Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Hanna Minkiewicz „Bogusia”
Hanna Minkiewicz
pseudonim
„Bogusia”
stopień
łączniczka, sanitariuszka
formacja
Pułk „Baszta”, Batalion „Bałtyk”, Kompania „B-3”
dzielnica
Mokotów
Zobacz biogram


Nazywam się Hanna Minkiewicz, łączniczka-sanitariuszka „Bogusia”, Pułk „Baszta” Batalion „Bałtyk” Kompania „B3” 2. Pluton.

  • Zacznijmy od września 1939 roku. Co pani robiła przed 1 września?


We wrześniu 1939 roku byłam między Lwowem a Tarnopolem, w Złoczowie, ojciec był przeniesiony na jakiś czas do Złoczowa i jak się zaczęła wojna 1 września, to tam się jeszcze nic nie działo specjalnego i mi się nawet bardzo podobało, że nie ma szkoły, że jest jakiś taki dziwny ruch, że mama tam też uczestniczy w jakiś sposób… Dopiero przestało mi się to podobać jak pierwszy raz nie było hejnału z Wieży Mariackiej, to wtedy coś do tej dziecinnej głowy dotarło, że coś widocznie się dzieje nie tak. Potem 17 września jak weszli tam bolszewicy, radziecka armia, to już wtedy się przestało zupełnie podobać. Ze Złoczowa wyjechaliśmy 13 kwietnia, zresztą ostrzegła nas Ukrainka, że w nocy będziemy wywiezieni na Syberię i że mamy nie nocować w domu. Pojechaliśmy z mamą i z młodszym bratem jeszcze, wtedy on miał niecałe dziesięć lat, do Lwowa, potem ze Lwowa do Przemyśla i w Przemyślu był taki punkt uciekinierów z Warszawy. Ponieważ myśmy w ogóle byli z Warszawy, tylko ostatni rok mieszkaliśmy w Złoczowie i mama miała nasze metryki, różne rzeczy, że wszyscy jesteśmy urodzeni… Przedostaliśmy się przez tą granicę, przez Przemyśl, w strasznych warunkach, do Warszawy. Przyjechaliśmy z mamą i z młodszym bratem do Warszawy, bo starszy brat na razie tam został i tak właściwie bez niczego, tyle ile przynieśliśmy, co każdy z nas uniósł. W Warszawie się zaczęło, to już był kwiecień 1940 rok, była już okupacja niemiecka i zaczęło się twarde okupacyjne życie. Właściwie potem mając czternaście lat, to już byłam absolutnie dorosła, wiedziałam co [nam] grozi z zewnątrz i w jakich warunkach jesteśmy. Bardzo prędko się doroślało.

  • Gdzie państwo mieszkaliście?


Najpierw u mamy brata, potem u jednych znajomych, potem u innych znajomych jak wujka aresztowali Niemcy i zabrali w Aleje Szucha. Tak do końca, do Powstania, to tu, to tam, trochę nam pomogli ludzie, dali nam ubrania, trochę pomagali z wyżywieniem, brat był młodszy jeszcze, więc mama robiła wszystko co można i nie można żeby jakoś nas utrzymać.

  • Co się stało z pani ojcem?


Ojciec był oficerem zawodowym i już od 1939 roku jak był zmobilizowany, bo był w Złoczowie w tym pułku, a potem był przerzucony gdzieś, nawet nie pamiętam gdzie i już potem, od 1939 roku nie wrócił, to znaczy nie mieliśmy z ojcem żadnego kontaktu. Tak, że myśmy byli z matką.

  • Co było źródłem państwa utrzymania w czasie okupacji?


Mama robiła wszystko, i piekła jakieś torty, i piekła jakieś pasztety, i dostarczała to do jakichś sklepów, do jakichś kawiarni, wiem że fusy od kawy brała do domu, żeby jakieś torty, mokkę robić. W ogóle potem jak, sama to zresztą odkryłam, mama była łączniczką w przemyśle zbrojeniowym u profesora Tymowskiego, nie wiem, stamtąd nie musiała mieć jakichś dochodów. Ale potem też pomagałam przy roznoszeniu, przed świętami zwłaszcza, jakichś mazurków. Trochę, dopóki nie był aresztowany, pomagał mamy brat. Za dobrze się nie żyło, nie mogę powiedzieć.

  • Czy uczestniczyła pani wtedy w tajnym nauczaniu?


Tak.

  • Czy to było miejsce zetknięcia z konspiracją?

 

Tak, chodziłam potem do Gimnazjum Słowackiego, nie pamiętam jak ono wtedy miało… Potem byłam jakiś czas w Laskach, przez rok, bo też tutaj trudno było. Starszy brat przyjechał i tu w jednym pokoju było trudno. Byłam w Laskach, w Laskach się uczyłam, potem zdawałam u Kowalczyków egzaminy. Oczywiście, że się uczyłam. Potem pomagałam, jak wróciłam z Lasek już do Warszawy, w sklepie tytoniowym trochę sprzedawać.

Potem jeździłam kilka razy tramwajem przez getto i tam się widziało… Bo najpierw szyby w tramwajach nie były zamalowane, ale potem były, a jeszcze na początku jak się widziało te pełzające na czworakach dzieci, umierające na chodnikach, to coś się robiło takiego w człowieku, że szukał jak tu można pomóc. Rzucenie z tramwaju jakiejś bułki czy czegoś groziło tym, że cały tramwaj był [obserwowany]… Bo oni jechali na stopniach, że cały tramwaj, gdzie by rzucili te chleby, prawdopodobnie by albo rozstrzelali, albo też gdzieś by zabrali, więc to nie było możliwe.

Trzeba było szukać sobie jakiejś drogi właśnie żeby gdzieś się dostać, do jakiegoś oddziału, a to nie było też takie proste, dlatego że trzeba było mieć kogoś wprowadzającego. Nie wiadomo było czy ja mając piętnaście lat, zwrócę się do kogoś, czy on mnie potraktuje niepoważnie i czy mnie za to coś złego nie spotka. Nie było żadnej mobilizacji do Armii Krajowej, ani niczego, tylko trzeba było znaleźć własne jakieś dojście. Na szczęście spotkałam właśnie na ulicy, wtedy on nie wiem kim, kapitanem już chyba był, Michała Juchnickiego, którego znałam sprzed wojny, bo to był podwładny mojego ojca, który często u nas bywał w święta, na Wigilię i sobie pomyślałam: „Michał jest na pewno gdzieś. To jest niemożliwe żeby on nie był.” Zwróciłam się do niego i mówię: „Michał, to ja bym się nie przydała gdzieś może?” On mnie zabrał, zaprowadził wtedy do komendantki żeńskiej w „Baszcie” i wobec tego nie pytali mnie już ile mam lat, ani skąd jestem, bo że jak Michał Juchnicki mnie przyprowadził, to już [jestem pewna]… W ten sposób, na moje szczęście, dostałam się do „Baszty”. […]

 

  • Kiedy pani dostała swój przydział?


W 1943 roku, na początku 1943 roku już, tak, że ja mam półtora roku konspiracji zaliczony.

  • Przejdźmy do okresu Powstania. Gdzie zastał panią wybuch Powstania?


Na ulicy Łomnickiej, na Mokotowie, zresztą tam jedna z drużyn z naszego plutonu miała złożone w piwnicach trochę broni w dywanie. Była zbiórka nawet pewnej grupy chłopaków tam w domu, gdzie ja mieszkałam. Mamy nie było, bo mama już przedtem gdzieś zniknęła, czyli była zmobilizowana w tym swoim przemyśle ciężkim, młodszego brata wysłała do kuzynów na wieś i ja wobec tego się czułam, że tutaj mogę dysponować lokalem. Co prawda w piwnicy była ta broń w dywanie i tam było wujostwo, mam z kolei ciotecznego brata. Pamiętam, jak chłopaki wynieśli [broń] z piwnicy w tym dywanie i jak wujek zobaczył, to jego piekielne przerażenie, a ja mówię: „Wujku! Ale my to zaraz zabierzemy!” No to już wiadomo było, bo to był 1 sierpnia. Ale to przerażenie jego, to pamiętam do dzisiaj, jak on zobaczył: „Boże!”

  • Pani mama wiedziała, że pani też jest w konspiracji?


Nie, my w domu wszyscy byliśmy, młodszy brat był też, ja byłam też, mama była też, starszy brat jak potem przyjechał też, zresztą starszy brat zginął, wszyscy byliśmy. Wszyscy sobie zdawaliśmy z tego sprawę, ale nigdy się nie mówiło w domu, takich rozmów na ten temat nie było. Raz tylko mama przyniosła do domu jakiś okropny, drewniany stołek, gruby, masywny, z takimi nogami. Myślę sobie: „Po co ona to przyniosła?” Ale tak sobie pomyślałam, że to jest celowo. Potem dłubałam przy tym stołku jak mamy nie było aż znalazłam skrytkę w tym stołku, trudne to było bardzo, ale znalazłam. Tak, że ja już pewne rzeczy wiedziałam, bo sobie potrafiłam kontrolować pewne rzeczy jak już znalazłam dojście do tej skrytki, ale nie rozmawiało się nic. Raz tylko jak w nocy Niemcy otoczyli ten dom, w którym mieszkaliśmy, mamy nie było i ten młodszy brat właśnie… Obudziliśmy się, bo reflektorami [świecili], a to mieszkanie nad nami, bo tam była drukarnia konspiracyjna, niestety w mieszkaniu nad nami. Wtedy była rozmowa w nocy z moim młodszym bratem, on się mnie tak pytał właśnie: „A jak będą się o mamę pytać, to co?” Mówię: „To powiesz, że pojechała na imieniny do Podkowy Leśnej.” „A jak będą się pytać o Zygmusia…”, tego starszego brata, „… to co?” Ja mówię: „To nie wiesz, gdzie on jest.” W końcu mówi do mnie, zerwał się jak oparzony, okazało się, że ma jakieś, bo on był w „Szarych Szeregach”, że ma jakieś gazetki i co z tym zrobić. On mówi: „Ja to spuszczę.” Ja mówię: „Wody nie będziesz teraz spuszczał, bo to natychmiast zwróci uwagę Niemców.” Schowaliśmy, jak reflektor krążył nad domem, to w pewnym momencie, zawsze był moment przerwy, a dom był obrośnięty winem, więc postanowiliśmy, że jak reflektor nie będzie [świecił], to my to wsuniemy za to wino na ścianie domu, już będzie to na zewnątrz i im chyba nie przyjdzie do głowy [żeby tam szukać]. Wtedy się dowiedziałam o tym, co ten młodszy brat [robi], ale ja mu o sobie też nie mówiłam dalej. Na przykład starszy brat, to nie wiemy dokładnie gdzie zginął, bo nikt nie mówił swoich pseudonimów. To rzeczywiście była całkowita konspiracja. Wszyscy wiedzieli, tylko się o tym nie mówiło.



  • Pani Hanno, już wiemy, że wybuch Powstania zastał panią na ulicy Łomnickiej. Jak wyglądały te pierwsze godziny Powstania?


Ponieważ oni, chłopcy, wiem, pamiętam to dobrze, że biegli i ja biegłam oczywiście za nimi ze swoją torbą. Szliśmy chyba pod szkołę na Woronicza, ale to nie ważne, nie będę mówiła tych historycznych punktów. To była punkt piąta popołudniu, tak jak inni.

Najtragiczniejsze dla mnie było, ale to już było wieczorem, było już ciemno, jak był pierwszy ranny, który leżał między chodnikiem a jezdnią i straszliwie krwawił. Pamiętam, [jak jestem] pochylona nad nim i wszystko mi uciekło, wszystko z tego przygotowania sanitarnego absolutnie, z tego przerażenia, że tutaj właściwie... On był ranny w głowę, a głowa strasznie krwawi, byłam tak przerażona, tak potwornie przerażona, co ja mam teraz robić. Zdawałam sobie sprawę, że to ode mnie zależy teraz, ale ja nic nie wiem. Całe to przygotowanie teoretyczne… Kucam nad nim i odzywa się głos: „Czy ja bym się na coś tu nie przydał?” Podnoszę oczy do góry, patrzę, a to kapelan, ksiądz Zieja. Ja tak krzyknęłam najpierw: „Co ojciec tutaj robi?!” A ojciec Zieja tak na mnie popatrzył i mówi: „To samo co ty.” Też z opaską Armii Krajowej i mówi: „To samo co ty.” Wtedy już się wszystko zrobiło, już się tak uspokoiłam jak zobaczyłam księdza Zieję, to był człowiek fenomen, jak go zobaczyłam, on się też nachylił ze mną nad tym rannym i wszystko mi się [przypomniało]… Wyjęłam opatrunki i mimo, że było dalej ciemno, mimo że dalej te kule tylko, albo pociski błyszczące, albo strzelające, ale jak już ojciec Zieja był, to już nie było w ogóle żadnego problemu. To był pierwszy taki szok, pierwsze zetknięcie się z tym naprawdę rannym, z tą naprawdę wojną. Sanitarne przygotowanie miałyśmy wszystkie, ale teoretyczne.

 

  • Czyli to był pierwszy pani ranny.


Pierwszy ranny.



  • Jak później wyglądały pani losy powstańcze?

 

Muszę wrócić do dwóch rzeczy jeszcze sprzed Powstania. Myśmy jako łączniczki dostały w pewnym momencie bańki na zupę z podwójnym dnem. W tym podwójnym dnie oczywiście przenosiłyśmy rozkazy. Kiedyś właśnie miałam nawet sporo tego i jechałam tramwajem na Saską Kępę do dowódcy kompanii i tramwaj już podjeżdżał do Mostu Poniatowskiego, to dno mi wypadło, zaczęło skakać w tym tramwaju, brzęczeć jak nie wiem, to wszystko się rozsypało i ja tylko tak patrzę na ludzi, ale wszyscy albo coś czytali, albo gwałtownie patrzyli przez okno, więc ja to wszystko pozbierałam, wsadziłam do kieszeni, najpierw to dno ręką przycisnęłam żeby już przestało tak brzęczeć i myślę sobie: „Co ja mam teraz zrobić?” Tramwaj wjeżdża na Most Poniatowskiego, to jeszcze były platformy bez zamykania, ale szans na wyskoczenie na Moście Poniatowskiego [nie było]. Nie bardzo jest sens, bo tam nie ma gdzie, ale już wyszłam na platformę. Miałam wtedy gruby warkocz i zastanawiam się: „Jak to zrobić?” Pociągnął mnie ktoś za ten warkocz i to pamiętam, taka ścieżka po plecach popłynęła, ale to dokładnie! Obejrzałam się i pamiętam te oczy, jakbym je widziała [teraz]. Starszy pan bardzo przyjaźnie na mnie popatrzył i powiedział: „Ej mała, mała.” Jakoś to dodało mi [otuchy] i potem jak zjechaliśmy z Mostu Poniatowskiego, to wyskoczyłam z tramwaju i godzinę krążyłam tam po różnych ławeczkach, po różnych skwerkach, czy przypadkiem ktoś mnie nie śledzi. Ale w tym tramwaju jak wszystko mi wypadło i to [dno] skaczące, to wszyscy byli bardzo czymś zajęci. Widocznie akurat nie jechał jakiś… Drugie takie też jeszcze z czasów konspiracji, jak szłam do dowódcy drużyny na Powiślu, wyszłam zza rogu prosto na niemiecki patrol. Kawałek jeszcze było, ale nie miałam szans się cofnąć, bo to wtedy by zwróciło uwagę. Wtedy miałam to w rękawiczce nawet, bo to była zima, w rękawiczce rozkazy do tego dowódcy drużyny i włożyłam je jeszcze do ust. Idę już powolutku w ich kierunku, oni tam kogoś rewidowali, ci Niemcy, ale już idę w tym kierunku prosto, nie zatrzymują mnie, ale ten Niemiec zauważył, że mam coś w ustach. On, widzę że już taki, że zaraz mi każe usta otworzyć, wsadziłam rękę do kieszeni i miałam w kieszeni jednego starego Iryska, wyjęłam tego Iryska i mówię do tego Niemca: „Bitte”. On się roześmiał i puścił mnie. Ten Irysek do Powstania był ze mną, nie rozstawałam się ze swoim Iryskiem. Ten Niemiec widocznie jakoś… Nie wiem, w każdym razie jak dziecko dało mu tego Iryska na dłoni, to nie wziął tego Iryska na szczęście.

Dlaczego to mówię? Dlatego że to były takie dziwne zbiegi okoliczności, że trudno było przewidzieć co kiedy człowieka uratuje, że taki Irysek. Jak bym nie miała go, to by prawdopodobnie kazał mi otworzyć usta i zobaczyłby, że papier mam przecież, bibułę w ustach. Potem w czasie Powstania ten pierwszy ranny. Potem, ponieważ Kompania „B-3” to była taka kompania, która gdzie się coś działo źle, to wtedy szło „B-3”.

Taki jeden, to też jako ciekawostkę [powiem], z dowódców podkochiwał się widocznie we mnie i jako szczyt wyrażenia mi swoich uczuć, zabrał mnie na pierwszą linię do wielkiego domu, gdzie ostrzeliwali Niemców i tam pamiętam, koleżanka, też strzelec, mówi do mnie: „Co ty tutaj robisz?!” Bo ja nie miałam wtedy broni, a to był dowód sympatii, dowód uznania, zabrać dziewczynę na pierwszą linię. Proszę pomyśleć jak myśmy myśleli, a dla mnie to był też ogromny zaszczyt, że on mnie zabrał, że ja bez broni, bez niczego i że jestem z wszystkimi żołnierzami zabrana na pierwszą linię.

Potem tragiczny dla mnie moment, to już dużo później, ale opowiem. Szpital Elżbietanek, tam leżało też dużo bliskich kolegów z „B-3”. Któregoś dnia poszłam tam ich odwiedzić, a poprzedniego dnia wywiesili czerwony krzyż na szpitalu, bo przedtem nie miał wywieszonej flagi. „Strzała”, który miał przestrzelone obie ręce, myśmy mówili, że on jest samolot, bo on miał je na takich [usztywnieniach]… przestrzelone obie ręce i on mnie poprosił, czy ja mogę napisać list do jego rodziców. Powiedziałam, że oczywiście mogę. On leżał na łóżku pod drzwiami tarasowymi, siadłam też na łóżku i pisałam to, co on mi dyktował, ale on patrzył co ja piszę, więc nie mogłam pisać czego innego. Ten list się zaczynał: „Kochani rodzice, ja żyję.” Pomyślałam sobie, dlaczego on pisze: „Ja żyję.” Skoro pisze list, to żyje, ale już nic nie mówiłam, bo myślę sobie: „Przecież pisałam tak jak mówił.” Napisałam ten list, on to wszystko jeszcze raz przeczytał i kazał mi iść na pocztę polową. Oni tam mnie się coś pytali, a co tam szef kompanii, co słychać jeszcze w kompanii, ja mówię, że: „Nie, już nie mogę, już muszę iść.” W tym momencie nie musiałam, ale jakoś mnie… i wyszłam od Elżbietanek. Odeszłam niedaleko jak zaczęło się bombardowanie [szpitala] Elżbietanek tą piekielną „krową”. One się tak nazywały „krowa”, bo to było osiem pocisków właściwie w jedno miejsce, jeden koło drugiego, i to [uderzyło] w te Elżbietanki nieszczęsne. To był jeden tylko tuman kurzu i tego wszystkiego, ten szpital dostał tych osiem pocisków. Doczołgałam się z powrotem do szpitala i „Strzała” już nie żył. Szłam potem z tym listem i tak jak w Powstaniu się nie płakało, tak wtedy ryczałam na cały głos, że wywiesili przecież flagę Czerwonego Krzyża.

To było coś tak strasznego, trzymam w ręku list tego chłopaka do rodziców i zobaczyć, że on już nie żyje. To była jedna z trudniejszych decyzji w moim życiu i zastanawiałam się: „Co ja mam teraz zrobić? Czy zanieść ten list na pocztę polową, czy go zniszczyć, bo on już nie żyje.” Ale doszłam do wniosku, że to jest tak serdeczny jego list do rodziców, że i tak się dowiedzą, że on zginął w Powstaniu, że niech dostaną ten jego ostatni list. Tak becząc przez całą drogę, zaniosłam ten list. To było coś tak trudnego, że trudno sobie wyobrazić... To było coś tak smutnego w moim życiu, że przed chwilą siedział, śmiał się, pisałam list i za dziesięć minut, czy za pięć on już nie żyje. Zginął przy bombardowaniu tego szpitala.

Ale czasami miałyśmy też różne inne pomysły. Kiedyś we trzy postanowiłyśmy, było niedaleko pole z pomidorami, że dobrze byłoby pójść tam na to pole z pomidorami, żeby chłopakom pomidorów trochę nazbierać, tym rannym po piwnicach poroznosić i tak we trzy poszłyśmy w to pole. Ale tam nie było jakoś tak, ani żadnych naszych, poszli już dalej. Idziemy, zbieramy te pomidory, bo wzięłyśmy różne swoje torby i w pewnym momencie wychodzi, tam szałas, taka buda stała, wyłania się stamtąd postać. Mnie się wydawało, że to baba, Bogna mówiła, że jej się wydawało, że taki chłop obrośnięty, jakaś chusta i pokazuje nam… A my z tymi opaskami... Wtedy się zorientowałyśmy, że myśmy już wlazły na niemiecki teren, bo tak idąc zbierając te pomidory jakoś nie [zauważyłyśmy] i wtedy w tył zwrot i odwrót. Już tak jak wtedy strzelali do nas trzech, jak do kaczek dosłownie i żadna nawet nie została draśnięta, wszystkie trzy z pomidorami wróciłyśmy na Mokotów, więc były i takie momenty.

W ogóle tam się tak żyło. Nie byłam ani razu w czasie Powstania w schronie, ale to nie z żadnej odwagi, tylko wręcz przeciwnie z tchórzostwa. Jak kiedyś przechodziłam koło zawalonego domu i usłyszałam jęki spod tych gruzów, bo odgruzowywało się tylko ręcznie, przecież nie było żadnych urządzeń. Odgruzowywało się ręcznie i to tylko w nocy, bo w dzień nie można było, bo albo gołębiarze, albo jakieś samoloty. I jak słyszałam [te jęki], to sobie pomyślałam, że dużo lepiej zginąć na górze, niż tam dusić się przywalonym jakimś [gruzem]. Mnie się wydaje w dalszym ciągu, że łatwiej było być powstańcem, żołnierzem, niż cywilem w Warszawie, bo myśmy mieli jakieś rzeczy do wykonania, myśmy wiedzieli, po coś tu jesteśmy. Wiedzieliśmy, że chodzimy na wypady, że rannych pielęgnujemy, że jakieś tam… A ci ludzie, cywile, którzy siedzieli w schronach, czy domach, to dla nich to chyba było [okropne]. Zresztą to widać było pod koniec Powstania, że to było dla nich tragiczne.


  • No właśnie pani Hanno, jak ludność cywilna odnosiła się do powstańców?


Na początku był jeden wielki entuzjazm. Zresztą w jednym domu na Mokotowie urodziła się dziewczynka i myśmy tam biegały, żeby zobaczyć to niemowlę, bo to było dla nas jakieś takie kontrastowe, tu giną, tu się rodzi. Na początku był ogromny entuzjazm, ale potem jak się zaczęły niedogodności, nie było [przyjemnie]. Ja nie spotkałam się z wrogością, ale już po… to byli już tym zmęczeni. Myśmy byli czynni, a oni byli na Mokotowie. Jedna pani nawet teraz w czasie jakichś uroczystości przypominała: „Czy pani pamięta jak tam kiedyś nie było wody do mycia?” Tego to nie pamiętam, bo to dla nas było normalne, że czegoś tam . Kiedyś był na obiad, to znaczy na obiad, na jakiś posiłek, pęczak z naftą, bo stały w piwnicy worki z pęczakiem, jakieś butelki nafty i jedna się tam [rozlała]… od jednej butelki nafty wszystko śmierdziało, cała żywność, która była w tej piwnicy. Jedliśmy pęczak z naftą. Jedliśmy kiedyś, bo tam koń padł, pewnie chłopcy zrobili gulasz i wsypali do niego torbę proszku do prania zamiast soli i też zjedliśmy to. Jakoś to nie miało wtedy [znaczenia], ale wydaje mi się, że jeżeli były kobiety, które miały małe dzieci… to dużo trudniej było im w Powstaniu niż nam. Ja nie miałam rodziny tutaj na Mokotowie i właściwie to był jakiś… Ale nigdy w życiu nie byłam w tak wolnej Polsce jak w czasie Powstania, to było coś tak wspaniałego, że tego się też nie da opisać.

  • Jak wyglądał pani dzień na służbie?


To zależy, jeżeli gdzieś się było, czy pod Królikarnią jak byłam... Jeżeli chłopcy gdzieś szli, to też się szło, tu nie było żadnej regularności. Nie pamiętam, tu były trzy tak zwane pancerfausty na Mokotowie, ale ja nie miałam z tym nic, to jak gdzieś była tragiczna sytuacja, to oni biegli z tym pancerfaustem tam. Tak, że to nie było regularnego [życia]. Spało się też różnie… Kiedyś pamiętam też, obudziłam się, widocznie zasnęłam już z tego zmęczenia, to zasnęłam w jakiejś piwnicy gdzie ranni byli, przy jakimś rannym. Zasnęłam i tak się człowiek budził, to nie było nic regularnego. Tam gdzie było potrzeba tam się szło, czy biegło, czy… Zresztą uważam, że to było najbardziej [prawdziwe] wojsko jakie może w ogóle być, bo takie skoszarowane gdzie jest regularne życie, to jest żadne wojsko. Myśmy byli wojsko.

  • Pani Hanno, czy spotkała się pani z żołnierzami nieprzyjaciela? Czy miała pani taki kontakt?


Tak bezpośredniego nie, ale jak chodziłam czasami do szpitala Elżbietanek, to tam leżeli ranni Niemcy i później jak zaczęło się już to bombardowanie szpitala, bo za drugim razem to szpital już w ogóle do ziemi wgnietli Niemcy, to ci na przykład ranni niemieccy żądali, żeby ich wnosić do piwnicy. Pamiętam, że mówili nam koledzy, którzy po niemiecku się z nimi porozumiewali, to tłumaczyli im, że jest wywieszona flaga Czerwonego Krzyża i że nie powinni się niczego obawiać. Jeżeli Niemcy honorują wojenne [przepisy], to nie będą bombardować domów. Ale wręcz przeciwnie, dopóki nie wiedzieli gdzie jest szpital, to szpital stał sobie spokojnie, a jak była wywieszona flaga Czerwonego Krzyża, to wiedzieli, że tam leżą ranni powstańcy i wtedy mieli bardzo ułatwione zadanie, żeby bombardować to. Tragiczne to było bombardowanie. Potem ci ranni byli porozkładani głównie po wszystkich piwnicach na Mokotowie.

Jeszcze opowiem taką rzecz. [...] Pod koniec Powstania, dowiedziałam się, a już wtedy miałam granat własny, że po stronie niemieckiej w jednej piwnicy zostało kilku naszych rannych. Uważałam, że muszę iść po nich w nocy, ale sama nie pójdę, bo nie mam szans ich potem przenieść. Ponieważ już miałam granat, to zastraszyłam dwóch cywili, jeden był bardzo mały, a drugi bardzo wysoki i powiedziałam, że muszą ze mną iść. Oni się nie bardzo deklarowali, no to wtedy wyciągnęłam swój granat, więc dobrze, już pójdą ze mną. Jeszcze kilku żołnierzy, wzięliśmy jeszcze nosze. Zrobiliśmy takie nosze, że dwa kije od szczotek, na to zapięte palto i mówię: „No to idziemy…”, jak już noc była, idziemy do tych chłopaków.” Znałam hasło i idziemy, podchodzimy, zawsze dowódca patrolu mówił: „Zbliżyć się do podania hasła.” Zawsze podchodziłam i był komentarz: „No tak, dziewczyna.” A wszystko reszta, to byli chłopaki. Ale w końcu dochodzimy do któregoś tam, idziemy, idziemy, a ten mówi, że to już jest ostatni nasz posterunek powstańczy. Ja mówię: „Cicho, żeby oni nie usłyszeli, bo przecież mi uciekną. Nie odzywaj się, że to ostatni.” On mówi: „No dobrze, dobrze.” Przeszliśmy, oni jeszcze spokojnie, bo jeszcze nie wiedzieli, my już idziemy na ziemi niczyjej, a potem już weszliśmy zupełnie na teren niemiecki. Doszliśmy, wiedziałam gdzie, bo znałam Mokotów dobrze, doszliśmy do tej piwnicy gdzie leżeli nasi ranni. Tam między innymi właśnie leżał „Żagiel”, który miał przyjechać, on miał pistolet jeszcze i on dał mi ten pistolet i mówi: „To już masz , teraz ty też masz ten pistolet.” Myśmy tych rannych z piwnicy zabrali wszystkich i jak wracaliśmy z powrotem na teren powstańczy, no to było dosłownie kilka kroków i na ziemię z tymi rannymi, bo Niemcy już wtedy się zorientowali i to [był] drugi raz, kiedy tak strzelali na otwartym… nie w czasie jakiejś akcji, tylko rzeczywiście strzelali do nas. Trudno było, momentu nie było bez ostrzału. Doszliśmy, przynieśliśmy tych rannych na ulicę Bałuckiego, na teren, to już był bardzo okrojony teren powstańczy i przynieśliśmy ich wszystkich, tam położyli ich w piwnicach na Bałuckiego i nikt z nas nie został nawet draśnięty, łącznie z tymi biednymi rannymi, których bez przerwy rzucaliśmy na ziemię. Od „Żagla” mam piękny [wpis], wpisany do książki powstańczej, bo to prawda, że gdyby mi się nie zachciało iść tam w nocy, to wtedy Niemcy dobijali w piwnicach. Jakby ich tam znaleźli w tej piwnicy, to by ich wszystkich dobili. Potem się zaczęła ewakuacja Mokotowa…


  • Może zanim przejdziemy do ewakuacji, to jeszcze zadam kilka pytań. Jaki pani zrobiła użytek z tego pistoletu?


Nie [zrobiłam]. Potem go oddałam, ale miałam już wtedy o tyle dobrze, że jak wracaliśmy, to już nie musiałam tych cywilów straszyć granatem tylko już pistoletem. Potem mi ktoś powiedział, że stosowałam ruskie metody i bardzo było mi przykro, ale nie wiedziałam wtedy, że to ruska metoda, że to straszenie… Ale nie było wyjścia wtedy, bo oni by mi uciekli. Ja sama ile mogłam przenieść? No co, ciągnąć jednego za nogi, a drugiego na plecy maksymalnie? Musiałam coś dobrać. Potem tylko jeszcze, to było tak, dostałam przepustkę do kanałów, bo nie wszyscy dostawali i stałam nawet do kanału żeby przejść do Śródmieścia, ale się rozmyśliłam, że nie pójdę do kanału, że zostanę na Mokotowie. Już było wiadomo, że będzie kapitulacja Mokotowa i wobec tego siedziałyśmy w piwnicach z rannymi. Na szczęście z tych piwnic, gdzie myśmy były z Hanką Cydzik, z Bogną, to zabierali nas Austriacy…

  • Jeszcze przerwę na chwilkę i jeszcze do okresu samego Powstania mam pytanie. Czy spotkała pani, miała pani kontakt z przedstawicielami innych narodowości uczestniczących w Powstaniu?

 

Tak, był Francuz Jan. Troszkę po francusku mówiłam, więc ja tam usiłowałam tłumaczyć, ale Francuza spotkałam, a tak to innych narodowości nie.

W ogóle miałam szczęście w Powstaniu, że się nie spotkałam, wiedziałam że się działy różne brzydkie rzeczy też, bo to nie ma takich możliwości żeby same aniołki, żeby wszystko było… Ale ja na szczęście się z tym bezpośrednio nie zetknęłam i za to jestem bardzo Panu Bogu wdzięczna, że mam czyste wspomnienia. Nie widziałam kradzieży jakichś tu, bo wiem, że na Mokotowie z Żydami był taki brzydki [incydent]… To wszystko wiem, tylko ja to się już dowiedziałam grubo, grubo później. A w czasie samego Powstania nie miałam z tym styczności, tak, że nie wiedziałam, że to się działo. I bardzo dobrze, bo przynajmniej mam jakąś taką bardzo czystą kartę z Powstania.

  • Mówiła pani o tym, że te dni to były dla pani wtedy najpełniejsza wolność. Jaka panowała atmosfera w pani oddziale, w pani grupie?


Bardzo dobra.

  • Wszyscy podzielali pani pogląd?


Tak, jak był zrzut myśmy wtedy akurat poszli właśnie do Parku Dreszera, gdzie ten zrzut [był]… Niewiele spadło na Mokotów, więcej tych skrzyń spadło do Niemców. Ale to nieważne, bo Niemcy i tak mieli amunicję i tak mieli broń. A przecież tańczyliśmy w tym Parku Dreszera wtedy, nie wiem czy na karnawale w Rio jest taki entuzjazm jak wtedy, jak te zrzuty. Boże, jaka to była radość, że broń nam zrzucają, amunicję.

  • Pamięta pani zrzuty wykonywane przez Rosjan?

 

Pamiętam, ale trochę to już wstyd powiedzieć. Raz był taki właśnie na plac alarmowy naszej kompanii. Wiem, że „War”, on był wtedy chyba takim… i on chłopakom nie pozwolił, bo to w workach takich zrzucali, tak nisko ten samolot leciał i te worki spadły i chłopcy koniecznie chcieli chociaż jeden worek ściągnąć sobie, bo liczyli, że tam pewno jest broń. Ściągnęli jeden worek cichcem, ja to widziałam i otworzyli ten worek, a w tym worku były czarne, zgniłe suchary. Oni ten worek zawiązali oczywiście i potem znów cichcem, żeby na ten plac alarmowy z powrotem go wytaszczyć. Ale muszę powiedzieć, że to było coś też takiego żenująco przykrego, że być może, że uważali, że my głodujemy, że my już wszystko dobrze, nie wiem. W tych workach nie było nic, co się nadawało, w każdym razie ten jeden to widziałam na własne oczy. Tam były takie czarne suchary z czarnego chleba, może „kindziuk” jakiś taki. W reszcie nie widziałam co było…



  • Czy była jakaś taka osoba, z którą pani się szczególnie zaprzyjaźniła w trakcie Powstania?


Myśmy, łączniczki z „B-3”, poznałyśmy się w pracy w konspiracji, bo miałyśmy swoje sanitarne kursy, miałyśmy kursy wojskowe, bo myśmy musiały tak samo umieć broń rozebrać, złożyć, strzelać, wszystko, wojskowe przeszkolenie też miałyśmy. Myśmy się znały, przyjaźniły, taka najbliżej… potem z tą Bogną myśmy właśnie z rannymi [były] i ci Austriacy na szczęście, bo podjechały furmanki konne, takie jak na wsi wozy, i rannych się kładło na te wozy i oni nas wywozili do pociągu. Ale Austriacy na szczęście powiedzieli nam żebyśmy zabrały jak najwięcej poduszek, materacy, co się tylko da. Pamiętam jak sobie ułożyłyśmy piramidę z tego i to było takie ciężkie, że nam w końcu spadło. I dopiero potem, jak już wymościłyśmy te wozy, to przenosiłyśmy rannych. To było bardzo przydatne potem w pociągu, bo stały towarowe wagony i tych rannych się przenosiło do towarowych wagonów. W tym wagonie, do którego ja się dostałam, bo to tak po jednej ruszającej sanitariuszce wsadzali nas do tych wagonów, to siedemnastu było rannych, jeden koło drugiego na materacach poukładani. Zaplombowali nam te wagony i ruszyliśmy, ale nie mieliśmy pojęcia ani dokąd jedziemy, ani jak długo. Co to będzie dalej? Myśmy dojechali tylko, a jechaliśmy prawie dobę, bo ciągle się stawało, ciągle a to się cofało, a to znów się jechało, pod Skierniewice do… tam był… Niemcy zrobili taki bylag, jak oni to nazywali, do takiego bylagu pod Skierniewicami. W międzyczasie, w tych właśnie wagonach, jechał ze mną podchorąży „Ostoja” z naszych, z „B3”, który miał przestrzelony kręgosłup i potwornie cierpiał, ale już nie miałam żadnych lekarstw, tylko miałam jedną aspirynę. Przekroiłam tą aspirynę i mówię jemu: „Andrzej, to jest bardzo silny środek przeciwbólowy. Nie mogę ci dać całego, to ci dam pół, postaraj się po tym poleżeć spokojnie i zasnąć.” Siedziałam koło niego, głaskałam go po ręce i jeszcze mówię: „Zaraz zacznie działać, ale to jest bardzo silny środek.” On zasnął. Jak to można? Aspiryna nie mogła tego spowodować, tylko ten spokój, ta sugestia. On potem zresztą został księdzem, był w Warszawie i ten ksiądz z Virtuti Militari, to było dla mnie też coś tak wzruszającego, bo on dostał. On z tymi ranami, on miał kręgosłup [poniszczony]… kilka ran, przestrzelonych kręgów i potem był w Skierniewicach w szpitalu. Ciężko rannych przenieśli do szpitala, a nas zostawili w bylagu i Niemcy zabrali nam wszystko do odwszalni, do takiej parówki. Jak w czasie Powstania nie miałam wszy, tak jak przyszły rzeczy z odwszalni, to dostaliśmy wszyscy sprawiedliwie, żeby nie było tych, co mają i tych, co nie mają. Okazało się, że nie podnosiło się do tej temperatury, co trzeba i to poprzełaziło tylko i się zrobiła tragedia, bo zaczęłyśmy wszystkie mieć wszy. W czasie Powstania nie miałam ani śladu, to po tym cholernym bylagu… Potem w bylagu to właściwie Niemcy, widać było tam, że nie bardzo wiedzą co z nami robić, bo albo część z nas pojechała do obozu do Altengrabow, a z nami reszta. Miałam wtedy jeszcze czerwonkę, byłam chora, nie można było mnie wysłać do Altengrabow i oni właściwie nie wiedzieli, co z nami zrobić, to było widać, bo tych w szpitalu, no to w szpitalu, a tutaj już byliśmy przecież na prawach kombatantów, więc nie można nas było jakoś… Tak, że jak myśmy chodzili do szpitala, niby odwiedzać rannych, to niby nas Niemiec jakiś prowadził pod karabinem. Ale potem zauważyłyśmy, że on nie za bardzo nas pilnuje i raz poszłyśmy do szpitala we cztery, to postanowiłyśmy do obozu już nie wrócić tylko uciec i uciekłyśmy. Tak, że już do żadnego obozu nie pojechałam. Pojechałyśmy do Krakowa i tu się zaczęła… jadąc z jedną do jednych znajomych, tamte dwie do jakiejś ciotki, ale myśmy miały wszy tak straszne już, a ta ciotka powiedziała tym, że jak mają wszy, to ich nie przyjmie, to one udawały, że nie mają, a myśmy we dwie, przynajmniej tam gdzie myśmy były, to powiedziałyśmy od razu, że mamy straszne wszy. Potem robiłyśmy tej pani wszystko co można w tym domu. I co dalej? Jak powiedziałam, nie mieliśmy nic, nie było gdzie zarobić, bo w Krakowie to nie bardzo, uczestników Powstania Warszawskiego jednak trochę się bali. Takie znam jakieś, że a nuż coś i wobec tego pojechałam do Wieliczki, a z Wieliczki piechotą dwadzieścia osiem kilometrów do Blichowa, do myślenickiej partyzantki. Zgłosiłam się tam do partyzantki jako uczestniczka Powstania, zresztą jestem opisana w tej książce z partyzantki, że: „Nawet z Powstania dziewczyna do nas przyszła.” Potem byłam w partyzantce myślenickiej, w Rzeczpospolitej Myślenickiej, bo tam w dzień urzędowali Niemcy, a w nocy partyzanci. Niemcy nie wchodzili tam do nas na górę, do tych partyzanckich oddziałów. Potem, żeby już dokończyć swoje Powstanie, to jak wróciłam do Warszawy, a musiałam wrócić, bo tam mnie szukali jednak, jak wróciłam do Warszawy, to byłam w PCK przy opisywaniu grobów i przy ekshumacjach, pół roku. Tak, że miałam konspirację, Powstanie, partyzantkę i ekshumację. Pół roku, mam zaświadczenie z PCK, że pół roku byłam przy opisywaniu grobów i ekshumacjach. Uważałam, że już chyba jakoś zamknęłam ten swój [etap]. Ekshumacje to była straszna rzecz, zwłaszcza jak byłam przy pierwszych, podobno strasznie w nocy potem krzyczałam. To było dla mnie coś koszmarnego, bo były otwierane groby. Pierwszy grób, przy którym byłam, to był grób na rogu Rakowieckiej i Alei Niepodległości, tam ze trzydziestu chyba było. Ale ci, co robili, bo ja samych czynności [nie wykonywałam], to już byli w maskach, w rękawicach i nie mogłam też tego zrozumieć, że oni tak pracowali, pracowali, potem odchodzili sobie trochę na bok, jedli śniadanie, pili kawę z termosu, potem wracali do tej pracy. Ten zapach tych grobów to było coś koszmarnego. […]

  • Pani Hanno, a czy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w związku z pani przynależnością do Armii Krajowej, spotkały panią jakieś represje?

 

Właściwie nie, tylko tyle, że wiedziałam, bo pracowałam w Narodowym Banku Polskim i tam tak dosyć mi dobrze szło i dosyć wysoko doszłam, ale widziałam, że już koniec, że już dalej nie pójdę. Raz mnie mieli z wilczym biletem z banku wyrzucić, ale to taki partyjniak jeden naskarżył na mnie, że powiedziałam, że Piłsudski to był większy człowiek niż Stalin. Byłam wezwana wtedy, ale na swoją obronę tylko powiedziałam tyle, że można mnie potraktować, że jestem na tyle głupia, że mogłam coś podobnego powiedzieć, to ja nie mam nic do powiedzenia więcej. Tym przekonałam ich, że jednak chyba… Bo to partyjniaczka jedna, która się wściekała na mnie, że ona była dużo starsza, a ja byłam kierownikiem grupy i tyle. Poza tym takich żebym miała… Ja byłam za młoda, tam mieli do wyławiania innych.



  • Pani Hanno i ostatnie pytanie. Jak pani uważa, czy była taka możliwość żeby Powstanie nie wybuchło w sierpniu?


Nie, nie było.

  • To jest pani opinia?


Jak już byli, moim zdaniem, jak ci chłopcy byli tak przeszkoleni, przecież oni tą podchorążówkę w tych lasach, w tym wszystkim, oni by nie zrezygnowali, oni by poszli, a my byśmy poleciały za nimi. Tak, że to nawet gdyby w ostatniej chwili było odwołanie Powstania, to mnie się zdaje, tak z doświadczenia właśnie bezpośredniego z chłopakami, którzy walczyli jako szeregowi, że oni by poszli i tak i to by było znacznie gorzej, bo by nie było to o tej samej godzinie, tylko ta grupa by… Tego cofnąć w pewnym momencie już by się nie dało, według mnie. Brałam udział w konspiracji i w przenoszeniu rozkazów, jak najbardziej byłam w to wciągnięta, tego by się nie dało, nawet gdyby odwołali, to byśmy poszli na własną rękę i na własną odpowiedzialność.

Warszawa, 29 kwietnia 2006 roku
Rozmowę prowadził Tomek Niemczura

Zobacz także


łączniczka

Irena Abraham „Honorata”

Rozmawiamy z panią Ireną Abraham, która podczas Powstania nosiła nazwisko Zaborowska....

więcej
łączniczka

Maria Zofia Kędzierska „Myszka”

Maria Kędzierska, z domu Kocówna, fałszywe nazwisko w czasie okupacji – Kowalska. Brała pani udział w...

więcej
plutonowy

Tadeusz Sułowski „Tadek”

Nazywam się Tadeusz Sułowski, pseudonim „Tadek”. W jakiej formacji pan...

więcej
strzelec

Andrzej Dękierowski „Gryf”

Andrzej Dękierowski, [urodzony] Warszawa, 25 lipca 1928 roku. [Pseudonim] „Gryf”. Strzelec w Pułku...

więcej