Irena Kubicka

Archiwum Historii Mówionej
Irena Kubicka z domu Majewska, urodzona w Warszawie w 1933 roku.

  • Proszę powiedzieć o swoim dzieciństwie jeszcze przed wybuchem II wojny światowej.

Moje dzieciństwo było właściwie raczej beztroskie, bo rodzice dobrze się mną opiekowali. Mieszkaliśmy wtedy na Woli. Urodziłam się na ulicy Żytniej, na Woli. Moi dziadkowie mieszkali na Kole, bardzo często u nich bywałam.

  • Czy miała pani rodzeństwo?

W tym okresie jeszcze miałam siostrzyczkę o rok młodszą i braciszka. Nie, braciszka jeszcze wtedy nie, później się urodził. Jeszcze miałam później, dziesięć lat po moim urodzeniu, jeszcze jedną siostrzyczkę, malutką.

  • Czym zajmowali się pani rodzice przed wojną?

Mamusia i tatuś razem pracowali w sklepie, prowadzili sklep opałowy.

  • Na Woli?

Tak. A dziadziuś mój także na Woli, na Kole miał takie przedsiębiorstwo transportowe, wypożyczał [zaprzęgi], wtedy to nie było [dużo] samochodów, tylko był transport konny.

  • Czy chodziła pani do szkoły przed wojną?

Do szkoły chodziłam od siódmego roku życia.

  • Czyli zaczęła pani jeszcze przed wybuchem II wojny światowej?

Tego nie pamiętam, w każdym bądź razie… Nie, to już mieszkaliśmy wtedy na Grochowie, to już z Woli przeprowadziliśmy się na Grochów.

  • Kiedy państwo przeprowadzili się na Grochów?

Troszkę nie pamiętam, bo ja miałam wtedy dziesięć lat.

  • Czyli już w czasie okupacji?

Tak. Tak.

  • Czy pani pamięta wybuch II wojny światowej?

Nie, nie pamiętam. Natomiast pamiętam dobrze szkołę. Chodziłam do szkoły na ulicy, to chyba było na Igańskiej, chociaż taka pewna nie jestem. W każdym bądź razie tam gdzieś w pobliżu ulicy Majdańskiej. Szkołę bardzo miło wspominam. Nauczycielka była bardzo uprzejma, bardzo się nami przejmowała. Z tym że tak, miałam w szkole takie przeżycie bardzo ciekawe, mianowicie… No, nam było dosyć ciężko, bo troje dzieci już wtedy rodzice mieli…

  • I to były już czasy okupacji.

To już były czasy okupacji, mieszkaliśmy już wtedy właśnie na Okrzei i nauczycielka moja miała grupę nas uczennic gdzieś około trzydziestu. Pamiętam, że było w moim domku trochę ciężko z wyżywieniem nas, nas było już wtedy trójka. I miałam koleżankę, która niedaleko mnie siedziała w ławce. Któregoś dnia upadły jej – to takie troszeczkę intymne zwierzenia – upadły jej bułeczki, śniadanko upadło jej pod ławkę. Ja się tak przyglądałam, akurat byłam bardzo głodna w tym dniu, przyglądałam się tej bułeczce i po pewnym czasie stwierdziłam, że ona to zauważyła i mówi: „Słuchaj, Irenka, ty jesteś pewnie głodna. Chętnie byś zjadła”. Ja mówię: „No wiesz, jestem dzisiaj głodna”. – „Dobrze, proszę, skorzystaj z tej bułeczki”. Skorzystałam, zjadłam. Na drugi dzień ona przyszła do szkoły i znowuż mówi: „Słuchaj, ja jestem jedynaczką, mam tak dużo tych różnych bułeczek i pożywienia, że ja mogę z tobą się zawsze podzielić. Będę ci dawała bułeczkę i będziemy w ten sposób sobie pomagały”. Później minęło wiele lat, ja zostałam pielęgniarką, skończyłam już później maturę, bo także maturę zrobiłam, ale po szkole maturalnej, ponieważ lubiłam zawód pielęgniarki, poszłam do szkoły dwuletniej jeszcze i skończyłam średnie wykształcenie medyczne. Potem pracowałam w szpitalu i też poprosiłam… Ponieważ się bardzo ładnie uczyłam, więc dostałam celujący na dyplomie, wobec tego skierowano mnie do szpitala tam, gdzie bym chciała. Ponieważ takim wzorowym szpitalem, gdzie były najnowsze wiadomości, najnowsze osiągnięcia medycy, był wtedy szpital na Wołowskiej, ja tam wtedy poszłam do tego szpitala na oddział położniczy. Bardzo lubiłam tę pracę, bardzo lubiłam. Doskonale się tam czułam i można powiedzieć, że byłam szczęśliwa wtedy po prostu w tej pracy. I proszę sobie wyobrazić, że któregoś dnia zgłasza się ta moja koleżanka do porodu, która dawała mi te bułeczki. Kochani moi, mogłam jej w całości się tym odwdzięczyć, bo ona się bała, bo miała poród kleszczowy, więc bała się strasznie tego porodu. Prosiła, żebym ją przygotowała do tego, żeby ona wiedziała, co się z nią będzie działo, więc powiedziałam jej, że będzie miała najpierw maseczkę nałożoną, to będzie eter, że ją lekarz uśpi. „A ja zresztą będę przy tobie, będę blisko, będzie wszystko w porządku”. No i potem się okazało, że obudziła się już u mnie na oddziale, bo ja już wtedy prowadziłam oddział położniczy.

  • Czyli w ten sposób mogła pani pomóc koleżance.

Mogłam pomóc i to było, no właśnie, jak to się w życiu zdarza, że zupełnie człowiek nie wie, jak to będzie w życiu dalej, prawda.

  • Powróćmy do czasów okupacji. Czym zajmowali się rodzice? Co stanowiło ich źródło utrzymania?

Przed wojną to tatuś pracował w fabryce Gerlacha, bo był z kolei tokarzem. A mamusia, no nie wiem, już później nie pracowała, bo miała czworo dzieci. Urodziła się nam ta czwarta siostrzyczka i wtedy mieszkaliśmy na Okrzei. Teraz już przejdę do Powstania.

  • Niech pani jeszcze coś powie na temat okupacji. Czy pani widziała zniszczenia Grochowa w czasie wojny, te sprzed Powstania, z września trzydziestego dziewiątego roku?

Jedną rzecz bardzo pamiętam. Ponieważ już mieszkaliśmy wtedy na Okrzei, na Grochowie, to ponieważ ja już miałam te dziewięć czy dziesięć lat, to tatuś umawiał się z moim dziadziusiem, że z Wiatracznej pojadę do nich tramwajem i tam dziadziuś na Kole mnie odbierał na pętli. No i ja tak pamiętam jeden taki moment, który mi się naprawdę wyrył w pamięci. Jechałam w tramwaju dwadzieścia cztery z pętli od dziadziusia i na rogu Młynarskiej i Woli, tam gdzie jest w tej chwili, tam gdzie tramwaje w każdym bądź razie miały swoje miejsce, w tym momencie tramwaj wyskoczył z szyn. I wobec tego, [ponieważ] ja tamtej dzielnicy [dobrze] nie znałam, więc poszłam troszeczkę do przodu ulicą Wolską i zauważyłam, że na balkonie… To było mniej więcej, pamiętam vis-à-vis szpitala zakaźnego, tam był jeden dom tak troszeczkę wystający i tam na tym domie były dwa balkony. I na tych balkonach byli powieszeni Polacy, młodzi ludzie, mężczyźni. Na każdym balkonie było po klika osób powieszonych za szyję i spuszczonych tak w dół z balkonu. Więc dla mnie było to przerażające.

  • Czy pamięta pani, który to mógł być rok wtedy?

Miałam wtedy dziesięć lat, to mógł być wtedy czterdziesty czwarty, gdzieś tak. Oni byli wszyscy tam powieszeni i to tylko i wyłącznie po to, żeby dać przykład, żeby Polacy z Armii Krajowej nie buntowali się przeciwko Niemcom. To było zrobione specjalnie, to było dla pokazania. I ten moment ja przeżyłam bardzo mocno.

  • Czy ktoś z rodziny był represjonowany? Czy słyszała pani o kimś z rodziny czy ktoś ze znajomych, ktoś z sąsiadów?

Nie, nie. Ale co do rodziny to jeszcze będę miała coś do powiedzenia, ale to już na samym końcu. Teraz może przejdę do Grochowa. Mieszkaliśmy na Grochowie i już nas było czworo, bo siostrzyczka właśnie w tym czasie się urodziła. Proszę sobie wyobrazić, że tak, Powstanie się zaczyna, został ten dom, w którym myśmy mieszkali, zburzony. Po prostu wrzucono granat i cały dom zburzył się, spalił, zostały tylko same fundamenty.

  • Kiedy to było?

Dokładnie to było, właśnie te daty…

  • Czy w sierpniu, czy we wrześniu?

To na samym początku, na samym początku Powstania.

  • Kto wrzucił granat, czy pani pamięta?

Żołnierz niemiecki wrzucił granat. Rodzice gdzieś mnie wtedy ukryli, żebym ja tego nie widziała, jak ten dom palił się. Tylko później dowiedziałam się od rodziców, że pan, który miał ten dom, on po prostu zgodził się na to, żeby nas, ponieważ nas było czworo, a tatuś mój nie miał gdzie pójść wobec tego, [ponieważ] tam była pralnia wybudowana w dużym ogrodzie, on poprosił, żeby mój tatuś opiekował się tą pralnią, żebyśmy tam zamieszkali. I po pewnym czasie… Bo mówi: „Ja już tutaj nie mam nic. Rodzinę mam gdzieś w Polsce. A państwo – mówi – przypilnujecie mi tej mojej własności – bo domu już nie miał, ale mówi – żeby mi nie rozebrali tego, co tu zostało. Żeby ogród jeszcze był ogrodzony, żeby ta pralnia jeszcze istniała – mówi. – Kiedyś na pewno jeszcze się po to zgłoszę”. No my byliśmy i tak szczęśliwi, że mielimy w tym czasie gdzie mieszkać. Więc zburzony dom.

  • Czyli tamto mieszkanie zostało zniszczone, to poprzednie.

Tak, cały dom został zniszczony. Myśmy się w tych gruzach, pamiętam, jako dzieciaki młode – myśmy się opiekowali młodszym rodzeństwem, to znaczy ja i siostra, bo siostra moja tylko o rok było różnicy między nimi. Więc w tym bloku, tym domku zburzonym były ruiny. Myśmy sobie robiły tam huśtawkę… Ale jeszcze ocalał jeden balkon, który był pobudowany na ziemi. I ten balkon posłużył mojemu tatusiowi, bo Niemcy w tym czasie już zarządzili, że wszyscy mężczyźni, którzy tam na Grochowie mieszkają, mają się zgłosić w pewnym miejscu – nie znam tego miejsca, ale to było miejsce zbiórki – i wszystkich mężczyzn wywozili z Grochowa, gdzieś podejrzewano, że do jakiś obozów. A mój tatuś, ponieważ miał nas czworo, bał się nas zostawić samych i wpadł na taki pomysł, żeby w tym balkonie, który był w tych ruinach, żeby wykopać tam taką jamę, i tam mój tatuś przez cały dzień, w tej jamie, przebywał. My jako dziewczynki sadziłyśmy jakieś kwiatki, coś takiego robiłyśmy, więc tatuś tam był bezpieczny. Wychodził dopiero w nocy i wtedy pomagał mamusi przy nas, przy dzieciach.

  • Jak długo się ukrywał?

Ukrywał się właściwie przez długi czas. Powstanie trwało sierpień i wrzesień, to właśnie tak na pograniczu sierpnia i września.

  • Czy innych mężczyzn rzeczywiście usunięto z tego terenu? Czy pamięta pani?

Wszystkich… Bardzo dużo wszystkich sąsiadów odeszło, bardzo dużo sąsiadów. Myśmy mieli najbliższego sąsiada, ale on był troszkę taki niesprawny ten sąsiad. Później o nich opowiem, bo bardzo dużo w Powstaniu pomogli. Skończyłam o tym balkonie… Aha, wtedy zdarzyła się taka bardzo ważna rzecz. Może jeszcze powiem, że ten teren, gdzie myśmy mieszkali, był cały czas obserwowany z ulicy Grenadierów. Tam chodziły…

  • Kto obserwował?

To były takie kontrolne [grupy], to to byli żołnierze niemieccy, którzy chodzili z lornetkami i cały czas obserwowali cały ten teren. I któregoś dnia Powstaniec, biedny chłopak, młody, uciekał przed nimi. Oni zauważyli go. I ten Powstaniec, ponieważ myśmy byli akurat najbliżej tego miejsca, gdzie on mógł się ukryć, wszedł do naszego domu. Ponieważ myśmy zawsze byli nastawieni, no, troszkę patriotycznie do wszystkich Polaków, którzy w tym czasie… Nie troszkę, [tylko] w ogóle byliśmy [patriotami], czuliśmy się Polakami w stu procentach, więc wszystkim próbowaliśmy pomóc. Więc mamusia prosiła, żeby on schował się za szafę, bo ten Niemiec już szedł z tak nastawionym karabinem maszynowym gotowym do strzału, już szedł po naszym terenie, do tej naszej pralni. I proszę sobie wyobrazić, że szafa stała przy drzwiach, tuż przy drzwiach i ten człowiek nie miał nawet czasu schować się do szafy, tylko stanął za szafą i w tym momencie wchodzi ten Niemiec z tym [karabinem]. Mamusia widzi, że on już wchodzi, zwraca się do nas dzieciaków i mówi tak: „Słuchajcie, dzieci, od was bardzo dużo teraz zależy. Macie robić tak, żeby tego Niemca nie wpuścić do domu, bo jeżeli on zrobi nawet dwa kroki dalej, to już zobaczy tego człowieka i wtedy będzie tragedia. Albo go zabiją, albo będzie strzelanina i może nas wszystkich tutaj…”, bo przecież ten ktoś miał karabin maszynowy. Więc myśmy dzieci wszystkie, jak nas była trójeczka, Niemiec stanął w progu, myśmy go otoczyli wszyscy kołem, a mamusia wzięła to najmniejsze dziecko, które było bardzo malutkie. Ono miało… no miesiące miało. Zosia miała chyba wtedy ze trzy miesiące. Mamusia wzięła to dziecko na rękę, żeśmy stanęli tak przed tym Niemcem. I on stanął jak wryty, stanął i zaczął na nas patrzeć. Popatrzył, tutaj dwie dziewczynki, tu chłopczyk, tutaj matka z [dzieckiem na ręku], pomyślał sobie: „Pewnie to ich ojciec, pewnie to ich ojciec”. I proszę sobie wyobrazić, że stał się cud. On stał przez dłuższy czas i wahał się i nie wiedział, co ma zrobić. Nie wiedział, ale już nie posuwał się dalej, bo wiedział, że tam za szafą stoi mężczyzna. Wtedy po tym jak postał, postał i w pewnym momencie zaczął się wycofywać, ale tyłem, bo wiedział, że… bo mógł przypuszczać, że ten, kto stoi tam za szafą, może na przykład do niego strzelić, jak on odwróci się i wyjdzie. Więc on tyłem wychodził, wycofywał się, cały czas z tym karabinem nastawionym. Wyszedł później na drogę i drogą (droga była długa, bo przecież tam był ogród i w tym ogrodzie były położone kafelki) cały czas się wycofywał do tyłu, z tym karabinem, niestety, nastawionym. I on nas zostawił.
  • Kiedy to było?

To było właśnie w Powstaniu, początki Powstania.

  • A ten, kto się ukrywał, to był ktoś znajomy?

Nie, to był zupełnie obcy człowiek i myśmy nawet nie wiedzieli, [kim jest]. On natychmiast, jak ten Niemiec już tam się zgubił i odszedł, to on natychmiast poszedł w drugim kierunku i został po prostu uratowany. Druga rzecz. Czym myśmy się wtedy żywili? Tatuś hodował króliki i mieliśmy troszeczkę mięsa. Poza tym mieliśmy jeszcze kozę i to nas w czasie okupacji w ogóle ratowało. To były nasze możliwości życia.

  • A warzywa też państwo mieli?

Tak, był tam ogród i tam były porzeczki, to akurat porzeczki były, to był sierpień, wrzesień. Jeszcze mieliśmy tam jakieś owoce, jabłuszka, tak że to nas w tym czasie podratowało. Teraz drugi moment. W czasie Powstania Niemcy porozrzucali na Grochowie takie miny. To były miny w postaci wiatraczków i były to miny w postaci ołówków. Myśmy o tym dobrze wiedzieli, bo nas sąsiedzi poinformowali o tym, żeby dzieci nie podnosiły tych rzeczy, bo to się rozrywało w rękach.

  • A widziała pani może, jak oni to rozkładali, czy tylko słyszała pani?

Nie, nie one były rozsypywane w ogóle… Nawet nie wiem może, może i to nawet z samolotu było zrzucane, tylko w takim czasie, że ja nawet nie widziałam tego samolotu. Ale tak było.

  • A słyszała pani o wypadkach?

Zaraz o tym opowiem. […] Któregoś dnia mamusia mówi: „Irenka, choć pójdziemy wieczorem – było to wieczorem już – pójdziemy do sąsiadów”, bo coś się tam wydarzyło. Okazało się, że Powstańcy z AK szli ulicą Igańską na Grochowie i wpadli na miny. Tam była prawdopodobnie zastawiona na nich zasadzka, bo tam była masakra. Bardzo dużo tych Powstańców zginęło i część przyniesiono nam do tej naszej sąsiadki. Nie wiem, czy nazwisko państwo sobie życzycie.

  • Poproszę.

Do pani Kidawskiej, do jej domu. I tam myśmy, ona prosiła właśnie nas sąsiadów i tam chyba jeszcze były inne panie. I tych rannych do nas przyniesiono, więc pamiętam, że to trwało całą noc i ja też byłam tam z moją mamusią. Mamusia mnie prosiła, pamiętam to jak dziś, żebym czuwała przy jednym Powstańcu, bo on spał, leżał nieprzytomny. Mamusia mówi: „Wiesz co, jak on się obudzi, to czy poprosi o wodę, czy o pomoc… W każdym razie czuwaj przy tym panu”. Ja tak czuwałam, czuwałam całą noc, a potem okazało się rano, że on biedny umarł. Później dowiedziałam się od ludzi, że dwoje dzieci zostawił. No to były takie przykre wspomnienia.

  • A jak wielu rannych było w tym pomieszczeniu?

Dużo było. Ja tego to już nie [wiem].

  • Kilkunastu?

Kilkunastu było na pewno, bo całą noc te panie pracowały.

  • A co potem się z nimi stało?

Potem ich gdzieś rodziny zabrały, rodziny zabrały do siebie. Ten dom państwa Kidawskich był tak troszeczkę na poboczu, więc tam Niemcy jeszcze nie dotarli, bo to było wszystko w nocy. Kogoś tam posłano, tam gdzieś…

  • To byli wszyscy mieszkańcy Grochowa?

To byli młodzi chłopcy z AK, z Powstańców właśnie z Grochowa. Poza tym były też takie przeżycia… Miałam koleżankę w fabryce marmolady. Fabryka marmolady (na Grenadierów to chyba było) była zajęta przez Niemców. Niemcy wykorzystywali tą fabrykę, to była fabryka, która produkowała marmoladę. Żywili swoje wojsko, ona pracowała całą parą. Znaliśmy tego dyrektora, bo to był Polak i ja tam czasem chodziłam i pamiętam, raz mi się tak udało, że po prostu, ponieważ wartownik Niemiec wiedział, że ta koleżanka jest córką dyrektora, no to mnie przepuścił tam do środka. No i ja tam otrzymałam wtedy, pamiętam, pięć kilo marmolady. Z tą koleżanką żeśmy wyniosły ten kubełeczek razem, więc wartownik też nic nie powiedział. No i właśnie przez dłuższy czas w czasie Powstania mieliśmy [dzięki temu] co jeść. Poza tym też któregoś dnia tam szłam, samoloty zaczęły… Już zaczęła się walka, to już było w troszeczkę późniejszym czasie Powstania.

  • Może pani powiedzieć coś o swoich wrażeniach, gdy pani patrzyła na lewobrzeżną Warszawę.

Tak. Obserwowaliśmy te rzeczy z tarasu, z tego takiego zniszczonego. Myśmy bardzo ubolewali wtedy nad Warszawą, bo tam działy się rzeczy straszne.

  • Co pani widziała?

Widziałam bombardujące samoloty. Zniżały się z takim strasznym wyciem, bo na Grochów to się jakoś przenosiło przez Wisłę. [Pamiętam] bombardujące samoloty, zrzucające bomby. Widzieliśmy, jak płonie kościół Świętej Anny, też moment zrzucenia bomby na ten kościół. No cóż, [pamiętam] chmary dymu, strasznego dymu i fruwających kartek papieru, palonych książek, no książek przede wszystkim, bo ten papier był właśnie z tego. No, więc myśmy to wszystko widzieli.

  • Jakie nastroje panowały wtedy w domu?

Wszyscy marzyliśmy o wyzwoleniu w każdym bądź razie i takie były nastroje. Polacy sobie pomagali w miarę możliwości, jeden drugiemu.

  • Nikt z pani rodziny nie brał udziału w Powstaniu w Warszawie lewobrzeżnej?

Nie, nie, bo tam był tylko mój dziadziuś na Kole, starszy człowiek.

  • I przeżył Powstanie?

Właśnie opowiem o dziadku już, bo to troszeczkę więcej zajmie mi czasu. Jeszcze przed tym chciałam powiedzieć, że… bo uciekło mi z głowy.

  • Może pani opowie o tym, jak wyglądało wyzwolenie Pragi, gdy weszli Rosjanie.

O właśnie, jest też moment, bo to też zaobserwowałam. Aha, jeszcze jedną rzecz, że nie wszyscy Niemcy byli okrutni w tym czasie. Pamiętam, jako dziecko zaprowadzono mnie do chirurga niemieckiego, bo ja miałam straszliwe wrzody na nogach spowodowane niedożywieniem. Ten Niemiec mi wypalał lapisem te rzeczy, nie mógł stosować bandaży, bo bandaże były dla Niemców przeznaczone, to mi papierem toaletowym owijał te nogi, ale nogi dzisiaj są w porządku, nawet znaków nie ma, wyleczyły się później. To jedno.
A teraz o okresie, jak już Niemcy wycofali się, to powiem tak: zburzyli most na Wiśle, nie można było już się tam dostać. Przed naszym domem – domem to ja nazywam tę pralnię – przed tą naszą pralnią, przed ogrodem została założona bateria, bateria… jak to można powiedzieć… taka ciężka artyleria. To były takie bardzo duże armaty (jak ten pokój mniej więcej, tyle zajmowały miejsca) i były przysłonięte liśćmi i taką siateczką, na której były zielone i szare liście. Te baterie stały w pewnym odstępie, było ich kilka. Dokładnej ilości nie pamiętam, nie wiem, ale ciągnęły się aż do Majdańskiej. Oficer mieszkał w takim… Bo domy na Okrzei to były już wszystkie zburzone. Tam był w środku jeden dom, taki wysoki, dwupiętrowy, w którym ukrywał się jeden Żyd, ale nikt o tym nie wiedział, tylko my dzieci. I myśmy miały jeszcze to w głowie, że nikomu o tym żeśmy nie powiedziały, nikomu. Nikt nie wiedział.

  • On przeżył wojnę?

Przeżył. On się chował pod wycieraczką. Dom był zburzony, była wycieraczka wchodząca, taka żelazna, on tam się chował.

  • Ale ktoś mu musiał tam pomagać?

Nie, on wychodził na noc i ktoś mu pewnie pomagał. Myśmy jako dzieci zauważyły, że zapomniał tą wycieraczkę przykryć i myśmy tam weszli do tego miejsca, zobaczyliśmy, że tam ma jakąś słomę i on się tam chował. To była nasza wielka tajemnica, nikt o tym nie wiedział.

  • Te domy zostały zburzone w czasie walk?

Tak, już wcześnie były [zniszczone]. Jak tylko Powstanie się zaczęło, to granatami zostały zburzone, oczywiście w pobliżu tej ulicy, gdzie myśmy mieszkali. Dalej były takie domki jednorodzinne, to one ocalały na Grochowie.

  • Czy pamięta pani wejście Rosjan?

Wejście Rosjan to tylko pamiętam z tej baterii, jak ja to nazwałam, artylerii ciężkiej. Więc to pamiętam. Żołnierze mieli rozłożone takie kotły, gdzie gotowali sobie codziennie posiłki. A jednocześnie w tym zburzonym czerwonym domu i to właśnie tam, gdzie się ukrywał ten Żyd, a nikt o tym nie wiedział, to oni tam sobie zajęli. Tam były jeszcze takie piwnice, więc ci żołnierze zajęli te piwnice i w tych piwnicach bardzo nas, mnie i siostrzyczkę (bo myśmy były takie najstarsze), bardzo chętnie zapraszali do siebie. Zauważyłam, że żołnierze byli bardzo serdeczni, oni… Ale ja wiem dlaczego – bo oni wspominali swoje własne dzieci. Zawsze: „Irinka, Irinka, może się nauczysz rosyjskiego. Chętnie byśmy ci powiedzieli, co to jest na przykład pietuch, że to jest kogut”. Chętnie chcieli, żebyśmy my im też pomagali obierać kartofelki, ale w zasadzie chodziło im tylko o to, że przypominaliśmy ich dom rodzinny. Kazali nam przynieść jakieś naczynia i codziennie nam dawali zupę. Po prostu polubili nas ci żołnierze. Oficera nie znałam w ogóle, miałam kontakt tylko z żołnierzami [szeregowymi].

  • A w stosunku do starszych jak się zachowywali?

Nie, oni nie mieli żadnego kontaktu, myśmy były tylko dwie siostrzyczki. Tatuś tam nie chodził i mamusia też nie. Tatuś był ukryty tam pod tym tarasem, pod tym balkonem, natomiast mamusia też miała dzieci, musiała być sama w domu. My tylko, dzieci, chodziłyśmy, a ponieważ oni dawali nam zupę, no to myśmy tam chodziły jednak. Jedno zauważyłam. Oni nie strzelali, ale strzelali do nich Niemcy. Niemcy ich bardzo szybko wytropili i zaczęli strzelać do nas. I był taki moment, że tatuś szedł, na przykład miał na sobie balię, bo mamusia chciała coś uprać, to jak pocisk upadł, to posiekał tą balię porządnie, ale tatuś ocalał, bo tatuś przysiadł wtedy i ta balia wtedy upadła i osłoniła go. Natomiast jeśli chodzi… No to był taki też [dramatyczny] moment. Żołnierze radzieccy nie strzelali. To ja zauważyłam, bo inaczej to byłby huk straszny, a ja takiego huku nie słyszałam. Oni nie strzelali, strzelali Niemcy. I kiedy tylko oni się zorientowali, żołnierze, że ich bateria została odkryta, oni przenieśli się i już więcej o tym nic nie wiem. Po prostu zabrali wszystkie te siatki, które okrywały, i wycofali się z Grochowa. To tyle by było o tych żołnierzach.
Natomiast jeśli chodzi o dziadziusia, to on był na Kole. Ale w tym czasie, jak Powstanie wybuchło, to babcia moja, jako dobra matka, chciała zobaczyć, co się dzieje z… Bo moja mamusia była jedną córką babci, ale jeszcze była druga córka babci. Moja mamusia miała na imię Jadzia, tamta miała na imię Józia. I babcia pojechała do tej Józi, ona mieszkała na Czerniakowie, a dziadziusia zostawili samego na Kole, bo mężczyzna tam mniej lubił jechać, a babcia się bała, że może mamy siostrze, cioci Józi, coś się przydarzyło. Pojechała tam do niej, ale już wrócić od niej nie mogła, bo już bardzo rozgorzała walka tam, w Powstaniu Warszawskim. O tym wiem dobrze, bo mi o tym później opowiadali. Dziadziuś został sam. Ale mężczyzna, jak to mężczyzna. Niemcy zaczęli się już wycofywać i przez tą główną ulicę na Kole szły wojska, najpierw niemieckie, później ktoś mi mówił, że też i ukraińskie były częściowo. Oni maszerowali główną ulicą, a dziadziuś sobie z domku pozwolił wyjść i poszedł, no przez podwórko przechodził. Zawołali dziadka raz, dziadziuś był trochę uparty i nie podszedł. Nie wiem, może się przestraszył, ale w każdym bądź razie za pierwszym razem nie podszedł. Zawołali drugi raz, podszedł, no to mu strzelili w tył głowy i zabili mi dziadka, no i tak się skończyło.
  • Kiedy to było?

To było już, jak wycofywali się Niemcy, wychodzili. Już byli wtedy podobno w bardzo złym [stanie], no po prostu byli przygnębieni i kogo tylko spotykali, to jak im się udało, to zabijali tam naokoło, więc lepiej było się im nie pokazywać. Mój tatuś później, jak już [Niemcy] wycofali się, to został zrobiony pontonowy most przez Wisłę. W pierwszym momencie tatuś wziął sobie wypożyczył gdzieś od kogoś jakiś wózek. Pojechał, szczątki dziadziusia zabrał i przewiózł na Grochów, potem już tego dziadziusia na cmentarzu pochowano. No to takie były moje wspomnienia.

  • Czy jeszcze jakieś straty poniosła rodzina w czasie wojny?

Nie, tylko dziadziusia, tylko dziadziuś zginął, tak.

  • Czy pani pamięta, kiedy Niemcy wycofali się z Grochowa?

Nie, miałam dziesięć lat, nie pamiętam.

  • Czy może pani krótko opowiedzieć, jakie były dalsze pani losy? Co stało się z panią później? Czy cały czas pani na Grochowie mieszkała?

Tak, mieszkałam na Grochowie. Myśmy wtedy nie mieli mieszkania i mamusia prosiła, żebym ja może się dowiedziała gdzieś, bo mówi: „Irenka, chodzicie do szkoły, to w szkole tam dzieci nieraz opowiadają, to może ktoś wie, gdzie jest jakieś puste mieszkanie”. Bo Niemcy jak wtedy zaczęli strzelać w naszym kierunku, to w pralni po prostu zrobiła się straszna szpara, tak że nie można już było mieszkać w tym mieszkaniu, zimno straszliwie. No i wtedy już myśmy nie mieli gdzie mieszkać. Ale jedna z koleżanek z klasy powiedziała: „Tam – mówi – przy Grochowskiej blisko jest taki duży dom dwupiętrowy, tam właściwie dwa okna na przodzie są cały czas zakryte papierem. Kto wie – mówi – może jest tam wolne mieszkanie, trzeba by było się dowiedzieć”. Rzeczywiście mamusia się dowiedziała, że tam jest pusto. Na górze mieszkał pan, który też nam troszeczkę pomógł, bo moja mamusia miała też dużo przeżyć związanych z tym trudnym życiem w tym okresie, no i chorowała na serce. Dostała ataku, nie wiadomo skąd, w każdym razie tam była pani na górze, która była pielęgniarką wtedy, i ona zrobiła mamusi zastrzyk, uratowano mamusię, a ten pan, który z nią był razem, powiedział, że on jest właścicielem tego domu i że możemy zająć to mieszkanie. Dla nas to był raj, tam to był raj. Jedno, co było może smutne, to to, że myśmy słuchając, mieszkając tam od czasu do czasu… Tam był naprzeciwko komisariat policji i od czasu do czasu myśmy tam słyszeli krzyki bitych ludzi.

  • Już po wojnie?

To już było po wojnie. A ja potem poszłam do szkoły. Skończyłam Liceum imienia Powstańców Warszawy na Olszynce Grochowskiej. Potem po maturze poszłam do szkoły pielęgniarskiej. No i tak dobiegła końca [moja historia].

  • Czy Grochów był bardzo zniszczony po wojnie?

Nie, Grochów nie był zniszczony, tylko przy tych głównych drogach, gdzie chodziło wojsko. Nie był zniszczony, bo większość to były takie różne domki. Ale po wojnie pięknie się rozbudował.



Warszawa, 21 stycznia 2013 roku
Rozmowę prowadziła Elżbieta Trętowska
Irena Kubicka Stopień: cywil Dzielnica: Grochów

Zobacz także

Nasz newsletter