Nazywam się Andrzej Gołębiowski, urodziłem się w Warszawie 20 listopada 1935 roku.
Mój ojciec był współwłaścicielem, bo to była na dziadka firma, nazywała się Tadeusz Gołębiowski i Spółka. Spółka to był ojciec mój i brat mojego ojca, na imię miał Wiktor Marian Gołębiowski.
A brat był Bogdan.
Firma to była odlewnia żeliwa.
Madalińskiego 67. Dzisiaj już ten dom jest inaczej nazwany, 67a – stoi do dzisiejszego dnia ten dom mieszkalny. Natomiast teren odlewni został już sprzedany na zasadzie przejęcia przez państwo dekretem Bieruta.
Tak, tak, tak. To była parcela blisko 4000 metrów kwadratowych łącznie. To była odlewnia łącznie z tym budynkiem. Budynek stoi do dzisiaj. Niestety sprawy odszkodowawcze zostały położone równo, dlatego że taka polityka została zaplanowana.
Maria Gołębiowska, choć imię było też Marianna, bo moja mama była ochrzczona jako Marianna. W tych latach to nie chrzcili Maria, tylko Marianna, ale później w dokumentach była zawsze Maria. Dziwne było, że jak siostra moja zmarła, to siostra miała w dokumentach, że Maria, a ja miałem Marianna, mimo że między nami było siedem lat różnicy, siostra była o siedem lat starsza ode mnie. No i później żeśmy to uregulowali w urzędzie stanu cywilnego, ale to nie było żadnym problemem.
Zawierucha.
Podobno było, ale zmarło
Teresa Maria.
Tak, tak. Urodziła się 23 sierpnia 1928 roku. […]
Znaczy ja już zacząłem edukację w czasie okupacji, bo już miałem siedem lat.
To była jakaś prywatna [szkoła] na ulicy Kieleckiej. Krótko przed Rakowiecką ten dom był. Wiem doskonale, bo taki incydent kiedyś był, gdzie myśmy wychodzili jako dzieci i jedno z tych szkolnych dzieci huśtało się na furtce, furtka metalowa i ucięła sobie palec, no bo wsadziła. Taki incydent, takie rzeczy się pamięta. Tak, tak, tak, tak.
Do sióstr elżbietanek, na Kazimierzowskiej. Nie, przepraszam, nie elżbietanki, to były chyba urszulanki na ulicy Kazimierzowskiej. Tak to pamiętam, bo jeszcze teraz niedawno zmarła taka osoba z dalekiej rodziny, która razem z moją siostrą chodziła do jednej klasy. No też ona była chyba nawet pół roku starsza, miała 98 lat w zeszłym roku, jak zmarła.
Symptomy wojny to ja zauważałem, bo jak w 1939 roku była pierwsza inwazja, no to nasz budynek ucierpiał. Był jakiś pocisk, który wpadł, myśmy byli wtedy w piwnicy, to się tam posypało trochę tego muru i był zbombardowany salon, który był na pierwszym piętrze. A na pierwszym piętrze mieszkali dziadkowie. Myśmy zajmowali parter.
Ze strony mojego ojca. Bo to ta firma, Tadeusz Gołębiowski i Synowie, tak brzmiała [nazwa].
Spadł pocisk. Ten strop był chyba drewniany, tak że to tak jakoś tam było załatane później. Już dokładnie tego nie pamiętam, bo byłem za mały, no bo jak się wojna rozpoczęła w trzydziestym dziewiątym, no to miałem cztery lata, te rzeczy mi się nie upamiętniły.
Co ja pamiętam? No to z takich momentów bardzo drastycznych, któregoś dnia w czasie okupacji przywieźli Niemcy dwudziestu chyba zakładników i rozstrzelali na tyłach naszej odlewni. Bo tam był taki mur i zresztą były zabudowania. Tam rozstrzelali ich. To dzisiaj jest upamiętnione miejsce. Ja nie pamiętam, którego to dnia było. Jest na pewno miejsce upamiętnienia, kwiaty tam składają, tak że na pewno to nie uszło uwagi.
Jak się dowiedziałem? Było napięcie w domu, Niemcy i tak dalej, obstawili [okolicę]. Jak egzekucje wykonywali, no to wszyscy byli podminowani. Poza tym kuzynka, która mieszkała na strychu… Bo na strychu były dwa pokoje i kuchnia. Tam było mieszkanie, które zajmował brat mojego ojca. I jak go aresztowali później i zginął na Pawiaku, to po tym mieszkała ta kuzynka. Ta kuzynka prawdopodobnie może i obserwowała to zdarzenie, no ale dokładnie tego nie wiem. Poza tym niektóre rzeczy dzieciom nie opowiadano, żeby nie wypaplały.
Zofia Rafalska.
To była taka akcja… Później [się dowiedziałem], bo w tym momencie to ja nie wiedziałem, ale ja tylko pamiętam takie momenty, jak przyszli do nas do domu. Ponieważ była fabryka, to się wchodziło przez tak zwaną stróżówkę. Był dozorca, otwierał drzwi. No to jak Niemcy przyjechali, zapukali w nocy: Niemcy, Gołębiowski Bogdan, inżynier. Bo on studiował na Sorbonie, był inżynierem metalurgiem. Wtedy była taka akcja wyciągnięcia wszystkich ludzi, którzy posiadali jakiś cenzus wykształcenia. Wykształceni, wykształceni. Profesorowie, różni inżynierowie, lekarze, adwokaci. Tych wszystkich ludzi później na Pawiaku prawdopodobnie rozstrzelali, zginęli. Później jak ojciec mój dostał zawiadomienie – bo nawet dziadek nie wiedział o tym – dostał zawiadomienie, no to było napisane, że zmarł. Wiadomo, że Niemcy tego nie napisali, że go rozstrzelali, bo Niemcy się do tego nie przyznawali.
No nie mogę powiedzieć. Jest to na pewno w jakichś notatkach rodzinnych, ale ja do tych notatek bez mojej córki nie mogę dogrzebać się ze względu na wzrok. Ale na pewno mogę to uzupełnić w każdej chwili. […]
Tak, tak.
Tak, ojciec mój poszedł do Powstania. Dokładnie nie pamiętam, kiedy to nastąpiło, ale działał, bo przychodził do nas w nocy. W momencie kiedy nas wysiudali Niemcy z domu, to ojca nie było. Myśmy mieli dom, który stoi na Madalińskiego, i ogródek był taki spory, zabudowania fabryczne. Jak się tylko wychodziło z domu, to zaraz był płot murowany i dziura była wybita, żebyśmy mogli się komunikować między domami. Dom przyległy to, o ile ja pamiętam, chyba była właścicielką tego domu Żydówka, o ile pamiętam, nazywała się Brauman. Na ile tam te wiadomości zostały zanotowane, to nie wiem. To był dom mieszkalny, bo ja wiem, dwa albo trzy piętra. O ile dziadek mi przekazywał te wiadomości, to ta kobieta jak budowała, to pytała, czy może być wspólna ściana i ten dom był przyległy i do dzisiaj tak jest, tak że nic się nie zmieniło. Jedynie to przejście było między tymi ogródkami.
Tak, tak, tak. Wszystkie te kobiety, które tam były, mama moja, wiedziały, co jest. Ten moment Powstania był bardzo charakterystyczny, bo widziałem, jak ci młodzi ludzie w takich jasnych płaszczach biegli. Ja nie wiedziałem, co się dzieje. To dopiero do mnie później dotarło. Oczywiście kobiety płakały, bo wiedziały, czym to grozi.
Tak, tak, tak, tak. I później w czas Powstania był taki, że były fale, że przychodzili ludzie do nas, pukali, przyjmowaliśmy. Ojciec był zaopatrzeniowcem, zaopatrzył [dom], bo się orientował, że może nastąpić jakiś wybuch powstańczy. Zaopatrzył dom: jakaś kasza była, mąka, takie produkty. Już to było wertowane kilka razy przez moją rodzinę, tak że te wiadomości później dotarły do mnie. Tak samo jak na przykład jeszcze wcześniej był taki moment, kiedy… Bo myśmy mieszkali na parterze, kuchnia wychodziła na ulicę Madalińskiego, okno kuchni. Któregoś pięknego dnia jakieś dzieci [się pojawiły]. Mama czy moja opiekunka od razu zlokalizowały, że to są żydowskie dzieci. Ojciec od razu wyskoczył na ulicę, te dzieci ogarnął opieką i przeniósł, no bo te dzieci gdzieś wyszły z powstania, bo przypuszczam, że to było w trakcie powstania w getcie, bo powstanie w getcie było wcześniej jak Powstanie Warszawskie. Mnie tam zlokalizowano, żebym nie za dużo widział, ale wiem później z opowiadań, że ojciec zabezpieczył te dzieci, no bo trudno było, żeby były bez opieki.
Raczej w piwnicy, tak, tak. Taki moment, który mi się upamiętnił: był taki człowiek, gdzieś dwadzieścia parę lat, a była u nas na terenie odlewni studnia artezyjska i tam żeśmy czerpali wodę, bo filtry warszawskie zaniemogły. Inni ludzie, którzy byli w Śródmieściu i na Mokotowie, nie mieli wody pitnej jeżeli były gdzieś jakieś studnie, to korzystali z tych studni. Tamten młody człowiek poszedł po wodę (dzień był przejrzysty) i został postrzelony w rękę, tętnicę miał przestrzeloną. Kobiety go zlokalizowały, zaraz mu udzieliły pomocy. Wiem, że miał przestrzeloną rękę. No bo snajper prawdopodobnie był w blokach przy ulicy Narbutta… Bo przy Madalińskiego była niska zabudowa, widocznie tam wypatrzył go ten snajper i strzelił do tego człowieka.
Przeżył, przeżył, tak, tak. Przeżył, jak najbardziej. Kobiety mu pomoc i opatrunki zlokalizowały, były w domu. Przeżył, chłop był taki masywny, tak że…
Pojawiał się, parę razy był w czasie Powstania. Ale później, jak nas już Niemcy wykurzyli…
15 września dokładnie.
No półtora, tak, tak, tak. Były różne fazy, różni ludzie byli pędzeni, gnani, uciekali i próbowali do nas zapukać, no to otwieraliśmy, ojciec czy dozorca otwierał tę bramę i żeśmy lokalizowali tych ludzi. Pomoc była i jak nadmieniłem, byliśmy zaopatrzeni dobrze. Za fabryką, za odlewnią były tereny zielone i ogrodnicy uprawiali, warzywa były w zasięgu ręki. Ryzyko było duże, dlatego że w alei Niepodległości był wysoki budynek i w tym budynku (nie pamiętam, który to był numer) był Niemiec, który bez przerwy ze strachu siał bronią maszynową. Całą tę Aleję Niepodległości do Rakowieckiej miał w zasięgu ręki. Godzinami strzelał, podobno miał tyle amunicji, broni, ale później go jakoś Powstańcy fortelem wyciągnęli, zastrzelili i się skończyło.
Nie, nie, nie, nie. Ojca nie było, bo ojciec był już w grupie akowców.
Przyszli Niemcy z bronią, chyba od tej strony wlotu, co ta dziura była. Przyszli z bronią, to nikt oporu nie stawiał. Raus, raus – wypędzili nas tym przejściem do ulicy Łyżwiarskiej, mała uliczka, później Madalińskiego do Kieleckiej. Pamiętam, że na Kieleckiej żeśmy mieli jakichś kuzynów, to te domy już były wypalone. O ile pamiętam, to ta druga strona Madalińskiego, bo nasza strona była nieparzysta, a tamta była parzysta, to niska zabudowa, to któregoś dnia grupa Niemców i chyba „ukraińcy” z armii Własowa (ja nie miałem pojęcia, ale później się w głowie układało) podpalali. Zresztą w stu procentach nie mogę tego powiedzieć. Nas pędzili nas ulicą Kielecką do Rakowieckiej, Rakowiecką w prawo, aż do miejsca, gdzie dzisiaj znajduje się wojsko, za szkołą SGH. Bo Niemcy zajęli te budynki. Przed wojną tam było chyba też wojsko i podobno było tam w głębi tyle co na ziemi tego budynku. No i tam był jakiś sztab niemiecki, tak zwane Stauferkaserne. No i tam nas popędzili. Nie wiem, jak długo żeśmy tam byli, i później z powrotem Rakowiecką, do tych działek, które były na rogu, vis-à-vis tego kościoła Jezuitów. Tam były i do dzisiaj są działki pracownicze i wzdłuż tych działek żeśmy byli pędzeni przez Pole Mokotowskie, no bo to tam dalej były pola mokotowskie. No i tymi polami mokotowskimi żeśmy byli pędzeni aż do Placu Narutowicza. Tam dalej już, ja nie pamiętam, próbowaliśmy… Nawet w tej broszurce było odnotowane przez moją siostrę, że nas pędzili przez Plac Narutowicza i do Dworca Zachodniego, no i później w pociągi i do Pruszkowa. No a w Pruszkowie to akurat żeśmy trafili na taki dzień, gdzie była komisja międzynarodowego Czerwonego Krzyża ze Szwajcarii. Wtedy nas załadowali w pociągi, wagony. Nie pamiętam, jakie te wagony były, bo to były chyba takie bydlęce, ale dokładnie nie wiem. Zawieźli nas w głąb Polski, w Kielecczyznę, do miejscowości Włoszczowa. We Włoszczowie zorganizowane były, jak to się wtedy mówiło, podwody chłopskie i nas rozbierali, [czyli rozdzielali]. Myśmy byli jako taka duża grupa, bo myśmy byli rodziną. No bo tak: dziadkowie, jakaś ciotka, siostra moja, opiekunka, jeszcze tam ktoś był. No już było parę osób, ale stanowiliśmy taką zwartą grupę. No bo dziadek, babcia, ale była i siostra mojej babki rodzonej, starsza siostra, razem z nami – stanowiliśmy jedną grupę. No i jakoś nam się udało tego dnia, kiedy była ta komisja międzynarodowego Czerwonego Krzyża ze Szwajcarii, władować w te wagony i wywieźli nas w Kielecczyznę. Myśmy trafili do jakichś większych właścicieli ziemskich i tam u nich żeśmy byli. Moim zainteresowaniem była stajnia. Bo tam były obory, stajnia i tak dalej, no to tym się, że tak powiem, interesowałem. No i tam byliśmy. Z kolei mama moja nawiązała kontakt z rodziną, która mieszkała pod Krakowem, no i później […], na początku października… Bo 3 października, jak były imieniny mojej siostry, to już byliśmy u tych państwa, ale potem to już nas chyba odebrali i zabrali. W jaki sposób nas odebrali stamtąd, to ja nie rejestrowałem. No i tam żeśmy przeżyli w tych Krzeszowicach. Te momenty z Krzeszowic pamiętam więcej.
No tak. To był dom przy trasie, która wiodła z… Trzebinia? Chyba koło Krakowa, Trzebinia. No i tam była taka rzeczka, która była bardzo stroma, ale Niemcy wysadzili ten mostek, a Rosjanie jak jechali, to wpadali. Nie widzieli, no bo oświetlenia te czołgi nie miały i wpadali tam. Był taki moment: raz przychodzili Niemcy, a raz przychodzili Rosjanie. No i trzeba było się zorientować. Ale z tą rodziną z Krzeszowic to byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni i po okupacji też oni nas odwiedzali, to pamiętam.
No Gołębiowscy.
To mojego ojca stryjeczny brat był.
Ojciec dopiero dotarł po oblężeniu. Jak już front przeszedł dalej pod Odrę.
Tak, tak. No to jakimś kanałem, jakim, to ja nie umiem powiedzieć. Więcej by powiedziała na ten temat moja siostra, ale niestety nie żyje.
Tak, tak, może z tych wspomnień będzie coś bardziej jasno [opisane]. No tyle, co ona tam pamiętała i mówiła, no to żeśmy rodzinne takie fakty pamiętali; jedna ciotka, druga ciotka i tak dalej. Ale ten brat stryjeczny mojego ojca to tak: jeden przyjeżdżał i później u nas mieszkał po wyzwoleniu…
Tak, tak.
Ojciec z moją siostrą wrócili od razu, no i dziadkowie oczywiście. Natomiast myśmy wylądowali, znaczy ja i mama, wylądowaliśmy u rodziny w Łodzi. W Łodzi żeśmy byli chyba z półtora roku. Zacząłem do szkoły chodzić w Łodzi, no bo to już był ten okres, że trzeba było szkołę kontynuować.
Wrócili do tego domu. No i co się dało, to uratowali.
No, część na pewno tak, ale… I meble, i to, co komuś się przydało.
Tak, to zostało. O ile pamiętam, to pożar był koksu, który był na placu zmagazynowany. To [było] w trzydziestym dziewiątym roku, to się paliło ładnych parę miesięcy pewnie. […] A później, w czasie po Powstaniu i po inwazji styczniowej, to już… W każdym bądź razie od razu zaraz po działaniach wojennych, jak nastąpiła władza ludowa, ojciec uruchomił tę odlewnię i działała do 1949 roku. To były odlewy, które były bardzo pożyteczne dla miasta stołecznego Warszawy, dlatego że ojciec odlewał, a to było źródłem zaopatrzenia ludności, to znaczy ruszty do pieców, wszystko to, co potrzebne było do ogrzewania. A na przykład obudowy tych lamp ulicznych to na tym było napisane, że Gołębiowski i Synowie. Nawet mam taką popielniczkę, gdzie też ojciec [wykorzystywał] jako reklamę swoją – to mam w domu. Tego akurat nie przywiozłem ze sobą, ale jak pani zażąda, to chętnie udostępnię.
I to, że władza ludowa nas pozbawiła tej odlewni, to było wbrew społeczeństwu warszawskiemu, dlatego że ojciec cały czas funkcjonował. Nawet jak okupacja nastąpiła, to ojca aresztowali, dlatego że kupił złom od Żyda. No ale ci ludzie też chcieli zarobić coś, no więc jeżeli ojciec mógł kupić ten złom od tego Żyda, no to kupił od Żyda. No a później za to został osadzony na Pawiaku. Później jakoś tam rodzina się starała i został przewieziony na mokotowskie więzienie, no i nie wiem, jakimi kanałami, no ale jakoś został zwolniony.
Tak, tak. No bo te elementy, które były [odlewane], kratki ściekowe do kanalizacji czy jakieś tam, wszystkie takie rzeczy, które były robione z żeliwa, z odlewni, to wszystko to ojciec mój z dziadkiem robili.
Oczywiście. No bo było dużo pieców przecież kaflowych i te elementy były potrzebne: i ruszty, i drzwi, i to czy tamto, te elementy, które były robione z żeliwa.
No tak. Zostaliśmy bez środków do życia. Bo to tak było, że wyszło jakieś zarządzenie, które było zakazem kupowania od rzemieślników, od prywatnych osób czegokolwiek.
Tak. Opinia była taka, że [odlewnia] była unieruchomiona, bo to czy tamto. No ale to nie była prawda, bo w momencie zamknięcia i przejęcia tego przez państwo, to w ciągu, nie wiem, kilku miesięcy taka spółka jakaś, już nie pamiętam, z Pruszkowa, przejęła to i momentalnie zaraz były odlewy i funkcjonowała. Bo tak: koks był, złom był, ludzie byli, bo ludzie też potrzebowali pracę, więc to nie było w ogóle problemem uruchomienie tej odlewni.
Właściciele wyrugowani, ojciec długo się błąkał, że tak powiem, no bo to był cios dla ojca.
Żył, ale później zmarł.
Żył, jeszcze jak działała odlewnia, ale zmarł już po przejęciu. Znaczy zaraz, żebym ja nie skłamał coś. Musiałbym sobie odtworzyć, która data była, ale mnie się zdaje, że przejęcie nastąpiło po śmierci dziadka.
Tak. No bo ja akurat w tym okresie, co było zamknięcie tej całej odlewni i tak dalej, to byłem w internacie we Włocławku.
Tak. Tam byłem w takim internacie w szkole Długosza we Włocławku.
To był kompleks szkolny po linii katolickiej. Dokładnie nie mogę powiedzieć, ale szkoła Długosza w każdym razie, pod protektoratem jakiegoś biskupa, księdza. W każdym razie dyrektorem był ksiądz, ale personel był świecki. Byli księża też w tej szkole, ale stanowili marginalną [część]. Ale dyrekcja była…
Tak, tak. Nawet później byłem bierzmowany w tym kościele we Włocławku, dużym. Bo normalnie to żeśmy chodzili do takiego, jak to się mówi, fara, kościół blisko. A ten duży kościół, w którym dzisiaj sprawuje władzę chyba jakiś biskup, to był dalej. I tam miałem bierzmowanie, w tym kościele. No bo to akurat ten okres był, gdzie tę młodzież do bierzmowania przygotowywali. No a że myśmy byli w szkole otoczonej patronatem katolickim, to to było normalne.
Zalesie Górne, 14 stycznia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk