Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Antoni Ożóg „Strażak”
Antoni Ożóg
pseudonim
„Strażak”
stopień
strzelec, dowódca drużyny Straży Pożarnej
formacja
Batalion „Zaremba-Piorun”
dzielnica
Śródmieście
Zobacz biogram

Nazywam się Antoni Ożóg. Urodzony 13 czerwca 1924 roku w Putnowicach Wielkich, wsi pod Chełmem Lubelskim. Ojciec mój był małorolnym gospodarzem. Szkołę podstawową skończyłem w Chełmie w 1939 roku.
Wybuchła wojna. Miałem wtedy piętnaście lat. Wróciłem do domu i to był już okres okupacji. W niedługim czasie Niemcy zaczęli robić łapanki do wywózki do Niemiec na roboty. Ojciec w jakiś sposób załatwił przyjęcie mnie do przeciwpożarowej straży zawodowej w Chełmie. Niemcy spodziewali się, że po wybuchu wojny z Rosjanami, znaczy z bolszewikami, będą pożary, więc rozbudowali straż pożarną podwójnie. Byłem tam od 1941 do końca marca 1943 roku. Później okazało się, że o połowę muszą zmniejszyć straż pożarną. Mnie zwolnili, ale tylko na dwa dni, ponieważ na drugi dzień już zostałem zabrany do obozu pracy [„Baudienst” Baudienstabteilung 3-7/404 Chełm]. To było w Chełmie. Później nas przewieźli do Niemiryczowa i Chotczy nad Wisłą, [to jest] między Puławami a Dęblinem. Budowaliśmy most [pod] tory kolejowe [przez Wisłę]. Tam byłem do października. Wówczas z kilkoma kolegami [Tadeuszem Zbieradą, Bolesławem Sobieszczańskim, Józefem Brzuchalą i jego bratem Zygmunetem Brzuchalą] zrobiliśmy sobie urlop, uciekliśmy do domu. Oczywiście, w domu nie było [to] mile widziane. Rodzice wiedzieli, że będą konsekwencje. Namawiali, żeby wrócić do obozu, ale myśmy nie chcieli wrócić.
Mieliśmy wtedy po osiemnaście lat. Była już partyzantka w okolicach i oczywiście, [będąc] w kontakcie z kolegami, wstąpiliśmy do oddziału partyzanckiego. To był 1943 rok. Miejsce naszego działania znajdowało się między Krasnymstawem, Chełmem, Hrubieszowem i Zamościem; na tych terenach. [Gdyby żandarmi któregoś z naszych złapali, to go mogli zabić na miejscu lub odwieźliby do obozu Majdanek w Lublinie].
Zima zaczęła się bardzo ciężka, była bardzo śnieżna. Właściwie żeśmy nie walczyli z Niemcami, tylko robiliśmy sabotaż. Niszczyliśmy mleczarnie, napadaliśmy na gminy, podpalaliśmy, niszczyliśmy dokumenty gmin. Jeżeli chodzi o posterunki, tylko żeśmy postraszyli. Podchodziliśmy, strzelaliśmy, ale nie było mowy o zdobyciu, bo posterunki żandarmerii, policji polskiej, były w budynkach murowanych, zabarykadowane. Tak że trzeba było ciężkiej broni, żeby je zdobyć. Ale trzeba było ich postraszyć, żeby nie wychodzili w nocy, kiedy myśmy dopiero działali. Natomiast rano musieliśmy się gdzieś ukrywać, w jakiejś wiosce. To był mroźny okres, spaliśmy przeważnie w stodołach albo w oborach. Jak był ciężki mróz, to w oborach, dlatego że mieszkania nie były zbyt duże i rodzina danego gospodarza nie mogła nas [wszystkich] przyjąć. Dowódca był w mieszkaniu, ale reszta żołnierzy była w oborze, gdzie było cieplej trochę. [W tym czasie oddział nasz liczył kilkunastu żołnierzy. To były resztki. Główne siły i prawie całe uzbrojenie oddziału poszło w lecie 1943 roku za Bug, ratować Polaków przed rzezią].
Ojciec napisał do swojego szwagra do Warszawy, jaka jest sytuacja. Wujek właśnie przysłał zezwolenie na wykupienie biletu kolejowego. Wtedy nie można było nawet kupić sobie biletu kolejowego i jechać. Przysłał mi więc zezwolenie, w kopercie było, z podpisem starosty – po niemiecku to się nazywało – starosty chełmskiego. Ojciec zawiadomił mnie pocztą pantoflową, ażebym zgłosił się do domu, bo ma dla mnie bardzo ważną pracę. Przyszedłem, byłem wtedy w odległości kilkunastu kilometrów od domu. Dowódca się dowiedział, sam mi przekazał wiadomość, mówi: „Nie wiadomo, o co chodzi, może ktoś nie żyje, może coś. Wracaj. Następnego dnia będziemy już o parę kilometrów [dalej], w innym miejscu, tam nas szukaj”. W nocy przyszedłem do domu i dowiedziałem się, że jest pismo, że mogę przyjechać do Warszawy, mogę się ukrywać, gdyż [są] doskonałe warunki. To było teoretycznie. Oczywiście, nie mogłem podjąć sam [decyzji], bo to jednak partyzantka. Mimo że mówią, iż to „armia królowej Jadwigi”, dyscyplina była może większa niż niejednej armii zawodowej. Każde wykroczenie, [zachowanie] wbrew rozkazowi było karane śmiercią, nie było żadnych ale.
Wróciłem więc do swego oddziału i powiedziałem, jaka jest sytuacja. Dowódca (Wacław Nejman się nazywał, pseudonimu już nie pamiętam) powiedział, że jeżeli chcę, to on wyraża zgodę, mogę jechać. Ponieważ był wówczas grudzień, do wiosny jeszcze daleko (więcej straciliśmy czasu na ucieczki różne po lasach, po wertepach, przed Niemcami, bo na nas ciągle obławy robili, a było o tyle łatwiej, że wszędzie był śnieg, nigdy nie szliśmy drogą, tylko przez wertepy, przez ośnieżone pola, lasy i tak dalej), więc były warunki bardzo ciężkie. Tym bardziej, że okolice były wygłodzone, kontyngenty wszystkie Niemcy zabrali, nie mogli się gospodarze za bardzo dzielić z partyzantami. (Chętnie by dawali. Co mogli, to dawali, ale niewiele mogli.)
Powiedział, że do wiosny mogę jechać. Mówi: „Jeżeli masz warunki, to możesz jechać”. Następnego dnia przyjechałem do domu, wróciłem i tej samej nocy pojechaliśmy do Chełma. Poszedłem na stację kolejową wykupić bilet. Przed dworcem pożegnaliśmy się z ojcem, może już więcej się nie zobaczymy. To było w ogóle wszystko zaciemnione. Kiedy otworzyłem drzwi, wszedłem na halę, oślepił mnie blask. Okazało się, że na hali dworcowej jest pełno Niemców, cywili jest bardzo mało. Wojskowi są i żandarmi, i policja. Nie wiedziałem, czy obławę mają, czy coś, ale już jak otworzyłem drzwi, nie mogłem się cofać. Przeszedłem, ale nie zwracali na mnie uwagi. Znałem Chełm i stację doskonale. Podszedłem do kasy wykupić bilet. Wyjąłem dokumenty swoje, kenkartę i zezwolenie od starosty na wykupienie biletu. Starszy pan (około pięćdziesięciu lat) spojrzał na mnie, spojrzał na dokument, jeszcze raz na mnie, a okienko było nieduże, pokiwał głową. Już miałem nogi galaretowate, już uważałem, że na pewno ma jakiś przycisk alarmowy i przyciśnie, a tu przecież, na wyciągnięcie dosłownie ręki, wszędzie było pełno żandarmów. Wreszcie patrzę, sięga do szafy, gdzie miał bilety, wyjął, skasował, oddaje mi dowód i daje mi bilet. Ochłonąłem trochę z pierwszego wrażenia, odszedłem dalej, ale o tym, żeby gdzieś usiąść nie było mowy. To była już godzina nad ranem, więc pytam się (bo nie było rozkładu jazdy, tylko zawiadamiali) [przez głośniki], o której pociąg odjeżdża. Okazuje się, że pociąg odjeżdża o ósmej, a jeszcze ciemno było, może godzina siódma, może przed siódmą.
Atmosfera przebywania między Niemcami tak na mnie podziałała, że czuję, iż nerwowo nie wytrzymam, że popełnię jakieś głupstwo, jakieś coś, że zwrócę na siebie uwagę, a tylko o to chodziło, żeby zwrócić uwagę, żeby mnie chcieli wylegitymować. Mnie żandarmeria szukała, więc wiedziałem, że zatrzymają od razu. Wyszedłem na peron, jak przechodzili kolejarze, pytam się, gdzie stoi pociąg do Warszawy. Mówią: „Trzeci tor, stoi dalej”. Podszedłem oczywiście, na razie wagony stały na bocznym torze, szyby [w oknach] niektóre powybijane, niektóre zatkane dyktą albo jakąś tekturą. Wszedłem zaraz do pociągu, patrzyłem, żeby chociaż było zatkane, żeby za bardzo nie wiało. [Za oknem było kilkanaście stopni mrozu]. Usiadłem, siedzę. Za chwilę przychodzą, cała grupa Ukraińców na służbie niemieckiej. Było ich kilku, zajęli jak raz przedział obok mnie. Byli bardzo weseli, [widocznie] sobie podpili. Teraz bałem się, że któryś jeszcze rozejrzy się, zobaczy Polaczka, wezmą mnie do grona. Obawiałem się, wyjść nie chciałem na korytarz, żeby mnie nie zobaczyli. Z drugiej strony, nie zaglądali do mnie, siedzieli sobie, ale wszystko słyszałem, bo to cienkie ścianki przedziałowe. Za jakiś czas zaczęły wchodzić kobiety z zakupami. Przewoziły zakupy do miasta, tak zwane handlarki.
Pociąg ruszył, jedziemy. Ujechaliśmy może godzinę, może nie, w każdym razie przed Rejowcem, za Zawadówką-Rejowcem pociąg stanął. Już było widno, słońce świeciło, piękna pogoda, słoneczna, mroźna. Pociąg stoi. Po pewnym czasie wchodzą konduktorzy i [mówią]: „Wszyscy wysiadać z pociągu!”. Szum się zrobił, wysiadamy. Pełno Niemców naokoło, wszystkich z pociągu wyrzucają, stawiają nas w kolumnę. Nikt nie wie, co jest. Mówią, że jakiś zamach był. Jakieś szepty, ale każdy się boi coś powiedzieć, bo nie wie, z kim rozmawia. Zdałem się na los – co będzie, to będzie. Wreszcie Niemcy z psami otoczyli naszą kolumnę (to było może dwieście osób) i prowadzą nas wzdłuż torów. Dochodzimy może z pół kilometra dalej, patrzymy, a tu spiętrzone wagony, lokomotywa do góry kołami leży obok torów. Para bucha z kotłów, pełno Niemców, krzyk, wrzask, szczekanie psów. Spiętrzyły się wagony. Po prostu [koledzy partyzanci] rozkręcili szyny.
Myśmy też to robili, więc z satysfakcją dopiero zobaczyłem swoją robotę. Nigdyśmy bowiem nie widzieli swojej roboty. Jakeśmy rozkręcili szyny, to żeśmy jak najdalej starali się z tego miejsca uciec. Widziałem więc, że koledzy zrobili to samo. Ominęliśmy to całe pobojowisko. To jakiś pociąg jechał na front, bo leżały szczątki różnej broni i tak dalej, i tak dalej. Ostatnie wagony to jeszcze stały na torach, nie były ruszone, ale od połowy to wszystko leżało.
Później przeszliśmy to, minęliśmy, jeszcze z kilometr doszliśmy, zatrzymaliśmy się. Za jakiś czas przyjechał pociąg od strony Lublina i wszystkich nas załadowali. Nie było rewizji, nie było legitymowania, weszliśmy wszyscy do pociągu. Jak tylko wyjechaliśmy, pociąg przejechał Lublin, kontrola, dwóch żandarmów, dokumenty. Oczywiście, dokumenty pokazuję, bilet, wszystko; sprawdzili. „A bagaż?”. Bagażu nie miałem, bo co miałem mieć? Mówię: „Nie mam”. „Jak to, nie ma bagażu?”. Wszyscy mieli. Ten jakieś ziemniaki wiózł, ta jakąś mąkę, tamten kaszę, każdy, kto jechał, jakiś bagaż miał ze sobą. Ja nie miałem nic. Miałem zapasową bieliznę, miałem chyba jakiś kawałek chleba i słoninę na drogę, i to wszystko. Popatrzył na mnie i wyszedł. Myślę sobie: „To dobrze”. Usiadłem, jadę, ale nie upłynęło kilkanaście minut, otwierają się drzwi i od razu do mnie: Komm! Wychodzę na [korytarz], mówi: „Bagaż!”, żebym zabrał swój bagaż. To sięgnąłem na półkę, bagaż wziąłem, wychodzę, a dwóch czeka na korytarzu i: Hande hoch! Podniosłem ręce do góry, zaczęli mi rewizję robić. Wszystko sprawdzają, dokumenty. W porządku, nic nie ma. Bagaż otworzyli, może myśleli, że to jakiś kurier, jakiś łącznik, w każdym bądź razie sprawdzili – nic nie ma i zaczęli między sobą dyskutować. Ale nic nie wyszło, popatrzyli na mnie i kazali mi wejść z powrotem. Dalej już było bez żadnych emocji.
Pociąg przyjechał do Warszawy, na Dworzec Główny przy Marszałkowskiej. Okazuje się, że jest godzina policyjna. To już była dziesiąta, więc godzina po godzinie policyjnej. Miałem się zgłosić na Hożą, dosłownie bardzo blisko przecież, ale przyjezdnych dużo powysiadało na Dworcu Wschodnim, tak że na Śródmieściu już bardzo mało było ludzi; zatrzymali się na głównej hali, na parterze. Wyszedłem, ale już [wcześniej] zaprzyjaźniłem się w drodze z jednym młodym i wróciliśmy do hali. Był warszawiakiem, miejscowym i pyta się, czy mam przepustkę nocną. Mówię: „Nie mam, bo liczyłem, że gdzieś po południu będę w Warszawie”. (Bo od ósmej rano do dziesiątej wieczorem trwała podróż z Chełma do Warszawy.) Mówi: „Ja też nie mam, ale będę kombinował”. On znał to wszystko, a ja pierwszy raz w Warszawie. (Wprawdzie byłem już raz przedtem, ale tylko jako normalny pasażer.) Wróciłem. Mówi, żebym nie ryzykował: „Lepiej poczekaj do rana”. Na hali było sporo osób cywilnych, ale i Niemców było bardzo dużo, mundurowi różnej kategorii. Usiadłem sobie na ławce, siedzę, „Trudno, trzeba do rana poczekać”. Patrzę, że chodzą patrole. Podchodzą, wytypują jakąś osobę i: Komm! – dokumenty sprawdzają. Dobrze. Potem inną osobę zabierają na komisariat, na tak zwaną wachę. To myślę sobie – tak się popatrzyłem – „Nie ma się gdzie schować”. Normalnie, hala bez żadnych urządzeń, więc nie ma się gdzie skryć.
Jednak gdy przechodziłem z boku, widziałem mniejsze pomieszczenia, gdzie można było. Ławy były, stoły, że można zjeść coś. Widzę, że patrol przeszedł, mnie minął, widzę, że już są do mnie tyłem odwróceni, to między innymi osobami wycofałem się do pokoju, gdzie można było posiedzieć sobie. Ale wchodzę, a tam nie ma nikogo, pusty. Więc patrzę – drzwi, a za drzwiami piec kaflowy, dość duży, a tu była sala. Wzdłuż sali była ława. Usiadłem sobie za piecem. Ale od pieca do ściany była przerwa. Ciągle patrzę w tę lukę: „Ktoś będzie wchodził, będę widział, kto”. Już przedtem kilka razy spoglądałem, czy na mnie nie patrzą. Wiedziałem, że kilka razy na mnie spojrzeli wachmani, którzy tam przechodzili. Myślę sobie: „Oj! Jest niebezpiecznie. Coś zaczynają się mną interesować”. I dlatego wyszedłem z tego miejsca. Później, za jakiś czas widzę, że wchodzą do tego pustego pomieszczenia. Weszli, stanęli, popatrzyli naokoło, nie ma nikogo. Wyszli. To był moment chyba najbardziej ryzykowny, gdy mogłem nie dojechać do celu. Później był już ranek, o ósmej wolno było wychodzić. Już wtedy zaczęli przychodzić do sali pasażerowie i już wyszedłem na ulicę, i poszedłem do domu [na ulicę Hożą 68]. To był okres, kiedy przyjechałem do Warszawy [już na stałe. Jak się okazało, w Warszawie pozostałem już do końca życia].
  • Co pan robił w Warszawie później?

[…] Teraz okres okupacji, od mego przyjazdu do Powstania. To było bardzo krótko. Zatrudniony zostałem na ulicy Ciepłej 24 jako magazynier. Przywozili materiały z getta – rury, belki różne żelazne i tak zwany złom żelazny. Było kilku pracowników, którzy czyścili, montowali część materiałów jako materiał, [pozostała] część [szła] na złom. Przyjeżdżały platformy, wywozili to na stację kolejową do hut. To było moje zadanie – przyjmować i wydawać złom.
Ale miałem trochę czasu, bo po godzinie trzeciej czy czwartej się kończyła praca, zapisałem się więc do Domu Rzemiosła imienia Józefa Piłsudskiego, róg ulic Zielnej i Chmielnej. Tam był Instytut Józefa Piłsudskiego. W czerwcu skończyłem trzymiesięczny kurs spawalniczy, jako spawacz.
W pierwszy dzień Powstania otrzymałem telefon z biura. Dzwoni szef: „Słuchaj, za godzinę żebyś się zgłosił na dworcu EKD na ulicy Nowogrodzkiej. Resztę ci powiem”. Byłem wcześniej. Przyszedł i mówi: „Masz tu klucze od biura i mieszkania – bo na Hożej 68 było biuro i mieszkanie – my z ciocią wyjeżdżamy do Milanówka. Nie wychodź, póki nie wrócimy. Może to potrwać kilka dni, a może dłużej”. Prawdopodobnie wiedział o zbliżającym się Powstaniu. Ja o niczym nie wiedziałem. Mimo że miałem już kolegów w Warszawie. Ale zasada była taka, żeby jak najmniej mówić, żeby jak najmniej o tobie wiedziano. Nikomu nie zdradziłem, dlaczego tu jestem i skąd jestem. Oczywiście, inni też na ten temat nie mówili. Natomiast okazało się, że później w Powstaniu spotkaliśmy się z kolegami, [z którymi poprzednio pracowałem w firmie].
W ten sposób wróciłem do domu. Bo już bym nie doszedł do biura, dlatego że wcześniej strzelanina była na ulicy Wilczej, i już były patrole niemieckiej żandarmerii wszędzie na ulicach, legitymowali wszystkich młodych. Jakoś doszedłem do domu i to był okres przedpowstaniowy. Teraz okres Powstania.

  • To było 1 sierpnia czy jeszcze przed Powstaniem?

Przed Powstaniem – 1 sierpnia, ale to była godzina trzecia, czwarta po południu.

  • Jeszcze proszę mi w skrócie opowiedzieć, jak pan pamięta ten rok spędzony w Warszawie?

Jakie było moje życie w Warszawie?

  • Tak.

Było bardzo ciężkie.

  • Jak pan pamięta Niemców?

Bardzo ciężko było, dlatego że jak byłem [w partyzantce], w terenie, to Niemców widzieliśmy na odległość kilku kilometrów, jak to się mówi. Natomiast tu miałem [z nimi] kontakt, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Mało tego, przyjeżdżali Niemcy z firm niemieckich, którzy interesowali się złomem, bo to dla wojska szło, do hut. Pilnowali, ile tego złomu i tak dalej. Tak że od czasu do czasu wpadali, robili przeglądy, czy czegoś się nie chowa, i z nimi musiałem [współpracować]. Po polsku umieli mówić, ale zawsze byli to Niemcy. [Chodziło im przede wszystkim o metale szlachetne jak, miedź, cyna i tym podobne].
Kiedyś, któregoś dnia, to było wcześniej, słyszę dobijanie się do bramy (a ja tam miałem biuro i tam mieszkałem, żeby jak najmniej wychodzić na ulicę, chyba że z konieczności). Słyszę łomot. Przychodzi dozorca, Stanisław Barszcz się nazywał, i mówi: „Panie Tośku, ktoś się dobija do bramy, do furtki, ale jeszcze nie ma siódmej godziny”. Mówię: „Kto to może być? Przecież robotnicy nie przychodzą o tej porze”. Wychodzę. Wrzaski za bramą, mówię: „Niech otworzy”. Otwiera furtkę, wchodzi [jeden] z NSDAP, z opaską, i kilku Niemców, on z rewolwerem i od razu mnie rewolwerem w twarz uderzył. Przewróciłem się, myślę sobie: „Ktoś pewnie sypnął, że się tu ukrywam”. Wrzeszczy: „Gdzie jest cukier?! Gdzie cukier jest?!”. Zbaraniałem zupełnie. O jaki cukier chodzi? Nic nie wiem. Podniosłem się, krew mi leci, nie mogę rozmawiać, bo zalewa mi oczy. Nos tak mi rozkwasił, że całą twarz miałem zamazaną krwią. Mówię do dozorcy, żeby pokazał. Wziął klucze i poszedł otwierać. Od razu wiedział. Weszliśmy do biura, [Niemiec] wziął telefon i każe mi stać. Stoję, a on przez telefon rozmawia. Znowu się pyta: „Gdzie jest cukier?”. Mówię: „Jaki cukier?”. – „Tu przyjechał samochód z cukrem. Przed godziną czy przed dwoma godzinami. Gdzie cukier?!” Mówię: „Nie ma. Nie było samochodu”. Jeszcze powrzeszczał, pokrzyczał i tamci stwierdzili, że nic nie ma i wyszli. To były takie przygody.
Drugi przykład – telefon mam z biura, żebym przyszedł, bo jakąś sprawę ma do mnie biuro. Idę więc ulicą Grzybowską, może marzec już był, tu sobie spojrzałem na wystawę, tam spojrzałem na wystawę. Patrzę, w odległości paru metrów dwóch żandarmów idzie. To była taka zwana sztrajfa, ich szło od razu kilkunastu. Szli po jednej i po drugiej stronie chodnika po kilku – dwóch, trzech, przerwa dziesięć metrów, znowu dwóch, trzech i tak po jednej i po drugiej stronie. Jeżeli mogli kogoś aresztować czy legitymować, [to robili to]. Przegląd sobie robili ulic. Jak [ich] zobaczyłem, zdębiałem, ale już o tym, żeby się wycofać, nie było mowy. Więc nic, oni sobie rozmawiali. Ale patrzę dalej, trzech stoi i młodą osobę [rewidują]. Ona miała torebkę większą, bo wtedy torebki były do wszystkiego i nie tylko kosmetyki się [w nich] nosiło, ale i inne rzeczy, więc grzebią jej w torebce. Dochodzę, a chodnik nie był szeroki i jak raz zastawili mi cały chodnik tak, że nie mogę [ich minąć]. Albo muszę wyjść na ulicę, na jezdnię, albo się przecisnąć przed murem koło żandarma. Wszyscy zainteresowani są torebką, grzebią. Jakoś trochę luzu zrobiłem, wychodzę, myślę sobie: „No, już jestem w porządku”. Patrzę, a przede mną jeszcze dwóch idzie. Nie, już nerwowo nie wytrzymałem, skręciłem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i przechodzę na drugą stronę ulicy. Ale nie ucieknę, bo widzę, że z drugiej strony też idą. Są w odstępach. Jeszcze idzie dwóch czy trzech. Teraz tak, co robię? Skręcam, prosto idę i na szczęście trafiam na drzwi. Sklepik był, galanteria papiernicza, różne biurowe rzeczy. Wchodzę, ale nic nie słyszę, ani Halt! ani nikt nie krzyczy. Ale zanim przeszedłem jezdnię (to była szeroka jezdnia), to mnie się zdawało, że przechodzę nie wiem, jak długo. Wreszcie chwytam klamkę i wchodzę. Pusto, nie ma nikogo. Rozglądam się, a za firanką coś się poruszyło. Spojrzałem, a właściciel wychodzi i mówi: „Cały czas obserwowałem pana, jak pan szedł. Miał pan szczęście”. Mówię: „Być może”. I widzę, że już przechodzi ostatni patrol. Mówi: „Tak, udało się panu”. Mówię: „Ale to jakoś trzeba... przecież nie mogę wyjść, nic nie kupiwszy, bo może czekają i zapytają się, co kupiłem”. Więc mówi: „No to co pan chce?”. Kupiłem notes. Mam go przy sobie. Notes kupiłem jako symbol. On ze mną całe życie już. Uważałem, że gdyby wtedy mnie wylegitymowali, oczywiście na pewno by mnie zabrali. Ale takich epizodów było więcej. To był tylko jeden z wielu.

  • Czy był pan świadkiem łapanek albo miał pan znajomych, którzy zostali złapani? Czy widział pan egzekucje na ulicach?

Tak. Było kilka. Nie wiem, od której zacząć. Na ulicy Chłodnej. Szedłem. Przed łapankami już chłopcy, harcerze, ostrzegali: „Łapanka! Łapanka!”, żeby nie chodzić dalej. Spojrzałem, nic nie widzę, żadnej łapanki, a potrzebowałem jakąś sprawę załatwić służbowo. Idę dalej, patrzę, a na rogu, już nie pamiętam jakiej ulicy, widzę, że żandarm wychodzi. Wygląda na ulicę, czy ktoś nie idzie. To było w odległości może pięćdziesięciu metrów, może krótszej. Jak on wyjrzał i schował się, to się odwróciłem w tył zwrot i pomału wracam. Chłopak stoi w bramie i mówi: „Aha – zadowolony był – mówiłem, że łapanka”. Ale tej łapanki nie widziałem.
Innym razem jadę tramwajem, szarówka była, gdzieś w okolicy ulicy Chmielnej zatrzymują tramwaje. „Wysiadać!” Na ulicy żandarmi stoją z psami i wszystkich z tramwajów [wyrzucają] na ulicę i pędzą w kierunku Alej Jerozolimskich. Patrzę, że przed nami stoi już kilka tramwajów pustych. Pędzą nas do Alej, dochodzimy i naraz słyszymy salwę. Na pewno jakoś albo dziesiątkują albo w jakiś sposób może chcą... Wszystkich nie mogą rozstrzeliwać. Za jakiś czas znowu salwa, ale już tłum ludzi… Nas dopędzają w okolicę między Chmielną a Alejami Jerozolimskimi, już pełno ludzi. Dochodzimy, a Niemcy prą, żeby jeszcze dalej, jeszcze dalej, żeby być bliżej Alej Jerozolimskich. Wreszcie pytamy: „O co tu chodzi, co się dzieje?”. Trochę się wzniosłem, coś wyższego było, patrzę, że pełno Niemców przed nami, a dalej w Alejach stoją samochody, budy. To był moment egzekucji, przeprowadzonej na rogu Alej i Marszałkowskiej. Jeszcze resztki murów są tam, gdzie jest [obecnie] hotel „Novotel”. Przed murem ich rozstrzeliwali. Byłem świadkiem. Było ich stu dwóch, jak podali później. Tablica jest informująca, że rozstrzelali.
Inny moment, kiedy znowu wracałem z biura tramwajem. Skręcał tramwaj z Marszałkowskiej w Królewską, później [jechał] do placu Grzybowskiego; [następnie] skręcał w Graniczną, jechał do placu Bankowego. Ja uczepiony oczywiście (nigdy nie jechałem w tramwaju w środku, chociaż był nawet pusty, ale zawsze jechałem na stopniach), uwieszony jedną ręką, [tak jak] wisi całe grono przeważnie młodych, jechałem. Na rogu Granicznej i Królewskiej słyszę naraz jakiś trzask za plecami, tramwaj zaczął zgrzytać, przyhamował. Trzask i wszyscy zeskakują ze stopnia. Co się stało? Patrzę, na chodniku leży dwóch Niemców, a jakichś dwóch chłopców odbiera im broń. To byli piloci niemieccy. To widziałem na własne oczy, mieli Bergmana, automat, i odpinali jeszcze pistolet. Od razu tramwaj się zrobił pusty. Momentalnie wszyscy [rozbiegli się] we wszystkich kierunkach, [gdzie] kto mógł. Już miałem w kierunku Ciepłej niedaleko, ale wycofałem się do Marszałkowskiej. Poszedłem aż do placu Adolfa Hitlera wtedy, teraz Piłsudskiego, obszedłem go wokoło, dopiero wróciłem po jakiejś godzinie czy dwóch do domu. Momentalnie, jak powiedzieli, to nadjechała buda żandarmów i od razu, kogo spotkali w pobliżu, łapali i zabierali. Tak że kiedy była jakaś egzekucja czy coś, Polaków przeważnie, to trzeba było szybko opuszczać teren, bo można było dostać niepotrzebnie.

  • Może teraz przejdźmy do Powstania Warszawskiego.

Pierwszy dzień Powstania zaczął się fortunnie i niefortunnie. Pożegnałem się na stacji [EKD przy] Nowogrodzkiej [z wujem Władysławem Sitarzem]. Uważałem, że jeszcze mam dużo czasu, bo jest godzina trzecia. Byłem bez obiadu, więc myślę, że zamiast wracać i pitrasić sobie obiad, wstąpię do restauracji, w której często bywałem, [restauracja znajdowała się] na Hożej, między Poznańską a Marszałkowską. To był tak zwany „Szymon”, „U Szymona”, [tam] chodziło się na obiady. Poszedłem, zamówiłem obiad, siadłem przy stoliku, a obok siedziało czterech w moim wieku, lecz już byli po obiedzie, bo talerze stały, ale ciągle o czymś dyskutowali. Nie zwróciłem uwagi, usiadłem sobie obok, zjadłem pierwsze danie. Naraz patrzę, przez duże witryny okienne widzę, że kilkunastu Niemców stoi na ulicy przed restauracją. Drzwi się otwierają i trzech żandarmów, Feldpolizei, z „szyldami” metalowymi na łańcuchach, wchodzi, trzyma pistolety w pogotowiu. Stanęli przed drzwiami i patrzą się na nas. Siedziałem przy stoliku, obserwuję, nic, ale jem, nie przerywam obiadu. Stoją w odległości kilku metrów. Widzę, że barman wycofał się, bo wie, że za chwilę może być strzelanina. Znowu zerkam na młodych, bo wiem, kto to jest, wyczuwam, że albo przyszli jakiś zamach zrobić, albo [co innego]. Wiem, że nie bezinteresownie siedzą. Niemcy, dosłownie, dwa metry od nich byli. Stali, stali (mnie się zdawało, że ten moment trwa godzinami), coś między sobą porozmawiali i wyszli.
Okazuje się później, spotkałem kolegów z batalionu. Obok na ulicy wylegitymowali go z drugim kolegą. Jeden był ze Wspólnej, to go puścili. Drugi był z Pragi, zabrali go. Ponieważ ja byłem z Ciepłej, z drugiej dzielnicy, to na pewno by mnie zatrzymali; bo co ja tam robię –nie byłoby tłumaczenia. W ten sposób jakoś ominął mnie ten moment nieprzyjemny. Wróciłem na Hożą 68 do biura i myślę sobie: „Taka piękna pogoda”. Wyszedłem, na pierwszym piętrze, na balkonie książkę poczytam. Pełen wrażeń, ale to były ciągle wrażenia. Codziennie były tego rodzaju historie. [...]
Jeszcze taki moment opowiem, to przed Powstanie było na parę dni. Mam telefon, żebym przyjechał do biura i ciotka każe mi iść na Hożą 62, ażebym odebrał bieliznę, bo bielizna była oddana do pralni. Mówi: „Przynieś ją”. Dobrze, poszedłem. Były [tam] jedne drzwi z klatki schodowej na pierwszym piętrze i jak się wchodziło do przedpokoju, [to] nad jednym pokojem było napisane „Pralnia” ([był] szyld), a w drugim [pomieszczeniu] było prywatne mieszkanie. Okazuje się, że prywatne mieszkanie to była tajna drukarnia. O tym nic nie wiedziałem, zielonego pojęcia nie miałem przecież. Więc jak wszedłem, powiedziałem od kogo jestem i po co przyszedłem. Trzeba było wytłumaczyć, po co się przychodzi. Już był kosz przygotowany, stał, i patrzę, a oni z tego drugiego pokoju przynoszą paczki i wkładają mi do kosza i przykrywają wyprasowaną pościelową bielizną. Kosz był wiklinowy i nie był duży, ale to niestety było ciężkie, bo i papier, i bielizna jednak mają swoją wagę. Tylko wyszedłem z bramy – a [odległość między budynkami] 62 i 68 to trzy domy, przecież niedaleko – może przeszedłem sto metrów, patrzę, na wprost mnie idzie „sztrajfa” niemiecka czyli patrol. Idzie ich z dziesięciu. Gdzie będę z tym koszem [uciekał]? Tu pusta ulica, mało [ludzi], jak ktoś [patrol] zauważył, zaraz się chował do bramy i czekał, aż to przejdzie, dopiero wychodził, albo się wycofywał, nie chciał się w ogóle spotykać ani też zatrzymać czy coś. Już widzę, że nie mam żadnych szans ani ucieczki, ani wycofania się, ale był występ. Nad piwnicznym okienkiem był występ i parapet. Trzymam kosz na plecach, wreszcie, przed nimi dosłownie parę metrów, stawiam kosz i trzymam się, i udaję, że mi strasznie ciężko. Oni idą, patrzą się na mnie i coś mówią, śmieją się. Jak popatrzyli na mnie, pooglądali i poszli dalej. Okazuje się zaś, że na balkonie ciotka cały czas obserwowała, jak to będzie. Jak tylko wchodzę, nic nie mówię, ciotka mówi: „No, ale miałeś szczęście”. Mówię: „Dlaczego szczęście? Co? Bielizny nie wolno nieść?”. – „Tak, żebyś wiedział, co tam było. Chodź, [to] ci pokażę”. Przechodzimy do pokoju, ona odkłada [bieliznę]. Już widziała wszystko, mówi: „Patrz, to takie paczki. Stąd twoje zezwolenie od burmistrza z Chełma, to też stamtąd pochodzi”.

  • Czyli pana rodzina była w konspiracji.

Tak. Tu było drukowane zezwolenie z podpisem burmistrza z Chełma.

  • W Warszawie?

W Warszawie.

  • Czy coś pan wiedział o czymś oprócz tego wydarzenia, domyślał się pan, że pana ciotka jest w konspiracji?

Przed Powstaniem? Nie, tak jak mówiłem, nie nawiązywałem żadnych kontaktów, ponieważ taka była zasada: tym lepiej, im się mniej wie. [...]
  • To w takim razie wróćmy do Powstania. Czytał pan książkę na balkonie w pracy.

Tak. Czytam książkę i naraz słyszę potworny wybuch. Dosłownie po drugiej stronie ulicy brama rozerwana, wybuch granatu był jakiś większy. Tam były zakłady jajczarskie tak zwane jajczarnia, to była Hoża 51. To były, oczywiście, magazyny niemieckie. Więc jak wybuch nastąpił, to szybko wszedłem do środka, drzwi otwarte, patrzę, co się dzieje, bo nie wiem, o co chodzi. Słyszę na terenie jajczarni strzały, granaty, wybuchy. Nie biorę udziału, więc nie ma co być za bardzo ciekawskim, bo czasem można oberwać niesłusznie. Wszedłem do środka i nie wiem, co robić. Ale mówiąc szczerze, podziękowałem Bogu, że pozwolił mi doczekać jakiejś akcji zbrojnej, ponieważ już przedtem były rozmowy, że Powstanie wybuchnie wcześniej czy później. Kiedy widziałem, jak Niemcy się wycofują, mówię: „Tylko patrzeć, jak to Powstanie wybuchnie”. Przez te wybuchy skojarzyłem sobie, że Powstanie już wybuchło. Wyszedłem na drugą stronę, od strony podwórza pusto, nie ma nikogo. Cisza, wszyscy pochowali się, nikt nie wie, o co chodzi.
Przeczekałem więc do wieczora. Później dopiero słychać było głosy, wyszedłem na podwórze, już było kilkadziesiąt osób i wszyscy dopiero opowiadali, kto przyszedł, kto nie doszedł do domu i mówili wszyscy, że to już jest Powstanie. Tym bardziej, że niektórzy przyszli już z Alej, z dalszych jeszcze stron, ci, którzy dostali się do domu, po prostu wracali z pracy. Nikt nie wiedział na pewno, ale już wszyscy byli przekonani, że jednak Powstanie jest. Zaczęła się euforia radości – ten pobiegł do domu, przyniósł kiełbasy, tamten półtora litra bimbru i oczywiście wszyscy sobie życzenia składamy, cieszymy się. Ale to była młodzież przeważnie. Starsi tak jakoś na to bardziej sceptycznie patrzyli. Mówię: „Nie ma się co cieszyć, jeszcze nic nie wiadomo, co będzie”. Tak było przez noc. W nocy poszliśmy na strych czy na dach. Włazem wyszliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje na terenie Warszawy. Oczywiście, w różnych punktach były pożary, tu się pali, tam strzelanina, raczej mała. Tam pyk, pyk, tam pyk, jakieś strzały pojedyncze, pożary, nic poza tym. To znaczy, że Warszawa jest nasza, już Niemcy nie mają czym strzelać albo uciekli i Powstanie.
Ale co? W nocy nic nie można. Z samego rana, gdzieś koło godziny dziewiątej, dziesiątej wchodzi dwóch – jeden w wojskowym uniformie polskim i drugi cywil. Oznajmiają oficjalnie, że wczoraj wybuchło Powstanie i Niemcy już prawie opuścili Warszawę. Jeszcze w niektórych punktach się utrzymują, ale to kwestia tylko godzin, może dni, i się oczyści.

  • Przyszli do pana ciotki do domu czy w jakieś inne miejsce?

Nie, oni przyszli na podwórze. Wszyscy mieszkańcy momentalnie zbiegli się na podwórze. Oznajmili, że kto by chciał, choć nie ma przymusu, brać udział w Powstaniu, to niech się zgłosi do komendy na Hożą 62. Ale jak się dostać na Hożą? Chociaż to jest trzy budynki [dalej], cała Hoża jest ostrzeliwana przez Niemców od strony ulicy Chałubińskiego. Ostrzegają, żeby na ulicę nie wychodzić, więc jak się dostać? Trzeba przebijać przejścia przez piwnice i w ten sposób zrobić ciąg pieszy, piwnicami. Oczywiście, chętnych było dużo, natomiast możliwości dużo mniej, bo się okazało, że nie ma czym przebijać otworów.
Całe szczęście, że akurat trafili na przebicia, które były z 1939 roku. Już wtedy, w 1939 roku, były kontakty, przechodzenie z piwnic do piwnic przez przebicia. Ale nie wszędzie były. Tam, gdzie nie było przebić, trzeba było przebicia zrobić. Nie ma narzędzi, nie ma fachowców, nie wiadomo od czego zacząć. Mury są grube, na dwie i pół cegły jedna ściana, w drugim budynku – druga ściana, czyli prawie metrowej grubości mury. To trzeba było przebijać meselkami, dragami żelaznymi; co kto miał, to dawał. Też z początku… niewiele brali pod uwagę… „Owszem – mówi – dam, ale proszę mi zwrócić po wykonaniu zwrócić; żeby każdy dbał o swoje narzędzia, żeby nie przepadły”. Były jeszcze narzędzia na klatkach schodowych, tak zwane OPL – obrona przeciwlotnicza. [OPL] była już przed wojną, później w czasie wojny. Niemcy z początku rozwiązali to, ale w 1942 czy 1943 roku z powrotem powołali organizację i sami kontrolowali ją, żeby na każdej klatce schodowej, na ostatnim piętrze, były: skrzynia z piaskiem, wiadra i beczka z wodą, oskard, drąg żelazny, siekiera i tym podobne narzędzia, które w razie czegoś były użyteczne. Rzeczywiście to zdało egzamin w czasie Powstania. Sam kontrolowałem to później, w swoim czasie, i to było bardzo dobre.
W tym czasie kuliśmy, jak tylko się mogło, przez całą noc. Następnego dnia już były przebicia. Rano 3 sierpnia już się zameldowaliśmy na Hożej 62. Okazuje się, że z różnych stron w lepszy sposób się przedostawali. Pełno było młodzieży. Trudno powiedzieć [ile], ale kilkudziesięciu. Na parterze było kilka pokoi, które zajmowali „banszucy” – policja kolejowa – czarnymi nazywani, bo oni w czarnych mundurach chodzili. Przed samym Powstaniem na parę dni ich ewakuowali i lokal był pusty. Tam oczywiście umiejscowiła się komenda, nie musiała nikogo wykwaterować.
Zgłosiłem się na Hożą 62 i widzę, że takich jak ja jest bardzo dużo, ale nikogo od razu nie biorą. Zaczęli rejestrować, pisać i tego, kto ma broń, od razu osobno zapisywali do oddziału. Wielu miało amunicję w kieszeniach, ale większość, oczywiście, nie miała nic, tak jak ja. Powiedzieli, żeby wrócić do domu i czekać na zawiadomienie; jak tylko broń przyjdzie, to zawiadomią. Wróciłem do domu, ale z kolegami z budynku, z rówieśnikami, doszliśmy do wniosku, że przecież mówią, że Powstanie się kończy, to kiedy nas zawiadomią? Jak nas zawiadomią, to już Powstania nie będzie. Nie, idziemy jeszcze raz. Wróciliśmy tego samego dnia, [mówimy,] że jednak my nie ustępujemy, chcemy, żeby nas zapisali, nie będziemy czekać. W ten sposób (nie wiem, kto to zadecydował, że spisali nas) zrobili oddział sapersko-minerski. To było dobrze, bo już ten oddział był na miejscu, na Hożej 62 i używany [był] do różnych robót.
Od razu żeśmy zaczęli budować barykadę. Już była budowana, ale dalej [musieliśmy] rozbudowywać na Hożej 62, na drugą stronę ulicy. Później na Poznańskiej pożary wybuchły, to trzeba było [gasić]. Już była grupa ludzi przeznaczona do takich akcji. Później zaczęły się większe pożary. Ponieważ broni nie było, a jak jakaś się pojawiła, to wszystko szło na pierwszą linię, więc tu już na uzupełnienie nie było broni.
Nas zatem używano wtedy przeważnie do pożarów, ponieważ Niemcy latali samolotami nad Śródmieściem i zrzucali dziesiątki, setki, a może tysiące zapalających bombek, które powodowały pożary. To była bardzo szeroka akcja, trzeba było biegać po strychach. Oczywiście, wtedy się przydały komitety obrony [przeciwlotniczej]. Chociaż byliśmy oddziałem zobowiązanym do styczności z ogniem, nikt poza mną nie miał żadnego większego doświadczenia. Okazało się, że w oddziale jestem jedynym, który był w straży pożarnej. Od razu więc zostałem instruktorem. Cały dzień, jak tylko miałem wolne, a właściwie jak robili mi wolne… Inni szli do akcji, a mnie kazali uświadamiać, tłumaczyć i tak dalej. Niestety, ale wiadomości, które posiadałem, na niewiele się zdały. Dlatego że tam były inne sposoby gaszenia ognia i walki z ogniem aniżeli w Powstaniu. Tu nie było nic. Tu była tylko dobra chęć i jakieś łopaty, oskardy czy coś takiego, ale nie było wody. Znaczy, z początku jeszcze trochę wody było, ale później oszczędzali na potrzeby życia, a nie na gaszenie pożarów.
Najważniejszy moment – styk z ogniem. Nie można panikować i uciekać na widok ognia. Trzeba się zbliżać jak najbardziej i dociec, gdzie tkwi źródło ognia i je zlikwidować. Trzeba było przełamać strach przed ogniem. Było tak, że przez bombę, czy z jakiegoś innego powodu, zaczął się palić strych, pod strychem wytworzył się dym. Pełno dymu tak, że jak się otwierało drzwi z klatki schodowej na strych, to było ciemno, nie było nic widać, trzeba było szukać ognia, żeby go zgasić, a nikt nie chciał w dym wchodzić. To było więc duże ryzyko, bo się można było zatruć, ale trzeba było [wejść], i trzeba było dociec do źródła ognia, zgasić i wtedy w porządku. Było tak, że otwierał drzwi i wylewał wodę do środka i wycofywał się. Ale woda nawet nie dosięgła ognia, bo ogień był dużo dalej. Takie historie były. Trzeba było przełamać, wytłumaczyć, o co chodzi, że ogień od razu nie wybucha, trzeba go tylko zlokalizować. Tak że to była moja funkcja.
W ten sposób, mimo że byłem tylko strzelcem, byłem instruktorem i do mnie się wszyscy zwracali w sprawach pożarnictwa. Chociaż niewiele mogłem poradzić, starałem się jak mogłem. Intuicyjnie wyczuwałem, co należałoby w takich czy innych wypadkach robić. Pożary lokalizowało się w ten sposób – jeżeli palił się strych i później stropy (które były drewniane) spadały do środka, to trzeba było już lokalizować na klatce schodowej; rozbierać klatkę schodową albo drzwi, które prowadziły do pożaru, żeby nie wypadały na klatkę, żeby klatka się nie paliła i [żeby] po drugiej klatce znowu dalej [nie] rozprzestrzeniał się ogień. Trzeba było lokalizować. Już o gaszeniu nie było mowy. Na ten temat wiele można by powiedzieć.
Brałem od czasu do czasu udział jeszcze w różnych innych akcjach. Na przykład przebijaliśmy [przejścia] wzdłuż ulicy Wspólnej od Emilii Plater, do Poznańskiej. Ponieważ była zwarta zabudowa, przebijało się przejścia i piwnicami, i na wysokości pierwszego piętra; ale to była tylko komunikacja dla żołnierzy, dla obrony ulicy Wspólnej, bo po drugiej stronie byli Niemcy. To zdało egzamin w kilku wypadkach, kiedy Niemcy atakowali od ulicy Wspólnej, goliatami nawet. Wówczas była szybka [ewakuacja]. Można było przerzucać żołnierzy właśnie w ten sposób. To była zasługa naszego „Jura”, dowódcy II Batalionu 2. kompanii. To on tam miał odcinek. To był inżynier, konstruktor lotnictwa, bombowców naszych. To znana osoba, Marcinkowski.

  • Czy jeszcze jakieś inne akcje pan pamięta?

Jedna z dramatycznych moich akcji [była] na Hożej 41, to jest róg Poznańskiej i Hożej (do dziś budynek stoi). To jest budynek pięciopiętrowy czy sześciopiętrowy. Meldunek przychodzi, że pali się Hoża 41. Nie mam [nikogo] na służbie. (Ponieważ jak wracali z akcji, to odpoczywali po prostu, więc były tapczany, krzesła i tak dalej. Jak nie było akcji, to zajmowali się różnymi sprawami.) Wtedy [meldunek] dociera za pomocą łączników czy jakichś harcerzy; oni oznajmiali, gdzie jest pożar, czy zasypani gdzieś są, czy coś, oni przybiegali; znaczy, ich wysyłano.
[Pali się] po drugiej stronie ulicy, bo Hoża 62 a 41 to jest w pobliżu. Akurat okazuje się, że jest tylko kilku, mówię: „Nie ma nikogo, to chodźcie i ja idę”. Wtedy to był już wrzesień, druga połowa września chyba, wtedy już mieliśmy kombinezony, mieliśmy hełmy zdobyte. To znaczy, nas zaopatrzono. [Mieliśmy] toporki, byliśmy już z wyglądu jak strażacy. Wziąłem jeszcze ze trzech, we czterech chyba poszliśmy. Mówię: „Reszta niech zostaje” i poszliśmy zobaczyć, co się dzieje. W razie czegoś, to zaraz tu [ktoś] przyjdzie [po] resztę. Zachodzimy na Hożą 41, okazuje się, że nie jest tak źle, już miejscowa OPL [działa], była bardzo, bardzo żywotna. Oczywiście, [działa] wspólnie z mieszkańcami, bo każdy bronił domu. Tam, gdzie [ktoś] mieszkał, to musiał bronić, więc jeżeli byli młodsi, to brali czynny udział. Mówią, że tylko spalony jest strych, natomiast sklepienia są kleinowskie i dalej pożar został zlokalizowany i nie ma potrzeby już nic gasić, tylko się dopala. Niemcy zapalili granatnikami, strzelali gdzieś z okolicy Dworca Śródmieście i od czasu do czasu pocisk granatnika wybuchał na strychu. A tu klatka schodowa jest już rozebrana. Klatka schodowa sklepienie miała ceglane i na nim było drewniane [schody]. Drewniana część została cała rozebrana. Ale przyszliśmy. Mieliśmy się wracać, ale jeden mówi: „Tam już dwóch poszło, więc nie radzę. Już dwóch poszło i nie wróciło”. To mówię: „Tak nie można zostawić, trzeba pójść zobaczyć”.
Cywile nie mają żadnych możliwości, ale my mamy kombinezony. Mieliśmy buty z azbestem, więc nie mogły się palić, i [byliśmy] w hełmach, i jeszcze mieliśmy maski przeciwdymne. Tak że byliśmy już uzbrojeni poważnie. Mówię: „Słuchajcie, który ze mną idzie? Idziemy we dwóch zobaczyć. Już nie będziemy gasić pożaru, ale zobaczymy, może ranny gdzieś któryś leży, trzeba [pomóc] czy coś. Poszli, nie wrócili i tak nikt nie wchodzi, nie chce im pomóc”. Weszliśmy na strych, tu wszędzie dym, tylko błyski, dopalają się resztki konstrukcji dachowej, belki, krokwie i tym podobne. Ale nikogo nie widać. Zajrzałem w jedną stronę, zajrzałem w drugą. Co prawda nie bardzo dobrze widać przez maskę, ale nic takiego nie widziałem. Myślę jednak: „Pójdziemy w tę stronę”, i wołam na niego, żeby [był] w pewnej odległości, jak, przypuśćmy, przewrócę się, to żeby mnie wyciągnął. Przedtem już zasada była, żeby obrona jest wspólna. Idę pierwszy, oglądam się, patrzę – ciemno, macam, nikogo nie widać. Naraz błysk! Widocznie granatnik wybuchł przede mną. I koniec.
W pewnym momencie odzyskuję przytomność, bo widocznie na chwilę ją straciłem, patrzę, zdaję sobie sprawę z tego, gdzie jestem. Ciemno, pełno [dymu], nic nie widzę i czuję, że zaczynam się dusić. Powietrze jest tak gorące, że, oddychając przez wentylator, parzę sobie usta. Parzy mi dosłownie usta. Patrzę, przede mną błyski. Dopiero sobie uświadamiam, gdzie jestem. Mówię tak: „Ostatni błysk przede mną, to znaczy, że granatnik wybuchnął i jestem ranny. Ale gdzie?”. Więc chcę się wycofać, ale nie mogę się w ogóle ruszyć. Siedzę, dosłownie siedzę i nie mogę się ruszyć. Przycisnęło mnie do ściany i nie mogę się podnieść. Od razu z tego gorąca zrobiło mi się zimno, bo uważałem, że mam urwane nogi. I tak sobie myślę: „Gdzie? W jakim momencie? Jak długo się będę krwawił? Czy się będę żywcem palił, czy się wykrwawię? Gdzie te nogi są wyrwane?”. I tak macam, macam, i stop, w tym momencie do kolan dochodzę, a tu na nogach leży konstrukcja. Pali się belka, leży na moich nogach. Gdyby nie kombinezon, to by mi się od belki nogi zapaliły. Chcę to zepchnąć z nóg. Udało mi się, ale tak miałem sztywne nogi, że nie mogłem na nich stanąć. Odwróciłem tylko i na czworakach. Zdjąłem wtedy maskę, bo na dole jest zawsze powietrze zimne. Natomiast u góry jest gorące, więc jak się leży, to jest tylko jeden ratunek – można odetchnąć tym [zimnym] powietrzem, które napływa z klatki schodowej. Wyczułem, z której strony [napływa zimne powietrze]. Bałem się, żebym nie poszedł w drugą stronę, bo wtedy już bym zginął. [Idąc] pod prąd, pod to powietrze, dostałem się do klatki schodowej i tu już nie mogłem [iść] i sturlałem się po prostu na półpiętrze.
Dopiero jak zobaczyli, że się sturlałem, wybiegli z dołu i mnie wzięli pod ręce, znieśli na dół. Okazuje się, że ten, który mnie ubezpieczał, wrócił, jak był wybuch. Powiedział, że ja już spisany na straty, że widział na własne oczy, jak zginąłem. Mnie położyli, dali mi wody oczywiście. Poleżałem, miałem ręce całe spalone, twarz miałem poparzoną. Całe szczęście, że miałem beret i na berecie miałem jeszcze hełm, to mnie uratowało, bo inaczej to by mnie głowa się spaliła. Dłuższy czas nie mogłem jeść, bo miałem usta poparzone, mogłem tylko pić. Nie muszę mówić o tym, że mnie przyprowadzili. Nie miałem siły wrócić, ale żaden odłamek mnie nawet nie uszkodził, nic.

  • Czy zauważył pan, na przykład, że różnie palą się różne pociski czy też różne bomby, których Niemcy używali do ostrzeliwania Warszawy i powstańców? Czy było coś takiego?

Pociski...

  • Znaczy, nie pociski, ale bomby, granatniki...

Dobrze, o bombach. Znowu meldunek: Wilcza 46, pali się. Więc prowadzę swoją drużynę, idziemy na Poznańską dalej i dochodzimy na podwórze. Oczywiście, pali się lewa oficyna. Front jeszcze cały. Miejscowi działacze mówią, żeby nie wchodzić na klatkę schodową tylnej oficyny, dlatego że na strychu jest pocisk, niewypał leży w otworze. Uderzył w ścianę i leży. Po prostu otwór jest duży, ale pocisk jest mniejszy i leży w tym otworze. Lada chwila może wybuchnąć. Co teraz? Pobiegliśmy szybko na strych, pokazali nam. Okazuje się, że za pociskiem, za ścianą, płonie jak w piecu. Już pali się drugie piętro czy [nawet] pierwsze piętro, a to jest na strychu. Pocisk leży, połowa wystaje z płomieni, płomień po pocisku przebiega, a z tej strony jest na strychu. Teraz albo zepchnąć go do środka, albo go usunąć. Jedyna rada to pchnąć go, niech tam leci. Mówię: „I tak tej oficyny nie uratują, a ludzie już z piwnic się ewakuowali”. Tak że ludzie przeszli do budynku frontowego, a tu już może wybuchnąć. Pomyślałem sobie, że może jednak uratuje się piwnice. Mówię: „Macie jakieś koce?”. Znaleźli jakąś plandekę i my pocisk we dwóch…
Był wielkości, 50 kilo chyba ważył, może mniej, może więcej, gdzieś tak w tych granicach. Chcę go wziąć, wyciągnąć, ale nie jestem w stanie, ponieważ jest na wysokości mojej głowy. Jak go wyciągam, to go dotykam, a on gorący jest. Taki gorący, że dotknąć się nie można. Mieliśmy rękawice jeszcze, azbestowe. Mówię: „Dajcie jakąś skrzynię, żeby stanąć wyżej, żeby można było sięgnąć do tego pocisku. Przecież inaczej nie można go tak wysoko utrzymać w powietrzu”. Na strychu znaleźli jakieś skrzynie czy beczki, postawili. We dwóch, ja z jednej, on z drugiej strony, wzięliśmy pocisk, pomału, pomału, wysunęliśmy na tę stronę. Z plandeką kilku jeszcze stało i myśmy na plandekę pocisk położyli. I szybko po schodach. Ale co się okazuje? [Pocisk] jest tak gorący, że plandeka zaczyna się palić i teraz pocisk wypadnie tu akurat. Teraz sobie żem uzmysłowił, jaką straszną rzecz zrobiłem. Mam kilku (z dziesięciu) swoich strażaków i schodzimy we czterech, znosimy ten jeden pocisk, a już się nam zaczyna dymić plandeka. Schodzimy, ale zanim zeszliśmy, to można sobie wyobrazić, jak przeżyłem ten moment. Na podwórzu były tak zwane klomby, obetonowane; drzewko rosło jakieś albo dwa, albo trzy. Ziemia z klombu była wykopana na głębokość może dwóch, może więcej metrów, na barykady była użyta. Jak były jakieś pociski, niewypały czy coś, to tam je wrzucali. (Później już nie brali ziemi, bo było za głęboko, więc wrzucali to.) Myśmy z pociskiem wyszli na podwórze: „Gdzie ten pocisk podziać?”. Ktoś mówi: „Wrzućcie go do [dołu]”. Myśmy podeszli i wrzucili pocisk z plandeką, z tym wszystkim.
Wtedy wróciliśmy na klatkę schodową, odetchnęliśmy, zapaliliśmy papierosy, mówimy: „No, ale się nam udało”. Niektórzy poklepują nas po ramionach, mówią: „Ale zrobiliście dzieło!”, i w tym momencie nastąpiła eksplozja. Z rabatki zrobił się lej. Jeden wielki lej. To wszystko się zapadło. Nie wiadomo, czy to ten pocisk wybuchł czy inne pociski (bo były tam inne jeszcze pociski), w każdym bądź razie to były minuty. Żeby jeszcze trochę, to by ten pocisk albo na górze wybuchł albo w ręku nam się rozerwał.
  • Czy pan wie, skąd były kombinezony i wszystkie przybory, rękawice, buty specjalistyczne?

Tak, oczywiście. Kombinezony i cały ekwipunek strażacki… Jak się później dowiedziałem, do dowódcy zgłosił się strażak zawodowy ze straży pożarnej z ulicy Polnej. W porozumieniu wziął kilku ludzi i nocą przekradli się do komendy, do punktu straży pożarnej na Polnej, i stamtąd sprzęt przynosili. Oni sobie zrobili z Polnej… Już z Wilczej mieli bliżej i przechodzili tuż, przez linie graniczne niemieckie.

  • Mówił pan, że budował pan barykady. Jak wyglądało budowanie barykad? Czy ktoś dowodził tym, czy byli cywilne, byli żołnierze? Jak wybierano miejsce na barykadę?

Na początku, w pierwszych momentach, był chaos. Wszyscy wynosili to, co mieli zbędnego, z piwnic, z domów: stare szafy, beczki, jakiś wózek, jakieś inne rzeczy. Gdzie budować barykady? [Kto o tym decydował]? Prawdopodobnie to byli wojskowi z Powstania, którzy już brali udział, już byli z konspiracji. Tak że [barykada] nie była chaotycznie budowana. Były miejsca już przewidziane, [wiadomo było] gdzie trzeba [budować]. Czy słoma jakaś była przed ostrzałem, czy coś. Budowa była z początku chaotyczna, wszystko było gromadzone. Później okazało się, że tak nie można, więc zaczęto zrywać płyty, układać równo, ale też niektórzy przychodzili, rzucali płytę i szli po drugą. Te płyty były napiętrzone, nie zdawały egzaminu. Później, przy ostrzale, barykada była dziurawa, przestrzeliwana była.
Potem budowaliśmy już lepsze barykady, układało się ściśle płyty i obsypywało się od zewnętrznej strony ziemią, kopało się rów za barykadą i ziemią, na drugą stronę, obsypywało się barykadę. Tak była przynajmniej zbudowana barykada na Hożej 62. Później na Poznańskiej była jeszcze lepiej [zbudowana barykada], bo dowództwo było, jeszcze mądrzejsi byli saperzy. Wiedzieli już, jak sprawy postawić. Elementy, które były na początku rzucane na barykady, służyły jako maskowanie, już one nie przedstawiały żadnej wartości, ale rzucano je, żeby do barykady nie można było podejść za blisko, więc jak na przykład nocą ktoś chciał wejść, to już musiał po tych różnych rupieciach przechodzić. To zaś sprawiało hałas. Tak że już niespodzianie nie można było pod samą barykadę podejść.
Na Marszałkowskiej, na przykład, używano tramwajów, bo akurat tramwaj w tym momencie był. Między Hożą a Wspólną była barykada z tego. To też nie była osłona, cały tramwaj nie mógł całej ulicy zasłaniać, trzeba było go obudowywać jeszcze różnego rodzaju materiałami. A najbardziej popularne były płyty chodnikowe.

  • Jak wyglądało pana życie codzienne? Gdzie pan spał, gdzie pan jadł, gdzie pan się mył?

Na początku Powstania zawsze mieliśmy dwadzieścia cztery godziny służby i po dwudziestu czterech godzinach służby każdy wracał do domu. Później były trudności z dojściem, więc zrobiliśmy w tylnej oficynie na parterze hotel. Poznosiło się tapczany, łóżka i można było spać, odpoczywać sobie. Kto nie miał gdzie pójść – przypuśćmy, że miał zbombardowany dom czy coś, czy z jakiejś inne dzielnicy był, bo różni byli – to mógł sobie odpoczywać.
Natomiast jeżeli chodzi o kwaterunek, na drugim piętrze była kuchnia wojskowa. Co było przedtem – nie wiem, czy to był duży lokal czy coś. W każdym bądź razie myśmy tam się stołowali. To było wojskowe – wojsko i straż miały stołówkę swoją, i śniadania, obiady, kolacje były. Z początku to były dość względnie. Jakaś kanapka była ze smalcem czy z marmoladą, a później to już była tylko i wyłącznie zupa „pluj”, czyli rozgotowany jęczmień albo, w najlepszym razie, pszenica, trochę zmielona na młynkach do kawy i osłodzona cukrem. Cukru było dużo z jajczarni, tam były magazyny. Jeszcze na Wilczej jakieś magazyny były. Tak że do końca Powstania już byłem zakwaterowany.
Natomiast dzięki żywności, którą miałem dla siebie przeznaczoną w domu, mogłem przeżyć Powstanie, bo były różne zapasy robione przez ciotkę. Była spiżarka, pełno było: kaszy różne, cukry, topione masło, boczki i tak dalej. Ale kiedy ludzie zaczęli uciekać z Ochoty i zaczęli kwaterować na klatkach schodowych, bo piwnice zajęte były, z węglem były, z drzewem i tak dalej. Najlepiej było więc na klatkach schodowych.
Wracam kiedyś ze służby, patrzę, na klatce schodowej siedzi kilkanaście osób. Otwieram drzwi, a jedna [kobieta] mówi: „Pan tu mieszka?”. Mówię: „Tak”. „A czy można by było się napić wody, bo my nie mamy, a mam dzieci”. Mówię: „Oczywiście, proszę bardzo”. Otworzyłem drzwi i cała rodzina… Popatrzyli. To było dość duże mieszkanie, więc [kobieta] poszła do kuchni, wzięła naczynie, jak to normalnie jest w kuchni, i chce wychodzić. Mówię: „Gdzie pani idzie?”. – „Na klatkę schodową”. – „Wie pani, przecież są wolne miejsca, proszę zająć”. – „Ale pozwoli pan?” Mówię: „Proszę pani, jak to pozwoli? To jest dla wszystkich. Jak nie macie gdzie, to proszę”. Tak że tam było kilka rodzin.
Któregoś razu przychodzę, zajrzałem do kuchni, zajrzałem do spiżarki, była szafa duża, mówię: „Coś wyjmę sobie i skonsumuję”, bo była taka licha potrawa. Otwieram, patrzę – nic, puste, kłódka wisi, ale nic nie ma. Roześmiałem się tylko, ale nawet się nie pytałem. Wszyscy byli w mieszkaniu, oczywiście, ale nikt nic nie powiedział, że coś brał, i ja się nie pytałem, bo wiedziałem, że przecież ludzie muszą żyć. Dokąd jest, to jemy wszyscy, a jak nie będzie, to nie będzie.
Jeszcze jeden moment: akcja, bombardują plac Trzech Krzyży. Wtedy to było intensywne bombardowanie, kościół był bombardowany i okoliczne domy. Przechodzimy, to było tak: wyszliśmy rano, przeszliśmy przez Marszałkowską, ja ze swoją drużyną, nas dziesięciu, idziemy gęsiego. Nie idziemy piwnicami, tylko pod murami, bo już wtedy się nie obawialiśmy jakiś przestrzałów, bo bez przerwy pociski leciały wzdłuż ulicy od Chałubińskiego, ale na to już się nie zwracało uwagi. Z początku to był strach, a później to już była powszedniość. Doszliśmy, to była Hoża chyba 10 albo 12. Okazuje się – bomba uderzyła, zasypała w piwnicy ludzi. Nie mogą się dostać w ogóle do nich. Oczywiście, nie ma żadnych mężczyzn, dzieci, kobiet, starców, po innych piwnicach pełno napchane, ale nikt nie chce wyjść nawet na podwórze. Pytam się: „Gdzie zasypane? Jak można się dostać?”. Znalazło się kilku miejscowych mężczyzn i zaczęliśmy odgrzebywać. Wejście do piwnicy było zawalone konstrukcją drewnianą, bo to był dom murowany, ale miał wszystkie stropy, konstrukcje drewniane. Nie był spalony, tylko był zawalony i trzeba było z plątaniny desek, belek… Konstrukcja dachowa, to wszystko trzeba było wyciągać pojedynczo, a tu od czasu do czasu coś jeszcze spadało z góry.
Dostaliśmy się do piwnicy. Okazuje się, że piwnica zamknięta. Z innych, bocznych piwnic już powyciągali, ale narożna, największa piwnica… Mówią: „Jeszcze są ludzie”. Ja mówię: „Jak są ludzie, to trzeba. Pójdziemy od ulicy. Okienka są od ulicy?”. – „Tak, są od ulicy”. Wyszliśmy więc na ulicę, ale: „Niech pan nie wychodzi, bo strzelają z budynku YMCA”. Niemcy byli w gmachu YMCA i strzelali. Budynek był bardzo blisko i widać było [walki], ale powietrze już było tak gęste, domy zakurzone, że już [potem] nie było można [nic zobaczyć]. Tak jak gęsta mgła… Jeszcze wziąłem jednego, wyszliśmy z drągiem odkryć piwnice, bo były zawalone cegłą i przysypane ziemią. Gdyby okienka były odkryte w odpowiednim czasie, można było tych ludzi uratować. Myśmy więc odkryli dwa czy trzy okienka, ale były zakratowane. O wyłamaniu krat nie było mowy. Ale grunt, że powietrze jest. Zajrzeć nie można było, ciemno, więc idziemy odkrywać, z drugiej strony wejście robić. Wreszcie udało się drzwi sforsować. Wchodzimy do piwnicy, już się w tym czasie trochę powietrza dostało od ulicy, trochę przejaśniało. Jedna ciemna mogiła, jak to się mówi. Czarno. Dlaczego? Były w ścianie okienka wycierowe do sadzy, kominiarze wybierali sadzę. Jak bomba uderzyła, tak w lufty dmuchnęło, że pootwierały się drzwiczki od przewodów dymnych i wszystka sadza wybuchła na piwnice. Jedna gruba warstwa sadzy na podłodze i stożki. Patrzę – co jest? Głowa z tego wychodzi. Wszędzie siedzą ludzie, kilkanaście osób. Oczywiście, nikt żywy, wszystkie trupy. Jedynie można było bliżej... Nie chcieliśmy się już dotykać do tego, bo i po co? I tak nic nie pomożemy, więc tylko siedzieli, widocznie podusili się z tego wybuchu. Wszyscy już nie żyli. Tak że cały nasz trud, całodzienny, poszedł na marne. Wyszliśmy raniutko, po wschodzie słońca może, a wróciliśmy już ciemno było. Ani pić, ani jeść i z takim zawodem.

  • Czy często się zdarzało, że całodzienna praca szła na marne? Czy często było tak, że albo na czas nie udało się ugasić pożaru, albo odkryć ludzi?

Nie, nie było więcej takich dramatycznych [zdarzeń]; mówię o skrajnych sytuacjach, bo takie różne mniejsze zasypania to były na porządku dziennym. Za długo by opowiadać, bo co dzień była jakaś akcja. Nie było dnia, żeby nie było akcji. Ciągle były. Szczególnie we wrześniu, bo jeszcze w sierpniu to było tylko gaszenie pożarów. Później nastąpiły zasypywania. To już większość [akcji] stanowiło ratowanie ludzi zasypanych.
Tak samo na Hożej 66, obok dom bombardowany… Jeszcze wcześniej, w sierpniu, już po służbie, wieczorem było trochę wolnego i koledzy wracali z pierwszej linii. Noc była wolna od walki (tylko od rana do wieczora była akcja i walki). Wieczorki sobie robiliśmy, spotkania młodzieżowe. I tam – to już było gdzieś w połowie września – uderzyła bomba. (Notatki są, ale trudno pamiętać każdą datę.) Akurat [bomba uderzyła] w dom, gdzie my żeśmy się spotykali.
Była akcja, że bomba wybuchła nad stropem piwnicznym i [zawaliła] całą piwnicę z ludźmi. Było pełno ludzi. Myśmy tę akcję prowadzili w południe, bombardowanie było do wieczora. Później całą noc. Można sobie wyobrazić, w jakich warunkach się pracuje, kiedy wyciąga się z rumowiska jedną deskę czy jakąś belkę, a ona pociąga za sobą inne. Mało tego, z góry spadają jeszcze kawałki murów ruszonych, bo od czasu do czasu coś się jeszcze oberwie i spada. Na dole ciemno, nie mamy żadnych świateł poza świeczkami. W piwnicy i wszędzie wieczorem jest przeciąg i każda świeczka mig, mig, mig i gaśnie. Nie ma zapałek, żeby zapalić. Robi się „na macanego”. Tak że można powiedzieć: makabryczne warunki. Pracowaliśmy, jedna drużyna. To był już cały nasz oddział i wszyscy młodzi z okolicy. Było dużo uratowanych ludzi, ale połowa była zasypanych, których wynosiliśmy, jak jeszcze dawali oznaki życia, kładliśmy ich na podwórzu (mam to opisane w swoich wspomnieniach). Tam ich sanitariuszki zaraz poiły, wymywały, przenosiły do szpitala na Poznańską 11.
Idę na zmianę, bośmy już nie dawali rady bez przerwy, więc co parę godzin następowała zmiana. Przychodzi kolega i mówi: „Słuchaj, przyszedłem na hotel tak zwany, na odpoczynek, i były ruiny”. Przychodzi [następny] kolega i mówi: „Słuchaj, lekarza żeśmy wyciągnęli”.
Lekarz właśnie nad piwnicą miał lokal i myśmy tam często przychodzili na podwieczorki. Miał dwie panny. Dlatego tak często go odwiedzaliśmy. Był bardzo sympatyczny, bardzo kulturalny, różne opowiadał historie, bardzo, bardzo był lubiany.
Mówi [kolega]: „Słuchaj, czy wydobyliście go?”. Mówię: „No, tak”. – „Dobrze”. Chciałem go zobaczyć jeszcze, ale jak wyszedłem na podwórze, to już go odnieśli do szpitala. Okazuje się, że siedział w piwnicy we wnęce na stołeczku i miał stół przed sobą. Obok siedziała żona, z drugiej [strony] córka siedziała, dalej były jeszcze inne osoby. Jak się strop zawalił, to i żonę i dziecko strop przygniótł, natomiast jemu tylko nogi przygniotło. Cały czas rozmawiał, jak go wyciągałem. Byłem przy akcji, jeszcze oddawał głos, jeszcze rozmawiał, chciał, żeby mu wody podać. Ale nie można było mu podać przez to rumowisko. Jakoś go wydobyli i do szpitala zanieśli, natomiast te dwie panny zginęły na miejscu. Były wyniesione na podwórze, więc rano poszedłem je zobaczyć. Straszne wrażenie! Miła osoba z takimi warkoczami do pasa, blondynka, siedemnaście, może szesnaście lat. Wyglądała jak upiór. Straszny to był widok. Tak że wszystkich, którzy wyciągnięci byli jako nieżywi, to kładziono, i później wynoszono. Nie było gdzie pochować, więc gdzie znaleźli jakieś miejsce w innej posesji, to odnosili. Podczas bombardowania z naszego oddziału zginęło pięciu żołnierzy. Akurat mieli urlop, poszli sobie odpocząć i wtedy bomba uderzyła.

  • Proszę mi powiedzieć o tym, co się działo poza walką. Jak były wolne wieczory, co pan robił z kolegami?

Właściwie, nie miałem do kogo chodzić. Nie miałem w okolicy żadnych znajomych, ani kuzynów, ani rodziny, więc byłem cały czas [sam]. Nieraz miałem wolne, to szedłem przespać się w hotelu i wracałem z powrotem, bo od rana do wieczora pełniłem służbę – kto chciał, to wychodził sobie, zastępowałem go. Nie było takiej dyscypliny, że trzeba być od godziny do godziny. Jak przychodzili z akcji zmęczeni, zmordowani, to [chcieli] napić się czegoś. Było duże wiadro z czarną kawą. Kawy mogli się napić, usiąść, odpocząć i czekać znowu na akcję. Były takie [sytuacje], że jeszcze nie zdążyli dobrze odpocząć, [nie minęło] pół godziny czy godzina, a już znowu alarm, znowu akcja, znowu łącznik: „Ratujcie, bo zasypani, bo się pali, bo tam to, bo tam tamto!”. Bez przerwy.
Z początku zapisywałem, prowadziłem kronikę. Upoważniono mnie do tego, gdyż miałem całą listę straży, stu dwudziestu ludzi; ich spisywałem. Najpierw była lista, same pseudonimy, bo liczyło się na to, że Powstanie szybko się zakończy i nie wiadomo, co będzie [dalej]. Może wejdą „przyjaciele” i wtedy zaczną poszukiwać, będą jakieś represje. Później, jak się okazało, że Powstanie trwa dłużej, to były trudności, [obawiano się,] że ofiara krwi, jak to się mówi, będzie zmarnowana, bo nie będzie wiadomo, o kogo chodzi. Sporządziłem więc listę jeszcze raz. Nazwisko, imię i pseudonim – to już wtedy było wiadomo, o kogo chodzi. Ale to już był wrzesień i się raczej szykowaliśmy na to, że nasze dokumenty przesłane będą albo do Londynu, albo w inny sposób zostaną gdzieś zakopane czy gdzieś schowane, żeby zostawić pamiątkę dla potomnych, kto to był i co robił. Byliśmy już ostatnio tak zdesperowani, że nie czekaliśmy na żadne wyswobodzenie. Nie wierzyliśmy w to, że Rosjanie wejdą.
  • Jakie były nastroje wśród żołnierzy w czasie Powstania? Jak się zmieniały nastroje?

Nastroje się zmieniały bardzo. Z początku, tak jak mówiłem, była euforia, każdy każdego częstował: „Głodny jesteś? Proszę bardzo, chodź do mnie”. Częstowali – obiady, restauracje. Na przykład w restauracji „U Szymona” [właściciel] dawał za darmo dla Powstańców pięćdziesiąt obiadów dziennie. Dla powstańców, zaznaczam. Inne osoby, oczywiście, nie miały takich zapasów, więc tylko częstowały swoich sąsiadów czy coś takiego. Była także jedna kuchnia. Kilka gospodyń było przy garnku, więc każdy się ratował, czym miał. Liczyło się na to, że jednak Powstanie szybko się zakończy. Później, niestety, jak to się zaczęło przedłużać, atmosfera się zmieniła i nastąpiła, można powiedzieć, nie katastrofa, ale w nastrojach katastrofa. Ludzie byli wyczerpani do granic.
W piwnicach, tak jak mówiłem, były okienka zasypane wszędzie z obawy przed odłamkami, bo bomby, pociski, granaty pękały i [wpadały] przez okienka. Ludzie, którzy byli w piwnicach, byli ranieni. Wentylacja była tylko poprzez drzwi wejściowe. Tam [w piwnicach] odbywało się całe życie. [Tam] było wszystko – jedli, spali, całe dnie i noce siedzieli. Dzieci małe, o żadnej higienie nie było absolutnie mowy. Niektórzy mieli mieszkania jeszcze niezbombardowane, to na noc wychodzili jeszcze do swoich mieszkań, ale takich już coraz mniej było. Natomiast było dużo ludzi, którzy uciekli z różnych dzielnic. Byli z Ochoty, byli z Woli, byli ze Śródmieścia Północ od Hali Mirowskiej, z tej strony. Było tak nabite. Mało tego, było przecież wielu rannych. Ludzie chorowali, to wszystko stwarzało taką atmosferę bez żadnej nadziei, że jak szliśmy do akcji, to byliśmy obrzucani różnego rodzaju epitetami: „O! Znowu idą ci, co im się Powstania zachciało! Znowu idą ci!”. Komu się zachciało Powstania? Chciało się, ale patrząc na to, co się działo przed Powstaniem. Takiego Powstania nikt nie chciał.
Kiedy jednak przyszła później wiadomość, że wolno opuszczać Warszawę, że można iść do Niemców, to niestety, ludzie jeszcze nie chcieli wychodzić, jeszcze czekali, jeszcze liczyli na jakąś nadzieję: „Może jednak ruskie przyjdą”. Przecież gdyby wtedy armia rosyjska, [po tym] jak zdobyła Pragę, weszła do Warszawy i oswobodziła, to byłaby wdzięczność dozgonna, jak to się mówi, wszyscy byliby witani kwiatami i wszystkim, bo tak już byli [ludzie] zmordowani, tak byli już zgnębieni. Chociaż przedtem nie były nastroje zbyt miłe w stosunku do armii radzieckiej, wtedy by się to objawiło naprawdę spontanicznym jakimś przyjęciem. Niestety, wyszło inaczej.

  • Czy istniało jakieś życie religijne? Czy były msze?

Później, po Powstaniu?

  • Nie, w czasie Powstania. Życie religijne w czasie Powstania.

Tylko na Poznańskiej 12 był ołtarz zbudowany na ścianie szczytowej budynku, wewnątrz, w pierwszym podwórzu (bo były dwa podwórza). Był krzyż zrobiony ze zgliszcz, z belek spalonych. Przed tym krzyżem był ołtarz i się odprawiało nabożeństwa. Pierwsze nabożeństwo odbyło się 15 sierpnia 1944 roku. To był Dzień Wojska Polskiego i później też, mimo bombardowań, mimo ostrzałów, odbywały się nabożeństwa. Ale nie można było tak sobie chodzić: „Idę się pomodlić”. Tylko ten, który zgłosił się do dowódcy, mógł otrzymać przepustkę i za przepustką mógł dopiero pójść. Także ilość [przepustek] była ograniczona, nie można było [ta po prostu] pójść. To jest raz, a po drugie ciągle nadlatywały samoloty i obserwowały. Jeżeli zobaczyliby zgromadzenie tak duże, to bezwzględne by [zrzucili bombę]. Tym bardziej, że w tym budynku mieściła się komenda batalionu. Żeby nie prowokować, nie kusić licha, nabożeństwa były sprawowane tylko w odpowiednim czasie, w niedziele, ale też tylko za przepustkami [można było pójść]. W domu to już wszyscy się modlili na pewno bardzo, a szczególnie w piwnicach, bez przerwy.

  • Miał pan dużo do czynienia z cywilami? Czy jeszcze coś o cywilach chciałby pan powiedzieć?

Nie, kontaktów [z nimi] nie miałem. Nie starałem się nawet mieć, dlatego że po prostu nie wiedziałem, co mogłem powiedzieć. Każdy się pytał: „A co? A jak?”; chciał wiadomości, chciał jakąś nadzieję mieć, że może jeszcze coś będzie, że może coś się jeszcze poprawi. Nie miałem żadnej wiadomości, a więc co mogłem mówić? Nic.

  • To proszę teraz powiedzieć, jak pan pamięta upadek Powstania? Co się działo pod koniec?

Byłem zadowolony ze względu na to, że los mnie rzucił do Warszawy w takim momencie. Nie odczuwałem tego bardzo przykro. Uważałem, że to jest wojna i tego rodzaju sytuacje są normalne, że bombardowania… Największą tragedią dla mnie były piwnice – sytuacja w piwnicach z ludźmi. Natomiast walka na wierzchu czy wyjmowanie zabitych, zasypanych, to uważałam za normalną rzecz podczas walki. Tragedią dla mnie było przebywanie w piwnicy, to już było dla mnie półpiekle. Natomiast koniec Powstania – odetchnęliśmy, że to się wreszcie skończyło. Nie myśleliśmy już, co będzie, jak będzie, ale [myśleliśmy o tym, że] już wreszcie ten koszmar się skończył.

  • Jakie były dalsze pana losy?

Myśmy byli zorganizowani i była kapitulacja. Dowódca zebrał nas wszystkich na Hożej 62, zakomunikował, że już jest kapitulacja, wszystkie warunki podał, jakie będą. Następnego dnia zbiórka i oddziałami wyszliśmy w kierunku Politechniki. Mam zdjęcia z tego okresu, nie swoje, co prawda, ale kolegów.

  • Co było dalej?

Kiedy wyszliśmy koło Politechniki, przeszliśmy do Alei Niepodległości na teren budynku Ministerstwa Obrony Narodowej. Kto miał, to złożył broń, ja nie miałem, więc nic nie składałem. Stamtąd Filtrową wyszliśmy do placu Starynkiewicza i poza Dworcem Zachodnim w kierunku Woli. Jak wyszliśmy, już wszędzie były domy spalone. Spalone była cała Ochota, nie było widać wiele walk, ale wszystko było wypalone. Tak samo Wola była wypalona. Doszliśmy do szosy poznańskiej i tą drogą, w kolumnach, doszliśmy do Ożarowa.
Wpędzili nas do dawnej hali Fabryki Kabli. Wieczorem od razu na placu postawili kotły i ugotowali zupę [z tego], co przywieźli okoliczni mieszkańcy (RGO to prawdopodobnie zorganizowało). Przywozili warzywa, kapustę, buraki, ziemniaki, to wszystko było pokrojone, wrzucone i pierwszą zupę wieczorem już zjedliśmy. Wszyscy mówili, że jeszcze takiej w życiu nigdy nie jedli. Później, po dwóch dniach, kiedy już więcej nas przyszło, załadowali nas w pociągi, do wagonów, po pięćdziesięciu dwóch dokładnie. Można było stać, ale usiedliśmy jakoś pomału, tak że wszyscyśmy usiedli. W ten sposób, po całonocnej jeździe, pociąg się zatrzymał w Częstochowie. Gdzieś koło południa zatrzymał się tam i na bocznicy Niemcy otworzyli drzwi. Z każdego wagonu oddzielnie [wypuszczali], można było wyjść, odetchnąć powietrzem, bo wagony miały tylko okienka zakratowane drutem kolczastym.
Były nawet momenty, że odrywali drut, uciekali, ale z naszego wagonu nikt nie próbował. Zresztą byłem bliżej okienka, ale jak spojrzałem, jak pociąg jedzie, to w czasie biegu wyskakiwać – nie. Zresztą nie miałem po co wyskakiwać, pogodziłem się z losem; uważałem, że jaki los będzie dla innych, taki dla mnie. Nie uważałem, że muszę być w jakiś sposób inny.
Później to było przywitanie, ludzie otoczyli pociąg naokoło. Masa ludzi, nie setki, bo ja wiem, tysiące może, każdy coś przynosił – chleb, pomidory, jabłka. Zapomnieli o wodzie, biedaki. Uważali, że dla ludzi to jest największym skarb a nie woda, ale kto wiedział?
Dowieźli nas wagonami do Lamsdorfu, tak się nazywał obóz. Tam tak zwany „szaberplac”, była kontrola, rewizja. Zrewidowali nas i zostawili. W nocy zaczął padać deszcz, później śnieg, a my tak siedzimy. Rano budzimy się i siedzimy w kałużach wody. To było przywitanie w obozie. Później odprowadzili nas do kwartału, do baraków. Nie będę w szczegóły wchodził, ale były sienniki tak zniszczone i zawszone, że nikt nie chciał się położyć. Wynieśliśmy więc wszystkie sienniki. Zaczęliśmy szorować, myć, doprowadzać [wszystko] do porządku, a sienniki wynieśliśmy na pryzmy. Okazuje się, że wszyscy z baraków to samo zrobili. Na drugi dzień, obawiając się, że Niemcy każą nam z powrotem wnosić sienniki, ktoś je podpalił. Oczywiście, była z tego straszna awantura, ale dalej już spaliśmy na deskach, sienników nam nie dali. Po dwóch miesiącach przywieźli mnie (mówię o sobie) z grupą innych do obozu Bad Sulza w Niemczech, w Turyngii. Stamtąd po dwóch tygodniach (selekcja była, czterdziestu grupa) trafiłem do [miejscowości] Bad Berka. W Bad Berka był obóz Hitlerjugend, rozbudowywali ich, to był obóz szkoleniowy. Stawialiśmy baraki, wszystkie inne potrzebne prace wykonywaliśmy. 1 kwietnia oddziały amerykańskie zaczęły pokazywać się już w Erfurcie i bliżej. Nas ewakuowano. Szliśmy w kierunku Czechosłowacji i Austrii. Po dwóch tygodniach marszu oddziały amii Pattona wyswobodziły nas przy Plauen.
Później to już, oczywiście, życie było bardzo... Nas skoszarowali w dawnych koszarach niemieckich, później przewozili nas do drugiego obozu, do Kemnitz. O osobiste sprawach to już nie będę mówił, o znajomościach różnych...

  • Niech pan opowie.

Oczywiście, zaczęły się pierwsze kontakty, ponieważ w Plauen był oddział Polek z Powstania. One, młode dziewczyny, były wywiezione do Ravensbrück. Stamtąd trafiły właśnie do Plauen, pracowały w obozie w fabryce żarówek. Fabryka [jako] jedyna ocalała w Plauen. Całe Plauen było zbombardowane tak jak Starówka, a fabryka, jak wyspa, cała. Nie wiem, jaki to cud. W każdym bądź razie, one były zakwaterowane na strychu w fabryce, a schodziły na dół do pracy. Cały czas widziały, jak Plauen bombardują. Ich nie wypuszczali stamtąd. Jak zabiją, to zabiją. Strasznie, oczywiście, to przeżyły, a później cieszyły się z życia. Pierwsze znajomości. Jako powstańcy byliśmy im tym bardziej bliscy i wiele bliskich znajomości się zawarło. Miałem znajomą Alę.
Nie chciałem wracać do kraju od razu, ponieważ wiedziałem, że jest źle. Jak teren mieli zająć Rosjanie, trzeba było zdecydować się: albo na zachód, albo na wschód. Wróciłem, przyjechałem do kraju, uważałem, że nie ma się co bawić w tułacza. Ona pojechała na zachód. Później odnalazłem ją przez Czerwony Krzyż, ale niestety rozłąka nie wpływa dodatnio na utrzymanie dłuższej przyjaźni i [Ala] wyjechała, poznawszy jednego z żołnierzy 1939 roku, który był w Anglii, pojechała do Argentyny. Taki jej los. Uważałem, że dobrze zrobiła. Ja natomiast wróciłem do Warszawy i prowadziłem roboty odgruzowywania przez dwa lata. W tym czasie poszedłem na Politechnikę, do technikum budowlanego. Skończyłem na Hożej, [to był] właśnie budynek, obok którego mieszkałem i walczyłem. Skończyłem technikum w 1949 roku, a rok wcześniej zapoznałem dziewczynę (tu, na terenie Warszawy, też przypadkiem) i pobraliśmy się. Później to już życie unormowane – walka o byt.
Nie ujawniłem się, bo już po drodze kolejarze powiedzieli: „Nie udawajcie bohaterów, bo wylądujecie na dalekich niedźwiedziach”. Ponieważ jechałem z kolegą, powiedzieliśmy: „Nie przyznajemy się”. We wszystkich życiorysach, jakie wypełniałem, to pisałem, że byłem na robotach rolnych.

  • Jakie ma pan najmilsze wspomnienie z Powstania?

To chyba pierwszy dzień, kiedy była euforia, zdawało się, że to już jest koniec, wolność, że już Warszawa jest wolna. Nareszcie [nie będę] ścigany. Przecież byłem jak łowna zwierzyna, byłem ciągle w napięciu. Każde stuknięcie, każde puknięcie – uważałem, czy to czasem nie jakaś kontrola. Jak szedłem ulicą, to miałem oczy na wszystkie strony.

  • A najgorsze wspomnienie?

Najgorszy to był chyba moment, kiedy zobaczyłem zasypanych w piwnicy. To był dla mnie wstrząs.

  • Czy jeszcze jest coś, co chciałby pan powiedzieć na temat Powstania Warszawskiego?

Cóż powiedzieć? Mogę powiedzieć teraz raczej o Muzeum, że przychodzę tu jak do świątyni. Dla mnie Muzeum to jest jakby odkrywanie młodych lat. Chociaż to były przykre, chociaż to były tragiczne dla mnie lata, ale to były młode lata, i tak je wspominam… Widząc fotografie ulic, widząc różne momenty, przeżywam to na swój sposób i dla mnie najbardziej wzruszające jest to właśnie, że się doczekałem. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę swobodnie powiedzieć, kim jestem i co robiłem. Przecież nie byłem żadnym zbrodniarzem, nie byłem nikim [złym], tylko chciałem walczyć o życie i [walczyć] dla Polski, bo byłem wychowany na Sienkiewiczu, na jego bohaterach, i chciałem ich naśladować. Uważałem, że wszystko musi być; nie może być wszystko lekko i dobrze, i dla mnie. Czasem trzeba pocierpieć. Dla mnie czy w partyzantce, czy w innych czasach, nie było złej atmosfery, złej pogody. Trzeba, robiło się. Nie było żadnych „ale”.
  • Kiedy pan ujawnił, że brał udział w Powstaniu?

Jak już wolno było się zgłaszać, w 1985 roku. * Kiedy mieliśmy wolne, po służbie wieczorem spotykaliśmy się w wielu lokalach cywilnych. Akcje kończyły się bowiem w ciągu dnia i wieczory, noce były już przeznaczone do życia. Wtedy mieszkańcy z piwnic wychodzili do swoich mieszkań. Ja, na skutek starej znajomości z kolegą, [chodziłem] do mieszkania jednych państwa, [które było] na Hożej 66, na pierwszym piętrze. Tam [mieszkał] pan doktór, który posiadał dwie córki, panny, i [tam] często robiliśmy wieczorki. Na wieczorki przychodzili koledzy, było kilkunastu nawet. Każdy z kolegów coś przyniósł: ten przyniósł kilogram cukru, tamten jakieś sucharki czy jakieś topione masło (jak byli w akcji, to gdzieś coś znaleźli), i pani doktór przekazywali. Ona robiła z tego jakąś kolację. Oczywiście, zakrapiane bimbrem. Były i potańcówki. Czasem przychodziły jakieś panny, które obok mieszkały, tak że wieczory przeciągały się do późna. To były bardzo przyjemne wieczory, ale to było w okresie sierpnia. Później, kiedy nasiliło się bombardowanie, to już wieczorów nie było. Nie było już co przynosić na kolacje i wieczorki były już mniejsze.
Były spotkania, kiedy już był głód; na przykład byłem zaproszony przez kolegów do jednej znajomej i tam urządziliśmy kolację. Byłem zdziwiony, bo wtedy już jedliśmy tylko zupkę „pluj”, a tam postawili wazę dużą z sosem, z mięsem i każdemu na talerz. Były sanitariuszki, łączniczki były, tak że było mieszane towarzystwo. Wszyscy jemy z apetytem, jakaś kasza do tego była. Byłem zachwycony. Ale kolega obok siedzący patrzy się na mnie. Mówię: „Co tak się przyglądasz?”. Mówi: „Czekam, kiedy zaczniesz szczekać”. – „Niby dlaczego?” – „Nie wiesz, co to było? To psina. Przecież to pies”. Zjadłem pierwszy raz w życiu psa, który bardzo mi smakował, wtedy, oczywiście.
Innym razem były podobne historie, jeśli ktoś zdobył do jedzenia coś więcej, to nie chował i jadł, tylko od razu zgłaszał albo do kuchni, albo robili spotkanie gdzieś w lokalu. Jeżeli chodzi o to, co się tak smutno skończyło, to już mówiłem, bo jeszcze u nich zginęło naszych sześciu żołnierzy, w tym brat mojego kolegi. Właśnie w lokalu u tych państwa.

  • Czy były jeszcze jakieś historie miłosne z tego czasu?

Nie na naszym terenie. Poza znajomością koleżeńską, to nie było. Chociaż teraz okazało się, że w zgrupowaniu dwa małżeństwa były, ale o tych nie wiedziałem. Dwa małżeństwa były zawarte przy końcu Powstania.

  • Czy były też organizowane jakieś potańcówki? Czy słuchali państwo radia na tych spotkaniach?

Tak.

  • Może pan jeszcze opowie.

Oczywiście, na każdym wieczorku były, potańcówka to była normalna [rzecz]. Każdy wieczór – nie rozmawiało się o strzelaniu, o dniu wczorajszym, który się przebyło. O tym się raczej nie mówiło, tylko się wspominało momenty przedwojenne, jakieś historie nad Wisłą, na plaży, jakieś miłostki, jakieś dowcipy. Nikt o Powstaniu nie wspominał, skąd. To nie był temat. Owszem, bliskie jakieś tematy – niektórzy opowiadali różne niestworzone historie, może nawet nieprawdziwe. Każdy chciał trochę relaksu, trochę się odprężyć. Z miłostek tylko to, że wszyscy byli dla siebie jak najbardziej mili, tak jak rodzina. Każdy, jak miał kawałek chleba, to „Masz”. Widział, że tamten siedzi, nic nie je, a ten je, więc [dawał]. To było normalne.





Warszawa, 20 sierpnia 2007 roku
Rozmowę prowadziła Aleksandra Żaczek
  • Kiedy pan ujawnił, że brał udział w Powstaniu?

Jak już wolno było się zgłaszać, w 1985 roku. * Kiedy mieliśmy wolne, po służbie wieczorem spotykaliśmy się w wielu lokalach cywilnych. Akcje kończyły się bowiem w ciągu dnia i wieczory, noce były już przeznaczone do życia. Wtedy mieszkańcy z piwnic wychodzili do swoich mieszkań. Ja, na skutek starej znajomości z kolegą, [chodziłem] do mieszkania jednych państwa, [które było] na Hożej 66, na pierwszym piętrze. Tam [mieszkał] pan doktór, który posiadał dwie córki, panny, i [tam] często robiliśmy wieczorki. Na wieczorki przychodzili koledzy, było kilkunastu nawet. Każdy z kolegów coś przyniósł: ten przyniósł kilogram cukru, tamten jakieś sucharki czy jakieś topione masło (jak byli w akcji, to gdzieś coś znaleźli), i pani doktór przekazywali. Ona robiła z tego jakąś kolację. Oczywiście, zakrapiane bimbrem. Były i potańcówki. Czasem przychodziły jakieś panny, które obok mieszkały, tak że wieczory przeciągały się do późna. To były bardzo przyjemne wieczory, ale to było w okresie sierpnia. Później, kiedy nasiliło się bombardowanie, to już wieczorów nie było. Nie było już co przynosić na kolacje i wieczorki były już mniejsze.
Były spotkania, kiedy już był głód; na przykład byłem zaproszony przez kolegów do jednej znajomej i tam urządziliśmy kolację. Byłem zdziwiony, bo wtedy już jedliśmy tylko zupkę „pluj”, a tam postawili wazę dużą z sosem, z mięsem i każdemu na talerz. Były sanitariuszki, łączniczki były, tak że było mieszane towarzystwo. Wszyscy jemy z apetytem, jakaś kasza do tego była. Byłem zachwycony. Ale kolega obok siedzący patrzy się na mnie. Mówię: „Co tak się przyglądasz?”. Mówi: „Czekam, kiedy zaczniesz szczekać”. – „Niby dlaczego?” – „Nie wiesz, co to było? To psina. Przecież to pies”. Zjadłem pierwszy raz w życiu psa, który bardzo mi smakował, wtedy, oczywiście.
Innym razem były podobne historie, jeśli ktoś zdobył do jedzenia coś więcej, to nie chował i jadł, tylko od razu zgłaszał albo do kuchni, albo robili spotkanie gdzieś w lokalu. Jeżeli chodzi o to, co się tak smutno skończyło, to już mówiłem, bo jeszcze u nich zginęło naszych sześciu żołnierzy, w tym brat mojego kolegi. Właśnie w lokalu u tych państwa.

  • Czy były jeszcze jakieś historie miłosne z tego czasu?

Nie na naszym terenie. Poza znajomością koleżeńską, to nie było. Chociaż teraz okazało się, że w zgrupowaniu dwa małżeństwa były, ale o tych nie wiedziałem. Dwa małżeństwa były zawarte przy końcu Powstania.

  • Czy były też organizowane jakieś potańcówki? Czy słuchali państwo radia na tych spotkaniach?

Tak.

  • Może pan jeszcze opowie.

Oczywiście, na każdym wieczorku były, potańcówka to była normalna [rzecz]. Każdy wieczór – nie rozmawiało się o strzelaniu, o dniu wczorajszym, który się przebyło. O tym się raczej nie mówiło, tylko się wspominało momenty przedwojenne, jakieś historie nad Wisłą, na plaży, jakieś miłostki, jakieś dowcipy. Nikt o Powstaniu nie wspominał, skąd. To nie był temat. Owszem, bliskie jakieś tematy – niektórzy opowiadali różne niestworzone historie, może nawet nieprawdziwe. Każdy chciał trochę relaksu, trochę się odprężyć. Z miłostek tylko to, że wszyscy byli dla siebie jak najbardziej mili, tak jak rodzina. Każdy, jak miał kawałek chleba, to „Masz”. Widział, że tamten siedzi, nic nie je, a ten je, więc [dawał]. To było normalne.





Warszawa, 20 sierpnia 2007 roku
Rozmowę prowadziła Aleksandra Żaczek

Zobacz także


podchorąży

Marek Gajewski „Aramis”

Gajewski Marek. Mama Wiera, tata Kazimierz. [Urodzony] 22 lutego1926. Modlin. [W czasie Powstania]...

więcej
łącznik, strzelec

Jerzy Witold Grzywacz „Tapir”

Nazywam się Jerzy Witold Grzywacz, urodzony w Grudziądzu 6 stycznia 1929 roku. Mój pseudonim szaroszeregowy...

więcej
strzelec

Stanisława Delman „Stacha”

Stanisława Delman, z domu Ciszewska. Należałam do organizacji od roku 1942. Byłam u „Krybara”....

więcej
łączniczka, sanitariuszka

Maria Leska „Maryla”

Maria Leska, Batalion Saperów Praskich Chwackiego, [pseudonim] „Maryla”. Skąd pani pochodzi? Czym...

więcej