Teresa Skupień
Nazywam się Teresa Skupień, mam 96 lat. Urodziłam się w Warszawie i umrę w Warszawie.
- W którym roku się pani urodziła?
W 1930.
- Kim byli pani rodzice? Kim był tata, mama? Czy pani była najstarszym dzieckiem, czy może najmłodszym?
Moja rodzina składała się z mamy, taty. Tata był budowlańcem, znaczy budował lotnisko, między innymi Okęcie, ze swoim przyjacielem architektem.
- Jak tata miał na imię?
Tata miał na imię Jan, mama Julia.
- Z domu?
Z domu Parszewska. Mama była tylko w domu, nie pracowała. No, wiedli takie życie bardzo ciekawe, towarzyskie i zawodowe, bo właśnie ojciec budował to lotnisko jako budowniczy, a Władysław Araszkiewicz, jego przyjaciel, późniejszy rektor Politechniki, dbał o stronę architektoniczną. Miałam dwie siostry starsze od siebie: jedną o osiem lat, drugą o siedem lat. Najstarsza była Krystyna [Gąska], Jadwiga [Gąska] była tylko o rok młodsza.
- Czy siostry też urodziły się w Warszawie?
Nie potrafię powiedzieć, gdzie [urodziła się] najstarsza, ale gdzieś na Kresach. Nie wiem, czy to teraz jest Białoruś, czy Ukraina, w każdym razie na Kresach, bo tam wtedy mój ojciec miał jakieś zadania do wykonania.
- A pod jakim adresem państwo mieszkali w Warszawie, kiedy pani się urodziła?
Oj, nie pamiętam, bo zmienialiśmy, ale […] blisko katedry na Pradze. Wiem, że widać było katedrę. Czy to bazylika była? Bazylika albo katedra.
- W każdym razie tam urodziła się pani w 1930 roku. Jeszcze przed wojną pani już poszła do szkoły.
Tak, oczywiście. Chodziłam do szkoły poza lotniskiem, ale przez lotnisko, bo został wybudowany taki służbowy dom dla zarządu lotniska i tam mieszkały rodziny zarządu: piloci, oficerowie z rodzinami.
- Czyli rozumiem, że z okolic katedry praskiej pani rodzina przeniosła się do nowego osiedla.
To nie było osiedle, to był dom. Po prostu tam nie było jeszcze osiedla. No i chodziłam przez lotnisko, tak że byłam bardzo oswojona od dziecka z lotnictwem, z samolotami, które mi nad głową [latały]. Czasami jak przykucałam, strasznie się na mnie złościli, bo lubiłam się tak podrażniać. Oczywiście to była dziecięca głupota denna, ale tak było. Nie tylko ja to robiłam. No i tak było do wojny. W tym czasie wybudowany został dom w Sulejówku, taka willa jednorodzinna, na osiedlu Piłsudskiego. Na osiedlu Piłsudskiego, na którym można było tylko budować się i mieszkać za zezwoleniem, za zgodą ochrony Piłsudskiego, który oczywiście w 1935 roku nie żył, ale… A tak, jak były plany budowy, to trzeba było mieć [zezwolenie]. Ale mój ojciec był legionistą, nie było problemu żadnego, więc mieszkaliśmy głównie w Sulejówku.
- Ale państwo przenieśli się do Sulejówka?
Myśmy się nie przenosili, myśmy mieszkali cały czas na lotnisku, znaczy przy lotnisku, i mieliśmy ten dom tam. W domu raz mieszkała rodzina Araszkiewiczów, czyli tego przyjaciela mego ojca, a raz my. To znaczy nie rodzina, bo ta rodzina to była tylko jego matka, więc jeżeli miała ochotę przyjechać, to zawsze miała prawo, bo też budowali to prawie razem. No, trochę tam więcej było tego oczywiście naszego rodzinnego wkładu i mojego ojca, i my tam mieszkaliśmy. Ojciec nas wywiózł dwa tygodnie przed wybuchem wojny. Wywiózł nas do Sulejówka, bo już wiedział, że wybuch wojny to jest sprawa już dni, a on z rządem miał wyjeżdżać do Rumunii, więc… I jego przyjaciel także zostawił u nas w Sulejówku swoje dzieci, chyba troje czy czworo, w każdym razie była nas tam cała gromada.
- Czyli to były dzieci architekta?
To znaczy nie, to były dzieci w związku z nim, jakby jego jakieś… Nie wiem, kim była dla niego ta pani, ale w każdym razie to było na jego prośbę. On się zresztą potem z nią ożenił. I mieszkaliśmy tam, dlatego było pełno dzieci 1 września.
- Czy pamięta pani imiona tych dzieci?
O nie, przecież to było osiemdziesiąt parę lat temu! I to nie były dzieci, z którymi ja latami miałam do czynienia, tylko przez miesiąc.
- Jak zapamiętała pani wybuch wojny, czyli 1 września 1939 roku?
No, zapamiętałam to i wszystkie te dzieci dosyć dramatycznie, bo w związku z naszym wychowaniem się praktycznie na lotnisku to byliśmy oswojeni i znaliśmy pilotów, bo to były rodziny nasze przecież, tamtych dzieci, moje. Więc kiedy okazało się, że leci eskadra jakaś, samoloty lecą w każdym razie nad nami, to doszliśmy wszyscy do wniosku, że na pewno chcą nam pomachać, bo nasi wiedzą, że jesteśmy tutaj. No i wybiegliśmy, machając do nich radośnie, dopóki nie zaczęły kule świstać! Moja mama krzyknęła: „Jezus Maria! Tam jest…”. Jak się nazywał ten ich znak niemiecki?
- Swastyka.
Swastyka! „Tam jest swastyka na samolotach! Dzieci, do domu!” No i pierzchliśmy do domu. To jest moja pierwsza, niezapomniana scena, ja ją do tej pory widzę: cała gromada, taka nasza gromadka – bo byliśmy mali jeszcze stosunkowo, paroletnie dzieci były – machająca radośnie do nich.
- Szczęśliwie nikomu się nic nie stało?
Nie, nic, nie trafiono. Może to było takie na postrach, nie wiem, trudno stwierdzić.
- Czy zapamiętała pani coś szczególnego właśnie z tych pierwszych dni wojny? Ojciec wyjechał…
Nie wyjechał, na granicy oprzytomniał, że tak powiem, i zdał sobie sprawę, że moja mama nie da sobie zupełnie sama rady. Nigdy nie musiała jakoś tak działać decyzyjnie, że tak powiem. W domu zajmowała się prowadzeniem domu, przyjmowaniem jakoś tam gości, życiem towarzyskim, umiała świetnie grać na fortepianie i śpiewać, ale niestety niewiele więcej. A tam jest mnóstwo dzieci, które trzeba wykarmić. Wojna miała się skończyć w ciągu dwóch tygodni. Jak nas tam zawoził, powiedział: „To tutaj posiedzicie dwa tygodnie i za dwa tygodnie wojna się skończy”. No i oczywiście tak się stało, jak się stało, czyli nic się nie skończyło, ale ojciec wrócił. Niestety po drodze ich tam z tymi kolegami skierować ktoś miał czy oni zdecydowali, że pójdą na wschód jednak, w stronę Rosji. No i ojciec też szedł, żeby tam po prostu zorganizować znów wojskowych. I też jak już tam dochodził, to nagle powiedział: „Nie, ja nie mogę, ja muszę wrócić najpierw do domu. Muszę wrócić, zobaczyć, co się tam dzieje, bo one nie będą miały co jeść nawet”. No i wrócił do nas. Niestety tamci zginęli, w Katyniu właśnie.
- Czyli ojciec wraca do Sulejówka i wszyscy jesteście razem, kiedy wybucha wojna. Mieszkacie w Sulejówku.
Mieszkamy już całą wojnę w Sulejówku, dlatego że chyba 3 września – nie pamiętam dokładnie, ale w pierwszych dniach września – został zbombardowany całkowicie nasz dom, lotnisko i dom warszawski. Więc już musieliśmy mieszkać w Sulejówku.
- Jak wyglądały te okupacyjne lata? Z czego w ogóle rodzice się utrzymywali?
Tak, ojciec spotkał się z kolegami i po prostu jakoś tam sobie radzili. Ja nie wiem nawet dokładnie. Coś tam produkowali, to to, to tamto, ale jakoś sobie dawali radę. Dzieci zostały oczywiście od nas zabrane, bo ta pani wyjechała potem z nimi za granicę. I po prostu ojciec sobie dawał radę – zawsze sobie dawał radę. Zresztą zawsze potrafił się zorganizować. Potem właśnie, już jak powstało AK, to już wiadomo było, że ten nasz dom będzie służył do tego. Moje siostry, które z czasem miały po dziewiętnaście lat, robiły matury. Ja już poszłam do szkoły, do pierwszej klasy gimnazjum w Warszawie. Oczywiście wszystko [było] w ramach tajnych kompletów, to znaczy nie kompletów, tylko ja na przykład chodziłam do szkoły, która się nazywała krawiecko- coś tam, jakaś taka [ucząca] na krawcowe, jednym słowem. Na naszych ławkach, stolikach zawsze musiał leżeć kawałek materiału, nożyczki, igła, nitki, takie rzeczy. Na sali było kilka maszyn do szycia. Ale to byli ci normalni nasi profesorowie gimnazjalni. I tak ja chodziłam cały ten pierwszy rok, do wakacji, do czterdziestego czwartego roku, do sierpnia.
- Pamięta pani, gdzie ta szkoła była ulokowana?
Mnie się wydaje, że na Nowogrodzkiej, ale teraz to za nic nie mogę ręczyć, bo po prostu się boję, że [pomylę]. To wszystko było prawie sto lat temu.
- Czy jakichś profesorów, nauczycieli z tamtego czasu jakoś wyjątkowo pani zapamiętała?
Nazwisk nie pamiętam, ale popowstaniowych nauczycieli, to jeszcze niektórych pamiętam, bo oni byli już zupełnie tacy inni. A tutaj, to u nas w domu po prostu spotykali się [akowcy]. Mój ojciec ich tam dokształcał, jak się z bronią obchodzić, i nawet był u nas, pamiętam, zawsze… Ja byłam w to wszystko wprowadzona, bo nie dało się inaczej. A poza tym byłam dzieckiem strasznie takim ciekawskim, niespokojnym. Chciałam to wszystko robić, co oni. No i tak to się odbywało u nas w domu, że tam był magazynek w piwnicy, co się odbiło zresztą bardzo źle na domu, bo po prostu zaczęło to w pewnym momencie wybuchać. Niekoniecznie musiało, ale wybuchło i dom się spalił po prostu.
- Ale to już było po Powstaniu?
To było w czasie Powstania jeszcze, tak. Ale my byłyśmy już w Warszawie, to znaczy dzieci.
- Właśnie, zaraz przejdziemy do momentu wybuchu Powstania, ale jeszcze chciałam zapytać o okres okupacji, który przeżyła pani w Sulejówku. Tam pewnie ta wojna nie była tak wyraźna jak w Warszawie. Proszę powiedzieć, czy jakieś sytuacje wojenne pani szczególnie zapamiętała?
To znaczy, ale to traktując dosyć anegdotycznie, to było tak, że tam byli Niemcy, oczywiście. Oczywiście nie było tak gęsto. Oni po prostu byli i chodzili po tych ulicach gdzieś tam, ale nic się nie działo, nie było rozstrzeliwań, jakichś takich rzeczy. Natomiast my mieliśmy psa, bardzo wytresowanego, dużego, Lorda, takiego policyjnego psa w domu, który w jakiś straszliwy sposób nienawidził Niemców, mundurów niemieckich. Po prostu dostawał szału, jak widział Niemca, więc trzeba było... A nasz dom był bardzo taki nowoczesny i taki inny niż te domy inne, bo tak oni sobie projektowali, budowali, jak im przyszło do głowy – ojcu i panu Jaraszkiewiczowi – i miał ogromną werandę, wielkości prawie tego pokoju, całą przeszkloną, od góry do dołu, już jako taką przystawkę do budynku. I Niemcy uważali, że tam albo restauracja musi być, albo kawiarnia, no i kiedyś tam przyszli, weszli i zapytali: „Tu kawiarnia, restauracja?”. – „Nie, dom normalny”. I nasz pies zobaczył i dostał właśnie tego szału. Zaczął się na niego rzucać. Oni zaczęli do niego strzelać, ale on był tak wykształcony, że padał. Naprawdę, to było niesamowite. W końcu uciekł, schował się po prostu gdzieś i już go nie widzieli, i poszli już, ale chcieli go zastrzelić absolutnie. I on się tak chował chyba parę dni. Myśmy go też nie widzieli. Okazało się, że po tych trzech dniach, jak oni nie przychodzili już, to on wyszedł. No i już potem pilnowaliśmy, żeby już nie miał kontaktu wzrokowego, tak że nawet szliśmy do lasu z nim na spacer, a nie na ulicę.
- Powiedziała pani o takim nowoczesnym architektonicznie domu. Czy zachowały się jakieś zdjęcia tego domu?
Nie, zupełnie, to się spaliło wszystko. Dom spłonął dlatego, że tam była linia frontu i mieszkańców ewakuowano na jakiś czas z tych budynków. A myśmy już były wtedy w Warszawie trzy, znaczy dzieci: moje siostry i ja. Tylko nasi rodzice zostali ewakuowani. Ale ukrył się i został też nasz sąsiad. I on nam to opowiadał potem, że pocisk trafił w róg domu, dachu, tak że bardzo łatwy był do wygaszenia. „No ja nie mogłem wyjść ani próbować dawać sobie sam radę. Nie dałbym sobie”. I on może by nawet jakoś tam, jakby był wiatr czy coś, może by go wygasił nawet, bo to był niewielki płomień, ale zaczął iść w dół, palić się, bo tam jakieś takie były rzeczywiście drewniane [elementy], takie wina rosły, takie [były] klatki drewniane na dole. No i właśnie to zaczęło się palić. I w pewnym momencie, jak to poszło w dół, to nagle nastąpił wybuch. Po prostu dostał się płomień do tego magazynku, tam były granaty właśnie. No i mówi, wtedy zaczął się już palić cały dom i spalił się do końca.
- Przejdźmy w takim razie do momentu wybuchu Powstania. Powiedziała pani, że wraz z siostrami znalazła się w Warszawie.
Moje siostry należały do AK. Były już formalnie – formalnie w naszym domu i ojciec – i wiedziały, że ma być wybuch Powstania i o piątej mają być w swoich punktach zbornych. Ja też chciałam strasznie iść. Oczywiście ja miałam zostać w domu. No ale przedtem mnie wykorzystywano do tego, żeby nosiła również im czasami broń w teczce albo granaty, bo powiedzieli: „Ciebie, ty jesteś mała, chudzina, warkocze masz do bioder – takie rzeczywiście miałam i wyglądałam jak dziewczyneczka, takie dziecko z warkoczykami – więc ciebie nikt nie będzie sprawdzał ani w tramwaju przy łapance, ani na ulicy, a nam jest to potrzebne”. No i ja to nosiłam. Nawet się cieszyłam bardzo z tego powodu, ale uważałam, że teraz mi się też to wszystko należy, co im. No to jak one poszły, to ja za nimi pobiegłam, oczywiście tak, żeby mnie nie widziały. A ponieważ jeździłam do Warszawy z Sulejówka do tego gimnazjum, to już wiedziałam, jak dojechać, gdzie dworzec, gdzie jak się jedzie.
- Pociągiem?
Pociągiem, tak, pociągami wtedy. No i pojechałam za nimi. W Warszawie jak wysiadły, to się okazało, że ja jestem też. No nie mogły już wrócić, bo by nie zdążyły na tę piątą na te swoje punkty. A mieliśmy wynajęte na Granicznej właśnie takie pokoje dwa dla nich, żeby one nie musiały wracać, bo robiły maturę. [Zimą] pociągi jeździły jak chciały albo wcale nie jeździły – wtedy były bardzo ostre zimy, bardzo mroźne – więc mogły sobie tam zostawać na noc. Ja też czasami zostawałam, kiedy było ciężko wrócić albo wiadomo było, że jest za duży mróz albo śnieżyca, to miałam tam nocować z nimi i nocowałam tam często, więc byłam obeznana. Miałam nawet tam jakieś swoje rzeczy na wszelki wypadek. No i okazało się, że jestem, więc bardzo im to skomplikowało, w związku z tym opóźniało się to ich wyjście. Oleńka, czyli Jadwiga, od razu poszła, a Krystyna została, no bo musiała ze mną zostać. Ale w tym domu też był punkt – tylko nie pamiętam, jakiego oddziału – ale też był taki punkt właśnie zborny i ona została w naszym domu, jako sanitariuszka od razu tam dołączyła do nich. Siostra próbowała dojść do tego swojego punktu, ale też już by nie doszła, więc spotkała z „Chrobrego” oddziałek, ten, który znała, bo tam właśnie Krahelscy należeli do niego i mieli w Sulejówku czasami ćwiczenia z bronią, [które] tam się odbywały.
- A Krahelscy przyjaźnili się z państwa rodziną?
Nie, mój ojciec znał dobrze i zawodowo jakby współpracowali z z Antonim Krahelskim, ich ojcem.
- Rodzice Krystyny i Leszka pracowali z...
Rodzice Leszka i Haliny, ale córki – rodzice Krahelscy też: Halina Krahelska i Antoni Krahelski. Oni się przyjaźnili. Potem się odwiedzali rodzinami. W Warszawie oni mieszkali, mieli willę piękną na Malczewskiego i przyjeżdżali do nas, my do nich. No a młodzież się bardzo zaprzyjaźniła. Razem bywali na różnych jakichś tam spotkaniach, tak że się dobrze znali, bardzo lubili. Stąd potem jakoś ta przyjaźń właśnie taka była, zmieniła się w małżeństwo.
- Małżeństwo pani starszej siostry...
Mojej młodszej siostry Jadwigi... z Leszkiem.
- Z Leszkiem Krahelskim. Ale wracając właśnie do tej drogi do oddziału: nie udało się siostrze dotrzeć i już tam została.
I już tam została, tak, i do końca, do października, do końca Powstania już była. Została potem wywieziona już do obozu jenieckiego razem z Leszkiem i z Haliną, czyli „Myszką” Krahelską.
- Proszę powiedzieć, pani z siostrą zostałyście na ulicy Granicznej w tym mieszkaniu. Graniczna to rzeczywiście trochę granica pomiędzy Wolą a Śródmieściem Północnym. Jak wy tam w ogóle funkcjonowałyście w pierwszych dniach Powstania?
No więc siostra, jak mówię, od razu włączyła się do pracy w punkcie, który tam był. Nie pamiętam, jak się nazywał. Ale taki sprawny punkt, bo było mnóstwo takich młodych chłopaków, którzy niestety nie mieli broni, więc zrozpaczeni szukali już po mieszkaniach. Kobiety im noże najostrzejsze nawet dawały, no bo oni mówili: „To chociaż pomachamy tym nożem, to zdobędziemy broń po prostu wtedy, no bo się przestraszy. Albo z tyłu jakoś ich tam dotkniemy, stukniemy, to będą myśleli, że my tam już mamy rewolwery, i złapiemy”. Zdobywali tę broń, rzeczywiście. No, problem był ten, że trzeba było się komunikować z następnym punktem, który był na końcu ulicy czy na początku ulicy, w każdym razie na takich granicznych momentach. Nie mogę sobie przypomnieć, czy to było do końca ulicy Granicznej, bo to dłuższa część była. Tak że zostały przebite bardzo szybko przez tych młodych ludzi i mężczyzn kanały piwniczne, którymi można było przechodzić do tamtego punktu, żeby informować ich o sytuacji u nas, mówić, co się dzieje, czy są jakieś straty, co im jest potrzebne. Nawet poczta powstańcza kursowała, pamiętam. Dostałyśmy list od mojej siostry Jadwigi, że ona jest właśnie tam, gdzie jest, i że jest z Leszkiem i z „Myszką”.
- Rodzice wiedzieli, że siostry poszły do Powstania i zauważyli pani nieobecność, prawda?
Wiedzieli, że ja pobiegłam na pewno. Nie było okazji, żeby jakikolwiek kontakt z nimi był możliwy. Tak że okazało się, że bardzo się przydałam, więc potem już [siostra] nie narzekała na mnie, dlatego że te kanały były wąskie i dosyć niskie, bardzo trudne dla dorosłych mężczyzn – musieli być zgarbieni i jakoś tam się tak przepychać prawie. Potem trochę je poszerzyli podobno. A ja tam sobie biegałam swobodnie, byłam bardzo szybko biegającym dzieckiem w ogóle, więc pełniłam funkcję łączniczki i nosiłam wszystko, zanosiłam im tam i pocztę roznosiłam tutaj potem. Tak że przydałam im się – bardzo mnie chwalili i muszę powiedzieć, że lubili też. Więc dla mnie to Powstanie, te pierwsze dni, to były... To bardzo trudno określić, ale to był okres jakiegoś entuzjazmu, takiej szalonej fascynacji tym, że my walczymy, my się nie poddamy, my będziemy wolni. No, jeszcze nas pocieszano, że już Rosjanie są, już idą, już stoją na brzegu Wisły, więc lada moment wkroczą i Niemcy uciekną, ale to będzie się liczyło, że Powstańcy Warszawę obronili w walce z Niemcami. Niestety, gdzieś tam drugiego albo trzeciego – wcześnie – u nas zaczęło się takie pierwsze wpadanie Niemców do poszczególnych domów na Granicznej i dochodziły do nas też te wiadomości. Straszliwie była obsadzona snajperami ta ulica, właściwie nie wiem dlaczego. Może wiedzieli, że tam te punkty akurat są i rzeczywiście ta młodzież była taka strasznie dzielna. W każdym razie ktokolwiek wystawił nos, palec, to snajper go trafiał. Po prostu tak byli ulokowani dobrze. Leżała na tym placyku – nie wiem którym, ale w pobliżu naszego domu, najbliższym – trafiona łączniczka, która gdzieś tam chciała przez ten plac przebiec, to był taki już zmierzch właściwie, no i natychmiast została postrzelona. Ale była ranna, leżała i usiłowała najpierw się poczołgać, ale potem widać było, że już opadła z sił, nie może już. No i jedna z tych sanitariuszek od nas założyła ten czepek pielęgniarski, czerwony krzyż na rękę, jakąś chorągiewkę białą taką i po prostu wstała, uważała, że na za zasadzie, że idzie z pomocą – nie walcząca jest, tylko idzie z pomocą. Wyszła do tej dziewczyny na ten plac i doszła do niej. Pozwolili jej do końca do niej dojść. Jak uklękła i się nad nią nachyliła, żeby zobaczyć, co się z nią dzieje, to ją natychmiast zastrzelili. I tak leżały ze dwa dni, dopóki Niemcy gdzieś tam ich nie zabrali.
No i w naszym domu dochodziły do nas takie pogłoski, jak komuś gdzieś tam się udało dotrzeć, że zabijają ludzi w kolejnych domach. Ale jakoś tak nikt tego nie potraktował [poważnie]: „Jak to, zabijają wszystkich ludzi?”. No i okazało się, że pewnego dnia i to wczesnego dnia stosunkowo, bo to był chyba, ja wiem, trzeci czy czwarty dzień – nie, później troszkę może, ale tak czy siak to był pierwszy tydzień sierpnia – wpadli do nas i wszystkim mężczyznom kazali opuścić mieszkania, wyjść na dół. No i oczywiście sprawdzali potem te mieszkania, czy ktoś się schował. „A jeżeli ktoś się schowa gdziekolwiek, w piwnicy czy w domu, to będzie granatami [obrzucany] dom i reszta rodziny”. Więc ci mężczyźni rzeczywiście wyszli. Wszyscy zostali zabrani, wyprowadzeni z domu na ten placyk i zostali wszyscy rozstrzelani. Wtedy zobaczyliśmy, że to prawda, że oni zabijają wszystkich po prostu – ale mężczyzn. Okazało się, że następnego dnia rano przyszli i kazali wszystkim wyjść z domu – wszystkim już: i kobietom, i dzieciom, wszystkim. No i wyszliśmy wobec tego. Zaprowadzili nas na ten placyk do rozstrzelania. Ustawili nas w jakiś taki pochód po ileś tam ludzi. Sami zaczęli już przygotowywać się do tego, już też w szeregu się ustawili. I muszę powiedzieć, że jedyna rzecz, która do tej pory jest dla mnie taka niesamowita... Bo to były same kobiety – starsze i różne, kobiety w różnym wieku, i z dziećmi – i w ogóle nie było słychać płaczu, krzyku jakiegoś, nic. Panowała grobowa cisza, taka przerażająca cisza, bo już wszyscy wiedzieliśmy, że to będzie rozstrzelanie po prostu. No i kiedy oni już się szykowali, to nadjechał samochód. To był ostatni dzień [egzekucji] – nadjechał samochód i odwołał rozstrzelanie. A, oni te rozstrzelane trupy ludzi, tych mężczyzn, to potem polewali czymś tam i podpalali. Te zwłoki się paliły. Nawet jak myśmy już wyszły, to tam jeszcze było takie obrzydliwe gorąco, taki żar potworny i smród potworny. Nie wiem, czy oni polewali naftą, czy ropą, czy benzyną – i jednym, i drugim. I to już był któryś dzień, piąty, szósty czy siódmy – nie wiem dokładnie, bo tego nie jestem w stanie sobie w tej chwili przypomnieć, ale pierwszy tydzień [sierpnia], końcówka pierwszego tygodnia. Te kobiety wszystkie już były też przygotowane na to, jak patrzyły, że tam się palą, dopalają zwłoki ich mężów czy ojców. I wtedy oni odwołali, bo nie mieli już amunicji po prostu do rozstrzeliwania ani tych płynów do polewania, [więc] odwołali to rozstrzelanie nas – pierwszy dzień odwołania. Ale pognali nas oczywiście nie do domu z powrotem, tylko do kościoła na Woli, chyba do [Kościoła] Świętego Wojciecha. Pamiętam ten kościół. Myśmy tam przesiedzieli tę całą noc, a potem rano znowu nas wysłali na Dworzec Zachodni. Tam pociągiem zawieźli nas do Pruszkowa.
W Pruszkowie nas wyrzucili na takich bocznych torach właściwie. Tam był taki blok wielki, dwa nawet, taka jedna wielka hala i drugi, raczej biurowy budynek, obok. Więc w tej wielkiej hali mogły być kobiety i starzy, chorzy, ranni ludzie. Myśmy były na zewnątrz, siedząc na ziemi i opierając się tylko o mur tego domu. I tak byłyśmy chyba dwa [dni], trzy. Właściwie trzeciego dnia zapakowali nas do wagonów towarowych. A ja byłam jednak jeszcze tylko trzynastolatką i myślałam, że po prostu trochę dalej gdzieś nas zawiozą – no bo tutaj siedzimy na ziemi – że gdzieś nas po prostu chcą zawieźć, gdzie będziemy w jakichś domach. No ale jak zaczęli ładować te towarowe wagony do pełna, ze ściśnięciem na stojąco, że nie było gdzie usiąść, to się przeraziłam, bo zawsze miałam taką obsesję tłumu. Ja na przykład nie schodziłam do piwnicy, jak było bombardowanie i przelatywały samoloty, bo bałam się tam, że będę się dusiła, że zanim mnie zabiją, to będę się strasznie męczyła – miałam rzeczywiście jakiś taki lęk. Więc stanęłam jak najbliżej tych drzwi towarowych i jak oni je zasuwali, to zapytałam: „A gdzie my teraz pojedziemy?”. I oni mi powiedzieli: „Do Niemiec”. I ja jak usłyszałam, że do Niemiec, to zanim zdążyłam pomyśleć, wyskoczyłam z tego [wagonu], a moja siostra musiała za mną wyskoczyć. I mówię: „Ja do Niemiec nie mogę jechać! Moi rodzice są w Sulejówku , moi rodzice nie wiedzą, gdzie będę, moja mama się zapłacze! Ja nie pojadę do żadnych Niemiec!”. A Niemcy już biegli z nastawionymi karabinami do nas. Bez żadnego problemu tam zabijali pojedynczych ludzi, również w tym Dulagu. I zasłoniła mnie sobą [kobieta] w ubraniu sanitariackim. Nie wiem, kto to był, pielęgniarka czy sanitariuszka. Okazało się – teraz już wiem, bo mówili – zgłaszały się kobiety z Pruszkowa, mieszkańcy po prostu i lekarze także. Ona była właśnie pielęgniarką podobno, ta pani. Zasłoniła mnie sobą i zaczęła ich błagać: „Przecież patrzcie, to jest takie dziecko!”. Ja z tymi warkoczami to rzeczywiście był taki obrazek... „Nie możecie! Ja przysięgam, że ją i jej siostrę wstawię do następnego transportu! Ja przypilnuję tego osobiście!”. A oni biegli wtedy z naszym policjantem i ten policjant im tam tłumaczył. No i powiedział ten Niemiec: „Dobrze, do następnego transportu” – i zostawili nas.
- Czyli ten pociąg odjechał po prostu?
Ten pociąg odjechał, bo on już ruszał, oni już zasuwali te drzwi, jak ja wyskoczyłam. No i zaprowadziła nas do tego budynku… Nie, zaprowadziła nas z powrotem pod tę dużą halę. Do mojej siostry nagle podszedł młody mężczyzna i powiedział: „Słuchaj, ja ciebie widziałem w Warszawie na spotkaniu. Czy ty jesteś w AK?”. Ona mówi: „Tak”. – „Z jakiego oddziału?” No to ona wszystko powiedziała. On odpowiedział: „Tak, tak, to ty. Dobrze cię rozpoznałem. Spróbujemy was stąd wywieźć. Chodźcie za mną, tylko tak za mną, żebyście się nie przyznawały, że idziecie za mną”. No i my tam za nim dreptałyśmy, rozglądałyśmy się, że niby nie widzimy go. Zaprowadził nas do tego budynku biurowego na pierwsze piętro, zamknął nas w pokoju i powiedział: „Poczekajcie tutaj do szóstej. O szóstej my wychodzimy, przychodzi następny dyżur i spróbuję was wyciągnąć”. I rzeczywiście przyszli przed tą szóstą. Moją siostrę, która miała już prawie dwadzieścia lat – była już dorosła – ubrali w te białe fartuchy, czepki i opaski na rękę, nawet ją podmalowali troszkę, a mnie przebrali za taką wiejską, biedną dziewczynkę. Bo okazało się, że wywiezie nas furmanką taki człowiek, który nie wiem, co wywoził: wielkie, czarne wory, takie długie, czarne wory, furmanką. Mnie posadzili koło niego jako woźnicy – nie wiem już, jak to się nazywa, zapomniałam – a moja siostra usiadła sobie swobodnie na samym końcu tej furmanki. No i wyjeżdżamy o tej szóstej. Codziennie ten człowiek przyjeżdżał i wywoził – czy to były śmieci, czy to były trupy, trudno powiedzieć, do tej pory nie wiem. No i wyjeżdżamy. Była szósta po południu, taki deszczowy dzień. Siedzimy tam spokojnie, dojeżdżamy, zaczyna padać deszcz i zaczyna się burza. Jak dojeżdżamy do tej bramy, to wyszedł Niemiec i pokazał na mnie palcem: „Co to jest?”. On mówi: „To moja córka. Są wakacje, muszę ją odwieźć do babci. Więc jak to wyrzucę, to jadę z nią prosto do babki”. No i tamten machnął ręką, spojrzał na moją siostrę i w tym momencie zagrzmiało i deszcz lunął większy i on się od razu odwrócił do swojego budyneczku, machnął tylko, że można jechać. I w ten sposób nas wywieźli.
Okazało się, że siostrze przypomniało się, że znała dyrektora pruszkowskiego zarządu kolei, przyjeżdżał do nas nawet kiedyś. Pamiętała nazwisko, że Żochowscy się nazywali i mieszkali w nowym osiedlu kolejowym budynków rodzinnych, zbudowanych właśnie dla tego zarządu. Więc [woźnica] odwiózł nas tam do tego osiedla i powiedział: „Dalej musicie już sobie same radzić. Jeżeli on był tam w kierownictwie, to wiedzą, gdzie mieszka”. I rzeczywiście, wszyscy wiedzieli, jak zapytałyśmy, bo nie pamiętałyśmy ani nazwy ulicy, ani nic, [nie znałyśmy] uliczki, bo to takie niewielkie osiedle. No i oni nas tam przyjęli wtedy. Nie było tego pana, bo został za granicą – wyjechał do Wiednia, wybuchła wojna czy Powstanie właśnie i on już nie wrócił. Tak że tam zostałyśmy z różnymi przeżyciami trudnymi, bo moja siostra na tyfus zachorowała i oni nas wtedy do takiej... Ci państwo Żochowscy się nazywali.
- Rozumiem, że zostały tam same kobiety.
Tak, same kobiety tam były. No więc z tym tyfusem to nas przenieśli do takiego opuszczonego mieszkania, pustego zupełnie już, w jakimś starym budynku, i tam zimowałyśmy. Już tam nie było ogrzewania, nic. Bardzo ciężkie były warunki. Moja siostra chodziła do jakiegoś sklepiku sprzątać, pamiętam, i dostawała za to po skończeniu coś tam, co zostawało w sklepie. I tak dotrwałyśmy do 17 stycznia. I jak usłyszałyśmy, że 17 stycznia wyzwolona jest Warszawa, to 18 stycznia już byłyśmy gotowe do drogi. Ja w jakichś męskich butach, bo przecież nic nie miałyśmy [zimowego], bo wyszłyśmy z tego [mieszkania niemal bez niczego]. Kazano brać jak najmniej, więc ludzie brali ze sobą oczywiście najlepsze rzeczy, jakie mieli, żeby nie dźwigać. Zresztą też przygody różne były w związku z tym. No i miałyśmy tylko letnie ubrania, tak że byłyśmy w jakichś kocach pookrywane i tak szłyśmy do Warszawy, wierząc – wiedząc właściwie – że przecież nasz dom na naszych oczach był zburzony i palił się, ten warszawski, że tam nic nie ma, ale musiałyśmy tam dojść, że może ktoś będzie, że może moja siostra tam przyjdzie, zobaczy, że może pod tym domem się spotkamy. No i doszłyśmy, na piechotę oczywiście, do tego domu, i okazało się, że nie ma ani domu, ani w ogóle [nic], że Warszawa jest jednym wielkim gruzowiskiem. To było nieprawdopodobne. Nie było ani jednego domu całego, jak szłyśmy. No, całego to w ogóle nie, ale nawet takiego, żeby można tam było jakoś wstąpić, usiąść, odpocząć – nic! To była jedna wielka ruina, gruzowisko. A do tego pękające co ileś tam… Bo było wszystko podminowane, były napisy: „Uwaga, miny!”, po rosyjsku nawet. Myślałyśmy, że tylko my będziemy tam, bo taka zima ostra straszliwie, a okazało się, że sporo ludzi natychmiast się rzuciło do powrotu do Warszawy. I szli mężczyźni pierwsi, też się tak ustawili, i rzucali cegłami po prostu z tych gruzów przed siebie, i te miny wybuchały albo nie. Jak nie wybuchały, to szliśmy tamtędy, gdzie rzucili i nic nie wybuchło. Tak doszliśmy do Wisły. Bo wiedziałyśmy, że teraz musimy do Sulejówka się dostać, bo tam nasi rodzice i dom.
- Rozumiem, że na miejscu zburzonego domu na Okęciu nie było też żadnej informacji, nic pani nie zastały w ogóle?
Nie, nie, w ogóle nic nie było. Nie, my wróciłyśmy nie na lotnisko, bo to w ogóle...
- A, na Graniczną.
Na Graniczną, tak. Tak że niestety… I wobec tego przeszłyśmy przez lód, przez Wisłę, na piechotę. I ludzie też tak szli z nami. Do Sulejówka [doszliśmy], padając na twarz, ale ludzie nas podwozili furmankami, troszkę nawet ciężarówkami żołnierze, [którzy] zatrzymywali się, podrzucali. Tak że dostałyśmy się do Sulejówka wieczorem i poszłyśmy do naszego domu, którego już też nie było niestety, był już spalony. Więc wróciłyśmy, zapytaliśmy sąsiadów. Okazało się, że ojciec się zgłosił do wojska, żeby nas szukać w obozach w Niemczech, a mama mieszka w domu swojej przyjaciółki w Sulejówku, której zabito z kolei dzieci, więc też jest sama i bardzo chciała, żeby mama była z nią.
- Czy pamięta pani, jak się ta przyjaciółka nazywała?
Nie, nie, bo to mamy [przyjaciółka]. Ja nie miałam takiego kontaktu z nimi, bo jej dzieci też były już dorosłe. Tylko mama miała tę przyjaciółkę. Ale to był jeden z najpiękniejszych domów w Sulejówku, tych właśnie ludzi, rodziców tych zabitych młodych.
- Dom przetrwał wojnę.
Tak, który przetrwał w Sulejówku bez skazy, z cudownym parkiem niemal, nie ogrodem. Więc jak wróciłyśmy tam, i okazało się, że będziemy w tym domu tych państwa właśnie, to wydawało nam się, że do raju wróciłyśmy po prostu. Mama nasza była siwa zupełnie, biała, a miała [wcześniej] ciemne włosy. No i spędziłyśmy już tam długi czas, dopóki nie wrócił ojciec po wojnie. Odnalazł [ślady], bo spotkał „Myszkę” Krahelską. Ona mu powiedziała, że i Leszek, i Oleńka, i Jadwiga wyjechali do Anglii, a ona wraca do Polski, bo tam zostawiła narzeczonego w Powstaniu, nie wie, co się stało – zginął niestety – więc wraca, żeby go odnaleźć.
- Ojciec w Powstaniu samym nie był, został w Sulejówku, kiedy wybuchło Powstanie…
Ojciec w ogóle czym innym się zajmował niż moje siostry. Była organizacja tych dorosłych mężczyzn i oni mieli jakieś specjalne swoje obowiązki.
- Czyli ojciec potem jakby wrócił i przyniósł dobre wiadomości?
Tak, już mama wiedziała, że żyjemy wszystkie. Bo tak to byli pewni, że... „Boże, cała Warszawa się pali, jeden gruz…” Bo łuna podobno była tak ogromna, że z Sulejówka to niebo się paliło dosłownie. Więc byli pewni, że mogło się coś strasznego stać którejś albo wszystkim. Tak że byli już tak zrozpaczeni, że ojciec od razu się zgłosił, a mama została sama, za to biała.
- A samo zakończenie wojny zastało was w Sulejówku?
Samo zakończenie wojny, tak, w Sulejówku.
- Pamięta pani ten dzień?
Pamiętam, to znaczy pamiętam dzień, w którym wrócił ojciec. Tak, to pamiętam, bo potem to ja już się poczułam znowu dzieckiem, z powrotem, w domu, więc raczej miałam kontakty z innymi dziećmi, już nie takie starcze, dorosłych.
- Okres tuż po zakończeniu wojny spędzili państwo w Sulejówku, bo nie było dokąd jechać w Warszawie, prawda?
To znaczy nie. Ojciec jak wracał do Sulejówka, no to jeszcze go zatrzymano na pół roku w Piastowie. Powiedzieli mu: „Wzięliśmy cię, pozwoliliśmy [pojechać] tam, to teraz tutaj pobędziesz w Piastowie i tu zrobisz porządek w mieście”. Bo tam też były jakieś takie ruiny i przede wszystkim z Warszawy było jeszcze mnóstwo ludzi mieszkających tam. Bo Piastów to Pruszków, Piastów…
- To było takie drugie miejsce, gdzie trafiali też…
Tak, tak. I zostawili go tam na pół roku. Dali mu mieszkanie – nawet ładne, trzypokojowe mieszkanie w jakiejś willi prywatnej. I on nas tam zabrał. Myśmy tam byli przez chyba dwa lata potem. Z tym że już ojciec się nie zajmował tymi sprawami, tylko wrócił na lotnisko.
- Czyli ojciec zajął się też odbudową lotniska?
Tak, zajął się odbudową lotniska. Potem maturę tam nawet robiłam i [jak] na studia zdawałam egzamin, to przenieśliśmy się z powrotem do Sulejówka, ale do domu… Moja siostra wyszła za mąż za kolegę swojego z Sulejówka, który miał po prostu duży dom. Mieli wolne takie mieszkanie i przenieśliśmy się, mieszkaliśmy z nimi już do końca właściwie, to znaczy dopóki ja nie wyszłam za mąż i nie wyniosłam się do Warszawy z powrotem.
- Interesuje mnie odbudowa lotniska. Czy pani się orientuje, czy ojciec uczestniczył w całej tej odbudowie lotniska po wojnie?
Wie pani, ja nawet się już tym tak bardzo nie interesowałam. Wiem, że w Starej Miłośnie też odbudowywał jakieś lotnisko. Z tym że potem jednak – już nie wiem nawet dlaczego – przeniósł się później do nadzoru budowlanego. Miał nadzór budowlany nad odbudową poszczególnych dzielnic Warszawy.
- A czy jego przyjaciel, architekt, też wrócił i brał udział w odbudowie?
O tak, został rektorem Politechniki.
- A, tak, wspomniała pani.
Tak, tak. On już prowadził inny tryb życia.
- Czy chciałaby pani coś na koniec jeszcze dopowiedzieć na temat tych właśnie wojenno-okupacyjnych spraw?
Wie pani, ja bardzo nie lubiłam wracać do tych wspomnień. Ja bardzo długo z nikim na ten temat nie rozmawiałam. Mirka słucha, też pewnie myśli sobie: „Ojej”, ale ja po prostu nie byłam w stanie o tym opowiadać. A ponieważ teraz jestem bardzo chora i stara, i wiem, jak jest, no to doszłam do wniosku, że może powinnam jednak coś tam dać z siebie, co jeszcze pamiętam.
- Bardzo nas to cieszy, że zdecydowała się pani na te wspomnienia. A właśnie a propos wspomnień – czy w domu się nie mówiło też o Pwstaniu, o tym, co było? Raczej żyli państwo tym, co jest, czy były wspomnienia?
Znaczy nie... Dla mnie Powstanie było czymś fantastycznym, cudownym po prostu. Atmosfera, jaka panowała wśród ludności w tych pierwszych tygodniach, była nieprawdopodobna. Ludzie byli szczęśliwi. Po tej okupacji nagle poczuli się wolni. Tacy wolni i fizycznie, i psychicznie – po prostu śpiewali. To było niesamowite w ogóle. Dla mnie te wspomnienia… I z kimkolwiek rozmawiam czy przychodzili ludzie do męża potem, jego koledzy jeszcze, to oni wszyscy mówili właśnie: „Pamiętasz? A pamiętasz...” – mówili to z takim młodzieńczym zachwytem i zapałem, jak to było dla nich wspaniałe.
- To proszę powiedzieć jeszcze o mężu. Rozumiem, że wtedy jeszcze się nie znaliście.
Nie, nie.
- Mąż był w Powstaniu…
Tak, mąż był w Powstaniu. Wiem, że na Żoliborzu był jego brat i tam zginął. A on był w Śródmieściu chyba, bo [tam jest] ta nasza katedra, i potem na Starym Mieście.
- Jak mąż się nazywał?
Mąż nazywał się Zdzisław Skupień, pseudonim „Zbych”. Tyle że był potem ciężko ranny. Jak 3 października mieli kapitulację, wywieźli go do obozu jenieckiego i myśmy stracili kontakt. Wtedy oni się zaczęli odzywać z tych obozów, pisać do rodzin, gdzie są. Nic nie dostawała ta rodzina. To wiem z opowieści, pism... Poszukiwali go i okazało się, że on cały czas musiał być w szpitalu jenieckim i sam nie pisał. Tak że on po prostu wrócił jako inwalida wojenny.
- Powiedziała pani, że wspomnienia męża i wspomnienia tego otoczenia, w ogóle osób, które uczestniczyły w Powstaniu, były takie pozytywne. Podobnie siostry miały?
Tak, wszyscy mówili, że gdyby miało się powtórzyć, to by poszli jeszcze raz. Ale to jest to inne pokolenie już.
- Dziękuję serdecznie.
Warszawa, 8 października 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk