Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Cecylia Górska „Góra”
Cecylia Górska
pseudonim
„Góra”
stopień
kapral, sanitariuszka
formacja
Batalion „Iwo-Ostoja”
dzielnica
Śródmieście Południowe
Zobacz biogram

Cecylia Górska, urodzona 6 lipca 1924 w Jedlińsku, powiat radomski. Pseudonim Góra. Stopień w czasie Powstania: kapral z cenzusem. Kompania Szturmowa kapitana „Jastrzębca”. Sanitariuszka.

  • Proszę powiedzieć, co robiła pani przed 1 września 1939 roku?


Już należałam do konspiracji przy szkole na ulicy Królewskiej pod [numerem] szesnastym.Przed wojną byłam na studiach, skończyłam pierwszy rok średniej szkoły, właśnie na ulicy Królewskiej pod szesnastym.

  • Gdzie pani mieszkała?


We Włochach pod Warszawą, na Przyłęckiej 9. U rodziców.

  • Miała pani rodzeństwo?


Tak. Sześcioro nas było dzieci. Trzech synów mama miała i trzy córki. Byłam czwartym dzieckiem.

  • W którym roku rozpoczęła pani naukę w Warszawie?


W 1939 [roku].

  • Jaka atmosfera panowała w szkole?


To była szkoła cudowna, od początku, przede wszystkim miałam szczęście zacząć studia w tej szkole w nowym budynku, na Królewskiej pod szesnastym, który był pięknym budynkiem. Naprawdę pałac wspaniały, w środku, wszędzie, cudownie był urządzony. Przedtem szkoła nasza znajdowała się na Próżnej pod czternastym, ale tam moja siostra uczęszczała do niej. Potem przeniesiono wszystko na Królewską pod szesnasty i tam była zniszczona. Górne piętro z dachem było zniszczone w 1939 roku, nie odbudowane, ale urządzone w ten sposób, żeby uniknąć przecieków na niższe piętra - które nam zresztą służyło, górna część, jako miejsce spacerków, na pauzy wychodziłyśmy tam, żeby oddychać świeżym powietrzem.

  • Zapamiętała pani jakichś nauczycieli?


Naturalnie. Pani Domagalska, która była moją wychowawczynią w drugiej klasie gimnazjalnej, Krystyna Domagalska. Potem była pani Jastrzębska, która nam dawała [...]. Dyrektorem szkoły był dyrektor Mokrzycki, Marian Mokrzycki. Potem była pani…

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądała na przykład nauka historii?


Nasz dyrektor znał cudownie ograniczenia przekazania nam wszystkich wiadomości, szczególnie ogólnej kultury, język polski, historia i wszystkie inne języki obce poza niemieckim. Do niemieckiego miałyśmy prawo, ale żadnego innego języka nie. Poza tym, Niemcy mogli wejść, kiedy zechcieli. Bardzo często przychodzili tam niespodziewanie, żeby sprawdzić, czy każdy z nauczycieli naprawdę daje nam tylko przedmioty związane z Gimnazjum Kupieckim. Ale oni wtedy, zresztą bardzo to ograniczyli, to była arytmetyka, księgowość. Naturalnie sprawowanie to był pierwszy nasz stopień. Poza tym nauka handlu, reklama, pisanie na maszynie, wszystkie najgłupsze rzeczy, żeby rozwinąć jak najmniej nasze zdolności intelektualne i szczególnie patriotyczne. Każdy z profesorów był o tym powiadomiony, że nastawiali się na wielkie niebezpieczeństwo, w wypadku, gdyby SS w tym momencie przyszło z inspekcją do naszej szkoły.

  • Czy pamięta pani jakieś spotkania z kombatantami przed wojną? Szkoła organizowała takie rzeczy?


Przed wojną nie. Należałam od 1942 roku dopiero do konspiracji.

  • A szkoła?


Nie wiem. Należałam do harcerstwa tylko, ale nic poza tym. Wiem, że w gimnazjach niektórych, szczególnie, zdaje mi się, że dotyczyło to tylko chłopców, to były wyszkolenia wojskowe.

  • Proszę opowiedzieć o harcerstwie.

 

Byłam jedynie pierwszy rok. Tak jak wszędzie, we wszystkich zgromadzeniach, mieliśmy wycieczki do lasów, zabawy. W 1939 roku wróciłam tuż przed wybuchem wojny, byliśmy na obozie na granicy polsko-litewskiej, tam zupełnie na górze, pod nadzorem Korpusu. To był Korpus Ochrony Pogranicza, zdaje mi się, [że tak] się nazywał przed wojną. Nad jeziorem Świduń. To było miejsce bardzo uprzywilejowane dla wszystkich harcerzy, bo tam były cztery obozy harcerskie, wzdłuż jezior. Prowadziliśmy życie naprawdę bardzo niezależne od rodziców, mimo, że bardzo tęskniliśmy za nimi, bo po raz pierwszy wtedy odjechałam na długo i tak daleko od moich rodziców. Ale to bardzo dobrze zrobiło, bo się [wiele] nauczyłam, dostałam cztery sprawności nawet tam, na obozie, to było wyjątkowo dużo. Żeby zabić czas, to wtedy starałam się być pierwszym kandydatem zawsze do wszystkich sprawności. Wiem, że kiedyś harcerze, był jeden obóz harcerski męski, to powiedzieli, że przyjdą nam ukraść nasz sztandar w nocy. Akurat miałam wtedy straż, wartę. Od dwunastej do drugiej normalnie mogłyśmy przejść z jednego końca [obozu] na drugi, żeby sprawdzić, czy tam ktoś nie podchodzi, czy nie ma jakichś złośników, ale wtedy stałam wyłącznie pod sztandarem, żebym, w wypadku, gdyby przyszli harcerze - miałam gwizdek - zaalarmowała cały obóz. Oni nie przyszli, a ja byłam w napięciu podczas dwóch godzin. To było moje bardzo zabawne podejście. Poza tym była sprawność schowania się przez dwadzieścia cztery godziny gdzieś, żeby [nikogo] nie zobaczyć - sama nie mogłam zobaczyć kogoś i ktoś inny nie mógł też się ze mną spotkać. To było kompletne odosobnienie. Zwolnili nas z tego. Trzeba było jednocześnie być przy obiedzie ze wszystkimi, ale nie odezwać się słowem. To dyscyplina indywidualna dla dzieci, w sumie czternastoletnich. Ale zwolniono nas z odejścia od obozu na schowanie się, żeby uniknąć spotkania z kimś, czyjegoś spotkania ze mną... To było najważniejszym punktem, ale ze względu na dużą odległość i dziki teren - bo to były tylko lasy i jezioro - to zwolniono nas z tego. Obiady… wypracowałyśmy własnymi rękami stół, to znaczy zniwelowałyśmy pewien teren, [postawiłyśmy] olbrzymi stół, a siedzenia to były zrobione, wgłębiałyśmy, rowy wykopałyśmy wzdłuż stołu. [Stół] był okrągły, bardzo dobrze zrobiony. To były nasze zajęcia i potem przez cały czas kuchnię same musiałyśmy robić i były niezłe dania. Nie trzeba było, tak jak podczas Powstania, nie miałyśmy „zupy-pluj”. Bardzo dobre rzeczy były.


  • Wyczuwało się już atmosferę nadchodzącej wojny?


Absolutnie nie. Właśnie z Korpusu Ochrony Pogranicza tak troskliwie się nami zajmowali, naprawdę, że nie było mowy, żeby nam cokolwiek mogło się stać. O wszystkim myśleli dla nas, szczególnie dla dziewcząt. Nie wiem, jakie było ich ustosunkowanie do chłopców, do obozu chłopców, który tam się znajdował, ale do naszego obozu, to byli jak najlepsi, jak ojcowie dla nas byli.

  • Jaki wpływ na pani wychowanie wywarła rodzina?


[...] Rodzina to była podstawa wszystkiego. Miałam rodziców kochanych, było nas sześcioro. Nigdy się nie kłóciliśmy, nie było żadnych sprzeczek między nami, do tego stopnia, że sąsiedzi zawsze mówili: „Gdzie ta pani Górska chowa swoje dzieci?”. A nikt nie był schowany, każdy był wolny i wszyscy uczęszczali na studia.

  • Wszyscy mieszkaliście państwo razem?


Wszyscy razem mieszkaliśmy. Mieliśmy domek tam na ulicy Moniuszki, wtedy się [tak] nazywała, po wojnie zmienili ją na Przyłęcką, ze względu na to, że w centrum Warszawy też jest ulica Moniuszki. Ale mogli przecież napisać Moniuszki-Włochy i Moniuszki-Warszawa-Centrum, prawda? A nie zabrać nam taką piękną nazwę. Moniuszki to była cudna ulica. Cała dzielnica nosiła nazwę muzyków albo kompozytorów muzyki – Moniuszki, Szopena albo poetów jeszcze, a już sobie nie przypominam reszty.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?


Pamiętam, że miałam sen. Kilka dni przed wybuchem wojny do tatusia przyszedł jego bardzo serdeczny kolega i powiedziałam mu, że miałam sen tej nocy. Śniło mi się, że od zachodu, na zachodzie widziałam ogromną trumnę na niebie. I to wszystko. A tatusia przyjaciel odpowiedział mi: „Oj, tak, dziecko, na pewno będziemy mieć wojnę”. Byłam zdziwiona, dlaczego, jak śniłam o trumnie, miała być wojna. Rzeczywiście, jakieś dwa tygodnie po tym, Niemcy napadli na Polskę.

  • Jak pani pamięta 1 września?


Nie przypominam sobie z detalami. Wiem, że wszyscy uciekli, dużo osób pozostawiało swoje domy, apartamenty i wynieśli się. Uciekali gdzieś, nie wiadomo, gdzie, na drogi. Tam ich Niemcy zabijali na drogach. Mój tatuś był bardzo rozsądny i powiedział: „Ja się nie ruszę z mego domu. Wolę tu umrzeć niż na drodze gdzieś”. I nie wyszliśmy, tylko [tata] urządził odpowiednią opiekę nad domem. Wykopał nam schronisko w ogrodzie i olbrzymie, co się podkłada pod szyny kolejowe, belki, podkłady, z których zrobił dach, żeby to wszystko było bezpieczniejsze. Jak był alarm, to wszyscy pędem do dołu schodziliśmy. Nosiłam zawsze z sobą teczkę, w której była czekolada. Na zapas, gdyby było wszystko wokół nas niemożliwe do przejścia, byśmy nie umarli z głodu. I kilka butelek wody, nie wiem, w jakimś naczyniu tam woda była. Mamusia powiedziała: „Ty jesteś najlepszym dzieckiem, bardziej przewidującym ze wszystkich”. Nie wiem, o czym inni myśleli, ale o tym pomyślałam. Prawdopodobnie byłam łakoma na czekoladę. Nie wiem, może.

  • Jak wyglądało pani życie w czasie okupacji?


W czasie okupacji to było smutno, bo jak wszyscy […] liczna rodzina. Mój tatuś któregoś dnia pojechał na wieś, do Goszczyna, skąd tatuś pochodził. Akurat tej nocy Niemcy zrobili napad. Szukali tam komunistów. Tatusia złapali i złapali dużo innych gości jeszcze, nawet stałych mieszkańców z tej wioski. Niektórzy pojechali do Oświęcimia, jedna z moich kuzynek zginęła. Niektórzy, nie wiem, gdzie byli. Mój tatuś był uwięziony w Grójcu i biedny znajdował się akurat koło sali, gdzie były. Niemcy wypytywali, dlaczego znalazł się tu, w tej chwili, mimo że mieszka w Warszawie. Powiedział, że przyjechał po to, żeby kupić coś do jedzenia dla swoich dzieci, bo mówił, że ma sześcioro. Oni myśleli na pewno, że to była zwykła wymówka, tylko że było dużo innych powodów. Zamknęli tatusia w więzieniu na Grójcu i tatuś siedział tam przez dwie noce i dwa dni. Biedny, wrócił zupełnie bielutki. Nie miał ani jednego siwego włosa przedtem. Słyszał jęki Polaków, kiedy Niemcy się mścili na nich. Potem jakaś pani przyszła i zrobiła dużo szumu, bo okazało się, że jej mąż - zobaczyła go, bo tych wszystkich, co ich połapali, to wieszali na rynku w Goszczynie - zobaczyła swojego męża, dała dużą łapówkę jakiemuś Niemcowi, pod warunkiem, że wypuszczą jej męża. Ona przyszła wtedy dużo szumu tam robić i byli zajęci, bardzo zajęci tym. Niemcy wyżej postawieni nie tolerowali takich rzeczy. Wtedy łatwiejszy już mieli […], mniej kategoryczne spojrzenie na resztę więźniów i wtedy tatusia wypuścili.

  • W którym to było roku?


To było dwa lata po, może w 1942 roku. Nie przypominam sobie, nie mogę powiedzieć, kiedy to było. Ale to jeszcze było dużo czasu przed wybuchem Powstania, przynajmniej dwa lata, jeśli nie więcej.

  • Czy do szkoły dojeżdżała pani z Włoch?


Dojeżdżałam nie pociągiem, bo te pociągi były przetłoczone, że nie było mowy, żeby wejść. Była kolejka, z Włoch szła kolejka EKD. Chodziła z Włoch, przy stacji kolejowej była, terminus był na Nowogrodzkiej, tam, gdzie była duża poczta kiedyś, w której to poczcie byłam kiedyś z odsieczą. Ale wróciłam cało. Byłyśmy dwie pielęgniarki. Cała kompania była rozbita, czterech czy pięciu chłopców tylko, ciężko rannych. Jeden rękę miał sparaliżowaną, bo nerw miał rozdarty, drugi jeszcze coś innego. To są rzeczy, których nie wiem, ale dzięki panu, wiele rzeczy staje mi przed oczami, ale nie mogę dokładnie, z wielkimi detalami [ich odtworzyć].

  • Proszę powiedzieć, kiedy zetknęła się pani z konspiracją?

 

To [było] w szkole, nasz dyrektor prawie wszystkie starsze dziewczęta zaangażował do tego. Miałyśmy kursy sanitariuszek, miałyśmy pouczenia, jak używać broń. Pamiętam olbrzymie karabiny. Bałam się tego i zawsze trzeba było - jedną rzecz pamiętam - że kazał zawsze trzymać bardzo mocno karabin, żeby - wojskowi nazywali [to], że on „kopał”, kiedy się wystrzały przesyłało, to znaczy uderzenie było szalenie silne. To tyle zapamiętałam z tego, bo ciągle chodziłyśmy do kogoś innego na zebrania, na zbiórki, żeby nie zwrócić uwagi na siebie. Kiedyś była nawet zbiórka u mnie, w naszym domu, w piwnicach. Skoki z jednej piwnicy do drugiej robiliśmy. Mamusia powiedziała: „Te dzieci powariowały! Co oni tam wyprawiają!”. Bo moi rodzice nic nie wiedzieli o tym.

  • Czy ktoś z rodzeństwa był jeszcze w konspiracji?


W konspiracji nie wiem, ale jednego brata, najstarszego, zabrali mi Niemcy do Dachau i w drodze powrotnej był tak osłabiony, że zmarł w drodze powrotnej. Na drodze gdzieś zmarł. Nie mogliśmy go odnaleźć. Mamusia mi to opowiadała. A inni nie byli.

  • Czym pani się jeszcze zajmowała w konspiracji?


Były właśnie kursy pouczające nas, jak się zachować w takich wypadkach, nauczanie [używania] broni. Ale to nie były podchorążówki, jak dla zawodowych chłopców, z tytułem, [jaki] oni otrzymali. Ci, co skończyli z dobrym wynikiem, to dostawali tytuł podporucznika. Nie przyjmowano dziewcząt, zdaje mi się. W każdym bądź razie u nas, możliwe, że gdzie indziej może tak, ale u nas nie.



  • Gdzie panią zastał wybuch Powstania?


Już opuściłam dom chyba 28 lipca. Powiedziałam mamusi, że jadę do koleżanki do Warszawy, czy mogę. Mamusia ją znała, więc powiedziała: „Naturalnie”. Dwie pierwsze noce spałam u niej na górze, bo jej ojciec… nie przypominam sobie, co on tam miał. Oni mieli pokój zupełnie na poddaszu. To był dość duży dom, cztero – czy pięciopiętrowy. Nawet nie pamiętam już nazwy ulicy, nie przypominam sobie. Ona nam dała [pokój], bo my byłyśmy trzy i sama też przyszła z nami. Spałyśmy w tym pokoju. Zdaję mi się, że to był pokój, gdzie składali rzeczy zbyteczne, jakie się dostawało. Zdaję się, że to się u nas często zdarzało. Każdy lokator dostał jeden pokój, [w] piwnicy, albo pod strychem. To był dosyć duży pokoik i my tam spaliśmy, a po tym, w dzień, kiedy Powstanie wybuchło, to byłam [na] Królewskiej pod szesnastym.

  • Gdzie?


To było niedaleko, ona mieszkała niedaleko Królewskiej pod szesnastym. To był 1 sierpień, od rana.

  • Gdzie pani później pełniła służbę w czasie Powstania?


Kiedy zaczęła się strzelanina, wyszłyśmy stamtąd, nie wszyscy razem, tylko po dwie, trzy osoby, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Jeśli się nie mylę, to mieliśmy, ale nie jestem pewna tego, mieliśmy pójść [...] naprawdę sobie nie przypominam tej rzeczy. Jedną rzecz zauważyłam w pierwszej chwili, jak jedna z moich koleżanek padła na podwórzu. Olbrzymie podwórze gdzieś było i dostała postrzał w brzuch i wszystko, co miała w brzuchu, wszystko koło niej leżało potem. To było coś okropnego. Potem dalej jeszcze inni ranni byli, ale ta była w okropny sposób zraniona. Ktoś chciał ją jeszcze podnieść, ale, naprawdę bardzo szybko zmarła, zresztą, dzięki Bogu, bo inaczej… nic z niej, nie można by jej uratować. To chyba wszystko, co z tego sobie przypominam. A potem się gdzieś zagubiłam. Noce spędzałam na klatce schodowej. To było najlepsze spanie jeszcze, bo miałam moją torbę sanitarną, jedną dużą, drugą mniejszą, to mi służyła za poduszkę, a kilka schodków niżej, to nogi mogłam położyć i spędzić noc. Później… naprawdę sobie nie przypominam. Wiem, pamiętam jedną rzecz stamtąd. Zgromadzono nas wszystkich razem, przyszliśmy nocą. Musiałyśmy nawet nałożyć skarpetki na nogi, tam, gdzie było dużo szkieł, żeby nie narobić za dużo szumu butami, bo to dużo szumu jednak robiło szkło powybijane. Kazano nam nałożyć grube skarpety na [buty]. Wtedy znalazłam się w Śródmieściu. To są moje przeżycia. Ale to jest straszny szmat czasu i starałam się nie myśleć więcej o tym, bo chciałam to zapomnieć, bo to były jednak same przykre wspomnienia. W tej chwili zdziwiona jestem nawet, że poruszam niektóre rzeczy, które chciałam jak najbardziej odsunąć od siebie. Przypomniało mi się dużo rzeczy, kiedy musiałam na pięćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania referat napisać. To rzeczywiście wtedy posiedziałam [nad tym] trochę. To mi wszystko przyszło do głowy, ale potem pomyślałam sobie: „To głupie. To teraz będzie chodzić za mną wszędzie”.

  • Jak to się stało, że trafiła pani do Kompanii Szturmowej?


Wszyscy widzieli, że byłam w to zaangażowana, miałam świadectwa z sobą i ponieważ nasza kompania była rozbita w pierwszych dniach, prawie w pierwszych godzinach Powstania […]. Dyrektor szkoły też był zlikwidowany, tamten, co nas angażował, co on zajmował się całą szkołą. My byliśmy w szkole, ale to był w sumie wulkan, bo wszystko, tysiąc, zdaje mi się, około dwóch tysięcy „filipinek” fabrykowano codziennie. Tam pracowała w tym domu, dowiedziałam się z książki - teraz, bo naturalnie nie wiedziałam o tym przedtem - że on miał dwóch braci i siostrę i wszyscy czworo tam byli zaangażowani w szkole. Był jakieś skrytki nadzwyczajne porobione. To wszystko było po to, żeby były jakieś, jeżeli ktoś miał wyjechać zagranicę, na przykład, to tam potem się jeszcze bracia Pakulscy zainstalowali. Ale nie ci bracia, co zajmowali się sprzedażą. Nie wiem, co oni robili. Ale tam na Królewskiej pod szesnastym robili nadzwyczajne walizki, urządzali z jakimiś skrytkami. To się dowiedziałam teraz o tym, żeby gońcy, którzy byli wysłani za granicę, potrafili wszystko przenieść bez schwytu [!].

  • Co działo się z panią? Jak pani trafiła na Powiśle?


Poszłam potem z grupą całą, bo po dwóch, trzech dniach. Nawet zresztą, jak tam byłam już, to jeszcze pamiętam, kiedyś, jakiś pan, na pewno z naszej kompanii, z naszego stronnictwa przyszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, ty jesteś taka malutka, niepozorna, to na ciebie nie zwrócą uwagi. Idź tam i tam”. Ale gdzie to było, to już sobie nie przypominam. My nie mieliśmy wcale broni. Jedna broń na pięciu chłopców była. „Posłuchaj, gdzie są ludowcy”. To chyba z partii ludowej. Oni podobno mieli najwspanialsze wyposażenie w broń, a my prawie nic nie mieliśmy. „Gdzie oni to chowają. Może by ci się udało to dowiedzieć”. Oni mówili o takich rzeczach, ale nie znałam się na tym, bo do tego nie byłam zupełnie przygotowana, więc powtórzyłam to panu, który mnie o to prosił. Powiedziałam, że tam nie można było nic się dowiedzieć, bo jak ktoś obcy był, to oni bardzo dyskretnie zachowywali się i nie poruszali żadnego tematu wtedy. Potem powiedziano: „Wszyscy, co byli w drużynie z Królewskiej 16, muszą teraz się zgrupować i przechodzimy na inny odcinek”. To nam powiedzieli i wtedy nocą, całą noc prawie, szliśmy pieszo i przeszliśmy. Mnie się wydawało, że przez most, ale to było niemożliwe, bo zawsze byłam z tej strony. Most był, na Pragę prowadził, to więc myślałam, jakieś wyobrażenie miałam o tym, że mostem przechodziliśmy. Ale wtedy było już tak dużo rzeczy porozbijanych, że nie można było rozróżnić, szczególnie nocą. Cóż można było rozróżnić? Szczególnie jeszcze po dwóch czy trzech nocach nie przespanych, na klatce schodowej. To takie nasze życie było.

  • Jak było na Powiślu? Proszę opowiedzieć, jak była pani pod budynkiem YMCA.


Nie byłam tam, my tylko tam przechodziliśmy, żeby pójść do Willi Frascati.

  • Co było, jak przechodziliście?


Dwie bomby spadły. W momencie, kiedy byłyśmy chyba gdzieś tam wysoko, spadły dwie bomby. A potem jeszcze miałam dwie bomby, ale nikt z nas nie był ani ranny ani zabity. A potem byłyśmy, byłam tak […] bo Kompania Szturmowa to była kompania, która co parę dni musiała kompletować swoich członków, dlatego że po każdym wypadzie dużo osób jednak ginęło albo przynajmniej ciężko ranni byli. Niektórzy byli lekko ranni, to ci mieli najwięcej szczęścia. [...]

Szliśmy tam z odsieczą, dlatego się tam znalazłam. Tylko to, na co chciałam uwagę [zwrócić], to na mój strach, który ogarnął mnie, kiedy trzymałam ogromny kosz z granatami, po to, żeby [je] podrzucić. Chłopcy nie mogli mieć wszystkiego naraz przy sobie, bo byli na ścianach już bardzo rozbitych. Znaleźli kąt, żeby mogli się schować, skryć i stamtąd co jakiś czas [rzucali granaty]. Przypominam sobie, rzeczywiście, kapitan bardzo nalegał na to, żeby regularnie rzucać granaty, a nie jeden za drugim, tylko w odstępie, żeby pokazać, że jeszcze [czuwa] tam ktoś w willi. Rzeczywiście chłopcy to robili, ale co jakiś czas trzeba im było donieść nową serię granatów. Wtedy [je] niosłam i kiedy bomba walnęła [w] dom, to myślałam, że mi granaty wyskoczą i mnie rozedrą i dałam to koleżance, która stała koło mnie. To było bardzo komiczne, teraz, jak myślę, ale wtedy - myślę, że się nie śmiałam, a może się i śmiałam wreszcie. Nie wiem. Uświadomiłam sobie, że to było śmieszne, żeby oddać kosz z granatami komuś, kto stał koło mnie, myśląc, że sama uniknę rozdarcia się.

Potem poszliśmy do Willi, tam zostaliśmy czterdzieści osiem godzin, dwa dni i dwie noce. Tam była straszna rzeź, bo Niemcy nas i bombardowali i bili, i Willa była już spalona w dużej części. Tak, że pamiętam, że były jakieś bariery metalowe i pod nimi były jeszcze pełno popiołu, ale popiół był jeszcze czerwony. To były świeżo spalone domy. Kiedyś też tam szłam z mniejszą już ilością granatów, żeby dostarczyć [je] chłopcu, który był na placówce, bardzo wysuniętej zresztą. Wtedy wpadłam w to, nie wiedziałam, myślałam, że to było równe, tylko równa, przysypana popiołem podłoga. A to były bariery i jedna z nóg mi wpadła w popiół czerwony. Dobrze, że miałam spodnie na sobie, ale niemniej miałam stopę poparzoną dobrze. Chłopiec usłyszał, jak krzyczałam na niego, żeby przyszedł mi pomóc, bo nie mogłam się sama wygrzebać. Szczególnie, że popiół mnie parzył. Poza tym miałam jeszcze kosz z granatami i się obawiałam, żeby one mi nie wybuchły, więc powiedziałam mu: „Ja mam tu granaty. Wyciągnij mnie szybko, bo jak nie, to wszyscy się sami wysadzimy”. On rzeczywiście podszedł, w tej chwili był koło mnie. Ciągnął mnie za rękę, zdołało mu się mnie wyciągnąć i granaty nie wybuchły. On złapał jeszcze koszyk, bo one szczęśliwie wpadły w miejsce, gdzie kosz się nie rozsypał z ich pojemnością, tylko mogliśmy je odnieść dalej. Potem wróciłam i inna pielęgniarka dała mi opatrunek na moje nogi poparzone.

  • Pani też robiła opatrunki?


Naturalnie, jak chłopcy szli z odsieczą, to było dziesięciu, piętnastu, zależy, co było celem tego wypadu i musiały być zawsze dwie pielęgniarki. Jedna może by wystarczyła na opatrunki, a może i nie, ale [były] dwie w wypadku, gdyby ktoś był zupełnie niedołężny, żeby go można było na noszach przenieść, donieść, doprowadzić do szpitala. Kiedy byłam już w mieście, to pracowałam w szpitalu na ulicy Hożej, numeru sobie nie przypominam. Ale tam był duży szpital i tuż, kiedy już Niemcy - nie, to nie byli Niemcy chyba, Anglicy prawdopodobnie, którzy przyszli tam z zrzutami i niektóre zrzuty wybuchły, bo nie były odpowiednio zapakowane, czy, nie wiem, co było tego powodem. Ale Niemcy też jednak nam tam bomby zrzucali. Wiem, że ostatni [raz], to było już bardzo krótko przed końcem Powstania, kilka bomb spadło na dom na Hożej, gdzie był szpital w suterenach. Wtedy nie byłam na dole przy wszystkich rannych, tylko zostałam na drugim piętrze z koleżanką, bo tam miałyśmy łóżko. Ona miała, biedna, czterdzieści stopni gorączki, miała wrzód jakiś na zębie czy coś takiego. Chciałam koło niej zostać, żeby jej dać coś do picia, zająć się nią, bo to była bardzo dobra moja przyjaciółka. Kiedy ten dom się walił, to tam były olbrzymie pokoje, bardzo wysokie, co było zwyczajem w starej Warszawie, że wszystkie domy miały po cztery metry wysokości, każdy pokój przynajmniej od trzy i pół do czterech metrów wysokości. Olbrzymie drzwi upadły na ścianę, przy której stał tapczan, na którym moja przyjaciółka leżała chora ze swoją olbrzymią gorączką. Dzięki temu ocalałyśmy. Reszta domu się obaliła, ściany wszystkie się obaliły, a my naprawdę miałyśmy dodatkowy dach nad głową. Potem, jak bomby przestały już rozrywać się nad nami, to wzięłam ją na plecy i chciałam zejść do szpitala, na dół, do sutereny. Niestety, zrobiłam dwa kroki i zobaczyłam, że cała klatka schodowa była zburzona aż do dołu, zostało może pół metra, tyle wzdłuż ścian. Schodki, co były przyklejone do ścian, to jeszcze się trzymały. Ale te, co były na zewnątrz raczej, to wszystkie się obaliły i ja z nią zeszłam po dwu piętrach, ale doszłam tylko do pierwszego piętra. I co zobaczyłam? Że dalej nie było możliwości wyjść, bo wszystko było zasypane, i korytarz, i klatka schodowa, wszystko, nie było możliwości. Ale były jeszcze wykopane przejścia, bo w całej Warszawie zawsze były przejścia przekopane z jednego domu do drugiego, czy to piwnicą czy na parterze, można było przejść. Tak, że nie musieliśmy na jezdnię wychodzić. Wtedy, kiedy musiałam, bodajże trzy czy cztery domy dalej, znalazłam wejście i mogłam dołączyć się do szpitala, w którym normalnie pracowałam, jeśli nie szliśmy gdzieś z odsieczą. Wtedy mojej koleżance doktor i tak nic nie mógł poradzić, bo miała taką gorączkę, ale potem się wyleczyła i poszła do niewoli jeszcze. Nie było nic. Pamiętam, doktor Loth on się nazywał. To był jeden z najlepszych naszych lekarzy. Zdaje mi się, [że był] profesorem już przed wojną na Uniwersytecie, na Akademii Medycznej w Warszawie, na Oczkach, jeśli się nie myślę, pracował. Bo tam na Oczkach, to pamiętam, moja siostra… siostra była zaręczona ze studentem medycyny i on pracował na Oczkach i on opowiadał… on nawet ciekawe rzeczy opowiadał, bardzo komiczne a propos tego profesora, że on takie komiczne rzeczy potrafił, żeby przyzwyczaić dziewczęta i chłopców, że jak się jest lekarzem, to można widzieć kogoś nago i trzeba podejść do niego, jako do pacjenta, a nie dlatego, że to jest czy chłopiec czy dziewczynka. Żeby być spokojnym. Nie wiem, jak to po polsku powiedzieć [...].

  • Proszę powiedzieć o tych Anglikach. To byli Anglicy?


Nie wiem, kto to bombardował wtedy Warszawę, nie wiem.

  • Ale oni byli w szpitalu, pani pamięta Anglików? Spotkała pani Anglików w szpitalu?


Nie. Nie miałam Anglików w szpitalu. Nie mówiłam o tym.

  • Czy spotkała pani jakichś innych obcokrajowców?


Obcokrajowców nie, ale było kilku Żydów w naszej kompanii, którzy walczyli bardzo odważnie, tak jak my wszyscy. Byli bardzo inteligentni. Dowiedziałam się potem, że było ich bodajże trzech czy czterech, że wyjechali do Ameryki. Naprawdę z wielkim poświęceniem pracowali cały czas dla naszego dobra.

  • A Polacy jak się do nich odnosili?


My nawet nie wiedzieliśmy, w ostatniej chwili powiedzieli, że byli Żydami. Ale nam to chyba by nic nie zrobiło, bo wszyscy byliśmy w jak najlepszej komitywie zawsze. Czasami, z początku, ale jeszcze nim u nas, bo walki były straszne, na Woli najpierw, a potem na Starówce […]. W Śródmieściu to my jeszcze mieliśmy, tak jak z początku powiadali inni, rajskie życie, bo nas jeszcze nie bombardowali, nam tak nikt dokuczał tyle, tak bardzo. Niemcy nas tak nie chcieli za wszelką cenę znieść. Oni woleli rzeczywiście nas stopniowo podchodzić, i w jednym momencie potem przydusić do końca. I rzeczywiście tak zrobili.

  • Z jakimi reakcjami ludności cywilnej się pani spotykała?

 

Słyszałam, że dużo ludzi bardzo się żaliło na ludność cywilną, ale nigdy nie miałam zetknięcia z takimi, którzy by narzekali, że AK jest zbyteczne, że Powstanie jest zbyteczne. Ani razu podczas całego Powstania, podczas tych dwóch miesięcy nie spotkałam się z jakimkolwiek cywilem, który by źle odnosił się w stosunku do powstańców. Absolutnie nie. Ani razu. Nie wiem, czy miałam szczęścia tyle? Możliwe, że w innych dzielnicach, ale [nie] trudno było zrozumieć też tych cywilnych, na przykład matki były z maleństwami, malutkimi dziećmi, nie miały ani mleka, nie miały wody, żeby dzieci umyć, więc one wreszcie mogły stracić cierpliwość i zarzucać nam, że to przez nas wszystko to się zaczęło. Możliwe, że tacy byli, ale się z takimi ludźmi nie [zetknęłam], nie miałam [kontaktu]. Dzięki Bogu, nie zetknęłam [się].

 

  • Spotkała pani może Niemców w szpitalu jako rannych?


Ani razu. Nie, nie w naszym szpitalu, właśnie tam, gdzie był doktor Loth. Wtedy, jak zeszłam do szpitala po bombardowaniu, to on biedny operował przy świecy, w kurzu okropnym, że już nawet świecy nie było widać zapalonej. On tak, biedny, musiał operować, więc ci ludzie umierali jeden za drugim na skutek zakażenia przecież, bo na otwartą ranę kurz się zwalał. Wszyscy naprawdę nie wiedzieli, co mają robić. Poza tym, w ogóle był zapach już okropny. Tam nie było żadnego wywietrzenia, a na dodatek jeszcze kurz.



  • Co się stało z tą koleżanką, którą pani wynosiła?


Ona poszła do niewoli.

  • To już był koniec Powstania?


Tak, tak, to już było pod koniec Powstania, wtedy kiedy centrum Warszawy, nie centrum, Śródmieście Warszawy zaczęło być bombardowane.

  • Chciałem jeszcze wrócić do Powstania. Proszę powiedzieć, jak wyglądało życie codzienne podczas Powstania?


Nie mogę powiedzieć, że mieliśmy duże przyjemności, jeśli chodzi o stół, bo nie było ani stołu, ani nic na stole. Gdyby był stół… Te nasze zupy-pluj były słynne. Jedyny raz, gdy mieliśmy kawałek mięsa [to wtedy], kiedy Niemcy obalili dom [i] ujrzeliśmy, ku wielkiej radości wszystkich powstańców, prosiaka, gdzieś na piątym piętrze. Ściany się obaliły, a świniak był na górze. Nie wiem, jakim cudem, ale to już chłopcy się tym zajęli. Trzeba przyznać, że chłopcy bardzo dbali o to, żeby dziewczęta nie zajmowały się takimi rzeczami, które mogły ich życie narazić. Tak samo, jak mój kapitan „Jastrzębiec”. Zawsze dbał o swoje dziewczynki. Nam nie wolno było, nie pozwolił nam trzymać broni w ręku nigdy, bo powiedział: „To nie jest wasza sprawa dziewczynki, chłopcy są od tego”. Naprawdę był bardzo kochany i zawsze znalazł czas, żeby przynajmniej raz na tydzień dla każdej z nas napisać jakiś list przyjemny. Ołówkiem to było pisane i szkoda, bo ołówek po naszym przyjściu do obozu, kiedyśmy przechodziły [...] - tam, gdzie nas dezynfekowali, wszystkie nasze rzeczy i to było w wysokiej temperaturze - i potem ołówek stopił się na tym i listy, które mieliśmy, każda miała kilka listów od niego. On był jak ojciec dla nas. W sumie nie miał wiele więcej [lat], nie, on miał już koło trzydziestu, trzydziestu pięciu lat, może. Ale ja miałam dwadzieścia, wszystkie koleżanki mniej więcej były w tym samym wieku. Zajmował się nami, jak własnymi dziećmi. I był kochany. On zawsze mówił… nigdy nie myślał o tym, jak słyszeliśmy, że już podczas Powstania niektórzy dostawali odznaczenia. To nie istniało w naszej kompanii. Dla niego to było przede wszystkim walczyć i zwyciężyć. Iść z odsieczą i wrócić zwycięzcą, a nie pozostać tak na… Uważałam, że zalety kapitana były nadzwyczajne – wojskowego - to były nadzwyczajne zalety. Nigdy po Powstaniu nie mieliśmy kontaktu. Nie wiem, czy on pojechał do Anglii czy jeszcze gdzie indziej. Zupełnie o nim wieść zanikła.

  • Pamięta pani, co było na tych karteczkach?


To były bardzo przyjemne listy. Opisywał nam… tego to nie pamiętam, chciałam przeczytać i w ten sposób zobaczyłam, że były zniszczone, że nie mogłam nic odszyfrować. Mam jeszcze jeden mały taki papier, ale to był pisany jeszcze kiedy nie byłam w Kompanii Szturmowej.

Czasami, kiedy nie było żadnych wypadów ani nalotów, to urządzaliśmy sobie wieczory, naturalnie przy wyłączonym świetle i jakieś pieśni sobie śpiewaliśmy, jakieś wiersze deklamowaliśmy, żeby zająć troszeczkę naszą głowę czym innym niż samą wojną. To były bardzo przyjemne wieczory, z których mam jak najlepsze wspomnienia.

Nawet notes znalazłam, który przeżył wszystkie łaźnie, wszystkie kąpiele i nie jest zupełnie zatarty. Ale zawsze ołówkiem tylko było pisane. Możliwe, że niektóre kategorie ołówka były lepsze i trwalsze niż te, którym ołówkiem nasz kapitan pisał listy. Gdybym spotkała jakąkolwiek inną koleżankę… możliwe, że u innej się jeszcze coś zachowało z tego. Ale to były nasze [listy], byłyśmy dumne z tego - małe, smarkate i kapitan pisał do nich list. To było coś nadzwyczajnego.

 

  • Jak wyglądały te wieczorki? Jakie piosenki śpiewaliście?


Wojskowe, naturalnie wszystko wojskowe. I wiersze, było dużo wierszy, chłopcy na świeżo pisali tę poezję i [swoje] wrażenia. Najczęściej to jednak chłopcy pisali, nie wiem, czy może oni byli bardziej uczuleni, czy bardziej potrafili odczuć chwilę tego. Bo oni szli najczęściej w pierwszej linii, jak zawsze. A my to za nimi, żeby [ich] ściągnąć ewentualnie. Więc właściwie to były bardzo kulturalne [spotkania]. To były deklamacje, świeżo upieczone poezje. Albo piosenki wojskowe, jeszcze przedwojenne, czy harcerskie. Dużo harcerskich, bo jednak dużo harcerzy było razem z nami. Najczęściej to chyba była młodzież, jeszcze kiedy do harcerstwa najczęściej uczęszczała, należeli do harcerstwa w tym wieku, bo później to były już inne zamiłowania. Zresztą były związki dla chłopców, zdaje mi się, że to było przygotowanie wojskowe, jak się nazywało przed wojną, że chłopcy kiedy kończyli, pod koniec gimnazjum. Musieli wakacje spędzać specjalnie na jakichś ćwiczeniach wojskowych. Więc oni byli lepiej przygotowani do tego wszystkiego niż my, dziewczęta.

  • Mieliście państwo jakiś instrument?


Nie. Żaden. A może jeden fujarkę miał, zresztą dobrze grał na niej. To wszystko. [O] instrumentach nie było mowy, bo tam dużo szumu innego już było.

Co stamtąd widzieliśmy, kiedy świeżo przyszłam do Śródmieścia, to patrząc w stronę Pragi widzieliśmy, jak tam duże pożary były. Ale co się wtedy paliło, nie wiem, bo my się nie ruszaliśmy w takich momentach. I nie zawsze nam opowiadano, nam nawet nie mówiono zawsze, gdzie mieliśmy pójść z odsieczą. Musieliśmy iść za naszym przewodnikiem i na tym koniec. Nie informowano nas, chyba, że ktoś miał rolę zastępczą dla szefa, dla kierownika, to możliwe, że on był powiadomiony, ale my na końcu. Jedna rzecz tylko [była ważna], żeby otwierać dość dobrze oczy, żeby widzieć, gdzie jest ranny, gdzie pójść z pomocą, komu pomóc. To nas obchodziło w sumie. Słyszę czasami, teraz czytam niektóre artykuły, gdzie [wspomnianych] jest dużo dziewcząt, które się okazały bardzo bohaterskie, ale w moim otoczeniu nie, nie było takich. My byłyśmy proste, prości żołnierze.

  • Proszę jeszcze opowiedzieć o świni. To było w budynku YMCA?


Nie, nie. W jakimś innym budynku, nie wiem, na jakiej ulicy. Wiem tylko, że wtedy mieliśmy świnię na obiad, prosiaka. Ale to był jeden, jedyny wypadek. Kiedyś jeszcze zdaję mi się, że gdzieś ktoś konia znalazł, ale chyba już go dobili, bo ledwo się trzymał na nogach. Nikt nie miał co mu dać do zjedzenia, a potrzebował dużo trawy. Też nie było nic. Były jakieś fabryki przemysłowe, na przykład fabryki, gdzie robili piwo, to jęczmień [tam był]. Na czym oni to robili? Jakieś specjalne zboża. To wtedy było dla nas cudownym [pożywieniem]. Mieliśmy obiad do syta, gdzie każdy dostał porcję, jaką sobie życzył, a nie tylko na czubek łyżki.

  • A jak było z higieną?

 

To była cudowna higiena, bo przez przynajmniej ostatnie dwa tygodnie to już nie mieliśmy wody, więc to było pół litra wody na osobę na dzień, a trzeba było się myć, pić i przygotować coś do jedzenia. Myłyśmy się chyba co drugi czy co trzeci dzień i zlewałyśmy wodę i potem jedna po drugiej się myła. Zawsze to było lepsze niż nic. Poza tym na niektórych podwórzach w Warszawie były studnie, tam się pompowało wodę. Więc tam można było napompować dużo wody, bo ona ciągle wychodziła. Myślę, że przy jakimś źródle może byliśmy, czy coś, czy w warstwach podziemnych, daleko, głębokich w ziemi była woda].

Ale jak Niemcy gdzieś to spostrzegli, to strzały, jeden za drugim szedł wtedy, tak że nie można było zostać długo. Nie wiem, jakim cudem, ale oni spostrzegali się czasami, gdzie się chowaliśmy i co tam robiliśmy, w jakich miejscach zbieraliśmy się. Nie wiem, czy jakieś lornetki mieli nadzwyczajne, czy im ktoś donosił, nie wiem, bo tam na pewno byli zdrajcy między nami, też już w konspiracji. Nie w samej konspiracji, to znaczy ci, co mieszkali w tych częściach [miasta] i Powstanie ich zaskoczyło tam, więc możliwe, że pomagali Niemcom. Nie wiem, jak to było.

  • Jaka była kolejność tego mycia się po kolei?


Nie wiem, czy to losy ciągnęłyśmy, nie wiem, jak to było. Ale potem ten sam los spotkał nas w obozie. To była zima strasznie ciężka, minus dwadzieścia stopni, tak cały czas było.

  • Proszę mi powiedzieć, czy w czasie Powstania utrzymywała pani kontakty z najbliższymi, z rodziną miała pani jakiś kontakt?


Absolutnie nie. Pamiętam, jedyną rzecz, co mi powiedziano, jak wróciłam do domu pierwszy raz, to mamusia mówiła, że tatuś stał i płakał, jak widział łunę nad Warszawą. Bo rodzice mieszkali zawsze we Włochach, to było siedem kilometrów do centrum Warszawy, a do Ochoty to bodajże była cztery kilometry tylko. I patrzył na Warszawę płonącą i wiedział, że tam jest ich córka.

  • Czy może pani jeszcze opowiedzieć, jaka atmosfera panowała w pani grupie?

 

My się bardzo dobrze wszyscy zgadzaliśmy. Nie spotkałam absolutnie żadnej osoby, która by mnie - mówię mnie, ale czy jednocześnie w stosunku do innych członków naszej grupy - która by myślała zrobić krzywdę jakąś, czy źle coś powiedzieć. My naprawdę tworzyliśmy rodzinę razem, podczas całego Powstania, sześćdziesięciu trzech [dni]. To się nawet dorzuciło do tego, że czuliśmy się wszyscy bardziej prości jeden [dla] drugiego. Naprawdę rodziną byliśmy. I nie było mowy, żeby jedna osoba […] na przykład, jak coś gdzieś znaleźli, chłopcy czy dziewczęta, odkryli jakieś dodatkowe jedzenie, to wszystko było równomiernie rozdzielone dla każdego z nas. To nie istniało, żeby ktoś coś wykradł.

Zresztą, nie można było, bo ciągle musieliśmy uciekać z jednego kąta w inny. Ciągle byliśmy tam w ruchu. Dwóch nocy nie spałam w tym samym pokoju. Na podłodze leżeliśmy, tak jak śledzie ułożone, czy sardynki, jeden koło drugiego. Wszyscy prawie na komendę odwracali się, bo nie było przecież łóżek. Dużo już było wtedy zburzonych miejsc, więc coraz to niżej schodziliśmy, niżej, aż doszliśmy do piwnicy. Niektórzy niestety to poszli do ziemi, schowali się tam. Najgorsze były momenty, kiedy „krowy” zaczęły ryczeć. To straszna była rzecz, ale jedna rzecz była na naszą korzyść, że słychać było, jak one ryczały, to można było mieć parę minut jeszcze czasu, żeby się gdzieś skryć, żeby mieć coś nad głową. To była rzecz okropna, podczas mszy świętej, na przykład… bo

mieliśmy tam [msze] codziennie prawie. Księża mieli tam naprawdę zasłużone role. Byli z nami i każdy mógł uczestniczyć we mszy świętej. To nam wszystkim dodawało jednak dużo ducha. To było bardzo potrzebne wtedy, bardzo.

  • Może pani opowiedzieć o mszach, jak to wyglądało?


Msze były nawet kiedy zaczęły czasem „krowy” walić. Najczęściej ksiądz nie ruszył się od ołtarza, dokończył mszy, ale niestety inni chowali się, gdzie mogli. To było na podwórzu gdzieś, pod odkrytym niebem, to nie było łatwe. Czasami podczas takiej mszy św. niektórzy ginęli, jak akurat „krowa” wpadła na podwórze, to dużo było nieszczęść. Tam ich chowaliśmy też jednocześnie, bo nie było gdzie. Wszystkie skwerki, parki przy ulicy, gdzie były małe ogrody, to wszystko było przekabacone na cmentarze, wszystko.



  • Była pani na takim pogrzebie?


O, jeszcze ile razy!

  • Pamięta pani jakąś scenę z takiego pogrzebu?


My wszyscy mówiliśmy zawsze: „Do zobaczenia”. Bo wiedzieliśmy, że tam się zobaczymy na nowo. Nikt nie wiedział, kiedy, w której godzinie, o której porze dnia czy nocy na nas będzie kolejka. Przecież tyle trupów, co było… połowa AK była zupełnie wycięta w Warszawie samej, a jeszcze była masa cywili przecież, co poginęła.

  • Z kim się pani przyjaźniła podczas Powstania?


Z tymi, co byłam, z którymi współpracowałam, z którymi byłam jak najbliżej.

  • Pamięta pani ich nazwiska?


Jedna miała pseudonim „Sowa”, ale nikt nazwiska nie znał jeszcze wtedy, bo jeszcze staraliśmy się nie znać, w wypadku, gdyby Niemcy którąś złapali żywcem. Oni wtedy wypytywali o przeróżne rzeczy, więc żeby nie móc wsypać, czy już nie jej samej, ale jej rodziny. Dlatego my nigdy - i stąd jest to duże nieszczęście, że my nie możemy niektórych rzeczy skojarzyć sobie teraz, bo - nie znałyśmy się z nazwiska. Miałam [też] koleżanki ze szkoły - te, co innego, wiedziałam [jak się nazywają], bo je czasami spotykałam. Ale dyrektor był na tyle inteligentny, że on rozdzielał klasy też, żeby jak najmniej uczennic wiedziało, znało nazwiska tych, z którymi współpracowali. Potem tak samo było podczas Powstania. My się tak nazywaliśmy, jakby to było naprawdę nasze imię od chrztu. Po prostu byłam „Góra”, mimo że nie przedstawiałam góry żadnej, ale „Góra” była, była „Sowa”, „Iskra”. Dużo było dziewcząt, co nosiły inne imię, niż ich imię. Tak samo chłopcy. Chłopcy często mieli inne nazwiska. Ale uważam, że z nazwiskiem to było ciężej, imiona były łatwiejsze do zapamiętania jednocześnie. Zawsze się zgadzałam ze wszystkimi. Mam chyba naturę taką. Ale nie spotkałam innych, co by byli kłótliwi między nami. Tam każdy miał strachu trochę, zdaje się, że to było powodem naszej wielkiej łagodności. Wszyscy, każdy był narażony na takie samo niebezpieczeństwo przecież, które nam groziło. Naprawdę zgoda była i myślę, że wszyscy akowcy byli do końca bardzo dzielni. Poszliśmy kiedyś z odsieczą na Nowogrodzką, gdzie była duża poczta, tam właśnie, tuż przy stacji skrajnej kolejki EKD, co prowadziła z Włoch. Tam z całej naszej drużyny - było bodajże piętnastu chłopców - tylko było pięciu czy czterech, ale bardzo ciężko rannych, co wyciągnęliśmy. Wyciągnęłyśmy, dwie byłyśmy do tego. Żadna z pielęgniarek nie była zraniona, chociaż dużo zmarło jednak podczas Powstania. Miałam szczęście. Powiedziałam: „Głupiego diabli nie biorą, bo wiedzą, że ich”. Tu nie chodziło o głupstwo, tylko, że miałam szczęścia dużo.

  • Jak wyglądała walka przy budynku poczty? To była poczta na placu Napoleona?


Niemcy byli w środku i Polacy musieli zdobyć ten budynek za wszelką cenę. Zdaje mi się, że nasza drużyna nie była jedyna, że były jeszcze inne. Była współpraca tam między kilkoma drużynami. Wtedy Niemcy nas tam strasznie wybili i zostali jeszcze na tej poczcie. To była okropna walka. Jedna z najokropniejszych, w których uczestniczyłam z bliska. Chociaż było dużo, wszędzie to, ale tam, to naprawdę strzelanina. I naprawdę nie było wiadomo, kto był za drzwiami z drugiej strony, za ścianą czy gdzieś, mógł się schylić, czy coś. Na każdym kroku był nieprzyjaciel, który czyhał tylko, w jaki sposób zabić kogoś. To było życie okropne tam i nie wiem, co było potem, czy ją do reszty Niemcy zburzyli po podpisaniu kapitulacji, czy coś zostało z niej, nie wiem. Nie przypominam sobie numeru nawet. Ale wiem, że to było tuż, tuż przy końcowym przystanku EKD. [Pani Skrzyńska miała] inną dojrzałość niż ja. Ona wszystko notowała, a ja nic nie notowałam, czy to było podczas Powstania czy z pobytu w obozie, żadnych notatek nie robiłam. Ona wszystko notowała. Mam nawet jej małą książeczkę wydaną, pamiętnik.

  • A kiedy pani Skrzyńska wraca?


W końcu sierpnia.

  • Pod koniec sierpnia.


Tak. Jest przyjęcie, jest uroczysta msza święta i nie chciałam[…]. Teraz to byłyśmy tylko trzy czy cztery, ale powiedziałam: „Nie. Odjeżdżam drugiego”. [...]

  • Proszę powiedzieć, czy podczas Powstania czytała pani prasę?


Były nasze ulotki, ale nie wszystko dochodziło do nas. Myślę, że raczej chcieliśmy […]. Prasa, jeżeli była, to raczej, żeby upewnić ludność cywilną, mam wrażenie. Bo my to byliśmy powiadomieni albo przez naszego dowódcę, albo w innej sytuacji. A to, co było napisane, to było raczej celowo robione, żeby podtrzymać na duchu ludność cywilną, mam wrażenie.

  • Czy rozmawialiście państwo na temat postępującej sytuacji na froncie?


Nic nie wiedziałam, co się działo wtedy. Już mieliśmy dosyć naszego frontu, nie trzeba było naprawdę wtedy jeszcze zaostrzać tym sprawy. Tylko wiem, że strasznie byliśmy wściekli na aliantów naszych, którzy nas tak strasznie okłamali, bo nic nie zrobili dla nas, żeby nam pomóc. Nic. Mimo Rosjan, mogliby jeszcze coś jednak innego zrobić dla nas, a nas zostawili tak na… Najbardziej Francja chyba jest winna, mam wrażenie.

  • Była pani świadkiem zrzutów?

 

Masa [zrzutów] była, ale co spadało, to wszystko się pomieszało. Jeśli była żywność, to bez dokładnego opakowania i to wszystko było - biskwity i wszystko - pomieszane z ziemią. Była broń, ale wszystko było tak zapakowane, że kiedy spadało, to często i wybuchało albo było nie do użytku. Nie było czasu, żeby to naprawić, a dużo chłopców było bardzo utalentowanych, jeśli chodzi o sformowanie broni, reperację. Stare rewolwery były, już pordzewiałe, a oni coś tam manipulowali trochę i mogli strzelać jeszcze.

Ale to naprawdę byli nadzwyczajni chłopcy podczas Powstania i geniuszami się porobili raptownie. Myślę, że to w potrzebie chyba ich rozum zaczął pracować dziesięć razy bardziej niż na ławie szkolnej, mam wrażenie.

  • Proszę mi powiedzieć, jakie jest pani najgorsze wspomnienie z czasów Powstania?


Było kilka gorszych, ale które najgorsze to trudno powiedzieć. Może to, gdzie wpadłam w popiół rozpalony, bo wtedy to myślałam, że już nie wyjdę stamtąd, że się stopię w popiołach. Naprawdę nie wiem, co było gorszego. Kiedy mi się te drzwi obaliły na ścianę, to myślałam, że już wtedy umieramy, obie, ale to było nasze zbawienie. Więc to też nie mogę powiedzieć, że to było najstraszniejsze. To były chwile, to były momenty, kiedy naprawdę myśleliśmy, że już ostatni moment żyjemy, a potem okazało się, że to było coś, co nas uratowało. Więc naprawdę nie wiem, co powiedzieć.

  • A najlepsze?


Najlepsze to były nasze wieczorki, ale to było z początku, to było w pierwszym miesiącu. Nasze wieczory były naprawdę wzruszające wtedy. Co było później. Szczególnie, pokój ciemny, nie wolno było zapalać światła, żeby nie dać okazji do bombardowania, nie pokazać, gdzie jest kilka osób w jednym pokoju. W ciemności [przebywaliśmy], jak śpiewaliśmy czy deklamowaliśmy. Znałam, nie tak dawno przypominałam sobie wiersz, który deklamowałam w tej ciemności. Na mnie samej zrobił duże wrażenie, bo uważam, że w takich okolicznościach to naprawdę było coś nadzwyczajnego, zebranie samej młodzieży, która myślała w sumie nie o tym, co się działo na zewnątrz, ale żeby się czegoś nauczyć, usłyszeć coś przyjemnego.

  • Co najbardziej utkwiło pani w pamięci?


To, co panu potrafiłam powiedzieć.

  • A jakiś obraz ma pani w pamięci, jakąś scenę?


Jestem zaskoczona tym pytaniem teraz. Nie wiem.

  • Proszę powiedzieć, co było dalej, od momentu upadku Powstania.


Od momentu, kiedy nam ogłoszono, że prawdopodobnie będziemy musieli się poddać […]. Rzeczywiście, nie miałyśmy nic do powiedzenia, władze nad nami decydowały o wszystkim. Potem kazano nam się przygotować do wymarszu. Nie mieliśmy nic [na] zmianę. Każdy miał kilka rzeczy jakichś, co dostaliśmy, nie wszystko było dobre nawet. Nie wiedzieliśmy, gdzie szliśmy, dokąd. Do niewoli, ale nie myśleliśmy, że będziemy aż w Niemczech. Wyjście samo to było kilkanaście - nie wiem, ile to jest - kilometrów z centrum Warszawy. Ze Śródmieścia do Ożarowa, ile może być kilometrów? To pieszo ze dwadzieścia kilometrów, może nie? Szliśmy pieszo cały czas, a pamiętam, że to była wielka przyjemność, jak wyszliśmy poza Warszawę i szliśmy drogą, były pola przyległe do drogi. I zapach jarzyn, zapach trawy, po okropnym powietrzu, zatrutym w centrum, to było dla nas tak… Zaczęłyśmy żyć wtedy. Nawet rzuciłyśmy się kiedyś na pole, gdzie były jakieś jarzyny. Co tam było? Marchewki. Tak, wyrywałyśmy marchewki, jak mogłyśmy, bo Niemcy nam nie pozwalali tego robić. Takie z ziemią wkładałyśmy do ust, żeby je przegryźć. To była pierwsza świeża jarzyna, którą mieliśmy po dwóch miesiącach, bo przedtem to nic. Jedzenia nam najbardziej owało i wody, której ostatnio, kiedy zburzyli wieżę ciśnień - to już wtedy była tragedia u nas - nic nie było. Nie było nawet czym wygasić pożarów, przecież [inaczej] nie dopuścilibyśmy tak do zniszczenia Warszawy. Zresztą Niemcy i tak by [ją] wysadzili, bo oni sobie przysięgli, że z Warszawy nic nie zostanie. Prawdopodobnie Hitler myślał nawet o tym, żeby dać inną nazwę Warszawie, żeby zupełnie zatrzeć ślady, bo wiedzieli, czym była dla nas Warszawa. Żeby zatrzeć ślady, bo już uważał się właścicielem tych terenów.

  • Proszę opowiedzieć, jak było w Ożarowie?


W Ożarowie to był olbrzymi obóz, ale olbrzymi. Tam nam nic nie dali. Zostaliśmy jednak tam kilka godzin czy nawet dwa dni i potem nas ładowali w pociągi. Pociągi to były towarowe, takie, gdzie bydło się przewoziło normalnie, czy jakieś inne towary. Nie wiem, ile osób było, w każdym bądź razie musiałyśmy stać, nie było miejsca, żeby siąść. Drzwi były wszystkie zabarykadowane, tylko na górze w wagonach są malutkie okienka, prawdopodobnie, żeby bydło mogło oddychać troszeczkę. Więc my też tamtędy tylko mogłyśmy oddychać. Niemcy od czasu do czasu zatrzymywali się gdzieś tam w polu, żeby nam ułatwić załatwienie naszych potrzeb fizjologicznych, ale stali z karabinami wokół nas. Więc to było niemożliwe prawie dla nikogo. To było coś okropnego. Potem na nowo wszyscy musieli wejść do wagonu. Wagony były brudne, bo niektóre nie mogły się powstrzymać i wszystko na tym… Potem na tym trzeba było, jeśli się miało jeszcze szansę, to siąść albo stać. Taka była podróż nas wszystkich pociągami.

Jak dojechałyśmy do obozu, to była nas w obozie grupa, w której byłam… W pierwszej chwili to był obóz w Sandbostel, włożyli nas do baraku karnego. To był obóz międzynarodowy, więc było dużo narodowości, ale najwięcej było tam bodajże Rosjan. Ci Rosjanie, jak się dowiedzieli, że tam w obozie […]. To znaczy obóz, nasz namiot, był [na] bagnisku, na palach i podłoga w baraku była pełna dziur. Woda stojąca wydzielała straszny zapach. Tak, że jak był powiew wiatru i ten zapach wchodził do baraku, to było… Wtedy złapałam zakażenie całych dróg, oczodołów, bo to takie okropne powietrze było. Ale między ludnością, Rosjanie podobno chcieli napad zrobić na nas, prawdopodobnie owało im babek, nie wiem, co tam, o czym myśleli. W każdym bądź razie Niemcy musieli strzelać za nimi, żeby ich rozproszyć. Ale jeden Rosjanin był lekarzem, to był kochany chłop, naprawdę, pan kochany. Która się źle czuła, to mogła prosić, żeby pójść do niego z wizytą i on wtedy nam dawał, wszystkim nam przydzielał wtedy zupę na mleku. Miałam szczęście wtedy być w tej linii i dostawałam przez jakiś tydzień zupę na mleku. To była cudna zupa. Pierwsza zupa na mleku, którą mogłam zjeść do końca, z wielkim apetytem. A później na nowo musiałam już mieć dietę, jak wszyscy inni, to znaczy brukiew. [...] To jest ohydna rzecz. Krowy może to jedzą, ale dla nas to nie jest odpowiednie. On był dobry. Nie miał lekarstw, ale słowo przyjemne zawsze powiedział. To nas bardzo podtrzymywało na duchu. I przynajmniej spotkaliśmy jedną osobę bardzo kulturalną, mówił do nas trochę po polsku, ale on był czystym Rosjaninem. To wszystko, co było w pierwszej chwili. Tam nie zostałyśmy długo. [...] Po pierwszych wyjściach z Warszawy, to oni nas wysyłali z Ożarowa. Był jeden obóz w Pruszkowie, ale to był dla chorych, dla cywili. My byliśmy w Ożarowie i stamtąd potem wysłali pewną część do tego obozu, gdzie byłam, w Sandbostel. Były jeszcze inne obozy, gdzie inne grupy były dostarczone. Po jakimś czasie, to znaczy jak się jakoś zorganizowali, to nas chcieli skoncentrować w jednym obozie. I to był obóz w Oberlangen, który był obozem karnym dla Niemców, uciekinierów z frontu, czy tam jeszcze [takich], co się wyróżnili na pewno jakimś nieposłuszeństwem w stosunku do Hitlera. To był obóz okropny, na mokradłach, terenie mokrym, gdzie były torfowiska. Nic nie było wokół, tylko same puste pola, gołe. Tam nasz pobyt był strasznie nieprzyjemny. [To] już było w listopadzie, tam nas przenieśli. Tam dużo osób się spotkało. Na przykład pani Skrzyńska spotkała tam swoją mamusię, która była jeszcze w innym obozie - mimo, że była [to] starsza pani - bo jej ojciec był konsulem generalnym przed wojną. Więc ona bardzo dobrze […] i obie były jednocześnie w AK. Jej siostra, która teraz mieszka w Anglii, tak samo była w AK, a najstarsza - nie wiem, czy była też w AK czy nie. W każdym bądź razie, te dwie tak. Skoncentrowano wszystkich akowców w jednym obozie, dlatego nazbierali tysiąc siedemset i coś tam jeszcze kobiet. Ten obóz był okropny, bo baraki były z wybitymi szybami. Nasza łazienka to był jeden długi pokój, przynajmniej pół raza dłuższy niż living [room] tutaj. Pośrodku były koryta, robiło się [takie], gdzie było dużo krów czy koni, żeby tam im wsypywać jedzenie, to u nas tam były zainstalowane kraniki z wodą, tak że jedna osoba mogła stanąć tuż koło drugiej, ale wzdłuż, tak po jednej i po drugiej stronie, że dużo osób mogło umyć się na raz. Ale woda była zamarznięta, bo jak jest mróz, minus dwadzieścia stopni i łazienka jest nie ogrzana, to naprawdę nie można było [tego] nazwać nadzwyczajną, ani łaźnią, ani łazienką. Wychodziłyśmy na dwór, brałyśmy śnieg w bulę, to na nowo nasza higiena była, druga, to właśnie w tym obozie. Robiłyśmy bulę z lodu i pocierałyśmy się, jak mogłyśmy. Ale to trzeba było mieć odwagi niesamowicie dużo, bo na mroźnym powietrzu, i jeszcze minus dwadzieścia stopni i jeszcze wodą zimną, lodem się myć, to naprawdę było coś okropnego. Ale trzeba było to zrobić, bo połapałyśmy tam, wtedy byłyśmy pokryte wszami.

 

  • Jak była pani ubrana?


Miałam tylko sukienkę letnią i gdzieś znalazłam sweterek, ale nie wiem, po kim. Pantofle miałam letnie, małe, obcasy były na korku. Jeden z obcasów był nawet draśnięty kiedyś przez jakiś odpadek broni, ale nie złapał mojej pięty, tylko mój but. Z tym poszłam do obozu. Nie miałam żadnego okrycia. Tam dostaliśmy jakąś kołderkę, chyba bawełnianą. Zimno było pod nią, tak jakby nic nie było. Poza tym miałyśmy łóżka, to były prycze trzypiętrowe, trzy poziomy. Bez sienników, bez niczego, na deskach leżałyśmy. Ponieważ było zimno w naszym namiocie, drzwi były powyłamywane, powybijane szyby, więc my się tam kryliśmy. Schodziłyśmy z góry, z łóżek i spałyśmy najpierw po dwie w jednym łóżku, a górną część rozbierałyśmy i zapalałyśmy. Był jeden piec na olbrzymi barak, żeby to ogrzać. Ale szybko znikły deseczki, suche były, więc one szybko się spaliły, a potem na nowo było zimno. Więc coraz niżej schodziłyśmy i wreszcie spałyśmy na podłodze, żeby się móc ogrzać troszeczkę, ale podłoga była też zimna, wilgotna. Coś okropnego. Potem Niemcy urządzili komando robocze dla naszego użytku. Oni powiedzieli: „Wy nie pracujecie dla innych”. Bo nasza komendantka wtedy zaczęła narzekać, że napisze skargę do Czerwonego Krzyża w Szwajcarii, że nas traktują tu nie jako żołnierzy, tylko niewolników. A oni odpowiedzieli na to, że: „No to będziecie teraz pracować. Chcecie się ogrzać, to pójdziecie torf kopać”. Torf był w wodzie, to było zmarznięte wszystko. [Wtedy] to można było jeszcze coś wyciągnąć, ale jak [torf] dotarł do naszego baraku i troszeńkę było cieplej, bo my trochę ogrzałyśmy już barak, to się zaczęło topić. W piecu to się topiło wszystko. Więcej było dymu, żadnych kalorii to nie wydzielało. Dym był okropny. Cały barak był napełniony dymem. Nie można było oddychać, krztusiłyśmy się zupełnie. Potem musiałyśmy wychodzić na roboty, wywozić na przykład wszystkie latryny. Puszki nam dali do wybierania z ubikacji i wlewałyśmy do ich powozów, [...] i to wywozili na pola. Ale to już Niemiec [robił] wtedy, bo on już wiedział, gdzie to musiał wylać.

To takie były zajęcia dla pań. Były tam panie, które były doktorami, które były adwokatami, które miały wyższe, jeszcze inne, sytuacje społeczne. Ja byłam świeżo upieczoną studentką. Miałam szczęście, bo akurat skończyłam maturę w czerwcu, a w już sierpniu było Powstanie. To nasze było tam życie. Miałam szczęście. Mam wrażenie, że byłam jedyną chyba, co miała tyle szczęścia. Przyszła do nas kiedyś Niemka, do naszego baraku. Niemcy urządzali też łapanki w Niemczech, między swoimi Niemcami, nie tylko tak, jak u nas w Warszawie. [...] Niemcy urządzali łapanki, więc zajeżdżali z wozami i wszystkich, co po drodze spotkali, młodych czy troszeczkę starszych ładowali na te wozy, żeby wywieźć na roboty do Niemiec albo gdzieś indziej jeszcze na jakieś dorywcze roboty. Niemcy to samo robili u swoich w Niemczech. Weszła do naszego baraku jedna Niemka, która potem nam opowiedziała swoje przeżycia, ale na razie powiada: „Kto chciałby pracować w kuchni?” Była koło niej jedna koleżanka, moja najlepsza z koleżanek. Ona powiedziała: „Ja”. I od razu przytoczyła moje nazwisko. Potem powiedziała: „Cesiu, chodź prędko, chodź prędko, bo może będziesz przyjęta do pracy w kuchni”. Naturalnie, pobiegłyśmy tam i [zostałam] przyjęta, bo trzeba było tylko sześć albo osiem dziewcząt, żeby ugotować olbrzymie kotły na cały barak. Byłam przyjęta jako kandydatka. Dlaczego ona to zrobiła dla mnie, szczególnie? Ta miałam szczęście naprzód odpłacana […] Kiedy byłam w pierwszym obozie, jedyny raz dostałam paczkę od rodziców. Jak im napisałam list, to wiedzieli, gdzie byłam i dostałam paczkę od nich. Mamusia przygotowała fasolę zmieszaną z boczkiem, ale przepieczonym, żeby się nie zniszczył. Jak to dostałam i dorzuciłam do ziółek, które otrzymywaliśmy na śniadanie, to nam dało specjalny zapach, prawie na cały barak. Ona była koło mnie i omdlała, jak czuła ten zapach, tak jej owało jedzenia. Dałam jej mąkę, dla mnie coś innego zostało, ale szczególnie to. Ona nie zapomniała tego nigdy i potem, kiedy miała szczęście być tuż przy tej Niemce, żeby nas zaangażować do kuchni, podała w pierwszym rzędzie moje nazwisko. Więc uważam, że to był dług wdzięczności spłacony jak najszczęśliwiej, bo tam w tym byłam jednak przez dwa miesiące. Miałyśmy pokój oddzielny, który był ciepły, miałyśmy łóżko, miałyśmy kołdrę. Było nas tylko sześć albo osiem, dokładnie nie przypominam sobie. Musiałyśmy tylko gotować. Miałam tu palce zupełnie poprzekrawane, bo brukiew czarną - trzeba było robić maluteńkie kostki z tego, żeby starczyło dla wszystkich. Na prawie dwa tysiące osób zrobić, pokrajać, to trzeba było dużo sił. Ale przynajmniej mogłam spleśniałego chleba się najeść, ile mogłam, buraków mogłam się najeść, czasami jakiś kartofel mogłam mieć dodatkowy jeszcze. To był mój pobyt w naszej kuchni, który zdaje mi się, że uratował mi życie.

  • Tam też pracowały Niemki?


Ona była naszym kierownikiem wtedy, ale musiała sobie dobrać swój personel, swoją służbę. Więc my byłyśmy pierwsze kandydatki, uprzywilejowane naprawdę, bardzo uprzywilejowane. Tam byłyśmy do… czy to było do wyzwolenia, to nie przypominam sobie teraz.

  • W obozie byli też Niemcy?


W naszym obozie nie, a po tym, kiedy nas tam przewieźli, to były tylko same kobiety. Były trzy czy cztery olbrzymie baraki, tak że to tylko było miejsce dla kobiet, a Niemcy byli naszą strażą. Był jeden esesman, którego, kiedy przyjechali nas odbić żołnierze polscy, to od razu powiedzieli: „Kto był najgorszy?” Wszyscy wskazali na niego. Musiał sam wykopać swój dół, gruby był. Wykopał swój dół i go zastrzelili. I sam się pogrzebał w dole. Dobrze mu zrobili, bo był naprawdę niedobry. Był jeden z Wehrmachtu, który był bardzo człowieczy, bardzo dobry dla nas, nie wyrządzał nam żadnej krzywdy, ale ten to nawet chciał bić niektóre, a bodajże nawet kiedyś uderzył jedną. Wtedy też komendantka powiedziała, że napisze zażalenie, ale nic nie dochodziło, bo Czerwony Krzyż nie wiedział, że ten obóz istniał. Wszystkie obozy były normalnie wizytowane przez Czerwony Krzyż z Genewy. Ponieważ oni nie zgadzali się na warunki, jakie tam istniały - z terenem mokrym i żadnych instalacji nie było, i sanitarne nie istniały tam zupełnie, bo wszystkie były zamarznięte, ponieważ nie było żadnego ogrzewania, to Czerwony Krzyż zabronił trzymać tam jeńców. Więc Niemcy musieli się wynieść stamtąd, a ponieważ Niemcy nie wiedzieli, co zrobić z kobietami z Armii Krajowej, to wszystkie nas zgrupowali tam i Czerwony Krzyż nie był powiadomiony o tym. Ponieważ byłyśmy najpierw rozrzucone po wielu obozach różnych, razem z jeńcami rodzaju męskiego, bo tylko tacy kiedyś byli jako jeńcy. […] Żadna paczka do nas nie dochodziła, bo ten obóz nie był na liście obozów oficjalnych.

  • Jak odbyło się pani wyzwolenie?


Była godzina szósta czy piąta wieczorem. Wszystkie byłyśmy jeszcze zajęte w naszych barakach i raptownie wojsko się pokazało [niezrozumiałe] … wszystkich razem. Pierwsza rzecz, to [pytanie], który był najgorszy oficer. Jak oni dokładnie powiedzieli, zlikwidowali go. Oficera z Wehrmachtu wzięli do niewoli. Na pewno nic nie zrobili, bo my żadnej skargi na niego [nie złożyłyśmy]. Zrobili zbiórkę, ale tym razem to już nie zbiórka przez Niemców zrobiona, tylko z radością wielką. Pierwszą rzecz jaką chciałyśmy zrobić to zaśpiewać naszą modlitwę którą codziennie śpiewaliśmy „O panie Boże, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń”. Bardzo śliczna [modlitwa].”O Panie któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Wołamy, ze wszech stron do Ciebie o Polską broń, o Polską dłoń.O Boże skróć ten miecz co siecze nasz kraj, do wolnej Polski nam wrócić daj.Stań się dla nas nową siłą. Nasz kraj”.To była bardzo prześliczna modlitwa, którą wszyscy śpiewaliśmy, a wtedy zaczęliśmy ją śpiewać, żeby podziękować Bogu za nadzwyczajne szczęście i nie skończyłyśmy jej. Z taką nadzwyczajną emocją ją śpiewałyśmy, że wszystkie się rozpłakałyśmy i ci wojskowi, którzy nas oswobodzili, tak samo zaczęli płakać z nami.Pierwsza rzecz – spytano nas co potrzebujemy? My wszystkiego potrzebowaliśmy, bo nic żadna z nas nie miała. Dali nam śliczny, biały chleb. Prawie się bałyśmy jeść, bo był taki cudny. To było najwspanialsze ciasto dla nas. Poza tym dostaliśmy sery zmieszane z masłem. Nazajutrz to już miałyśmy przyzwoity obiad.To była radość ogromna. Ta noc była dla nas białą nocą, bo z radości nikt nie mógł wtedy zasnąć. […]

  • Wróciła pani do Polski?


Nie. Z jednego obozu bym wyszła i poszła do drugiego, ale tam to na karę śmierci. Dużo było [osób] co powróciło. Wtedy był system komunistyczny. Nie wolno było powiedzieć, że się było w Armii Krajowej. Oni wszystkich, którzy byli w AK prześladowali. […]

Bruksela, 12 sierpnia 2005 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Żylski

Zobacz także


strzelec

Jerzy Grygiel „Żbik”

Jerzy Grygiel, pseudonim „Żbik”, urodzony 2 listopada 1926 roku. [Walczyłem] jako strzelec IV...

więcej

Maria Kącka-Protaziuk „Mańka”

Maria Protaziuk, z domu Kącka, urodzona 19 czerwca 1929 roku w Warszawie, pseudonim „Mańka” Byłam...

więcej
łączniczka, kapitan

Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”

Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Moja mama Irena, z domu Obrzydowska, ojciec Jan...

więcej
strzelec, łączniczka

Urszula Katarzyńska „Ula”

Nazywam się Urszula Katarzyńska, rocznik 1925, pseudonim „Ula”, łączniczka, [Brygada Dywersyjna]...

więcej