Stanisław Lipiński "Kadet"

Archiwum Historii Mówionej
Moje nazwisko Stanisław Lipiński, pseudonim „Kadet”, urodzony w 6 maja 1925 roku. Rejon VIII Armii Krajowej grupa „Kampinos”, dowódca major Józef Krzyczkowski pseudonim „Szymon”.

  • Jak wyglądała pana działalność niepodległościowa, bo do niej zalicza się także przynależność do konspiracji? Mówił pan, że został pan zorganizowany, wcielony do struktur już wcześniej, na początku 1944 roku.

1 lutego 1944 roku. Konspiracja trwała do Powstania i później Powstanie.

  • Jaka to była organizacja? To była Armia Krajowa?

Tak, Armia Krajowa, grupa „Kampinos”.

  • Czym się wtedy zajmowaliście? Czy mieliście szkolenia?

Oczywiście, były różnego rodzaju szkolenia, przede wszystkim ćwiczenia wojskowe, nawet z karabinami, tylko to odbywało się w różnych miejscach: na strychach, w stodołach, do lasu się chodziło, blisko była Puszcza Kampinoska.

  • Gdzie pan wtedy mieszkał?

Mieszkałem właśnie w Sadowej, akurat koło Puszczy Kampinoskiej. To było gdzieś w pobliżu, z pół kilometra od Puszczy Kampinoskiej.
Trochę było uciążliwe dla nas, dlatego że gdzieś w odległości półtora kilometra mieliśmy niemiecką wioskę Dziekanów Niemiecki i oni potrafili szpiegować – gdziekolwiek. Jeśli chodzi o las, to musieliśmy [iść] gdzieś w innym kierunku, nie koło nich, bo las i był również koło nich, był jeszcze bliżej niemieckiej wioski. Oni potrafili szpiegować.

  • To byli Niemcy – cywile?

[Nie tylko cywile, ale dość często odwiedzali ich wojskowi Niemcy różnych formacji i prawie każdego dnia byli tam obecni również w pobliżu niemieckiej wsi. A w Sadowej tez mieszkało dwóch osadników niemieckich].
Niestety były problemy z ćwiczeniami. Jeśli chodzi o działalność, to ja właściwie miałem dużo pracy w gospodarstwie, ponieważ to były piaszczyste gleby [o powierzchni 4,5 hektara], ale miałem dużo pracy [także po zniszczeniach i spaleniu wszystkich zabudowań po 1939 roku]. Później zostałem tylko sam, bo miałem jeszcze brata. Dodatkowo połowa [ziemi] była jeszcze dzierżawiona, tak że była masa pracy.

  • Pan był jeden, czy więcej było osób?

[Byli moi rodzice, niedołężna ciotka na utrzymaniu rodziców, a brat, starszy ode mnie o jedenaście lat ożenił się w 1943 roku]. Kierownictwo kompanii, drużyny, plutonu ustaliło, że od 1 lutego będę po prostu działał nadczasowo w pewnym sensie. Dopiero w razie potrzeby będę wzywany i mogę gdzieś działać w terenie. Właśnie w tym terenie znalazła się Puszcza Kampinoska. Niedaleko była granica, tak zwana wacha Rzeszy, i tam po prostu trzeba było przekazywać rozmaite meldunki, pisma, ulotki do Rzeszy, bo trzeba było mieć kontakt z tamtymi partyzantami. Tam były rejony: Kaliszki, Cząstków, Łomna, [Adamówek, Dobrzyń, Cebulice, Palmiry]. Tam tak samo były nasze zgrupowania kampinoskie z grupy „Kampinos”.

  • Jak pan się przedostawał?

W dość prostej linii to było sześć kilometrów, natomiast trzeba było wymijać wachę, [czyli] z osiem kilometrów. Osiem kilometrów to było dość dużo, ale trzeba się było po prostu ukrywać i oddalać, bo mieli psa i pies mógł po prostu wywęszyć, złapać pewien trop i wtedy byłyby problemy, a ponieważ miałem tam dwie siostry, to dlatego łatwiej było się kontaktować. Poza tym był leśniczy.

  • Czyli szedł pan do terenu sobie znajomego?

Tak. To był leśniczy o nazwisku Dudziński, pseudonim „Bocian”.
[Teren był znany, las częściowo, ale w głębi lasu można było zbłądzić, co mi się też przydarzyło na początku].

  • Czyli leśniczy też był w konspiracji?

Był w partyzantce. Ułatwiona była sytuacja, żeby dalej przekazywać wszystkie meldunki, zrządzenia, ulotki, ale trzeba się było bardzo pilnować z ulotkami, żeby ktoś nie chwycił.

  • Jak pan wracał, to był pan już „czysty”, mógł pan spokojnie przechodzić?

Tak. Wtedy można było zaryzykować [przejście] trochę bliżej, bo nie było nic. Wtedy właściwie najbardziej byłem przydatny w tym czasie, bo rzeczywiście w tym przypadku nie odgrywało wielkiej roli, żeby działać bojowo w tej okolicy, chociaż były rozmaite części, gdzie walki się toczyły. Była specjalna drużyna bojowa [a w 1943 roku powstał pluton Dywersji Bojowej] bardzo doświadczonych żołnierzy jeszcze z roku 1939, z drugiej wojny światowej. Oni mieli dużo doświadczenia i byli nawet oficerami, i po prostu wiedzieli, jak do tego wszystkiego podchodzić. Oni dyrygowali wszystkim najbardziej. Wypady były dość częste w różnych miejscach. W Zaborowie była żandarmeria, to nawet tam robili różne wypady i prowadzili walki z żandarmerią. Jeśli chodzi o wachę, to właśnie Niemcy nie penetrowali tak daleko w lesie, dlatego że oni zorientowali się na podstawie działalności partyzantów, że w lesie jest ogromna masa ludzi, i oni po prostu bali się, że może być na nich napad, bo od czasu do czasu coś takiego się trafiało. Dlatego ułatwione było wędrowanie tam.

  • Gdzie przygotowywano was do tego? Czy uświadomiono wam to, że czeka was walka?

Tak, oczywiście. [W miejscu zamieszkania, poza ćwiczeniami dowódcy − uczestnicy kampanii wrześniowej robili wykłady, mobilizowali nas i zachęcali do walki o niepodległy byt naszej Ojczyzny].

  • Wiedzieliście, że będzie zryw powstańczy?

Właściwie to wszystko były przygotowania do Powstania Warszawskiego, bo o Powstaniu już dawno myślano.

  • Mieliście ustalone miejsce zbiórki w razie wybuchu Powstania?

Tak, to wszystko było już przygotowane. Było wiadomo, gdzie będzie koncentracja. Na przykład, jeśli chodzi o wybuch Powstania, to 1 sierpnia o godzinie siedemnastej, [była informacja,] że Powstanie się zaczyna, to już były pewne potyczki przy Bielanach – lotnisku bielańskim [okolice Wólki Węglowej]. Brało tam udział [około] stu dziewięćdziesięciu żołnierzy i to trwało zaledwie dwie godziny. To się już zaczęło i grupa „Kampinos” chciała po prostu pokazać, że już też przystąpiła do boju. Z 1 na 2 sierpnia w nocy, gdzieś około godziny trzeciej, myśmy się już koncentrowali w Łużach. To [było wzgórze] 103.

  • To znaczy, już poszliście w kierunku Puszczy Kampinoskiej?

Tak. Myśmy grupą [około] sześćdziesięciu osób szli lasem, wymijali Dziekanów Niemiecki i dalej na Dąbrowę [Leśną] jeszcze. Tam właśnie żeśmy dołączyli do VIII Rejonu grupy „Kampinos” [na wzgórze 103 około godziny 2:30].

  • Oni już byli tam?

Tak. Już się tam skoncentrowali jednocześnie. W innym wypadku należałoby bardzo wymijać Dziekanów Niemiecki, ale oni się niestety kilka dni temu już wynieśli. Niemieccy wojskowi zabrali ich już na stałe, już nie wrócili nigdy.

  • Jakie były wasze działania od tamtej pory?

Właściwie jak żeśmy się spotkali, to tam też był batalion kawalerzystów ułanów jazłowieckich. Oni dysponowali dość dużym sprzętem wojskowym i kawalerią, tak że oni byli bardzo pomocni i bardzo wiele bitew stoczyli również. Tam właściwie zaczęła się walka. Podchody były bliżej pod Młociny, ale pierwszego dnia, jak partyzanci zaczęli tam już działać, to Niemcy się spostrzegli, że będzie trzeba czuwać w nocy, żeby znowu nie było. Okazało się, że Niemcy byli bardzo dobrze przygotowani. Jak był atak na lotnisko w nocy z 1 na 2 sierpnia, to oni byli bardzo przygotowani. Użyli wszelkiej broni pancernej, do tego stopnia, [że] nawet lotnictwa użyli. Nawet duża eskadra samolotów szła górą, ale z zachodu na wschód, a mgła była taka duża, że oni nie mogli zorientować się, gdzie co jest i przeleciały. ale gdyby mgła rzeczywiście opadła i samoloty wróciły, to by wykosili wszystkich, a było żołnierzy gdzieś koło dziewięciuset, a nawet i więcej.

  • Ale i tak się nie udało, prawda?

Tak. Walki dopiero się zakończyły koło dziewiątej godziny i wrócili do lasu, ale niestety była taka duża porażka i duże straty, że bardzo dużo [żołnierzy] zginęło, gdzieś koło czterdziestu osób zginęło, rannych było dużo, nawet nasz dowódca major Józef Krzyczkowski. On był dość poważnie ranny w nogę i nie mógł już działać. Zabrano go na opatrunek do szpitala.

  • Ktoś inny przejął dowództwo?

Tak. Dowództwo przejął [„Góra−Dolina”, porucznik Adolf Pilch]. Dowódca oddziału stołpecko-nalibockiego.

  • Z Puszczy Nalibockiej?

Tak, z Puszczy Nalibockiej ze wschodu. Oni przeszli do Nowego Dworu. Oni szli dość długi czas. Oni doszli do Nowego Dworu, mieli przeprawę przez Nowy Dwór, przeszli i dostali się tutaj, a Zarząd Główny Armii Krajowej nie chciał ich zaakceptować. Józef Krzyczkowski „Szymon” sam załatwił sprawę i ich przyjął. Konnica przydała się niesamowicie. W Dziekanowie Polskimsię wtedy ulokowali. [26 lipca 1944 roku] przez Nowy Dwór [i most do Kazunia] mieli ciężką przeprawę. Z 1 na 2 sierpnia to nie tylko było natarcie na lotnisko Bielan, ale tak samo w Pieńkowie. Właśnie część oddziału, szwadron „Doliny” obstawił Pieńków, bo Niemcy chcieli tu dać jeszcze większe posiłki. Niemcy ponieśli okropne straty w tym przypadku, a pod lotniskiem bielańskim klęskę ponieśli [nasi] i nic z tego nie wyszło, niestety.
  • Jak wyglądały wasze akcje? Jak je pan zapamiętał?

[Akcje były bardzo trudne, Niemcy stawiali silny opór, uzywając ciężkiej i nowoczesnej broni. Teren był prawie otwarty, gdzieniegdzie mędle zborza i redliny ziemniaków]. Wtedy dowódca mojej II kompanii, [porucznik Luśniak pseudonim „Gniew”] był ranny. Po opatrunku został zawieziony [do szpitala]. Ja dostałem odłamkiem w głowę i też znalazłem się w szpitalu w Laskach. Tam, [w pobliżu], co pamiętam, to tylko tych trzech było, co dalej, to trudno określić. W każdym razie było dużo rannych. [Gdzie indziej zabici]. Opatrunki były robione na miejscu.

  • Długo pan pozostał w szpitalu?

W szpitalu [byłem] dziewięć dni. Później dostałem się do zaplecza i do rezerwy.

  • Nie wrócił już pan?

Niestety nie wróciłem.

  • Jak wyglądała opieka? W szpitalu w Laskach była fachowa opieka?

Tak, normalna. Lekarze, siostry się opiekowały. [Nad wszystkim czuwał doktor Ceberowicz]. Dobrze było. Jeszcze była taka sytuacja, że były dwa ataki na Dworzec Gdański. W pierwszym zginęło dosyć dużo naszych żołnierzy. [W drugim jeszcze więcej]. Drugi atak był 22 sierpnia, gdzie zginął mój dowódca drużyny, [obsługujący karabin maszynowy plutonowy Klemens Lipiński pseudonim „Karol”, żołnierz, uczestnik wojny w 1939 roku].

  • Pan już w tym nie uczestniczył?

Nie.

  • Pan to wie z opowiadań?

Tak. Później wiedziałem, że on tam zginął.
[Następnie w 1957 roku żona jego otrzymała oficjalne zawiadomienie o śmierci i przyznaną rentę wdowią. Miała na utrzymaniu dwoje dzieci].

  • Co pan robił na zapleczu?

Właściwie na zapleczu to ja już nie byłem tam na miejscu. Nie byłem, bo po prostu szkoda było miejsca na to, bo trzeba by było gdzieś ulokować się. Miałem dużo zajęcia i wtedy niekoniecznie byłem [tam potrzebny]. Na tym by się właściwie skończyło.
[Na zapleczu zostałem przydzielony do rezerwowego batalionu kapitana Nowosada „Dulki”, który na skutek niepowodzeń w walkach i początkowym u broni, zwolnił kilkudziesięciu żołnierzy i mnie do cywila].

  • Pozostał pan do końca?

Gdybym nie [był] ranny, to bym został do końca, [nie znalazłbym się w rezerwowym batalionie i pozostał nadal w kompanii]. Poza tym takiego dużego nacisku nie kładziono, dlatego że jedno niepowodzenie, drugie niepowodzenie, zrzuty były trochę opóźnione, nie było broni, żeby można było nią dysponować.

  • W ogóle nie byliście dobrze uzbrojeni?

Na razie uzbrojenia było tylko tyle, co było przechowane z czasów 1939 roku, to była broń [zebrana]. Później zrzuty były dopiero [po] 10 sierpnia, [bardzo niewielkie, ale coraz częstsze]. Z tych zrzutów to nawet rejon północ „Żywiciela” [na Żoliborzu] był zaopatrywany przez Puszczę Kampinoską, ale żeby to było na samym początku, to by grupa „Kampinos” była bardzo wzmocniona, a niestety nie było na razie broni i wielu było bez broni. [Jedynie oddziały nalibockie były dobrze uzbrojone, a tylko owało samochodów pancernych, czołgów i lotnictwa].

  • Jak wyglądał dzień codzienny? Opiekowano się wami w jakiś sposób, jak wyglądała kwestia wyżywienia?

Właściwie, mówiąc szczerze, to mało korzystałem z kuchni polowej. Przeważnie byłem w domu. Miałem bardzo dużo zajęcia.

  • To nie było związane z działaniami?

Nie, zajęcia później między innymi to były zajęcia nasze – gospodarskie.

  • Potem, jak został pan ranny, został pan już właściwie odsunięty od działań?

[Od działań bojowych tak.] Nie. [Bo służyłem pomocą we wszystkim, utrzymując kontakt z byłymi uczestnikami Powstania].

  • Po zakończeniu Powstania pozostał pan w domu?

Tak, po zakończeniu zostałem już w domu. Co dalej się działo? Chyba na początku października czy pod koniec września Niemcy osiedlili się w [naszym] domu. Mieliśmy letniak, Niemcy osiedlili się w domu i wykorzystali mnie do różnych robót, nawet podwody [prowadziłem] gdzieś do Legionowa po żywność. Właściwie tam było bardzo niebezpiecznie, bo na Legionowo kule się sypały, a ja musiałem niestety tam jechać. Poza tym jeszcze były inne roboty w folwarku. Po okupacji to był PGR, a wtedy był folwark. W folwarku trzeba było robić wykopki, obcinać nacie, a były już chłody, zaziębiłem się mocno, dostałem grypy. Wreszcie zaczęła się ewakuacja.

  • Z wiosek też była ewakuacja?

Front się zbliżał i ewakuowano całe nasze okolice Sadowej i trzeba było jechać na wachę i za las jeszcze. Wozem żeśmy się wybrali, ojciec prowadził wóz, a ja leżałem chory w deskach, okryty pierzyną. Dojechaliśmy do wachy, a Niemcy, bo tam był zgromadzony duży tabor wozów, wszyscy normalnie odjeżdżali. Niemcy przyszli i patrzą: jakiś młody człowiek leży, chyba jakiś uciekinier czy kto, podejrzanie to wyglądało, że po prostu unika wszelkich robót i nie chce się ujawnić czy coś w tym rodzaju.

  • To była choroba, czy to było w wyniku rany?

Odkryli mnie, ale ojciec mówi: „Chory jest po prostu, ciężko chory na grypę”. [Niemiec] niby rozumiał trochę po polsku, ale nie dowierzał, zagląda, odkrywa, patrzy w oczy, ale widocznie zauważył, że choroba mnie przygniotła i po prostu puścił.
  • Dokąd dojechaliście?

Trzeba było [minąć] las. Zaleźliśmy się gdzieś na Pociesze, z Pociechy do Truskawia. W Truskawiu był lekarz. [Poszedłem] do lekarza. Lekarz [przepisał] mi leki, wykupiono je. Brałem leki, ale kazano mi, aby w mieszkaniu po prostu nocować, a ja trochę krępowałem się, poszedłem spać.

  • W jakim mieszkaniu?

Zatrzymywaliśmy się u kogoś w mieszkaniu. Poszedłem spać do stodoły, niby pod pierzynę. Okazało się, że zacząłem się niesamowicie pocić. Później odkrywałem się do tego stopnia, że rano już miałem zapalenie płuc. I co wtedy? Rodzice pojechali do mojej siostry, to znaczy do swojej córki i wrócili rano. Rano patrzą, ja chodzę przy parkanie, ledwo stoję, szybko do lekarza. Zawieźli mnie gdzieś, [dostałem] wapienne zastrzyki rozgrzewające. Szybko skierowanie do szpitala. Ojciec miał tam rozmaite tarapaty. Właściwie dwa tygodnie zeszły, a ja jeszcze byłem. Później znowu żeśmy pojechali do Sierakowa. Przypominam sobie, że kule też się tam sypały. I co dalej? Ojciec po prostu wziął skierowanie do szpitala po raz drugi. Wtedy zawieźli mnie w pierzynie do szpitala. Podobno dostałem krwotoku. Pamiętam jeszcze, że znalazłem się w Pruszkowie przed szpitalem, widzę nosze. Ktoś – chyba z lekarzy – mówi: „Coście, trupa przywieźli?”. Wreszcie na noszach zanieśli mnie na któreś piętro, już dokładnie nie pamiętam na które. [To już był tyfus brzuszny].

  • Tam był szpital?

Tam był szpital, tak. Straciłem przytomność czy miałem wysoką gorączkę. Traciłem przytomność. Podobno trzy dni majaczyłem i mi się przedstawiało, że ojciec zmarł, zacząłem rozpaczać. Później matka przychodziła do mnie z Pogruszewa, bo w Pogruszewie byli na ewakuacji, w pobliżu Pruszkowa. Wreszcie przyszedł ojciec. Zdziwiłem się, bo dopiero po trzech dniach odzyskałem przytomność, dopiero zacząłem coś rozróżniać.

  • Ale był pan leczony?

Tak, leczony byłem. To była natychmiastowa reakcja, bo przecież byłem śmiertelnie chory. Ojca zobaczyłem. Mówię: „Co? Ojciec mi się pokazał? Przecież widziałem ojca w trumnie”. W Pruszkowie byłem dosyć długo, około trzech miesięcy. Po wyzwoleniu 17 stycznia jeszcze byłem rekonwalescent, ale już odjechałem, bo rodzice wracali na moje stare miejsce zamieszkania. Zabrali mnie przedwcześnie. Przyjechaliśmy do domu, a tu wszystko drylowane, wszystko rozebrane na bunkry niemieckie. Nie było gdzie [mieszkać]. Letniak był do remontowania, trzeba było jeszcze komin [postawić]. Rodzina przetrwała.
Później znalazłem się u siostry, żeby rekonwalescencję przejść i dojść do normy, bo tutaj nie było już żadnej żywności. Wszystko było wykopane, wszystko, co w ziemi, było zniszczone, na wierzchu nic nie było. Nawet jednego kartofelka nie było do zjedzenia – bieda. Wszystko później trzeba było niestety odbudowywać, okropne rzeczy, co ta wojna narobiła dobrego. Właściwie nie potrzeba mi było tarapatów przechodzić w konspiracji, normalnie po Powstaniu ile było różnych nieszczęść. Żeśmy przyszli, to kula przeszyła budynek, tylko wisiała szyna sklepienia, dachu nie było, nic nie było. Stodoła całkowicie rozebrana na bunkry. Z obory tak samo – tylko mury zostały, wszystko zniszczyli. Nie można było się gdziekolwiek pojawić, łąki dalej zaminowane, pola zaminowane. Ludzi wtedy pełno ginęło, nawet później po rozminowaniu ginęli ludzie. Coś niesamowitego. Nie potrzeba nawet być w konspiracji, żeby tyle się przeszło. Później człowiek nie był pewien życia.

  • Po wojnie zgłosił pan swoją przynależność do AK?

Właśnie o to chodzi, że w tym czasie już jak wróciłem [ze szpitala w Pruszkowie], to niebawem była komisja wojskowa. Musiałem jechać na komisję. Ojciec się bał, bo mówi, że państwo ludowe się tworzy, że mogą być kłopoty niesamowite. Ubrał mnie w kożuch, wozem konnym podjechaliśmy. Musiałem jeszcze kawał pójść pieszo, a byłem jeszcze niezupełnie zdrów. Zmachałem się niesamowicie. Na komisję przyjęli mnie i później jeszcze za rok czasu poszedłem do wojska.
[Dowództwo wiedziało o mojej przynależności, ale gdy powstał ZBOWiD ja się nie zapisałem do tego związku i nie figurowałem w aktach zakładów pracy, w których pracowałem. W życiorysie nie podawałem, że należałem do konspiracji, po prostu bałem się, że stracę pracę].

  • Nie wypytywali pana o przynależność?

Nie. Nie [zadawano takich pytań na komisji wojskowej]. Państwo ludowe zaczęło się tworzyć, to wszystko mnie oczywiście nie zadawalało. Byle drobiazg i potrafili do karnej kompanii ładować, a później jeszcze charakterystykę napisać taką, że później cały czas były problemy z pracą.

  • Pan miał takie problemy?

Miałem problemy, bo często ni stąd, ni zowąd zostawałem zwolniony. [W powrocie do cywila wystawiali charakterystykę. Może ta opinia, a może ukryta niechęć do sekretarzy partii robiła swoje].

  • W wojsku pan nie został?

[Choć po szkole podoficerskiej łączności – zawodowo, stanowczo nie. Propozycje były i nic nie stało na przeszkodzie].

  • Czyli nie dotknęły pana żadne represje?

Właściwie nie, tylko tyle, że w karnej kompanii byłem.

  • Jak to wyglądało?

Szukali okazji, żeby mnie wsadzić do karnej kompanii.

  • Jaki był powód?

Nie chciałem wykonać rozkazu, bo kapral wszystkich rozpuścił. Normalnie kapral służby czynnej i on nakazywał [robić porządki w koszarach po obiedzie]. Mówię: „A gdzie reszta jest?”. – „A ja wam każę – mówi – robić to”. Mówię: „Nie. Jak tamtych wrócisz z powrotem, to ja będę razem [porządkował]. A nie, ja sam zostałem, żebyśmy za wszystkich robili” (czy jeszcze drugi był z kolei) [Tak, był ze mną jeszcze drugi, ale on się nie odzywał].

  • Za to pan poszedł do karnej kompanii?

Do karnej kompanii. Sąd koleżeński się odbywał. Sąd koleżeński był taki, że po prostu byli sami zawodowi, ale tylko ze wschodu i oni tam [z ruskim akcentem]... Z naszej normalnej służby nikogo nie było. Mówią: „Co macie do powiedzenia?”. Mówię: „Jeśli jestem takim zbrodniarzem i takim przestępcą, to proszę bardzo. Nie mam nic do powiedzenia”. Kazał zdjąć owijacze, pas zdjąć i karna kompania. Do karnej kompanii dostałem się jeszcze na miesiąc przed zakończeniem służby i ten miesiąc, właściwie chyba półtora miesiąca było, dwa tygodnie później byłem jeszcze w wojsku, jak wróciłem z karnej kompanii. Za dwa tygodnie zwolnili wszystkich, [po dwudziestu pięciu miesiącach służby czynnej].

  • Jak było w karnej kompanii?

Gonili solidnie. Jeszcze mnie wzywa zastępca batalionu do spraw politycznych i pyta: „Szeregowy Lipiński, jak było w karnej kompanii?”. Mówię: „Tak sobie, w każdym razie dobrze nie było”. – „A czy wiecie, że trzeba jeszcze odsłużyć?”. Mówię: „Ja tam byłem miesiąc czasu, to za trzy miesiące powinno być policzone, a nie za miesiąc”. – „Napiszcie raport”. Napisałem raport. Dałem porucznikowi – dowódcy kompanii. Za jakiś tydzień przyszedłem do sekretariatu. Patrzę, a moje podanie [leży] pod [szkłem]. To nie było podanie, tylko raport. Nie pytałem wcale, dlaczego ten raport leży. Przychodzi czas, zabieram ubranie cywilne i się po prostu ubieram normalnie jak wszyscy i odchodzę. Pierwsze tygodnie jak byłem w wojsku, to chciałem się wyzwolić z tego wojska, bo mi to wojsko nie pasowało. Chciałem się wyzwolić, to zacząłem kombinować, bo miałem nadkwasotę żołądka. Byłem tam chyba z trzy dni na obserwacji i stwierdzono, że mam nadkwaśność w tylu i tylu procentach i kwalifikuję się nadal do służby.
Wreszcie w tym czasie akurat były przeprowadzki do innego budynku. Miałem swoją walizkę i swoje ubranie cywilne, i to wszystko mi wsiąkło. Jak już później byłem w karnej kompanii, to mówię tak: pojadę do domu i wezmę sobie inne cywilne ubranie, bo jak jechałem w tamtą stronę, to z naszych kolegów [był] już tylko kapral. On mnie podwiózł do karnej kompanii, do Modlina, ale z powrotem to już sam pojechałem po ubranie, bo już wiedział, że wtedy nie ucieknę. Przywiozłem ubranie, ubrałem się normalnie i na tym się skończyło.

  • Później nigdy pan się nikomu nie przyznał, że był pan w AK?

Nie. Do 1985 roku nie przyznawałem się do tego w ogóle i nie figurowałem w papierach, że miałem przynależność, ale po prostu nie korzystałem z dodatkowych urlopów, ale później już był czas na emeryturę, to mówię: trzeba trochę skorzystać z wcześniejszej emerytury. I w 1985 roku, zdziwienie jeszcze było w kadrach, bo nie mam w papierach, a tu mam załatwioną sprawę, że odchodzę.

  • Musiał ktoś panu poświadczyć przynależność?

[Dowódca grupy „Kampinos” AK pseudonim „Szymon” wydał zaświadczenie o przynależności do AK, legitymację kombatancką. Zapis do ZBOWiD w 1985 roku a do ŚZŻAK w 1991 roku].
Tak, to w grupie „Kampinos” normalnie zgłosiłem. Zdziwienie było w kadrach, że jak to jest, bo nie było w papierach nic, a teraz nagle otrzymuję to i chcę iść na emeryturę. Zostałem jeszcze cztery lata na pół etatu i korzystałem z dziesięciu dni [urlopu], które były dodatkowe. To było biuro projektowe i właściwie po czterech latach rozwiązało się już biuro, a to było w 1991 roku. Rozwiązało się biuro, chciałem jeszcze rok kontynuować, bo [były] dodatkowe [pieniądze] za wysługę lat, ale nie dało rady już. W 1991 roku zakończyłem działalność zawodową.

Warszawa, 28 lipca 2009 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt
Stanisław Lipiński Pseudonim: "Kadet" Stopień: strzelec Formacja: Grupa „Kampinos” Dzielnica: Kampinos, Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter