Zbigniew Łenka „Ryś”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Zbigniew Łenka. Mam pseudonim, który bardzo mi pasował, jak byłem bardzo młodym człowiekiem, wstąpiłem do „Szarych Szeregów” – pseudonim Ryś.

  • Już wtedy, w „Szarych Szeregach” pan miał ten pseudonim?


Już w „Szarych Szeregach” miałem pseudonim Ryś. Wstąpiłem do „Szarych Szeregów” w 1942 roku, mając trzynaście lat, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej. Potem, ponieważ w „Szarych Szeregach” ta najmłodsza grupa, „Zawiszacy”, nie dostawali broni do ręki – ci starsi tak, „Zawiszacy” nie – wobec tego ja wstąpiłem potem jeszcze do oddziałów wojskowych. Miałem takiego przyjaciela „Juranda”, który chodził do szkoły mechanicznej. Tam kształcono ślusarzy, ale ja się tam ze swoim kolegą spotkałem i wstąpiłem do oddziałów wojskowych. W 1944 roku w marcu złożyłem przysięgę i zostałem szeregowym Armii Krajowej.

  • W 1944, czyli miał pan lat piętnaście i w tym wieku już przyjmowali do oddziałów wojskowych?


Już przyjmowali. Tak, oczywiście! No przecież w czasie Powstania w tym wieku już brali udział [w działaniach wojskowych]. To był najmłodszy rocznik.

  • A w „Szarych Szeregach” to było tylko harcerskie zdobywanie sprawności czy coś więcej?

 

No więc właśnie to było zupełnie inne harcerstwo. To było harcerstwo powstaniowe, jak nam mówiono, i to sprawdziliśmy, wobec nowej okoliczności, znaczy wobec wojny. Harcerstwo przedwojenne to były obozy, biwaki, piosenki, chociaż to było bardzo patriotyczne harcerstwo, to w czasie wojny harcerstwo stanęło w obliczu obrony niepodległości. Nam już od początku mówiono w „Szarych Szeregach”, że przyjdzie przełom, znaczy Powstanie Warszawskie, i my będziemy brali udział w tym Powstaniu Warszawskim. Czyli harcerstwo miało zupełnie inny charakter – walki o niepodległość. To do nas trafiało bardzo i to nas właściwie pociągało, bo mniej nas pociągały podchody, które się odbywały w czasie wojny tu w okręgu warszawskim, w Józefowie, w Świdrze, gdzie wtedy jeszcze były porządne lasy. Myśmy tam mieli od czasu do czasu takie spotkania harcerskie, ale nam cały czas mówiono, że przyjdzie przełom i będziemy walczyć. Zresztą pierwszy komendant „Szarych Szeregów”, Florian Marciniak, którego miałem okazję poznać, w tym sensie, że widziałem go na takich ćwiczeniach podwarszawskich, wymyślił koncepcję wychowywania młodzieży przez walkę w pierwszej linii. On uważał, że jeżeli się będzie młodzieży w czasie wojny mówić tylko o obozach, o spotkaniach, to młodzieży nie przyciągnie. To się sprawdziło. Natomiast nami panowała walka. Byliśmy bardzo młodzi. Nie zdawaliśmy sobie [sprawy] z konsekwencji, że można zginąć, że można być ciężko rannym. Nas pociągał ten romantyzm walki.

  • Już wtedy był pierwszy kontakt z bronią?


Nie. My w ogóle nie mieliśmy kontaktu z bronią w „Szarych Szeregach”, ponieważ najmłodsza grupa była przewidziana na wypadek Powstania do czynności porządkowych, czyli mieliśmy być gońcami, przenosić meldunki. Poza tym Powstanie się nam jawiło jako sukces, jako zwycięstwo, co się potem nie sprawdziło. Mieliśmy kierować przechodzącymi oddziałami wojsk. Była to po prostu praca pomocnicza. Z bronią nie mieliśmy w ogóle nic do czynienia, natomiast muszę powiedzieć, co jest w ogóle paradoksem, że jak wstąpiłem do oddziału wojskowego (potem się okazało, że to był batalion majora Rakowskiego na ulicy Grochowskiej), to też nie miałem w ogóle do czynienia z bronią.
Czekaliśmy na godzinę „W”. Wydał rozkaz „Monter” przy końcu lipca. Pamiętam, 27 lipca zagaduje mnie mój kolega „Jurand”, że idziemy – jest alarm. Poszliśmy do szkoły na Grochowską. Tam była koncentracja oddziałów wojskowych VI Obwodu na Pradze i tam czekaliśmy na wydanie broni. Ja miałem trochę pojęcie o [używaniu broni], ponieważ miałem starszego brata, który był w dywersji. On przynosił do domu pistolet Vis (taki był sławny pistolet przed wojną) i mnie uczył, jak się z tym obchodzić. A moi koledzy, którzy byli na Grochowskiej, nie mieli w ręku broni nigdy. Takie były sytuacje, że niektóre oddziały, te najmłodsze, przystąpiły do Powstania bez przeszkolenia wojskowego. Ale mieliśmy za to zapał!

  • To też bardzo wiele znaczy oczywiście, tylko to w pewnym momencie przestaje wystarczać. Jak rozwijała się sytuacja… Zechce pan przybliżyć godzinę „W”. Jak ją pan zapamiętał?


Jeszcze może opowiem, jak byliśmy w szkole na Grochowskiej (po wojnie starałem się zobaczyć tą szkołę, ona istnieje). Przyszliśmy tam wieczorem, jak był alarm ogłoszony przez „Montera”. Pamiętam, to był upalny lipiec. Ja byłem w jakiejś koszulce, w sandałkach, w krótkich spodenkach. Przecież miałem wtedy piętnaście lat! „Jurand” był podobnie ubrany, więc jak przyszliśmy na miejsce koncentracji, to porucznik, którego nie znaliśmy, który stał w holu, popatrzył na nas i mówi: „Chłopcy! Jak wyście się ubrali? Co, idziecie do babci na spotkanie rodzinne? Przecież miały być bluzy”. Takie było zalecenie, że Powstanie się rozwinie, poza tym wojsko musi jakoś wyglądać, żeby być w bluzach, a myśmy się ubrali tak leciutko. No ale jakoś nam to darował i tam spędziliśmy noc.

  • Dopiero potem się rozeszliście, jak odwołano wszystko?


Nie, właśnie nie. To było miejsce wyczekiwania [i ono] zostało zatrzymane. Pierwszy alarm został odwołany, ale tych oddziałów nie rozpuszczono. I jeszcze ten porucznik…
Przyjechał jakiś major, który wyglądał na nauczyciela historii, taki drobniutki, w koszulce, szczuplutki. Wszedł tam, ale porucznik nas postawił na baczność i zameldował mu całą kompanię. Okazuje się, że to był major Rakowski, który był dowódcą całego oddziału na Grochowskiej. Popatrzył na nas i powiedział: „Dajcie »spocznij«!” – do tego porucznika i takim głosem spokojnym mówi: „Chłopcy, czy wiecie, jakie jest wasze zadanie?”. Mówimy: „Będziemy walczyć w Powstaniu!”. „Ale to nie tak – mówi – z takiego wysokiego konia. Na razie waszym zadaniem będzie zdobycie mostu średnicowego”. Most średnicowy to jest ten, który łączy Pragę z Warszawą. Potem, jak on poszedł, to ten porucznik mówi: „Chłopcy, to dwójkami was wypuszczam i idźcie, obejrzyjcie sobie ten most, który będziemy zdobywać”.
Pamiętam, z „Jurandem” się tam wybrałem. Tam był taki teren zarośnięty, trochę trawy było, takie jakby burzany i jacyś ludzie sobie leżeli, bo to był okres przecież lata, opalali się na słońcu, a z daleka zobaczyliśmy ten most i…

  • Obsadzony był?


Tak, no właśnie taki wielki bunkier był. I tam… Ja byłem entuzjastą zapalonym, mówię do „Juranda”: „Słuchaj, zobacz, to jest trzysta metrów. Zdobędziemy ten most momentalnie!”. Tam było widać karabiny maszynowe, a „Jurand”, który był człowiekiem bardzo rzeczowym, był takim flegmatykiem, mówi do mnie: „Słuchaj, jak my pod ten most podejdziemy? Przecież oni [nas] wykoszą z tych karabinów maszynowych!”. Wróciliśmy do szkoły i ponieważ część ludzi się nie zjawiła i zało dwóch saperów dobrze wyszkolonych, którzy mieli ewentualnie… Wiadomo, liczyliśmy, że ten most zostanie zdobyty, byliśmy entuzjastami.

  • Czym dysponowaliście? Jaką bronią?


Żadną! Jeszcze nie myślano [o niej]. Broń miała być wydana w ostatniej chwili. Potem się dowiedziałem dopiero, że akurat tak się fatalnie złożyło, że w tym miejscu przejechały czołgi niemieckie, „Pantery” i „Tygrysy”, i stanęły bardzo blisko składu broni. Ulica Grochowska majora Rakowskiego nie mogła tej broni wcześniej dostać z tego powodu.

  • Oni najpierw chcieli zdobyć tę broń?


Nie! [Broń] miała być wydana z magazynów, ale przy tych magazynach stały czołgi niemieckie po prostu i broni nie można było zdobyć. Porucznik się martwił: „Chłopcy, zdobędziemy most średnicowy, ale on pewnie będzie podminowany. Jak zlikwidujemy załogę niemiecką, to trzeba będzie zlikwidować te zapalniki”. Okazuje się, [że] nie zgłosili się dwaj minerzy, jak myśmy o nich popularnie mówili, czy, powiedzmy, saperzy, którzy by się na tym znali. Przecież myśmy o tym w ogóle pojęcia nie mieli. Porucznik mówi: „Słuchajcie, ja mam tutaj adresy na Mokotów. Kto pojedzie i ściągnie tych ludzi?”. Ponieważ ja mieszkałem na Mokotowie, znałem tam każdą bramę przechodnią. To był taki trochę paradoks Powstania, że jak byłem w „Szarych Szeregach”, to myśmy całe miesiące chodzili po Mokotowie i wiedzieliśmy, gdzie są bramy przechodnie. To się przydało za Powstania, [kiedy] przekazywaliśmy meldunki.

  • W ogóle uczono was topografii specjalnie.


Właśnie topografii, gdzie są studnie artezyjskie, jak wysiadły wodociągi, i gdzie są na przykład silne bunkry, które były przed wszystkimi koszarami. To przy zdobywaniu, przy pierwszym szturmie było bardzo ważne. Myśmy te meldunki przekazywali. Ja znałem Mokotów na pamięć i zgłosiłem się, żeby pójść, załatwić sprawę – ściągnąć minerów. No i wtedy, kiedy się pojawiłem na Mokotowie…
Miałem jeszcze takie przygody, bo… Jeden mieszkał na Asfaltowej. Pukam do tego mieszkania, jakiś facet wychodzi i mówi: „Panie, niech pan się tutaj nie kręci, bo tego faceta, co pan do niego puka, rano zabrało gestapo. Niech pan stąd zjeżdża lepiej!”. Myślę: „Już jednego minera nie ma”. Potem poszedłem pod drugi adres. Tego drugiego nie zastałem, ale gdzieś został odcięty widocznie na innej ulicy i myślę: „Nie wykonam rozkazu!”.
Kiedy byłem na Mokotowie… Tam niedaleko mieszkała moja matka, która była bardzo załamana, ponieważ tego roku, w kwietniu 1944 roku, zginął mój brat, który był w dywersji. Ojciec poszedł do Powstania. Ja też sobie pobiegłem na wojnę. Myślę sobie: „Muszę zajrzeć do tej biednej mojej matki”, którą bardzo kochałem zresztą. Ona była bardzo nam oddana. Przeżyła straszną tragedię, straciła mojego brata – starszego syna – i kiedy do niej przyszedłem, ona mówi: „Może ci dać jakiś obiad?”. W tym momencie słyszę, a tu [syrena].

  • Bombardowanie?

 

Nie. Wybucha Powstanie. Strzelanina. No i oczywiście zgłosiłem się do… Musiałem się wymknąć swojej mamie. Dzisiaj może na to inaczej patrzę. Myślę, że było to dość okrutne, bo ja miałem piętnaście lat. Pochowała mojego brata, czyli swojego syna, którego kochała bardzo, może nawet bardziej niż mnie. Mąż gdzieś znika, no i ten chłopak piętnastoletni, który wyszedł na podwórko, bo inaczej nie mogłem, nie miałem sumienia matce powiedzieć: „Słuchaj, ja idę do Powstania”. Też zniknąłem po prostu.
Zgłosiłem się do „Baszty”, do oddziału B-3, i byłem w plutonie sanitarnym doktora Tarkowskiego, który tam [mieszkał]. Ja mieszkałem na Kazimierskiej 69, a on obok na rogu Narbutta zorganizował taki pluton, no i dalsze losy moje były związane z tym plutonem sanitarnym. Z tym że widziałem dużo takich okropnych rzeczy i brałem udział nie tylko w pracach pomocniczych, ale jedną rzecz bardzo zapamiętałem. Już zdobyłem pistolet – bo więcej mi nie dano, bo byłem młodym chłopcem – takiego visa przedwojennego, którego musiałem ukrywać, żeby mi starsi koledzy nie zabrali.
Ale pamiętam taką historię, która była na… Mokotów został zamknięty, był w bardzo tragicznej sytuacji. Jak wiadomo, Śródmieście do końca się broniło i tam było prawie normalne życie poza tym, że były walki na pograniczach [dzielnicy]. Natomiast Mokotów był w trudnej sytuacji, ponieważ tam były silne bastiony SS. Ja mieszkałem obok. Na Rakowieckiej na przykład te domy jeszcze stoją. Naprzeciwko więzienia mokotowskiego, obok SGH jest taki wielki dom, który został zbudowany przed wojną dla naszego wojska. Tam się mieściły koszary. Opisane to jest w książkach historycznych. Tam były Stauferkaserne i był wielki bastion SS i czołgów niemieckich. W związku z tym dowódca Mokotowa zorientował się, że Mokotów jest odcięty od Śródmieścia i jest strasznie otoczony przez wojska SS, więc zrobił bastion, twierdzę zamkniętą ulicami Niepodległości i Puławskiej, Odyńca i z tamtej strony, od strony [terenu] wyścigów konnych była ulica Naruszewicza.

Kiedyś, taką rzecz zapamiętałem, z plutonem byliśmy na ulicy Odyńca i podchorąży, który był naszym dowódcą, nie pamiętam jego nazwiska ani pseudonimu… W pewnym momencie myśmy zauważyli, że z lewej strony pojawili się esesmani – jakiś atak esesmanów, który podgryzał tą twierdzę, bo podwórka się przeplatały i tam były takie wielkie szpule od kabli, taka mała zaimprowizowana barykada. I on [dowódca] mówi: „Kładźcie się, chłopcy, na tej barykadzie!”. Myśmy się położyli na tej barykadzie, patrzymy, a z tamtej strony pojawił się czołg „Pantera”. Oni, Niemcy, mieli masę czołgów i byli doskonale tutaj zorganizowani. Był w naszym plutonie bardzo dobry strzelec, który obsługiwał [granatnik]. Nazywał się „Cichy”. On obsługiwał piata ze zrzutu angielskiego, [przy użyciu] którego można było rozwalić największy czołg. To był znakomity strzelec, ponieważ on na pięć strzałów miał pięć trafień. Podchorąży [mówi]: „»Cichy«, widzisz ten czołg? Ale na razie nie strzelaj. Podpuść go”. Patrzymy, a zza tego czołgu pojawia się grupa ludności cywilnej, cywilów. Jakiś znak im ci esesmani dali (oni przecież byli sterroryzowani) i pojawili się przed czołgiem. To była straszna historia, którą zapamiętałem na całe życie. I pamiętam…

  • Żywe tarcze, tak?


Tak, żywe tarcze. Pamiętam, przed tym czołgiem szła kobieta w zielonej sukience. Zaraz wyjaśnię, dlaczego to zapamiętałem. Teraz czekanie na wydanie rozkazu przez podchorążego, a on nie wydaje tego rozkazu. Oni się już zbliżają, a widzimy, że za tym czołgiem idą esesmani. Wreszcie, był u nas taki kapral „Maks”, on mówi: „Rany boskie! Panie podchorąży!”. To miało być ponagleniem go, ale podchorąży miał widoczne mocne nerwy i do tego „Cichego” mówi: „Teraz! Wal!”. „Cichy” rąbnął z piata i trafił „Panterę”, ale ona się jeszcze nie zapaliła. Potem drugi raz strzelił, ale ci esesmani zaczęli strzelać i tłum się rozbiegł, jakoś [mu] się udało. Udało się odeprzeć ten atak, bo „Cichy” zapalił bok „Pantery” i ona się wycofała. Schodzimy z tej barykady. Patrzymy. Podchorąży podchodzi. Tam ktoś leży. Podchodzimy, a tam leży kobieta w zielonej sukience. […] Ale jeszcze puenta tej historii jest niesamowita, zresztą zapamiętałem ją na całe życie. Kapral „Maks” mówi: „Panie podchorąży, pan znał tą kobietę?”. A on mówi: „To jest moja nauczycielka od polskiego. Pochowajcie ją porządnie, chłopcy”. Okazuje się, [że] podchorąży był z tego rejonu.

  • To dla wszystkich musiała być tragedia. Nie sposób było nie wydać takiego rozkazu, ale z drugiej strony, co się bierze na swoje sumienie…


To jest taki, można powiedzieć, pewien straszny obraz z Powstania.

  • Pan zaczął Powstanie w innym oddziale…


W wojskowym, tak. Już na Pragę nie wróciłem.

  • Bo tam już nie było możliwości i potrzeby. Gdzie było wasze miejsce postoju?


Myśmy mieli takie miejsce postoju na Tynieckiej. To blisko. Tam straszne rzeczy się działy na Mokotowie potem, ale to już dalsze losy…

  • Brał pan udział w akcjach zbrojnych?


No więc brałem udział w [akcjach] podobnych, jak ta barykada na ulicy. A tak to zajmowaliśmy się przenoszeniem rannych. To było okropne. Ludzie umierali na moich rękach. Ja miałem straszne historie. To zostało mi na całe życie.

  • Jak to wszystko było zorganizowane od strony czysto porządkowej? Byliście wszyscy razem, mieliście gdzie spać?


Tak. Myśmy mieli takie stanice, tak myśmy je nazywali. Była część zaimprowizowana jakiegoś domu, który został opuszczony. Gdzieś na parterze, w mieszkaniach [stacjonowaliśmy], z tym że grupy spały na zmianę: jedna spała, a druga wstawała i siedziała na barykadzie albo brała udział w akcjach. Na Mokotowie to odbywało się w ten sposób, że bardzo wcześnie oddziały, które trzymały Mokotów, tej twierdzy, przeszły do obrony, ponieważ masa tych… To była dzielnica niemiecka tak zwana, to znaczy tak Niemcy ją określili. I tutaj, na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta, były olbrzymie koszary SS. To była wielka szkoła. Dzisiaj tam też jest szkoła. Na Różanej, gdzie początkowo była barykada, były koszary SS. One były początkowo zdobyte, ale potem znów odbite przez Niemców, no i na tej Rakowieckiej też Stauferkaserne, o których już mówiłem były – wielkie koszary SS. Tak zwana Rakowiecka, [nazwa,] którą się posługujemy – wiemy, co to jest. Tam w PRL-u mieściło się MSW. Tam były koszary Luftwaffe. Na Dworkowej, to jest ulica niedaleko Puławskiej, niedaleko getta, był olbrzymi bastion żandarmerii niemieckiej. [Ulica] do końca nie została zdobyta i te bastiony nie zostały zdobyte. Oni, ci Niemcy, stosowali taką metodę, że oni [atakowali w dzień], bo w nocy nie lubili atakować, tylko w dzień o świecie wypuszczali patrole, które wchodziły [do] tej dzielnicy w podwórka i tam się odbywały lokalne walki.

  • Czy mieliście jakieś sukcesy?


Muszę powiedzieć, że sukcesem była ta godzina „W”, [dzięki której] jednak koszary na Różanej zostały zdobyte, na Woronicza zostały koszary zdobyte. I kwadrat cały, to był jednak olbrzymi kwadrat, był w rękach naszych, w rękach Powstańców. [Sukcesem było też to,] że Niemcy nie potrafili, mimo szturmów, które się odbywały, zdobyć, zlikwidować takiej enklawy powstańczej na Mokotowie. To odbyło się dużo później.

  • Czy ktoś troszczył się waszym zaopatrzeniem?

 

Były tam oczywiście łączniczki, harcerki niesłychanie ofiarne, [które] były z Wojskowej Służby Kobiet. Sam widziałem takie rzeczy, że to się w głowie nie mieści. Został ranny jeden z oficerów, taki podporucznik, przy szkole na Różanej. Ja bym sam nie miał odwagi tam podejść i wyciągnąć jego. On leżał, z drugiej strony [barykady] Niemcy strzelali, snajperzy. Dwie dziewczyny takie młode z opaskami Czerwonego Krzyża – ale Niemcy tego nie honorowali w ogóle – podbiegły tam do podporucznika. W międzyczasie snajper jedną zabił. Jak opatrywała podporucznika, to strzelali do niej cały czas, z tym że ona go opatrzyła. Uratowała mu właściwie życie. Nie można go było wtedy wyciągnąć, bo był pod ostrzałem. Ona się tam gdzieś ukryła, potem się podczołgała do barykady, ale jego dopiero wieczorem można było zabrać. Jaką to trzeba mieć odwagę! To się obserwowało na porządku dziennym, jakie odważne były te dziewczyny, zdeterminowane! Myśmy to zaobserwowali. [Sam] widziałem, że oficerowie mówili między sobą o tym, że to Powstanie dlatego tak długo trwa dzięki tym sanitariuszkom, dzięki tym pielęgniarkom, tym łączniczkom. One strasznie ginęły, strasznie ginęły. Zupełnie na otwartym terenie działały.

  • Tak, ale na całym świecie znak Czerwonego Krzyża to był...


Tak, ale Niemcy tego w ogóle nie honorowali. Odwrotnie, to przyciągało ich uwagę i ci snajperzy, którzy byli pochowani na strychach, oni się w ten sposób lokowali, ostrzeliwali [je]. Ich nazywali „gołębiarzami”, ponieważ to było w miejscach… Oni ostrzeliwali szczególnie [sanitariuszki], ponieważ my i ci starsi nasi żołnierze, starsi koledzy mieli przeszkolenie wojskowe i posuwali się pod ścianami. Pierwszy szturm, który widziałem, to była szarża na szkołę na rogu Narbutta i Kazimierskiego. Chociaż to się nie udało, były tam wielkie straty „Baszty”, a potem jednak oficerowie zwracali na to uwagę, żeby z zaskoczenia działać, albo o świcie, albo w nocy, a te pielęgniarki, niestety, szły w dzień pod ostrzałem.

 

  • Co panu zapamiętało się tak szczególnie, oprócz tych najbardziej charakterystycznych momentów, o których pan już mówił, jeszcze jakieś niebywałe akcje?


[…]

Nie mieliśmy wyżywienia potem. Głód był, powiedzmy. Robili tak zwaną zupkę „pluj”. Tam gdzieś magazyn zdobyto, w którym było zboże: żyto, pszenica, i z tego gotowano zupkę „pluj”. Potem zaopatrzeniem były działki. Naokoło ludzie w czasie wojny hodowali pomidory, marchew na ulicach bocznych, gdzie były place, ale my byliśmy stale głodni. Niektórzy chorowali, bo nie każdy ma możliwości, żeby w taki sposób się odżywiać zupką „pluj”. Miałem kolegę też z „Szarych Szeregów”, który miał pseudonim „Osa”, i on mówi: „Słuchaj! Tu na rogu Kazimierzowskiej – w tych rejonach myśmy się poruszali, [na rogu] Kazimierzowskiej i Narbutta, a zaraz dalej była Rakowiecka, a to już była ziemia niemiecka tak zwana, tak myśmy mówili, albo niczyja, ale raczej niemiecka – tam facet ma sklep. Taki pan Zając. On jest bardzo dobrze nastawiony do Powstania, o ile wiem, bo on miał kolegę, który też był w organizacji. To jest facet, który ma olbrzymie zapasy konserw, wobec tego proponuję, żebyśmy się wybrali do tego Zająca po jakieś zaopatrzenie”. Zameldowaliśmy się u dowódcy plutonu. On mówi: „Słuchajcie, ja nie mogę wam dać zgody. Po pierwsze [dlatego,] że to nie jest akcja wojskowa, a po drugie to jest ziemia niemiecka, tam esesmani krążą bez przerwy. Idziecie na pewną śmierć. Nie dam wam zgody! Dajcie sobie spokój, wy harcerzyki z „Szarych Szeregów”. To była taka trochę ironia. Ja mówię do „Osy”: „Słuchaj »Osa«, co on tu nam będzie mówił, że my harcerzyki! My mu pokażemy, co to są »Szare Szeregi«. Trafisz tam?”. On mówi „Oczywiście! W nocy trafię!”. No i poszliśmy do tego pana Zająca.
Tam już niestety przeszły patrole, które ten patriota pan Zając zaopatrzył, ale miał ogórki konserwowe w słojach i grzyby w occie. Myśmy do niego przyszli i on nas ogórkami poczęstował. Myśmy się objedli tych ogórków. Kiedy u pana Zająca [tak] siedzimy, to słyszymy straszne strzały na ulicy, ale ponieważ myśmy byli oswojeni z tą sytuacją, to nie robiło na nas specjalnego wrażenia. Do wszystkiego się można przyzwyczaić. Ja mówię: „»Osa«, zobacz, co tam się dzieje na ulicy!”. Mówię: „Słuchaj, bo ty mówiłeś, że ten pan Zając ma suchą kiełbasę, więc może on znajdzie kawałek tej suchej kiełbasy?”. Rzeczywiście, pan Zając znalazł jakąś suchą kiełbasę i [tak] tam siedzimy. Jeszcze „Osa” miał sarkastyczny sposób bycia, mówi: „Słuchaj, może przed śmiercią się najemy!”. Ja mówię: „Przestań!”. On wyszedł na ulicę i po chwili mówi: „Słuchaj, kiepsko. Esesmani idą”. Zając mówi: „Słuchajcie, tu jest taka [kryjówka]. Bo ci jak wejdą do sklepu, to was rozwalą!”. Wystarczyło mieć piętnaście lat, żeby iść pod ścianę. Myśmy schowali opaski i Zając mówi: „Ja zaraz znikam. Macie tu takie przebicie w ścianie”. W ten sposób połączone były piwnice. To było dość mądre, że można było przejść całą dzielnicę przez piwnice. Dziura w ścianie. Wchodzimy do tej dziury. Jesteśmy w piwnicy, w jakimś korytarzu. Leżą mężczyźni starsi, dzieci, kobiety, no i bardzo niechętnie nam się przyglądają. To byli ludzie, którzy byli z tego domu, oni się doskonale znali. My, chociaż byliśmy bez opasek, ale robiliśmy wrażenie, że może [jesteśmy] z Powstania.

  • Byli niechętni Powstańcom?


Niechętni, ponieważ to już była druga połowa sierpnia i już oni sobie zdawali sprawę, ci ludzie, że Powstanie nie ma szans. Tam na Mokotowie [Niemcy] mordowali strasznie ludzi, palili domy, no i oni byli niechętni. My wchodzimy do [piwnicy] i w tym momencie słyszymy krzyki po niemiecku. Okazuje się, że ludzi z piwnicy wyrzucali na ulicę. Ja mówię do „Osy”: „Idziemy?”. A on mówi: „Jakie mamy wyjście? Czekamy”. Jakiś facet, taki grubas wyszedł, potem drugi. Graty leżą, walizki, bo ludzie niektórzy zbierali wszystkie zapasy i tam siedzieli. Tacy są niektórzy ludzie, którzy wszystko chcą mieć przy sobie, myślą, że przeżyją. „Osa” jeszcze do mnie powiedział: „Słuchaj, bierz jakąś walizkę, bo jak wyjdziemy tak na ulicę…”. A słyszę niemieckie głosy. Ja wziąłem walizkę jakąś, patrzę, aby nie [była] ciężka. „Osa” też coś wziął, no i my się ociągamy. Wreszcie patrzymy, że jeden z Niemców wkłada głowę do piwnicy z szmajserem, więc myślimy, że nie można już czekać – jak rąbnie, to nas załatwi.

Wychodzimy na ulicę. Ja wyszedłem pierwszy. Esesman nie zwrócił na mnie w ogóle uwagi, tylko mnie popchnął. Był tam parkan. Patrzę, a tam już leży paru zabitych na ulicy. Ci esesmani mieli zawinięte rękawy. Bardzo młodzi to byli ludzie. Oni chyba albo dostawali rum, bo takie były opinie, że ich upijają, żeby bardziej byli okrutni, albo coś im dosypywali do kawy. W każdym bądź razie on [esesman] miał takie rozognione spojrzenie. Pod tym murem patrzę – leży kilku mężczyzn zabitych, jakiś facet z walizką. Ja myślę: „Też mam walizkę”. Ale człowiek ma szczęście czasami, nie wiem. Jak ktoś wierzy bardzo w Pana Boga, to może Pan Bóg tym kieruje? Ja mimo wszystko miałem dokument z Powstania. Tego nie wolno było robić, ale miałem jeszcze swoją kartę pracy z Arbeitsamtu. Chodziłem do szkoły ogrodniczej. To było tajne liceum imienia Rejtana, ale nam po to, żeby nas ochronić, szkoła wydawała tak zwane Arbeitskarty, czyli karty pracy. Podchodzę do esesmana. On tak mi się przygląda. Trzyma tego szmajsera. Coś mi się zapaliła lampka [w głowie]. Sięgnąłem do kieszeni tak dyskretnie, [do przedniej kieszeni koszuli/kurtki], nie z tyłu, żeby nie pomyślał, że ja mam broń. Wyjąłem kartę pracy i ponieważ uczyłem się niemieckiego, mówię: Das ist meine Arbeitskarte. „To jest moja karta pracy”. Ich bin Garten lernen. „Ja jestem uczniem [szkoły] ogrodniczej”, bo to była szkoła ogrodnicza. Esesman zgłupiał. Spojrzał na mnie. Nic nie powiedział. Pistolet maszynowy przesunął. Wziąłem tę walizkę, którą wziąłem, taką lekką, i przeszedłem koło niego. Widziałem, jak ludzi pędzą gdzieś w kierunku Rakowieckiej, i włączyłem się do tej kolumny. Tak powoli idę i myślę sobie: „On rąbnie mnie w plecy czy nie?”. No nie, ale odwróciłem się, bo usłyszałem salwę, patrzę – tego grubego faceta z walizką on zastrzelił. Taką miałem właśnie przygodę.

  • A kolega, z którym pan był, przeżył?


On przeżył. Też mieliśmy potem przygody na końcu, ale po wojnie go już nie spotkałem, czyli prawdopodobnie [zginął]. Ja trafiłem później do obozu koncentracyjnego. Jako młody chłopiec byłem w Mauthausen.

  • Jaki był finał tego [wydarzenia], bo w końcu pędzili was w kolumnie, tak? Dokąd?


Nie, to była tylko taka niezorganizowana kolumna. Ludzie biegali, naokoło stali esesmani, strzelali do ludzi, bili ich. [Ludzie] szli w kierunku Rakowieckiej. Był ze mną „Osa”. Tam była druga historia, gdzie Opatrzność uratowała mi życie, tak myślę. To moc chyba jest! Myśmy doszli na ulicę Rakowiecką. Tu się naokoło palą domy; cała Kazimierzowska przez Rakowiecką się pali. Myślę sobie: „Tu nie ma szans! Jak palą domy, to już tu ludzi nie wpuszczą z powrotem”. Nie możemy się wycofać do swoich na Różaną, bo to kawał drogi. Jesteśmy już w rękach niemieckich. No więc idziemy. Dochodzimy do Rakowieckiej i widać… Tam właśnie były Stauferkaserne, olbrzymie koszary SS. Tak jak mówiłem, to jest teraz blok wojskowy, tam mieści się wojsko. To jest koło SGH, [budynek] z piaskowca, zbudowany przed wojną, [wygląda] zupełnie jak bastion. I idziemy w kierunku Stauferkaserne. Ulice oczywiście puste, wymarłe.
Przed bramą są zasieki, bunkry, [które] Niemcy sobie wcześniej zbudowali, ale jeszcze stoi olbrzymi czołg. Oni tak robili: przed koszarami [stawiali] olbrzymi czołg w razie naszego ataku, Powstańców. [Jak stał] taki czołg, to nie było szans, [żeby zaatakować].
Brama jest otwarta. Wchodzimy na podwórko tego Stauferkaserne. Patrzę, [a] po lewej stronie stoi tłum mężczyzn. Tam [wewnątrz] jest takie olbrzymie podwórko, dziedziniec. A po prawej pod murem… Jak się ma piętnaście lat, [to] człowiek ma bystre spojrzenie, poza tym w „Szarych Szeregach” tego uczyli, różnych ćwiczeń było masę, więc spojrzałem [jednym] okiem, lampka mi się zapaliła – w którą stronę wejść? Po prawej stronie stoi ośmiu albo dziesięciu mężczyzn pod murem. Myślę: „Oj, to niedobrze!” – wiadomo dlaczego. A z lewej – tłum. Idę z tą walizką. Na środku jest stolik i siedzi dwóch oficerów SS w kapelusikach tyrolskich, w skórkach – gestapowcy. Jeszcze naokoło jakaś obstawa, żołnierze z pistoletami maszynowymi, w hełmach. Widzę, że ludzie podchodzą do tego stolika i tam jest selekcja.
Były również takie sytuacje, że przychodziła na przykład starsza kobieta z mężem, no to męża brali na lewą stronę, bo tam młodych mężczyzn prawie nie było, a kobiety gdzieś brali na drugą stronę koszar. Zaglądali też do walizek i sprawdzali dokumenty. Ja myślę: „Co ja mam w tej walizce?”. Ale nie mogłem zajrzeć, bo zwrócę uwagę, [gdyż] przyglądają się nam. Ja tylko do „Osy” mówię: „Słuchaj »Osa«, ty idź trochę dalej, bo jak będziemy we dwójkę, to bardziej zwrócimy na siebie uwagę” – i „Osa” szedł za mną parę metrów. Ja podchodzę do stolika, przychodzi wreszcie moment, [żeby] podejść. Znów sięgam po tą kartę i mówię: Das ist meine Arbeitkarte. Cywil, który stał [obok], gestapo, podszedł do tego oficera, bo to był jakiś oficer SS, Unterscharführer, i coś mu szepnął do ucha. Chcą otwierać [moją] walizkę. Chociaż nie wiem, co w niej jest, ale myślę, że tam na pewno nie ma broni, bo jest bardzo lekka. [Pewnie] jakieś łachy [tam są]. Jak on powiedział mu coś do ucha, to ten oficer do mnie: Nein – żebym nie otwierał walizki. Ja mu chcę podać kartę pracy, a on też macha, żeby mu nie podawać, i mówi: Nach links! Tam właśnie stało dziesięciu mężczyzn pod ścianą. Ja już myślę: „To już koniec. Po mnie”. Dalej nie mam wyjścia.
W tym momencie właśnie Opatrzność nade mną czuwała, myślę. Miałem niesłychane szczęście, bo jakaś młoda kobieta podchodzi do stolika z młodym facetem i ich rozdzielają. Ona zaczyna łkać i rzuca się na tego faceta, czyli był to jakiś jej mąż czy narzeczony. Wtedy gestapowiec podszedł do niej, wziął pistolet i strasznie zaczął bić mężczyznę. Ona zaczęła łkać i tam się zrobiło małe zamieszanie. Wtedy, żeby trzymać w ryzach tłum mężczyzn, bo przecież oni się mogli rzucić na Niemców, u góry był karabin maszynowy na pierwszym piętrze, i esesman zaczął strzelać w powietrze dla postrachu. Ja nawet nie zdawałem sobie sprawy, co się dzieję, wziąłem walizkę i na oczach Niemców przeszedłem w tłum, nie na prawo, tylko w tłum. Po drodze znalazłem jeszcze płaszcz, ktoś porzucił w panice płaszcz, pod nogami leżał, ale w szeregu. Wziąłem ten płaszcz i założyłem na siebie. Myślę: „Może będą mnie szukać” [A tak], inaczej wyglądam. Co mnie uratowało jeszcze? Zaczął lać straszny deszcz. Tak potworna ulewa się zrobiła, chociaż to był chyba koniec sierpnia. Potem jednak gestapowiec nie odpuścił – tak myślałem – chodził i szukał mnie. A ja nie schowałem się w samym kącie, bo wiedziałem, że będzie mnie szukał, [tylko] gdzieś w drugim szeregu się pochyliłem w tym płaszczu. Zupełnie inaczej wyglądałem, bo [byłem] w płaszczu [i] jeszcze zmokłem. Nie zakrywałem sobie głowy płaszczem, tylko tak jakbym z kąpieli wyszedł.
Puenta jest taka, że w nocy rozstrzelali tych, którzy stali pod murem. Wiem, że wśród nich był ksiądz. Jeden z naszych ludzi, z którym potem się zaprzyjaźniłem w koszarach, był przy zakopywaniu rozstrzelanych, no i powiedział do mnie: „Słuchaj, wiesz, [że] nawet księdza zabili!”. Wtedy ja się zorientowałem, że ksiądz właśnie tam stał.

 

  • Czy dla pana się wtedy skończyło Powstanie, czy jeszcze [coś się działo]?


Nie, dla mnie się już skończyło Powstanie. To była połowa września.

  • I z miejsca, gdzie była ta straszliwa selekcja, ten mord, potem gdzieś was posłali?


Nas brali do chowania trupów niemieckich, do zakopywania naszych trupów, do przenoszenia niewypałów. To było straszne. Na przykład z „Tygrysa” taki niewypał wielkości sto dwadzieścia kilo – myśmy go musieli przenosić. Inni odchodzili, bo przecież mógł wybuchnąć w każdej chwili. Potem przy końcu września nas pędzono przez Warszawę. Część ludzi zabrali ze Stauferkaserne na rozstrzelanie, część gdzieś wywieźli. Ja tam byłem dość długo. Przeszedłem okropne rzeczy.
Potem nas właśnie wywieźli do Pruszkowa z ludnością cywilną. Tam w Pruszkowie spałem też w okropnych warunkach przez dwie doby. Potem nas wsadzili do zaplombowanych wagonów i jechaliśmy [tak] dłuższy czas. Wysiadamy w nocy. Z tym że były okienka [w wagonach]. To były wagony towarowe. Jakiś facet stał w okienku, tam był tłum, nie można było powietrza złapać, mówi: „Panowie, szczęście, że już są napisy niemieckie, czyli nie jedziemy do Oświęcimia”.
Stajemy w nocy, zatrzymują gdzieś [pociąg]. To były dwa dni bez jedzenia – dwa dni, dwie noce myśmy jechali w ogóle bez jedzenia. Część starszych ludzi poumierała na serce, bo kto to może wytrzymać. A jeszcze póki byliśmy na terenach polskich, to kolejarze, chcąc nam pomóc, pod pretekstem, że brali wodę do parowozów, polewali wagony hydrantami wody. Trochę wody przeciekało, łapali niektórzy. Wysiadamy w nocy, otwierają wagony, naokoło Niemcy z psami. Biegiem wysiadamy i idziemy jakąś taką drogą, nie wiadomo, co to jest. Wreszcie dochodzimy do pięknego, kolorowego miasteczka jak z bajki. Gdzie my jesteśmy? Potem idziemy drogą dość długo, wreszcie zakręt i widzimy – mimo że to była wojna – olbrzymi kwadrat oświetlony jak w dzień, można było czytać.

  • Było już po zmroku?


Noc pełna! To była jakaś noc pełna. Miałem zegarek, pamiętam, który zresztą przetrwał też w nadzwyczajnych okolicznościach. Jakiś facet, który był bardziej zorientowany, mówi: „Panowie, to jest obóz koncentracyjny. Zobaczcie te wieże. To koniec!”. Okazuje się, że to było Mauthausen.

  • „Jak z bajki”, mówi pan, tak?

 

Ale miasteczko było jak z bajki! Mauthausen to miasteczko, po wojnie byłem tam zobaczyć, jest kolorowe, ładne domy, takie wille, w kwiatach. Natomiast obóz był straszny. Myśmy do tego obozu weszli. Tam oczywiście była selekcja. Piekło myśmy przeżyli. Okropne rzeczy się działy.

  • Na czym selekcja polegała?


Na początku od razu zabrali paru mężczyzn w wieku wojskowym, jak myśmy mówili, [czyli około] dwudziestu trzech lat. Prawdopodobnie ich od razu rozstrzelali, bo przecież oni wiedzieli, że to transport z Warszawy. Teraz my, młodsi tacy, mieliśmy trochę sprytu wyglądać na dziesięcioletnich. Ogolili nam głowy.
Miałem jedno zdarzenie, którego do dzisiaj nie mogę rozszyfrować. Rozebrano nas do naga oczywiście. Zabrano nam nasze rzeczy wszystkie. Byliśmy już więźniami. Dano nam ceratowe worki i do tych worków myśmy włożyli swoje ubrania. Taki był kapoman, potem bardzo okrutny, który trochę mówił po polsku, trochę po niemiecku, jakiś ze Śląska. On mówił: „Dostanieta mundury, jak się należy”. To już koniec. Jesteśmy w innym świecie.
Poszliśmy do łaźni. Oczywiście nam ostrzygli głowy zupełnie. Nie można było [mieć włosów]. Myśmy byli chudzi, a jeszcze jak nas ostrzygli... Tam była taka para… Oczywiście, docierały do nas wieści, że tam katują ludzi, ale każdy w takiej sytuacji myśli sobie: „No tak, ale ja przeżyję! To na pewno mnie nie spotka!”– bo to jedyna rzecz, która trzyma człowieka przy życiu. Ja się przekonałem.
Kiedy wszystkie rzeczy włożyłem do worka, to kapoman jeszcze powiedział tak: „Kto ukradnie rzeczy, zegarek albo jakieś pieniądze, to już po nim, bo to wszystko, co wyście tu przynieśli, to jest wszystko Rzeszy. To już nie jest wasze!”. A ja miałem zegarek „Omega”, który dostałem od ojca. Może dzisiaj bym tego nie zrobił, ale wtedy albo odruchowo to zrobiłem, albo nie wiem? – wziąłem zegarek i trzymam go w ręku. W tej parze jakoś zegarek [ukryłem]. Wykąpałem się. To było bardzo szybko, biegiem. Dawano nam szare mydło w ten sposób, że jak wchodziliśmy do kamery, to jeden z więźniów, kapoman, to był jakiś Ukrainiec, kładł deskę do beczki z mydłem szarym i ze śmiechem walił nas w siedzenie. W ten sposób był przydział mydła.
Stoję w tej parze, tłum ludzi się na mnie rzuca, bo tam wszyscy byli w podobnej sytuacji. Potem my wychodzimy, a ja mam ten zegarek. Myślę sobie: „Jak zegarek znajdą, to koniec. Ja go gdzieś tu teraz zostawię”. W pewnym momencie mi przyszedł pomysł: „Ale to jest posadzka! Nie ma gdzie tego [zostawić]. Jak położę, to przecież się zorientują!”.
Dostałem pasiaki, sfotografowali nas. Numerów już nam nie wytatuowali, doszli do wniosku, że może wojna się kończy, nie wiem, jakiś powód był czy może polecenie z Berlina, ale nam dawali na piersi takie wielkie numery i nas z tym fotografowali. Robili nam dokumenty – ausweisy.
Wychodzimy na plac apelowy. Na razie nie stoimy jeszcze w czworobokach, ale ja mam cały czas ten zegarek. Jakiś facet, który obok mnie stoi, dziwnie mi się przygląda i mówi: „Co ty tak tą rękę trzymasz?”. A już były takie momenty, ja zauważyłem, że niestety niektórzy zdradzali jeden drugiego. Nie było tej solidarności. Tam się różni ludzie trafiali. Nie sami tylko z Powstania, którzy byli w „Szarych Szeregach” czy w Armii Krajowej. [Byli] jacyś handlarze. Nie wiem. W każdym bądź razie już były takie odznaki, że jeden drugiego by wydał.

  • W końcu pan tam trafił z cywilami, nie z żołnierzami.


Trzymam zegarek, jestem w pasiaku ubrany i myślę: „Co ja z tym zrobię?”. A to jeszcze był zegarek, który już teraz jest niemodny. Taki duży, ręcznie nakręcany. Znaczy się nie ręcznie, nie taki na rękę, [tylko] cebula tak zwana. Znakomity zegarek „Omega”, taki płaski. Ja go trzymam i w pewnym momencie, kiedy nas ustawiono i kierownik, zastępca komendanta baraku (łagru to nie, nie całego obozu) mówi, że jak będziemy dobrze pracować dla Rzeszy… A ja nic nie słucham, tylko myślę o tym zegarku. W pewnym momencie podchodzi do mnie jakaś Niemka. Właśnie do tej pory nie wiem, czy ona była tłumaczką w obozie, bo ona nie była w esesmańskim ubraniu, tylko w czarnym uniformie, jaką miały oddziały pomocnicze niemieckie. Podchodzi do mnie, łapie mnie za rękę i zabiera mi ten zegarek. Myślę sobie: „To już koniec teraz. Ona zobaczyła, jak ja zegarek schowałem, albo ktoś powiedział”.
Zapędzili nas gdzieś. Zupę dawali. [A] ja myślę: „No, to teraz mnie znajdą i po mnie”. To trwało parę dni. Ja się bardzo tym denerwowałem, ale nie miałem się komu zwierzyć z tej historii, bo się nikomu wtedy nie ufa.
Za parę dni myśmy… Były w Mauthausen takie „schody śmierci”, gdzie oni po schodach – wtedy akurat naszych więźniów – spędzali z kamieniami, głazami, bo tam były kamieniołomy, i ktoś, kto stracił siły z tymi kamieniami, przewracał się i zabijał. Wtedy widziałem, jak więźniów sowieckich, radzieckich pędzili bez koszul w upale z kamieniami. To były kamienie, powiedzmy, po sto czy po pięćdziesiąt kilo, no to nie każdy mógł je udźwignąć.
Ja tam się przyglądam, myślę sobie: „Jak nas na schody śmierci pogonią – bo nam już [o nich] powiedzieli – to już koniec”. Zauważyłem, że ta Niemka coś tam biega, chodzi. Ze dwa razy ją widziałem. No i trzeciego dnia czy któregoś dnia ona podeszła do mnie, złapała mnie za rękę – to jest filmowa historia – i oddała mi tą „Omegę”. Muszę powiedzieć, że ja nie wiedziałem potem, miałem straszny kram, co z tą „Omegą” zrobić. Ale myślę sobie tak, tak [to] sobie przetłumaczyłem: „To pewnie jakaś z gestapo – bo tam gestapo też było w obozie – i może oni ze mnie chcą zrobić kapusia? Dlaczego ona mi oddała zegarek?”.

  • Nigdy się pan nie dowiedział?


Nigdy się nie dowiedziałem i potem miałem też szczęście. Całe życie mi dopisywało szczęście. Ale muszę powiedzieć, że jedną rzecz zauważyłem u Niemców. Oni byli bardzo okrutni. Wiadomo, że było wielu morderców, a wielu z nich działało na rozkaz. To na pewno. Ale u nich duże wrażenie robiło, jak ktoś był wysportowany, wysoki, fizycznie sprawny. Ja byłem wysokim blondynem i to zawsze dawało mi przewagę. Dlaczego o tym mówię? Potem któregoś dnia przyszedł właśnie ten Ślązak i mówi: „Chłopy, będzie selekcja”. Gdy myśmy słyszeli o selekcji, to wiadomo [było], co jest grane. Okazuje się, że selekcja polegała na tym, że część ludzi młodych, zdrowych, odseparowano i teraz była… To jest loteria, bo tam był taki lekarz ukraiński, który mówił: „No, jeszcze mogę tu dołączyć parę osób”. Ale teraz czy się dołączyć, czy nie? Może to się idzie na rozwałkę albo do gazu? Mnie ściągnął do tej grupy i skierowali nas, żebyśmy budowali III Rzeszę, na roboty przymusowe. Resztę wojny spędziłem na robotach przymusowych.

  • W Mauthausen ciągle?


Nie, w Austrii, w takim mieście Wels [niedaleko] Linz – tam [w okolicach] Hitler się urodził. Potem wiele razy, jak już byłem tam jako robotnik przymusowy, zanim weszli Amerykanie, bo weszła armia amerykańska generała Pattona i ona mnie uwolniła, to wyjmowałem ten zegarek i myślę sobie: „Rany boskie, co się za tym kryje?”. Nigdy nie mogłem sobie odpowiedzieć na to pytanie, dlaczego ona oddała mi zegarek? Właściwie ona, ta Niemka, uratowała mi życie, bo gdyby ten zegarek u mnie znaleziono, to byśmy dzisiaj nie rozmawiali tu, w Muzeum Powstania [Warszawskiego]. […] Ona, ta Niemka, mogła przecież mnie wydać. Mogła! Od razu! Przecież nie zrobiłaby takich sentymentów. Tylko myślę, że to chyba była… Ja wiem? Może jej się mnie szkoda zrobiło.

  • Współczucie, no ona widziała małego chłopaka.


Współczucie, poza tym ona widziała, że tam gazowali ludzi, mordowali, rozwalali.

  • Jak wyglądały pana dalsze losy po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie? Szybko się pan zgłosił do powrotu do Polski?


Nie, nie! Właśnie ja się nie zgłosiłem w ogóle. Zgłosiłem się do… Bo tam przyjechał oficer z Londynu łącznikowy, który nas namawiał, szczególnie tych, którzy byli w Powstaniu, [bo] myśmy się zgrupowali w takiej grupie Powstańców, żebyśmy dostali się do Włoch. Tam były oddziały 2 Korpusu, które już miały być rozformowywane niedługo, [tak] było wiadomo, ale jeszcze nie. Były takie oddziały pomocnicze i myśmy do tych oddziałów pomocniczych chcieli się zgłosić.
Ja miałem wtedy skończoną pierwszą klasę gimnazjalną, więc myślę sobie o rozpoczęciu dalszej edukacji. Przychodziły tam we Włoszech, przy oddziałach armii Andersa, dzieci; można było zdawać maturę. Anders to świetnie zorganizował.
[Z wyjazdem do Włoch] już były przygody trochę gorsze. Myśmy grupą wsiedli do pociągu. Ten teren był zajęty przez armię Amerykanów, przez armię Pattona, ale oni bardzo się z rezerwą odnosili do Austriaków, bo Austriacy powywieszali flagi austriackie czerwono-biało-czerwone i mówili: „My jesteśmy też w wolnym teraz kraju! My jesteśmy wyzwoleni z hitleryzmu!” – co nie zawsze tak wyglądało. Jak pracowałem na robotach przymusowych, to się z tym zetknąłem, miałem najgorsze czasami doświadczenia [z Austriakami], ale oczywiście tak oficjalnie mówiono, że to jest wolna Austria teraz, więc to nie był teren okupowany tak jak Niemcy, tylko Austria – wolna. Tam rządzili Austriacy. Myśmy wsiedli do pociągu. Pociągi bardzo szybko chodziły. Grupą jechaliśmy do Rzymu, a potem chcieliśmy się dostać do oddziałów Andersa. [Jednak] na jednej z najbliższych stacji żandarmeria z białymi paskami na hełmach amerykańskich nas wysadziła na dworcu [pod pretekstem], że jest zakaz przekraczania jednej granicy armii amerykańskiej w stosunku do drugiej granicy. Podejmowaliśmy takie próby dwukrotnie. [W końcu] doszliśmy do wniosku, że nie mamy szans dostać się [do Włoch].

  • Nie mogliście się przedrzeć i musieliście zostać w [Austrii].


Z tym że oczywiście Austriacy nas tak urządzili, że myśmy mieszkali w dawnym obozie pracy, tylko już nie w Mauthausen, gdzie były te złe wspomnienia, tylko był to normalny obóz pracy. Drutów już nie było, ale cienka zupka, bardzo małe wyżywienie. Poza tym były to okropne warunki, ponieważ było [nas] parę tysięcy mężczyzn. Niektórzy byli chorzy. Umierali. Amerykanie dawali dużo konserw. Nie było też takiego świeżego żywienia, ale były konserwy. [Niektórzy chorzy] umierali na naszych oczach. Nikt się nie przejmował, jak ktoś przeżył obóz.
Widziałem taką historię, którą mogę opowiedzieć. Tam się zaprzyjaźniłem z kolegą, który był z Pragi warszawskiej. Był ode mnie dużo […] niższy, ale niesłychanie obrotny, taki warszawski cwaniak. Nazywał się Szeliga. I on mówi: „Słuchaj, ja cię tutaj zaprowiantuję. Ty się nic nie przejmuj!” – nabrał do mnie jakoś sentymentu. Ja sobie nie dawałem specjalnie rady w obozie. Jakaś zupa była raz dziennie, chleb raz dziennie, konserw oczywiście, ile się chciało, ale to było wszystko źle zorganizowane.

  • Ale jakiś zarząd tam był, to znaczy ktoś się tym opiekował?


Był zarząd, nawet byli w tym Polacy, ale panowała anarchia, bo było parę tysięcy byłych więźniów. Ciężko było to opanować. I ten Szeliga mówi: „Ty się nic nie martw. Ja się tobą zajmę. Ja się tobą zaopiekuję”.
Dostaliśmy prycze. Oczywiście pod tym kocem nie można było spać, ponieważ ostrzegł nas nasz współtowarzysz, że one są jeszcze nie zdezynfekowane, czyli wszy mogą być w tym. Był w naszym [pokoju]… To była trzyosobowa izba drewniana, takie baraki parterowe. I w tej izbie był wysoki Ukrainiec, [miał] ze dwa metry. [Był] bardzo wysportowany, bardzo grzeczny. Jakiś Wańka. No i myśmy się z nim zaprzyjaźnili. Pytamy się go: „Słuchaj, co ty będziesz robił, bo my chcemy jeszcze jechać do Andersa”. On o Andersie nie słyszał, ale mówi: „Ja jadę do Kanady”. „Jak to, nie wracasz?” – ale potem nie dziwimy mu się, że on nie chce jechać do Związku [Radzieckiego], do Sojuza. On tak kategorycznie bardzo mówił, bo niektórzy mówili: „Ja nie mogę pojechać, [bo tam] ci Rosjanie”, albo „Mam żonę w Wołgogradzie. Bardzo ją kocham, ale się boję NKWD”, a on mówi: „Ja nie”.
Któregoś dnia – ten Szeliga się bardzo dobrze spisywał jako zaopatrzeniowiec. Myśmy mieli masę jedzenia, z którego korzystał Ukrainiec. […] Jedyną rzeczą [dziwną] było to, że ten Ukrainiec bardzo wcześnie wstawał. Szeliga [jemu] mówi: „Słuchaj, wojna się skończyła”. Myśmy byli panami, bo wstawaliśmy o dziewiątej. Nie było wtedy największego tłoku w łaźni, bo łaźnia była na zewnątrz.

  • Czy w ogóle mieliście jakieś obowiązki?


Nic. To było najgorsze. Żadnych obowiązków, nic nie robiliśmy. Natomiast w tym obozie pracowali fizycznie Niemcy, lotnicy [niemieccy], którzy przenosili jakieś bagaże. [Byli to] jeńcy wojenni. Tam byli dyżurni Amerykanie, amerykańska żandarmeria. Oni chodzili sobie po obozie, byli bardzo liberalni, nie zwracali na nic uwagi. Na ich oczach odbywał się jakiś przemyt, wódkę rozlewano, ale oni w ogóle nie zwracali [na to] uwagi.
Któregoś dnia… Właśnie minusem było to, że Ukrainiec bardzo rano wstawał. Jak była piąta, to on już wstawał, więc Szeliga do mnie mówi: „Co on tak rano wstaje?”. Ja mówię: „Słuchaj, na pewno on jest z jakiegoś kołchozu. Tam ich pewnie o trzeciej budzili, żeby krowy doili” – tak żartowałem. No i któregoś dnia ja sobie chrapię rano, patrzę, a Szeliga się zrywa i mówi: „To skurwiel! – na niego – To esesman!”. Ja mówię: „Jak to esesman?”. Zrywam się z łóżka. Ukrainiec się mył w misce, a Szeliga dojrzał, że ma ten tatuaż pod ramieniem, i na tego esesmana się rzucił. Ale esesman miał dwa metry, [więc Szeliga] nie miał żadnych szans. Złapał Szeligę za włosy. Zaczął nim walić o ścianę, ale mimo wszystko się przeliczył, bo Szeliga to był taki warszawski cwaniak z Targówka. Wziął butelkę, tam jakaś butelka stała, uderzył tą butelką, odbił szyjkę i rąbnął w brzuch esesmana i on już stracił impet, założył na siebie bluzę, wyskoczył z baraku i zaczął biec, uciekać. Myśmy za nim wylecieli. Szeliga [biegł] pierwszy. Tam już byli tacy więźniowie starsi i [chorzy] na bezsenność, niektórzy chodzili po nocy. [Szeliga] zaczął krzyczeć: „To esesman! To esesman!”. Obóz cały się ożywił, ci którzy stali, popatrzyli: „Kto?”. Pokazał go palcem. To był taki impet, że gdyby pokazać innego człowieka, to by go zamordowali, ponieważ ci ludzie mieli takie ciężkie przeżycia. Dopadli tego esesmana przed samą bramą. Zdarli z niego… Taki pożółkły więzień, umierający (bo były [też] takie sytuacje), położył się na nim, zdarł z niego koszulę i szukał tatuażu. Jak znalazł, to ryknął: „To esesman!”. Cały tłum… Ja nie zdążyłem nawet do niego dojść! Cały tłum rzucił się na esesmana i po prostu zlinczowano [go], rozerwano go na sztuki dosłownie. Tylko krwawa plama została. Potem doszło to do [żandarmów], a ci żandarmi amerykańscy siedzieli sobie w jakimś [pomieszczeniu], zresztą bardzo dobrze, bo myśmy uważali, że to jest wyrok historii, chociaż to było brutalne. Po tym całym wydarzeniu potem już cztery patrole chodziły bezwzględnie dzień i noc, [patrole] żandarmerii amerykańskiej. Tak że zapamiętałem tą historię.

  • Straszliwa.


Straszliwa, ale to pokazało okrucieństwo wojny – ci więźniowie, którzy byli tam mordowali w straszny sposób... Przecież ci kapomani dusili więźniów, zresztą sam widziałem, jak [jeden] kładł na gardło kij od szczotki i dusił [jeńca].

  • Inni Niemcy, ci co byli używani do prac porządkowych…


Więźniowie, jeńcy wojenni? Amerykanie [ich] dobrze traktowali. Dostawali dziennie po… W ogóle Amerykanie to są, moim zdaniem, bardzo dobrzy, ale naiwni ludzie.
Jeszcze taka historia mi się przypomniała, mogę ją opowiedzieć. Jak ja się przyłączyłem… Siedzieliśmy w obozie i tam się nam nudziło. Nie mogliśmy się dostać przecież do armii Andersa. Jedzenie było dość monotonne, ale było. Tam było sporo jugosłowiańskich byłych wojskowych, więźniów, jeńców wojennych, i był taki Branko. [Był to] oficer armii jugosłowiańskiej, i on mówi: „Słuchajcie, zrobimy taki pluton i pójdziemy do najbliższego miasteczka, zobaczymy, co w tym miasteczku się dzieje i ewentualnie…” – nie będę ukrywał, że oni chcieli zdobyć alkohol. Poszliśmy do miasteczka z nimi. Mnie też do tego zabrano. Pytał się: „Kto był w wojsku?”. Więc powiedziałem, że ja byłem w Powstaniu, pochwaliłem się tym. On mówił po serbsku, ale można się było zorientować, więc wziął nas do tej grupy. Poszliśmy do najbliższego miasteczka i tam opowiedział nam jakiś facet, aptekarz miejscowy, że w jednym domu mieszaka Niemiec, który był żandarmem i bardzo znęcał się nad ludźmi, szczególnie nad cudzoziemcami. Branko mówi: „Pójdziemy do tego [Niemca]. Odszukamy go”. Właściwie nie zdawaliśmy sobie sprawy, po co my tam idziemy, bo nie byliśmy przecież żadnym regularnym wojskiem. Dotarliśmy to tego domu. Okazuje się, on miał warsztat samochodowy. Był żandarmem, ale jego rodzina miała warsztat samochodowy i tam było parę samochodów. Pamiętam, Branko mówi: „Potraktuję to jako [odszkodowanie] – tak żartował sobie – [powiem, że] w imieniu armii jugosłowiańskiej i zabieram ten samochód jako zdobycz wojenną”. Samochód wziął. Zapalił silnik. Okazuje się, że się w tym orientował, był mechanikiem.
No i nie mogliśmy znaleźć żandarma, ale tam byli tacy bardzo zawzięci [koledzy]. Ja też byłem zawzięty po Powstaniu, ale na pewno nie mógłbym bezbronnego człowieka zabić. Byli tacy, którzy mówili: „Zaraz go tu powiesimy, tego żandarma!”. Szukają żandarma, żona mdleje, wreszcie znajdują go. Wyprowadzają go na podwórko. On był blady zupełnie, ale jugosłowiański oficer zachował się bardzo przyzwoicie, powiedział tak: „No to ja biorę cię do niewoli jako jeńca, bo byłeś w żandarmerii”. Ten się oczywiście przyznał, że był Hauptmannem, kapitanem. My stoimy przed domem. To była sytuacja trochę tragikomiczna, dlatego że ten były żandarm był w dobrym garniturze, miał buty. A tam byli też Ukraińcy, więc odwołali go na stronę, zabrali mu spodnie, zabrali mu buty i ten żandarm stoi po prostu w gaciach i w koszuli. W tym momencie podjeżdża jeep amerykański, wysiada amerykańska żandarmeria i pyta się, co my tu robimy, że myśmy powinni teraz być w obozie. Jeden facet znał angielski, to był Francuz, no i melduje, że myśmy wzięli do niewoli żandarma i właśnie to jest naszym celem. Była taka komiczna historia, ponieważ Amerykanin pyta się [Niemca], czy on jest oficerem, żandarmem. „Tak” – mówi. To salutuje mu i mówi: „Biorę pana do niewoli armii amerykańskiej”. To była śmieszna historia, ponieważ on był w kalesonach, ale uratował mu ten Amerykanin życie, bo gdyby [nie on], to by inaczej się skończyło, tragicznie. Jeszcze jedna historia. Już wracam do Polski.

  • Właśnie, dotyczyć będzie już Polski?


Powrotu do Polski.

  • Kiedy pan się zdecydował powracać?


W 1946 roku.

  • Jeszcze nie było tak najgorzej w 1946 roku.


Pociąg był śmieszny, tragiczno-śmieszny, ponieważ jedziemy tym pociągiem (to był już osobowy, ale okropny) przez Pragę czeską. Tam nas dowieźli Amerykanie samochodami. Przedtem byłem uprzedzany przez oficera z Londynu, że tu jest obóz w Rembertowie, [obóz] koncentracyjny NKWD, że jest w Lublinie. Ale myśmy byli w trudnej sytuacji, bo byliśmy na tych kartkach, marnych zupkach austriackich, bo przecież Amerykanie nas nie żywili. Myślę sobie: „Co ja będę tu robić? Będę tutaj u Austriaków?”. Nie rozróżniałem ich za bardzo, jeśli chodzi o nację, ponieważ oni byli w armii niemieckiej, bardzo okrutni niektórzy. Przecież komendantem Mauthausen był Austriak. Więc co ja tu będę robił? Wreszcie ten oficer z Londynu mówi, że jak chcecie, to jest wasze ryzyko. Byłem na takim spotkaniu, mówię: „Panie pułkowniku, ale niech pan mi da paszport do Londynu”. Nie dostałem odpowiedzi.
Jedziemy do Polski. Transport przez Pragę czeską. Postoje. Po drodze nas bardzo dobrze karmią, bo tam był międzynarodowy Czerwony Krzyż. Wysiadam na jakiejś stacji, patrzę, a na wagonach są sierpy i młoty. Takie olbrzymie dykty. Myślę sobie: „Co tu się dzieje?”, pytam się jakiegoś. Ja nic ze sobą nie miałem. Miałem ze sobą drobną teczkę. W tym wieku się nie dba o majątek. Tylko miałem dobre buty, które o mało mnie nie zgubiły. Dostałem od amerykańskiego żołnierza nowiutkie buty. Buty są majątkiem w czasie wojny. Pytam się jakiegoś pana, mówię: „Panie, co tu się dzieje? To jest polski transport, a tu sierpy?”. On mówi: „Młody człowieku, ty nic nie wiesz. Polska jest teraz w rękach bolszewików. Jak my będziemy mieć te sierpy i młoty to oni nas lepiej potraktują, w ogóle nie pojedziemy na Sybir”. Jak on mi to powiedział, myślę sobie: „No to jest straszna historia”.
Przyjechałem do Dziedzic. Punkt repatriacyjny był w Dziedzicach. To jest w województwie wrocławskim. Wysiadam na stacji. Przed tym jeszcze muszę powiedzieć, że był jakiś postój, to wpadli maruderzy, żołnierzy sowieccy, którzy byli nieskoszarowani i pozabierali tobołki kobietom, jakieś walizki, zabierali pierścionki z rąk – okropne rzeczy się tam działy.
No ale jesteśmy już w Dziedzicach. Wysiadam z pociągu. Stoi stolik i siedzi dwóch mężczyzn w mundurach polskich. Podchodzą żołnierze z karabinami. Byliśmy na to bardzo uczuleni jako Powstańcy warszawscy, że nie mają orzełków z koroną, ale jednak mają orzełki i to trochę robi wrażenie. Jednak ziemia polska. Tyle rzeczy przeżyłem. Wreszcie podchodzę do stolika. Siedział tam taki facet w mundurze majora i podporucznik taki bardzo młody. Od razu, bo tam nas ostrzegali, zorientowałem się, że ten major jest z NKWD, bo on mówi: „Nu, chodźcie tu do mnie. Dokumenty macie? Imiecie?”. Ja się zorientowałem, że to jest NKWD. Mówię: „Mam”. Miałem swoje dokumenty jeszcze z obozu. On tak na mnie patrzy i mówi: „Był w organizacji?”. A ja doszedłem [do wniosku], nie wiem, teraz nie mogę tego ocenić, ale nie wiem, czy to była automatyczna odpowiedź, mówię: „Był. W Armii Krajowej”. „A, to Powstaniec!”. Ja mówię: „Powstaniec”. On mówi: „Nu!”. I w tym momencie ten podporucznik tak spojrzał na mnie, wzrokiem mi dał [do zrozumienia swoje niezadowolenie] i poruszył głową. A też był w mundurze. Ja się zorientowałem od razu i mówię: „Nie był w żadnej AK! Nie był w żadnej organizacji! Nie był Powstaniec! Tylko Powstanie było w Warszawie. Ja był w Warszawie i mnie wywieźli”. – „A co matka robiła?”. Moja matka była nauczycielką, a ja mówię – tego się już nauczyłem na pamięć: „Matka była robotnicą”. A mój ojciec był oficerem przed wojną. „Co ojciec robił?”. Ja mówię: „Ojciec w gazowni pracował jako taki, co pieniądze zbiera po mieszkaniach”. – „A ty co robił w Austrii?”. Ja mówię: „Krowy pasłem. U chłopa pracowałem”. Wyparłem się obozu, bo jeżeli ktoś był w obozie, no to zawsze oszukiwano się, że go nie zamknięto bez powodu. On tak się nam nie popatrzył i mówi: „A nie kłamie? Jak kłamie to niedobrze będzie!”. Ja mówię: „Skąd! Ja tylko pojechałem jako młody rolnik!”. I zacząłem znów opowiadać: „Byłem w szkole ogrodniczej”. On mówi: „Da-da-da, niech idzie!”. Muszę powiedzieć, że tam wielu pojechało na białe niedźwiedzie. […] Miałem taką sytuację, że młoda para jechała – młody facet, [miał] dwadzieścia parę lat, z młodą babką, dziewczyną. Jacyś zakochani. Straszne się [rzeczy] działy, ale zabrali go od razu.

  • A potem, jak już wrócił pan [do Polski], bo mówił pan o przystanku w Dziedzicach, tam pana przyjmowano, tak? Potem była Warszawa?


Tak, Warszawa oczywiście.

  • I co [było] w Warszawie?


Gruzy, gruzy, gruzy… Tam dostałem bilet. To była taka karta czerwona, karta przejazdu, i sto złotych dawano. [Za] sto złotych to wtedy można było kupić – ja wiem – dwie zupy? Na ten bilet można było dojechać do Warszawy. Tam było napisane, że w ciągu dwóch tygodni pobytu w mieście trzeba się zameldować w milicji – bezpieka działała.

Wysiadłem w Warszawie na dworcu, na tym miejscu, gdzie był dworzec. Oczywiście nie było dworca, tylko tory, no i było jedno rumowisko. Nie było żadnych ulic w ogóle. Na piechotę szedłem tam, [gdzie] mieszkałem z rodzicami, na Kazimierzowskiej na Mokotowie.

  • Przetrwał dom?


Część domu, ale mieszkanie przetrwało, bo myśmy mieszkali na parterze. Natomiast część domu została jakąś bombą zmieciona. Potem to zostało odbudowane. Miałem taką przygodę. Przychodzę do domu, patrzę. Myślę sobie: „Ten dom stoi czy nie?”. Wieczorem do domu doszedłem, bo to przez całą Warszawę trzeba było przejść. Pociąg przyszedł gdzieś koło trzeciej. Myślę sobie: „Jeżeli tego domu nie będzie, to ja nie mam gdzie mieszkać”. Miałem swoją babcię, która mieszkała w Wołominie, ale przecież ja nie dojdę do tego Wołomina. Prześpię się w gruzach. To było ciepło. Wchodzę na tą właśnie [ulicę], gdzie mnie kiedyś pędzono do Stauferkaserne. Domów prawie nie było, [wszystko] spalone. Patrzę, Kazimierzowska 69, mój dom, część domu stoi. Do drzwi pukam, bo nie było światła, nie było wody, otwiera mi jakiś obcy facet i mówi: „Czego pan tu szuka?”. Ja mówię: „Jak to? Ja tu mieszkałem!”. On mówi: „Panie, ja tu teraz mieszkam, proszę pana!” – i zamknął mi drzwi przed nosem. Okazuje się, że to był [nowy lokator], bo przedzielano mieszkania różnym ludziom. Myśmy mieli duże mieszkanie, cztery pokoje. Za chwilę otwierają się drzwi, słyszę głos mojego ojca mówi: „Dlaczego pan tego człowieka nie chce wpuścić? Niech pan go wpuści! Może on kogoś szuka? Może w tym domu mieszkał?”. Drzwi się otwierają, patrzę, a tu mój ojciec.

  • Duże mieszkanie zostało przydzielone wielu różnym osobom.


Tak. To były cztery pokoje. Nam został jeden pokój. Nikt go nie musiał przydzielać, bo ojciec wcześniej wrócił. Brał udział w Powstaniu, ale z Polski go nie wywieźli. Był gdzieś pod Krakowem. Natomiast dano tam przydziały, trzem osobom, i w czterech pokojach mieszkały cztery rodziny.

 

  • Czy znalazła się mama?


Mama była też wywieziona na roboty przymusowe i wróciła dopiero w 1947 roku, bo tam była ciężko chora…

  • Czyli skompletowały się rodziny, tak?


Tylko mój brat zginął.

  • A brat zginął w Powstaniu?


Nie, brat zginął [wcześniej]. […] Był w dywersji i zginął. Pamiętam to. W kwietniu 1944 roku. Na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta była akcja i on tam zginął. Nie są to nadzwyczajne losy, ale takie są. […] Właśnie, do tej pory się zastanawiam, że tyle miałem sytuacji, gdzie mogłem nie wrócić, mogłem stracić życie.

  • Ktoś się opiekował.


Tak, chyba tak. Muszę powiedzieć, że te rzeczy tkwią we mnie. Myślę, że nie tylko ja jestem wyjątkiem jakimś. [Te rzeczy] tkwią we mnie, dlatego napisałem tom wierszy o „Szarych Szeregach” i Armii Krajowej. Jak był konkurs w sześćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania, wziąłem udział w tym konkursie i, nie wiem dlaczego, dostałem pierwszą nagrodę – Złote Pióro Prezydenta Warszawy – i właśnie część z tych przygód tam opisałem […].




Warszawa, 7 października 2009 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt
Zbigniew Łenka Pseudonim: „Ryś” Stopień: strzelec Formacja: Pułk Baszta, kompania B-3 Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter