dr Michał Tomasz Wójciuk
Dział Historyczny Muzeum Powstania Warszawskiego
25 kwietnia mija 81. rocznica ewakuacji morskiej więźniów niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof, wśród których byli mieszkańcy Warszawy i niedawni Bohaterowie walk powstańczych.
Urokliwe tereny nadmorskie dzisiejszego Sztutowa przyciągają latem co roku wielu turystów. Miasteczko kojarzone z czasem wakacyjnym, ponad osiemdziesiąt lat temu było jednak przerażającym piekłem na ziemi…
Wybudowany tu już we wrześniu 1939 r. niemiecki obóz koncentracyjny był przystosowany do przetrzymywania na swoim terenie najwyżej 20 tys. ludzi. Latem 1944 r. liczba stłoczonych w obrębie jego drutów osób znacznie wzrosła. Przywożono tu bowiem Żydów z obozów pracy, które były likwidowane w krajach bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia). Znaleźli się tu także ich polscy współwyznawcy z getta łódzkiego. Miesiące letnie były czasem brutalnego niszczenia Powstania Warszawskiego. Do Sztutowa przytransportowano wypędzonych z domów mieszkańców Warszawy oraz żołnierzy z oddziałów powstańczych.

Fragment mapy, Wojskowy Instytut Geograficzny, 1936, Zbiory Biblioteki Narodowej
Nie wszystkie transporty niemieckie miały ostatecznie trafić w rejon Gdańska. Omyłkowo do KL Stutthof przywieziono 26 sierpnia 1944 r. z warszawskiej Pragi grupę liczącą 3 150 ludzi, w której znalazły się osoby starsze, a także kobiety i dzieci. W związku z brakiem możliwości umieszczenia ich w obozie, skierowano do prac przymusowych nadzorowanych w różnych miejscowościach pomorskich.
Spośród transportów kierowanych z Warszawy, które miały trafić do Sztutowa, w obozie do końca września zostało osadzonych ponad 4 200 osób. Były to transporty zarówno z prawego, jak również i lewego brzegu Wisły. 31 sierpnia dotarł tu mianowicie transport z Pragi i Grochowa, w którym znajdowało się 2 243 mężczyzn, a także 658 kobiet wraz z sześciorgiem dzieci. Gdy Powstanie w stolicy już wygasało przywieziono do Sztutowa 29 września - 1 252 mężczyzn, sześć cywilnych kobiet i czterdzieści łączniczek z oddziałów mokotowskich, które skapitulowały dwa dni wcześniej.

Teren KL Stutthof, Wojskowa Agencja Fotograficzna, 1947-1950, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego
Mimo praw kombatanckich, Niemcy pastwili się nad Powstańcami. Niejednokrotnie transportowano ich w nieludzkich warunkach do obozów koncentracyjnych. Tak było w przypadku Anny Daleckiej, po mężu Liszka „Czarnej Hani” (ur. 1923), która wspominała: „To była koszmarna podróż, ponieważ był to wagon zaplombowany, towarowy, kryty. Nie było żadnej ubikacji, nic”.
Wygląd miejsca docelowego zmroził krew w żyłach osiemnastolatka Grzegorza Zalewskiego „Krystyna” (ur. 1926) z Batalionu „Parasol”: „spojrzałem w prawo, i zobaczyłem coś co odebrało mi wszystkie złudzenia. Druty kolczaste, to pół biedy, ale porcelanowe izolatory, było wiadomo co to jest. Takie straszne momenty pamięta się do końca życia”. Zdał sobie sprawę, że jedyne, co może go uratować, to tylko koniec wojny. Przybyłym nakazano rozebrać się do naga i ubrać w odzież z naszytymi numerami. Odtąd personalia traciły swe znaczenie. W pasiaki po zabraniu mundurów kazano się także ubrać uczestniczkom Powstania z Mokotowa. Zarówno Maria Chytrowska, po mężu Kowalska „Myszka” (ur. 1925), jak również Zygmunt Gasiuk „Słoń” (ur. 1925) wspominali kilkuletnie niemieckie dzieci, które upokarzały polskich Powstańców rzucając w nich kamieniami, kartoflami, przezywając „bandytami”.

Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego
Niemcy przywieźli do KL Stutthof czterdzieści sanitariuszek z Mokotowa. Na terenie obozu trzymano je razem. Jak wspominała Teresa Grymala, po mężu Piątek „Terespol” (ur. 1925), były izolowane. Przez tydzień wyprowadzano je każdego dnia przed bramę obozową. Na noc, niemieccy strażnicy spędzali je wszystkie do pomieszczenia o wielkości mniej więcej pięć na pięć metrów. Ustawione tam były trzypiętrowe prycze. Spały na jednej po trzy: „dwie w głowie, jedna w nogach” – jak wspominały. Przykrywały się dwoma kocami, a trzeci kładły pod spód. W ciągu nocy przewracały się na bok na komendę, mniej więcej, co godzinę. Trzy razy w ciągu doby dziewczyny były wyprowadzane do toalety. Ciężko było to wytrzymać. Więc, jak wspominała Helena Kurek, po mężu Majkowska „Ela” (ur. 1926), wychodziły też za potrzebą fizjologiczną nocą przez okna.
Zgodnie z relacją Anny Lipskiej-Woyniłowicz, po mężu Kielanowskiej „Hanki” (ur. 1925), uczestniczki Powstania były budzone ok. godz. 5. Kazano im się myć w zamarzniętych korytach, które stanowiły umywalnię, a następnie po ubraniu goniono na apel. Po nim następowało „śniadanie”. Dostawały kawałek chleba, plasterek margaryny i ciecz nazywaną „kawą”, która stanowiła mieszaninę zlewek tejże „kawy” z dni poprzednich wraz z dodatkiem zlewek czegoś na kształt zupy. Dziewczyny zbierały tą „kawę”. Wykorzystywały ją czasem do mycia zawszonych głów.
Zbigniew Warzyński „Mały” (ur. 1928) wspominał, że na apelu stało się nawet kilka godzin, a jak nie zgadzała się ilość więźniów, bo ktoś uciekł, to bywało, że marzło się na dworze całą noc. Podobnie wspominała Maria Chytrowska „Myszka”: „Najgorsze były strasznie długie apele na dworze”. A trzeba było stać w listopadowym, grudniowym, styczniowym czy lutowym zimnie.
Wygląd obiadu odcisnął się w pamięci Heleny Kurek „Eli” (ur. 1926). Dostawano przeważnie buraki i marchew, jedno i drugie w łupinach, czasem brukiew i wodę. Łupiny obgryzano zębami. „Jedni dostawali zupę z zielska, a drudzy zupę z kaszy” – jak wspominał Zbigniew Warzyński „Mały” ze Zgrupowania „Żubr”. Inny obraz zupy przekazała szesnastoletnia wówczas Hanna Blikowska (ur. 1928): „W zupie były ziemniaki nieobierane, całe ziemniaki, były głąby kapuściane, odpadki, jak się kapustę robi i zarzucone mąką razową. To była zupa. Wprawdzie już głodna byłam, ale naprawdę tego nie mogłam jeść”. Zygmunt Gasiuk „Słoń” miał podobne wrażenia: „z daleka, myślałem, że to jest makaron, ale to były liście buraczane z białych buraków cukrowych, a białe nici z tych liści to były włókna, zupełnie jak makaron. Jak to powąchałem, nie wiedziałem, co z tym robić”.
Gdy osadzeni w obozie mężczyźni dowiedzieli się, że ich sąsiadkami są weteranki Powstania. Przekazywali im różne potrzebne artykuły przez otwór powstały w wyniku uchylenia dachu baraku. W spuszczanych z sufitu przesyłkach były paczki, chleb, margaryna, papierosy, karty do gry. Później przekazywali im także ciepłą odzież należącą kiedyś do zmarłych w obozie więźniów.
Siedemnastoletni Czesław Lewandowski „Bystry” (ur. 1928) walczący na Żoliborzu wspominał, że pajdę chleba, którą dostawał na śniadanie wymieniał na papierosy. Papierosy były mocną walutą w handlu wymiennym. Pisał o tym w listach do rodziny trzydziestoośmiolatek inż. Tomasz Michalkiewicz (ur. 1906) z Mokotowa zmuszony do ciężkiej pracy w stoczni gdańskiej, który wymieniał papierosy na chleb.

Teren KL Stutthof, Wojskowa Agencja Fotograficzna, 1947-1950, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego
Uczestniczki Powstania z Mokotowa wyznaczono do obierania ziemniaków. Praca trwała właściwie cały dzień, a kończono ją o godz. 17. Czesław Lewandowski „Bystry” wspominał, że został wysłany do pracy w zakładach Schichaua. Gdzie kazano mu obsługiwać szlifierkę na dużej hali produkcyjnej. Więźniowie wychodzili ok. godz. 6, a wracali późno w nocy: „Było bardzo ciężko, dlatego że posiłki były takie jak w obozie, nic lepszego nie było, a praca była naprawdę wyczerpująca. Pracowało się dziesięć, dwanaście, więcej godzin”. Podobnie o katorżniczej pracy w stoczni gdańskiej pisał do rodziny w liście z 8 stycznia 1945 r. Tomasz Michalkiewicz: „Pracuję tutaj dwanaście godzin i stoję codziennie szesnaście godzin”. Najbliższych prosił o żywność, lekarstwa, ciepłą odzież i skarpety. Zbigniew Warzyński „Mały” pracował przy wyrębie lasu. Podobnie, jak jego rówieśnik, też szesnastolatek Andrzej Grabowski „Dzikus” (ur. 1928): „to była ciężka praca. Trzeba było ścinać drzewa, nosić to wszystko, a ja byłem mały. Starsi, więksi to dźwigali, a ja trzymałem się tylko. […] A Niemcy nie dawali nic za darmo. Jeżeli ktoś nie miał siły, to kładli w błocie, kładli szpadel na gardło, nogami na szpadel… […]”. Mieszkaniec warszawskiej Pragi, piętnastolatek Cezariusz Kazańczuk (ur. 1929) trafił do Stutthofu razem z ojcem, który został zmuszony kopać rowy przeciwczołgowe, a ziemia późną jesienią była już bardzo zmarznięta. Młody chłopak był natomiast wysyłany razem z kolegami do pracy przy kopaniu latryn na okolicznych niemieckich folwarkach.
Na terenie obozu znajdował się szpital. Posługiwała w nim Barbara Radelicka, po mężu Braun „Basia Biała” (ur. 1928) z Pułku AK „Baszta”. Trafiła w to miejsce, gdyż musiała zmienić opatrunek na operowanym palcu. I tak już tam została pełniąc obowiązki salowej. Wspominała: „warunki tam były straszne w tym szpitalu”. Przyprowadzano w tragicznym stanie kobiety różnych narodowości, oprócz Polek były: Rosjanki, Estonki, Litwinki. Niektóre z nich nic nie widziały, bo całe gałki oczne miały obsadzone wszami. Inne z kolei miały tak zaawansowany szkorbut, że gniły im usta. „Basia Biała” opiekowała się podopiecznymi z ofiarnością. Myła je, zmieniała bieliznę zabrudzoną moczem i kałem. W kwietniu zachorowała na tyfus. Mężczyźni zabrali ją oraz jej koleżankę i ukryli na terenie swojego obozu, gdzie dziewczyny doczekały przyjścia Armii Czerwonej w maju 1945 r.
Według wspomnień Anny Lipskiej-Woyniłowicz „Hanki”, uczestniczki walk na Mokotowie dostały na Święta Bożego Narodzenia od współwięźniów chleb, margarynę, marmoladę i kwiaty wycięte z brukwi, a także papierosy i różne medykamenty. Przekazano im także kartki z życzeniami, również od obcokrajowców Litwinów i Norwegów. Polki były szczególnie cenione za talent i odwagę śpiewu. Czas świąteczny uświetniła nawet mała choineczka, którą ktoś zdobył z lasu. Za świętowanie zostały ukarane przez niemieckie strażniczki, które wyrzuciły je na mróz. Zbigniew Warzyński „Mały”, wspominał, że przy choince ustawionej na placu apelowym, Niemcy umieścili szubienicę, na której powieszono dwóch Rosjan ukaranych za próbę ucieczki
Więźniom nieustannie towarzyszyła śmierć. Już od września 1942 r. na terenie obozu działały krematoria. Niemcy palili w nich ciała zamordowanych Żydów. Helena Kurek „Ela” wspominała: „Smród palącego się ciała był nie do zniesienia”.
Z chwilą zbliżania się Sowietów niemieckie władze obozowe przeprowadziły ewakuację drogą lądową 25 i 26 stycznia oraz dwie drogą morską 25 i 27 kwietnia 1945 r. Marszem śmierci przepędzono ponad 11 tys. osób. Nie przeżyło go 4 500 ludzi. Drogą morską ewakuowano 4 400 osób, z których zginęła połowa.
Teresa Grymala „Terespol” wspominała, że podczas ewakuacji zachorowała na tyfus. Miała 40 stopni gorączki. Przeżyła tylko dzięki determinacji koleżanek, które dosłownie zawlekły ją w kolumnie, do miejsca, gdzie można było przyjaciółkę bezpiecznie ulokować. O własnych siłach nie mógł też chodzić Czesław Lewandowski „Bystry”, który nabawił się ropowicy, zwanej flegmoną. Między tkanką miękką, a kośćmi zbierała się ropa, co powodowało gangrenę. Przeżył dzięki jednemu z osadzonych, który okazał się lekarzem. Dysponując jedynie blachą z puszki wykonał mu cztery cięcia, a dalszy tok kuracji przeprowadzał w ten sposób, że ściskał mu części ciała drutem spuszczając ropę. Oprócz ropowicy „Bystry” zaraził się również tyfusem. Grzegorz Zalewski „Krystyn” wspominał, że ludzi, którzy nie byli w stanie iść o własnych siłach zabijali funkcjonariusze SS, którzy podążali około pięćdziesiąt metrów na kolumną. Maria Chytrowska „Myszka” widziała, że „kto upadł, to już nie wstawał”, a „po rowach, po bokach trupy leżały”.

Fragment mapy, Wojskowy Instytut Geograficzny, 1936, Zbiory Biblioteki Narodowej
Ewakuację morską przeżyła Anna Dalecka „Czarna Hania”. Chorowała na flegmonę, zapalenie nerek oraz zapalenie oskrzeli. Na drogę dostała kawałek suszonej koniny, kawałek chleba i margaryny. Więźniowie zostali przewiezieni kolejką wąskotorową do Mikoszewa (Nickelswalde). Stąd barki zabierały więźniów w kierunku Helu. Dochodziło do strasznych scen podczas przeganiania przez funkcjonariuszy wykończonych mas ludzkich. Nastało gwałtowne bombardowanie. We wspomnieniach „Czarnej Hanki” pozostał obraz przepołowionego olbrzymiego statku. Na wodzie zrobiło się czarno od tonących ludzi. Wszechobecna była panika, rozpacz i dezorientacja.
Na barkach panował głód i choroby. Umierający byli wyrzucani za burtę. Transportowanych ludzi stłoczono na niewielkiej powierzchni. Ciężko było oddychać. Nie było możliwości rozprostowania się. Ludzie tkwili w jednej pozycji. „Czarna Hanka” wspominała, że ugryzła czyjąś rękę sięgającą po jej najcenniejszy skarb, ściskane mocno zawiniątko z żywnością. Zbigniew Warzyński „Mały” wspominał: „Tymi barkami płynęliśmy przez pełne morze, nie dostając nic do jedzenia, ani wody nawet do picia. Wodę piliśmy z morza”. Tragicznie zakończyła się ewakuacja dla warszawiaka Tomasza Michalkiewicza. Dnia 27 kwietnia jedną z barek został dotransportowany na Hel, potem trafił do południowo-wschodniej Danii. Nie było mu dane wrócić do rodziny. Zaraził się tyfusem. Choroba wyniszczyła organizm. Zmarł 23 maja 1945 r. w Polsce zostawił żonę i maleńkiego synka Jasia.