Henryk Kokosza
pseudonim
„As”
stopień
plutonowy
formacja
Obwód VI Praga, pluton 1662
dzielnica
Praga
Zobacz biogram
Nazywam się Henryk Kokosza. W czasie okupacji otrzymałem stopień plutonowego; zgrupowanie – VI Obwód Praga, pluton 1662, pseudonim „As”.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

Urodziłem się w Warszawie. Ojciec [był] podporucznikiem [w organizacji] Obrońców Kresów Wschodnich – organizacja przeciwna Wschodowi, tak że patriotyzm i miłość do ojczyzny miałem zakorzenione od najmłodszych lat. Największy wpływ miało na mnie to, że wstąpiłem do organizacji paramilitarnej „Orlęta”, która była przy „Strzelcu”. Tam w duchu patriotycznym, miłości do ojczyzny (musztra, na obozy wyjeżdżaliśmy, szkolenia) skończyłem „orlęcy” kurs instruktorów przyszłych dowódców. Dowódcą był podporucznik, później porucznik, Stanisław Srzednicki – zginął na Starówce.

  • Kiedy to było?

Zaczęło się od 1935 roku. Wstąpiłem w 1935 roku. Później jak była wojna, żeśmy [przeszli] do konspiracji. Dopiero później Stanisław Srzednicki spotkał mnie na Brzeskiej.

  • Jak pan pamięta 1939 rok?

Rok 1939 zaskoczył nas bardzo smutno, bo jak była mobilizacja, [to] brata zabrali na front. Mnie jakoś ominęło, chociaż mój rocznik już troszeczkę podpadał. Zostałem tylko z rodzicami. Ojciec mój, pracując w piekarni, musiał zostać w piekarni u Rogulskiego na św. Wincentego.

  • Gdzie państwo mieszkali wtedy?

Na Oszmiańskiej na Targówku – Oszmiańska 12, gdzie później [odbywały się] szkolenia konspiracyjne. Ojciec pilnował [piekarni], bo wszyscy dopóki mogli, piekli chleb dla wojska. Później, jak już wkraczali Niemcy, to ojciec przyszedł do domu, piekarnia się spaliła. Później cały czas już była konspiracja.

  • Pamięta pan bombardowania?

Tak, bombardowania były bardzo duże, dużo ludności ginęło. Pierwsza rzecz to jest niedostarczenie artykułów do kuchni. Były, to były, ale później to już następował głód. Konie, które padały pozabijane, ludzie obrzynali na ulicach. Kawałki mięsa zabierali do domu… Później, jak Niemcy weszli, to jeszcze gorzej było. Zaczęły się znęcania, dosłownie. Pierwsze były na pokaz, w Wawrze powiesili [ludzi], później łapanki, rozstrzeliwania.

  • I zaczęła się okupacja.

Okupacja. W okupacji, idąc ulicą Targową przy Ząbkowskiej, zobaczyłem niemiecki samochód, który skręcał w Ząbkowską. Cały był zakryty plandeką i z tyłu wystawały rowery. To nie były rowery wojskowe, tylko zarekwirowane naszym Polakom cywilom. Wskoczyłem na tył i łapiąc za kierownice wystawiałem rowery. Puszczałem je w kierunku jazdy, a ludzie podlatywali i łapali. Wyskoczyłem przy Brzeskiej. Tam jakiś cywil, ale Polak, zawołał mnie do bramy i okazało się, że jeden rower dla mnie zatrzymali, bo też [wcześniej] miałem rower, ale mi go Niemcy zabrali. Jak skręciłem w Brzeską, ktoś mnie bierze za ramię. Szybko się odwróciłem, patrzę, a to porucznik „Stach” Srzednicki. Mówi: „Słuchaj, chcę z tobą porozmawiać”. Przeszliśmy się kawałek. Mówi: „Słuchaj, to nie jest droga, żeby w ten sposób działać. Przy pierwszej lepszej okazji wpadniesz i ciebie rozstrzelają. Zgłoś się na odprawę. Pomału się wszyscy zbieramy. Z powrotem będziemy w podziemiu, ale będziemy organizacją”. Jak żeśmy tam przyszli [na odprawę], okazało się, że [porucznik Srzednicki i] inżynier Krasuski [ściągają] na [ulicę Korsaka na Pradze] instruktorów wszystkich „orlęcych” kursów, przyszłych dowódców. Otworzył naprawę motocykli, a że naprawy motocykli otworzył, to i z frontu z Kraftfahrparku zaczęli mu motory podrzucać. Na miejscu wjazdowym ustawili budkę. Niemiec siedział, przeważnie spał. Nas wszystkich młodych [kierowali] do przeszkolenia motorowego na Korsaka. Mnie też tam wytypował.
Poszedłem. Rzeczywiście, dużo rzeczy było nowych. Zaczęliśmy uczyć się, szkolić, wyjeżdżając małym fiatem na ulicę, to znowuż na samochodzie [ciężarowym], a tak to na motocyklu. Jak dość dobrze się podszkoliłem, to „Stach” Srzednicki (dowódca [kompanii „Orląt”]) przesłał mnie na pocztę, na Ratuszową. Na Ratuszowej dowódca „Szpon” prosił mnie, żeby zaprzyjaźnić się z takim „wagenmajstrem”, bo czasem, jak będzie potrzebny wóz, żebym pogadał z nim, żeby mnie puścił. I tak by było. Pierwsze co, jak jeździłem, łączniczka przyleciała do mnie z rozkazem, żebym się stawił na Chopina, że tam będziemy coś przewozić. Jeszcze nie wiedziałem [co].

  • To był rok 1940?

To był rok 1942. Jak zajechałem tam, to okazało się, że trzeba zrobić przerzut części broni, radiostację, żeby Niemcy nie [namierzyli], bo jeździli samochodem i niuchali, że skądś meldunki wychodzą i [są odbierane]. Z tyłu wsiedli żołnierze z Armii Krajowej, a porucznik „Szpon” usiadł koło mnie. Najlepsza trasa, która była wybrana, to była przez most Kierbedzia. Jedziemy przez most Kierbedzia, wjeżdżamy do środka, a tam zasiekami z drutów kolczastych zastawione z jednej i drugiej strony i kontrolują pojazdy samochodowe. Podchodzą Feldpolizei z tablicą, którą mieli [uwidocznioną] na piersiach, „Szpon” za zawleczkę [granatu] już łapał, a ja mówię: „Spokojnie”. Otworzyłem szybę i pytam się po niemiecku, co sobie życzą, [bo my] przewozimy pocztę polową. Zaświecił latarką [na napis z boku samochodu Deutsche Post Osten], bo już było wieczorem, i do tamtego krzyknął, [do warty], żeby przepuścił. Otworzył zasieki i przejechaliśmy przez Zygmuntowską, Jagiellońską na Saską Kępę. Tam był rozładunek. Na pierwszej odprawie dostałem właśnie pseudonim „As”.

  • Wcześniej pan nie miał pseudonimu?

Wcześniej miałem pseudonim „Wasąg”. Później ten pseudonim otrzymał ode mnie mój ojciec, tak że w rodzinie został.

  • Skąd pseudonim „Wasąg”?

Pseudonim jest od tego, że drwale drzewa [pocięte] w lesie układają w wasągi.

  • Pan już wtedy działał w AK, to była forma sabotażu, a czy oprócz tego były spotkania, szkolenia?

Tak. Na Oszmiańskiej 12 w moim budynku, bo mieliśmy domek z ogrodem, to „Stach” Srzednicki zaproponował (bo zaprzyjaźnił się też z moją rodziną: ojcem i bratem), czy by nie można było robić tam szkolenia, czegoś w rodzaju podchorążówki. Strzelać nie, bo [strzelaliśmy] w piwnicy pod garażami, pod stajnią, [którą] żeśmy wynajmowali. Pod stajnią w piwnicy przestrzeliwaliśmy broń zdobytą albo tą, którą się skupowało. Broń skupowaliśmy od tych, co na wagony skakali [za węglem]. Na wagonach, w breku nieraz siedzieli albo spali pijani Niemcy. I chłopcy jak wskakiwali, niektórzy tacy, co zrzucali węgiel, to takim pijanym zabierali broń. Przez drugą osobę zaprzyjaźniłem się z nimi i skupowałem broń, i [łączniczka] „Jolanta” odbierała ją do centrali.

  • Kto odbierał broń?

„Jolanta”, która mieszkała na Floriańskiej 12 koło kościoła Floriana.

  • Poznał pan później jej prawdziwe nazwisko?

Nie, już nie. W Powstaniu poznałem prawdziwe nazwisko tylko Zofii Radwanek pseudonim „Nieznana”.

  • W którym roku zaczęły się spotkania konspiracyjne?

W 1942 roku, a tak, to cały czas byliśmy „Orlęta”, [które] dowódca prowadził [szkolenie] na własną rękę. Później zostało to właściwie przejęte przez wojsko polskie i już mogliśmy mówić, że pierwsza rzecz to były „Orlęta” Wojsko Polskie, a później pluton 1662 AK.

  • Tak, bo AK powstało w 1942 roku i wtedy połączyliście się z AK, a w tym czasie, kiedy nie było jeszcze AK, a było przedłużenie „Orląt”. A czy szkolenia też już były?

Tak, szkolenia. Na [Pragę, na ulicę] Oszmiańską 12 przychodzili oficerowie, którzy nie poszli do niewoli i robili nam wykłady. Wychowawcy z gimnazjum Władysława IV przychodzili, podciągali nasze [wiadomości], bo ja skończyłem przed wojną tylko szkołę podstawową i szkołę zawodową, a dopiero później dzięki kompletom prowadzonym przez profesorów, którzy przychodzili z [gimnazjum] Władysława IV [ulica Zygmuntowska przy Jagiellońskiej], mogłem podciągnąć swoją naukę i wiadomości.

  • Mamy 1942 rok, jest już pan „Asem”. Co dzieje się dalej?

Dalej dzieje się to, że schodzę do podziemia, dostaję lewe papiery od dowództwa.

  • Na inne nazwisko?

Na inne nazwisko i na inną datę [urodzenia. Od wpadki cztery miesiące przed Powstaniem do Powstania nazywałem się Stanisław Zawadzki, urodzony w roku 1925].

  • Jakie miał pan nazwisko?

Stanisław Zawadzki. Chodziliśmy na akcje, dywersje się robiło taką, że jak stały wozy niemieckie, to czasem cukier się wsypywało niechcący do zbiorników z paliwem. Wszystko to, to dziecinada jeszcze była. Później przychodzi przez „Jolantę” rozkaz od dowództwa, że [mamy] stawić się na Ząbkowską 13, tam jest koncentracja, zbliża się godzina „W”.

  • Wcześniej była historia o tym, jak uwolnił pan dziewczęta.

Nie tylko dziewczęta, bo i masło. Przyjeżdżam na [pocztę] „jedynkę” na [ulicy] Wareckiej, pod [rampę wyładunkową]. Tam był duży plac, garaże po prawej stronie.

  • „Jedynka” to pierwszy oddział poczty?

Tak. Wjeżdżam do środka, podstawiłem wóz pod rampę, ludzie wyładowują paczki. Podchodzi do mnie chłopak, Polak, który też tam pracował, i mówi: „Słuchaj, wiesz tutaj...”. Ja mówię: „Co tutaj tak sprzątają ten kawałek placu? Tam zawsze samochody stały”. – „A bo tutaj rozwalą dziewczyny. Gestapo na Szucha jest już powiadomione. Mają przyjechać zrobić pokazówkę. Złapali je na Feldpost”. To była poczta polowa, którą Niemcy [żołnierze] pisali z frontu wschodniego. Między wierszami można było się dowiedzieć, co tam się dzieje, bo tak jak u nas: „Ania przywiozła owoce mamusi” i tak dalej. Wiadomo, że „Ania” [(Anglia)] bombarduje pobliskie [Niemieckie] tereny. Tak i Niemcy wyżalali się o swoich czynach, idąc na Stalingrad. Złapali dwie dziewczynki i zamknęli przy wartowni. Dwa metry od wejścia do wartowni była łazienka i w tej łazience zamknęli je do przyjazdu gestapo. Mówię do tego chłopa: „Chcesz, to zrobimy kawał Niemcom”. – „Dlaczego nie. Co to takiego?”. Mówię: „Stój tutaj przy wyjściu, żeby od rampy jakiś Niemiec się nie zbliżył. Jakbyś [jakiegoś] zobaczył, to zagwiżdż, daj mi znać, żebym ja nie wpadł”. – „Dobra, robi się”. Stanął chłopak, zapalił papierosa, a ja wytrychem otworzyłem łazienkę i kazałem dziewczętom zmienić berety i kurtki, bo na pierwszy rzut oka, jak ktoś spojrzy na tą osobę, jak jest ubrana, a później, jak się zmieni garderobę, to jest różnica. Kazałem im to zmienić i mówię: „Zaraz za mną wychodźcie – mówię – zaraz zmiana będzie wchodzić”. To była [godzina] 13 czy 14.
  • Skąd były ubrania na zamianę?

Nie, to one między sobą miały się zamienić. One to zrobiły, wyprowadziłem je i [miały] iść normalnie, jak się idzie, [bo] niektórzy też pod szlabanem przechodzili, spieszyli się, tak że im się też udało przejść pod szlabanem. Później ledwo dogoniłem je przy Nowym Świecie i powiedziałem, żeby nie nocowały w domu ani u rodziny, bo na pewno będzie rewizja i będą ich poszukiwać. Gdzieś się zadekowały. Wróciłem z powrotem. Akurat gestapo idzie otwierać, a tam nikogo nie ma. Niemcy zaraz robili kontrolę, rewizję. [Sprawdzali], czy się na poczcie nie zadekowały, czy w piwnicy, w ubikacji, ale nie znaleźli ich. To była jedna taka akcja...

  • Znał pan te dziewczyny albo poznał je później?

Nie, nie znałem, tylko [jedną poznałem przy uwolnieniu]. Jak był przegląd broni w „kajzeraku” przed Powstaniem, przyszedłem robić tam przegląd broni z obstawą i z dowództwem. W „kajzeraku” mieszkała moja ciotka. Wszyscy się rozchodzą, jestem już później u ciotki i przychodzi jej sąsiadka. Mówi do ciotki: „Tośka chodź. Mam wino własnej roboty, to poczęstujemy tych [akowców]”. Prawie cały „kajzerak” to była jedna organizacja „Waligóry”. Wchodzę tam z nimi, bo już się wszyscy rozeszli, a pod oknem siedzi dziewczynka czarnulka i mówi: „Ciociu, to ten pan mnie uratował wtedy!” (tą pierwszą, co zapoznałem). Tak się stało, że mnie [sąsiadka ciotki] odprowadziła do ciotki Tośki, a nogi prawie że miałem z waty, tak mnie winem uraczyła. Drugą [dziewczynę] spotkałem na Targowej już po wojnie. Wiem, że miała na imię Janka, bo później, jak mnie poznała i podeszła, to się przedstawiła. [Jakie były jej] dalsze losy to nie wiem, aż do spotkania z redaktor Ireną Dziedzic, co się powtórzyła cała informacja.

  • Czyli nie pamięta pan nazwisk tych dziewczyn?

Nie, tylko Jasia – blondynka, mieszkała na Pelcowiźnie, w tym miejscu, gdzie teraz jest fabryka samochodów osobowych. Tam [były] drewniaki. Wiem, że druga [dziewczyna] cały czas na „kajzeraku” się ukrywała.

  • Co to był „kajzerak”?

To było naprzeciwko drukarni, tuż przed szkołą, jadąc w kierunku północnym koło cmentarza [żydowskiego], kirkutu, [ulica Okopowa, na Woli], koło parkanu. Jest jeden budynek ocalały, stoi przed szkołą, a tam były dwa budynki...

  • Koło cmentarza Bródnowskiego?

Nie, na Woli na Okopowej, cmentarz [żydowski] kirkut. Ten stary budyneczek jeszcze stoi, a obok, naprzeciwko drukarni, stoi szkoła [zawodowa]. Drukarni już nie ma, bo [została] rozebrana. Część jednego budynku „kajzeraka” została rozbita, został tylko taki mały fragment przy samym parkanie koło kirkutu. Tamtych losów już nie znam.

  • Została nam jeszcze jedna historia z czasów okupacji, która spowodowała, że musiał się pan bardziej ukrywać.

Tylko wpadka, która była [i] wsypa. Niemcy przyszaleli, bo wiedzieli, że jakieś [samochody] podjechały pod wagony na przetokach, coś żeśmy [rozbiły wagon z masłem do Rajchu], ale nie wiedzieli kto. Wszędzie szukali, bo jeszcze inne centrale pocztowe były też w innych miastach. Na wyczucie pytali się „wagenmajstra”, ale że jak zawsze brałem wóz, żeby coś przewieźć, to mówiłem, że jadę po kartofle czy węgiel sobie przywieźć. On dostawał pół litra, kawałek wędliny czy słoniny, tak że zawsze był zadowolony, tylko mówił: „Uważaj, żeby ciebie nie nakryli, że węgiel wieziesz”. Mówię: „Panie »wagenmajster«, wszystko w workach jest, więc raz, dwa wszystko wyrzucimy i wóz nie będzie wcale zabrudzony”. Przyjechali z gestapo, wypytywali. „Wagenmajster” mówił, że w niedzielę nikt nie wyjeżdża, bo to w niedzielę była cała akcja na masło.

  • Jak wyglądała ta akcja?

Jak podjechaliśmy wozami, to beczki z wagonów były wyładowane i poturlane daleko od podjazdu.

  • Na czym polegała akcja?

Na tym, że na przetokach, gdzie wpychali wagony na górę, żeby później na rozrządowej poszczególne wagony rozprowadzić do wszystkich miast czy dzielnic, to jak wagony się zatrzymały, [koledzy] zablokowali, bo podłożyli blokady pod koła, tak że wagony nie mogły się stoczyć. Chłopcy raz-dwa poprzecinali kłódki, pourywali, pootwierali. Wiedzieli, że tam jest masło. Beczki powyrzucali, my żeśmy podjechali wozami, raz-dwa załadowali na wozy i dwoma wozami... Jeden Janek [prowadził] (wiem, że miał na imię Janek), nie wiem [jak się nazywał], bo wtedy nazwiskami się nie operowało, tylko pseudonimami. Janek (pseudonimu już nie pamiętam), załadowali beczki i raz-dwa żeśmy się rozjechali. Gdzie on zawiózł to masło, to nie wiem, a ja to wiem, że na Przechodnią, to jest od placu Bankowego. Po lewej stronie Przechodniej stał budynek. Teraz już nowy budynek tam stoi. Podjechałem pod bramę. Chłopcy raz-dwa wyładowali i rozprowadzili te beczki między ludność. Tu jedna akcja...

  • Pan wrócił po tej akcji, to było w niedzielę.

Nie, to było w poniedziałek. Podjeżdżam pod rampę [numer] 2. To była poczta [rozładunkowa] przed Dworcem Głównym. To był róg Wielkiej i Chmielnej. Podjeżdżam, podstawiłem wóz do rozładowania. Zaczęli rozładowywać mi paczki. Tam też stali koledzy Polacy. Staliśmy tak w parę osób, rozmawialiśmy. Wjeżdżają na motocyklach żandarmi, jeden mercedes. Szybko wysiadają i podchodzą szybko do nas, i pytają: Wo ist Krafrag Krokosza?. Nie powiedział „Kokosza”, tylko „Krokosza”. W tamtych czasach nas specjalnie szkolono, jak działać w razie zaskoczenia, dywersji, wywiadu. Szybko się zorientowałem, że jest wsypa, i mówię: Er steht weiter, an die Rampe – stoi daleko na rampie, rozładowuje paczki. Szybkim krokiem poszli tam, a ja mówię: „Chłopcy, zamknijcie mi z tyłu drzwi. Ja odjeżdżam”. Wsiadłem do wozu, skręciłem w Chmielną w prawo, w lewo, przez Marszałkowską udałem się na most Kierbedzia i przy Zygmuntowskiej róg Jagiellońskiej zatrzymałem wóz i biegiem do telefonu. Najbliższy telefon to był róg Dworca Wileńskiego. Tam była budka telefoniczna. Stoją tam takie dwie dzierlatki, flirtują przez telefon, rozmawiają. Raz zajrzałem, drugi raz. Jedna z nich się odezwała (obecnie moja żona) i mówi: „Wpuść tego pana, bo już niedługo tu jajko zniesie”. Wszedłem do środka i zadzwoniłem. Nasz [dom] był Oszmańska 12, a pod numer 12 a był murowany dom. Na pierwszym piętrze był pan Woliński – zaprzyjaźniony właściciel tego budynku, [i mieliśmy umowę], że jak zadzwonię, to on szybko da znać [rodzinie], bo może coś się dzieje. Mówię: „Panie Woliński, da pan znać szybko do domu, do ojca, że nie przywiozę dzisiaj już nic, że dopiero za jakiś czas się zjawię, że [była] wsypa”. [Ojciec] zdążył wszystko pousuwać, wpadli Niemcy, rewizja. Przyczepili się do brata. Brat mówi: „Ja [nazywam się] Mieczysław. Pracuję...”. Pokazał Ausweis, że pracuje na Jagiellońskiej w magazynach, które tam miało wojsko niemieckie. Pokazał Ausweis i brata zostawili. To był Wielki Czwartek.
W pierwszy dzień świąt ojciec przychodzi z bratem, z matką, z siostrą z kościoła, chcą się dzielić jajkiem. Wpadają [Niemcy] i mówią, że jak Henryka nie ma, to ojca zabierają. Mieliśmy psa na łańcuchu, który rzucał się, rozszarpałby ludzi, a przeczuł widocznie śmierć, bo cały się trząsł w budzie. Ojca zabrali. Trzymali go na Pelcowiźnie. Zlecili Bahnschutzom, żeby przeprowadzili śledztwo. Mówią: „U was zginęło, to wy musicie to doprowadzić [do końca]”, a że taki Bahnschutz przychodził [na Oszmiańską 16], miał kochankę niedaleko, to żeśmy go obserwowali jakiś czas, [był komendantem na dworcu przy stacji Praga], nazywali go Rudy. Jak ojciec był bity, katowany trzy czy cztery dni [zrobiliśmy zasadzkę na niego], to na klęczkach błagał już nigdy nie będzie (komendant), że on nikomu krzywdy nie robił. Ja mówię: „Tak? A kto kopie, jak idziesz do pracy, kobiety, które kwiaty sprzedają [i] rozwala tym, co handlują. [Przysiągł nam, że chce żyć]. Nie będzie tego robił, to jeszcze jedno ci powiem. Tam u was siedzi zatrzymany taki i taki. On i tak nikogo nie wyda, bo nic nie wie. Nie bijcie go, nie katujcie, tylko puśćcie do domu, bo jak nie puścicie, to widzisz, że nam się udało. Następny raz też nie uciekniesz, ale to już kula w łeb będzie”. Ojca puścili. Ojciec wrócił do piekarni na św. Wincentego, do Rogulskiego. Był piekarzem, pracował tam aż do Powstania.

  • To już był 1944 rok?

To był 1944 rok do Powstania i ojca, i brata aresztowali.

  • Po tej akcji musiał mieć pan wyrobione lewe papiery?

Po tej akcji, jak była wpadka z masłem. Do [czasu] Powstania. W Powstaniu mobilizacja, z własną parabelką, kilkanaście sztuk amunicji i jedną małą „filipinkę” miałem, bo granaty zdobyłem dopiero od tego Niemca, którego zabiłem. Koncentracja, to już Powstanie.

  • Pamięta pan jakichś kolegów, żeby mógł pan wymienić pseudonimy?

Już nie żyją. Została tylko Zosia Radwanek – ta, co była łączniczką w ataku na PAST-ę – Ząbkowska 13. Od podwórka była galeryjka [na pierwszym piętrze], co do mieszkań się wchodziło, tak jak w niektórych budynkach później komuniści budowali. Na zewnątrz były wejścia do lokali. Tam był długi drewniany balkon przez ten cały drewniany budyneczek.

  • Pan ją znał już z czasów konspiracji?

Nie, znałem ją jeszcze ze szkoły. Ja już kończyłem szkołę, kiedy ona była jeszcze w młodszej klasie. Ona mnie znała i ja ją znałem, jak to młode chłopaki i młode dziewczyny w szkole podstawowej. Tylko stąd żeśmy się znali, bo ona nie była moją parą, jak to teraz nazywają, ani dziewczyną, tylko koleżanką ze szkoły.

  • Jacyś inni koledzy?

Był „Wydrych”. Razem byliśmy w Powstaniu. On też był w konspiracji, już nie żyje. Był Dzik – fryzjer z Kowelskiej (nazwisko miał Dzik). Był porucznik „Szpon” i porucznik „Lot”. „Jolanty” już nie spotkałem od Powstania. Zosia Radwanek, która była łączniczką, pseudonim „Nieznana”. Nie wiedziałem, że ona bierze udział w ataku na pocztę.

  • Zacznijmy już okres Powstania, czyli – koncentracja.

Pierwszy atak. Miałem za zadanie osłaniać naszych atakujących z trzeciego piętra, żeby ktoś z ulicy od tyłu ich nie zaskoczył w czasie ataku.

  • Czy pan wiedział wcześniej, że Powstanie ma wybuchnąć?

Jak wcześniej [mówiłem], mieliśmy koncentrację, to już było powiedziane: godzina „W” − siedemnasta. To już wiadomo było.

  • Była też wcześniejsza koncentracja.

Nie, koncentracja [nie] była wcześniej, tylko że jak „Jolanta” przyszła mnie powiadomić, że jest koncentracja, to ani ona nie wiedziała, ani ja nie wiedziałem. Godzina „W”, natychmiast stawić się na Ząbkowską 13. Nie dali numeru mieszkania, w podwórku na trzecim piętrze. Jak tam się stawiłem, to było już kilku kolegów, już zakładali opaski, już widzę, że mieli za paskami broń. Najlepiej wyposażony, szczerze mówiąc, to byłem ja. Dopiero po zdobyciu PAST-y dużo broni zdobyliśmy, a tak to był jeden peem, jeden miał Walthera i jeden miał Visa. Ja miałem „parabelkę” i „filipinkę”. Miałem za zadanie obserwować [i osłaniać], żeby [Niemcy] nie zaskoczyli atakujących.
Pierwsze natarcie nie udaje się. Ginie „Karp” – dowódca plutonu. Dopiero przy drugim ataku zdobywamy PAST-ę, z tym że jednego Niemca z rodziną nasi ludzie, którzy pracowali na poczcie, schowali do schronu, żeby go ocalić, bo on był porządnym człowiekiem. Krzywdy nikomu nie robił, nawet dzielił się prowiantem z ludźmi. W tym momencie, jak ten drugi atak się udał, patrzę, od bramy... Jeszcze po stronie Ząbkowska 20, od monopolu spirytusowego biegiem lecą zgarbieni żandarmi, „własowcy”. Kilka strzałów [oddałem] przez okna. To była nieduża odległość. Widocznie nie trafiłem, ale na pewno widzieli koło nich odbijanie się kul od ścian. To była spora odległość. Kilkoma strzałami, widząc, że są pod obstrzałem, wycofali się z powrotem do monopolu. Za jakiś czas wpada przez bramę zwykły żandarm z automatem, z peemem, jeszcze miał granaty za pasem, rękawy zawinięte. Zacząłem strzelać. Widocznie trafiłem go, bo potknął się, ale jeszcze dobiegł do otwartych drzwi poczty [i padł]. Jak później się [dowiedziałem], to padł tam [nie wiem] czy [ja czy] koledzy go dobili. Brak mi amunicji, więc pierwsze co, jak zdobyta jest PAST-a, radość wielka, że mamy broń. Cała Ząbkowska i poprzeczne ulice były ostrzeliwane przez Niemców, więc jedyne wyjście było [takie, że] zbiegłem z pierwszego piętra od strony poczty. Tam był ogródek, pomidory ludzie trzymali, tak że z balkonu spuściłem się, zeskoczyłem pomiędzy kije i poprzez parkan skoczyłem do naszych chłopców, a że już miałem opaskę założoną na prawym ręku, no to wpadłem tam. Patrzę, a ten Niemiec był jeszcze w agonii. Zabrałem mu pas z magazynkami zapasowymi, peem, granaty. Wycofuję się przez parkan i dopiero zobaczyłem, że tam stoi „Zośka” – koleżanka ze szkoły, z porucznikiem „Lotem”. Później, jak mi powiedzieli, to „Lot” chciał rzucić granat, bo myślał, że któryś z Niemców się wycofuje, ale Zośka poznała [mnie] i krzyknęła, że to nasz chłopak. Widocznie jak przechodziłem, to opaski na [prawym] ręku nie zobaczył, bo to po lewej stronie było, a budynek, który przeskakiwałem, był po prawej.

  • Poza tym, że miał pan opaskę, był pan zwyczajnie ubrany jak cywil?

Tak, po cywilnemu. Mundurów żeśmy jeszcze nie zdobyli, to był dopiero początek. Miałem sportowe spodnie – pufy, jak to nazywali i marynarkę.

  • Proszę powiedzieć, czym była PAST-a.

PAST-a [na Pradze] to była poczta łączności [filia PAST-y przy ulicy Zielnej w Warszawie]. Jak tam wskoczyłem, to chłopcy już przecinali zwoje przewodów w ołowiu po półtora, dwa metry, które były w korytarzu. Przerwali łączność na całej Pradze, tak że Niemcy nie mogli się [kontaktować]. To było [nasze] zadanie: zdobyć broń i przerwać łączność. Wszędzie oprócz tego w bunkrze byli zabici Niemcy. Wycofałem się [na piętro] i za jakiś czas wjeżdża czołg, a że brama od Ząbkowskiej była wąska i mógł się zakleszczyć, to zatrzymał się. Widocznie mieli już meldunki, że PAST-a została zaatakowana, że zdobyta, bo zaczęli ostrzeliwać z działa i z cekaemu. Część chłopców wycofała się dołem, część chłopców przez dachy na [domach numer] 15, 17 i przedostali się do 19, tam się zamelinowali. Czołg się za jakiś czas wycofał, ale że w każdej chwili zwykłe wojska czy żandarmeria mogą wtargnąć na pocztę, to żeśmy się wycofali. Łączniczka „Zośka” przyniosła rozkaz, że wycofujemy się na róg Kępnej i Targowej, lokalizacja będzie na pierwszym piętrze. Sztab mieliśmy Kępna 4 u dozorcy o pseudonimie „Śledź”. Tam spotkałem właśnie pułkownika Jaremę, był „Szpon” i „Lot”, i część tych, którzy brali udział w Powstaniu. Część, która się przedostała, to się tam zamelinowała. Tam żeśmy byli parę dni – do upadku Powstania.
  • Kto objął dowództwo po śmierci „Karpa”?

Po śmierci „Karpa” dowództwo objął kapral „Jurek” Romuald Kamocki i drugie natarcie poszło całkowicie dobrze.

  • Jak nazywał się „Lot” – późniejszy porucznik?

Melloch – chorąży „Lot”, później dostał porucznika.

  • Co działo się dalej po wycofaniu z PAST-y?

Tam skoncentrowani byliśmy na pierwszym piętrze, na rogu Kępnej i Targowej. Jako zaopatrzenie mieliśmy mięso z rzeźni, ledwo podgotowane, twarde, wołowe. Jeśli chodzi o sprawy duchowe, to przychodził do nas ksiądz z kościoła Floriana, który [dał] mi ślub [w 1946 roku] z moją małżonką. Chciał też szybko, żeby raz-dwa ślub zrobić, dlatego że obejmowała już ustawa, że muszą być śluby cywilne, bo kościelnych nie uznają, a że żona jedynaczka, to mówię: „Nie da rady proszę księdza, no bo [zona jedynaczka i pieniędzy]”. – „Nic nie chcę od was, ani grosza, tylko żebyście ślub wzięli”. Ślubu nam udzielił 19 stycznia 1946 roku.

  • Czy mieliście wtedy jeszcze nadzieję, że będziecie walczyć dalej?

Wszyscy mieliśmy nadzieję. Rosjanie z polskim wojskiem się zbliżali, już bardzo blisko byli. Słychać było wystrzały, detonacje, coraz bliżej było. Liczyliśmy, że będzie pomoc. Zauważyliśmy, że przy zrzucaniu desantów powstańcom, samoloty, które nam z pomocą leciały, musiały mieć widocznie długą trasę, dlatego że dużo było zestrzeliwanych. Nie mogli wybrać odpowiedniej pogody. Niemcy do nich strzelali jak do kaczek. Dużo spadło, jeden spadł nawet do parku Paderewskiego na Pradze, dużo w Warszawie. Później dowiedzieliśmy się, że był rozkaz [od Stalina]: nie atakować [Niemców], nie pomagać Powstańcom, wycofać się, przeczekać – a nasi ginęli w Powstaniu.

  • Jak długo byliście w tym miejscu?

Trzy dni. Później przyszedł rozkaz, żeby się chwilowo zadekować, bo [zbliżały się] duże formacje czołgów i wojska wycofujących się ze wschodu... Poza tym nie było możliwości [obrony] na Pradze. Tam było masę drewniaków, małe budynki, nie było tak jak w Warszawie – duże zabudowane arterie, piwnice, inne forty. Budynki były uzbrojone, więc można się było bronić. Na Pradze nie. Nie było sensu rzucać się z motyką na słońce, tym bardziej że nie wszystkie organizacje były dobrze uzbrojone. My też żeśmy zdobyli trochę [broni] z PAST-y, ale często było tak, że nie można było nawet na obstawę iść z bronią. Trzy dni, żeby się zadekować, gdzie kto może. Dowiedziałem się, że organizują na Kowelskiej [róg] Kowieńskiej [na Pradze] filię [szpitala] Przemienia Pańskiego. To był tak zwany szpital partyzancki. Pod tym płaszczykiem pomagali cywilom i jednocześnie, jak już żeśmy [się] zorganizowali, to zaczęli przychodzić Niemcy ranni czy zarażeni, bo zarażeni też się zdarzali. Szpital organizował doktor Perzakowski, doktor Golecki, doktor Górski i Wielobradek. Tam mieliśmy też możność zadekować w piwnicach tych, co nie zdążyli się wycofać do swoich rodzin. Mieli obandażowane nogi, ręce ranne. Jak tylko przychodzili Niemcy, jak łączniczka dawała znać [naszym], że Niemcy się zbliżają z Soldatenheim i z koszar 36. pułku, [żeby się ukrywali w baraku] na podwórku, gdzie trzymali konie (nawet transport konny mieliśmy, że przewoziliśmy żywność ze [Szpitala] Przemienienia Pańskiego na [Pradze do naszego na Kowalską], bo był pod obstrzałem). Tam [cały czas] tych chłopców, kolegów i koleżanki się dekowało. Jak tylko wyszli [Niemcy], to z powrotem wracali do piwnicy. Tak było do wejścia wojsk polskich i ruskich. […]
Czy Rosjanie, czy Niemcy, nie wiadomo kto, wstrzeliwali się w niektóre budynki i cerkiew na Pradze. Tłumy repatriantów wycofywali się z wozami, z krowami. Jedna z [kobiet], która miała dwójkę dzieci została ranna i przynieśli ją do szpitala na Kowelską, a te dzieci przyprowadzili. Raz-dwa operacja na stole szkolnym, między innymi ja, który przynosiłem rannych, to pomagałem przy opatrunkach, przy operacjach, bo nie było personelu. Tylko jedna pielęgniarka była noc i dzień. W czasie operacji wpada kobieta z Wileńskiej 15 i mówi: „Proszę pana, tą kobietę z dzieckiem, co przynieśli do was do szpitala, to ona krowę miała i na podwórku pod 15 chcą ją zaszlachtować”. Z Mietkiem [w białych fartuchach], czerwony krzyż [na rekawie]. W patrolu miałem Mietka i Heńka. Biegiem polecieliśmy na [Wileńską] 15. Patrzymy, a krowa [stoi] uwiązana [przy kapliczce]na podwórku przy [płocie] i chcą ją szlachtować, ostrzą noże. Doleciałem i [krzyczę]: „Ta krowa, to jest krowa kobiety z dziećmi, co jest operowana w szpitalu. To jest jej!”. [Odwiązałem] i prowadzę krowę. Krzyk się zrobił. Tam był tylko jeden mężczyzna, same kobiety, bo [wszystkich wywieziono]. Mietek dostał kijem przez plecy [od kobiety]. Przyprowadziłem krowę. Trzymamy krowę, a dzieci mówią, że to nie ich krowa. Były pewnie w szoku. Kobieta odzyskuje przytomność. W międzyczasie krowa zjadała wszystko zielsko, które było na tym terenie. Pytam się: „Czy to pani krowa?”. – „Nie, ja nie miałam żadnej krowy”. Pytam się Perzakowskiego: „Doktorze, co zrobimy?”. – „Trzeba ją zarżnąć”. W łazience [w szkole] był natrysk dla dzieci, bo szpital był w szkole. W szkole oprawiłem krowę. Skórę zaraz zabrał ten, co konie miał i wóz. Część mięsa poszła do magazynku, a część poszła do kotła. Powiedziałem, że ze rzutów dostaliśmy [mięso]. Mówię: „Już nie długo będzie [koniec wojny]. Nie słyszycie, że strzelają”. Radość była i tak dalej. To było do wejścia wojsk polskich i ruskich z propagandą.

  • Była jeszcze historia o dziewczynie, którą pan uratował, wyniósł ze szpitala.

To była „Żaba”. Ona miała wyrwane pośladki od pocisku. W czasie bombardowania, kto mógł, to schodził na dół. Część znieśli, a o „Żabie” na pierwszym piętrze zapomnieli. Myśmy się nią opiekowali, ona na brzuchu leżała, jeszcze była w ciąży. [Pytam Mietka]: „Gdzie »Żaba« jest?”. – „Zapomnieliśmy”. Poleciałem biegiem. Leżała tam na noszach, to z noszami [jej nie] zniosę. Wsunąłem ręce pod spód i na dół z nią. W tym momencie [w] magazynek, w którym mieliśmy medykamenty, spirytus do odkażenia, mięso, [uderzył] pocisk, rozwalił wszystko. Jak byłem przy schodach, to jak podmuch [we mnie uderzył], to zjechałem na plecach z nią na dół. Miałem zdartą skórę, ale ją uratowałem, żyła. Matka z wdzięczności przyniosła skórki od słoniny gotowane, [przyciśnięte wyglądały jak] salceson. Myśmy się [wszyscy] poczęstowali. To się działo w trakcie natarcia [wojsk polskich i Rosjan na Niemców].

  • We wrześniu.

Nie we wrześniu, w Powstanie. Był początek września, jak już polskie wojska i rosyjskie weszły, to młodzież i ludność zaczęła wychodzić. Barykada była zrobiona na rogu Kowelskiej i Kowieńskiej. Barykadę zaczęli rozbierać. W tym momencie nie wiadomo, czy Rosjanie, czy Niemcy, skąd pociski padły w barykadę, to niewiadomo. Pełno rannych. Zaczęliśmy znosić rannych. Lecimy tam z Mietkiem, bierzemy dziecko w wieku jedenastu może dwunastu lat, żeby na nosze [położyć]. Biorę pod ramiona, Mietek za nogi. Chcemy nieść, a ja tylko tors miałem, a Mietek nogi z resztą, [wnętrzności] wyleciały na dół. To było najgorsze przeżycie dla nas. Później był chłopiec, który prosił: „Panie doktorze, te trzy paluszki niech pan obetnie, a te dwa zostawi, to będę mógł jeszcze pisać”. To były dwa takie wzruszające momenty. Później zaczęła przychodzić propaganda i zaczęli [niektórzy ludzie] wydawać [Powstańców].

  • Skoro mówi pan o najgorszym przeżyciu, to czy ma pan jakieś najlepsze przeżycie, miłe, sympatyczne?

To właśnie to, jak ta [kobieta] dała nam salceson, jak uratowałem „Żabę” i jeszcze jak moja matka przedarła się przez tory z Oszmiańskiej. Przyszła przez tory do szpitala, bo dałem znać przez łączniczkę, że tam się zadekowałem, że czekam cały czas. Matka przyszła, zanim pocisk runął w magazynek, to oderżnąłem jej spory kawałek mięsa, żeby dała sąsiadom i żeby sobie coś ugotowali, bo kartofli już nie mieliśmy, nic już nie było, był już trochę głód. Akurat później weszli Rosjanie i Polacy.

  • Dlaczego nie zabrano pana na roboty?

Moje roboty to była kwestia trzech-czterech miesięcy. Ja byłem złapany, wywieziony koło Frankfurtu nad Odrą, teraz Słubice. Tam byłem [we wsi Matschdorf przy wycince lasu. Stamtąd uciekłem z przygodami transportem towarowym do Warszawy w 1940 roku].

  • Kiedy to było?

Na początku 1940 roku.

  • Czyli wcześniej, a ja mówię o wywózkach w czasie Powstania.

Wszyscy byli wywożeni, a ja byłem zadekowany na Oszmiańskiej 12. Tam pod dechami miałem wykopaną piwniczkę, że tylko deski trzeba było odsunąć, żeby tam od ściany budynku numer 12a się dostać. Pierwszy odruch jak to było, to naprzeciwko pod 9 była tak zwana szpulkownia (później tam była szkoła, żandarmeria szkołę na Oszmiańskiej normalną zabrała i tam [do wejścia wojsk polskich była]). Tam był punkt opatrunkowy powstańczy [Oszmiańska 9]. Jak wychodziłem, to [sanitariuszka] rękę mi obandażowała... Właśnie ona dała mi znać, że w szkole [na Kowalskiej] jest szpital [powstańczy, żebym] tam się [przedostał, tam będę bezpieczny], bo tutaj [wykryją, że się ukrywam].

  • Kiedy trafił pan do szpitala?

Do szpitala przedostałem się po upadku Powstania. Wpadłem tylko na chwilę do domu. Była taka sytuacja, że tam zaczęli wszystkich wybierać. Na Radzymińskiej była koncentracja, wszystkich za drutami, na pociągi i do obozu, a ja żeby się uratować, to mi opatrzyła [sanitariuszka] rękę, ale nie poszedłem tam z nimi [za druty], tylko zadekowałem się w tym miejscu [ukrytym w domu].

  • Mówimy o upadku Powstania na Pradze?

Tak, na Pradze.

  • W sierpniu też nie mieli takiego szczęścia pana bliscy, czyli ojciec i brat.

Brata złapali wcześniej, jak pracował w piekarni, bo brat z ojcem pracowali w piekarni na Wincentego, żeby się zadekować, przetrzymać. Właśnie stamtąd żandarmi od razu ich zabrali za druty na Radzymińską, a ja byłem jeszcze w domu. Skoczyłem do punktu sanitarnego, żeby mi zrobili opatrunek i [ukryłem się w domu], zadekowałem. Później łączniczka dała znać, że na Kowelskiej organizuje się szpital Przemienienia Pańskiego, przenoszą się tam, żebym się tam przedostał, i się przedostałem.

  • Proszę opowiedzieć historię ojca i brata.

Brata wywieźli do Leitmeritz, to jest Litomierzyce w [Austrii]. Tam pracowali przy kamieniołomach. Na apelu pytają się, czy są jacyś piekarze, a że brat z ojcem pracował, a z brata kawał chłopa było, miał dwa metry, to wystąpili i zgłosili się. Pracowali tam jakiś czas i w pewnym momencie, jak raz Niemcy wychodzili, to liczyli bochenki chleba, które wyszły z pieca – dwóch bochenków . Z głodu widocznie [więźniowie] rozszarpali. To jeszcze był gorący chleb. Wszystko jedli, obierki, trawy. Wszystkich, którzy wychodzili, to Niemiec kijem bił po karkach, po głowach, a ojciec mój ważył już trzydzieści pięć kilo. To było chucherko. Brat jeszcze się trzymał. Doleciał do tego Niemca, wyrwał mu kij z ręki i wyrzucił koło siatki, koło obozu. A ten zdjął karabin i chciał strzelić, ale drugi mówi: „Nie, w obozie mu damy”. I jak przyszli do obozu, ojca w stołek. Stołek to był normalny taboret, taki że nogi wkładali w stołek, przechylali przez kark, trzymali, a w tył bili, ile popadnie. Ojciec dostał trzydzieści pięć pejczów, a brata tłukli dotąd, aż zamordowali. Tyle tylko, że komory spalania nie były czynne, były zepsute, to brata wrzucili do ogólnego grobu. Później i tak to podpalali, bo palili przecież. Ojciec po [wejściu] wojsk z naszej strony i z amerykańskiej, wrócił do domu na Oszmiańską. Męczył się i po niedługim czasie zmarł. Niemcy napisali, że [brat] zmarł, nie że zamordowali, że zakatowali, tylko że zmarł. Mam z Czerwonego Krzyża, że ojciec wrócił, bo meldował się w Czerwonym Krzyżu, a brat że zmarł.
  • Wróćmy do pana historii. Wojska rosyjskie, polskie wkraczają na Pragę, połowa września.

Zaczęły być donosy do wywózki, bo na początku była wielka radość, Powstanie, jesteśmy wolni; a później jak zaczął głód doskwierać, były represje, to niektórzy ludzie zaczęli odnosić się troszeczkę wrogo do nas.

  • Później, czyli kiedy?

Nawet parę dni po wejściu.

  • Na czym polegała wrogość?

Donosy, gdzie akowcy się poukrywali. Nawet niektórzy komuniści i AL-owcy nie mając kontaktu z dowództwem (bo dowództwo zginęło), przytulali się do nas. Nie robiliśmy różnicy, bo to Polak – walczył z okupantem, z wrogiem, a tutaj wyszło później szydło z worka. Zaczęli wywozić, aresztować. Wpadła łączniczka z meldunkiem, że mam się zameldować u pułkownika „Jaremy”. „Jarema” mówi: „Mamy takie wyjście, że albo dać się zadekować, albo partyzantkę, gdzie teraz nie wiadomo jak i gdzie, gdzie się przedostać, albo na front”. Udaliśmy się razem na front. Od Warszawy, w Lublinie [przeszedłem] przeszkolenie na dowódcę czołgu przez Warszawę, Toruń, Wał Pomorski, Kołobrzeg, Bernau prawym skrzydłem na Berlin. Później nas wycofali, bo za bardzo była przyjaźń, połączenie się wszystkich armii, to wycofali nas za Odrę.

  • Czyli kiedy trafił pan do wojska polskiego?

Trzy dni po wejściu wojska.

  • Czyli jeszcze we wrześniu?

Tak. Idę na przeszkolenie do Lublina, bo zobaczyli wybitne zdolności wojskowe i też o mało owało tam bym wpadł, bo na placu w Lublinie patrzę, stoi pan podporucznik politruk i z „tetetki” strzela do butelek i raz trafił, a raz nie. Przechodzę z chłopakami i mówię: „Panie poruczniku, nie szkoda naboi? Na niemiaszków się przydadzą”. – „A co? Może lepiej strzelasz?”. Mówię: „Mamusia mnie kiedyś nauczyła”. – „No to zobaczymy”. Dał mi „tetetkę” i rozprułem te butelki, bo nas przecież szkolono [strzelać] w każdej pozycji – ze spadu, z kolana, z tyłu, spod ramienia... Zresztą, jak kupowałem broń, to przestrzeliwałem, jak zaznaczyłem, na Oszmiańskiej w piwnicy. Zresztą w „Orlętach” na obozach nas szkolono.
Butelki rozprułem. Spojrzał na mnie dziwnie, a że Praga była już wolna, wtedy ojciec jeszcze nie przyszedł, jeszcze nie wrócił z obozu, była tylko matka z siostrzyczką, dach zerwany. Przyjechali na kontrolę, bo mieli mój adres i tak: pochodzenie – robotnicze; ojciec – piekarz; brat – piekarz. Nikt naokoło nie wiedział, że jestem w konspiracji oprócz Wolińskiego, co dał telefon, jak była wsypa. Idealną opinię miałem, tak że spokój. Cały czas byłem podejrzewany, aż do przyjęcia imieninowego na froncie. Miałem troszeczkę [bimbru wypite], zresztą dawali nam przed natarciem po setce, więc człowiek był trochę kołowaty...

  • Pan był czołgistą, właściwie kierowcą czołgu?

Byłem dowódcą czołgu.

  • Proszę powiedzieć, w jakiej jednostce Wojska Polskiego pan był?

To był 12. pułk piechoty – piesza armia generała Popławskiego, 4. Dywizja Pancerna.

  • Kiedy właściwie ruszył pan na front?

W końcu września.

  • Jako dowódca czołgu?

Tak.

  • Proszę opowiedzieć o walkach, które pan zapamiętał.

Zaciekła walka była przez Wał Pomorski. Niemcy nie bardzo chcieli się wycofać. Na Wale Pomorskim zginęło dużo naszych. Tam w czołgu zginął kolega – uważano nas za kuzynów: Zbyszek Kokoszka– dowódca czołgu, a ja Kokosza, więc to on zginął – spalił się.
Później [walki były] w Kołobrzegu. W Kołobrzegu udało nam się. Pierwsza rzecz przez zaskoczenie, a już prawie do dworca dociągnąć. W pewnym momencie zza dworca od strony koszar wyjeżdża niemiecka pancerka i pruje po naszych chłopakach, a normalnie już liczyliśmy, [że] prawie przy morzu [byliśmy], ale ginie dużo ludzi i dopiero samoloty, i ogień z artylerii na wprost zniszczył – pociąg pancerny. Później Niemcy zaczęli się ładować na promy, na co tylko było. Też ogniem bezpośrednim pozatapiało się ich dużo.
Później pod Bernau było małe starcie. Duże było pod Berlinem. Berlin to już później prawie że kapitulacja. Przy spotkaniu dwóch zaprzyjaźnionych armii to nas wycofali za Odrę, ale jeszcze przed tym, zanim nas wycofali, to miałem takie jedno przeżycie, że miałem wtyczkę na [czołgu].

  • Kim byli pana koledzy z czołgu?

Część była Polaków z Sybiru. Na radiostacji był zrusiczony Polak z Sybiru, po praniu mózgu, prawdę mówiąc, bo później przekonałem się, dlaczego byłem obserwowany. Czułem, że cały czas jestem obserwowany.
Były moje imieniny. Dostawaliśmy zawsze po „stakanie” – tak mówili – ponad setkę bimbru przed natarciem, żeby człowiek był kołowaty, nie bał się śmierci. Trochę miałem zapasu spirytusu z rozbitej cysterny, z której część poszła na kwatermistrzostwo, a część żeśmy rozbili, żeby się wojsko nie rozpiło, ale [musiałem] mieć spirytus w nowym, czystym kanistrze na czołgu. Imieniny, nieraz dowódca potrzebował czy ktoś, to w kubeł nalewałem. W moje imieniny ten, co był na radiostacji, popił sobie trochę. Bierze mnie ręką za szyję i mówi do mnie po rusku: „Co oni chcą od ciebie? Taki porządny człowiek jesteś, ale jak coś zauważę, to mam ci strzelić jak psu w łeb”. Na drugi dzień melduję się do dowódcy i mówię: „Panie pułkowniku [(był z partyzantki wołyńskiej)], nie mogę wytrzymać z tym [Radzikiem]. Siedzi na radiostacji, śpi, meldunki przychodzą z opóźnieniem”. On patrzy na mnie i mówi: „Wyniuchałeś co?”. – „Nie wiem, czy wyniuchałem, czy nie, ale nie mogę z nim wytrzymać”. Rozkazem go zabrał, a dał mi lwowiaka. Byłem z nim do zakończenia wojny. To była dusza, a nie człowiek. Pilnował mnie jakbym miał „goryla”.
Napisałem raport do dowództwa – bo już było zakończenie wojny – żeby mnie przenieśli gdzieś bliżej, do Warszawy, żebym mógł się opiekować matką, bo ojciec nie wrócił i siostrzyczka była mała. Zostałem przeniesiony na szefa garażu do szpitala na Koszykowej róg Chałubińskiego. Tam raz wiozłem generała rosyjskiego. Jak się później okazało, był tylko lekko ranny odłamkiem w pośladek, a jęczał, krzyk robił, leżał na noszach, na brzuchu. Wyjął pistolet i mówi: „Jak [nie] będziesz jechał dobrze i ostrożnie, jak mnie będzie bolało, to ci w łeb strzelę”. Trochę straszył bohater. Przywiozłem go do [szpitala], i w tym momencie przychodzi do mnie porucznik i mówi: „Słuchaj, Heniek, tam ojciec twój przyjechał i stoi”. Mnie zamurowało. Wychodzę, patrzę, ojciec, właściwie cień ojca – trzydzieści pięć kilo. Łzy mi stanęły w oczach. Przywitaliśmy się i od razu dostałem [od dowódcy] zaopatrzenie, […] żołnierzy, materiał i pojechaliśmy [rosyjskim „Zisem”], „wysokowodniak” już był [pierwszy most pontonowy na Wiśle]. Pojechaliśmy na Targówek, na Oszmiańską 12. Chłopcy się raz-dwa wzięli [do roboty. Był pociskiem rozbity dach]. Był cieśla, tylko dyrygował, pokryli dach i zaopatrzyli mnie jeszcze, dowódca pułku dał [żywność] dla rodziców... Przegoniłem jeszcze dwóch ruskich przy okazji, bo okazało się, że oni chcieli tam nocować, na kwaterę przyszli, a że w normalnej szkole na Oszmiańskiej stało nasze dowództwo, nasza żandarmeria, [mówił Rusek], że on będzie spał, a że tylko tam jeden pokoik [cały] mały i łóżko jest, to że z matką moją będzie spał. Matka mówi: „Dobrze, Heniuś, żeś przyjechał. Patrz, chcą tu na kwaterę, straszy mnie, że będzie ze mną spał”. Złapałem [za broń], przegoniłem go. Poszedłem do dowództwa na Oszmiańską, żeby opiekowali się moją matką, bo ja jestem na linii frontu. Wywiesili kartkę na bramie, że [dom jest] pod opieką jednostki i tak dalej. Ojciec wrócił... [Czuł się] coraz słabiej, słabiej i zmarł. Dowiedziałem się wtedy od ojca, co się działo w obozie Leitmeritz.

  • Kiedy ojciec zmarł?

Po powrocie. To był już 1945 rok. Było ciepło, było w okolicy lata.

  • Jak długo był pan jeszcze w Wojsku Polskim?

Do demobilizacji. Ojciec wrócił z obozu. Przecież matka nie pracuje, siostrzyczka mała, ojciec pracować nie może. Zwolnili mnie do cywila. Trzeba było szukać pracy. Dorywczo łapałem, ale później się załapałem w spółdzielni kolejarzy. Tam pracowałem jako kierowca. Później spółdzielnię kolejarzy przejęła Praga Północ, też [pracowałem] jako kierowca i Pragę Północ przejął później WSS, [gdzie pracowałem też] jako kierowca. Stamtąd poszedłem do BKPMot – Biur Konstrukcyjne Przemysłu Motoryzacyjnego. Tam jako brygadzista robiłem pierwsze wozy wojskowe – 6644. Wyjeżdżałem na kontrolę do Starachowic, jak wracałem, w autobusie A80 pękła w drobny mak opona. To był pierwszy autobus polskiej produkcji – star wręgowy, niezależne zawieszenie. Jeszcze było wszystko niedoszykowane, opony radzieckie. Jadę z powrotem ze Starachowic, w jakiejś miejscowości zatrzymuje mnie milicjant [i mówi], że ostatni autobus do Warszawy już poszedł (to było jeszcze przed Grójcem), a ludzie stali i żeby ich zabrać. Mówię: „Panie, nie mogę. To jest wóz doświadczalny. Ciężary są na wozie – betonowe płyty. Widzi pan, a poza tym tu jest napisane. Jak mnie zatrzymają, to co ja będę robił?”. – „Mówi pan, żeby zadzwonili na posterunek do mnie, to wszystko im wyjaśnię”. – „Ja nie odpowiadam za to”. Załadował parę kobiet i dwóch mężczyzn. Miałem też pomocnika. Cztery kilometry przed Grójcem pęka w drobny mak lewa opona. Kierownica mała, ściągnąłem tylko tyle... Hamulec, to nie ma mowy [żeby wytrzymał] przy takim ciężarze. Nie było jeszcze hamulców powietrznych, układu Knorowskiego, tylko był szczękowy. Ładuję się autobusem na drzewo. Jeden się pchał na drzwi razem z moim pomocnikiem. Pomocnikowi blachy przygniotły nogę, a [pasażer] trup na miejscu. Pozostali ocaleli. W ostatnim momencie zrobiłem unik, bo resory zapasowe, które wiozłem ze Starachowic, przebiły siedzenie i [doleciały] aż do deski rozdzielczej. Prawie bym był nadziany na te [resory]. Nie dałem się jako pierwszy zabrać do szpitala. Wszystkich zabrali. W szpitalu nie dałem amputować temu chłopcu [pomocnikowi] nogi. Byłem o kulach, mówię: „Panowie, nie da rady. Mam kulę, porozwalam łby jak jemu amputujecie nogę. To jest jeszcze czas! Ratować nogę, bo to młody chłopak”. Uratowali mu nogę.
Później przy sprawdzeniu prokurator mnie wezwał. Miałem książkę badań w kasetce. Mówi: „Jakie opony mieliście? Skąd je mieliście, że była taka mała wytrzymałość ciężarowa?”. Mówię: „To radzieckie opony”. Od razu się zatrzymał. Później mnie wezwał, jak już wychodziłem ze szpitala i [pyta się], dlaczego nie odbieram prawa jazdy. Mówię: „Ja już nie chcę jeździć”. – „Co to?! Na froncie pan był, ranny był pan parę razy i jeden wypadek... Nie pana wina jest. Nie wytrzymała opona. Sprawdzaliśmy w Białobrzegach. Sprawdzaliśmy i rzeczywiście milicjant kazał panu zabrać [tych ludzi]”. (Białobrzegi w kierunku na Kraków). Oddał mi prawo jazdy. Jadę z powrotem. Jak się okazało, to cały czas w BKPMocie byłem na obserwacji. Pan dyrektor Radziszewski, jak przyszedłem, to mówi: „Dlaczego żeście dali książkę badań prokuraturze do wglądu?”. – „Z jakiej racji miałem brać na swój kark, że kierownica mała, ciężary niezabezpieczone?”.
  • To jest historia, która ma podtekst polityczny, czy był pan po prostu obserwowany?

Polityczny, bo pan dyrektor powiedział, że „zapluty karzeł reakcji” nie będzie u niego pracował.

  • Czy to znaczy, że oni wiedzieli?

Wiedzieli, że byłem w AK.

  • Ale pan się nie przyznawał?

Nie przyznałem się, po prostu cały czas wiedzieli. Cały czas wiedzieli, bo powiedział, że nie będę pracował, żebym się zgłosił do kadr, że zwalniają. Już wychodziłem i podszedł do mnie jeden kolega (tam było paru kolegów z Armii Krajowej)... Dział badań na Haka 2 prowadził badanie... Inżynier Mróz i Aumiller byli z Armii Krajowej. Mróz miał amputowaną stopę w Powstanie Warszawskie, tak że tam parę osób było. Podeszli i mówią: „Słuchaj, ty masz odznaczenia z frontu. Idź na Chmielną do KW i powiedz, jaka jest sytuacja, że byłeś na froncie i wróciłeś, że owszem, brałeś udział w Powstaniu, wróciłeś, odznaczenia masz. Powiedz, jak było i na jakiej podstawie tobie mówi od zaplutych karłów reakcji i wyrzuca cię z pracy”. Poszedłem tam. Była taka frustracja, że musiałem gdzieś pracować. Wchodzę, wszystkie swoje medale i krzyże co miałem, kładę na stół sekretarzowi i mówię: „Jaka to sprawiedliwość? Z frontu wróciłem i nie mam gdzie pracować! Wypadek nie z mojej winy. Pan dyrektor ogłosił, że pieniądze brałem od pasażerów, co jest nieprawdą, że »zapluty karzeł reakcji« nie będzie u niego pracował, a przecież wykazuję się w pracy. 6644 wozy [nowej konstrukcji] przed terminem [wykonałem z moją brygadą] wojsko chciało odrzucić „zisy” [radzieckie] na poligonie. Wojsko dawało nagrody, żeby przed terminem wykonać wozy 6644, to tydzień przed terminem moja brygada wykonała to”. [Złapał] za telefon, zadzwonił. Widocznie [dyrektora] podkręcił, bo widziałem, że jemu wiązki posyłał. Sekretarz mówi do mnie: „Dyrektor Radziszewski czeka na was. Chce was przeprosić i [pyta], czy możecie wrócić”. Przyjeżdżam, a [dyrektor Radziszewski] już stał przy wartowni, przy wjeździe na Stalingradzkiej (Jagiellońska dawniej się nazywała Stalingradzka) po lewej stronie za milicją ZOMO. Mówi: „Po co żeście chodzili do KW? Przecież ja żartowałem”. Mówię: „Panie dyrektorze, to za głupie żarty, za ubliżanie, za »zapluty karzeł reakcji«. To był tak samo Polak, który walczył o sprawiedliwość, o ojczyznę, żeby wygonić wroga. A pan nie wiem, co robił, bo pan był chyba za młody i w portkach u tatusia siedział, skoro pan komuś ubliża!”. Wróciłem. Dał mnie do tak zwanej karnej kompanii – to był Filczak, majster, na [montażu]. Tam dali mi rysunki, dalej wykonywałem robotę. Jak były nagrody, to Filczak dał mi nagrodę. Wzywali Filczaka do dyrekcji, dlaczego on mi nagrodę daje. Filczak mówi: „Przecież wykonuje pracę, dlaczego nie mam mu dać?”. Poprosiłem, żeby mnie przenieśli na Haka 2 do Mroza i Aumillera, do tych akowców na stoisko badawcze. Tam zacząłem pracować, zacząłem robić udoskonalenia, nawet mam dyplom za wynalazek – stoisko badawcze do zmęczenia materiałów na łamliwość i na ciągłość. Zrobiłem to na zwykłym silniku. Tam byłem do tego czasu, kiedy była kompletna reorganizacja etatów.

  • Czyli do którego roku?

Już byłem żonaty, było dwoje dzieci… To były już lata pięćdziesiąte. Tam na drugiej zmianie pracował Rachelski, bo były dwie zmiany. Ja byłem majstrem na jednej zmianie, a on na drugiej. To badawcze stoisko było na dwie zmiany. To była duża hala. Jest reorganizacja etatów. Rachelskiemu dosłownie owało półtora roku do emerytury. Chcieli go zwolnić, a mnie chcieli zatrzymać. Powiedziałem: „Nie, ja sobie pracę znajdę. Niech on doczeka do emerytury”. Stamtąd się przeniosłem na taksówki. […]
Jak zacząłem jeździć na taksówce, już przeprowadziliśmy się z Targowej na Wolę, bo na Targowej mieszkałem z żoną, z dwójką dzieci (Ryszardem i Adamem). Tu zacząłem chodzić do przychodni z dziećmi, z żoną. Zapoznałem kierownika – doktora Gackiego, też z Armii Krajowej. Zaprzyjaźniliśmy się. Za jakiś czas Gacki dzwoni do mnie, żebym wpadł do niego. Wpadłem do niego. Cały czas miałem jeszcze telefon na podsłuchu. Przyszedłem do niego i on mówi: „Ty masz taksówkę. Pułkownik »Radosław« chciałby, żeby ktoś go woził i żeby miał swojego człowieka przy sobie”. Mówię: „Dlaczego nie?”. Dał mi jego adres na Madalińskiego i tam przyszedłem do niego. Bardzo mile mnie przyjął. Mówi: „Od kiedy?”. Mówię: „Od zaraz, w każdej chwili”. – „No to dobra. Właśnie potrzebuję [jechać] do przychodni, do doktora Gackiego, żeby mnie przebadał, bo coś nie za bardzo ze mną i z żoną już w tym wieku”. Przywiozłem ich tutaj, odwiozłem z powrotem i tak później cały czas byliśmy pod telefonem. Jak tylko „Radosław” dzwonił do mnie, to rozmowa się [przyciszała]. Jak ja dzwoniłem, to „Radosław” stwierdził tak samo. Tak cały czas jeździliśmy z nim. Po pewnym czasie dzwoni „Radosław” do mnie i mówi: „Słuchaj Heniek, przyjedź do mnie, bo oficerowie paktu Układu Warszawskiego chcą zwiedzić nasze Muzeum Wojska Polskiego i mnie zapraszają koniecznie”. Przyjechałem. Pojechaliśmy tam. Cała kolumna samochodów stała. Za jakiś czas wychodzi „Radosław”, przychodzi, wsiada i mówi: „Słuchaj, teraz musimy jechać do Belwederu”. Mówię: „Po co do Belwederu?”. – „Nie wiem po co. Jedziemy”. I tak w tej kolumnie jedziemy. Podjeżdżam taksówką do Belwederu pod bramę, chcę wjechać, a ci oficerowie, co tam stali, nie puszczają mnie. Słyszę rozmowę, odwracam się, a z tyłu za nami jechał Moczar. Moczar coś im powiedział, odsunęli się i mnie wpuścili. Zaparkowałem wóz po prawej stronie tak jak inni. „Radosław” wysiada, Moczar też. „Radosław” odzywa się do Moczara (byli na per ty): „Słuchaj, ty masz swoich goryli, to i ja ze swoim gorylem pójdę”. Mówi: „»As«, chodź ze mną”. Specjalnie powiedział „As”. Poszedłem. Ustawili się, jedni i drudzy zaczęli przemowy. W pewnym momencie przemawiają o nominacji pułkownika „Radosława” Mazurkiewicza na generała. „Radosław” się cofnął. Moczar i inni oficerowie mówią do „Radosława” w ten sposób: „Co pan, dobrze pan walczył. Miał pan pewne przeżycia, był pan zatrzymany”. Na siłę, przyjął nominację na generała. Po powrocie zaczęły się urywać telefony. Byłem cały czas obecny przy tym. Cały czas zaczęły się urywać telefony, że „Radosław” poszedł na współpracę z PRL-em, zdradził Armię Krajową, ojczyznę – bzdury. Zacząłem odpowiadać i mówię, że nieprawda, że „Radosław” wcale nie zdradził, bo byłem cały czas obecny. Tłumaczę wszystko. To już było przed stanem wojennym, zaczęły się strajki...

  • W jakim okresie była ta historia z przyjęciem przez „Radosława” nominacji na generała?

To był okres dużo wcześniejszy przed stanem wojennym, ale mówię o tym, że w stanie wojennym zaczęły się strajki dziać. To jest już druga historia. Do „Radosława” przyjeżdża ekipa z telewizji, [żeby z „Radosławem” wywiad przeprowadzić, żeby powiedział], co tu zrobić, żeby nie było strajków, żeby była zgoda, żeby naród się nie buntował. Dosłownie prawie dwie godziny „Radosław” mówił, żeby udostępnili prasę, żeby zapewnili wyżywienie, to wszystko, co naród potrzebuje. Żadnych innych rzeczy nie było. Tak posklejali później wypowiedź „Radosława”, że jakby rzeczywiście on poszedł na współpracę z nimi. I znowuż awantura. [Koledzy akowcy] zarządzili tak, że „Radosław” nie będzie mógł robić wywiadu, jeżeli my nie będziemy nagrywali na naszą taśmę.
Stan wojenny. Kontaktów takich nie było, telefonów nie było, tylko łączność przez łączniczkę. Po zakończeniu stanu wojennego to już jest dalszy ciąg. Cały czas z nim jeżdżę. Dostaję wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Tam na przywitanie jak normalnie, dostałem raz w główkę, drugi raz, parę razy dostałem porządnie. Pytają, kto przychodzi do „Radosława”, jakie rzeczy są, żebym powiedział, co się dzieje. Jak mnie później już wypuścili, to w domu powiedziałem normalnie, że wzywali mnie za jakiś kawał, ale to normalnie było o „Radosławie”. Mówię: „Ja nic nie wiem. Przyjeżdżałem tylko, generał wychodził, wsiadał z żoną, a ja ich wiozłem do lekarza. Ja nie jestem spółdzielnia »Ucho«”. Zwalniają mnie, dają mi do podpisania [oświadczenie], że nie będę mówił, co się ze mną działo. Przeczytałem to wszystko, „zetki” porobiłem, żeby więcej do tego nie dopisali. Podpisałem nieczytelnie. [Mówili] do mnie: „Cwaniak”. [Odpowiedziałem:] „Nauczyło mnie życie”. Za jakiś czas, to już było po stanie wojennym, przyjeżdżam z powrotem [do domu]. Garażowałem na parkingu na Sokołowskiej. Na parkingu postawiłem wóz. Wychodzę z parkingu, trzech takich łomot mi dało porządny. Zabrali mi dokumenty. Tam miałem niektóre ważne dokumenty, miałem legitymację za Krzyż Grunwaldu, chciałem pokazać kolegom z Armii Krajowej. Parę dokumentów mi zniszczyli, między innymi kopertę wywiadu [z panią] redaktor [Dziedzic], tylko koperta została, wydruk. Tylko to się odnalazło. Od prokuratora mam pismo, że sprawców nie złapano, z u dowodów winy umarzają sprawę. Z „Radosławem” jeździłem do momentu jego śmierci, to znaczy wcześniej pochowaliśmy „Hankę” – [żonę] Martę, a później „Radosława”.

  • Pamięta pan, w którym roku został pan pobity?

Pamiętam, bo mam to ujęte w prokuraturze. Mam te dokumenty. To było w 1975 roku chyba.

  • To nie były strajki solidarnościowe.

Nie, to było przed stanem wojennym. Wiem, że [wywiad z] Ireną Dziedzic też był przed stanem wojennym.

  • Czyli 1975 rok?

Tak.

  • „Radosława” znał pan praktycznie do jego śmierci?

Do swojej śmierci nie szedł na współpracę. Dzięki niemu akowcy dostali duże ulgi, emerytury dostali, dodatki do odznaczeń. To tylko dzięki niemu. On chodził i wywalczył. Przez znajomość z Moczarem, to przez tą ścieżkę on chodził i wywalczył to dla wszystkich ludzi. Dużo ludzi pozwalniał. Jak Gomułka objął władzę, to tych ludzi, co pozwalniali, to tylko dzięki „Radosławowi”. Nie można obrzucać go błotem, że on poszedł na współpracę, że zdradził. To była pomyłka, to było kłamstwo, tak że ja się z tym nie zgadzałem i wszędzie, gdzie tylko mogę, to mówię, że to było kłamstwo, że to jest nieprawdą. Ostatnio żeśmy się spotkali na sześćdziesiątych piątych [w 1961 roku? – „Radosław” ur. w 1896 roku – red.] urodzinach „Radosława” w „Ambasadorze” w Alejach Ujazdowskich. Byli wszyscy ze zgrupowania „Radosława”. Byli też wszyscy z innych ugrupowań i ten temat był poruszany. Mówiłem przecież tam normalnie przy „Radosławie”, jak wyglądała ta sprawa. „Radosław” był całkowicie czysty. Tłukli go, bili [jego żonę]. „Hanka” była [bita] wrzucana do celi, [i pytali] żeby opowiadała, kto się tam zgłaszał, kogo widziała i tak dalej, ale „Radosław” się nie załamał.

  • Dodajmy, że „Hanka” to pseudonim żony „Radosława”, czyli Jana Mazurkiewicza.

Tak.

  • Jakim człowiekiem na co dzień był „Radosław”?

Dusza nie człowiek. Przyjął mnie nie jako dużo niższego stopniem, tylko przyjął mnie jako przyjaciela, kolegę, oczywiście po sprawdzeniu mnie.
  • Jak on sam radził sobie z tym, że widziano go jako osobę, która zdradziła?

Twardy był człowiek. Zawsze mówił: „Heniek, z czasem oni zrozumieją. Czas pokaże, że mnie niesłusznie błotem obrzucali”. Rozmawialiśmy na ten temat bardzo często w swoim gronie, w „Ambasadorze” na jego urodzinach. Z czasem zrozumieli, już zaczynają rozumieć, co raz [mówią] o „Radosławie”. Tak jak dziadka Piłsudskiego też obrzucano błotem, a się okaże, że dziadek nie okradł nikogo, że tylko dzięki dziadkowi Piłsudskiego to żeśmy wolność otrzymali. Nie mogę nic powiedzieć na „Radosława”. Razem z żoną byliśmy, chodziliśmy razem na przyjęcia do niego. Bardzo lubił moją żonę. Chodziliśmy na imieniny, na inne uroczystości, zdjęcia mamy razem z pogrzebu. Życzenia świąteczne nam przysyłał.

  • Czyli był serdecznym człowiekiem?

Tak, a o żołnierzy strasznie dbał. To był dowódca z prawdziwego zdarzenia.

  • Miał pan też taki epizod, powiedzmy, medialny, gdy redaktor Irena Dziedzic skontaktowała się z panem.

Tak się zdarzyło, że jeden z redaktorów na [ulicy] Dubois (tam było archiwum powstańców i Armii Krajowej na pierwszym piętrze) chciał wywiad przeprowadzić i znalazł moją relację. Zadzwonił do Ireny Dziedzic, a ona prowadziła wtedy „Tele-Echo”, żeby zadzwoniła do mnie i przeprowadziła ze mną wywiad w „Tele-Echo” o wszystkich moich akcjach, uratowaniu dziewcząt i innych akcjach, które miałem.

  • Pan gdzieś publikował swoje wspomnienia?

Wspomnienie było tylko w sztabie i sztab podał do dokumentacji, że coś robiliśmy, bo była mowa, że tylko AL robiło wypad, a AK nic. Dopiero po tym moim wystąpieniu, dzięki zezwoleniu sztabu, dzwoniłem do „Radosława” i dzwoniłem do pułkownika „Jaremy”, i do „Joli”. Oni zezwolili, że właściwie bardzo dobrze, żebym udzielił wywiadu. Dzwoni telefon, żona podnosi słuchawkę, mówi: „Słuchaj Heniuś, pani redaktor Irena Dziedzic do ciebie dzwoni”. Myślę sobie: do mnie, po co? Podnoszę słuchawkę, rzeczywiście głos redaktor. Mówi: „Panie Henryku, zapoznałam się z pana akcjami z Armii Krajowej, z Powstania, jak pan jeździł na poczcie. Chciałabym z panem przeprowadzić wywiad o tych wypadach”. Mówię: „Nie wiem, pani redaktor. Wszyscy robili, to nie takie ważne. Chyba nic z tego nie będzie. Na pewno z tego nic nie będzie, zresztą teraz wychodzę i nie mam czasu. Bardzo panią przepraszam, ale chyba nic z tego nie będzie”. Położyłem słuchawkę i rzeczywiście wsiadłem w taksówkę i pojechałem.

  • Dlaczego był pan niechętny?

Dlatego, żebym znowuż nie był oczerniany i obrzucany błotem, bo wtedy, kto występował w telewizji, to zaraz [oczerniano go], że poszedł na współpracę – tak jak z „Radosławem” – a nie chciałbym, [żebym ja tak jak on był załatwiony] przez telewizję, żeby podważano mój honor i autorytet. Jak wyszedłem, to ta cwaniara dzwoni do mojej żony i mówi: „Proszę pani, niech pani namówi męża, przecież to jest dowód, że Armia Krajowa coś robiła, dla potomnych, dla wnuczków, dla synów”. Zaczęła kręcić. Żona mówi: „Ale nie, on powiedział, że nie, to nie”. – „Niech pani porozmawia z nim poważnie i niech pani powie, że [chciałaby] pani pójść z nim na ładny film do kina”. Powiedziała tak żonie. Przychodzę, a żona mówi: „Wiesz co, czytałam w prasie… Poszlibyśmy do kina, bo wciąż pracujesz i pracujesz. Zjechałbyś w poniedziałek wcześniej, to poszlibyśmy do kina”. Mówię: „No dobra, o której zjechać?”. – „Bądź tak przed trzecią, zjesz obiad, pójdziemy do kina”. – „No dobra”. W poniedziałek zjechałem wcześniej, [siadam], czekam na obiad, telefon. Żona mówi: „Odbierz, odbierz, bo ja stoję przy garnkach”. Ona mnie cały czas maglowała od soboty do poniedziałku. Mówi: „Zobacz, co raz się słyszy, a o tobie nic, cicho sza”. Mówiłem wtedy do żony: „Nawet jak bym chciał, to nie będę szukał pani Ireny Dziedzic na Woronicza w telewizji”. – „Jakbyś się zgodził, to by dobrze było”. W poniedziałek wracam wcześniej, żona szykuje obiad, podnoszę telefon – Irena Dziedzic. Mówi: „Namówiła już żona pana”. – „To żeście się dogadały obydwie. Pani redaktor, więc jak to będzie wyglądało?”. To był czwartek, przed [Bożym Narodzeniem]. Mówi: „Niech pan w czwartek przyjedzie, to zrobimy plan, pan powie, co i jak było. Ja prześlę pocztą i później się spotkamy”. – „No dobra”. Przyszedłem, o trzeciej się umówiłem [przy kawiarni w holu] i czekam, czekam. Nie ma. Trzecia minęła, nie ma jej. Wpada zdyszana dwadzieścia po trzeciej (umówiliśmy się na dole w kawiarni na Woronicza) i do tej, która za barem stała mówi: „Taki starszy pan miał na mnie czekać. Widocznie zdenerwował się i poszedł”. Podnoszę się i mówię: „Ten starszy pan, to chyba ze mną się pani umówiła”. – „Pan Henryk Kokosza?”. Mówię: „Tak”. – „Nie wiedziałam, że to pan. Bardzo przepraszam”. Prowadzi mnie do stolika, pyta się, czy kawa, czy herbata (wtedy piłem jeszcze kawę). Mówię: „Niech pani pozwoli, ja jestem dżentelmenem i za kawę zapłacę”. Siedzimy, pijemy kawę.

  • Doszło do skutku?

Doszło. [W] pierwszy [dzień] świąt Bożego Narodzenia w „Tele-Echu”, już na ostro, bo tam to było nagrane na telerecording, poszedł wywiad. Świąteczny program i ze mną wywiad był, jak uratowałem dziewczyny, co i jak było. Mówi: „To jeszcze nie koniec”. Dalszy cykl [będziemy] prowadzili, dziękujemy bardzo i to było wszystko. Za jakiś czas... Straciłem do niej zaufanie w ogóle. Nie miałem chęci w ogóle się z nią spotykać, bo ona prowadziła też porady dla młodych matek, [gdzie gdy słuchała, to mi podpadła].

  • Chciałbym zapytać o reakcje ze strony środowiska.

Środowisko z początku krzywo się patrzyło. Tłumaczyłem, co i jak wyglądało, że miałem zezwolenie od dowództwa, że chciałem, żeby usłyszeli, że Armia Krajowa też coś robiła w czasie Powstania, że coś działała. Dalszy cykl miałem prowadzić, ale zrezygnowałem z tego, bo widziałem, że część wierzyła, a część nie. Zrezygnowałem.

  • Czy to była jedna z pierwszych sytuacji, kiedy o AK zaczęto mówić w telewizji?

Nie, już pewna odwilż była, już niektóre akcje były opisywane, zaczęto mówić też o śmierci niektórych bohaterów, tak że już była odwilż, to się odczuwało.

  • Pan jako warszawiak, jako taksówkarz, widział Warszawę, która się odbudowywała, widział zmiany, które zachodziły. Co dla pana było charakterystyczne w tych czasach w odbudowie Warszawy? Kiedy zaczynało się widzieć różnicę i zaczynało się widzieć, że Warszawa zaczyna żyć?

Od zrywu patriotycznego Polaków. Wszyscy się rwali, żeby Warszawę odbudować, że Warszawa musi powstać. Widziało się ludzi, dzieci, kobiety, ci co z obozu wracali, wszyscy patriotycznie podchodzili, żeby odbudować, żeby pokazać Niemcom i Rosjanom, że nie zniszczyli nas, że potrafimy być jako Polacy, bo mentalność Polaka jest taka, że trochę swobody, to jeden drugiego utopi w łyżce wody bez niczego. Nie wolno do kościoła, to tłumy ludzi będą w kościele, ale niech nam grozi kula w łeb, pałka, represja, naciski, najazd, to wszystkie partie, wszystkie narody, wszystkie wyznania się łączą i Polak się podnosi na nogi. Taki jest Polak i nas nie zniszczą.

  • Zauważył pan takie momenty, że kiedy Warszawa się odbudowywała, było łatwiej jeździć ulicą?

Na początku to tylko część arterii była przejezdna, a tak to kupy gruzów leżały wszędzie. Jeszcze były miny przeciwczołgowe, ludzie wylatywali w powietrze.

  • Kiedy na przykład elektryczność wróciła na dobre?

Elektryczność już na dobre wróciła w latach pięćdziesiątych, jak zaczęli odbudowywać most Poniatowskiego, to wtedy już zaczęło wszystko inaczej żyć. Jeszcze przez „wysokowodniak” były transporty z Pragi na Warszawę, z Warszawy na Pragę, ale jak zaczęło być widać, że będzie pierwszy most, to człowiek z radością patrzył na to. Transport był normalnie na Pragę, na Żoliborz, transport konny, ciężarówki. Niektórzy poniemieckimi samochodami osobowymi przewozili ludzi oczywiście za drobną opłatą, ale od tych, co wracali z obozów, to nie przyjmowali pieniędzy.

  • Jak z dzisiejszego punktu widzenia było z miejscami interpretowanymi jako symbole? Co na przykład warszawiacy myśleli o Pałacu Kultury i Nauki?

Przyznam się szczerze, że osiemdziesiąt pięć procent było wrogo nastawionych. Mówili: „Co nam tu dają? Na pokaz to dają! Warszawa została zburzona, a pałac nam stawiają?”, ale później pomału przyzwyczaili się do tego widoku, tak że jakoś pogodzili się z tym.

  • Cały czas utrzymywał pan kontakty z kolegami z AK?

Na początku byłem u „Gozdawy” (mam legitymację „Gozdawy”), bo nie było jeszcze kontaktów. Na początku pierwsze co było, to była „Gozdawa” właśnie. Później „Waligóra” chciał mnie ściągnąć.

  • Czy mówimy o okresie powojennym, jak już się łączyliście?

Tak. Później dostałem legitymację Armii Krajowej. Później była legitymacja „Orląt” przy kompani motorowej, bo właśnie przy kompani [Motorowej Orląt] Kasprzaka jak w BMW pracowałem, to tam był zalążek 1. Kompani Motorowej „Orląt”, która brała udział razem z „Gozdawą” w walkach na Starówce. Stamtąd mnie przesłali na pocztę. Przecież jak byłem w Kompani Motorowej „Orląt”, to przeszedłem przeszkolenie. To wszystko było nastawione patriotycznie.

  • Rok 1989, kiedy w końcu PRL się skończył – co wtedy czuliście?

Radość, nareszcie wolność, nareszcie nie ma kontroli, nie ma podsłuchów. Jak podsłuchiwali, to dozorca co jakiś czas przychodził i mówił: „Panie Henryku, pytali się o pana”. To takie kontakty były, a później już normalnie mogło się wygarnąć, co komu się nie podoba i mogło się mówić. To też się później okazało, że nie za bardzo, ale musimy przejść pewne przeszkolenie, żeby nareszcie zrozumieć.

  • Czyli warto było być członkiem AK?

Oczywiście, jak najbardziej. Nieważne wówczas, kto był w jakiej organizacji, bo [do wroga] było nastawione AK, AL, Bataliony Chłopskie, [ludzie] nie mieli kontaktów z [innymi organizacjami]. Tulili się do tych poszczególnych organizacji, żeby walczyć z okupantem. Później zrobiły się takie sytuacje, że wrogo byli nastawieni do akowców AL-owcy, chociaż Powstanie na Starówce, jak sztab został zbombardowany, to AL-owcy zaczęli się przytulać do akowców i razem się bili, a że później były jakieś niesnaski, donosy, to są małe odłamki, które trzeba zapomnieć i wyrzucić z pamięci.


Warszawa, 23 czerwca 2009 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski

Zobacz także


łączniczka

Jadwiga Jełowicka „Jadzia”

Jadwiga Jełowicka, kompania sztabowa wartownicza, 2. rejon „Bogumił”. W chwili...

więcej
cywil

Stanisław Maliszewski

Stanisław Maliszewski, urodziłem się w 1939 roku, w Warszawie. Całe życie mieszkałem na Woli przy ulicy Młynarskiej...

więcej
sanitariuszka

Maria Gutowska „Dźwina”, „Mulka”

Była pani sanitariuszką w Zgrupowaniu „Kryska” na Czerniakowie. Już wtedy była pani studentką...

więcej
łącznik, strzelec

Jan Wojciech Drużyński „Wojtek”

Proszę powiedzieć, kim byli pana rodzice. Ojciec był komornikiem, jak jeszcze żył, a moja matka...

więcej

Dariusz Celiński

Jadwiga Jełowicka „Jadzia”