Nazywam się Barbara Kobendza-Abramowicz.
Urodziłam się 17 lipca 1927 roku w Alejach Ujazdowskich 6/8. Tam się mieścił Ogród Botaniczny. On do dziś się tam mieści, tylko pod innym numerem na bramie. Ja się urodziłam dosłownie w Ogrodzie Botanicznym, nie w żadnej klinice, tylko w domu tam, bo myśmy tam mieszkali.
Ja z rodzicami i z bratem.
Dlatego że mój ojciec był inspektorem nadzoru i pracował w tymże ogrodzie.
Tak.
Andrzej. On jest Andrzej Kobendza.
O, to jest trudne pytanie… Jest trzy lata ode mnie młodszy.
Może tak.
Ojciec nazywał się Roman Kobendza.
Jadwiga z Kaczorowskich Kobendza, znaczy Kobendzina też. Ona zawsze „Kobendzina” chciała, nie „Kobendzowa”.
Geografia, kończyła geografię. A w ogóle to pomagała ciągle ojcu, oni właściwie we dwójkę pracowali. Działali, żeby Puszcza Kampinoska stała się Puszczą Kampinoską w ogóle.
To się udało dzięki moim rodzicom, głównie dzięki ojcu…
Tak.
Tak. Przede wszystkim my jako dzieci, jeszcze w wieku przedszkolnym nawet, to jeździliśmy z rodzicami zwykle na jakieś wyprawy, które ich interesowały. A to Góry Świętokrzyskie, a to właśnie do Puszczy Kampinoskiej. Potem przez chyba dwa kolejne lata albo trzy, bo nie pamiętam, rodzice badali wydmy nadmorskie, więc jeździliśmy nad morze i oczywiście ja z bratem szalałam w terenach niedozwolonych dla innych. Ja byłam bardzo dumna, że ja mogę się tutaj obracać. Myśmy się z bratem bawili na tych wydmach, a rodzice mierzyli. Tam były wtedy upały, bo były inne lata niż te – no, teraz znów są upalne – i w ogóle piasek właściwie parzył, jak żeśmy chodzili po tych wydmach. No i tak. A poza tym mieliśmy swój ogródek w Warszawie, mieliśmy ogródek do dyspozycji.
W zasadzie tak, z boku tak. Ale tam były dwa wejścia: jedno wejście było w ogóle od zaplecza, od strony szklarni, a drugie wejście do tego ogródka to było przez ogródek profesorostwa Hryniewieckich, bo profesor Hryniewiecki był głównodowodzącym wtedy w Ogrodzie Botanicznym, i przez ten ogródek chodziło się do naszego ogródka. Nawet mam zdjęcia. W ogródku był basen, konewka, podlewanie… Szaleństwo! Potem byłam trochę większa, no to się już bawiliśmy bardzo chętnie w szklarniach. Tam się wchodziło po schodkach, na górze była półka, na tej półce stały prymulki, zawsze pamiętam. No i tak spędziłam swoje dzieciństwo aż do wojny.
Ja skończyłam SGGW.
Brat nie, ale ja tak.
Przed wojną skończyłam chyba siedem klas podstawówki.
Chocimska, nie Chocimska… W każdym razie na Mokotowie. Miałam bardzo blisko z Alei Ujazdowskich. Chodziłam Alejami do Bagateli i na rogu Bagateli i pierwszej przecznicy była moja szkoła. To była prywatna szkoła, którą prowadziła pani profesor Chyczewska. Ja tę szkołę skończyłam… A nie wiem, czy ja nie kłamię teraz, bo ja ten jeden rok chyba miałam… Ja powinnam może zajrzeć do tych moich papierów, bo ja to wszystko mam napisane w moim życiorysie.
Brat podstawówkę to ja w ogóle nie pamiętam, jakąś miał mało ważną w moim odczuciu. A potem skończył wydział elektryczny na Politechnice.
W Ogrodzie Botanicznym. Ale bardzo krótko, ponieważ naprzeciwko, tam gdzie teraz są też te wszystkie urzędy i wszyscy mądrzy ludzie tam mieszkają… Myśmy dostali natychmiast wyprowadzkę, rozkaz opuszczenia mieszkania. Nie pamiętam ile, ale bardzo krótki jakiś tam był okres. Była tragedia, bo gdzie się przeprowadzić – nie mieliśmy gdzie. No ale wreszcie jakiś przyszywany wujek [zgodził się] pod warunkiem, że weźmiemy jego siostrę, która jakaś była trudna w wychowaniu, dorosła pani, że my ją weźmiemy do siebie, będzie z nami mieszkać. Co mieliśmy robić? Zgodziliśmy się. Zresztą bardzo dobrze żyłam z tą ciotką.
Ciotka… O, ja sobie niedługo przypomnę, to pani powiem, bo w tej chwili mi wyleciało z głowy. Jej siostra to była Antka, Antonina, ale ona nie mieszkała z nami.
I wtedy zamieszkaliśmy na Żoliborzu. Na Żoliborzu, Mickiewicza 30. Tam [dla mnie] się Powstanie zaczęło, jak tam mieszkałam.
To chodziłam do szkoły, którą prowadził pan Wiśniewski. Teoretycznie to się nazywało szkoła ogrodnicza, a naprawdę to mieliśmy troszkę tych wykładów, nauki ogrodnictwa różnego, ale pod przykrywką tego były komplety. No i tam kończyłam… No, niezupełnie kończyłam, bo jednak jak kończyłam, to już po wojnie ostatnią klasę.
Małą, tak.
Nie, raz się spotkałam, ze dwa, trzy lata temu, u Słowackiego. Bo ja liceum to kończyłam Słowackiego i tam zdawałam maturę. Był zjazd wszystkich uczniów będących uczniami Słowackiego i ja tam pojechałam, i tam przez przypadek żeśmy się spotkały z jedną z moich koleżanek z mojej klasy, ale to była jedyna sposobność.
Mam kiepską pamięć do nazwisk.
No tak, to było w ogóle fatalne, wszystko razem wziąwszy. Najpierw tata dalej jeszcze, krótko, ale pracował w Ogrodzie Botanicznym, wtedy kiedy mieszkaliśmy na Żoliborzu, ale to było krótko. I na tym Żoliborzu byliśmy do Powstania, to znaczy rodzice zostali.
W ogóle to dostarczała mapy w skali 1 do 100 akowcom. Bo w domu całą masę tego miała ukrytego. No i na tym polegała jak gdyby jej pomoc Powstańcom, bo poza tym to specjalnie nic tam innego nie robiła. No ale z tymi mapami to był cyrk. Tam zawsze ktoś przychodził, coś było potrzebne gwałtownie, no to wtedy mama to znajdowała i jemu pożyczała, [właściwie] dawała, bo pożyczała na wieczne nieoddanie.
Szare Szeregi to były w zasadzie wtedy, jak ja byłam w liceum. Też one były takie częściowo utajnione, takie na niby – w ramach gimnastyki przeprowadzało się jakieś tam różne ćwiczenia.
W zasadzie tak, tak, wtedy. No ale to wszystko w Powstaniu to dopiero się później mi troszkę przydało. Na początku to ja byłam obca.
Myśmy byli wszyscy w domu, to znaczy ojciec, brat i ja. Bo moja mama poszła… Ona codziennie chyba jeździła, a może rzadziej, nie pamiętam, na Bielany po mleko do chłopa, które to mleko przywoziła do domu, do nas. I właśnie wtedy, jak mama pojechała czy poszła na te Bielany, wybuchło Powstanie. No i była wielka konsternacja: jak to, mama wróci, nie wróci? Co się z mamą stało? No ale jednak rzeczywiście wróciła, nawet chyba tego samego dnia, tylko po paru godzinach. Jakoś się tam dostała i wróciła do nas z tym mlekiem.
To jest, proszę pani, dom tak zwany „pod Matką Boską”.
Tak, przy placu Wilsona. Tam była figura Matki Boskiej i tak ten dom się nazywał.
Proszę pani, klatka schodowa była oczywiście od podwórka, wszystko było od wewnątrz. A okna to mieli wszystkie chyba na ulicę, na zewnątrz.
Wiem, że raz widziałam, i to pierwszego – może nie pierwszego, może to było drugiego dnia – akurat stałam jakoś przy oknie u siebie i widziałam w bramie… Aha, bo w bramie stali akowcy, Powstańcy, i to była zresztą brama przelotowa z Mickiewicza na Słowackiego. Ja patrzę, a tu z lewej strony od placu idzie Niemiec (szwab chciałam powiedzieć). No i oczywiście się spotkali, ale ja nie wiem, nic się nie stało tam jakoś. Czy jeden uciekł, czy strzelał i nie trafił, nie pamiętam. W każdym razie to było chyba jedyne, co ja widziałam… To znaczy widziałam dużo, ale później.
Przeprowadzaliśmy się.
Była znajoma nasza, żona oficera, który był w tym czasie w Londynie. Miała dwoje dzieci i syn zginął 1 sierpnia od razu w Powstaniu, a córka była gdzieś, nikt nie wiedział gdzie, ale gdzieś brała udział chyba w Powstaniu. Potem żeśmy się z nią spotkali, ale na bardzo krótko.
Nie wiem. Krzysztof to był przyjaciel tego… No nie wiem. Musiałabym zadzwonić, ale z bratem rozmawiać jest ciężko.
Ona została sama w malutkim mieszkaniu blisko Cytadeli i błagała nas na wszystko, żebyśmy się do niej przeprowadzili, z nią zamieszkali, bo ona się okropnie boi być sama. No i się zgodziliśmy.
Tam żeśmy byli do końca.
Kniaźnina chyba. Stamtąd nas już wyprowadzali Niemcy. Ja w międzyczasie zostałam lekko draśnięta w nogę. Chociaż jest spór, bo mi syn mówił, że tu państwo w papierach mają zapisane, że w rękę, a ja twierdzę, że to było w nogę – czy też odwrotnie, ale to nieważne.
Bo był wybuch, zbiła się szyba akurat w tym pomieszczeniu, w którym ja siedziałam z mamą, i mnie utknął kawałek szkła.
Tak.
Tak dnia [dokładnie] to nie powiem, ale to było na samym początku.
No chyba tak. Pamiętam, ale tam teraz… Ale to chyba jest nieprawda, bo wnuczek coś mówi, że tam chyba teraz w tym miejscu jest szkoła muzyczna, którą kończyła jego siostra.
Najpierw obierałam kartofle. Pamiętam jak dzisiaj, bo w kuchni po prostu mnie zatrudnili. A w kuchni, ponieważ tam był punkt, w którym się gotowało obiady, zupy i tu przychodzili na określoną godzinę, jak mogli Powstańcy, i tę zupę dostawali, jedli, no to to ja tam codziennie [pomagałam]. Z tym że ja mieszkałam, nocowałam w domu, a codziennie rano pędziłam tu do nich. Strzelali, nie strzelali – tak bardzo nie strzelali – pędziłam do nich. Miałam kawałek drogi, no ale na piechotę oczywiście. Z czasem oni się zorientowali, że ja jestem taka dosyć, jakby to powiedzieć, bystra, jak na tamten okres. A poza tym ja się w ogóle nie bałam. Ja dla mnie ostrzał: „No to strzelają”. I nigdy mnie nie trafili. Tak że oni mnie tak najpierw delikatnie [sprawdzali]: „To może pani z tym rozkazem to tutaj przejdzie, a może tam pani przejdzie?”. I tak to się zrobiło, że ja zaczęłam właśnie…
Tak.
Ja w ogóle nic z tym szpitalem nie miałam wspólnego. Bo szpital był w tym… Nie pamiętam, jak się nazywa ten park przy placu Wilsona.
Tak. I jak ja pracowałam na dole, to do tego parku… W tym parku były takie bunkry, nie bunkry i tam był szpital. Bo pamiętam, że tam się na mszę chodziło w niedzielę i ja w czasie mszy zemdlałam po raz pierwszy i jak na razie ostatni w życiu, ale zemdlałam absolutnie. Obok mnie stała pani, z którą razem pracowałyśmy, ale nie pamiętam jej nazwiska.
Ona mnie złapała. Tam w tej kuchni. Ona mnie złapała i oczywiście mnie tam przenieśli zaraz na zaplecze, położyli mnie na jakiejś leżance. Pan doktor do mnie przyszedł. Ja mówię, że nic mi nie jest, jestem już zdrowa, mogę dalej iść do [pracy]. On mówi: „No tak, ja nawet widzę, jak pani nic nie było”. No ale to taka była z nim rozmowa. I to było właściwie wszystko, co ja miałam wspólnego z medycyną.
Mhm. Tak że to wszystko tam się odbywało właśnie w trakcie mszy świętej.
Ja pamiętam, ja bym tam trafiła, tylko nazwy ulicy nie pamiętam. To była przecznica od Słowackiego w każdym razie… No tak, bo ja mieszkałam Mickiewicza, a ta następna była Słowackiego. Ona do dziś tak się nazywa i to była przecznica Słowackiego. I na rogu tej przecznicy, bo to nie Kniaźnina, Kniaźnina to była gdzie indziej… No nie pamiętam tej ulicy. Tam się mieściło, że tak powiem, dowództwo miejscowe. No to ja tam do nich chodziłam, meldowałam się, dawałam to, co mi tam kazali przynieść w drodze powrotnej. Czasami coś tam niosłam i takie to było. No ale byłam zadowolona, bo coś konkretnego robiłam.
Tak. A po przeprowadzeniu się do tej pani to w dalszym ciągu byliśmy wszyscy. Tam się natomiast zrobiła fatalna rzecz jedna, bo był wystrzelony pocisk. Nie pamiętam, czy to była ta „szafa”, czy inny pocisk, w każdym razie tamto nasze mieszkanie, można powiedzieć, że runęło. Myśmy mieszkali na parterze i cała piwnica była w gruzie. Natomiast mój tata napisał książkę, „Dendrologię”, która była gotowiusieńka do wydania. Mówiło się, że jak skończy się wojna, to będzie wydana. No ale jak się zawalił sufit, ojciec w ogóle w strasznym stanie nerwów się zrobił, okropnie to przeżywał, koniecznie chciał iść do tej piwnicy, grzebać tam w tych gruzach i szukać tej [książki], bo to była walizeczka – ja dziś pamiętam, taka mała skórzana walizeczka – w niej cała ta „Dendrologia”.
Mama odradziła, to nie było sensu, bo to wszystko zadymione jeszcze, spalone do tego – nie było szans na to, żeby tę walizkę w całości znaleźć. No jakoś wytłumaczyła ojcu, tak że przeżył. No i na tym Żoliborzu żeśmy mieszkali do momentu, jak Niemcy nas wyrzucili.
Tak.
No to tak wyglądało, że otwierali drzwi i tam walili jak zwykle bronią w drzwi, no i że raus, wynocha. No i myśmy mieli przygotowane walizki, bo to były walizki, z którymi żeśmy z naszego mieszkania się przeprowadzili do tej pani znajomej. Nie walizki – plecaki, źle powiedziałam. Wszyscy z tymi plecakami żeśmy przez tych Niemców zostali wyrzuceni, wyszliśmy. No i tam już przed nami było więcej innych ludzi, dołączyli. No i nas zaczęli gnać. A to tłum szedł, rzędy całe. No a dalszy ciąg to już wiadomo.
Z Botanicznego Ogrodu to nic żeśmy nie wynieśli. Przecież też żeśmy się przeprowadzali na Żoliborz w błyskawicznym tempie, nie było szans na wynoszenie czegokolwiek.
Ja nie wiem. Ja nic nie mam. Troszkę może coś tam ma czy miał brat, w związku z tym że brat mieszkał z rodzicami do końca, bo on się nie ożenił. Bo ja to wcześniej z domu wyszłam, za mąż wyszłam i poszłam sobie, a on mieszkał z rodzicami do końca ich życia. W związku z tym wiem, że on miał sporo różnych rzeczy po ojcu, ale to raczej takie botaniczne były, nie wiem. No ale chyba większości tego już się wyzbył, bo już jest teraz też mocno starszy pan.
Droga do Pruszkowa to wyglądała tak, że nas wyprowadzili, doprowadzili do stacji. Tam był problem, ponieważ z nami była jeszcze gosposia, o, właśnie.
Marysia, a nazwiska to nie wiem. Znaczy wiedziałam, ale nie pamiętam. Mieszkała w Dobrem, znaczy pochodziła z Dobrego. U nas była gosposią i cały ten czas to z nami w ogóle była. I jak Niemcy nas wyrzucali, no to Marysia poszła z nami i potem był problem, jak doszliśmy już jak gdyby na dworzec i tam nas zaczęli segregować: kogo gdzie. No więc tak, Marysia najmłodsza. No bo ja to jeszcze prawie jako dziecko, a brat zupełnie jeszcze dziecko. Więc Marysia była najbardziej zagrożona. Wobec tego Marysia była obandażowana bandażem tak stąd dotąd i tak kulała strasznie, że w ogóle jej oczywiście nie zakwalifikowali do żadnej guberni, tylko do chorych. Brat i ja to bez problemu. Ojca to chcieli do Generalnej Guberni wysłać, ale się nie zgodził. Powiedział, że chce z rodziną. No i myśmy wszyscy się dostali do takiego baraku, gdzie byli sami chorzy. No i tam ojciec się zupełnie załamał, bo to tak: praca mu zginęła, tutaj mną się denerwował okropnie… Do ubikacji to pamiętam, że mnie za rękę prowadził, bo tam była taka jakaś ubikacja w rogu, w tym baraku.
Prowadził mnie, stał i czekał, aż wyjdę. A zaczęła działać mama. W mamę wstąpił jakiś duch i zaczęła mama działać, latać, chodzić. Znalazła jakąś siostrę, pielęgniarkę, która działała tam wśród tych chorych, niemogących wiele zrobić, i w ten sposób wyławiała inteligencję. No i mama nas tam zgłosiła, [pielęgniarka] napisała [nasze nazwiska] i dzięki niej chyba właśnie nas do tego wagonu – bo to był towarowy otwarty – do tego wagonu nas wprowadzali, tę Marysię kulejącą i nas, tych, co już mówiłam wcześniej. Jechała w rogu, pamiętam, babka, która miała w ogóle krwawą dyzenterię (to się tak nazywało chyba), ale ona była w rogu tego [wagonu], a my żeśmy byli w [innym] rogu tego całego wagonu.
Chyba dwie noce. Bardzo długo nie, dwie noce. No a [kiedy] jechaliśmy tym bydlęcym wagonem, to nas wysadzili w Jędrzejowie. Tam była tragedia, bo przecież była cały czas tragedia, bo myśmy długo jechali i tam nie było żadnego WC, no więc wszyscy mieli nogę na nogę założoną i jak mogli, tak trzymali, ale nie wszyscy. Niektórzy to w ogóle siadali na tej poręczy i się załatwiali na zewnątrz. No i jak w Jędrzejowie nas wysadzili wszystkich, to wszyscy, nie patrząc, czy to jest dziecko, czy to jest kobieta, czy mężczyzna – do rowu. Od razu był przy torach rów i tam żeśmy wszyscy załatwiali swoje… To pamiętam jak dzisiaj, mi się śmiać chciało mimo tragicznej sytuacji. A myśmy wysiedli w Jędrzejowie, bo ojciec miał w Jędrzejowie jakiegoś znajomego sprzed wojny. Oczywiście poszliśmy pod ten adres, to jego już nie było, zupełnie kto inny tam mieszkał. Ale tak żeśmy trafili szczęśliwie, że ci państwo, którzy się zorientowali, że my jesteśmy z Powstania, że my w ogóle nic nie mamy, to nas, obcych ludzi, zaprosili do siebie, dali nam kolację, której nie zapomnę do śmierci, bo to przecież myśmy byli głodni okropnie, a tam była sałatka pomidorowa, to dla mnie, kartofle to moja mama wcinała. W ogóle każdy co chciał, duży, cały stół zastawiony jedzeniem. No i a potem nas położyli spać u siebie. Mama była w okropnych nerwach, ponieważ z nami do pewnego momentu jechała ta pani Jakliczowa.
No widzi pani, pani Jakliczowa jechała z nami. Potem zostaliśmy rozdzieleni, ale ta pani Jakliczowa wzięła przy jakiejś okazji chłopca. To nie był Żyd, ale chyba chłopiec sierota. I się okazało, że ten chłopiec jest strasznie zawszony. Moja mama się strasznie bała, ponieważ my jednak spaliśmy w jednym pomieszczeniu, czy my nie złapaliśmy i teraz tym ludziom przesympatycznym przyniesiemy. Ale nie. No i już. No a stamtąd tośmy już poszli do Częstochowy, bo tam była rodzina mamy. Ale tam mieszkała ciocia babcia – ona się nazywała [tak] dla dzieci. Ciocia babcia już miała pełno ludzi, a bardzo małe mieszkanie. Po prostu nie mogła nas przyjąć. Załatwiła nam pobyt w Krakowie u swojej rodziny, która nie była naszą rodziną, w Krakowie. Do Krakowa już żeśmy pojechali bez większych problemów. […]
Mieszkaliśmy dosyć długo w tym Krakowie. Tam też były nawiązane stosunki z jakimś młodym człowiekiem, który bardzo pomagał Powstańcom. Pracował w szklarni, blisko krakowskiego Ogrodu Botanicznego. Załatwił zatrudnienie ojca, w szklarniach pracował. I trochę ja też tam [pomagałam], ale ja to nie bardzo. Ale miałam kenkartę. No i ojciec tam pracował, a mama cały czas coś tam kombinowała. Potem przy jakiejś okazji przyjechała do Warszawy, że trzeba szukać mieszkania jakiegoś w Warszawie przecież. No i wrócili. Wtedy znaleźli mieszkanie na ulicy Narbutta, ale tam już były wszystkie inne mieszkania zajęte i nam przypadło w udziale mieszkanie czteropokojowe. No i to tragedia w ogóle, bo to wszystko kosztowało. Myśmy wtedy się z ciotką jeszcze spotkali, z mamy siostrą, ona z nami była. Bo ona nie była z nami w Pruszkowie, w każdym razie była z nami tutaj.
Zofia Kaczorowska.
Na Narbutta mieszkała. Miała swój pokój, mieszkała z nami. Ja miałam też swój pokój, to dwa, a ojciec miał trzeci, a mama chyba z bratem miała czwarty. No i jeszcze był służbowy. Później mieliśmy gosposię, tylko ona w tej służbówce urzędowała. W ogóle obłęd to był.
Nie. Marysia została na wsi, tam wyszła za mąż, miała córkę. Potem doszła do nas informacja, że ta córka jej umarła. Już dziś nie pamiętam na co, ale umarła. Tak że Marysia została na wsi, a dalej to już nie wiem, co się z nią działo.
W BOS-ie, Biuro Odbudowy Stolicy.
Oboje.
No, każdy tak po swojemu trochę. Jak to było z ojcem… Zresztą ojciec wcześniej już wykładał na tajnych kompletach na poziomie SGGW czy też może mojej szkoły. Tak że ojciec to chyba od razu zaczął pracować w SGGW – w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. A mama pracowała w Instytucie Geografii. Ale nie, to było trochę później, bo na początku na pewno oboje byli w BOS-ie. Już pamiętam ten BOS, ciągle się mówiło o tym BOS-ie.
Tak.
O nie. Mnie to wszystko, wie pani, tak bardzo nie interesowało.
No nie, dokładnie to nie pamiętam. Ale wiem, że ojciec pisał, matka przepisywała to wszystko na maszynie, ręcznie, oczywiście. No, pracowali, w biurach pracowali, w domu, w ogóle byli zajęci wszystkim, tylko nie dziećmi – dzieci były puszczone same sobie. Myśmy się tak chowali właściwie cały czas, można powiedzieć, prawie samotnie. No, może przy końcu nie, nie wiem, trudno im powiedzieć.
Nie, skąd, już nawet nie próbował. On chorował bardzo i już… Absolutnie nie. […] Artykułów pisał masę różnych, ale… No i szalał w tej Puszczy Kampinoskiej. Jeżeli ktokolwiek zna Puszczę Kampinoską, to na pewno zna nazwisko ojca, ponieważ ono tam jest w wielu miejscach upamiętnione. I sztandar jest. A sztandar w szkole to jest imienia obydwojga rodziców, Jadwigi i Romana, ale samego ojca to jest jakiś kamień jest.
Tak.
Ja z Puszczą nie jestem związana. Tylko tyle co miałam w życiu tam parę wycieczek i koniec. Bo mama to w Puszczy z wnukami jednak była, ze dwa razy chyba. U gajowego miała wynajęty pokój i tam urzędowali. A ojciec to jak zwykle, siedział tylko i pisał.
Mniej więcej, tak.
Warszawa, 24 marca 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk