Barbara Miśkiewicz

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Barbara Miśkiewicz.

  • Proszę powiedzieć, co pani robiła przed wrześniem 1939 roku?

Bawiłam się w ogródku, chodziłam na spacery z mamą, bo miałam dopiero osiem lat.

  • Gdzie państwo wtedy mieszkali?

Też na Łuckiej 14, gdzie później mieszkaliśmy w czasie okupacji i w czasie Powstania. Już po Powstaniu mieszkaliśmy gdzie indziej.

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała wybuch wojny w 1939 roku?

Powiem szczerze, że z 1939 roku nie bardzo cokolwiek pamiętam. Na początku, kiedy opowiadano, że będzie wojna, że będą latać samoloty, zrzucać bomby, to nawet, jako dziecko, byłam bardzo zainteresowana tym, jak to będzie wyglądało. Klejono przecież jakieś taśmy na oknach, żeby nie wypadały. Na początku był wielki szum, a później, jak siedziało się w piwnicy i słyszało te bomby, to nie było tak wesoło i był strach. Strach był właściwie przez dłuższy czas, bo jak się wojna niby skończyła i Niemcy już weszli, to były inne problemy. Były łapanki, różne inne kłopoty, tak że właściwie dla dziecka to było pięć lat strachu i wszystkiego złego.

  • Proszę powiedzieć, gdzie chodziła pani do szkoły w czasie okupacji?

W czasie okupacji przez pierwszy rok nie chodziłam. Pierwszą klasę szkoły powszechnej odbyłam jeszcze przed wojną. Później przez następny rok zaraz po wejściu Niemców nie chodziłam do szkoły, tylko uczyłam się w domu. Następnie chodziłam do szkoły powszechnej w kilku miejscach. Najpierw to było na Młynarskiej w szkole o nazwie Sowińskiego, później chodziłam do szkoły, która się mieściła w budynku róg Żelaznej i Leszno – stary budynek i tam mieściła się nasza szkoła. Przed Powstaniem od roku 1943 do 1944 roku była szkołą prywatną, z tym że pod pewnym… technicznym pretekstem, że to niby jest szkoła handlowa i tak dalej. To była prywatna szkoła Barańskiej na ulicy Wielkiej koło ulicy Zielnej. Do tego budynku można było wchodzić i od ulicy Zielnej, i od ulicy Wielkiej w pobliżu ulicy Złotej. Tam mieściła się szkoła Zaorskiego, tajna szkoła medyczna. Później było Powstanie.

  • Czy spotkała się pani na ulicy oko w oko z Niemcami?

Bardzo często, bo przecież ich było pełno. Mieszkając z kolei na Łuckiej, widziałam bardzo blisko małe getto. Fabryka Norblina częściowo zajmowała pierwsze numery nieparzyste od jeden do pięciu ulicy Łuckiej, z drugiej strony ulica Prosta, Żelazna i sięgało gdzieś dalej – już nie pamiętam, czy do Wroniej, czy nie. Po przeciwnej stronie fabryki Norblina i ulicy Łuckiej znajdowało się małe getto, kierowane później chyba do placu Grzybowskiego, ulicy Twardej i tak dalej… Dalej już tego małego getta nie pamiętam. Natomiast pamiętam, że przez ulicę Chłodną był zrobiony pomost między gettem małym a gettem dużym. Widać było na początku przechodzących ludzi. Pod tym drewnianym wiaduktem można było normalnie przejść na ulicy Chłodnej.
Niemców i łapanek przeżyłam sporo. Trudno było tego nie przeżyć, jeśli się było w Warszawie. Tym bardziej że pewnych przedmiotów jak historia, geografia i tak dalej to uczyłam się jeszcze prywatnie u pani profesor, która mieszkała na ulicy… przedłużenie Chmielnej od Marszałkowskiej. Pani [profesor] nazywała się Korycińska i niektórych uczniów przyjmowała u siebie w domu, żeby im pogłębić wiadomości na temat historii i geografii.

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała Żydów, którzy przechodzili z małego getta do dużego?

Widzieć, to ja ich widziałam, ale przecież myśmy się nie kontaktowali. Mieszkałam w domu na Łuckiej, a jedna oficyna tego budynku była zajmowana głównie przez bogatszych Żydów. Nawet jeden z nich, felczer Feiflasch, był moim lekarzem domowym. Później byłam nawet u niego w getcie, jak mnie bolało gardło. Mój ojciec, który pracował w firmie samochodowej (która mieściła się na ulicy Glinianej) miał możność wejścia do getta, codziennie wchodził tam do pracy. Jak zachorowałam, to zamiast być ostrożnym to mnie zaprowadził do doktora Feiflascha, bo on mnie znał, a ojciec uważał, że to będzie najlepsze – kontakt z tym, kto mnie zna jako lekarz. To było bardzo niebezpieczne, bo mogłam już nie wrócić, mogli uważać, że ojciec wyprowadza jakąś Żydówkę.

  • Proszę coś więcej o tym opowiedzieć.

Więcej nie pamiętam. Pamiętam, że byłam, że dostałam leki, ojciec mu zapłacił i wyszliśmy stamtąd. Ale dokładnie nie powiem, w której części getta, musiało to być gdzieś w okolicach Żelaznej i Leszna, to już było w dużym getcie, nie w małym. Ojciec miał dokument, że mógł wchodzić i widać Niemcy honorowali to na tyle, że ja jako dziecko zostałam wypuszczona. Przecież nie miałam żadnego dokumentu. Teraz dopiero po latach zdaję sobie sprawę, na jakie niebezpieczeństwo naraził mnie mój ojciec. Pamiętam doskonale likwidację małego getta. Bardzo to przeżyłam. Likwidacja getta była chyba w 1942 roku. Poszłam rano do szkoły, była na rogu Żelaznej i Leszna, mniej więcej jak teraz po jednej stronie jest chyba gmina dzielnicy Wola, a po drugiej stronie duży budynek, który był po stronie polskiej, natomiast połowa tej ulicy była w getcie. Wracając ze szkoły do domu, nie mogłam się dostać, bo ulica Żelazna gdzieś chyba koło Grzybowskiej (czy nawet dalej, tego dokładnie nie pamiętam) była zamknięta, stało niemieckie wojsko i nie można było dostać się na Łucką. Kazali iść do Wroniej. Poszłam. Idę Wronią, dochodzę do Łuckiej i znowu nie mogę wejść na odcinek Łuckiej między Wronią a Żelazną. Niemcy stoją z karabinami, na ulicy jest pusto, bramy pozamykane.
Zaczęłam płakać, jak tu dostać się do domu. Podchodzę do Niemca i mówię, że ja tu mieszkam. Ale mówię po polsku, a on po polsku nie rozumie. Ale widzi jakiegoś zapłakanego dzieciaka, ja pokazuję palcem, więc wpuścił mnie w tą ulicę. Zrobiłam trochę kroków, minęłam ze dwa domy – następny Niemiec stoi, bramy pozamykane. Znowu następny widzi [dziecko] z tornistrem, chlipie, więc jakoś mnie puścili. Tak dotarłam do naszego domu, gdzie też brama była zamknięta. Zaczęłam walić, dozorca wyszedł, wpuścił i mówi: „Baśka, no jak tak można wracać do domu?”. Mówię: „A gdzie ja miałam iść? Przecież ja chciałam dostać się do domu”. Później widziałam przerażające rzeczy. Niemcy podpalali budynki pełne ludzi. Ludzie potrafili wyskakiwać z balkonów na ulicę. Widziałam taki moment, gdzie na balkonie, chyba na trzecim piętrze (bo to było wtedy widoczne ponad murem) matka wyrzuciła na dół dwoje dzieci i później sama skoczyła. Wkrótce Niemcy spalili ten dom, więc takie obrazki były widoczne dla tych, którzy mieszkali po stronie przeciwnej do getta.
Oprócz tego nocą latały samoloty ze znakami swastyki i bombardowały tą dzielnicę. To było nawet widać z naszych okien. Mieszałam na czwartym piętrze i mój ojciec mówi: „O, widzicie, samoloty – bo tak nisko leciały – lecą ze swastykami na skrzydłach i to są niemieckie samoloty, a nie żadne alarmy, że to są jakieś rosyjskie samoloty czy jakieś inne”. W ten sposób niszczono getto, zarówno na ziemi jak i z góry. Te rzeczy bardzo mi utkwiły w pamięci. Później było Powstanie Warszawskie.

  • Wcześniej, przed Powstaniem była pani w Józefowie…

Tak, wcześniej zwolniono mnie ze szkoły. Byłam [w Józefowie] w czerwcu. Ponieważ w lutym chorowałam na szkarlatynę, w marcu bardzo źle się czułam, więc wyjechałam z mamą do wynajętego pokoju cztery kilometry od stacji w Józefowie, żeby trochę wzmocnić swój organizm. Tam mieliśmy pozostać dłużej, już zbliżały się polskie i rosyjskie wojska. Ale moja mama się zlękła, jak zobaczyła na szosie lubelskiej „własowców”, którzy współpracowali z Niemcami. Powiedziała ojcu, że tu za żadne skarby nie zostanie i że musimy jechać do Warszawy. Przyjechaliśmy do Warszawy ostatnim pociągiem, który jechał z Karczewa do Warszawy. Chyba za dwa dni było Powstanie.

  • Proszę opowiedzieć o powstańcach, których pani widziała w Józefowie.

W Józefowie widziałam powstańców. Później zorientowałam się, że to byli młodzi ludzie, którzy potem byli żołnierzami Powstania Warszawskiego, bo ćwiczyli codziennie na rzece, która łączyła się z rzeką Świder – już nie pamiętam, jak się ta mała rzeczka nazywała. W ujęciu tych dwóch rzek robili ćwiczenia pływackie, trzymając duże, drewniane kije. Później się zorientowałam, ktoś mi zresztą powiedział, że to były ćwiczenia żołnierzy AK w przepływaniu z karabinem przez Wisłę. To mi powiedział ktoś, kto później w czasie Powstania mówił, że sam w tych ćwiczeniach brał udział.
Widziałam też, jak jednego razu niemieckie samochody przyjechały w tamtą okolicę i wtedy na szczęście nie zastali tych ćwiczących młodych ludzi. Ale poszukiwali tam, widocznie ktoś musiał donieść. A może sami się domyślili, nie wiem. Przejechali, pojechali przez ten drewniany mostek nad małą rzeczką, która wpada do Świdra. To też był strach. Gdziekolwiek się widziało niemieckie samochody, to człowiek wiedział, że nie przyjeżdżają na wycieczkę, tylko po to, żeby albo kogoś aresztować, albo była to łapanka. Łapanki na ulicach były na porządku dziennym.

  • Czy pani często uciekała przed łapankami?

Często. Nawet raz było tak, że myśmy byli ze szkoły wyprowadzani nie na ulicę Zielną, tylko na Wielką, dlatego że (jak mówiłam) to było tajne nauczanie pod egidą szkoły handlowej. Uczniów szkoły handlowej (bo też się tam uczyli) zostawiono. Natomiast nas wyprowadzono, ponieważ na ulicę Złotą na wprost Zielnej przywieziono z Pawiaka ludzi i w tym czasie rozstrzeliwano. Nasi wychowawcy bali się, że [okupanci] mogą zajrzeć i tutaj. Wtedy ulica jest zamknięta i nikogo nie wpuszczają, tylko [można być] w pobliżu. Wyprowadzono nas tylnym wejściem z budynku na ulicę Wielką i kazano iść do domu. Takie rzeczy były.

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 roku?

Z 1 sierpnia zapamiętałam to, że widziałam, jak sąsiedzi rozstają się ze swoimi synami, matki płakały, żegnając synów czy córki wychodzących z domu. Później był sygnał dźwiękowy, a później strzały. Właściwie ten pierwszy dzień był dla mnie na razie taki nijaki. Później dopiero, za dwa czy trzy dni dowiedzieliśmy się, co się dzieje na Woli. Coraz to komuś udało się uciec z Woli, gdzie rozstrzeliwali ludzi ze wszystkich okolicznych domów i tam na początek zginęło najwięcej ludzi. Tam były po prostu rzezie Niemców i „własowców” współpracujących z Niemcami na Polakach. Tam były gwałty, zabijania. W okolicach chyba fabryki Franaszka (zaraz po tej stronie, gdzie jest szpital zakaźny), trochę głębiej w kierunku ulicy Działdowskiej leżało po parę pięter trupów.

  • Czy w czasie Powstania cały czas była pani w piwnicy?

Mniej więcej od 2 sierpnia siedziało się już w piwnicy. 6 sierpnia Niemcy już się tak zbliżyli do ulicy Łuckiej, że strach był, że w każdej chwili dostaną się do nas. Zaczęli bardziej bombardować samolotami, latali bardzo nisko, zrzucali bomby zapalające. To był akurat 6 sierpnia, Święto Przemienienia Pańskiego i na dach naszego domu spadło wiele tych bomb zapalających. Na górnych piętrach było mało wody, trochę na parterze i trochę można było wyciągnąć ze studni, bo otworzono denko nad studnią i udało się stamtąd sięgać wodę. My, już dwunasto-, trzynastoletnie dzieciaki ustawialiśmy się na schodach, żeby podawać kubełki z wodą tym, którzy gasili budynek. Innego wyjścia nie było. Mniej więcej od 6 sierpnia do 15 sierpnia byliśmy jeszcze na Łuckiej. Później, ze względu na bombardowania i strach, rodzice postanowili, że uciekniemy dalej w głąb miasta, żeby być bezpieczniejszym, żeby nie wpadli na przykład w nocy czy jakiegoś dnia [na Niemców]. Granica między wojskiem powstańczym a wojskiem niemieckim przesunęła się już wtedy aż do ulicy Grzybowskiej. Żołnierz AK mógł się zaraz wycofać, natomiast ludzie z dziećmi nie bardzo wiedzieli, kiedy można uciekać i tak dalej.
15 sierpnia rodzice razem z ciocią i z bratem podjęli decyzję, że pójdziemy do teścia cioci. Był pracownikiem jakiejś biblioteki, która mieściła się na Okólniku. Ten budynek był po przeciwnej stronie szkoły muzycznej, która teraz tam jest, i tam ten pan mieszkał. Nawet moi rodzice namówili do tego sąsiadów, żeby poszli. Też mieli córkę w moim wieku. Jeszcze [poszła] jedna sąsiadka z córką i wszyscy poszliśmy do tego pana. Uciekaliśmy z Łuckiej przez barykadę, która mieściła się na między Łucką 7 a Łucką 9, w poprzek, żeby nie biec po ulicy, bo Niemcy (którzy byli już chyba na ulicy Wroniej) strzelali w kierunku Łuckiej, strzelali w kierunku Żelaznej. W ten sposób [uciekliśmy]. Między budynkami można było przejść piwnicami zamiast ulicą i doszliśmy do ulicy Pańskiej. Ulicą Pańską doszliśmy na Okólnik. Na Zielnej była walka przy poczcie, tak zwanym budynku PAST-y, trzeba było uważać przy przejściu ulicą Zielną. Później, jak wyszliśmy dalej, to byliśmy zdziwieni, bo tam przez jakiś czas był spokój, można nawet było być na ulicy i nikt wtedy nie strzelał, bo wtedy padała Starówka. Niemcy walczyli w systematyczny sposób. Od obrzeży, na przykład na Woli, niszczyli Starówkę, a jak zniszczyli te części, to się przesuwali ku centrum, ku środkowi miasta.
Tam było przez pewien czas spokojnie. Później, jak walki zaczęły się znowu coraz bardziej zbliżać, to myśmy nie mieli co jeść, bo możliwości były żadne, kupić nic nie było można. Mój ojciec przenosił dla wojska powstańczego zboże z różnych magazynów, które były na Żelaznej, na… placu Kazimierza chyba też był jakiś [magazyn]. Przenosił do centrali i oni za to przenoszenie zboża dawali jakąś część, parę kilogramów i to trzeba było sobie jakoś skręcić, zrobić z tego mąkę. Co było trochę bardziej miałkie, to była mąka, a wszystkie łupinki były kaszą. To się gotowało i się jadło. Nic więcej. Najwyżej jak padło jakieś zwierzę, to się zjadało jakieś kawałki, jeżeli udało się dostać.
  • Czy psy i koty też się jadło?

Też się jadło. Psy i koty, i nie tylko. Cokolwiek było do zjedzenia, to się jadło. Wiem, że dużo cukru skądś ojciec przynosił. Miałam w kieszeni cukier w kostce i jak byłam głodna, to zjadło się kostkę cukru i to było jedzenie. Później z kolei, jak Niemcy już zniszczyli Starówkę i żołnierze zaczęli przechodzić kanałami też i na Okólnik (był taki punkt, w którym wychodzili z kanałów), to Niemcy zaczęli się brać za Powiśle, w okolicy Kopernika, jak jest Okólnik, Tamka. Wtedy znowu moi rodzice podjęli decyzję, żeby się przenieść na drugą stronę Alej Jerozolimskich. Czyli znowu trzeba było przejść przez barykadę […] na rogu Kruczej i Alej Jerozolimskich. Barykada sięgała do pierwszej bramy budynku, odgradzała przejście tych ludzi przez barykadę. Niemcy byli rozrzuceni w różnych miejscach. [Ten] budynek, gdzie jest w tej chwili „Orbis”, po tej stronie, gdzie jest dom towarowy, chyba zajmowali Niemcy, bo stamtąd szły strzały. Jak się przechodziło przez barykadę, to trzeba było czekać, aż żołnierze, którzy byli w bramie przy barykadzie (z jednej i z drugiej strony), dawali sygnał, kiedy można przechodzić. [Przechodziło po] parę osób (dwie, trzy osoby) i trzeba było iść bardzo cicho, żeby nic nie stuknąć, nic nie puknąć. Z nami szła z Łuckiej tą samą trasą sąsiadka moich rodziców, była z nami cały czas i akurat pamiętam, miała garnek i on zaczął dzwonić. Wstrzymano przejścia i tylko nam kazali przejść. Później były strzały, więc znowu trzeba było odczekać, kiedy żołnierze pozwolą przejść.
Wtedy przyszliśmy do budynku na Marszałkowskiej 81. Ten budynek stoi, nie ma tylko pierwszej oficyny, która była przy ulicy, bo później, po Powstaniu jak było poszerzanie ulicy Marszałkowskiej, to tę oficynę usunięto. Myśmy byli na Marszałkowskiej 81 w głębi, tam gdzie było drugie podwórko. Mieszkaliśmy na drugim piętrze u jakichś państwa. Trochę u nich, trochę w piwnicy, tak że piwnica była głównym miejscem pobytu.

  • Jakie były nastroje wśród pani bliskich?

Wśród moich bliskich za bardzo się nie pytałam, jakie mają uczucia, jakie mają nastroje, ale wiem, że było strasznie. Dlatego że każdorazowo ojciec, chcąc przynieść dla nas jedzenie, musiał przejść na drugą stronę, czyli przez Aleje Jerozolimskie. Żeby przynieść [jedzenie] dla powstańców, którzy mieli kuchnię widocznie gdzieś na Marszałkowskiej, [szedł] przez barykady z workiem iluś kilogramów zboża. Tak wyglądało nasze życie do pewnego czasu. Później znowu, jak szły pociski „V-2” i inne „V”, tak zwane krowy ryczały i później leciały pociski, to było tego coraz więcej. W końcu rodzice zdecydowali, że spokojniej jest bliżej frontu powstańczo-niemieckiego, bo tam nie bombardują chociaż tymi „krowami”, bo się bali, że mogą trafić na swoich. Ojciec mówi: „Ja już naprawdę obawiam się, że mogę kiedyś być zabity, przenosząc to podczas tych przejść przez barykady. Wracamy z powrotem na Łucką”. Wróciliśmy na Łucką, tam byliśmy przez jakiś czas, już do końca kapitulacji Powstania. Kapitulacja była 2 października.
Były takie słuchy, że my zostaniemy, bo budynek stoi, wszyscy mają mieszkanie, nie zostało zniszczone, spalone, no więc będziemy tutaj mieszkać. Ale 6 października, czyli 4 dni po kapitulacji weszli Niemcy i powiedzieli, że w ciągu dwudziestu minut mamy opuścić budynek. Tak wszystkie budynki na Łuckiej zostały ogołocone z ludzi, ustawiono szereg, pędzili nas do Żelaznej, później z Żelaznej do Alej Jerozolimskich, Alejami Jerozolimskimi do Grójeckiej. Tam za placem Narutowicza szliśmy jeszcze kawałek i później skręcaliśmy w pola do Dworca Zachodniego.

  • Czy w czasie Powstania często widywała pani powstańców?

Tak, przecież przeważnie tam, gdzie byliśmy, to i powstańcy byli, przecież przychodziły małe dzieci powstańcze jako poczta, więc przenosili. Nawet pamiętam, jak kiedyś dziewczynka mnie prosiła, żebym zaniosła listy, bo ona ma jeszcze dalej do zaniesienia. Jak byłam na Okólniku, ona zobaczyła, że jestem wysoka (bo mimo trzynastu lat byłam dosyć wysoka) i mówi: „Słuchaj, ty zanieś na ulicę Szczyglą – w sąsiedztwie była Szczygla – te listy, które ja mam, to ja sobie polecę i inne załatwię”. Poszłam i zaniosłam te listy, tak jak ona mnie prosiła i tyle. To były jakieś powstańcze. Widziałam, jak wychodzili kanału, brudni i tak dalej, myli się u nas w tym pomieszczeniu, gdzie myśmy byli. Tak że się widywało.

  • Czy widziała pani rannych powstańców?

Tak, oczywiście.

  • Czy byli w tej samej piwnicy, co pani?

Nie, nie, mieli inne piwnice. Widziałam rannych, jak byłam na Marszałkowskiej. Tam, gdzie byłam, to widziałam tylko tych powstańców, co wychodzili brudni z kanałów. Nawet właśnie wchodzili do naszego budynku, żeby się umyć i jakoś odpocząć i tak dalej, złapać trochę powietrza. To było też parę dni i później nikt nie dochodził. Najwięcej widziałam takich powstańców, którzy byli na początku na Łuckiej i później pod koniec na Łuckiej, jako wojsko na granicy. To była granica powstańców, a dalej na Grzybowskiej byli Niemcy.

  • Jak wyglądały praktyki religijne, modlitwy podczas Powstania?

Modlitwy były nie tylko podczas Powstania, ale były też w czasie okupacji. Pamiętam, że na podwórku naszego domu była zrobiona kaplica i jedna z lokatorek zawsze o jednej i tej samej porze wzywała: „Chodźcie państwo na litanię!”. I schodziliśmy się wszyscy i modliliśmy się. Chodziłam do kościoła w każdą niedzielę, zresztą byłam przecież i u komunii, i u bierzmowania w czasie okupacji. […]

  • Czy podczas Powstania Warszawskiego brała pani udział w mszach?

W mszach nie, bo byłam tak przerażona. Cały czas przecież bez przerwy były huki, zapach, swąd, dym palących się domów, człowiek bez przerwy widział zabitych i chowanych na podwórkach domów, bo najczęściej były groby tam, gdzie ktoś padł. Na każdym, że tak powiem, podwórku były groby i to było bardzo przykre.
Pamiętam, że byłam zestresowana, jak już bez przerwy były te bombardowania. Pojedyncze strzały na mnie nie za bardzo robiły wrażenie. Co innego, gdy słyszałam ten zgrzyt, za chwilę wiedziałam, że będzie leciała „krowa”, jak to myśmy nazywali. Wtedy [biegłam] do piwnicy, zakrywałam głowę czymkolwiek, co było – jakiś sweter czy palto, czy jakaś inna rzecz, koc, a piwnice były przecież pełne ludzi – i tylko się modliłam. Zawsze powtarzałam litanię do Matki Boskiej Loretańskiej. To już znałam na pamięć. Uszy zatykałam palcami, żeby nie słyszeć tego huku, tego gwizdu. Dwukrotnie właśnie przy przejściach przez piwniczne tereny trafiło się tak, że akurat był strzał w te budynki. Czuje się pełno pyłu i słyszy walące się piętra. Były takie sytuacje, że wychodzi się z piwnicy, a dom kończy się na pierwszym piętrze albo na parterze, tak że to wszystko osiadało. To były straszne przeżycia.

  • Proszę powiedzieć o tym, jak państwo trafili na Dworzec Zachodni.

Tam nas załadowali w pociągi towarowe i zawieźli do Pruszkowa. W Pruszkowie jak się weszło, to znowu było pełno ludzi, bo to były wielkie hale fabryczne; jeden drugiego szuka, bo to się gdzieś odejdzie, a tu jest tłum ludzi. Jeden leży na podłodze, drugi siedzi, jakieś dziecko zaginęło, ktoś krzyczy i szuka. Tak było chyba przez dwa dni. Nie wiadomo też, co będzie z nami dalej, jesteśmy w obozie. Wiedzieliśmy, że są obozy, gdzie ci ludzie pojadą. Jak byliśmy na Okólnik, to z tarasu tego budynku było jeszcze widać Pragę. Widać było ludzi chodzących po ulicach, ciągle od czasu do czasu słyszało się strzały. Ciągle byliśmy zdziwieni, dlaczego armia radziecka, którą widzieliśmy, że jest po tamtej stronie Wisły, nie przychodzi tutaj. Przecież tutaj są Polacy, są powstańcy. Jak byli na Powiślu, to uważaliśmy, że to tylko przepłynąć raz, dwa i zaraz już będziemy mieli wolność, że już nie będzie Niemców. Tymczasem później przestali nawet strzelać. Po prostu wojska rosyjskie stanęły i stały, niech się Warszawa wykrwawia. Tutaj cały czas dym, kurz i strzały, i jedzenia. Ciągle jakieś płacze, krzyki, bo ktoś już jest wykończony psychicznie. Ile osób w piwnicy siedziało chorych psychicznie z tego, co przeżywało? Przecież siedział człowiek przy człowieku, to nie było tak, że była pusta piwnica i byli tylko lokatorzy z tego domu. Nie, byli ludzie z różnych dzielnic, którzy się dostali do jakiegoś domu.
Tak jak mówiłam, że byliśmy na Marszałkowskiej 81, to tam mama poszła na górę, żeby coś ugotować czy coś takiego i żebyśmy się mogli od czasu do czasu położyć nawet na podłodze i przespać. Ale głównie siedziało się w piwnicy, bo nigdy nie wiadomo było, co będzie dalej. Tak że to był nasz stały program. Wyszło się na chwilkę na podwórko i też zaraz trzeba było uciekać, bo już się słyszało zbliżającą kanonadę, jakiś pocisk i tak dalej. Każdy jeśli wyjrzał z piwnicy, to się trzymał blisko wejścia, żeby raz, dwa wpaść. Takie były chwile.

  • Czy do Pruszkowa wzięli państwo jakieś garnki, cieplejsze okrycia?

Jak wtedy przyszli Niemcy i nam powiedzieli: Raus!, że za dwadzieścia minut mamy wyjść, to ojciec powiedział: „Słuchajcie, zostawiamy wszystko”. Poza tym [powiedział], żeby wziąć ciepłe buty, ciepłe ubrania: „Bo to już jest 6 października, nie wiadomo, co z nami zrobią i gdzie nas zawiozą, więc od zimna i zimy trzeba się zabezpieczyć”. Wzięliśmy wszystkie zimowe okrycia, które można było wziąć, ile tylko człowiek mógł sobie pozwolić. Część rzeczy miało się albo w piwnicy, albo w mieszkaniu, ale w ciągu dwudziestu minut nie można było czegoś więcej wziąć. Brało się cokolwiek z tych rzeczy, które były pod ręką.
  • Jakie warunki panowały w Pruszkowie? Czy dostali państwo jedzenie?

Nic nie dostaliśmy, żadnego jedzenia. Był taki moment, że mój ojciec jakoś doszedł do tych murów i od czasu do czasu ktoś widocznie z mieszkańców Pruszkowa przerzucał chleb, ale trzeba mu było najpierw rzucić pieniądze przez mur, żeby mógł ten chleb kupić. Ale musiał uważać, bo Niemiec z karabinem chodził pod murem i jeśli by zobaczył, to będzie strzelał. Do mnie próbował strzelić Niemiec, gdy szliśmy jeszcze do Dworca Zachodniego, bo tam zobaczyłam na polu kartofel i chciałam po tego kartofla [pobiec]. Przecież przez całe dwa miesiące nie jadłam kartofli. Chciałam podnieść tego kartofla, od razu zdjął karabin, ludzie zaczęli coś wrzeszczeć i ja szybko wróciłam do mamy i tego kartofla w końcu nie złapałam. Później, jak był podział ludzi, to była bramka, gdzie stało wojsko i gdzie stała jakaś pani. Jak to mi później powiedziano, to była [kobieta] z RGO, była taka pomoc. Niemiec mnie ciągnął, bo ja byłam wyższa od mojej mamy, mama była niska. Ciągnął mnie za rękę na stronę do Niemiec, bo już ojca i brata zabrali. Ciocia trzymała za rękę małego Marka, a mama mnie. Ale ja [byłam] wielką dziewczyną w porównaniu z moją mamą. Ta pani tłumaczyła Niemcowi, że jestem dzieckiem, tyle że tak urosłam i żeby mnie puścił razem z matką. Jakoś w końcu mnie puścił i później zaprowadzili nas gdzieś dalej, ale potem jakaś inna osoba z innym Niemcem nas przejęła i [skierowała] do wagonów, [które] też były zwierzęce.

  • Czy wagony były kryte?

Chyba był kryty, tylko nie miał okienek. Wiem, że jak jechaliśmy (bo ładowano nas chyba po południu, jeszcze było na dworze widno), siedziałam na podłodze, chyba trochę przysnęłam. Później raptowne szarpnięcie w nocy i strzały, i tylko słyszałam (było ciemno, w wagonach nie było światła), jak jakiś mężczyzna wołał: „Kłaść się na podłogę, wszyscy!” – żeby nikt nie stał. Mówił: „Strzelają do nas i to prawdopodobnie są partyzanci”. Tylko to pamiętam. Później ktoś mówi: „A, bo tutaj jest sporo partyzantów po drodze gdzieś, w jakichś lasach”. Nie wiem, gdzie to było. Ktoś mówił, że prawdopodobnie przejeżdżamy przez tereny, gdzie jest dużo partyzantów, bo to jest przecież ta część… „Jędrusiów”. W nocy jakoś dojechaliśmy (też było ciemno) do stacji kolejowej […] Parterowy budynek dworcowy i na peronie: „Wysiadać! Wysiadać!”, a wokół budynku dworcowego były tak zwane podwody, furmanki z gospodarzami z okolicznych wsi. Znowu podział, z tym że tam już dzieciom dawano po puszce mleka kondensowanego (też było RGO) i po jakimś jeszcze kawałku chleba, bułki czy czegoś takiego. Na furmanki [wsiadało] po pięć osób. Furmanka odjeżdżała i nas zawieźli do Kaszowa i w Kaszowie znowu nas rozprowadzano.
Był tam chyba jakiś przedstawiciel RGO, bo mnie, mamę i taką starszą panią z naszego budynku [skierował w jedno miejsce]. Jak byliśmy w Pruszkowie, to jej córka została zakwalifikowana do Niemiec, miała chyba ze dwadzieścia parę lat, ale dokładnie nie powiem, ile miała. Ta pani nazywała się Krajewska. Matka była samotna, więc ta córka prosiła moją mamę, żeby się zająć jej mamą. Mama była starszą osobą, więc musiała mieć około pięćdziesiątki, jeśli ta córka miała około trzydziestki. Ta pani mieszkała razem z nami u tego gospodarza. [Mieszkałam] ja, mama i ta pani, a ciocia była u innego gospodarza ze swoim synkiem.

  • Jak się układały stosunki między paniami a gospodarzami?

To była biedna wieś, bardzo biedna. Tak że chatynki były z drewna. Zwykle był korytarz od jednych drzwi do drugich drzwi tak w poprzek, mieli izbę mieszkalną, w której było i łoże, i piec i wszystko. Zaraz za tą izbą była obora i stodoła. To była bardzo biedna wioska. Myśmy podobno byli u bogatszego gospodarza, bo on miał nawet i służącego, i służącą, i żonę, która siedziała na łóżku i rządziła. Naszą trójkę dali do wąziusieńkiej alkowy […]. Dali nam pojemniczek słomy i koc. „No i kładźcie się”. Dom miał takie małe okienko, że siedziałam na ławie koło tego okienka i mówię: „Pani gospodyni, a gdzie tu jest u pani okno?”. To pamiętam. Ona mówi: „Jak to, siedzisz koło okna”. Patrzę, rzeczywiście było malutkie okieneczko. Dom był wyjątkowy, bo były jeszcze drewniane drzwi i wysoki, drewniany próg, gdzie ta pani mi nie pozwoliła wstępować na ten próg, bo bym go pobrudziła. Ziemia nie była inna, tylko gliniana, tak że w tym mieszkaniu było zimno.
Natomiast jak później zobaczyłam, że ona ma drugie pomieszczenie eleganckie, z dwoma łóżkami i poduszkami aż pod sam sufit, to mówię: „A dlaczego nam pani nie dała poduszki, tylko słoma i koc?”. Ona mówi: „Bo to jest wyprawa tylko świąteczna i nikt nie śpi na niej, bo nawet ja nie sypiam”. Ale tak, to była taka ludzka, tylko w ogóle krakowiacy i ci gospodarze nie byli zadowoleni, bo Niemcy zażyczyli sobie, żeby oni nam przydzielili kartofle, mleko i jeszcze coś do jedzenia. Oni sami byli biedni. To była bardzo, bardzo biedna wieś. Tak że pamiętam, że i ja, i mama, i ta starsza pani siedzieliśmy na dworze przy domu na stołkach, jak oni zwozili z pola buraki czy marchew, czy jakieś inne wiktuały i im pomagałyśmy obierać, oczyszczać i do piwnicy, żeby mogły sobie już czyste rzeczy włożyć. Coś trzeba było robić. W końcu dowiedziałam się, że w szkole jest taka pani nauczycielka, warszawianka, która też tutaj została przywieziona i poszłam tam do szkoły. Szkoła wyglądała tak, że to była jedna klasa z dziećmi w najróżniejszym wieku. Tak że zarówno [małe] dzieci i takie jak ja, która miałam już skończoną szósta klasę, ale poszłam po to, żeby chociaż trochę usłyszeć, co ta nauczycielka powie, coś chociaż narysować, coś przeczytać. Ile ja się naszukałam jakiejś książki do czytania, nie było ani jednej książki w całej wsi. Dopiero później nauczycielka mi znalazła gospodarza, który miał jakąś książkę… religijną, i mi ją przyniosła. Mówi: „Masz, to sobie poczytasz”. Ale tak, to nie było nic. Później znowu nadciągnęła strzelanina, bo front się zbliżał do Krakowa i poza Kraków. Tak że, jak szłyśmy z mamą do młyna przez pole, to też omal nie zginęłyśmy. Samolot się zniżył i strzelał do nas z karabinu maszynowego.

  • Niemiecki samolot?

Rosyjski tym razem, bo już front rosyjski był tak bardzo blisko, że chyba nawet zajęli Kraków. Później widzieliśmy, jak szosą uciekają Niemcy. Wieś była przy szosie od Krakowa do Katowic. Przez dwie noce widać było ciągnące wozy, raczej ciężarowe. To nie były żadne armaty ani żadna broń na kołach, tylko raczej samochody ciężarowe. [Jeździły] przez dwie noce, a później przez dwie noce i w ciągu dnia było cicho. Wreszcie coś słychać, turkocze – to czołgi rosyjskie wjechały tam z żołnierzami na czołgach. Zaczęła się nowa rzecz, bo oni po prostu żądali, żeby im oddawano świnie, krowy, a tam jak ktoś miał krowę, to było dobrze, a jak jeden czy dwa konie były na wsi, to było wszystko. Wszystko zabierali, zabijali.

  • Czy jakieś przedmioty kradli gospodarzom?

Oczywiście wszystko, co się dało. Tylko że ci gospodarze byli tak biedni, że niewiele tych przedmiotów mieli. Wieś była bardzo biedna.

  • Czy spotkała się pani oko w oko żołnierzem radzieckim?

Tak, jeden chciał mnie zabrać do Niemiec. Moja mama mnie musiała schować.

  • Gdzie panią schowano?

Pod łóżko u cioci. Budynek, w którym ciocia była, stał dalej od drogi. Akurat szłam do cioci i [jechał] oficer czy coś, bo tak bardziej elegancko ubrany, w jakimś haftowanym kożuchu, czapce haftowanej. Mama mówi: „E, to jakiś Kozak”. Dziewoszka mu się spodobała, więc zaczęłam uciekać. Zobaczył, dokąd uciekłam i przyszedł za mną do gospodyni. Gospodyni pokazała: „To jest jej mama”. Zaczął [mówić] do mojej mamy, że on mnie sobie weźmie, on idzie do Niemiec, to ojca uwolnią (bo mama powiedziała, że ojciec jest w Niemczech w Berlinie), a ja będę z nim. Mama go zagadała i dała mi znać, żebym uciekła do ciotki. Uciekłam i pod łóżkiem siedziałam przez parę dni. Oni byli wściekli. Później też drugi raz była taka sytuacja, że u gospodarzy, gdzie mieszkała ciocia zatrzymali się oficerowie rosyjscy, którzy stanowili wyższą hierarchię. Trzeba im było gotować. Gospodyni nie umiała ugotować jedzenia takiego, jak oni chcieli. Powiedziała: „Tu jest warszawska pani, to ona może panom ugotuje, bo ja nie umiem. Ja umiem ugotować kartofle i nic więcej”. Ciocia musiała im gotować.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądało życie pani rodziny w zniszczonej Warszawie?

Wody nie było, więc trzeba było chodzić po wodę do picia. Studnia była, jak mówiłam, na podwórku na Łuckiej, natomiast do picia się nie nadawała, więc chodziłam z czajnikiem aż na plac Starynkiewicza, bo tam kiedyś były przecież wodociągi. Stamtąd z ujęcia przynosiło się wodę w czajniczku do domu, żeby się napić dobrej herbaty. Dookoła zwaliska, spaliny i jeszcze nadal wiadomo jaki zapach – gnijących zwłok, które nie zostały pochowane; bydląt, które też poginęły. Oprócz tego jeszcze pełno dymu i spalin, mimo że to już było przeszło pół roku.
Do szkoły zapisałam się bardzo szybko, bo już w czerwcu poszłam i zaliczyłam sobie tak zwaną siódmą klasę w szkole na Młynarskiej imienia Sowińskiego. Od września zaczęłam już tam chodzić do gimnazjum.

  • Czy mieli państwo jakieś meble?

Tak, co się zebrało na podwórku, co było powyrzucane, jakieś łóżko metalowe, jakaś stara otomana, ktoś gdzieś od kogoś wyrzucił, bo zajął sobie lepsze miejsce i meble. Tak jak mówiłam, w styczniu już była zdobyta Warszawa, więc różne osoby, które były pod Warszawą, przyjechały wcześniej i wchodziły do różnych mieszkań i brały to, co było bardziej potrzebne.

  • Proszę opowiedzieć o wypadku pani kuzyna.

W maju, ale dokładnie teraz nie powiem, mama i ciocia zajęły się handlem w Alejach Jerozolimskich. Coś kupowały, coś sprzedawały, żeby coś zarobić. Ojca jeszcze nie było, wrócił chyba dopiero w czerwcu albo pod koniec maja. Kiedy został zdobyty Berlin, to pieszo, częściowo jakimś podwozem, starał się dotrzeć do Warszawy. Musiałam się opiekować tym ciotecznym braciszkiem. Jednego razu chciałam zrobić mamie przyjemność i umyć podłogę w tym małym pomieszczeniu, a jemu kazałam siedzieć ze mną. On [powiedział]: „Nie, nie, nie, ja wyjdę na podwórko”. – „Ale pamiętaj, jak wyjdziesz, to będziesz coraz to wołał: »Jestem!«”. – „Dobrze, będę wołał”. Ale dłuższy czas nie słyszę, że on jest, szorowałam podłogę i słyszę huk. Za chwilę przynoszą go rannego na ręku. Poszedł z chłopcami, którzy go namówili, żeby poszedł z nimi zdobywać popowstańcze zdobycze, a tych było pełno. Ranny, krwawiący. Gdyby nie sąsiadka, która znała się trochę, co zrobić z takim przypadkiem, [to by się wykrwawił]. Szybko zrobiła tamponadę krwawiącej nogi.
Brat cioteczny, Jurek, był w pobliżu. Jak usłyszał huk, przyleciał i zobaczył, co się dzieje. Złapał Marka na rękę, bo przecież nie było żadnych możliwości przewiezienia go, ani pogotowia. Przeniósł go do szpitala, tu jak plac Starynkiewicza, gdzie był oddział chirurgiczny i tam dziecko przyjęli. Ja szybko pobiegłam w Aleje Jerozolimskie (gdzie był jakiś handel) do cioci, mówiąc jej, że Marek uległ takiemu wypadkowi. Ciocia się strasznie zdenerwowała. Poleciałyśmy do szpitala, lekarze powiedzieli, że trzeba amputować obie nogi. Ciocia się na to nie zgodziła. Powiedziała, że jedną tak, bo już widziała, że ledwie wisi na skórze. Powiedziała: „To tą jedną tak, ale drugą proszę ratować”. Uratowano tą drugą, założono gips. Dziecko małe, bo urodzone w 1939 roku, w 1945 roku w maju skończył 6 lat. Szpital był tak założony, że na każdym łóżku leżało po troje dzieci. Rannych dzieci było bardzo dużo. Różnych niewypałów, różnych pocisków było wiele, a dzieci to interesowało. Podniosło takie dziecko coś, a to wybuchało. Po dwoje, po troje leżało na jednym łóżku.
Nie było możliwości liczyć się z tym, że dostanie kroplówkę czy dostanie przetoczoną krew, jeśli się nie miało pieniędzy, więc wszystko trzeba było robić prywatnie, żeby to dziecko uratować. Tamci dwaj starsi chłopcy nie żyli, natomiast Markowi kupiło się i kroplówki, i krew przetoczyli od prywatnych dawców krwi. Trzeba było kupić, zapłacić, ale udało się go uratować. Nogę też, wprawdzie to bardzo ropiało i było wiele czasu, żeby go wyleczyć do końca. Pamiętam, że jak wracałam po lekcjach ze szkoły (bo długo leżał, nawet jeszcze we wrześniu), to leciałam do szpitala, żeby go chociaż trochę wynieść na dwór, żeby trochę posiedział na dworze, na jakiejś ławce, żeby miał trochę powietrza. Zaduch [na salach] był niesamowity, a sale były olbrzymie, po czterdzieści parę osób albo i więcej. Jeden umierał, drugi płakał, trzeci znowu coś [innego]. Tak że to było tragiczne. Ale później wyszedł i stopniowo, stopniowo trzeba go było przyzwyczajać, żeby chodził na tej jednej nóżce o kuli i tak dalej. Dla rodziny to była tragedia.

  • Jaka jest pani ocena Powstania Warszawskiego?

Tragiczne było to Powstanie i uważam, że było wielkim niewypałem. Za dużo ludzi straciliśmy. Za dużo straciliśmy nie tylko ludzi, ale i różnych architektonicznych rzeczy. Psychicznie wiele osób nie wytrzymało tego wszystkiego.

  • Proszę opowiedzieć o losach ojca wysiedlonego do obozu.

Ojciec mówił, że ich zawieźli do Wrocławia i we Wrocławiu [odbyła się] jakby sprzedaż robotników dla różnych zakładów, ku pomocy wojennym przedsiębiorstwom. Później ojciec opowiadał z kolei, jak wracał do Polski i jak też zginął by od kuli.

  • Był w Berlinie?

Był w Berlinie. Jak Berlin był zdobyty, wracał do Polski i omal nie zginął od kuli rosyjskiego żołnierza. W jakimś miasteczku siedzieli w poniemieckim budynku, Niemcy uciekali widocznie od frontu rosyjskiego i lecieli w kierunku zachodnim. Ojciec mówi, że jakaś pani (która też tak wracała do Polski) wzięła lekarstwa. Ich zapach spowodował, że ojcu zrobiło się słabo. Wyniósł się na korytarz, nie było oświetlenia, usiadł sobie na podłodze, żeby nie zemdleć. W tym czasie wszedł żołnierz i potknął się na czyjejś nodze czy na ciele i zaczął repetować broń. Też był prawdopodobnie przerażony, było ciemno, a coś leży. Chciał strzelać. Nawet podobno strzelił, ale w tym czasie ojciec się już usunął z tego miejsca, w którym był, więc przeżył. Dalej wędrował, wędrował, aż przyszedł. Jak przyszedł, to trzeba było coś myśleć o tym, gdzie pracować. Zaczął odbudowywać spalony warsztat. Nawet włożył w to dużo pieniędzy. Zaczął już pracować. Popracował pół roku i Polska ludowa zabrała mu to na garaże państwowych autobusów.

  • Czy dali mu za to jakieś odszkodowanie?

Tego nie wiem, nie pytałam ojca. W każdym bądź razie nawet jeśliby dali, to też jakąś chyba niedużą sumę musieliby dać. W tamtych czasach nie było znowu tak łatwo coś odebrać. Wiem, że ojciec wtedy poszedł pracować do firmy państwowej, a to zabrano. [Warsztat] był na Złotej 68, teraz tam stoi wysoki blok. To się nazywało „Karosa”, mam nawet druki ojca, które wystawiał, jak komuś coś zreperował, samochody czy inne urządzenia samochodowe. […]



Warszawa, 4 czerwca 2009 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kraus
Barbara Miśkiewicz Stopień: cywil

Zobacz także

Nasz newsletter