Tomasz Strzelecki

Archiwum Historii Mówionej

Tomasz Strzelecki, urodzony w Warszawie 27 lutego 1931 roku. Cały czas do Powstania mieszkałem w Warszawie na Woli, przy ulicy Płockiej róg Gostyńskiej.

  • Proszę powiedzieć o latach przedwojennych. Czy miał pan rodzeństwo?

Miałem dwóch braci i siostrę.

  • Czym zajmowali się rodzice?

Ojciec prowadził gospodarstwo ogrodnicze, usiłował konkurować [z Hozerem], nawet dzierżawił jakieś tereny [od niego] w pewnym momencie.

  • Pamięta pan może jakieś szczególne wydarzenie sprzed wojny? Jak pan zapamiętał przedwojenną Warszawę?

Przedwojennej Warszawy specjalnie nie pamiętam, natomiast pamiętam moment tuż przed wybuchem wojny, jak byliśmy w Karwi nad morzem. Ojciec przyjechał, żeby nas szybko zabrać, ponieważ grozi wybuch wojny. To były ostatnie dni sierpnia.

  • Później nastąpił wybuch wojny, wrzesień 1939 roku.

Potem pamiętam moment, jak nagle coś zaczęło warczeć, hukać, w powietrzu obłoczki się pokazały. Myśleliśmy, że to jakaś zabawa, jakieś ćwiczenia, ale w pewnym momencie przeszło nam to, bo zaczął się sypać grad odłamków i wybuchy bomb. Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak.

  • Proszę opowiedzieć o obronie Warszawy, wrześniu 1939.

Ojciec nas przeniósł na Mokotowską, do naszej cioci, natomiast sam, zgodnie z poleceniem prezydenta Starzyńskiego, wywędrował w kierunku Lublina. Miał ładną resorówkę. Z jednym sąsiadem, z ogrodnikiem, który miał na imię Roman i jednonogim furmanem Szczepanem, co o kulach chodził, wyruszyli w stronę Lublina. Dojechali do Ryk i w tym momencie na nich spadł grad bomb. Na miejscu zabili Szczepana, sąsiadowi urwało rękę, Romanowi odłamek spadł na nogę, a ojcu też coś w rękę się stało. Po szpitalu dostał się do zwiadu kawalerii i ruszył dalej w stronę Lublina. Dotarł aż do Piasków. Niestety zorientował się, że coś jest nie tak. Tak wyglądały pierwsze dni.

  • A co działo się z panem, z mamą i rodzeństwem?

Byliśmy na Mokotowskiej.

  • Pamięta pan bombardowanie?

Pamiętam doskonale bombardowania, pamiętam konie, które leżały na ulicy, i ludzie je obsmyczali z mięsa. Wszystko to pamiętam. Pamiętam wybuch bomby naprzeciwko i jakieś śmieszne rzeczy: mała córka [naszego ogrodnika] chodziła przez korytarz, tośmy pociągali za dywan, ona się przewracała. Był mały pies Pecik, któremu żeśmy dawali [śliwki], on nawet pestki od śliwek żarł. Takie rzeczy się działy. Dzieciakami byliśmy.

  • Wtedy ludność schodziła do piwnic?

Nie byliśmy w piwnicach, to był parter dużego domu. Pamiętam, kuzynka zawsze stawała w przejściu, gdzie zwisał duży kawał muru nad nią – że to najbezpieczniej. Jak bomba uderzyła w sąsiedni dom, to kawał muru się zarysował, wyglądało na to, że za chwilę spadnie. Tak że nie było to bezpieczne.

  • Co działo się później, jak wkroczyli Niemcy.

Wkroczyli Niemcy, pamiętam marsz Niemców, pamiętam powrót do zrujnowanego domu, gdzie matka robiła, co mogła, żeby jakoś to utrzymać. Od ojca nie było żadnych wiadomości, aż w pewnym momencie zjawił się zarośnięty, brudny Cygan. To był nasz ojciec. To był początek, natomiast potem była działalność, ojciec współpracował z podziemnymi siłami zbrojnymi w tym sensie, że przychodzili, broń czyścili, szykowali. Był doktor Roth, który ciągle nas odwiedzał, kontaktował nas [z innymi działaczami. Między innymi z braćmi Skubickimi].

  • Jak doktor się nazywał?

Doktor Roth. Pamiętam jako dziecko, że dali mi pistolet, żebym zaniósł. Miałem dziesięć lat, takiego szczeniaka nikt przecież nie zaczepi, jak z pistoletem szedłem. Wiedziałem, że mogli zamordować, że nie mam prawa nikogo wydać, od samego początku było wiadomo.

  • Wrócimy do momentu, jak tata dał panu pistolet do przeniesienia.

Niosłem go od ulicy Gostyńskiej na drugi koniec Płockiej, gdzieś pod Wolską. Takiego dzieciaka nikt – wiadomo było – nie zaczepi. Równocześnie byłem od małego przyzwyczajony, że nie wolno mi nikogo wydać, nic powiedzieć, bo czułem się odpowiedzialnym mężczyzną.

  • Pana rodzeństwo było starsze czy młodsze?

Starsze. Jeden brat był o półtora roku starszy, drugi o trzy lata starszy, a siostra o dwa lata młodsza.

  • Jaka ludność zamieszkiwała na Woli, w rejonie ulicy Płockiej?

Bardzo biedna ludność. Pamiętam sklepiki żydowskie, gdzie matka przychodziła z dzieciakiem, chodziła za bramę u nas, żeby trochę świeżego powietrza dzieciak zaczerpnął, lepszego, a nie ulicznego. To była raczej bardzo biedna ludność i bardzo chuligańska. Jak człowiek szedł ulicą, to był narażony na zaczepki różnych szczeniaków, którzy mi tak czy inaczej grozili. Człowiek musiał być odważny od samego początku.

  • To było przed wojną czy w czasie okupacji?

Przedwojenne czasy nie bardzo pamiętam, pamiętam, jak byliśmy na wakacjach. Był pierwszy dzień okupacji. Cyganie się rozłożyli obozem na wolnym kawałku pola, tak to mniej więcej wyglądało.
Nasz dom był usytuowany na rogu Płockiej i Górczewskiej, od ulicy osłaniał nas, to dosyć ważne, ogródek zarośnięty jaśminami i bzami. W momencie wybuchu Powstania ojciec kazał wykopać schron w tym ogródku. Jak usłyszeliśmy, że nadjeżdżają Niemcy, to myśmy się schowali do tego schronu. Pamiętam, że pierwszy i ostatni raz tak strasznie się bałem. Rzucali granaty w krzaki, one wybuchały nad schronem. Sperforowali dom ciężkim karabinem maszynowym. Aż mnie mdliło ze strachu, a równocześnie wiedziałem, że jestem jedynym mężczyzną w tym schronie i nie mogę okazać strachu. To było bardzo silne uczucie, które do dziś pamiętam. Drugie takie silne uczucie było, jak żeśmy poszli, bo ojciec stwierdził, że jest niebezpiecznie. Obok była chyba fabryka „Nering. Domaradzki”. Nie wiem, co robili, w każdym razie robili cały czas coś dla Niemców. Na tyle było to przez Niemców akceptowane, że nawet była straż złożona z Polaków umundurowanych i oni pilnowali tego obiektu. W fabryce w 1939 roku został wybudowany schron przeciwgazowy, bo to był taki okres, kiedy bardzo się baliśmy wszyscy gazów. Dzieciaki ćwiczono już przed wojną, pamiętam, tampony nam zakładano na twarz nasycone sodą, sodę żeśmy spijali. [Był] strach przed gazami. Schron w fabryce został wybudowany bardzo szczelny, właśnie w ochronie przed gazami miał wielkie znaczenie. Była maszyna, która ciągnęła powietrze przez jakieś filtry. W pewnym momencie, jak żeśmy siedzieli w tym schronie, to było 5 czy 6 sierpnia, odwiedził nas ojciec. Nastąpił atak Niemców. Niemcy: Raus! (wychodzić). Ludzie zaczęli wychodzić, oni zaczęli do nich strzelać. Niektórzy z nich cofnęli się, wpadli z powrotem do schronu i skonali. W tym momencie Powstańcy chyba zaatakowali Niemców i Niemcy się wycofali. Schron został zamknięty od wewnątrz i wtedy w zamkniętym schronie się dusiliśmy. Dusiliśmy się w straszliwy sposób, coś makabrycznego: trupy rozkładające się już w tym gorącu i powietrza. Myślałem o tym, żeby umrzeć jak najszybciej, żeby [się] nie dusić. Była maszyna do pompowania powietrza, ale hałasowała, ludzie się bali, że hałas może znów Niemców ściągnąć. Tak żeśmy jakoś przetrwali przez noc, a nad ranem ojciec chciał wyjść. Nie pozwolili mu, nie chcieli w ogóle otworzyć drzwi. W pewnym momencie brat, który został w domu i potem uciekł w stronę Okopowej, przetrwał, razem z Romanem, naszym ogrodnikiem przyszli, mówią: „Niemców nie ma”. Otworzyli, wtedy ludzie pozwolili nam wyjść. Jak myśmy wyszli, to reszta ludzi też zaczęła wychodzić. W tym momencie podbiegł ni stąd ni zowąd Niemiec, zaczął krzyczeć: Schnell, schnell!– żeby szybko wychodzić. To był jakiś przyzwoity Niemiec, który kazał nam uciekać, żebyśmy nie zostali zaatakowani przez tych, którzy mordują. Śmieszne jest w tym. że z nami była babcia, miała osiemdziesiąt lat i chyba od roku w ogóle nie wstawała z łóżka, ale jak żeśmy wychodzili ze schronu, to szła dziesięć kilometrów na piechotę, dawała radę. Strach dużo może. Wtedy jakoś bokami doszliśmy do przejścia pod torami na ulicy Zawiszy, potem pod kościół na Kole. Ksiądz nas czymś poczęstował i dalej żeśmy poszli, do stryjecznego brata naszego ojca, który mieszkał na Górcach i już żeśmy tam zostali przez jakiś czas. Jak tam byliśmy, to zaczęli się schodzić niektórzy ludzie, którzy też przeżyli. Na przykład był ksiądz, który ze szpitala wyciągnięty po resekcji żołądka trafił pod wiadukt na Górczewskiej, gdzie strzelali. Jakoś mu się udało pod zwałami trupów przetrwać, potem się czołgał. Po resekcji żołądka zjadł parę ogórków na polu i jakoś mu to nie zaszkodziło. Był jeden ze strażników, który przeżył, tylko ucho mu przestrzelili i padł. Niemcy, jak wchodzili wtedy do naszego schronu, to pierwsza rzecz, którą zrobili, to rozstrzelali wszystkich strażników, a potem kazali wychodzić i strzelali do ludzi wychodzących ze schronu. Jeden z tych strażników przeżył, bo udał martwego i jakoś udało mu się umknąć, też bocznymi drogami. Mieliśmy profesora, który nas uczył, bo w pewnym momencie przestaliśmy chodzić do szkoły, bo ociec stwierdził, że to jest bardzo niebezpieczne. Przychodził do nas korepetytor, starszy pan. Też na Płockiej mieszkał. Szedł [jako osłona] czołgu niemieckiego. Też mu się udało przeżyć, jakoś doszedł do nas. Potem z Górc przenieśliśmy się na Blizne.
  • Jak to szedł pod osłoną czołgu?

Ludzie szli przed czołgiem, czołg jechał, a ludzie szli po to, żeby Powstańcy do czołgu nie strzelali, bo [wtedy] będą strzelać do własnych ludzi. Takie osłony czołgów robili Niemcy. Ustawiali szpaler ludzi i za nimi jechał czołg. W ten sposób czuli się bezpieczni.

  • Powstańcy strzelali?

Nie, do osłony nie strzelali. Bali się, nie chcieli swoich mordować. Takie były nasze losy na Woli.

  • Wróćmy do 1 sierpnia. Czy czuło się, że coś będzie się działo w Warszawie?

Było wiadomo – ojciec był w jakiś układach z siłami powstańczymi – że o piątej się zacznie, ojciec wiedział o tym. Jak żeśmy wychodzili, przechodziliśmy obok naszego spalonego domu. Było strasznie: zwalony dom i trup spalonego mężczyzny. Mój brat, jak wracał z Okopowej, to przechodził koło domu, zobaczył tego trupa i w pewnym momencie myślał, że to ojciec. Nie wiedział, że ojciec jest w schronie u nas. Tak że to były bardzo wstrząsające momenty, ale udało nam się, całej rodzinie jakoś przeżyć.

  • Jak wyglądał schron, który tata kazał kopać 1 sierpnia w ogródku?

Wykopali na dwa metry rów, przykryli to tak zwanymi tregrami żelaznymi i przysypali ziemią. Wschodziło się, miało to szerokości pewnie z półtora metra i długości z pięć metrów, taka nora.

  • Była tylko pana rodzina?

Moja rodzina plus rodzina naszego ogrodnika Romana, jego żona i córka mała. Tam żeśmy siedzieli.

  • W którym to było miejscu?

W tej chwili trudno to jest zlokalizować, bo ulice są bardzo pomieszane, ale to gdzieś w połowie Płockiej, pomiędzy Żytnią a Obozową. Kawałek Gostyńskiej jeszcze jest, ale ulice są zupełnie [inaczej]…

  • Płocka nie idzie tak, jak szła wtedy?

Zupełnie inaczej idzie.

  • Widział pan Powstańców?

W ogóle nie zobaczyłem ani jednego Powstańca. Powstańców widział mój brat, bo się spotykał z nimi. Potem jeszcze, jak szedł, to widział, jak gdzieś na balkonie Powstaniec czatował. Ale ja nie widziałem ani jednego Powstańca.

  • Nie słyszał pan, żeby była jakaś walka na ulicy Płockiej?

Nie.

  • W drugim schronie ile mogło być osób?

Była kupa ludzi, od pięćdziesięciu do stu mniej więcej trzeba liczyć.

  • Jak przyszli Niemcy, to zaczęli krzyczeć, żeby wychodzić?

Krzyknęli: „Wychodzić!”. I wtedy ludzie zaczęli wychodzić, a oni rozstrzelali strażników i do ludzi zaczęli strzelać. Ludzie wpadli z powrotem do schronu i umarli, to znaczy dwie czy trzy osoby umarły. Nie bawili się Niemcy.

  • Wtedy właśnie nastąpiło to szybkie zamknięcie schronu?

Atak Powstańców, który Niemców odrzucił, szybkie zamknięcie, zwały trupów. Niemcy, jak przyszli, zobaczyli zwały trupów. Myśleli, że już nikogo nie ma, nie wiedzieli, że są jeszcze jakieś piwnice. Tak że to nas uratowało.

  • Co powiedział Niemiec, jak wyszliście? „Szybko!”? Schnell, schenell!?

Tak.

  • To był wermachtowiec?

Czy to był wermachtowiec? Nie rozróżniałem, poza tym człowiek nie zwracał na to uwagi, czy jest wermachtowiec, czy ma trupie czaszki, czy inne rzeczy. Kazał nam szybko uciekać, żebyśmy się ratowali jakoś. Nawet wśród tych bestii byli ludzie.

  • Potem szliście pod eskortą niemiecką?

Nie. W tym momencie już Niemcy weszli głębiej i zostawili wolne pole. Myśmy spokojnie wyszli, nie zaczepiani przez nikogo, opłotkami do Zawiszy. Później, jak wyszliśmy za tory kolejowe, to tam już Niemcy nie szaleli. To był teren niemiecki, już przez nich zajęty, specjalnie go nie nadzorowali.

  • Panu z cała rodziną udało się przeżyć?

Tak.

  • Po drodze widać było trupy?

Widać było, nawet widać było człowieka, który powiesił się na jabłonce u nas w ogrodzie. Nie wiadomo, czy sam się powiesił, czy jego powiesili. Wisiał. Widząc to wszystko, ze strachu i rozpaczy się powiesił. Leżał potem trup. Tak samo były trupy przy wyjściu ze schronu, trupy strażników, trupy ludzi, którzy wyszli i zaczęli do nich strzelać. Trupy leżały.

  • Kobiety, dzieci?

To bez różnicy, po prostu do wszystkich strzelali.

  • Gdzie pan się doczekał końca wojny?

Końca wojny doczekałem się w Częstochowie. Miałem ciotkę, która miała dosyć duże gospodarstwo szkółkarskie, znane zresztą na terenie Częstochowy. Jak się tam jechało, to się nie mówiło adresu, tylko mówiło się taksówkarzowi: „Do Hofmanów proszę nas zawieźć. Oni wiedzieli, gdzie to jest. Była to dosyć barwna droga, bo w momencie jak żeśmy przenieśli się na Górce, to potem ze względu na to, że to może bezpieczniej, razem z jednym ze stryjów i jego rodziną przenieśliśmy się na Blizne do państwa Moszyńskich. Przez jakiś czas tam byliśmy, doszedł do nas nasz profesor. Jak Niemcy krowę brali, to biedaka pierwszego z brzegu wzięli, posadzili na ciężarówkę i kazali mu trzymać postronek od krowy. Tak jechali, a on się z krową szarpał, tak że miał strasznego pecha ten człowiek, ale jakoś wrócił, puścili go. „Własowcy” zabrali naszemu stryjowi konia i zostawili straszną, umierającą chabetę. Tą chabetę zaprzężono do furmanki, na furmance rozpostarto dwa kilimy. Siedziała babcia i trochę rzeczy, a my szliśmy na piechotę. Koń ciągnął furmankę. Myśmy wędrowali przez Polskę, przez jakiś czas zatrzymaliśmy się w Babsku, a potem wolno do Częstochowy. Nie mogliśmy jechać na wozie, bo koń był za słaby, tylko babcia jechała, myśmy szli na piechotę. Jak komuś udało się podwodę znaleźć, to go powieźli. Nasz pechowy profesor wylądował w Częstochowie koło dworca. Oczywiście od razu kupił sobie gazetę, szedł z tą gazetę, Niemcy go zgarnęli, wsadzili do obozu. Tak że miał strasznego pecha ten człowiek. Myśmy przetrwali do wejścia Rosjan do Częstochowy. Już nie pamiętam, który to był dzień stycznia.

  • Pan profesor przeżył wojnę?

Przeżył.

  • Jak się nazywał?

Michał Mazurowski. Z nami był potem do końca.

  • Kiedy pan wrócił do Warszawy?

Nieszybko, dlatego że ojciec z Częstochowy wziął w dzierżawę majątek. Nazwijmy to majątkiem, duże gospodarstwo z dworem, z pałacem właściwie, w Opypach. To jest śmieszna nazwa, ale przewija się w wielu przypadkach, na przykład Przybora też w Opypach przetrwał jakiś czas. Tam żeśmy byli bodajże od lipca 1945 roku. Potem okazało się, że mająteczek miał o dwa hektary więcej niż pięćdziesiąt, to go upaństwowiono. Przyjęła to najpierw SGGW, potem znów ktoś, ale ojciec tam został jako kierownik gospodarstwa. Natomiast my pokończyliśmy studia i przenieśliśmy się do Warszawy. U ciotki mieszkaliśmy od 1950 roku na tak zwanej stancji, gdzie spędziliśmy pierwsze dni ataku na Warszawę, a potem każdy z nas jakieś mieszkanie dostał, gdzieś się ulokował.

  • Dom został całkowicie spalony?

Śladu po tym nie było, w tej chwili bloki stoją, wszystko zostało objęte dekretem Bieruta.

  • Czy ktoś jeszcze z pana sąsiadów przeżył Powstanie?

Nie wiem. Na pewno przeżyli ci, co wcześniej wyszli. Aczkolwiek mieszkali tam, to przed Powstaniem się powynosili gdzieś poza miasto. Ale czy ktoś przeżył, to nie wiem. Na pewno siedzieli w tym schronie w większości. Naprawdę mało ich znałem.

  • W którym miejscu był schron?

Na ulicy Żytniej jeszcze resztówka stoi (nie wiem, co tam się mieści, [prawdopodobnie przedszkole]), [otynkowany na kolor fioletowo-czerwony]. To są chyba te budynki, w których był schron.

  • W którym miejscu na Żytniej?

Blisko rogu z Płocką, po lewej stronie. Jak się idzie od strony Sokołowskiej, to jest budynek [fioletowo otynkowany], jednopiętrowy. To chyba tam był właśnie schron.

  • Uważa pan, że to była prawidłowa decyzja, że wybuchło Powstanie w Warszawie?

Nie będę na ten temat rozmawiał, bo uważam, że na ten temat tyle się mówi dobrego i złego, że nie jestem w stanie tego ocenić. Wydaje mi się, że był to głupi pomysł, ale Polacy zawsze mieli takie odruchy przecież. Powstanie listopadowe, powstanie styczniowe też nie bardzo miały sens.



Warszawa, 14 października 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Tomasz Strzelecki Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter