacji pan walczył? W 7. Pułku...

więcej
strzelec

Andrzej Dękierowski „Gryf”

Andrzej Dękierowski, [urodzony] Warszawa, 25 lipca 1928 roku. [Pseudonim] „Gryf”. Strzelec w Pułku...

więcej
sierżant, sanitariuszka

Teofila Rumun „Stokrotka”

Rumun Teofila, z domu Jaroszyńska, pseudonim „Stokrotka”; byłam w „Kilińskim” przez cały...

więcej

Hanna Kramar-Mintkiewicz

Maria Zofia Kędzierska „Myszka”