Andrzej Ginter „Kalina”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Andrzej Ginter, lat osiemdziesiąt pięć, pseudonim „Kalina”, kapral w czasie Powstania. Służyłem w Pułku „Baszta”. Pierwsze tygodnie w poczcie dowódcy Batalionu „Bałtyk”, Ladenbergera, „Burzy”. Potem zostałem przeniesiony do kompanii B-1, naprzeciwko domu Wedla, placówka była na Olesińskiej. Potem kanały, potem niewola i...

  • O tym wszystkim chcemy się dowiedzieć, ale teraz ważny jest początek. Od czego się wszystko zaczęło w pana wypadku? Na przykład konspiracja.

W ZWZ byłem w 1941 roku, a potem do AK.

  • Proszę powiedzieć, kto pana wciągnął, kiedy była przysięga?

Wciągnął mnie Sławomir Słubicki, a jego brat, porucznik, był moim dowódcą, bardzo odważnym człowiekiem. Chodził, polował na pistolety niemieckie. W bramie tłukł Niemców i zabierał pistolety. I złapali go. Jego ojciec miał sklep gumowy w czasie okupacji i miał kontakt z gestapo. Jak jego złapali, to poszedł do gestapo, do tego Niemca, żeby go wykupić, a on mówi: „Panie Słubicki...”. [Syn] miał pseudonim „Jurgis”. Ten pułkownik mówi: „Panie Słubicki, spóźnił się pan dwie godziny. Pański syn zabił dwóch Niemców, jednego popielniczką, aż mu mózg wyleciał, i drugiego też zabił. W tym pokoju go butami zatłukli Niemcy” – a dwóch zabił jeszcze. On nie dwóch, bo wielu zabił!

  • I jego brat pana wciągnął?

Jego brat przeżył wojnę, zdobywał Wilno, w partyzantce był. To on mnie wciągnął do ZWZ, a potem przyszedłem do AK.

  • A jak pan wszedł do ZWZ, to pan był jeszcze bardzo młody, można powiedzieć.

Siedemnaście lat miałem.

  • I mimo to już przyjmowali?

Tak. Siedemnaście lat.

  • Kiedy pan składał przysięgę?

Siedemnaście lat jak miałem. Przysięgę przyjmował kapitan „Grot”, lekarz.

  • Pamięta pan ten moment?

Nie bardzo pamiętam.

  • Ciekawa byłam, jak wyglądała taka przysięga, oprawa tego wszystkiego?

Druga przysięga, to była właściwie [...] nie przysięga, tylko nominacja na podoficera. To mnie uratowało w Powstaniu, dlatego że mówi: „Jesteście kapralem? Kiedy dostaliście nominację?”. Mówię, że pamiętam: „Rozkaz numer trzynaście czy czternaście podpisał komendant kolegium „Nurt”. On się zdziwił – zgadzało się, znał tego oficera. [...] Ale do końca Powstania byłem pod obserwacją. Tak że w niewoli, jak byłem... To ciekawe, że uciekłem z niewoli!

  • Ale to już będzie późniejsza sprawa, dobrze?

A z niewoli stamtąd nikt nie uciekł.

  • Stamtąd, to znaczy skąd?

Ze Skierniewic, z obozu.

  • Aha, dobrze, a...

Chwileczkę. I byłem... Jerzy Kłoczowski, wie pani, kto to jest?

  • Znam. Profesor z Lublina.

Mam tutaj jego zdjęcie. W zeszłym roku Julek Powałkiewicz, pani zna tego Powałkiewicza…

  • Znam, tylko nazwisko mi się nie skojarzyło.

Mówi: „Słuchaj, jest w Warszawie Kłoczowski. Jak chcesz, to facet do niego idzie”. Leżałem w Skierniewicach obok niego, tylko ja byłem zdrowy i chciałem uciec. Wchodzę do niego, on siedzi, tak się patrzy i mówi: „Poznaję cię!”, tak krzyknął. Rok temu! Sześćdziesiąt lat mnie nie widział czy sześćdziesiąt pięć. Mówi: „Poznaję cię, śpiewałeś mi piosenki o gołąbku”. – „Zgadza się”. A dlaczego wydostałem się z niewoli? Przecież z niewoli nikt nie uciekł.

  • Proszę pana, rozbudujemy ten wątek, natomiast chciałabym, żeby opowiadać chronologicznie. Proszę mi powiedzieć, jak wyglądały ewentualne ćwiczenia w ZWZ. Czego was uczono, do czego przygotowywano?

Ze szczotką myśmy ćwiczyli, zamiast karabinu. No nie wiem. Rozbierało się broń, składało się broń i co tam... Miałem podręczniki wojskowe, nawet się zachowały.

  • Podręczniki mieliście?

Tak, wojskowe ZWZ.

  • Kto był szkolącym? To byli oficerowie?

W pierwszym rzędzie był „Jurgis”, który zginął, a potem był taki plutonowy. „Jurgis” Słubicki się nazywał. Jego brat, Sławomir Słubicki, był w partyzantce i zdobywał Wilno. Potem po Powstaniu wrócił tutaj. Nie był w Powstaniu, bo zdobywał Wilno. Też był bardzo odważny, bo brał udział w różnych akcjach. A brat mój też był w AK, tylko dwa lata temu zmarł w Kanadzie, a był na Żoliborzu.

  • Proszę powiedzieć, pana przygoda ze strażą ogniową, to był jaki okres?

5 lutego 1944 roku.

  • Ale 5 lutego to był już wypadek, tak?

Tak. A wtedy służyłem półtora roku w straży już.

  • To było w czasie akcji strażackiej, tak?

Jechaliśmy do ognia.

  • Na Woli?

Na Woli. Z okien wydobywał się dym, ogień. Ruszyliśmy... Takie bosaki były długie i w momencie jak myśmy to poruszyli to... Koniec!

  • Nastąpił wybuch?

Taki wybuch, że Niemcy się spalili. Trzech żandarmów się spaliło. A my, ponieważ byliśmy w ubraniu i w hełmach, to hełmy nam spadły na twarz, a ubrania się zupełnie spaliły. Na zdjęciu są buty takie, co... I ubranie, co sierżant stoi, ogląda.

  • Pan z kolegami byliście ciężko poparzeni?

Trzeciego stopnia.

  • Ojejej.

Tak jak górnicy.

  • Jak długo trwała rehabilitacja?

Do Powstania.

  • Do Powstania... I potem pan jednak wstąpił i działał?

Bo do Powstania poszedłem, to jeszcze rękę miałem zawiniętą, tą, bo ta najwięcej dostała. Nie ma na niej skóry, po tylu latach. I to tutaj też. A dwadzieścia pięć lat to miałem pod brodą biały hełm, ten... Pasek taki.

  • Od hełmu?

Bo pod paskiem się nie spaliło. I się śmiali, jak na studiach byłem, mówili: „Zdejmij ten pasek”. Oj, Boże...

  • Gdzie pana zastała godzina „W”?

Na Mokotowie.

  • Już na miejscu koncentracji?

Nie, jechałem na Wolę, ale Powstanie zastało mnie na Mokotowie i wyskoczyłem z tramwaju, który Niemcy ostrzeliwali, i zgłosiłem się do naszego oddziału. Rodziców żeśmy wywieźli do domku starego przed Powstaniem i przyszła kobieta, co nosiła mleko do nas, taka Domańska. Niech pani patrzy, jacy ludzie. Powiedziała, że widziała mnie zabitego w rowie, i matka ze dwa tygodnie chodziła, modliła się. Aż dopiero [pani] doktór Szymankiewicz do Zalesia szła i kartkę przyniosła, że żyję. Tacy są ludzie! Widziała mnie zabitego, cholera.

  • Jak się rozwijała sytuacja od samego początku Powstania?

Byłem w poczcie dowódcy batalionu. Mieliśmy łączność z kompaniami poszczególnymi.

  • Jaką łączność?

Było sześciu chłopców, którzy byli łącznikami. Dostawali meldunki od majora „Burzy”, który był dowódcą tych trzech kompanii, i szli do kompanii i przynosili odpowiedź. Jeden raz to Marta zaniosła, nie chcieli. Bali się, cholera.

  • Proszę opowiedzieć o historii z Martą, ciekawą postacią, niebywałą.

Miesiąc przed Powstaniem ja się z nią spotykałem. Mówi: „Przyjdź na Grażyny, róg Puławskiej”. Ten dom stoi, róg Grażyny i Puławskiej, i to mieszkanie jest niezburzone na czwartym piętrze.

  • To była pana dziewczyna po prostu?

Jedna z wielu, bo człowiek był, latał. W tym wieku, jak człowiek służył w straży, kazali mu po nocy chodzić, to przecież latało się za tymi babami bez końca. Ona mnie zaprosiła. Przyszedłem tam na czwarte piętro. To był pokój z kuchnią i kuchenka była w przedpokoju. Pokażę pani, miałem czarną skórę z oddziałów wojskowych pancernych. Pancerna skóra, piękna, mam zdjęcie. Zdjąłem tą skórę, a ona przyrządzała kolację. Patrzę przez drzwi – dzwonek. Wpada Niemiec, ona rzuca się na niego i leżą na ziemi i się szamocą, a ona krzyczy: „Uciekaj!”.

  • Do pana krzyczała?

Tak. „Uciekaj!!!”. Złapałem tą skórę, bo jej szkoda było, wyskoczyłem, a brama była taka, takie było okienko, przez które ona wchodziła. Wyskoczyłem przez to okienko, a jak byłem już na dole, to usłyszałem buty podkute, jak on leci za mną. Wyskoczyłem z bramy i myślę sobie: „On będzie mnie gonił do Puławskiej przecież”. Stanąłem w bramie po prawej stronie i mówię: „Jak on będzie tu szedł, to trzasnę go, zabiję i koniec”. Ale słyszę, jak zatrzymał się i [poszedł] do Puławskiej. To ja wtedy tego, [uciekłem]. Ona potem list przyniosła do dozorczyni. Napisała, że się nie miała [gdzie] zatrzymać, że to koleżanka, bo jest Niemką... I tak wyjaśniła to, a ja zgłosiłem to do naszego oddziału. Ten fakt zgłosiłem, ale nie zajęli się, bo to już było [tuż] przed Powstaniem. A potem, jak Powstanie wybuchło, to ją zobaczyłem, jak chodniki zbiera i barykady buduje.

  • To na jej korzyść świadczyło.

Ona mówi: „Słuchaj, miałeś do mnie zastrzeżenia pewnie, a widzisz, ja...”. I wtedy już ją zabrałem do majora „Burzy”.

  • Odzyskała pańskie zaufanie.

[...] Jak rękami buduje barykadę? W Powstaniu byłem z nią parę dni tam jeszcze.

  • Ale potem, mówi pan, że po dwudziestu dniach Powstania aresztowali was?

Tak.

  • Jak to wyglądało?

Nie wiedziałem, jak ją zabrali. Bo ją zabrali, jeszcze miała rakietnicę, którą jej dałem, to ją zabrali, a do mnie przyszli... Odpięli mi pas, zabrali broń [...].

  • Czy ktoś z pańskiego oddziału? Kto was zaaresztował?

Nie, to byli ci z żandarmerii.

  • Żandarmeria?

Tak. Jak ta ulica się nazywa, na Mokotowie? Taka duża ulica. Malczewskiego. Oni na Malczewskiego stali i tam nas ogrodzili. Byłem w głupiej sytuacji.

  • Pan wiedział, o co chodzi?

Jak przyszedłem, to się dopiero dowiedziałem. Ją wypuścili. Spojrzała się tak na mnie, a była taka jak ziemia, taką miała twarz ze strachu, bo powinna być rozstrzelana przecież. Głupio zrobili, że jej nie rozstrzelali. Ale nie oskarżała mnie, bo się bała, że jak mnie oskarży, to ja coś na jej [temat] powiem więcej.
  • A jak się wyjaśniła pana sytuacja?

Przyszedł „Reszka”.

  • Kto to był?

Dowódca pocztu. „Reszka” Sokołowski się nazywał. Powiedział tą naszą rozmowę sprzed czterech czy pięciu dni. „Słuchajcie, chłopaka nie zamykajcie, bo służy w straży. Po wódce był, babę poznał i mnie to wszystko mówił”. Wtedy mnie wypuścili. Ale niemieckie nazwisko, nikt mnie tam nie zna... Bo na Woli chłopcy byli tacy, co mnie znali. Tak że sytuacja była...

  • Czyli wrócił pan do swojego oddziału potem?

Tak. Znaczy mnie nie zamknęli w ogóle. Tylko przesłuchali i wróciłem z powrotem. Do końca, jak byłem w obozie, to „Burza” mi powiedział, że” „Byłeś...”.

  • Podejrzany.

Nie. „Pilnowaliśmy ciebie”. „Burza” to był dowódca batalionu, taki wojskowy przedwojenny. U niego byłem...

  • Batalion „Bałtyk”, o którym pan mówił?

Tak, Batalion „Bałtyk”, major „Burza”, Ladenberger się nazywał. Major Ladenberger. Miałem przygodę z nim po trzech dniach Powstania. Wie pani, jak się rozmawia z chłopakami. Słyszeliśmy artylerię rosyjską. Drugi dzień, trzeci dzień, cisza. Mówię: „O, to już klops. Rosjanie nam nie pomogą”. A ten chłopak mnie zameldował do dowódcy, do raportu.

  • Że sieje pan defetyzm, tak?

Tak. Dowódca, bardzo taktowny człowiek był, mówi do mnie: „Słuchajcie, to, co wy wiecie, to chowajcie dla siebie, a nie dzielcie się tym z kolegami”. Tylko to powiedział. Miałem rację, że nie pomogą. Podeszli, słychać było kanonadę, a potem cisza. Koniec. Samoloty latały, bombardowały jak cholera. A ruskie samoloty nie pokazywały się w ogóle, specjalnie. Przecież Stalin chciał, żeby Powstanie zdusić.

  • Jak wyglądały działania bojowe, akcje zbrojne waszego batalionu?

Przeważnie żeśmy zajmowali domy, z których Niemcy się ewakuowali. Tak że właściwie ten teren zdobyczny, to był taki, z którego Niemcy się wydostali. W pierwszych dniach Powstania na rogu Naruszewicza i Puławskiej był sklep. „Burza” mówi: „Słuchaj, idź no, podpal ten sklep, dlatego że Niemcy są na górze i chłopaków nam zabijają”. I poszedłem jako strażak podpalać ten sklep.

  • Ładne rzeczy.

Tak. Ale w międzyczasie zeszła kobieta i powiedziała, że Niemcy się chcą poddać. Było dziesięciu czy dwunastu lotników. Poddali się, tak szli. I przeżyli Powstanie.

  • Ci Niemcy?

Ci Niemcy przeżyli Powstanie i potem, jak byliśmy w tym... Jak się nazywa? Do niewoli, jak wzięli nas w tym...

  • W obozie?

Nie, przed obozem. Ten taki ten...

  • Przejściowy?

Taki bunkier. Nie bunkier, tylko jak to się nazywa? Fort. W Forcie Mokotowskim byliśmy i tam przemawiał von dem Bach, a Marta stała koło niego, cholera. Tam ci lotnicy, co przeżyli, to chodzili i łapali tych chłopaków, co ich bili. Przy studniach ciągnęli wodę, przyszedł chłopak, uderzył go. Pamiętali ich i zaczęli wybierać z szeregu. Wtedy straszny krzyk się zrobił i pyta się von dem Bach: „O co chodzi?”. Nasz oficer, ten, co znał po niemiecku, mówił, a on tak pokazał [machnął ręką], żeby odeszli. Przeżyli ci chłopcy. A oni, skurczybyki, chcieli się zemścić. W obozie, jak siedziałem, w Pruszkowie, przejściowym dwa dni, to też przyszli, chcieli wyłapywać. Ale też protestowali... Gestapo chciało.

  • Jakie pan zapamiętał inne akcje, oprócz akcji podpalania sklepu na Naruszewicza?

Byłem przy „Wedlu”, bo byłem cały czas, znaczy większość Powstania, w poczcie dowódcy batalionu.

  • Jaką funkcję panu przypisywano? Co pan miał tam do roboty?

Byłem zastępcą dowódcy pocztu i wysyłałem chłopaków z meldunkami do dowódców kompanii.

  • Wszelkie kontakty mieliście poprzez łączników, nie było radiowej łączności?

Nie. Łącznicy. Szedł, otrzymywał odpowiedź.

  • Czy także i z przeciwnej strony dostawaliście wiadomości, co się dzieje w Warszawie w innych dzielnicach?

Tak, oczywiście. Mieli nasłuch radiowy. Radiostację uruchomił w Warszawie mój znajomy, Włodek. Włodek, jak się nazywał? [...] Włodzimierz... Potem był sympatią pierwszej żony brata. Maria Ginterowa w Warszawie jest, wysportowana, przed wojną jeździła na konkursy hippiczne konno, potem brała udział w Powstaniu.

  • Dużo jest osób, które mają w domach swoich...

Teraz dzwoni do mnie, mówi: „Oglądaj telewizję o wpół do piątej, bo będą [pokazywać] mój życiorys”. Pokazywali jej życiorys.

  • Jak wyglądało w takim razie zakończenie Powstania, proszę powiedzieć?

Dostałem się do niewoli. 26 [września] weszliśmy do kanałów, a 27 [września] dostaliśmy się do niewoli.

  • 26 września kanały... I którędy szliście?

Szliśmy tą ulicą...

  • Schodziliście przy Dworkowej?

Nie, do Dworkowej żeśmy nie doszli, tylko boczną ulicą żeśmy szli. Nie wiem, jak się nazywa, Olesińska czy jakoś tam.

  • Ale weszliście do kanałów?

Całą noc żeśmy byli w kanałach! Całą noc, dlatego kanały przeżyłem jak najgorszą rzecz w swoim życiu!

  • Proszę opowiedzieć.

Półtora tysiąca ludzi weszło do kanału. Z tyłu krzyczą: „Do przodu!”, a z przodu krzyczą: „Niemcy!”, a ja tu jestem w środku. Zgniatają mnie, siedzę na trupie. A kanał jest taki metr dziesięć. Trup leży, a ja kolanami na nim leżę. Myślę sobie tak: „Jeżeli zobaczę światło, to wyjdę, żeby nawet mnie Niemcy złapali!”. Pięćdziesiąt metrów od Dworkowej zacząłem wychodzić. Wyszedłem, wróciłem na... Jak to się nazywa ta ulica? Za mną zaczęli też wychodzić chłopcy, bo krzyczeli: „Niemcy rozwalają! Niemcy rozwalają!”. Gdybyśmy poszli trochę dalej, to byśmy po prostu zginęli.

  • I to był jeden z tych przypadków, kiedy pan cudem uszedł z życiem, tak?

Tak.

  • Bo wyszedł pan wcześniej, niż była zasadzka niemiecka?

Pięćdziesiąt metrów dalej, sześćdziesiąt, rozwalali. Dlatego... Na Bałuckiego żeśmy weszli do piwnic i oficer niemiecki przyszedł i mówi: „Nie strzelać, jestem bez broni” – oficer niemiecki Wehrmachtu. Myśmy broń zostawili w piwnicy i mówi: „Proszę wychodzić”. Jeszcze po drodze coś było, bo odsunął się, a „ukraińcy” nas wzięli do niewoli. Pięćdziesiąt chłopa, koło pięćdziesięciu. Zaczęli nas rabować. Miałem zegarek srebrny, to urwali to wszystko. Tak trwał rabunek z pół godziny. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają, bo były ustawione karabiny maszynowe na nas. W pewnym momencie przyjechali lotnicy niemieccy i coś się zaczęli kłócić z tymi „ukraińcami”. Tak że „ukraińca” złapał Niemiec i... Odesłali ich i wzięli nas do niewoli ci lotnicy. Poprowadzili. Jeden z żołnierzy odezwał się po polsku do nas. Mówi: „Nie bójcie się. Idziecie do niewoli”. Ślązak.

  • Pierwszy etap to był Pruszków?

Pruszków. Trzy dni siedziałem, a potem żeśmy jechali pociągiem. Oddziały z Puszczy Kampinoskiej się przebijały. Pociąg stał, a walki szły koło pociągu.

  • To znaczy, wy już jechaliście do obozu właściwie?

Do Skierniewic, do obozu. Po drodze walki, oddziały „Okonia” przedzierały się do Gór Świętokrzyskich. Poginęło dużo chłopaków tam, a myśmy tak stali na tym z godzinę, ze dwie. Potem żeśmy przyjechali do Skierniewic, to siedziałem w obozie. Strasznie... To była nie do przeżycia sprawa, bo na jednym boku żeśmy leżeli i takie były wszy, że z koszuli zbierało się je paznokciem. Bo tam już byli partyzanci, leżeli. Oni się zawszyli i nas zawszyli. Chodzę wkoło płotu zrezygnowany, patrzę – doktorowa jest ta... Jak się nazywa? [...]

  • Ale znajoma jakaś postać, tak?

Naprzeciwko nas mieszkali, a on był ordynatorem w czasie Powstania w szpitalu w Skierniewicach. Ona była z Czerwonym Krzyżem i z Rosjaninem chodziła. Jak mnie zobaczyła... Klemczyńska. Doktorowa Klemczyńska. Mówi: „Słuchaj, ja cię uratuję, tylko żeby cię skierowali na – obok był barak rannych – barak rannych”. Tam mnie lekarz skierował i ona podeszła do mnie z ruskim oficerem i mówi: „Jutro będzie kontrola niemieckiego doktora. Jak ciebie tu będę przyciskać, gdzie masz ślepą kiszkę, to nic nie mów, a jak cię puszczę, to krzycz”. Lekarz wiedział to. Odbyła się kontrola, lekarz: „Do szpitala”. W szpitalu leżałem obok Kłoczowskiego dwa tygodnie. On w sąsiednim łóżku.

  • „Piotruś” tą samą drogą wychodził? On też był w „Baszcie”?

Rękę mu urwało, tą... Ale poznał mnie. „Poznaję cię!” – tak krzyknął.

  • Długo byliście w szpitalu?

Dlaczego chciałem go spotkać po sześćdziesięciu latach? Mówiłem do Julka: „Ja go chcę spotkać”, bo zdjęcie jego dał i w albumie, ten album „Mokotów walczy”, tam jestem i ja na zdjęciu [...].

  • Jednym słowem, leżeliście razem w szpitalu?

Z Kłoczowskim.

  • On był autentycznie chory, tak?

Dlaczego go tak nie mogłem zapomnieć? Zaraz to powiem.

  • Tak?

Byłem zdrowy i czekałem, aż mnie doktorowa przeprowadzi. Szedłem korytarzem, a do niego przyjechali rodzice. Matka mówi do niego: „Piotrusiu”. A on rękę wyciąga, a matka [zemdlała]. I ja to widziałem... Powiedziałem mu teraz: „Pamiętam moment powitania z rodziną”, a on mówi: „Tak”. Dlatego to pamiętałem i do Julka mówię: „Pamiętam tego człowieka. Pamiętam, jak tą rękę wyciągnął, a matka [zemdlała]”. Sześćdziesiąt pięć lat i to przede mną... Ten widok, potworny widok. A obok mnie leżał chłopak, którego serce oglądali lekarze, jak bije. Dostał odłamkiem, jak serce było w skurczu i dziura była taka, że oglądali lekarze. Leżał koło mnie, ważył trzydzieści parę kilo, bo już mało jadł. Lekarze prosili: „Nie dajcie mu...”, żeby mu nie dać jeść. Do szpitala przychodziły kobiety z rosołem i nas tak podżywiały. Dały mu zjeść i umarł.

  • To właśnie to spowodowało śmierć, że zjadł?

Jak ważył trzydzieści parę kilo, serce otwarte, a on się najadł rosołu, to skonał.

  • Czy panu zrobiono operację w końcu, skoro pan symulował te bóle woreczka?

Nie, ze szpitala, z baraku rannych, kilometr na wozie z rannymi jechałem do szpitala. Tam gdzie był Kłoczowski. Tam siedziałem dwa tygodnie, bo nie mogła mnie wydostać. Dlaczego? Bo mój brat był sympatią jej córki. Jak siedziałem w szpitalu rannych, to mnie już miała zabrać. Patrzę przez okno, a tutaj Żoliborz przyszedł się napić kawy, a w pierwszym szeregu mój brat stoi. Od razu powiedziałem doktorowej, że Wacek jest tutaj. Na głowie stanęła, żeby go uratować, tak że ja na drugi plan poszedłem. I mówi do niego: „Słuchaj, jak będziesz wracał – bo pili kawę – do pociągu, to rzuć się na ziemię i strasznie krzycz. Ja będę szła i od razu cię...”. I mówi... Była zła na niego, bo idzie kolo niego, ona była Rosjanką z pochodzenia, i mówi Kładnijsa, durak, kładnijsa!, a on idzie, cholera. W końcu się przewrócił i... I Niemiec go zabrał. Dwa dni tylko siedział, bo go wywiozła do Gołkowa, a ja dwa tygodnie czekałem. Dostałem od lekarza ubranie. Miałem listy napisane na Służewską, poczta harcerska. Poczta harcerska, poczta polowa i te listy wróciły do mnie i miałem je przy sobie. Jak lekarz zabierał mój mundur i dał mi ubranie, to zniszczył to ze strachu. Byłyby dobre teraz te listy.

  • Teraz tak.

Przebrałem się, kapelusz włożyłem, okulary. Wieczorem ona – wziąłem pod rękę i Niemiec stoi na warcie. Znał ją. Ona mówi: „Bo panie doktorze” – tego owego, do mnie.... Przeszliśmy, a on zasalutował.

  • Czyli po prostu wyprowadziła pana.

Brata i mnie. Brata wcześniej.

  • Brata również. W takim razie nie miał pan dalszego ciągu w postaci obozu jenieckiego?

Nie.

  • Co pan dalej robił?

Jak żeśmy tutaj wrócili z bratem, to żeśmy cięli drzewo na cegielni. Dostaliśmy Ausweis. Wójt nas zameldował, żeśmy tutaj meldowani, nie w Warszawie. Ojciec to wszystko załatwił. I żeśmy przyszli na wyzwolenia ruskie. Potem pojechałem do Łodzi, bo Prezydentem Miasta Łodzi był, no niestety, jeszcze żyje, cholera, Kazimierz Mijal się nazywał. Komunista. On jeszcze żyje! Dziewięćdziesiąt sześć lat! Zadzwoniłem do niego na Różaną: „Ooo, pan Mijal nie mieszka już”. „A czy pani nie wie, gdzie jest?”. „Jest w domu starców”. I telefon. Zadzwoniłem: „Dzień dobry, Andrzej mówi”. „Kto?”. „Andrzej”. „Aaa, Andrzej”.

  • A jaki miał pan z nim kontakt? Dlaczego pan chciał się z nim skontaktować?

Ojca siostra miała córkę, która była straszną komunistką i jego wciągnęła do komunizmu. A jej ojciec był przed wojną prezesem „Kasy Mianowskiego”, Gniewkowski się nazywał. Zarabiał tyle co dwóch, trzech ministrów. Cztery tysiące zarabiał miesięcznie. Ona była komunistką i malarką. Mam obrazy jej nawet tutaj. Bardzo dobrą malarką była.

  • Jednym słowem, po tej ucieczce ze szpitala...

Pojechałem do Łodzi, zapisałem się na uniwersytet, skończyłem go.
  • Jaki wydział?

Ekonomia. [...] Pracowałem w banku. Potem, jak mnie wyrzucili z banku, mieszkania mi nie dali, to zacząłem handlować. Zegarkami, wszystkim.

  • A dlaczego wyrzucili pana? Czy to było w ramach represji komunistycznych?

No, jak to, przecież wszystkich akowców...

  • Tak. Właśnie dlatego chciałabym, żeby pan ten wątek rozwinął.

Starałem się o mieszkanie, a wtedy...

  • W których latach?

1951, 1952 [rok].

  • Starał się pan o mieszkanie i nie dali?

Nie dali i po prostu mnie wyrzucili z banku.

  • Pracę pan stracił też, tak?

Na zdjęciu w tej książce obok mnie stoi strażak. Nazywa się Florian Wakuliński. Jego syn jest aktorem. Wakuliński.

  • Właśnie, jest takie nazwisko.

Od dziecka go znam. Florek Wakuliński, ja go wciągnąłem do Powstania. Miał pięciu braci i na Flory jego ojciec był dozorcą. Niemcy, jak weszli, to wszystkich chłopaków rozstrzelali, jego braci. A on, że był w Powstaniu, to przeżył. Zawsze mi zawdzięczał to, że go wciągnąłem do AK. Zawsze mówił: „Ty mnie przecież urodziłeś”. Nawet na zdjęciu jest w tym... Stoi z tą kobietą po lewej stronie.

  • Przedziwna historia. Ci, co nie mieli związku z Powstaniem, zginęli.

Jak mnie z banku wyrzucili, miałem dużo kolegów, którzy skończyli studia i byli na stanowiskach, niektórzy partyjni... Ze dwa lata handlowałem zegarkami. Aż w końcu przystąpiłem do spółki, do warsztatu. A ten warsztat, „Zakład Urządzeń Akustycznych i Precyzyjnych”, to był facet, taki cwaniak. Wiedział, że mam znajomości, że on przy mnie będzie istniał. Tylko przychodziłem raz w tygodniu do tego warsztatu. Jak trzeba było coś załatwić, to poszedłem do kolegi, on był wiceministrem: „Stasiu, załatw sprawę”. Do dyrektora Bojeckiego: „Jurek, załatw sprawę”. Istniał dzięki mnie.

  • Rozwinął pan ten cały interes nie dlatego, że był pan dobrym ekonomistą, tylko dlatego że nie miał pan okazji pracować na normalnej posadzie?

Tak. To prywatny warsztat był. Robił urządzenia... Robiliśmy roboty w Centralnej Radzie Związków Zawodowych. Aparaty na pięć języków. Wtedy to była nowość, bo to pięćdziesiąty któryś rok. Sześćdziesiąty któryś rok. […]

  • Czy pan utrzymuje kontakty ze środowiskiem akowskim?

Tak, oczywiście.

  • Spotykacie się?

Nie, tylko 27, 1 sierpnia, na opłatku, na jajeczku, na koncercie. Znam kilka osób z tych chłopaków. Miedzy innymi Julka, co tak jest... Pani też go zna przecież – Powałkiewicz. On się zajmuje tym wszystkim. Rzeczywiście, mam duże uznanie dla niego. Wszystko prowadzi tak... Na jedno oko nie widzi, tak mu zrobił profesor. Mówię: „Słuchaj, mam takiego kuzyna, któremu zrobił lekarz bardzo dobrze operację na oczy”. „Nie, ja mam profesora”. I profesor mu zrobił, że na jedno oko nie widzi. Ale samochód prowadzi.

  • Proszę pana, mówił pan o pięciu przypadkach, kiedy cudem uniknął pan śmierci. Ja tu się doliczyłam na razie dwóch tylko. Z tym pożarem, wybuchem straszliwym i potem ten drugi...

Ten, co zasnęła pijana żona zabitego gestapowca, Brauna, co z tego mieszkania się wydostałem.

  • O, to proszę o tym opowiedzieć, bo mówił pan przed wywiadem jeszcze.

Przecież jak ona zasnęła...

  • Kto to był, proszę powiedzieć?

Ja ją spotkałem, wracając z imienin od Zdzisia Zapolskiego, profesor. Zaprosiła mnie do siebie na Wiejską. Byłem na gazie, więc nie zwróciłem uwagi, że na Wiejskiej mieszkają tylko Niemcy. Jak myśmy tam weszli i zobaczyłem zdjęcia na stole, to pytam się: „Kto to jest?”. „Aaa, to mój brat, Niemcy go zabili, bo obraził Niemca”. Mnie to już drgało, że ona tak to łatwo mówi. „A ten drugi?”. „Aaa, byłam w kostnicy u niego, dlatego tak się spiłam. Zabili go ci bandyci”. „Gdzie?”. „Na placu Teatralnym” – koło straży, koło mnie. To wiedziałem, jak go załatwili. I zasnęła. Tylko uchyliłem drzwi i na paluszkach przeszedłem do bramy, do dozorcy. Wypuścił mnie. Wszedłem na ulicę, mokry byłem ze strachu. Przecież, jakby którykolwiek tam był, na miejscu, by mnie zastrzelił. Na miejscu, od razu, bez sądu.

  • To było przed Powstaniem jeszcze?

Zaraz. To było jeszcze przed poparzeniem.

  • Przed poparzeniem?

Przed poparzeniem. To był 1943 rok.

  • Potem ta pani doktor...

Marta.

  • Właśnie.

A czwarte, to jak bombardowali.

  • A, tak.

Bomba spadła na ulicę Grażyny. Obok zginęła cała kompania chłopaków. A myśmy byli obok. Jak bomba spadła, to dom tak jakby na dół poszedł ze dwa metry. A potem się podniósł. Wychodzimy, a cała broń tam była.

  • Cała kompania zginęła, a wam się udało.

Nie, to drużyna była.

  • Aha. Czyli opatrzność nad panem czuwała, można powiedzieć? Szczęśliwie.

Żebym wyszedł pięćdziesiąt metrów dalej, to też bym zginął.

  • Jakie pan zapamiętał jeszcze szczególne widoki, sytuacje?

Kłoczowskiego pamiętam do dzisiaj, jak tę rękę podniósł, Boże... A on jest odznaczony przez prezydenta najwyższym odznaczeniem państwowym. „Orła Białego” ma. Kłoczowski ma „Orła Białego” – najwyższe odznaczenie państwowe. Przychodzi na zebrania z tą ręką. Ja mu chciałem palca potrzymać. On mówi: „Zostaw, sio”.

  • Tak już to opanował, całe życie.

Tak to opanował. Mam zdjęcia jego, pokażę wam potem.

  • Dobrze.

Jedno zdjęcie mam z gazety wycięte, jak był w Skierniewicach. Młody chłopak, przystojny taki. Wysoki, przystojny…



Piaseczno, 26 października 2009 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt
Andrzej Ginter Pseudonim: „Kalina” Stopień: kapral Formacja: Pułk „Baszta” Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter