Janina Barbara Greenfield-Żbikowska „Hanka”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Janina Greenfield-Żbikowska, urodzona w 1924 roku, Pruszków, koło Warszawy oczywiście. [W czasie Powstania byłam] sanitariuszką i łączniczką.

  • Na początek zapytam o lata dzieciństwa i okres przedwojenny.

Chodziłam do pierwszej klasy, wtedy się nazywało szkoła powszechna, nie podstawowa, w Pruszkowie. Potem rodzice przenieśli się już do Warszawy. Miałam dwoje rodzeństwa, byłam najmłodszą w rodzinie. Mój brat był oficerem zawodowym 36. pułku Legii Akademickiej, zginął w obronie Warszawy w 1939 roku.

  • Kim byli pani rodzice? Jak się nazywali?

Moja mamusia, Józefa Greenfield, z domu Olpińska, herbu Ślepowron, urodziła się we Lwowie. Natomiast tatuś urodził się w Złoczowie, co zawsze podkreślam, bo tam urodził się Rydz-Śmigły, no ale potem, jak to się kiedyś mówiło, do szkół chodził już we Lwowie. Tak że cała moja rodzina pochodzi z tamtych okolic.

  • Kim byli pani rodzice, czym się zajmowali?

Mamusia nie pracowała nigdy. To była tak zwana inteligencja pracująca. Tata był przed samą już wojną, znaczy kilka lat przed wojną był na bardzo wysokim stanowisku, na Poczcie Głównej w Warszawie, to był kiedyś plac Napoleona, obecnie nazywa się plac Powstańców. Poczta Główna była w tym miejscu dokładnie, gdzie jest w tej chwili bank. Z tatą tam chodziłam, bardzo tam lubiłam chodzić – tato przychodził na inspekcje. Miał, że tak powiem, pod sobą, jak to się kiedyś mówiło, pamiętam, że ponad pięciuset pracowników. Tam więc też chodziłam. W domu się bardzo dużo interesowano kulturą, to znaczy ja, można powiedzieć, że uczyłam się czytać na programach z „Qui Pro Quo” tudzież „Morskiego Oka” i do dzisiaj mam ogromne zainteresowania. Dużo z tych rzeczy zapamiętałam, bo to się wszystko dopiero spaliło w 1944 roku, w czasie Powstania. Poza tym przed wojną były zawsze programy nie tylko teatralne, ale i kinowe. Wobec tego do dziś pamiętam – w tych programach nie tylko były zdjęcia, streszczenia, ale również teksty piosenek, które do dziś pamiętam. Poza teatrem, że tak powiem, domowym to był Teatr Polski w Warszawie. Ponieważ mieszkaliśmy na ulicy Leszczyńskiej, to jest przedłużenie Oboźnej z góry – z góry Oboźna to jest – i tam właśnie na Oboźnej jeździłam na sankach, jak rodzice nie widzieli. Aczkolwiek było to niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Jakoś mi się udało, jak widać. To byłoby tyle. Wiele rzeczy pamiętam z domu, ponieważ, jak mówię, miałam dorosłe rodzeństwo – brat zginął, kiedy miał lat dwadzieścia osiem, natomiast siostra umarła w 1940 roku, miała dwadzieścia cztery lata. Wobec tego jak rodzice i rodzeństwo wracało z jakichś spektakli, no to były omawiane w domu, tak że miałam uszy zawsze na to bardzo otwarte. Do tego doszło, że pamiętałam wiele tytułów, nawet aktorów, którzy grali, natomiast w ogóle nie wiedziałam, jaka jest treść tej sztuki. Pamiętam, kiedy po wojnie w Teatrze Polskim była wystawiana sztuka „Mariusz” francuskiego autora Paniola, to czekałam tylko… Było w domu takie powiedzenie: „Mariusz, Mariusz zdąży” – jak się ktoś spieszył. Potem była przerwa i powiedzenie: „Ach, gdyby on mnie kochał tak, jak ja go kocham”. Czekałam przez cały spektakl, kiedy padnie to zdanie. I padło. Byłam uszczęśliwiona. Pamiętam, również bardzo znaną sztuką Węgra była sztuka „Matula”, która zresztą potem została sfilmowana. To było w teatrze Adwentowicza i Gołębskiej, tylko słyszałam, wiedziałam, kto gra, że to był znakomity spektakl, natomiast nie wiedziałam, jaka jest jego treść. Kiedyś przypadkowo na ulicy kupiłam książkę o Karolu Adwentowiczu i tam wreszcie przeczytałam i dowiedziałam się, co to była za sztuka. To takie, powiedzmy, ciekawostki. W związku z tym moje zainteresowania kulturą były bardzo ukształtowane.
Poza tym zupełnie inny sposób życia był, a brat później, z bratową zresztą, mieszkaliśmy razem, bo było duże mieszkanie. Zresztą brat się nie chciał wyprowadzać. Na przykład wizyty. Był taki zwyczaj, że jak przychodził do pułku młody oficer, to musiał przyjść i złożyć wszystkim wizyty oficjalne. Mnie zawsze najbardziej interesowało to, jak to się stało, że on przychodził, siedział piętnaście minut – nie dłużej – nic się nie patrzył na zegarek, bo nie wypadało. Siedział na brzegu krzesła przy szabli, a ja się zawsze pytałam brata: „Słuchaj, jak on wie, że to jest te piętnaście minut?”. Brat się śmiał, bo był szalenie dowcipny i bardzo przystojny, mówił: „Słuchaj, on sobie liczy po cichu”. Oczywiście nic się nie serwowało wtedy, mowy nie było, żeby była kawa, herbata, nie. To była oficjalna wizyta, gdzie on przychodził się przedstawić i mówił o sobie. To są dzisiaj takie jak bajki, powiedzmy, z „Tysiąca i jednej nocy”.
Znana jest historia sławnego aktora Igo Syma, na którym został wykonany wyrok przez Polskę Podziemną. Był to znany, znany aktor, kabaretowy zresztą przez jakiś czas, przyjaciel, w dosłownym tego słowa znaczeniu, Hanki Ordonówny. Pamiętam, że był taki spektakl, gdzie on – zresztą przeczytałam to też niedawno w jakiejś książce – schodził ze sceny i rozdawał swoje fotografie z autografem. Wobec tego wszystkie pierwsze rzędy, bo oczywiście dalej nie chodził, były zajęte. Moja siostra, pamiętam… Była u nas w domu, stała fotografia z jego autografem. Jak został na nim wykonany wyrok (ponieważ on od razu się pokazał w mundurze niemieckim, był Reichsdeutschem i poza tym brzydko się zachowywał, najlepszy dowód, że został na nim wykonany wyrok), ze złości podarłam tę fotografię, że kolaborant nie będzie stał u nas w domu.
U nas było bardzo biednie. Strasznie biednie było, bo 1939–1940 rok to było strasznie, dlatego że nie było węgla, nie było co jeść. Tatuś nie poszedł pracować do Niemców, powiedział, że on tego robić nie będzie. Przez jakieś znajomości dostał się do zakładu oczyszczania miasta. Pamiętam, kiedy zmarła siostra, to biegłam i tata był w futrze z kołnierzem i pilnował tych sprzątających śnieg. To była jakaś taka dziwna historia, zupełnie jak z innego świata. Potem to już się troszkę lepiej zrobiło, bo wszyscy handlowali, więc mój tata też miał jakiś tam sklepik maleńki. A moje pierwsze zarobione pieniądze to były takie, że dostałam w komis, wtedy się tak nie mówiło, ale to nieistotne, drewniaki, które sprzedawałam – chodziłam po sklepach, do różnych kawiarni. Między innymi właśnie, ponieważ było wiele kawiarni, w których nikt… Bo teraz się mówi tylko o jednej kawiarni, „U aktorek”, gdzie podawały aktorki, ale była na przykład inna kawiarnia, restauracja „Pod znachorem”, gdzie pracował przez jakiś czas Jan Kreczmar i Kazimierz Junosza-Stępowski. Przez jakiś czas, oczywiście Jan Kreczmar pracował dłużej. Dzisiaj obejrzałam sobie rano wspomnienia w telewizji Heleny Grossówny, znanej aktorki przedwojennej, której filmy są teraz powtarzane. Kiedy zapytała ją Bożena Walter, bo to był sprzed wielu lat wywiad, bo ona nie żyje już dawno (w siedemdziesiątych latach zmarła), to ona mówi, że na Złotej 9 – pamiętam tylko, że na Złotej, ale nie wiedziałam, który numer – że założyli kawiarnię. Była ona, Irena Majchrowicz-Domańska, Zbigniew Sawa – potem oczywiście zmieniali się – Jerzy Jur Pichelski, bo tak się wtedy mówiło. Ale pamiętam, że kiedy byłam, w tajemnicy przed mamusią, z bratową, mamusia uważała, że nie należy chodzić do kawiarni, to opowiadali wtedy… pan Jerzy Jur Pichelski wtedy siedział w obozie, ale potem jakoś się go udało wyciągnąć.

  • Chciałabym wrócić do okresu sprzed wojny. Jakie zabawy dziecięce pani zapamiętała?

Przede wszystkim grało się wtedy w inteligencję. Nie wiem, jak się teraz gra, ale to wyszło z mody zupełnie. Wybierało się jakiś długi wyraz i trzeba było z tego długiego wyrazu, z liter, które ten wyraz zawierał, stworzyć jak największą ilość innych wyrazów. Później głuchy telefon, to też była modna historia. Przysłowia, czyli mówiło się jakiś kawałek przysłowia, oczywiście trudniejsze, należało go dokończyć. Albo po prostu… Kiedyś, to było pokazywane dawno w telewizji, że trzeba było odegrać na przykład jakąś scenę i ci, którzy siedzieli, musieli odgadnąć, jakie to przysłowie. Poza tym takie rzeczy jak berek, jak gra w klasy. Gra w klasy to była też bardzo modna. Gra, jeśli chodzi o piłkę, no to siatkówka i gra w dwa ognie. W dwa ognie to było też, wszyscy grali w dwa ognie. Siatkówka też była bardzo popularna i to, dopóki miałam dwie ręce, przez całą okupację grywaliśmy sobie.

  • Jeszcze zanim wybuchła wojna, na pewno rozpoczęła pani edukację. Gdzie chodziła pani do szkoły?

Przede wszystkim należało mieć… Przed wojną zdałam do Gimnazjum Państwowego imienia Emilii Plater. To było bardzo dobre gimnazjum i cieszące się znakomitą marką. Był trudny egzamin i to było w jakimś sensie elitarne. Oczywiście można było, jeżeli się zdało egzamin i wtedy była jakaś ulga – ulga roczna dla pracowników państwowych… Potem rzeczywiście kontakty się jakieś urwały, wybuchła wojna. Wiadome było, że Niemcy nie pozwalali, nie otworzyli gimnazjum zupełnie, tylko były szkoły zawodowe. Szkoła gospodarcza, szkoła handlowa.
Potem właśnie tam się odbywały… To była jednak przykrywka tylko, prawda, bo odbywały się… Oczywiście były też tak zwane komplety, czyli program gimnazjalny, ale trzeba było również uczyć się tych przedmiotów jak towaroznawstwo, księgowość, rzeczywiście, no bo trzeba było papierek mieć. Oczywiście tam niektórzy chodzili rzeczywiście i to była ich podstawowa edukacja, do tych szkół. Ja na przykład skończyłam i szkołę handlową, i gospodarczą, a ta reszta, która równocześnie robiła program gimnazjalny, tak sobie to troszeczkę per noga traktowała. Natomiast komplety najczęściej odbywały się w domach. Wtedy było po kilka, to zależy od przedmiotu, po kilkanaście osób – u mnie w mieszkaniu też, bo to za każdym razem czy co jakiś czas w innych miejscach odbywało się właśnie to nauczanie. To już był jeden przedmiot, tak że myśmy się naprawdę uczyli. Nie tylko dlatego, że mówiono nam: „Musicie się uczyć”. Słowa się szalenie zdewaluowały. Teraz też się czasami mówi: „A tam, przyszłość narodu”. Ale myśmy rzeczywiście tak myśleli. Myśmy się uczyli, bo kiedyś będziecie musieli objąć takie czy inne stanowiska, będziecie potrzebni krajowi. A po drugie, to już nawet nie wypadało, bo jak było osiem czy dziesięć osób i były dwie czy trzy godziny lekcji, to panią przepytano kilkakrotnie. Poza tym wiadomo było, że nauczyciel się naraża, myśmy też byli narażeni. Tak że zajęcia, wykłady czy lekcje, jak kto chce powiedzieć, odbywały się, jak powiedziałam, przez kilka godzin. A myśmy nawet nie wychodziliśmy grupą, tylko po jednej osobie, żeby po prostu nie było widać za dużego zgromadzenia młodych ludzi. A poza tym zawsze był jakiś gramofon w pogotowiu, że w razie czego, to tańczymy, uczymy się tańczyć czy coś takiego. Tak to mniej więcej wyglądało.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny i gdzie panią zastał?

Wybuch wojny zastał mnie w Radości pod Warszawą. Wtedy też to było letnisko. Z rodzicami zawszy wyjeżdżałam nad morze, nad polskie morze, zawsze. Tam się nauczyłam nawet chodzić. Ale 1939 rok to już rodzice się obawiali wyjechać. Poza tym cały 36. pułk miał manewry właśnie stosunkowo niedaleko tejże Radości. Dzielnice Radości to były Borki. Pamiętam, że właśnie tam żeśmy jeździli do brata na obóz, na manewry, ćwiczenia takie, a równocześnie był to obóz, gdzie odbywały się i ogniska. Pamiętam właśnie, że tam byliśmy. To było przed [wybuchem wojny], w sierpniu, przez cały sierpień. Już pod koniec sierpnia mniej więcej, trudno mi powiedzieć kiedy, obóz wojskowy 36. pułku został zlikwidowany, była mobilizacja i wojsko wróciło do Warszawy. Właśnie wtedy brat został powołany do wyjazdu z dużą grupą pułku, bo nie cały pułk został wysłany na granicę, do Wielunia, gdzie było, jak się okazuje, pierwsze bombardowanie. Pamiętam, jak z moją bratową pojechałyśmy na dworzec towarowy w Warszawie, gdzie stały pociągi towarowe z wojskiem. Była to atmosfera, bym powiedziała, nawet zabawy. Wszyscy byli uśmiechnięci, mówili: „Za trzy dni, za cztery dni będziemy w Berlinie”. – takie były napisy. Było to umajone gałęziami zielonymi, pięknie to wyglądało. W ogóle sobie nie zdawałam sprawy, do głowy mi w ogóle nie przyszło, że brat może zginąć.
Żeby było dziwniej, bo czasami wiele rzeczy do człowieka wraca, no i teraz przypadkowo wróciło do mnie przy okazji, najbardziej dziwne, muszę o tym powiedzieć, bo wiele w życiu moim było przypadków. Kiedy byłam na promocji książki, zresztą kolejnego wydania profesora Szaroty „Życie codzienne w okupowanej Warszawie”, to w pewnym momencie profesor Szarota mówi, że znana piosenka „Siekiera, motyka, piłka, raca, niech pan głowy nie zawraca” i tak dalej – znana powszechnie – była zawsze uważana za piosenkę uliczną i skomponowaną przez poszczególne osoby, że kilku autorów. On się w tej chwili dowiedział i ma stuprocentową pewność, kto napisał słowa do tej piosenki w czasie okupacji. Okazało się, że to była żona kapitana z 36. pułku. To były trzy małżeństwa zaprzyjaźnione właśnie, mój brat z bratową, kapitan Jachna z żoną i trzeci to był doktór Ropek z żoną. No i właśnie to ona napisała. Mało tego, ona była w konspiracji w BIP-ie, Biurze Informacji i Propagandy, właśnie w tak zwanej sekcji kultury. Kiedy szła, zrobiła sobie zbiór dowcipów na temat okupantów, była łapanka i przypadkowo ją złapali, i zabrali ją do Ravensbrück. Ona w Ravensbrück była do końca wojny, a potem stamtąd ją Szwedzi zabrali. Kiedy została… Myślę sobie: niemożliwe. Nazwisko mało popularne, rzadko spotykane – niemożliwe, żeby to była ona. Ale profesor Szarota powiedział: „Mam tu kilka zdjęć”. Zdjęcia z Ravensbruck – oczywiście nie poznałam. Drugie, trzecie, było czwarte zdjęcie i wtedy wiedziałam, że to jest na pewno ona. A nawet często się o nią pytałam, co się dzieje, tylko były wiadomości od mojej bratowej, która mówi: „A wiesz, nie wiem. Podobno była w obozie, ale nie wiem co. Jest w Bydgoszczy i jest dziennikarką”. Jak powiedziałam profesorowi Szarocie, więc on mówi: „Ach, Boże – pani znała. Ta pani nie żyje, ale jej wnuk jest”. I tak dalej. Skontaktował mnie z żoną wnuka. Ona przyjechała i tam właśnie pani Hanka Jachnina napisała na konkurs wspomnienia z wybuchu wojny, z września 1939 roku. Ona dokładnie opisuje właśnie wyjazd pułku do Wielunia i opisuje mojego brata, że był zawsze szalenie uśmiechnięty, i moją bratową: „Czepiającą się jego ręki – tak napisała – a porucznik Wacek, ulubieniec pułku, powiedział: »Słuchaj, no jak ty, Jadziu? Czy ty sobie wyobrażasz, że mogę zginąć? Że ja? Taki człowiek pełen życia i radości?«”. Po tym jest komentarz: „Zginął 23 września w Warszawie”.
  • Proszę podać imię i nazwisko brata.

Wacław Greenfield. Kiedyś był Maria Wacław. Maria Wacław Greenfield. Zginął 23 września. On się przebił z częścią, bo [pułk] został rozbity w Wieluniu, przebił się, przyszedł do domu, dosłownie się, że tak powiem, wykąpał i się zgłosił dziewiętnastego – to się nie nazywało… wydzielona jednostka, część 36. pułku otrzymała nazwę 1. Pułk Obrony Pragi. On poszedł dziewiętnastego i dwudziestego trzeciego w nocy zginął. Był tak straszliwy ostrzał, bo to były najgorsze dni: 23, 24 i 25 – najgorsze, największe naloty były wtedy – że nawet tatuś, który został zawiadomiony, a nam nic nie powiedział o tym, bo chciał chronić rodzinę, to nie był na pogrzebie. Znaczy pojechał oczywiście tam, dostał się na Pragę, ale pogrzeb nie mógł się odbyć, bo taki był ostrzał. Dlatego brat jest pochowany na Bródnie przy samym murze, bo tam był wykopany grób i tam właśnie można było jakoś dojść. I dziura jeszcze w dodatku w murze. Tam brat miał Virtuti Militari. Był porucznikiem, bo w wojsku była… To było ściśle przestrzegane, że po kilku latach się awansowało. Już w tym roku miał awansować na kapitana, bo po pięciu latach – podobno już był wniosek – ale nic z tego. Tylko, powiedzmy, za wojnę w 1939 roku dostał Virtuti Militari.
A jeśli chodzi o samą [wojnę], jak pamiętam, to myśmy wtedy byli jeszcze, bo właśnie w tejże Radości, czyli konkretnie w Borkach… Tam jeszcze chodziła… To było, pamiętam, przy kolejce, ciuchci, kolejce dojazdowej – myśmy tam mieszkali. Pamiętam, oczywiście samoloty żeśmy obserwowali, a wszyscy mówili: „Ćwiczenia, ćwiczenia”. Oczywiście. Dopiero później radio podało, że to już nie są ćwiczenia, tylko że wybuchła wojna. Nie pamiętam, którego dnia to było, w każdy razie widziałam walki polskich myśliwców nad Radością z samolotami niemieckimi. To stałe nadawanie przez radio komunikatu: „Uwaga! Uwaga! Nadchodzi…” – były podawane cyfry. To było coś nieprawdopodobnego. Słychać już było bombardowanie Warszawy. Tatuś już był w Warszawie, myśmy z mamusią tutaj zostały, no i tata po nas przyjechał, powiedział: „W Warszawie najbezpieczniej”. Oczywiście.

  • Państwo wróciliście do mieszkania przy Leszczyńskiej? W czasie okupacji mieszkali też państwo na Leszczyńskiej?

Nie, tam mieszkaliśmy (przed wojną) na ulicy Radnej, na Powiślu, i do tego mieszkania wróciliśmy. To było niezniszczone, było wszystko w porządku. W ogóle, tak jak nam się wydawało… Na przykład pamiętam doskonale Nowy Świat. Nowy Świat, bo to było bardzo blisko, tylko się Oboźną wchodziło koło uniwerku, Oboźną pod górę, i już się było na Krakowskim Przedmieściu i na Nowym Świecie. Nowy Świat był bardzo elegancką ulicą, bardzo. To był rzeczywiście deptak, z tym że nie chodziło się jezdnią, tylko trotuarem. Żeby było śmieszniej, to chodziło się głównie po jednej stronie, czyli po tej, co jest w tej chwili Blikle. Tak było zresztą. W jedną i drugą stronę mijały się osoby, wszyscy się spotykali, kłaniali. Na przykład mój brat nie cierpiał wtedy chodzić w mundurze, bo co chwilę – mówił – trzeba było bić w dach, bo było masę oficerów. Był zwyczaj w ogóle spacerów. Pamiętam płonący straszliwie Nowy Świat. To już był październik, bo to najgorsze… Może to był 27 albo 28 września. Tak, możliwe, bo już wtedy były rozmowy. Najcięższym dniem Warszawy, największe bombardowania, gdzie w zasadzie latały na okrągło samoloty i bombardowanie potworne, to było 25 września. To było coś koszmarnego. Pamiętam potem, jak wyszłam z tatusiem… […] W życiu nie zapomnę płonącego Nowego Światu. Wydawało nam się, że w ogóle, że tam nie ma ani jednego domu. Płonący straszliwie dym, kurz. Potem się okazało, że masę domów ocalało. Muszę powiedzieć, że nawet Niemcy byli zaskoczeni.
Bo dwa lata temu bodajże była w Muzeum Spotkań z Historią, na Karowej, wystawa „Warszawa w czasach okupacji”. Kiedy przyjechał tutaj Goebbels w 1939 roku, był on prawdopodobnie wtedy, kiedy była defilada 3 października, Hitler przyjmował defiladę w Alejach Ujazdowskich, o czym myśmy zresztą nie wiedzieli. Nie wiedzieliśmy, nie wolno nam było wychodzić z domów, ale w ogóle nikt nie wiedział, że Hitler przyjechał do Warszawy. Wiele lat później się dowiedzieliśmy. Na tejże wystawie Goebbels powiedział: „No, Warszawa jest kompletnie zrujnowana. Widać doskonałą pracę naszej Luftwaffe”. Potem przyjechał za dwa lata, tak – w 1941 roku bodajże… To, co mówię, to są wypowiedzi z wystawy, i fotografie, z wystawy, która była rok czy dwa lata temu w Muzeum Spotkań z Historią. Powiedział: „To niewiarygodne, że Warszawa została tak uprzątnięta. Niewiarygodne, że to miasto żyje. Wydawało się, że tu nie ocalał żaden dom”. A jak rzeczywiście była Warszawa zniszczona, to się dopiero okazało podczas Powstania Warszawskiego. Że 1939 rok to było nic. Ale w stosunku do tego… Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto podkreślić, to już z doświadczenia z okresu Powstania, o artylerii można się przyzwyczaić, można – trafi, nie trafi – natomiast do bombardowań, nie. Bombardowanie to jest zupełnie co innego. To jest za każdym razem… Oczywiście, że człowiek w tym żył, bo musiał, ale już się prawie nie zwracało uwagi. Natomiast na bombardowanie nie dało się [nie zwracać uwagi].

  • Wspominała pani o początkach, o 1939 roku. Proszę powiedzieć, od kiedy uczestniczyła pani w konspiracji i jak to się stało, że pani do niej trafiła?

Tak jak normalnie wszyscy, to znaczy przez koleżankę. Ponieważ nam tak… To jest też jakaś ciekawostka. Właśnie na kompletach była koleżanka, Basia miała na imię, Barbara, pamiętam doskonale… nie pamiętam nazwiska. Nam tak mówiono, że mamy nie pamiętać adresów i nazwisk, a przecież z nią chodziłam do szkoły. Pamiętam, jak wyglądała, że była ciemną blondynką, miała długi warkocz. Ale kompletnie nie pamiętam… Wiem, że była Barbara. Miała na imię Barbara, nie pamiętam nazwiska. Po prostu kiedyś zapytała przy jakiejś tam okazji: „Słuchaj, czy chciałabyś być w konspiracji?”. Powiedziałam: „Oczywiście! Naturalnie”. No i ona mnie skontaktowała. Zostałam tam przedtem jakoś przepytana. To był chyba 1941 lub 1942 rok. Potem straciłam kontakt, bo była wsypa, natomiast doskonale pamiętam moment przysięgi. Było to wielkie przeżycie. Wiem, gdzie to było. Było to na ulicy Wilczej w podwórku, w oficynie, na pierwszym lub drugim piętrze, po prawej stronie. Tak jak usiłowałam sobie to kiedyś uświadomić, że to chyba było w tym gmachu, gdzie przedtem była milicja, a teraz jest policja, ale głowy nie dam. To było między Marszałkowską a Kruczą, po prawej stronie. Pamiętam ten moment, kiedy zostałam wprowadzona – wprowadził mnie właśnie kolega. Pamiętam duże mieszkanie, pokoje w amfiladzie i to był bodajże trzeci pokój. Oczywiście okna zasłonięte, no bo zaciemnianie, prawda. Jeszcze mała lampka i świece. To był nieprawdopodobny nastrój z tej chwili. Pan, dla nas pewnie stary, bo może miał ze trzydzieści lat, zadał parę pytań, no i potem było: „Czy chcesz złożyć przysięgę?”. Nie pamiętam adresu, ale pamiętam, że w ogóle to było ogromne przeżycie. Ogromne przeżycie, które pamiętam do dzisiaj. I nigdy tego nie zapomnę. Tak nam kładli do głowy: „Nie pamiętajcie adresu”. Do dzisiaj zresztą wielu z nas… W tej chwili to już się trzeba uczyć, bo są pozamykane osiedla i trzeba znać numer mieszkania. W tej chwili muszę znać numer mieszkania ludzi, a tak wszędzie… Myśmy wszyscy chodzili na tak zwane oko. Na takiej ulicy, po tej stronie – bez numerów – żeby w jakiejś tragicznej sytuacji zapomnieć, nie pamiętać tego.

  • Czy w pani otoczeniu mówiło się o oznakach zbliżającego się Powstania?

Nie, nie. Mówiło się oczywiście, że… Myśmy żyli tym wszystkim, że będzie Powstanie, że kiedyś dostaniemy broń, że wreszcie będziemy mogli walczyć. Że nie będziemy się musieli ukrywać, że nie będziemy zupełnie bezsilni i bezbronni w momencie… To miało być wielkie święto. Po prostu o tym się marzyło. Niemcy się zachowali koszmarnie. W każdym razie… Na ulicy w każdej chwili… Łapanki były straszne. Nigdy nie wiadomo… Z łapanki, z ulicy, nigdy nie wiadomo było, czy się do domu wróci i gdzie się wyląduje. Wywozili na roboty do Niemiec, a niektóre transporty były od razu do obozów koncentracyjnych. Poza tym nosiło się ulotki, a to broń. Na przykład mój brat cioteczny został rozstrzelany w słynnym październiku, gdzie na ulicach było napisane „October” – to były masowe rozstrzelania Polaków na ulicach. Mój brat, który był znacznie starszy (brat cioteczny)… Oni w ogóle mieszkali… Ojciec i matka to byli lekarze, profesorowie, i uciekli z Bydgoszczy (wujek już nie żył), a ciotka i Jurek właśnie i córka uciekli, no bo tam byli zmuszani do podpisania Volkslisty czy czegoś takiego. On tutaj chodził na tajne komplety, był już na piątym roku medycyny, była tak zwana szkoła Zaorskiego, szkoła medyczna, która [działała] pod płaszczykiem kursów zawodowych na felczerów i medyków, a to był uniwersytet. Druga szkoła taka to była szkoła Jagodzińskiego – i to była znowu tajna politechnika. Mój brat cioteczny, Jurek Panek, to nieszczęście, że podczas łapanki został złapany, no i został złapany z bronią w ręku. Ciotka dała ogromne pieniądze za to… Kiedy były listy zakładników i potem listy rozstrzelanych… Pamiętam, okropne były. Zresztą w Muzeum Powstania Warszawskiego są te plakaty. Tylko tyle, żeby jego wywieźli do obozu, a nie żeby został rozstrzelany. Nic to nie pomogło, został rozstrzelany. To były straszne, potworne rzeczy, potworne. Na Nowym Świecie, w wielu miejscach, gdzie są tablice, miejsca upamiętniające egzekucje, to przecież początkowo (tak jak wiemy już bardziej nie z przekazów osobistych) zakładnicy wołali, kiedy już była egzekucja: „Niech żyje Polska!”. Wobec tego potem już gipsowano im usta, żeby nie mogli krzyczeć. Krew… Gdzieś ktoś, na przykład na Nowym Świecie, słyszałam później, jak były egzekucje, nie wolno było podejść do okna, bo momentalnie strzelali. Ale ktoś jakoś się doczołgał i widział to. Nie tylko widział, ale widział, jak potem Niemcy, jak krew płynęła ulicami, i Niemcy to potem wężami zmywali tą krew. To były rzeczy po prostu straszne. Wobec tego w nas była taka niesamowita chęć walki, zemsty, pokazania, że my jesteśmy ludźmi, że nas…
Zresztą propaganda niemiecka mówiła przez cały czas, karmiła Niemców, że Polacy to są w ogóle podludzie rzeczywiście, że są niewykształceni. Oczywiście robili zdjęcia z jakichś zapadłych wiosek, gdzie rzeczywiście ludzie chodzili boso, i pokazywali to. Przecież jak przed paru laty była tutaj wystawa i filmy w Muzeum Powstania Warszawskiego właśnie w ocenie Niemców – oficerowie, generałowie byli zdumieni, że jak to? Polacy grają Chopina? To w ogóle coś niesamowitego. Oni inaczej zupełnie traktowali Francuzów tutaj, a nas? Myśmy byli podludzie, rzeczywiście bez żadnej kultury. Dlatego tak przecież chcieli zrobić z nas tylko jakichś dobrych rzemieślników, żebyśmy pracowali dla nich. Stąd te szkoły zawodowe, stąd absolutne tępienie inteligencji, która była niebezpieczna, która zawsze jest niebezpieczna. Wobec tego w nas była nienawiść, chęć zemsty, też pokazania, że stanowimy naród naprawdę, który się może poszczycić wielkimi dobrami kulturalnymi. Stąd wiem – Powstanie musiało wybuchnąć po prostu dlatego, że nami poniewierano, i to jest właśnie ta sprawa. Nami poniewierano. To było to, a myśmy czuli się, czuliśmy swoją wartość, czuliśmy się związani z narodem. Pamiętam, kiedy jeszcze na kompletach, przy okazji lekcji historii, był właśnie temat poruszony, czy jeżeli byłaby możliwość walki z Niemcami – nie było powiedziane, że Powstanie – to jaki będzie powód, czy Polacy będą walczyć. Tak, ale co będzie promotorem? Powiedziałam wtedy, że najważniejsza miłość ojczyzny. Tak, miłość ojczyzny niewątpliwie, ale i też chęć zemsty, zemsty po prostu. Oczywiście Polacy w sumie mają miękkie serca i nie rozstrzeliwali, nie zachowywali się w ten sposób jak Niemcy, ale to był ten moment, kiedy oni rzeczywiście nas niszczyli. To był każdy, każdy kąt. I to upokorzenie. Bo przez wiele lat to się tylko mówiło o tym, że Żydzi. Tak, prawda. To wszystko prawda, ale się mówiło tak: no, rzeczywiście – najpierw zlikwidują Żydów, a potem się wezmą bardziej intensywnie za nas. Chociaż przez cały czas były wywózki, łapanki, rozstrzeliwania.

  • Gdzie panią zastał wybuch Powstania?

Wybuch Powstania – to było najdziwniejsze, ponieważ jak wiadomo z łącznością były kłopoty. Właściwie Powstanie wybuchło wcześniej na Żoliborzu, to był zupełnie dział przypadku. Mnie Powstanie zastało w domu. Tak samo jeszcze mojego przyszłego męża. Była straszliwa rozpacz, co robić. Co robić? Gdzieś trzeba pójść, trzeba walczyć. Coś trzeba ze sobą zrobić. Wobec tego najpierw zgłosiłam się do formującego się szpitala na ulicy Kopernika. Tam pracowałam jako sanitariuszka, no i stamtąd, po paru dniach, ponieważ wiadomo było, że ludzie ginęli, dostałam się do elektrowni, która walczyła, która była… To była tak istotna rzecz, światło i woda.

  • Pani generalnie była w Zgrupowaniu „Krybar”?

Tak, to wszystko była Grupa „Krybar”. Jak wiele rzeczy zależy czasem od przypadku, losu – nie wiem, jak to nazwać.

  • Przeszła pani do momentu trafienia już do elektrowni. Proszę opowiedzieć coś więcej o tej służbie.

Normalna służba przy rannych. Podobno bardzo korzystnie działałam na rannych mniej lub szczególnie ciężej. Mam, na przykład, taki niesłuszny może, niewątpliwie wyrzut sumienia… Widziałam, że kiedyś – to był jeden z chłopców… To była straszna rana, bo on dostał kulą dum-dum, kulą w płuca, więc płuca miał w ogóle straszliwie poszarpane. Właściwie nie było dla niego leków poza morfiną. On błagał stale, tylko prosił, żebym przy nim siedziała. W miarę możliwości, jak nie opatrywałam innych, to do niego przybiegałam. A poza tym już byłam tak zmęczona…
Zresztą przez całe Powstanie miałam dwa marzenia: umyć się i wyspać. Pamiętam, że wtedy właśnie jakoś był moment, położyłam się gdzieś – nie wiem, czy to akurat było wtedy – najpierw na łóżku. Przyszli, obudzili – łóżko potrzebne. To się położyłam na stół. Za chwilę stół był potrzebny. Położyłam się na podłodze, ale już potem to ja byłam potrzebna. Właśnie wtedy, kiedy jak się tylko zerwałam, obudzili mnie, że są nowi ranni, że jestem potrzebna, to jak opatrzyłam, to pobiegłam do tego chłopca. I zastałam puste łóżko. Tamci, którzy koło niego leżeli, to mówili, że on wołał przez cały czas mnie, że tak bardzo chciał, żebym była. Bardzo długo to jakoś we mnie tkwiło.
Potem drugi był chłopiec, jak dziś go pamiętam. To też jakaś była historia, też dostał… Ponieważ Niemcy robili kule dum-dum, też dostał w płuca. Miał szesnaście lat. Taki malutki blondynek. Bardzo cierpiał. Pamiętam, że lekarze powiedzieli, nie wiem dlaczego, że go wzmocni [wino] – powinien mieć czerwone wino. Pamiętam, że pobiegłam, gdzieś udało mi się zdobyć wino. Rzeczywiście zdobyć. Przyniosłam mu. Oczywiście niewiele mu to pomogło, ale to są takie drobiazgi. To są takie drobiazgi.
  • Czy była też pani łączniczką?

Tak, w razie potrzeby, jak to się mówiło, byłam. Trzeba było przenieść jakiś rozkaz, prawda? To jasne, kto był pod ręką… To również takie funkcje spełniałam. Właśnie w momencie kiedy zostałam ranna, to można by to nazwać, że wtedy byłam łączniczką. Bo poszłam z plutonem, który miał za zadanie sprawdzić posterunki, posterunki powstańcze, no i ewentualnie niemieckie. Właśnie był taki moment, że myśmy nie wiedzieli, gdzie są Niemcy, gdzie są nasi. Wtedy zresztą moja ówczesna sympatia, narzeczony, późniejszy mąż, w tym plutonie mnie wysłał. Wtedy chodziło o sprawdzenie posterunków. Myśmy wyszli z Elektrowni, szliśmy ulicą Dobrą, przeszliśmy Leszczyńską, Radną, dalej doszliśmy już prawie do Bednarskiej i się okazuje, że to wszędzie była ziemia niczyja. Nikogo żeśmy nie spotkali. Ale wtedy nie wysłano mnie, tylko wysłano jednego z chłopców jako łącznika, zapytać, co mamy robić. Czy mamy iść dalej, czy mamy zostać, czy mamy wracać. Wtedy otrzymaliśmy wiadomość, że mamy wracać, no bo zostaniemy odcięci. To była już jakaś ogólna orientacja, co się dzieje. A już było wiadomo, jeszcze poinformowano, że na ulicy Oboźnej (przy Uniwersytecie) stoją trzy czołgi i jest silny ostrzał z czołgów. Wobec tego myśmy zgodnie z rozkazem mieliśmy wrócić z powrotem do elektrowni.

  • To było już 5 września?

To było 5 września, tak. Doszliśmy do ulicy Leszczyńskiej, która jest [w miejscu, gdzie] jakby Oboźna wchodzi w Leszczyńską, no i rzeczywiście ostrzał był piekielny – czołgi waliły bez przerwy. Było tam laboratorium filmowe Falanga, które zresztą często w polskich filmach jest podane. Myśmy się tam zatrzymali. No i dalej nie wiemy, co robić. Wysłana zostałam w zasadzie jako łączniczka, ale równocześnie miałam pełnić funkcję sanitariatu, wobec tego dowódca zwiadu zadecydował, że jednak jeden z chłopców pobiegnie w dalszym ciągu – czy mamy przeczekać atak czołgów, czy… No i znowu siedzimy i czekamy.

  • Jakie godziny mogły być wtedy?

To była godzina mniej więcej dziesiąta. Znaczy myśmy tam jeszcze pewnie po dziewiątej, po dziesiątej – blisko jedenastej w każdym razie. Znowu przyszła wiadomość, że jednak mamy wracać. W tym momencie dochodzę do momentu, kiedy byłam ranna. To była taka sprawa, że przebiegło dwóch chłopców przede mną, był oczywiście strzał. Tak jak nas uczono – bezpośrednio po strzale biegłam trzecia. A to była barykada w zasadzie zupełnie rozwalona, rów wykopany, a barykada już była kompletnie rozwalona, tak że w zasadzie się biegło schylonym prawie, ale na widoku. Szczególnie, jak oni stali na górze, przy Uniwersytecie, to mieli to wszystko jak na dłoni. Nie wiem, jak to było, prawdopodobnie wyskakując z rowu – nie pamiętam tego – bo już byłam dosłownie o krok, wyskakując, musiałam wyciągnąć lewą rękę. Niestety pocisk z czołgu rozwalił się o moją rękę, dokładnie o moją lewą rękę. Tak że popatrzyłam na to, to wszystko doskonale pamiętam, i rzeczywiście moje przedramię – bo ręki nie mam, łokieć mam jeszcze kawałek mały, za łokieć jakieś dwadzieścia, trzydzieści centymetrów. Zobaczyłam właśnie rękę, pogruchotane kości, rękę zwisającą na skórze, że tak powiem. Pomyślałam sobie, rzeczywiście, bo myśmy używali takich sformułowań: „No, z łapy nici”. Wiedziałam tylko jedno, że muszę jeszcze przebiec te parę kroków, żeby być poza polem ostrzału, żeby mnie – bo czułam, jak słabnę – koledzy złapali. Rzeczywiście przebiegłam, wtedy zemdlałam. Tego nie pamiętam. Oni mnie złapali na ręce i wtedy miałam wrażenie, że umieram. Okropne wrażenie, krew odpływa od serca. Popatrzyłam i mówię: „Nieście mnie, chłopcy, szybciej, bo już umieram”. I znowu straciłam przytomność. Już wtedy bardzo mnie bolało, bardzo. Bo w momencie… To jest moment. Zawsze się mówi, że jak człowiek jest ranny… Ale to jest moment, kiedy nie boli, rzeczywiście. Znowu straciłam przytomność i wtedy, jak się ocknęłam, to popatrzyłam, że jednemu i drugiemu łzy leciały po policzkach, co było tak zaskakujące, bo myśmy byli zżyci w jakimś sensie, zżyci ze śmiercią. To znaczy śmierć była stale, na co dzień, więc nie wiem, dlaczego ich akurat to tak ruszyło. Potem nie pamiętam nic dalej.
Najbliższy punkt opatrunkowy był na ulicy Drewnianej, to jest następna ulica, gdzie kiedyś na jednym rogu była szkoła, do której zresztą chodziłam do szkoły powszechnej, i tam był punkt opatrunkowy. Pamiętam, ocknęłam się też, oni mnie nieśli i zobaczyłam… Ponieważ były różne metody ukrycia się przed bombami – część osób siedziała w piwnicach, a część osób uważała, mówię o ludności cywilnej, że oczywiście najbezpieczniejszym miejscem jest brama. Bo zawsze jednak musi się cały dom zawalić, zresztą też się łatwiej wygrzebać. Pamiętam, w lewym rogu tejże bramy stała bardzo gruba kobieta. Człowiek po zranieniu wygląda okropnie. Poza tym miałam długie czarne włosy, a jak się rozbił pocisk o moją lewą rękę, to wszystkie odłamki poszły na prawo, poza jednym takim drobnym zranieniem nogi, powierzchownym zresztą. Krew lała się ze wszystkich możliwych miejsc. Pamiętam, jak ta pani, ta gruba kobieta, zasłoniła sobie oczy ręką i tylko krzyknęła: „Boże! Boże! Jaka młoda!”. Potem się już ocknęłam na stole, no i od razu sobie zaaplikowałam, że mają mi dać morfinę, dolantynę, tamto, śmamto, owamto. [Od] tężca, prawda. No i natychmiast amputacja. Na co oni powiedzieli: „Kochana, nic ci nie damy, nic ci nie możemy dać. Możemy dać ci tylko morfinę, bo po nalocie zagrzebało nam wszystkie narzędzia. Jedyna rzecz, jaką możemy ci dać, to morfina”. To trudno, no to dali. Położyli na podłodze, na sienniku, bo w piwnicy to było, prawda, jedno obok drugiego. Musimy się dostać do innego szpitala, koniecznie. To była godzina jedenasta. O godzinie jedenastej właśnie zostałam ranna, 5 września. Natomiast około drugiej, przed drugą, wpadła sanitariuszka i mówi: „Dawaj legitymację, bo przyszli Niemcy. Niemcy zajmują szpital, więc jak coś cię spytają, to mów, że jesteś ludność cywilna i tak dalej”. Zabrała mi tą legitymację.
A teraz może powiem, bo to jest bardzo istotne, jak wiele rzeczy – to jest sprawa przypadku… Dwa czy trzy dni temu, 2 albo 3 września, na moście kolejowym zainstalowano pociąg pancerny z tak zwaną grubą bertą – ciężkim działem. Poszłam wtedy po opatrunki i wracałam ulicą Tamka, szłam zresztą z kolegą, i niosłam opatrunki do nas, do szpitala. Wtedy właśnie na rogu Topiel i Tamki, czyli niedaleko już miałam do elektrowni, właśnie spadł pocisk z „grubej berty”. Bardzo dużo było rannych. Dużo ludności cywilnej czy jak, powiedzmy, ktoś był z Powstańców, przypadkowo przechodził. Dosłownie nic mi się nie stało. Nic, najmniejszego zranienia. Jak potem wróciłam, mówię: „Ale ty to masz szczęście. A mnie to nigdy nic nie będzie”.
Ale nie to jest istotne. Natomiast istotne było, że kiedy szłam z kolegą, to spotkaliśmy pielęgniarkę, która pracowała jako sanitariuszka. Autentyczna, ze szkoły pielęgniarskiej, w białym fartuchu i właśnie z czepkiem z czarnym paskiem. Ona mówi… Tenże mój kolega ją znał, mówi: „Wiesz, tu koleżanka, sanitariuszka”. Poznał nas w każdym razie. To ona właśnie wtedy, w punkcie opatrunkowym, w szkole, ona ode mnie wzięła legitymację. Potem Niemcy przeszli, byłam półprzytomna, bo po morfinie, i po jakimś czasie ona wraca. Ona wróciła do mnie i mówi tak… Dlaczego to jest istotne? Bo jeżeli się ma ratować… Jeżeli się nikogo nie zna, to się ratuje pierwszą lepszą osobę, aby ratować kogoś, a jeżeli się kogoś zna, to się idzie przede wszystkim – tym bardziej że ona moją legitymację wzięła – ratować tego, co się zna. Ona podchodzi do mnie, leżę na sienniku, na podłodze… Jeszcze dosyć malowniczo wyglądałam, bo ściągnęli ze mnie spodnie, żeby zobaczyć (ewentualnie też mi opatrzyli rany na nogach), bez butów, tylko byłam w męskiej koszuli i w blezerze – to oczywiście wszystko poszarpane. Ona mówi: „Wstawaj, bo Niemcy kazali lekko rannym wyjść, a z ciężko rannymi podpalili szpital”. – „Mowy nie ma, nie wstanę. Nie mam siły, bo przecież miałam upływ krwi”. A ona mówi: „Musisz wstać, bo sama nie dam rady”. Rzeczywiście doszłam do wniosku, że jak mam się upiec, to chyba lepiej się trzeba zmobilizować i wstawać. Rzeczywiście z jej pomocą jakoś wstałam. Wisząc na niej, bo objęłam ją za szyję, ona mnie trzymała w pół, szłyśmy przez piwnice i to był też moment, którego nie zapomnę. Jak z filmów Bunuela wyskoczyła z boku karlica, dosłownie prawie złapała sanitariuszkę, która mnie ciągnęła, i mówi: „Słuchaj, pomóż mi uratować mojego brata, który jest ranny w nogi, a ja nie dam rady go ruszyć”. Ona mówi: „Słuchaj, widzisz, że ją prowadzę. Jeżeli będę mogła, to wrócę”. Nie mogła. To już taki był ogień, że ona już wrócić po niego nie mogła. Tego nie pamiętam, potem ona mi opowiedziała, jak to było dalej. Cały kawałek Drewnianej i dalej ulice to było tak zrąbane bombami, że były ogromne doły. Od Drewnianej nie wiem, ile jest, może trzysta metrów, w każdym razie od Drewnianej następna przecznica to jest Zajęcza, a potem jest Tamka, gdzie miałyśmy dojść na punkt opatrunkowy, najbliższy. Że tam może już zrobią operację. Myśmy tam szły od godziny mniej więcej drugiej chyba do jakiejś dziesiątej, tak jak ona mi mówiła. Dlatego że jej co chwila mdlałam, wpadałam do głębokiego rowu – szłam boso oczywiście, to też istotne, i właśnie w koszuli bez spodni – i ona mnie wyciągała. Jak mnie wyciągnęła, to trochę oprzytomniałam i potem natychmiast mdlałam i tyle godzin nam zajęło to wszystko.
Żeśmy dobrnęły na Tamkę. Punkt opatrunkowy to był dom, zresztą stoi, w podwórku. No i ja też tam się przytargałam. Ponieważ szłam boso po szkle, po gruzach, więc potwornie, potwornie mnie bolały nogi – miałam pewnie poranione stopy. Wobec tego, to dosyć humorystyczne, bo jak mi się zapytali pierwsze: „Czego chcesz?”. To powiedziałam: „Pantofle”. Rzeczywiście przynieśli mi jakieś męskie ranne pantofle, żebym mogła wsunąć nogi, i powiedzieli mi natychmiast: „My ci nic nie możemy zrobić, nawet nie mamy tężca, nic nie mamy – ta sama historia – był nalot, wszystkie narzędzia po nalocie zostały zniszczone”. Zagrzebane gdzieś. Wobec tego, co? Najbliższy szpital na Kopernika. Z tego jak? Tamką przecież nie przejdę. Nie wiem, jakim cudem zorganizowali jakąś dorożkę z koniem oczywiście, z dorożkarzem. A przez cały czas jest znowu, od strony Uniwersytetu, ostrzał z czołgów. Przez cały czas na Tamkę. Wpakowali mnie do środka, do dorożki. Nie padło pytanie, ale na ogół zawsze się pytają o to: „Czy pani się bała?”. Nie. Nigdy, przez cały czas Powstania nigdy się nie bałam. Do tego momentu. Dlaczego? Byłam po prostu święcie przekonana, że mi się nic nie stanie. Natomiast wtedy kiedy [byłam] w dorożce, bałam się straszliwie jednej rzeczy – zasłaniałam twarz ręką. Bałam się o nogi, mówię: „Już trudno, ręki nie mam, ale żebym nogi…”. I o twarz. Oczy i twarz. Widziałam tak straszliwe, zmasakrowane twarze, postrzelone, tak okropne, że niejednokrotnie się z tym… panowałam siłą woli nad tym, żeby nie okazać obrzydzenia czy przerażenia, jak się widzi taką zmasakrowaną twarz. Pół policzka… Po prostu zmasakrowaną twarz. Myślę sobie: „Boże!”. To był jakiś taki moment, żeby właśnie ocalić twarz i nogi. Wtedy się rzeczywiście bardzo bałam. Żeby było jeszcze śmieszniej, to na stopniach, bo samej mnie nie mogli… Mogli, ale chcieli mi jakoś pomóc. Jechał oficer, aktor, wozem – znałam go z widzenia z okresu okupacji, zresztą występował w chórze – i stał na stopniu i własną piersią mnie osłaniał przed strzałami. Strasznie romantycznie było. Mówi do mnie przez cały czas: „Słuchaj, ty się nie martw, że nie masz ręki. Ja i tak się z tobą ożenię, bo znam cię z widzenia i się w tobie kocham”. Było mi wszystko jedno, tylko myślałam, żeby mnie nie… Mi się nie chciało mówić, że mam sympatię, że jestem zakochana. Myślę sobie: „A gadaj ty mnie zdrów. Co mnie to obchodzi?”. Śmieli się potem ze mnie koledzy, którzy ocaleli, mówili: „Słuchaj, idź, żeby się z tobą ożenił”. Głupia, głupia strasznie byłam, bo można było pożartować, porozmawiać z nim na ten temat jakoś. Przecież by się ze mną ożenił, ale się wstydziłam. Teraz nie żyje, bo był starszy ode mnie. Wiem, że przeniósł się, że występował potem w teatrze w Gdyni. Ale to taka była historia. Dojechaliśmy na górę, tutaj… Jak w tej chwili jest Muzeum Chopina, to tam się szalenie zmieniło. Nie mogłam tego rozpoznać. Niby się wydaje, że tak samo odbudowane, ale to jest nieprawda. Dopiero jak byłam kiedyś na wycieczce po Warszawie z redaktorem Majewskim, powiedziałam mu co, no i on mi wytłumaczył, że to przecież nie jest tak odbudowane. Tam były ogromne schody, bardzo szerokie, wychodziły na Okólnik. Na wprost pałacyku Ostrogskich był pusty plac i tam był cyrk Stanieckich. Pamiętam ogromne, szerokie schody, on wyprowadził mnie z dorożki, mówił: „Słuchaj, muszę już wracać na punkt, ale ty dojdziesz po tych schodach”. Mówię: „Dojdę”. W tym momencie szedł chłopak, który miał rękę na tak zwanym samolocie. Po prostu on był ranny w ramię, wobec tego miał w gipsie rękę w ten sposób ustaloną, tylko prawą, dla odmiany. Tak to więc wyglądało. Tenże mój niedoszły mąż mówi: „Słuchaj, ty ją musisz podprowadzić po tych schodach. Podprowadzisz?”. On mówi: „Tak”. On mnie objął w pół, ja jego – bo miał lewą rękę wolną… Nie wiem, jak się nazywa, nigdy w życiu go nie spotkałam. Nie wiem, czy żyje. Tak się to wszystko potem dziwnie układało. Zresztą nie dziwnie, tylko wojna była jeszcze.

  • A aktor? Może pani powiedzieć, jak się nazywał?

Nazywał się Michalewicz. Imienia nie pamiętam nawet. Poprowadził mnie po schodach. Stanęliśmy na rogu Kopernika i mówi do mnie: „Słuchaj, muszę iść do swoich”. Bo chociaż z jedną ręką na „samolocie”, to jednak był pomocny. „Muszę iść. Dojdziesz?” – „Dojdę”. – „Dojdziesz na pewno?” – „Dojdę”. Rzeczywiście doszłam i doszłam do szpitala na Kopernika, gdzie, powiedzmy, że tak powiem, pierwsze kroki stawiałam jako sanitariuszka.
  • Udzielono tam pani pomocy jakiejś bardziej konkretnej?

Właśnie o to chodzi, że tam mnie powiedziano to samo. W dwóch szpitalach. Pod Kopernika 11 i 13 powiedzieli mi: „Nie. Po nalocie zawalone narzędzia”. Nie mają narzędzi. Ale tam mnie już złapały sanitariuszki na nosze i zaniosły mnie do szpitala. Zresztą, nie wiem dlaczego, wydawało mi się – było to w obecnym, przedtem też był, Domu Dziennikarza na Foksal. I tam miałam operację. Tak że wszystko się w życiu jakoś powtarza. Jestem z zawodu dziennikarką, ale byłam przez cały czas przekonana, że mnie robiono, nie wiem dlaczego, operację w SARP-ie. Dopiero jak spotkałam, na cmentarzu zresztą, swoją koleżankę z Powstania, sanitariuszkę, która zresztą też nie żyje – to była Fela Moskwa, żona doktora Moskwy, który też już nie żyje – ona mówi, w końcu się zezłościła: „Do licha! Przecież chyba lepiej wiem, bo byłaś nieprzytomna, gdzie cie zaniosłam”. Ona niosła mnie… Zresztą żeśmy się strasznie potykały. Byłam nieprzytomna, to jak one się potykały… Biegiem… To było jedenasta, to było dwanaście godzin po moim zranieniu, jedenasta w nocy. One biegły kawałek, potykały się, to budziłam się wtedy. Pamiętam, kiedy to wszystko oczywiście było, jak one mnie zniosły na dół, do piwnicy, ocknęłam się.
Pamiętam tylko, że była potworna kolejka. Znaczy mnóstwo rannych. One pobiegły właśnie do lekarzy na salę operacyjną i ci lekarze mnie znali, i powiedzieli, że jestem ranna – i to tak ciężko – powiedzieli, że wobec tego natychmiast na stół. Wzięli mnie bez kolejki, tylko dlatego żyję. Ocknęłam się na stole i pamiętam, doktór Cetkowski mnie operował, a doktor Zajączkowski asystował – obaj nie żyją zresztą już w tej chwili, ale z doktorem Zajączkowskim się widziałam, z doktorem Cetkowskim to potem, jak leżałam w szpitalu w Milanówku. Ocknęłam się tylko, powiedzmy podżartowywałam: „Panie doktorze, możecie mi nawet nie dawać już… Nie spałam siedemdziesiąt dwie godziny, to jestem tak śpiąca, że możecie mnie nawet nie usypiać i tak będę spała”. Ale jak się żarty skończyły, to powiedziałam: „Panie doktorze, zostawcie mi tylko łokieć”. Pamiętam, on już miał maskę na twarzy, a doktór Cetkowski miał krzaczaste brwi, czarne – to już był starszy człowiek – z siwymi włoskami. On, który był bardzo ostry i surowy, powiedział do mnie tak, jak do dziecka: „Nic się, mała…” Bo zawsze mówił na mnie „mała”, chociaż byłam wysoka. „Nic się, mała, nie martw, zrobimy wszystko, co w ludzkiej mocy”. Rzeczywiście zrobili, bo on mnie… Dosłownie spiłowali tylko, spiłowali mi tylko te kości, tyle tylko co musieli. Później przez cały czas mnie przygotowywali do tego, że będę musiała mieć amputację, że mi utną rękę do ramion, co jest ogromną różnicą jednak, mimo wszystko. Żeby nie było tak łatwo, żeby skończyć ten temat, to w nocy zrobili mi operację, położyli mnie na pierwszym piętrze. Pamiętam, miałam trzecie łóżko od drugiej sali, bo to też ważne – drzwi i to było trzecie łóżko od drzwi. Przybiegli już tam do mnie koledzy z elektrowni, dowiedzieli się, że ja ranna. Przynieśli mi jakieś ciuchy, bo przecież w szpitalnej koszuli byłam, no i powiedzieli mi, że moja sympatia, że Edward też był ranny tego dnia, tylko że idiotycznie, bo jemu to cegła spadła i ma rozwalony nos. Nic poważnego się nie stało i że on przyjdzie do mnie później. Tymczasem do sali obok, dlatego mówię dokładnie, że to było trzecie łóżko od drzwi do sąsiedniej sali, wpadło pięć „krów” zapalających. Wobec tego drzwi wywaliło, tylko widzę ogromny płomień. Teraz sobie zdaję sprawę, mając te doświadczenia z punktu opatrunkowego w szkole na Drewnianej – tu mnie nikt nie zna, tu mnie nikt nie będzie ratował. Muszę się ratować sama. Ale już leżałam na łóżku, zeszłam z łóżka, doszłam do drzwi na korytarz i nic nie pamiętam. Ocknęłam się, leżałam na podłodze, nade mną były same uciekające nogi, ludzie którzy uciekali ranni. Nie wiem, czy mi ktoś pomógł, czy sama wstałam – nie wiem tego. Po prostu byłam nieprzytomna. Pamiętam, ocknęłam się, jak już wyszłam na korytarz, dochodziłam do schodów. Tak jak dzisiaj szłam z panem, to trzymałam się ściany, żeby zejść, i biegł doktór Młynarski, który dawał narkozę, i mówi: „Słuchaj, mała, pomóc ci?”. Bo leciał ratować rannych. „Nie, zejdę sama. Niech pan idzie gdzie indziej”. Tam była masakra, dlatego że miałam to szczęście, że leżałam na pierwszym piętrze, natomiast było jeszcze drugie piętro i „krowy” wpadły i na pierwsze, i na drugie piętro. Z tym że na drugie piętro wpadło więcej, bardzo ciężko ranni niejednokrotnie wyskakiwali i się zabijali. W każdym razie tam większość ludzi, większość rannych zginęła. Jakoś doszłam, dotargałam, do bramy, no i znowu mnie sanitariuszki złapały i wtedy mnie zaniosły do ogrodu SARP-u, czyli Stowarzyszenia Architektów Polskich.
Siedziałam tam, patrzyłam, a tam akurat było bombardowanie i dzielnicy, i właśnie tego ogrodu. Leciałam tylko i patrzyłam. Wpadnie ta bomba? Wpadnie czy nie trafi? A równocześnie nasi wycofywali się wtedy przez ogród, a mnie się strasznie chciało pić. Ale potwornie po prostu. Akurat jeden z chłopaków wycofujących się (akowców), strzelał. Zobaczyłam, że ma manierkę, i mówię: „Daj mi pić”. On odkręcił manierkę i mi dał. Łyknęłam sobie, tylko jak łyknęłam, to mi oczy na wierzch wyszły, bo to był spirytus. Wrzasnęłam na niego, a on mówi: „Nic, nic. To ci tylko dobrze zrobi”. Nie wiem, może mi i dobrze zrobiło, może odkaziło, w każdym razie tak było jak było.

  • Pani sama nie miała żadnej broni?

Przy sobie miałam, miałam. Miałam, taka zabaweczka, mauzera „piątkę” i miałam bagnet. Bagnet dostałam przed zranieniem. Kolega czyścił broń na terenie elektrowni, czyścił broń i czyścił bagnet. Spojrzałam, mówię: „O, jaki ładny bagnet. Daj mi go”. Nie wiem po co, bo przecież nikogo bym tym bagnetem nie zadźgała, ale fason. On mówi: „E, nie dam ci. Słuchaj, słuchaj, ostrzegam cię, bo ten jest pechowy, wiesz. Dwóch chłopaków, co miało ten bagnet, to obaj nie żyją”. Mówię: „Coś ty, mnie się nic nie stanie. Dawaj bagnet”. No i on dał bagnet. Dał mi ten bagnet.

  • To był wrzesień?

To było, ja wiem, na dwa dni przed moim zranieniem. Wrzesień może to było – może 2, może 1, w każdym razie pierwsze dni września. Zadowolona ogromnie sobie ten bagnet przyczepiłam do paska i właśnie idąc wtedy, kiedy zostałam wysłana z patrolem, to miałam i bagnet, i mauzerowską „piątkę”, i dwa granaty „tłuczki”, i świece dymne. Jakim cudem, jak pocisk się rozwalił o moją rękę, a na prawą stronę przeszły odłamki wszystkie, nie wiem. Mam dużo drobnych obrażeń. Jakim cudem… Szczęście w życiu od Boga, że nie trafiło w nic z tych rzeczy, tylko we mnie – już się zadowoliło moją ręką, że to wszystko jakoś odpadło. Miałam tę [broń], nie użyłam jej, tej „piątki”. Też dostałam od jednego z kolegów. To malutkie, broń była na wagę złota. Porządnego przecież by mi nie dali, ale tutaj… Ponieważ byłam bardzo lubiana, no więc tak bardziej dla fasonu. Poza tym inne było moje zadanie. Poza tym podobno właśnie bardzo dobrze psychicznie działałam na moich rannych kolegów.

  • Czy zetknęła się pani z Niemcami wziętymi do niewoli, jeńcami niemieckimi?

Nie. Nie, nigdy bezpośrednio się nie zetknęłam.

  • Czy zetknęła się pani bezpośrednio z przypadkami zbrodni wojennych?

Bezpośrednio, że byłam świadkiem w czasie Powstania?

  • Tak.

Nie.

  • Czy miała pani kontakt z przedstawicielami innych narodowości, uczestniczących czynnie lub biernie w Powstaniu?

Nie, nie. Natomiast miałam kontakt z, powiedzmy, chłopakiem z AL-u. Bo w czasie Powstania oni się przyłączyli do nas. Naprawdę, wtedy nie miało żadnego znaczenia. Przede wszystkim można powiedzieć, że w zasadzie to gdzie kto trafił, zanim trafił do konspiracji, to był przypadek, bo każdy… Mało było w ogóle jakichś… Młodzież przedtem nie była upolityczniona. Chodziło się, chciało się walczyć z Niemcami, walczyć o ojczyznę. Jeszcze jedno, à propos słowa „ojczyzna”. To słowo się tak zdewaluowało w czasie tylu lat, nie w czasie okupacji, w czasie PRL-u. Nigdy, myśmy nigdy nie używali takich wielkich słów: ojczyzna, tamto… Mało tego, w czasie… Pamiętam, przed wojną przecież mój ojciec – nie mówiłam o tym – był w Legionach, czyli był legionistą, czyli walczył o Polskę niepodległą. Nigdy w życiu w domu się nie używało wielkich słów, tylko ojczyzna. Nie, to było normalne, to było normalne. To było normalne w domu, pewne rzeczy były zupełnie naturalne, że patriotyzm to był wyssany z mlekiem matki. Jak powiem, że to są święte słowa, to znowu to zabrzmi… Naprawdę te słowa się zdewaluowały. Tak że po prostu to było wiadomo, że ojczyzna to ojczyzna, patriotyzm to patriotyzm – to były zupełnie naturalne rzeczy.
Aha, wracam do AL-owca. To było tak, że… Z jedzeniem było różnie, ale coś tam zawsze do jedzenia było, w każdym razie początkowo. Mówiłam na przykład, że nigdy… Bo konie przecież były na ulicy, to chłopcy je obrabiali i to różnie. Powiedziałam, że koniny jeść nie będę. Ale już wtedy było rzeczywiście… Był głód, było ciężko. Nigdy już nie będę jadła pęczaku, bo nigdy go nie lubiłam, a co się najadłam w czasie Powstania, to mi wystarczy na całe życie. Wtedy, pamiętam, przychodzę i mówią: „A, słuchaj, mamy tu kawałek mięsa, to…”. Głodna byłam rzeczywiście. Dali mi oczywiście, ale widzę, że oni mają miny zadowolone, kobieta to wyczuje: „A co, nie smakuje ci?”. To już wiedziałam, że to na pewno jest konina, ale jadłam. „Jak ona? Smakuje ci?” – „Tak”. – „A, bo widzisz, to była konina. Tak się zarzekałaś, że nie będziesz jadła”.
Co było cudowne w czasie Powstania? Co jeszcze wśród niedobitków żyjących? Że była taka autentyczna przyjaźń, że myśmy… jeden za drugiego rzeczywiście wszystko. Że myśmy się wszystkim dzielili, naprawdę, że nikt nie zjadł sam kawałka chleba, tylko jak miał kawałek, to dał temu drugiemu. Że myśmy mogli rzeczywiście liczyć na siebie i to wszystko tak, jak bracia i siostry. I to w takiej najlepszej rodzinie. Ci żyjący jeszcze, to jest piękne w dalszym ciągu, bo oni w dalszym ciągu w nas widzą młode dziewczyny i tak nas traktują – z całą sympatią. Wszyscy byli opiekuńczy ogromnie wobec nas, jeżeli były tam jakieś możliwości okazania tego. To było cudowne i dlatego ten właściwie straszliwy okres, ze względu na to, że tylu ludzi zginęło, na wszystko, my to wspominamy jako fantastyczne przeżycie, coś pięknego – właśnie na tę atmosferę. Bo jak się pamięta każdą, po tych pięciu latach niewoli, każdą wywieszoną flagę… Pamiętam, jak myśmy płakali, jak zawisła na Prudentialu flaga. To są po prostu takie przeżycia nadzwyczajne. To słowo po prostu było w każdym z nas.

  • A cywile jak przyjmowali?

Cywile… Już na szczęście się z tym nie zetknęłam, bo pod koniec Powstania podobno już było różnie. Natomiast przez cały sierpień, do mojego zranienia, ludność cywilna zachowywała się fantastycznie, fantastycznie. Dzielili się wszystkim. Trzeba sobie zdawać sprawę jednak. Przecież do szpitali to trzeba było i pościel, i wszystko, wszystko przynosili. Pościel, jedzenie. Ktoś miał więcej, no to, powiedzmy, gotowali w domach jakieś kotły – jak to się kiedyś w kotłach bieliznę gotowało. Co kto miał, to wrzucał do kotła i gotował dla sąsiadów, dla nas. Jak myśmy nie mieli co jeść, nam dawali. Wszystko, po prostu dzielili się wszystkim. Potem, kiedy już było widać, podobno pod koniec września czy na Starówce już wcześniej, kiedy Starówka upadła – podobno tam już było ogromne rozgoryczenie i było zupełnie inaczej. Ale ludność cywilna zachowywała się fantastycznie, fantastycznie. Przecież bandaży też nie było tyle, ile potrzeba. Prześcieradła, poszwy – wszystko darli, żeby było dla rannych.
Poza tym rzecz zasadnicza, czego się nauczyłam w czasie Powstania? Pieniądz nie ma żadnej wartości. Wartość ma tylko złoto, znaczy złote dolary czy złote ruble, biżuteria i alkohol. Tylko to miało jakieś znaczenie. Kiedy dostałam się do szpitala w Milanówku, jak zobaczyłam, że tam w ogóle pieniądze, którymi w Warszawie… Myśmy po prostu… Jak na początku nie było tak ostro, to pieniędzmi, tymi „młynarkami”, bo tak się nazywały pieniądze okupacyjne, graliśmy w karty. W ogóle nic za to nie można było kupić. Zobaczyłam potem, że te pieniądze mają wartość w Milanówku, że za to można kupić chleb, a ja nic nie miałam. Dziesięć tysięcy zostawiłam, a to były duże pieniądze. To się po prostu w głowie nie mieściło. A jak trafiłam do szpitala w Milanówku i tam chłopak, który leżał, dał mi chleb, to zjadłam cały – okrągły chleb. Potem on, też ranny… Całe życie nie jadłam i nie jem na przykład boczku, takich rzeczy. Z kiełbasy, z szynki tłuszcz wydłubuję, odkrawuję. A on mi dał wtedy kawałek boczku. Tylko dlatego ten boczek… Bo mi mówili: „Słuchaj, ty musisz jeść i chodzić”. Ani jedno, ani drugie nie mogłam. To wiedziałam, że on sobie odjął od ust, po pierwsze, a po drugie że może wyjść z tej całej choroby – przez cały czas się ropa ze mnie lała przecież. Zjadłam kawał boczku, w oczach mi się… ale zjadłam. Po za tym widziałam, że on mi to oddał, sobie odjął od ust. Tak że to nieprawdopodobne różne takie rzeczy.
A wracając do AL-owca, to powiem tylko tyle, że on mi przynosił na przykład proszek i mydło, bo myśmy tego nie mieli. Myśmy wtedy mieli jakąś żywność, dawałam mu jakieś jedzenie. Miałam takiego pecha, jak potem, po Powstaniu, w styczniu, w lutym, bo już 2 lutego byłam w Warszawie, stale go spotykałam na rogu Alei Jerozolimskich – jak przy Rotundzie, tylko naprzeciwko. Wtedy kiedy były porozklejane plakaty AK „Zapluty karzeł reakcji”. On mnie zaczepia i mówi: „Słuchaj, to ty żyjesz?”. Wtedy już nie miałam ręki, on mnie widział, jak byłam zdrowa. Mówię: „Pan mnie z kimś myli”. Miałam pecha, że stale go spotykałam, a on porządny facet był jakiś. Mówi do mnie tak: „Słuchaj, przecież ja cię… Słuchaj, widzisz jaka jest sytuacja – często pod tym plakatem żeśmy się spotykali – słuchaj, udało ci się przeżyć Powstanie. Co ty mnie mówisz, że mnie nie pamiętasz? Ja ci proszek przynosiłem, a ty mi jedzenie dawałaś. Przysięgnę, że byłaś w AL-u, będziesz miała zupełnie inne życie”. Mówię: „Pan mnie z kimś pomylił”. Widziałam go ze trzy czy cztery razy, zawsze w tym samym miejscu. On mówił do mnie per „ty”, a ja do niego „proszę pana”. On mniej więcej w moim wieku, taki prosty chłopak. Mówi: „No trudno. Nie chcesz, twoja wola, ale – powiedział – ciebie zgnoją. A tak byś miała inne życie”. – „Pan mnie z kimś pomylił”. Różnie się składało i różni było ludzie.

  • Wracając jeszcze do warunków życia codziennego, to jak wyglądały noce w Powstaniu?

To zależy. Noce więc były o tyle lżejsze, że w nocy waliła tylko artyleria – nie było nalotów. W nocy nie było nalotów na ogół, tylko była artyleria. To już było łatwiejsze. Jak mówiłam, do tego się można było przyzwyczaić. Oczywiście były urządzane wypady, czasami były zrzuty wtedy. Niestety (zrzuty) różnie było z trafianiem. Jeszcze na początku to częściej Warszawa w wielu miejscach była zajęta przez Powstańców. W miarę upływu czasu to było trudno, szczególnie że te samoloty latały na wysokości dziesięciu tysięcy metrów. Tak było trudno trafić, że bardzo wiele zrzutów trafiało do rąk niemieckich. Między innymi słynny zrzut, nalot, to już go widziałam w szpitalu. To był chyba 16 września. Pamiętam, leżąc na łóżku, widziałam tylko białe spadochrony i się cieszyłam ogromnie, bo myślałam, że Powstanie jednak jeszcze nie upadnie, że to zrzuty broni. Niestety wtedy większość zrzutów dostała się w ręce niemieckie. A tak to zrzuty były przeważnie nocą. Nocą się urządzało… Ale noce były trochę spokojniejsze ze względu na to, że nie było nalotów.
Kontynuacja nagrania przeprowadzona 18 maja 2012 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Maria Zima.

  • Wróćmy do okresu, kiedy tułała się pani po szpitalach, po operacji już, po amputacji. Bardzo proszę opowiedzieć jeszcze o tym okresie.

Zdaje się, że skończyłyśmy na tym, jak leżałam na noszach w ogrodach SARP-u i wycofywali się akowcy. Tam właśnie trwała walka i jeden z akowców podał mi, odkręcił manierkę i prosiłam go o wodę, ale okazało się, że to był spirytus. Oczy mi na wierzch wyszły, trochę na niego nakrzyczałam, ale on powiedział: „To ci najwyżej pomoże”. Nie wiem, może była to prawda. Niestety nie nastał jeszcze koniec mojej epopei szpitalnej, bo rzeczywiście akowcy się już wycofali, natomiast park zajęli Niemcy i nas sanitariuszki przeniosły do ruin szpitala oftalmicznego, który znajdował się naprzeciwko Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, i przedtem, i w tej chwili. Powiedzmy, tam był dom na wpół zburzony, leżałam, bo oczywiście jak zwykle na sienniku w jakiejś sali.
To jest taka ciekawostka, dosyć śmieszne nawet, mnie ogromnie chciało się pić – nic dziwnego, bo podobno miałam wylew krwi do płuc – i jeden z kolegów, z którym leżałam, powiedział mi w ten sposób (zachciało mi się kompotu): „Słuchaj – było oczywiście bardzo dużo much – jak policzysz te muchy na suficie, to wtedy dostaniesz kompotu”. Bardzo pracowicie to robiłam i liczyłam, ale nic z tego nie wyszło. Później Niemcy zaczęli ruiny penetrować, no i sanitariuszki wróciły po mnie, mówiąc, że są również „ukraińcy”, wobec tego jest to niebezpieczne. Znowu była historia, że lekko ranni niby mają wyjść, nie byłam w stanie się ruszyć – powiedziałam, że nie wyjdę. Ale za trzecim razem, kiedy po mnie wróciły, no to rzeczywiście zdecydowałam się na wstanie. One mnie wyprowadziły we dwie, bo to wyglądało w ten sposób, że one mnie (dosłownie) ciągnęły, trzymając mnie. Nie miałam siły. Wyszłyśmy do ogrodu sarpowskiego i tam miałyśmy zejść na dół, nie wiadomo było, gdzie i po co. Wobec tego powiedziałam: „Wszystko jedno, niech się dzieje, co chce. Muszę usiąść i odpocząć – mówię – zostawcie mnie, mogę umrzeć”. One rzeczywiście poszły kogoś ratować, kogoś innego. Siedziałam pod krzakiem i podszedł do mnie Niemiec, oficer niemiecki, i uderzył mnie w twarz. Uderzył mnie tak silnie, że się przewróciłam, ponieważ siedziałam, i powiedział: „Ty bandytko”. Oczywiście po niemiecku. Po polsku odpowiedziałam mu, bo nie chciałam mówić po niemiecku, że nie jestem żadną bandytką. Na to on mi odpowiedział: „Wy wszyscy Polacy jesteście bandyci”. I poszedł. Potem sanitariuszki wróciły znowu po mnie. Troszkę już odpoczęłam. Wtedy pod karabinami maszynowymi schodziłyśmy w dół. Jak się okazało, przez tak zwane ogrody Świętego Kazimierza doszłyśmy do dawnego Szpitala Czerwonego Krzyża na Solcu. Tam był wielki tłum rannych, jakoś nas poukładali. To była straszliwa noc w moim życiu, ze względu na potworne bóle – po operacji to było wszystko zaszyte…

  • Która to była doba po operacji?

Pierwsza doba. Pierwsza doba, tak, po operacji. Tak że nic dziwnego, bo miałam to wszystko zeszyte, tam się zgromadziła ropa. Ale jak już przeżyłam tę noc, rano kazano nam wstawać, no i znowu wychodzimy dalej. Wyprowadzono nas. Doprowadzono nas do ciężarówek. Nie wiadomo było, gdzie nas wiozą, czy na rozstrzelanie. Po prostu nic nie było wiadomo. Jakoś przy pomocy innych rannych i lekarzy wdrapałam się do ciężarówki, wtedy Niemiec, który nadzorował, zresztą mówiący po polsku dość dobrze, nadzorował, powiedzmy, załadunek… Nie wiem, jakoś ogromnie mu się nie podobałam, widocznie zbyt prowokujący, chociaż sobie nie wyobrażam tego, żebym wyglądała prowokująco – nie pozwolił mi się położyć, tylko kazał mi siedzieć, kiedy wszyscy leżeli. Ponieważ nie miałam sił, żeby siedzieć, to się stale przewracałam, no i podbiegł do tego Niemca lekarz, doktór Morawiecki, i przyniósł mi poduszkę, i dał temu Niemcowi, mówiąc, żeby mi tą poduszkę podał. Tenże mówiący dość dobrze po polsku Niemiec rzucił we mnie tą poduszką tak, że się znowu przewróciłam z pozycji siedzącej. Ale właśnie współtowarzyszki niedoli jakoś mi poduszkę podłożyły pod plecy. Podbiegła też sanitariuszka. Zawołałam z daleka: „Wody!”. Ona pobiegła, żeby przynieść mi flaszkę wody. W międzyczasie któryś z „ukraińców” rzucił w nią granatem, tak że została ranna w rękę, w łokieć. Przedtem miałam przez cały czas wyrzuty sumienia, że to przeze mnie, bo ona potem była w tym samym szpitalu. Ale na szczęście… Nie było wiadomo, czy ręka będzie władna, ale na szczęście okazało się tak, że dało się to jakoś wyleczyć. Ona przyniosła mi tę wodę. Oczywiście nie można się było zbliżyć do ciężarówki – podała wodę Niemcowi. On, na oczach nas wszystkich, stłukł tą butelkę z wodą. Ten sam, który wcześniej rzucił we mnie poduszką, ten właśnie Niemiec. Czy on był z Wehrmachtu? Trudno mi powiedzieć, byłam półprzytomna.
Potem nas wywieźli dalej. Nie wiedzieliśmy gdzie, co i jak – okazało się, że przywieźli nas do Szpitala Wolskiego, na Płockiej. Nie było to bardzo przyjemne, bo wiadomo było, że przedtem wszyscy zostali rozstrzelani. Wtedy leżałam na noszach z potwornym zresztą bólem, w holu, i zobaczyłam znajomego lekarza. No i po prostu go zawołałam. On podszedł, zobaczył mnie: „A, jesteś ranna”. I wziął mnie natychmiast na salę operacyjną. Przeciął mi szwy, no i w ogóle wtedy odżyłam, bo buchnęła ta ropa. To było 7 września. Piątego, jak wiadomo, byłam ranna.
Do 28 września leżałam w tymże szpitalu i widziałam, właśnie to widziałam wszystko, jak Niemcy metodycznie niszczyli dalej miasto. Powiedzmy, widziałam miotacze ognia, którymi oni na Woli niszczyli dom po domu. W związku z tym myślałam, że już żaden dom nie został. Myśmy tam kompletnie byli głodni, nie mieli co jeść. Dostawaliśmy kawałek chleba czarnego, mówiliśmy na to „glina”. Wszyscy mieli biegunki, bo sanitariuszki, które tam były, jakoś dotarły, no to chodziły po piwnicach i szukały jakichś zapasów. W piwnicach na ogół były pikle, ogórki, grzybki, no i tym nas mniej więcej karmiły. A myśmy jedli, bo coś trzeba było, no bo jakąś zupkę nam dawali – wszystko to było obrzydliwe. Ale ponieważ lekarze przez cały czas mówili: „Ty musisz jedno: ty musisz jeść i wstawać. No i chodzić”. Łatwo powiedzieć „wstawać”. Kiedyś dwie podeszły do mnie sanitariuszki: „No, dzisiaj musisz wstać”. Przeszłam, jak to bywa na salach w szpitalu, z jednego łóżka na drugie, naprzeciwko. Z tym że „przeszłam”, to dużo powiedziane. One mnie przeciągnęły, te dwie sanitariuszki, ja [próbowałam], opierając się na ręce. Przeszłam, usiadłam na następnym wolnym łóżku, popłakałam się, chociaż płaczliwa nie byłam, i powiedziałam: „Co z tego, że mam obie nogi, kiedy i tak chodzić nie mogę”. I taka była prawda. Byłam tak słaba, że… Szczęśliwie jakoś z powrotem mnie przyprowadziła, ale we mnie to zostało, taki lęk, że co z tego, po prostu nie mogę chodzić.
Mogę powiedzieć, lekarze nasi, większa część tych lekarzy to właśnie byli lekarze z byłego Szpitala Czerwonego Krzyża. Otaczali nas po prostu nieprawdopodobną opieką, byli wręcz fantastyczni. A ten, którego spotkałam, który mnie poznał: „Ty, »Duża«”, no to on mi też uratował życie. Bo nie było środków, ale miałam opatrunki codziennie tej buchającej ropy – i to jednak była dla mnie wielka ulga. Niestety ropiała mi również prawa pierś, nie wiadomo było, co to jest. Bo były wloty odłamków. Dowiedziałam się dużo, dużo później, bo prześwietleń nie było. Były to dwa odłamki w płucach, które mam do dzisiaj. Dwa odłamki w płucach, w prawym dolnym płucu. Bardzo się z tymi lekarzami zżyłam i czułam się jakoś bezpieczna. Poza tym wydawało mi się, że może rodziców spotkam, może jeszcze zobaczę mojego narzeczonego. Kiedy był pierwszy transport do szpitala, do Milanówka, nie chciałam jechać, absolutnie. Wtedy przyszedł jeden z lekarzy, doktór Królikowski, który też już niestety nie żyje – to był tak zwany chirurg miękki, ale wtedy wszyscy wszystkim się zajmowali, nie ortopeda – powiedział: „Słuchaj, musisz jechać, koniecznie. My przyjedziemy, jak będzie tylko możliwe. Ale czy będzie następny transport, to my nie wiemy. Natomiast jesteś w takim stanie, że to jest jedyny ratunek, żebyś się dostała do innego szpitala”. Rzeczywiście nas ewakuowali wtedy. To wyglądało w ten sposób, że Niemcy zorganizowali jakieś wozy drabiniaste i tak dalej. Na takim wozie drabiniastym położono nosze i tak jechałam. Tutaj w absolutne zdumienie wprowadziło mnie to, jak we Włochach pod Warszawą zobaczyłam firanki w oknach. Że w ogóle jak to? Że gdzieś może być jeszcze normalne życie. Wtedy właśnie we Włochach, to pamiętam, podszedł do wozu jakiś stary Niemiec – ten to już pamiętam, że był z Wehrmachtu – i zostawił mi jabłko. Tak że to był jakiś odruch ludzki.
Potem wozem drabiniastym, może on drabiniasty zupełnie nie był, zostałam dowieziona do Opaczy i w Opaczy wstawiono mnie już do kolejki EKD, bo tak się kiedyś… która w tej chwili nazywa się WKD. Wtedy była EKD, Elektryczne Koleje Dojazdowe. Ale jak mnie ustawiono? Ustawiono mi nosze w poprzek pociągu, powiedzmy miedzy oknami, tak że… Powiem szczerze, strasznie się bałam, bo jak kolejka hamowała ostro, to się nie mogłam przytrzymać, bałam się, że po prostu wylecę przez to okno. Jakoś się trzymałam. Wylądowaliśmy, jeśli tak można powiedzieć, dojechaliśmy raczej do stacji kolejki EKD w Milanówku, no i tam nas położyli po prostu na peronach. Tutaj moje angielskie, panieńskie nazwisko raz w życiu mi się przydało, bo chodziły sanitariuszki wolontariuszki i pytały o personalia wszystkich. Też miałam akurat szczęście, bo może nie do wszystkich podchodziły od razu, a do mnie podeszła jakaś, no i spytała, jak się nazywam, co, gdzie i jak. Zainteresowało ją moje nazwisko. Potem oczywiście, ponieważ Milanówek żył transportami Powstańców z Warszawy, więc kiedy ona przyszła do biura, bo gdzieś tam pracowała, zaczęła o tym mówić. Koleżanka mojej siostry ciotecznej usłyszała nazwisko. Z kolei moi rodzice byli wtedy u mojej ciotki, czyli rodzonej siostry mojego ojca. Po wyrzuceniu z Warszawy byli najpierw w Szymanowie, ale ponieważ byli to starsi ludzie, więc potem byli jakoś… na jakiś czas się zatrzymali w Żyrardowie, a potem dalej zostali przerzuceni na wieś. Ona mówiła właśnie… jakoś nie wiem. Ponieważ zawsze byłam dosyć pogodna i uśmiechnięta i to zawsze wzbudzało ogromne zainteresowanie, wręcz zdumienie, że tak ciężko ranna i… Ona opowiedziała, właśnie ta wolontariuszka, w pracy i usłyszała koleżanka mojej siostry ciotecznej, i powiedziała jej. W ten sposób na drugi dzień po moim przyjeździe do szpitala w Milanówku był u mnie tatuś. A żeby było jeszcze dziwniej, 29 września były imieniny mojego taty. To znaczy mój tata miał na imię Edwin, ale drugie imię miał Michał. Ponieważ Edwin to takie… Nie wiem, czy jest w ogóle święty Edwin. A mój brat z kolei był Wacław, więc zawsze obchodzili razem. To właśnie w dzień imienin mojego taty zostałam przywieziona do Milanówka i 30 września był już u mnie Edwin, tatuś. Wtedy już się skontaktowałam z rodziną. Przedtem dostałam wiadomość, że będzie, no i było ogromne zainteresowanie moich koleżanek ze szpitala: „Słuchaj, czy tata wie, że straciłaś rękę? Bo jak rodzice przyjadą, to może będzie zbyt wielki szok”. Też miałam kłopoty, ale okazuje się, że wiedzieli o tym. A ponieważ poprzednie wiadomości były takie, że ja nie żyję… A ponieważ jak mówiłam, oddałam legitymację akowską, ktoś mógł znaleźć, wszystko było możliwe, a plotki były takie, że ja nie żyję, a mój narzeczony się powiesił – niesamowite historie. Zresztą na szczęście wszystko to było nieprawdą.
Tamże w tym szpitalu, w Milanówku, leżałam do 4 grudnia i dokładnie pamiętam, bo to było Barbary. 4 grudnia tato mnie zabrał i już wtedy byłam na tyle na chodzie, żeśmy właśnie… Przeszłam do… chyba do Sochaczewa, na piechotę z tatą. Pamiętam, myśmy po śniegu brnęli. Już dojechałam pociągiem do Łodzi, a rodzice byli przez Niemców skierowani, bo tak Niemcy kierowali starsze osoby, gdzieś tam do chłopów na wieś, do Katarzynowa. Nie wiem, to już w tej chwili jest włączone do Łowicza, to było dwa kilometry za Łowiczem. Byłam już tam, powiedzmy, do wyzwolenia. Do wyzwolenia, jak to się wtedy mówiło. Wojska polskiego nie widziałam, natomiast przyszli Rosjanie – nawet nocowali. To był malusieńki pokoik, w którym rodzice mieli dwa łóżka, takie małe, że tata spał na podłodze.
Wiedzieliśmy, że Warszawa już jest wolna i tatuś zaraz poszedł po tym, oczywiście ja się nie nadawałam, bo przez cały czas lała mi się ropa z ręki, nie byłam przecież wyleczona. Opatrunki sobie robiłam jeszcze do kwietnia następnego roku, już sama. No bo tak było. Powiedziałam, że to szczęście, jak wszyscy twierdzili, że żyję. Mogę tylko powiedzieć, że jak tata wrócił do Warszawy, powiedział, że oczywiście mieszkanie jest zniszczone, nic nie ma – mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Z tym że jak rodzice wychodzili z Warszawy, to po prostu mieszkanie zostało, czyli potem zbombardowali, prawda? Zniszczyli całe schody, tak że właściwie tata jakoś na czworakach wszedł, zobaczył. Bardzo chciałam, jak potem wróciłam do Warszawy, dojść, ale niestety po tych schodach… Miałam tylko nogi i jedną rękę do dyspozycji, to już mi się nie udało. Aczkolwiek wiele lat później dowiedziałam się, że przez schody tak zwane kuchenne można było przejść, bo kolega przeszedł. Ale tego nie wiedziałam. To był końcowy etap, z tym że 2 lutego – chciałam strasznie jednak wrócić do Warszawy, zobaczyć, dowiedzieć się, co jest z, jak to się teraz mówi, chłopakiem, narzeczonym. Też nie było o nim żadnych wiadomości.
Pamiętam, że przyjechaliśmy wtedy do… Do Skierniewic dojechałam z moim tatą i z moją bratową, bo mamusia była osobą bardzo słabą, tak że nie było mowy, żeby ona przeszła, tylko jak będzie lepsza komunikacja. W Skierniewicach żeśmy utknęli, bo dalej pociąg nie szedł. Co będzie, jak będzie szedł? To się okaże. Przespałam się tam – znalazło się cudowne miejsce w kredensie, przez uchylone drzwi – i tam spałam. Co chwila ktoś otwierał i zamykał i tam jakoś przespałyśmy dzień i noc bodajże. Potem pojawił się jakiś pociąg, który dojechał do Pruszkowa. Z Pruszkowa szliśmy już na piechotę do Warszawy. Oczywiście tłum, ogromny tłum ludzi, przez całą Grójecką wszyscy, z tym że większość tych, którzy szli – przynajmniej w niedalekiej odległości ode mnie – ci wszyscy ludzie płakali. Natomiast byłam jedyną osobą, która się dziwiła, która przez cały czas mówiła: „Boże, jak to jest możliwe, że tutaj tyle tych domów stoi”. Bo jak miałam doświadczenia, widziałam jak Niemcy (Wola) niszczyli dom po domu przy pomocy miotaczy ognia, to po prostu wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby jakiśkolwiek dom został. Oni też musieli gdzieś mieszkać i rzeczywiście na Grójeckiej sporo domów zostało. Tak dotarłam do naszego byłego domu. Jak już wiadomo, na górę się nie dostałam. Z tego dom, który się w całości zachował na ulicy Radnej, gdzie przedtem mieszkałam, to był, o dziwo, dom z numerem trzynastym. Tam przyjechali z wygnania, jak się też mówiło, moi teściowie. O czym już wiedział mój tata, bo się z nimi spotkał, że będziemy mogli przynajmniej gdzieś tam w jednym pokoju przenocować, bo to było zupełnie powszechne, że kto przychodził, to się kładł na podłogę, a jeżeli było gdzieś…

  • Z tym że państwo jeszcze wtedy byliście narzeczeństwem?

Tak. Weszłam oczywiście do mieszkania, nagle słyszę głos, głos z góry. Głos słychać, osoby nie widać. Tu więc witana przez moich późniejszych teściów (wszyscy się cieszyli), przez jakichś znajomych, którzy już się tam pozbierali, bo to było pewnie południe, nagle słyszę, patrzę i co widzę? Na szafie leży mój narzeczony, Edward, który – okazuje się…

  • A jak nazwisko?

Żbikowski. Okazało się potem, dlatego nie było żadnej wiadomości, bo on jeszcze walczył na Czerniakowie. Jak się Powiśle poddało, był w Śródmieściu, potem na Czerniakowie, ranny przepłynął Wisłę, no i tam z dumą wyszedł na prawy brzeg Wisły, na Pradze, i powiedział: „A kto acz?”. – „My jesteśmy Powstańcy warszawscy” Wobec tego natychmiast się zamknęli. Tak to się skończyło. Ale żeby tą opowieść zakończyć optymistycznie, bo rzeczywiście tak było, oni dwaj przepłynęli, no i przyszedł do nich polski żołnierz, który powiedział: „Słuchajcie, wy musicie uciekać, bo was wywiozą, bo pojedziecie na Sybir”. A oni odpowiedzieli: „Słuchaj, my nie możemy uciekać, bo wtedy ty pojedziesz na Sybir”. – „To wy mi dajcie w głowę, ale nie za mocno, żebym był kryty, i uciekajcie”. I tak było. Różne były dalej perypetie, ale to już nie będę o tym mówiła. Dość, że mój późniejszy mąż… Edward zresztą też był ciężko ranny, bo dostał w prawą rękę, z tym że dostał w splot barkowy, czyli miał prawą rękę zupełnie bezwładną, a żył tylko dlatego, że jakoś… jak się okazało, anomalie, bo powinien nie żyć… W krtań czy w kręgosłup był… Jakaś anomalia, bo pewne odchylenie. Tylko dlatego powinien nie żyć. On właśnie był w szpitalu na Otwocku, gdzie się zetknął z wieloma ludźmi, z Batalionem „Zośka”, między innymi z Jankiem Rodowiczem, z Bogdanem Celińskim, ze Stanisławem Krupą, Witkiem Morawskim, no i jeszcze paroma innymi. W każdym razie wszędzieśmy się spotykali z ogromną pomocą społeczeństwa. Rzeczywiście to, co już chyba kiedyś mówiłam, to jest ta sprawa, że szokiem też dla mnie i dla tych wszystkich rannych z Warszawy to było to, że w Milanówku za te pieniądze, które w Warszawie były nic nie warte, za te pieniądze znowu można było kupić chleb. W tej chwili, kiedy byłam w szpitalu w Milanówku, to rzeczywiście jedzenie było bardzo kiepskie, bo to znowu nas Niemcy żywili, ale wtedy już była jakaś pomoc dożywiania z funduszów akowskich. Bo byli przecież i cywilni, i tak dalej. Tam już doznałam tejże pomocy jakiejś.
  • Zanim przejdziemy do pani losów powojennych, chciałabym jeszcze zapytać, o kwestie życia codziennego… Bo już mówiliśmy o jedzeniu, o noclegach, a jak było na przykład z ubiorem?

Z ubiorem, z ubiorem to… Myśmy mieli jakieś w domu rzeczy, przedwojenne… Normalnie przed wojną to przecież moja mamusia, moja siostra miała krawcową i wobec tego tam nieustannie, w czasie okupacji to się przerabiało. Chciałyśmy być modne, jakoś wyglądać i rzeczywiście ulica wyglądała bardzo dobrze, że tak powiem. Nie było widać biedy. Znaczy nie widać w ubiorze, że w ubiorze, w jakimś… Staraliśmy się w tym nienormalnym świecie żyć względnie normalnie. Wiadomo, nie było radia, nie było telewizji, była godzina policyjna, która w różnych okresach była różna. Bo była, powiedzmy, o dwudziestej drugiej, ale była i o dwudziestej. A po słynnej akcji na miliony, tak mi się wydaje, tego nie jestem pewna, ale chyba tak, bo to było lato – to chyba w ogóle była o osiemnastej, już jako represja. Myśmy siedzieli w domu oczywiście, no i wtedy jednak… Masę osób w każdym razie miało telefony w Warszawie. Wiem, że do mnie dzwonili koledzy, jeden na przykład miał znakomite płyty przedwojenne jazzowe, to siedziałam przy telefonie, a on mi puszczał płyty. Pamiętam potem, że mówiono do moich rodziców: „Co się u was dzieje, że się do was dodzwonić nie można?”. Spotykaliśmy się, czy w momencie kiedy były jakieś imieniny, urodziny – spotykaliśmy się. Jadło się to, co się miało. Robiło się jakieś miednice, dosłownie miednice, sałatki jakiejś jarzynowej, która była bardzo uproszczona, bo kiedyś do sałatki jarzynowej to się dodawało jajka i grzybki, i Bóg nie wie co. A tutaj, co było pod ręką, z jakimś majonezem. Wiadomo, ponieważ była godzina policyjna, to zwykle były całonocne spotkania, gdzie się gadało, gdzieśmy mówili, myśleli, jaka to będzie Polska, jak zwyciężymy. Z tym że nie były to nigdy rozmowy, bym powiedziała, polityczne. Nie, to były rozmowy takie, jak to będzie pięknie, jak to będzie cudnie i że kiedyś będziemy wolni, może to już na najbliższą wiosnę. „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej” – tak się mówiło. Albo: „Czy Anders do nas na białym koniu przyjedzie”. Oczywiście w czasie okupacji było masę wróżb różnych, przepowiedni i wszyscy się tym pocieszali niesłychanie, że a to w przepowiedni takiej i takiej, że to już jest ostatni rok okupacji. Myśmy szalenie dużo czytali, bardzo dużo.

  • Czy miała pani w okresie Powstania dostęp do jakiejś prasy podziemnej?

Ale oczywiście, nawet sama je nosiłam. Nawet sama ją nosiłam. Powiedzmy, biegłam po opatrunki… Poza tym, co było genialnym pomysłem właśnie w czasie Powstania? To było wybicie w piwnicach dziur. To jest tak, że były takie… Czasami można było przejść przez dwie ulice, w ogóle szło się tylko piwnicami. Było to przede wszystkim bezpieczniejsze, po drodze mogło… dom mógł być zbombardowany, to mogło. Mnie też kiedyś przysypało, ale jak widać, żyję, ale to jest co innego. Oczywiście prasa podziemna była dla nas niesłychanie ważna. Przecież myśmy nie wiedzieli, co się dzieje w poszczególnych dzielnicach. Prasa podziemna była niesłychanie ważna, niesłychanie. Rzeczywiście ona przechodziła z rąk do rak, bo myśmy natychmiast, jak myśmy przeczytali, to to szło dalej. Też mówię, że roznosiłam i to po prostu przechodząc przez piwnice, idąc po opatrunki, no to wszyscy pytali, wołali, co się dzieje. Bo ci ludzie siedzieli w piwnicach, zupełnie nic nie wiedzieli. Pytali nie tylko mnie, koleżanki, kolegów: „Powiedzcie, co jest?”.

  • Pamięta pani jakieś tytuły tej prasy?

„Biuletyn Informacyjny” przede wszystkim, oczywiście, to była podstawa – „Biuletyn Informacyjny”. Myślałam, że chodzi konkretnie o artykuły z tej… Nie, to oczywiście…

  • A oprócz „Biuletynu Informacyjnego” jeszcze coś?

Były inne, tak, ale ten był podstawowy. Poza tym myśmy uważali, że ten jest absolutnie prawdziwy i to jest z pełnym zaufaniem – przecież działał przez cały czas. Akcje, jak było w czasie okupacji… Słynna akcja, kiedy do mikrofonów się podłączyła… do mikrofonu, bo trudno powiedzieć, trudno to sobie wyobrazić, ale mikrofony były… Głośniki, przepraszam, nie mikrofony, głośniki były na ulicach. Między innymi właśnie na Krakowskim Przedmieściu, w okolicach kościoła Świętej Anny, tutaj niedaleko Miodowej – też były głośniki, przez które stale ryczały marsze niemieckie. A tak już najbardziej przez nas znienawidzony to był, jak Niemcy śpiewali Haili, hailo i Rosamunde była tak samo często grana. Tam się podłączyła organizacja – mówię skrótowo, wiadomo, o co chodzi – i wtedy podano prawdziwe informacje. Ludzie stanęli jak wryci na ulicy. Akurat byłam wtedy na Krakowskim i też podano prawdziwe informacje z frontu. Poza tym była straszliwa gadzinówka, „Nowy Kurier Warszawski”, gdzie Polacy nauczyli się czytać między wierszami. Na przykład jak się mówiło, że Niemcy – potem to weszło jakoś w powiedzenie, w dowcip – wycofali się na z góry upatrzone pozycje, to nie było, że po prostu cofają się. To wszystko było zakamuflowane, a potem myśmy się śmieli: „Niemcy wycofali się na z góry upatrzone pozycje”. To znaczy, że dostali lanie, znowu. Jak mówię, dużo my czytali.

  • Czyli państwo też rozmawiali o tych artykułach między sobą, o tym, jakie informacje docierają?

Ale oczywiście, oczywiście. Każda informacja była na wagę złota. Łącznik pobiegł gdzieś, kogoś spotkał, jak tamten przyszedł z innej dzielnicy – przecież łącznicy ze Starego Miasta przychodzili, chodziły dziewczyny kanałami. Też mówiły, jak tam to wygląda. Tak że te informacje bardzo szybko się przedostawały. To wszystko było zadziwiające, że mimo tego one się przedostawały i one szły tak zwaną pocztą pantoflową dalej. Tak że to było bardzo, pod tym względem, że tak powiem, zorganizowane jakoś. A poza tym, właśnie mówię, kiedyś była słynna historia, chyba na jakieś imieniny, do mnie szedł kolega ze swoją narzeczoną – piękni byli oboje, ale to nieistotne – i szli Oboźną w dół. To był najgorszy moment, zaraz jak się zaczynała godzina policyjna. Zawiozła ich gdzieś komunikacja, w ogóle niemieckiego nie znali, no rozpacz, co zrobić? On wpadł na pomysł i zaczął udawać pijanego. Jedyna rzecz, jaką w ogóle gdzieś tam słyszał, jakąś niemiecką piosenkę ze słowami: Die Tante Emilia, czyli ciocia Emilia. On się zaczął drzeć w niebogłosy, tylko: Die Tante Emilia, a jego narzeczona okładała go po głowie, wrzeszcząc na niego. Szedł patrol niemiecki, no i po prostu zaczęli się zaśmiewać, zaśmiewać z tego, i w ogóle nie legitymowali. A byłaby wpadka poważna, tak że to nigdy nie wiadomo.
Kiedyś niosłam meldunki, w czasie okupacji, i też byłam zamyślona, szłam jakoś – meldunki, nie tylko – bardziej patrzyłam pod nogi. W pewnym momencie, dosłownie, ja wiem, może w odległości metra, zobaczyłam patrol niemiecki. Na Nowym Świecie to było, prawie dochodząc do pomnika Kopernika. Myślę sobie: jak się cofnę, to będzie… Wobec tego poszłam prosto na nich. Oni byli tak zaskoczeni, że się odsunęli. Odsunęli, a ja poszłam dalej. Miałam wielką ochotę uciekać, ale nie było wyjścia, jak to się mówi. Refleks trzeba było mieć.
Poza tym wracając jeszcze do pomocy, pomocy w czasie okupacji. Przecież w czasie łapanki to ludzie wpadali do pierwszego lepszego domu – w jednych drzwiach nikogo nie zastali, w jednych drzwiach im nie otwarto, w innych tak. Wobec tego, gdzie otwarto, wpadali. Pamiętam, był taki przypadek, że jeden z kolegów wpadł i to była dentystka. Ona go rzuciła od razu na szczęście na fotel, no i Niemcy za chwilę… bo Niemcy wpadali oczywiście też do domu, bo też na tyle byli mądrzy, że czasami można było ich zaskoczyć bardzo. I wpadali. I do niej wpadli. A ona akurat znała niemiecki i zaczęła na nich krzyczeć. To jest metoda – była, w każdym razie – zarówno na Niemców, jak i na bolszewików. Ona zaczęła krzyczeć, że jej w pracy przeszkadzają, że czego oni chcą. I oni się wynieśli. Tak że refleks bardzo, bardzo pomagał. A w innych sytuacjach… W każdym razie ludzie ratowali się, jak mogli, prawda. Ludność cywilna, tak zwana cywilna, nie wiadomo, czy ona też była zaangażowana, czy nie. O to nikt nie pytał. Zasada była taka: im mniej się wiedziało, tym lepiej. Zasadnicza rzecz: im mniej wiesz, tym lepiej. Znaczy oczywiście o konspiracji i o innych ludziach. A tak myśmy naprawdę bardzo nad sobą pracowali, w sensie takim… To były rozmowy twórcze, rozmawiało się o przeczytanych książkach, wymieniało się swoje poglądy. Oczywiście, ktoś sobie przypominał, ktoś opowiadał historie jakieś ciekawe, rodzinne. Czyiś rodzice wyjeżdżali za granicę kiedyś. To się o tym wszystkim mówiło. Podstawa była taka, że w przyszłości mamy przydać się Polsce, więc mamy wiedzieć jak najwięcej – i nie tylko dla siebie, ale dlatego, że możemy być potrzebni.

  • Wracając jeszcze do warunków życia codziennego, to jak wyglądały kwestie higieny? Miała pani dostęp do bieżącej wody?

Jeżeli chodzi o okupację, to…

  • Już o Powstanie.

To już chyba mówiłam, że moje dwa marzenia w czasie Powstania…

  • Wspominała pani, że chciała się pani umyć i wyspać.

I wyspać. Tak, tak. To już mówiłam akurat na początku, że właśnie ogromne były kłopoty z umyciem się. Człowiek chodził właściwie stale brudny, bo to stale gdzieś – a to się dom zwalił, a coś. No to kurz był. Starał się człowiek ręce umyć, marzyło się o tym, a upały przecież były ogromne. Było bardzo gorąco. I to jest to – były upały. Pierwsze trzy czy cztery dni Powstania, bo w dzień wybuchu Powstania było piękne słońce i była bardzo piękna pogoda, ale wieczorem zaczęło lać. Potem przez kilka dni był straszliwy deszcz, a potem była pogoda fantastyczna. Było gorąco, tak samo gorąco jak we wrześniu 1939 roku, gdzie też były potworne upały. To była idealna pogoda dla samolotów. Wtedy żeśmy prosili Boga o deszcz. Jakoś to nam nie wyszło. Bieda, najgorsza bieda, straszliwa – różnie się działo w czasie okupacji – ale to była zima 1939–1940 rok i w ogóle 1940 rok. Bo myśmy się znaleźli w takiej sytuacji, że nikt nie wiedział, co robić. Pamiętam, że w 1939 roku, przede wszystkim w zimie, trochę węgla było, ale niewiele, szyby były wszystkie wybite – przynajmniej w moim mieszkaniu i w wielu mieszkaniach – nie było ani pieniędzy, ani szkła, wobec tego były pozabijane dyktą i były tylko takie maleńkie lufciki, które były oszklone. W mieszkaniach tych więc było i zimno, i ciemno. Nie było… Zresztą tak byłam nauczona w domu, że chleba nigdy się nie wyrzuca. Chleb się moczy, karmi się kogoś, nie wyrzuca się chleba. Zawsze chleb się szanowało. Zresztą Norwid pisał o tym, że: „Jestem z kraju, gdzie kruszynę chleba podnosi się, jeżeli upadnie na podłogę”. Do dzisiaj jak patrzę, jak ludzie wyrzucają chleb, to mnie po prostu rzuca do góry, bo to jest po prostu niemożliwe. Pamiętam, że w 1939 roku z mąki, co była w domu, bo rodzice nie robili specjalnych zapasów, tyle co potrzeba – zawsze parę kilo czegoś tam było – mamusia piekła, sama piekła chleb. Ten chleb był pyszny i był wydzielany. Wtedy byłam naprawdę, naprawdę głodna. Marzyłam o chlebie. Poza tym kluski, zamiast chleba to się kluski z mąki robiło jakoś też.
Tak że najcięższy chyba to był 1940 rok, bo myśmy się wszyscy prawie nie potrafili znaleźć. Potem wszyscy zaczęli handlować dookoła, czym się dało. Jedni handlowali, drudzy kupowali i dalej sprzedawali i jakoś się w ten sposób żyło. Znana była historia, śmieję się, że nawet koledzy w konspiracji robili bimber, żeby go sprzedawać, a te pieniądze szły na organizację. Tak że tak też było. Mówiłam, że moje pierwsze zarobione pieniądze to [jak] dostawałam w komis drewniaki. Chodziło się w drewniakach, wszyscy chodzili… znaczy kobiety chodziły wszystkie w drewniakach. One miały łamane podeszwy, na ogół były… w lecie oczywiście, bo w zimie chodziło się w kierpcach. Kierpce to były takie wysokie buty, które miały skórzane podeszwy i skórzane nałożenie na palce, i skórzane zapięcia, a reszta była zrobiona z wojłoku. To rzeczywiście myśmy… Wszystkie kobiety tak chodziły, bo każdy marzył o tym, no bo było zimno. Jakoś właśnie usiłował zarobić na to, żeby sobie to kupić. Natomiast w lecie kobiety chodziły w drewniakach, które były nawet całkiem ładnie zrobione, gdzie często wierzchy były ze skóry i przybijane gwoździami z boku. To była przedziwna moda. W zimie chodziło się na przykład – zimy były ostre – chodziło się w turbanach, które były wiązane z szalików albo wiązane i zeszyte. Tak że każdy myślał, żeby jakoś wyglądać i jakoś się ubrać. A później? Później wszyscy handlowali, to coś tam żeby… Bo przecież Niemcy nam dawali, tak zwane były kartki przecież, ale to w ogóle było bardzo mało. Słynny szmugiel warszawski, ale to przecież było dużo, dużo droższe, więc na to, żeby sobie kupić kawałek masła czy kawałek jakiegoś mięsa, to na to trzeba było w jakiś sposób zarobić.
  • Proszę powiedzieć, z okresu, zanim została pani ranna, oczywiście już z okresu Powstania, czy ma pani jakieś miłe wspomnienia?

Mam. Mam miłe, bo przede wszystkim to, od początku to, że czuliśmy się wolni. To jest fantastyczne. Czuliśmy się wolni, cieszyliśmy się. Uważaliśmy, w każdym razie na początku, że oczywiście zwyciężymy, że będzie pomoc, tutaj przyjdą Anglicy, Amerykanie, nasze wojsko – pomogą nam, pomogą nam. A my sami tutaj wierzyliśmy, że Rosjanie nam pomogą, bo przecież stali tutaj. Nie wiem, czy mówiłam na początku o tym, że przecież oni zrzucali ulotki, ulotki zachęcające do Powstania. Dziwne. Mnie o tych ulotkach mówiono, w czasie Powstania ich nie widziałam, ale właśnie mówili mi o tym koledzy, którzy widzieli. A taką ulotkę po raz pierwszy zobaczyłam bodajże trzy czy cztery lata temu na wystawie, która była na Żoliborzu w bibliotece, i to był oryginał ulotki. A naprawdę wierzyliśmy… Poza tym takie moje wspomnienie, nigdy tego nie zapomnę i ci, którzy widzieli – obojętnie, czy to byli późni żołnierze, czy to konspiratorzy, jak się wtedy mówiło – pod koniec lipca, kiedy myśmy widzieli, że armia radziecka się zbliża i widzieliśmy uciekających Niemców… Widziałam ich na moście Poniatowskiego, bo oni przez most Poniatowskiego szli. Niemcy, którzy zawsze tacy byli wymuskani, to szli jak takie łajzy. Wozy były, w których wieźli plecaki, i oni tacy, tak jak to żołnierz frontowy, ale takie uciekające wojsko. To tak wyglądało, że to już jest koniec, że oni rzeczywiście uciekają. To też była jedna z radości, bo przecież początkowo miało wcześniej wybuchnąć Powstanie.
A w czasie Powstania było wiele [miłych momentów]. Przecież zdobycie „Kubusia” na Powiślu – Boże, jakaż to była wielka radość, jakaż to była wielka radość. Po prostu cieszyliśmy się każdym sukcesem. Niejednokrotnie te wiadomości się nie potwierdzały – a to poczta zdobyta, a to to. Różne, niektóre się potwierdzały, niektóre nie. Ale to były ogromne wybuchy szalonej radości. A poza tym to, co mówiłam – koleżeństwo, cudowne koleżeństwo. Właśnie takie rzeczy codzienne, które mi w tej chwili trudno powiedzieć. Żeśmy się dzielili kawałkiem chleba. Tak że powodów do radości było mnóstwo, naprawdę mnóstwo. Mimo wszystko wspominamy miło, mimo całej tragedii, wspominamy to jako cudowne dni, wspaniałe dni. Oczywiście koniec Powstania to była tragedia.

  • Gdyby pani jeszcze mogła opowiedzieć o tym, czy uczestniczyła w jakichś formach życia religijnego podczas Powstania?

Często były msze po prostu, msze polowe, na które prawie wszyscy chodziliśmy, ci którzy mogli oczywiście. Zawsze wielkim przeżyciem było zakończenie mszy, kiedy śpiewaliśmy „Boże, coś Polskę”. Wiem, że zawsze płakałam, do dzisiaj mam łzy w oczach, kiedy… Bardzo… Oczywiście były i śluby w tym czasie, to zupełnie normalne. Było w jakimś sensie normalne życie. Niestety pogrzebów było bardzo dużo, ale tak było. Życie religijne bardzo nam pomagało wtedy.

  • Widziała pani zrzuty?

Tak. Zrzuty widziałam jeszcze wtedy, kiedy byłam, że tak powiem, zdrowa. To widziałam zrzuty na Powiślu. Na Wybrzeżu Kościuszkowskim to dochodziło nieraz do bitew, bo i Niemcy chcieli te zrzuty przejąć, ale szczęśliwie wtedy udawało nam się zawsze zrzuty przejąć. Natomiast później, to już widziałam ze szpitala, tylko kiedy leżałam ranna, ze szpitala na Płockiej, kiedy był tam ogromny zrzut. Nie pamiętam, mnie się wydawało, że to było 16 września, ale to zdaje się jest inna data, to było 14 czy kiedyś. Ogromny zrzut taki. Ten się, niestety – broni i żywności – ten się prawie w całości dostał w ręce Niemców. To już Warszawa była, to już była połowa września, to ośrodki które walczyły, to jeszcze było rzeczywiście… Jedna ulica, druga to już było bardzo ciężko trafić, a oni przecież z ogromnej wysokości to zrzucali.

  • Jakie jest pani najgorsze i najlepsze wspomnienie z Powstania?

Najlepsze wspomnienia to mam w ogóle, można powiedzieć, z całego Powstania. Cudowne. Koleżeńskość i to wszystko… Wolność. Wolność, wolność i… Myśmy opowiadali też dowcipy, żeby jakoś… staraliśmy się pewne rzeczy bagatelizować po prostu. Atmosfera była absolutnie znakomita. Najgorsza – nawet nie wiem, czy sam moment zranienia. Chyba najgorszy to był ten moment, jak mówiłam na początku, kiedy mnie nieśli koledzy, na noszach mnie nieśli, i mnie się wydawało, że umieram. To było takie wrażenie, że odpływa mi krew od serca. Potem już wiedziałam, że będę żyła, że muszę żyć, no i już nigdy do tego tak tragicznie nie podchodziłam.

  • A jeśli chodzi o takie wydarzenie, które najbardziej się pani utrwaliło w pamięci z tego okresu?

Z okresu Powstania?

  • Tak. Czy to będzie dla pani właśnie moment, kiedy została pani ranna, czy zupełnie coś innego?

Właśnie tak, jak mówiłam o jednym z chłopców, którym się opiekowałam, normalnie, jako sanitariuszka, ale tak czułam, że on mnie bardzo potrzebuje. Miałam długi czas wyrzuty sumienia, że odeszłam i on wtedy umarł. To było dla mnie ogromnym wyrzutem sumienia. Może niesłusznym, ale bardzo to przeżyłam. To tak przeżyłam, że to lata całe za mną… wracało w mojej pamięci.

  • Wspomniała pani, że wróciliście państwo do Warszawy i opowiadała pani, że cieszyła się, że cokolwiek tutaj zostało. Ale ten widok Warszawy po wojnie tak naprawdę jak pani by określiła?

Nie. Przede wszystkim Warszawa momentalnie zaczęła żyć, to było coś fantastycznego. Warszawa natychmiast zaczęła żyć. Momentalnie się zorganizowali, powiedzmy, ludzie, transport, samochody, ciężarówki, które jeździły na Pragę i ze wspaniałym, polskim, praskim akcentem wołali: „Na Pragie, na Pragie – jeszcze dwie damy, bo odjeżdżamy”. Po schodach, a jak nie, to wnosili – to jest jedna rzecz. Momentalnie się pokazały przekupki, które sprzedawały pyzy, Bóg nie wie co – natychmiast. Powiedzmy napisy, napisy gdzieś: „Manicure, pedicure”. – po prostu przedziwne. Fryzjer, wszystko. Fantastyczna rzecz jeszcze jedna, kartki na bramach na przykład. Ktoś, kto wrócił do Warszawy, pisał: „Wróciłem tu. Janek, co z tobą? Jestem tu i tu”. Informacje. Po prostu Warszawa żyła. I też to, że wszyscy sobie szalenie pomagali.

  • Powiedziała pani, że jak wróciliście, to zamieszkaliście u pani teściów. A proszę powiedzieć, kiedy państwo się pobrali?

Bardzo późno, niestety, bo tak się ułożyło, że początkowo byliśmy bardzo związani, potem był taki okres, że żeśmy się rozstali, no i potem znowu żeśmy z powrotem wrócili, że tak powiem, do siebie. Niestety akurat potem, kilka miesięcy później, mój narzeczony został aresztowany, czyli 13 stycznia 1949 roku.

  • Rozumiem, że miało to związek z jego przeszłością?

Oczywiście, tak, tak. Z jego przeszłością i właśnie serdeczną przyjaźnią i bliskością z całą grupą „Zośki”, bo zresztą Edward, mój późniejszy mąż, w zasadzie był w konspiracji w Batalionie „Czata” – tam nie dotarł, dopiero później był, wtedy kiedy był na Czerniakowie, to już był w tym oddziale. Potem tak jakoś się… Potem były bardzo częste kontakty z dużą grupą „Zośki”, bardzośmy się wszyscy jakoś zżyli. Tak że jak były ekshumacje, które były ogromną przecież, bardzo ważną rzeczą i przecież były ekshumacje poległych kolegów, to były przeprowadzone przez żyjących kolegów, którzy wiedzieli. Właśnie wtedy, jak były ekshumacje „zośkowców”, no to oni nocowali z kolei u mnie, bo myśmy przez jakiś czas mieszkali właśnie u teściów – tam też w stróżówce ocalałej w moim domu, w moim byłym domu. Potem tata dostał mieszkanie na ulicy Ludnej 4, wspaniałe, piękne mieszkanie, tam gdzie jest poczta. Niestety, to mieszkanie utracili rodzice przeze mnie, dlatego że właśnie tam byliśmy właściwie codziennie, w nocy albo rewizje, albo przychodziło NKWD, albo nasi dla odmiany, bo właśnie tam nocowali z ich ekshumacji… Ponieważ to było duże mieszkanie trzypokojowe, to jak wracali z ekshumacji koledzy „zośkowcy”, nocowali, czy na podłodze, czy gdzie tam (to nie było istotne, prawda), czy na jednym łóżku. To było tak dalece nie do wytrzymania… Oczywiście jeszcze aresztowali „Radosława”, to było jego pierwsze aresztowanie, i że właściwie nie było wiadomo, kiedy mnie aresztują – nic nie wiadomo było. Taka była sytuacja, że tatuś złożył podanie, żeby go przenieśli do Łodzi, no i rzeczywiście tatuś dostał mieszkanie w Łodzi. Potem było ujawnianie – ja się ujawniłam, mój mąż, koledzy wszyscy. Ci, którzy przeprowadzali ekshumację, wszyscy się ujawniali, no i się okazało, że może jednak z Warszawy uciekać nie trzeba. Ale to mieszkanie przydzielili komu innemu dla odmiany, no i potem sytuacja się taka wytworzyła, że rodzice byli tam, a ja tu – kątem z kolei mieszkałam. A potem, jak już mówiłam, było aresztowanie. Ale przedtem myśmy się kontaktowali z zaprzyjaźnioną całą grupą „zośkowców”, między innymi Jankiem „Anodą” tak samo. Poza tym to byli wszystko ludzie, którzy byli ranni – wszyscy się… Pomogłam przy tworzeniu Sekcji Akademickiej przy Związku Inwalidów. To też kwestia przypadku była. Spotkał mnie na ulicy lekarz, który mnie operował, zobaczył, że chodzę bez protezy, i na mnie nakrzyczał. Powiedział, że mam do niego przyjść, a on akurat był w Ministerstwie Zdrowia i Opieki, to mu podlegało. Potem, że mam się zapisać do Związku Inwalidów, no i tak się zaczęło. Potem okazuje się, że Związek wtedy miał jakieś pieniądze, no i stworzyłam tam Sekcję Akademicką. Właśnie całe to towarzystwo, wszyscyśmy studiowali, bo tam ściągnęli. Potem były wspólne wyjazdy, które przy okazji, łącznie… Bo Związek Inwalidów…
  • Czy pani też studiowała jakiś kierunek medyczny?

Nie, nie, ja nie. Studiowałam polonistykę, a mój późniejszy mąż prawo. Tak że Janek „Anoda” architekturę, jak wiadomo. Myśmy potem… Janek też był w Związku, oczywiście w Sekcji Akademickiej Związku Inwalidów. Myśmy się kontaktowali bardzo często, spotykaliśmy się. Spotykaliśmy się, powiedzmy, na jakichś imieninach czy… Bardzo często się spotykaliśmy, żeby pośpiewać piosenki, pogadać. Z tym że myśmy już na ogół o Powstaniu nie mówili, myśmy żyli dniem dzisiejszym i to było bardzo ważne. Ale potem całej grupie „zośkowej” zostało zarzucone to, że myśmy się spotykali – nie wszyscy, ale duża grupa – że to była właśnie siatka szpiegowska, że chodziło obalenie siłą ustroju Polski Ludowej.

  • Wspomniała pani o aresztowaniu swojego narzeczonego w 1949 roku.

Wtedy studiowałam na Kruczej 22, dokładnie tu, gdzie w tej chwili jest „Grand Hotel”. Rano przybiegł kolega, który mieszkał w budynku YMCA. Powiedział: „Słuchaj, miałem wiadomość – to się tak mówiło – że Włodek »Grom« jest chory”. Potem się dowiedziałam, pobiegłam i się dowiedziałam, że Edka też aresztowali. Po prostu przyszli rano, zrobili potworną rewizję i… A przedtem jeszcze mówiłam, najpierw aresztowali Janka, w Wigilię 24 grudnia – zresztą mówiłam na samym początku. Wtedy mąż: „To i mnie aresztują”. Potem następne aresztowanie było 6 stycznia, a już trzecie i ostatnie to było właśnie 13 stycznia 1949 roku. Od tego momentu w zasadzie byłam inwigilowana przez rok. Już się tak do tego przyzwyczaiłam, że w pewnym momencie jak przestali za mną chodzić, to się przestraszyłam, wiedziałam, że coś się musiało stać. Wtedy, łącznie z panią Rodowiczową, chodziłyśmy co miesiąc do prokuratury na Suchej i zawsze do prokuratora, i zawsze była informacja „Sprawa w śledztwie”. A Janek przecież już dawno nie żył, ale o tym nie było wiadomo. Oni, znaczy koledzy Janka i mojego – nic, siedzą w więzieniu. Nic o tym nie wiedzieli, że Janek Rodowicz nie żyje.

  • Samego Janka jak pani wspomina?

Janek był absolutnie fantastyczny. Janek miał ogromne, ogromne poczucie humoru, takie surrealistyczne wręcz. Na przykład jak byliśmy w Ustroniu, taka grupka w Domu Związku Inwalidów Wojennych, gdzie był też między innymi słynny doktór Brom, lekarz „Zośki”, to mówi: „O, słuchajcie, pogody nie będzie, »krowy« nisko latają”. W ogóle był bardzo inteligentny, szalenie koleżeński, dowcipny – w ogóle fantastyczny facet, normalny. To była znakomita rodzina. Wujkiem Janka „Anody” był generał Bortnowski, słynny generał spod Kutna. Dowódca generał Bortnowski to był rodzony brat mamy Rodowiczowej, bo tak żeśmy na nią mówili zawsze. Tak samo dobrze pamiętam też i babkę Janka „Anody”, babcię Bortnowską. Właśnie tam się odbywały, jak pamiętam… Miałam właśnie kolokwium na drugi dzień i przyszedł po mnie kolega Włodek „Grom”, Włodek Steyer, którego ojciec był z kolei admirałem marynarki wojennej, i mówi: „Słuchaj, co ty, do Janka na imieniny nie pójdziesz?”. Mówię: „Nie, nie pójdę, bo mam kolokwium”. To mi powiedział króciutko: „Co ty, przecież i tak będziesz myślała, i tak się nie będziesz uczyła”. Przekonał mnie, poszłam i to były chyba jego ostatnie imieniny przed aresztowaniem. Z tym że jakaś charakterystyczna rzecz, to może drobiazg, tam się w tym domu nigdy w życiu nie piło wódki ani żadnego alkoholu. Była tak fantastyczna atmosfera zawsze, że trudno mówić. Janka wspominam jak najmilej i jako bohaterskiego człowieka, który nigdy o tym nie mówił. Nigdy, nigdy. W ogóle to… To było tak jasne, że myśmy między sobą mówili, wiadomo – miał i Krzyż Walecznych, i dwukrotnie Virtuti, tak że… O tym się nie mówiło. Janek to była postać.

  • Wspomniała pani o aresztowaniu narzeczonego. Na jak długo został aresztowany? Miała pani o nim jakieś informacje?

Sprawa była na Mokotowie. Dostał dziesięć lat, przesiedział pięć lat i trzy miesiące, z tym że udało nam się tylko dlatego, że skazanie i sprawa była na Mokotowie, tak że wreszcie adwokaci nic nie mieli do powiedzenia. Ale ojciec Edwarda jakoś trafił do pół-Rosjanina, adwokata, który miał odpowiednie chody, dał duże pieniądze i w związku z tym w pewnym momencie Edwardowi zmienili punkt w kodeksie karnym na tyle, że podpadał pod którąś amnestię. Dlatego tylko pięć lat i trzy miesiące. Ale muszę powiedzieć, że został nie tylko zrehabilitowany, bo dążyłam do tego, ale absolutnie uniewinniony. Teraz, ja wiem ile lat temu? Nie pamiętam. To też w jakiś sposób, ale nie chcę się rozdrabniać, w jakiś sposób… Bo chciałam, miałam wszystko – nie miałam dokładnych tylko danych – wszystko miałam dokładnie, kiedy był skazany… Niczego nie potrafiono znaleźć, ale jakoś się znalazło. Tu mi pomogła moja przyjaźń i nazwisko Janka „Anody”. Bo ktoś, kto o nim słyszał, to tak się wziął, że poszukał i natychmiast znalazł.
Potem żeśmy się od razu pobrali. On wyszedł w marcu i w kwietniu żeśmy się pobrali. Mamy syna. On już dawno nie żyje, Edward już dawno nie żyje. On nigdy nie chciał nic mówić o więzieniu, zawsze był skryty, a po tym jeszcze bardziej. Słyszałam tylko od kolegów, że się fantastycznie zachowywał, a jak dotarliśmy potem do jego zeznań, no to to się wszystko razem potwierdziło – to prawda.

  • Po studiach gdzie pani podjęła pracę?

Po studiach to też była dziwna historia. Po studiach nie mogłam znaleźć pracy, ale w rezultacie – przypadkowo zupełnie, bo przez koleżankę ze studiów, którą spotkałam i powiedziała mi: „Jak to, nie możesz dostać pracy?”. Wobec tego jej mąż organizował redakcję przy Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego, redakcję, w której wydawano pisma i foldery wyłącznie przeznaczone dla zagranicy. Poszłam tam, przyjęli mnie tylko dlatego, że tenże mąż koleżanki, redaktor Gadziemski, za mnie poręczył. Bo byłam przypadkowym świadkiem, że moje angielskie nazwisko wszystkich raziło. Jak to? Znowu jakiś szpieg, prawda? On za mnie poręczył. Pracowałam tam. To była fantastyczna historia, bo tam nawet nie wolno było użyć słowa… Bo zajmowałam się tam turystyką i kulturą, zawsze kulturą i turystyką – turystyką do Polski, kulturę miał, że tak powiem, pod swoją opieką „Orbis”. Należało pisać wszystko najlepiej o Polsce, o pięknych krajobrazach. Żadnych, absolutnie, wtrętów politycznych – pisało się bez nazwisk, wtrętów politycznych. Nawet nie używało się słowa „Polska Ludowa”, więc bardzo mi to odpowiadało. Tematy były różne. Pierwszy, jaki mi się trafił do adjustacji, to była „Snopowiązałka”. Tam pracowałam przez wiele lat. Potem przechodziłam… ale to nieistotne. Ale to też kwestia przypadku. Ale to i to, że tam się znalazłam, bo to było absolutnie apolityczne, bo chodziło o to, żeby dobrze pokazać Polskę.





Warszawa, 8 maja i 18 maja 2012 roku
Wywiad prowadziła Maria Zima
Janina Barbara Greenfield-Żbikowska Pseudonim: „Hanka” Stopień: sanitariuszka Formacja: Grupa „Krybar” Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter