Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Zbigniew Ślarzyński „King”
Zbigniew Ślarzyński
pseudonim
„King”
stopień
strzelec
formacja
IV Obwód Ochota, 405. pluton
dzielnica
Ochota, Lasy Chojnowskie
Zobacz biogram


Nazywam się Zbigniew Ślarzyński, urodziłem się 19 grudnia 1924 roku w Warszawie, pseudonim „King”, w czasie Powstania strzelec, a obecnie major wojska polskiego.

  • Co robił pan przed 1 września 1939?


Mieszkałem na ulicy Opaczewskiej 34c, w tej chwili tam jest inna numeracja. Mieszkałem z rodzicami i siostrą Barbarą. Uczęszczałem do szkoły podstawowej przy ulicy Opaczewskiej, róg Grójeckiej, ta szkoła istnieje do dzisiaj.

Tak się złożyło, że ulica Opaczewska to była pierwsza linia frontu w czasie oblężenia Warszawy. Siostra i matka ostatnim pociągiem, 5 września udały się na wschód i wylądowały w Baranowiczach. Ja też miałem z matką jechać, ale szkoda mi było ojca i z dworca głównego po prostu pożegnałem się i uciekłem od nich do niego. Ojciec był szczęśliwy i zadowolony, że jestem przy nim. Kochałem wojsko i żołnierzy. Żołnierze zaopiekowali się mną, bo wychowałem się na tamtych terenach. Dali mi hełm, ubrali mnie w mundur, dali mi karabin. Chodziłem z żołnierzami na patrole, prowadziłem ich ponieważ znałem te zakątki, wiedziałem gdzie są rozmieszczone miny, bo obserwowałem to wszystko. Chodziłem z nimi na patrole, szczęśliwy byłem z powodu tego hełmu i munduru, miałem wtedy czternaście lat. To było dla mnie wielkie przeżycie, ojciec też się cieszył, że ma takiego smarkacza – syna żołnierza. Tak to wyglądało do momentu wkroczenia Niemców na ulicę Opaczewską. Wzięli mnie i ojca razem z żołnierzami do niewoli. Zanim to się stało dali nam nosze i nosiliśmy rannych Niemców. Z jednej strony ojciec, ja z tyłu. Nosiliśmy ich do remizy na ulicy Opaczewskiej, tam był szpital niemiecki i w nim składaliśmy tych rannych. Do niewoli zaprowadzili nas przez Okęcie. Znaleźliśmy się w obozie w Skierniewicach. Dwa dni i dwie noce trzymano nas na polu. To była tragedia, bo nie było co jeść. Pamiętam taki przykry moment, podjechał w samochodzie wyższy oficer niemiecki, łamał bochenek chleba na kawałki i rzucał do nas. My oczywiście zbieraliśmy ten chleb, bo byliśmy głodni i zmęczeni. Po dwóch dniach była komisja i zwalniano, dawano przepustki, bo tam byli cywile. Ja i ojciec dostaliśmy przepustkę, oczywiście nie do Warszawy tylko do Włoch. W ten sposób znaleźliśmy się we Włochach i później trafiliśmy do swojego mieszkania na ulicę Opaczewską. Drzwi wyważone, pełno Niemców na podwórku, kwaterowali naszych w mieszkaniach. Było źle, byliśmy głodni, nie było co jeść. Robiłem wypady na pobliskie pola, wyrywałem marchew, brukiew, co się dało i w ten sposób jakoś przeżyliśmy. Po pewnym czasie Niemcy wyprowadzili się z naszego osiedla i wtedy nasze życie w mieszkaniu się ustabilizowało.



  • Kiedy to było?


Niemcy byli u nas jakieś dwa tygodnie, potem opuścili nasze mieszkania. Warszawa już skapitulowała, wszyscy lokatorzy wprowadzili się do swoich mieszkań i normalnie w swoich mieszkaniach żyliśmy.

  • Czym zajmowali się pana rodzice przed 1 września?


Matka była na utrzymaniu ojca, a ojciec na Woli prowadził ogrodnictwo.

W czasie Powstania Warszawskiego, 5 sierpnia, będąc na Woli ze swoim bratem w tym swoim mająteczku zostali rozstrzelani przez Ukraińców. Myśmy w ogóle nie wiedzieli, jak oni zginęli, ale w tym mająteczku był syn furmana. Po prostu przyszedł, żeby coś wziąć, bo jego ojciec uciekł, został tylko mój ojciec i jego brat. Jak zobaczył, że Ukraińcy idą w kierunku tego domu, schował się w beczkę z wodą i obserwował to wszystko, widział co się działo. Ukraińcy podeszli, zrewidowali, zegarki, portfele powyciągali wszystko z kieszeni i z automatów zastrzelili. Gdyby nie relacja tego chłopca, który siedział w beczce z wodą, w ogóle nie wiedzielibyśmy jak ojciec zginął.

W styczniu 1942 roku mój kolega, który mieszkał w tym samym bloku zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie przystąpiłbym do Armii Krajowej. Oczywiście z wielką ochotą do organizacji przystąpiłem, obierając sobie pseudonim „King”. Rozpoczęły się zebrania konspiracyjne, które odbywały się na zmianę u mnie w mieszkaniu, ponieważ było ono dosyć duże. Rodzice byli tolerancyjni, domyślali się oczywiście, o co chodzi, ja nie tłumaczyłem. Siostra też się domyślała, była starsza ode mnie, przed wojną kończyła gimnazjum polsko-francuskie Świeżyńskiej i Słojewskiej przy ulicy Marszałkowskiej. Zebrania odbywały się w moim mieszkaniu i kolegi, który był dowódcą drużyny – Henryk Kopeć pseudonim „Boruta”. Mieszkał w sąsiedniej klatce. Dowódcą naszego plutonu był podchorąży „Cezary” – Władysław Hurcewicz. Na zebrania konspiracyjne przychodzili do nas instruktorzy, przede wszystkim szkolił nas dowódca plutonu podchorąży „Cezary”. Przychodzili również instruktorzy, którzy zapoznawali nas z bronią. Głównym naszym celem, jak nam wyjaśniono miało być przygotowania nas do ataku w czasie Powstania Warszawskiego, o ile ono w ogóle wybuchnie, do ataku na dom akademicki. Mieliśmy przed sobą makietę tego domu. To było tak dokładnie przygotowane, każda drużyna miała wyznaczone miejsce, okna, z których miała atakować dom akademicki. Muszę zaznaczyć, że w tym czasie dom akademicki, to był jeden wielki bunkier otoczony murem trzymetrowej wysokości, zasieki z drutów kolczastych, na rogach ulic Grójeckiej, Mochnackiego, z tyłu Akademickiej były bunkry żelbetonowe ze szczelinami, w których znajdowała się broń maszynowa. To była warownia, ale przygotowywano nas do ataku na ten dom akademicki. Zebrania odbywały się różnie, ze dwa razy w tygodniu. Jako młodzi chłopcy byliśmy bardzo szczęśliwi i zadowoleni, że bierzemy w tym wszystkim udział. Zebrania były nie tylko u nas, pamiętam, że jeździliśmy na Solec. Tam był taki malutki budyneczek, gdzie znajdował się zakład tapicerski. Na ulicy Złotej też były zebrania, od czasu do czasu przenosiliśmy się. W czasie tych zebrań odwiedzali nas wyżsi oficerowie z IV Obwodu Armii Krajowej. Oczywiście ze względu na bezpieczeństwo nie przedstawiali się, podawali tylko swoje stopnie i pseudonimy. Tak w skrócie wyglądała nasza konspiracja i przygotowanie do ataku na dom akademicki.

 

  • Z czego utrzymywał się pan w czasie okupacji?


W czasie okupacji cały czas mieszkałem w budynku Opaczewska 34c. Mieliśmy z dowódcą drużyny zainstalowane radio na słuchawki. On mieszkał na drugim piętrze, a ja na pierwszym piętrze. Były balkony, rozciągaliśmy od niego antenę. Ponieważ lokatorzy byli zaufani, kochani ludzie, tyle lat żyliśmy razem, znaliśmy się bardzo dobrze, przychodzili do nas słuchać radia – Londynu oczywiście. Robiliśmy to w ten sposób, że słuchawkę trzymaliśmy nad talerzem i wtedy wszyscy słyszeli dokładnie wszystko, bo talerz odbijał ten głos, wszyscy słyszeli komunikaty z Londynu, no i z Moskwy od czasu do czasu, jak jest na froncie. Okupację spędziłem na szkoleniach, były również przyjemne chwile, bo odbywały się wieczorki naszych kolegów, którzy byli w Armii Krajowej – robiliśmy sobie takie spotkania.

Były i ciężkie chwile, bo w tym czasie w Warszawie rozstrzeliwano Warszawiaków.

Byłem świadkiem takiej egzekucji, przy ulicy Wawelskiej. To była wstrząsająca rzecz, nigdy tego nie zapomnę. Jechałem tramwajem, a Niemcy w czasie egzekucji wyciągali z tramwajów wszystkich pasażerów i ściągali okoliczną ludność, żeby obserwowali te egzekucje. Tam jest pamiątkowa tablica tej egzekucji – przy Wawelskiej, na rogu Grójeckiej. Widziałem, jak wyrzucali ze skrępowanymi rękami chłopaków i dziewczęta, ustawiali pod murem, pamiętam tę dziewczynę, to była blondyna w wieku gdzieś osiemnastu – dziewiętnastu lat. Pluton egzekucyjny, jedna seria, druga, a ta dziewczyna nie upadła – wszyscy upadli, tylko ona nie. Tylko włosy stanęły jej dęba, bo seria uderzyła ją w głowę. Wtedy dowódca plutonu egzekucyjnego podskoczył bliżej i strzelił do niej z pistoletu. Byłem świadkiem tej jednej egzekucji, ale przecież było ich wiele. Potem były rozwieszane afisze, a na nich nazwiska rozstrzelanych.

Później przeżywaliśmy z radością egzekucję gestapowca Kuczery. Brała w tym udział Kama, którą znałem, ponieważ wyszła za mąż za mojego kolegę, inżyniera Chojeckiego. Kamę poznałem w 1950 roku jako śliczną, młodą dziewczynę. To była dla nas radosna wieść, że Kuczera nie żyje. Kat, z rozkazu, którego tylu Polaków, Warszawiaków zostało rozstrzelanych.

  • Jaki warunki życia były w czasie okupacji? Czy miał pan problemy z uzyskaniem żywności?


Mieliśmy kartki na żywność. To starczało, żeby ledwo przeżyć, ale był handel, szmuglowano, jak to się wtedy mówiło. Za wsi przywożono jajka, mięso i jakoś staraliśmy się przeżyć. W czasie konspiracji miałem fałszywą kenkartę, ja jeszcze ją mam, jestem w niej o dwa lata młodszy i jest napisane, że pochodzę z Grójca z ulicy Cmentarnej, a ja nigdy w Grójcu nie byłem. Od czasu do czasu wydawano nam zaświadczenia z arbeitsamtu, oczywiście fałszywe, że jesteśmy zapisani na ochotnika na roboty do Niemiec. Taki świstek uratował mi życie. To był chyba 1943 rok, latem. Na rogu ulicy Opaczewskiej i Grójeckiej była budka z papierosami, bimbrem i wszystkim. Tą budkę prowadził Marian, który był ranny w pierwszych dniach oblężenia Warszawy, był ranny w nogę i chodził z kulą. Zaglądałem do niego, on również był w konspiracji, choć nie w tej organizacji, co ja. Bibułę, czyli różne konspiracyjne gazetki często właśnie od niego odbierałem. Stałem kiedyś u niego i poczęstował mnie bimbrem. Mówi: „Zbyszek, jest dobry bimber, wypij sobie kieliszek, bo widzę, że jesteś roztrzęsiony”. Byłem nachylony do tej budki, podał mi kieliszek, nie zdążyłem wypić jego zawartości, zostałem uderzony kolbą w plecy. Obejrzałem się i zobaczyłem dwóch żandarmów w mundurach. Oczywiście: Hände hoch, jeszcze drugi raz uderzyli mnie kolbą i kazali mi iść w stronę zieleniaka (duży teren). Potem ten zieleniak był znany, bo wymordowano tam wielu ludzi. Zaprowadzono mnie tam, ale zorientowałem się, że są straszne pustki, to była godzina południowa, a w ogóle ludzi nie było na ulicach, nie wiedziałem, co się dzieje. Dopiero potem dowiedziałem się, że na ulicy Opaczewskiej rozbrojono czy zastrzelono Niemca i dlatego ta obława była. Na zieleńcu postawili mnie pod murowanym ogrodzeniem, trzymałem ręce do góry. Ausweiss. Zdawałem sobie sprawę z takich wypadków, miały one miejsce w czasie okupacji, że jak legitymowali, to zamiast Ausweiss wyciągał pistolet i strzelał do Niemców. Wiedziałem o tym, znałem trochę język niemiecki i mówię: Ich habe hier in der Tasche Ausweiss. On podszedł do mnie, wyciągnął z kieszeni Ausweiss – kenkartę. W kenkarcie był ten świstek, że jestem zapisany na roboty do Niemiec. Spojrzeli, ja mówię: Ich werde nach Deutschland fahren, arbeiten. Ach so, so. No i między sobą porozmawiali, oddali mi kenkartę, jeszcze sprawdzali, gdzie mieszkam i sprawdzali czy mówię zgodnie, ale wtedy to była prawdziwa kenkarta, nie ta fałszywa i mówię: Ich wohne in der Opaczewska Strasse. Oddali mi kenkarte i kazali iść. Szedłem na nie swoich nogach, bo były wypadki, że zwalniali, a z tyłu strzelali. Doszedłem szczęśliwie do domu i opowiedziałem wszystko rodzicom. Będąc w tamtych stronach przeżywam to bardzo, jak tam patrzę. Mi jakoś szczęśliwie, mimo kursowania po Warszawie udało się okupacje przeżyć.

  • Przejdźmy do wybuchu Powstania.


Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Powstanie wybuchnie, nie wiedzieliśmy tylko, kiedy.

1 sierpnia, w godzinach południowych przybiegła do naszego domu łączniczka. W naszym bloku był jeszcze jeden kolega z naszej drużyny, był to syn dozorcy bloku. Łączniczka powiadomiła nas, że mamy jak najszybciej zgłosić się na ulicę Grójecką, nie pamiętam dokładnie numeru – 42 albo 40, to jest wysoki, piękny narożny blok miedzy ulicą Barską i Grójecką, który stoi do dzisiaj na przeciwko Domu Akademickiego. Oczywiście chłopcy szczęśliwi, czekaliśmy tej godziny „W”. Pożegnania z rodzicami, ze łzami w oczach. Mama przygotowała wielką wałówkę. Gęsiego dotarliśmy do tego budynku wskazanego nam, gdzie miała się odbyć zbiórka naszego plutonu. Tam rozdawano nam opaski na prawą rękę i broń. Broni nie było dużo, dostałem dwa granaty, koledzy również. Na drużynę przepadał jeden karabin, dostał go dowódca drużyny. My mieliśmy „filipinki”, „sidolówki”, to były granaty produkcji konspiracyjnej. Dostaliśmy rozkaz, żeby wejść na drugie piętro do mieszkania i tam zabarykadować okna. Udaliśmy się na pierwsze piętro, zapukaliśmy do drzwi, mieszkańcy oczywiście zaskoczeni, nie wiedzieli, co się dzieje, my z bronią. Wchodzimy, w tym mieszkaniu była matka z córką, to było duże, trzypokojowe mieszkanie. Zobaczyły opaski – Armia Krajowa, zorientowały się, o co chodzi. Zabraliśmy się do barykadowania okien, barykadowaliśmy meblami, jakie się tam znajdowały – szafami, krzesłami. Właścicielka mieszkania patrząc na to wszystko była przerażona, dosłownie łzy w oczach miała, córka również, ale wytłumaczyliśmy im, że tak musi być, że zaraz będzie wojna, więc uspokoiły się. Ona w dalszym ciągu nie mogła dojść do siebie, bo mąż nie wrócił z pracy i czekały na męża i ojca. Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło, zaczęli do nas przychodzić z innych mieszkań przede wszystkim młodzież, dziewczęta, chłopcy chcieli się przyłączyć do nas. Oczywiście nie mogliśmy ich przyjąć, wskazaliśmy, że na dole jest dowództwo i tam mogą się zgłosić i ewentualnie mogą się przyłączyć. Przynoszono nam wszystko: jedzenie i butelka wina się znalazła. Na podłodze wszystko było, bo stoły były już na oknach, jako barykady. Ludzie byli szczęśliwi, zaskoczeni, dziewczęta dosłownie nas całowały. Czekaliśmy tej godziny „W”, bo była wtedy dopiero około czternastej godziny, obserwowaliśmy dom akademicki, który za kilka godzin mieliśmy atakować. Ruch na ulicy był taki jak zwykle. Punktualnie o godzinie siedemnastej – na dole był umieszczony cekaem –i ten cekaem się odezwał. Już wiedzieliśmy, że zaczął się atak na dom akademicki. W pierwszym rzędzie musieli się rzucić saperzy, żeby wysadzić ten mur, który był wokół domu akademickiego. My mieliśmy atakować dom w drugim rzucie, według planu. To trwało może pół godziny – godzinę, szalona strzelanina. Ci chłopcy, saperzy osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt procent z nich zginęło od razu. To był wielki bunkier, w oknach karabiny maszynowe, granaty. W pierwszych minutach zginęło bardzo wielu kolegów. Dowództwo zdawało sobie sprawę z tego, że nie ma sensu dalsze atakowanie domu akademickiego przy takim uzbrojeniu, jakie mieli Niemcy. Atak się załamał, przyszedł rozkaz – przerwać atak. W pierwszych minutach byłem na dole, wtedy już miałem trzy granaty, jeszcze jeden zdobyłem. Z Okęcia przyjeżdżały posiłki, żołnierze niemieccy jechali samochodami ciężarowymi. Rzuciłem wiązankę granatów pod samochód, to były konspiracyjnej produkcji granaty. Samochód podskoczył i pojechał dalej. Granaty wybuchły, ale go nie uszkodziły. Na szczęście bliżej koledzy byli z erkaemem, serie puścili jedną, drugą, samochód się zatrzymał, kilku zabitych Niemców, kilku rannych. Ci Niemcy, którzy przeżyli zgłupieli – nie wiedzieli, w którą stronę uciekać. Uciekli w naszym kierunku i oczywiście dostali się do niewoli. To była pierwsza zdobyczna broń z tego samochodu. Szczęśliwi, zadowoleni zyskaliśmy trochę broni. Niemcy byli przygotowani, że Powstanie wybuchnie. Przed głównym wejściem do domu akademickiego rosły duże, wysokie topole. Na kilka dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego Niemcy wycieli te topole, żeby mieć lepsza obserwację. Zdawali sobie sprawę z tego, że Powstanie wybuchnie.


  • Jakie jednostki niemieckie stacjonowały w domu akademickim?


W czasie konspiracji byliśmy wyznaczani na zmianę do obserwacji domu akademickiego. Notowaliśmy ilu Niemców przyjeżdża, ilu wyjeżdża. Przeważnie te obserwacje prowadziliśmy z kościoła św. Jakuba, ponieważ stamtąd był dobry widok na główne wejście i wjazd do domu akademickiego. Tam stała żandarmeria tak zwana Schutzpolizei. W tym czasie według naszych rozpoznań było trzystu pięćdziesięciu żandarmów. Po nieudanym ataku na dom akademicki siedzieliśmy w naszym budynku.

Po lewej stronie ulicy Barskiej przy kościele św. Jakuba był park nazywany Antonin. W tym parku byli Niemcy, to była żandarmeria. Koledzy z innych plutonów zaatakowali ich i ten atak pięknie się udał. Dzięki powstańcowi przebranemu w mundur policjanta granatowej policji. Podszedł do drzwi wartownika, rozmawiał z nim, wyciągnął pistolet i zastrzelił go. W tym czasie koledzy wskoczyli do budynku, kilku Niemców zastrzelili, kilku wzięli do niewoli, a reszta przez okna uciekła. Tam dość dużo broni zdobyliśmy, zresztą nie tylko broni, bo była tam również żywność. Dowódcą ataku na Antonin był porucznik „Kalina” T. Kotecki, dowódca naszej kompanii. Od tej strzelaniny ogłuchł i pamiętam jak biegł i krzyczał, że nic nie słyszy, że ogłuchł od strzałów i wybuchów granatów. To był jeden udany atak na placu Narutowicza.

Inne kompanie, które były na ulicy Wawelskiej i innych ulicach na terenie Ochoty, ataki nie udały się. Wszystkie zostały załamane. W godzinach wieczornych przyszedł rozkaz do naszego zgrupowania, że mamy tyłami za kościołem św. Jakuba przejść do domów mieszkalnych ZUS na ulicę Niemcewicza 7/9. To był rozkaz dowódcy zgrupowania pułkownika „Grzymały”, po nieudanym ataku na dom akademicki ściągał wszystkie zgrupowania do osiedla domów mieszkalnych. To było bardzo duże osiedle, które stoi do dzisiaj. W nocy, to była godzina dwudziesta druga, dwudziesta trzecia, przeskakiwaliśmy z tyłu za kościołem św. Jakuba, bo cały czas nas ostrzeliwano, więc chyłkiem czasami czołgając się przedarliśmy się do ulicy Niemcewicza. Najgorsza rzeczą było przeskoczyć ulicę Grójecką. Tam już musieliśmy się czołgać, bo byliśmy ostrzeliwani w dalszym ciągu i dostaliśmy się do bloków na Niemcewicza 7/9. Gdy wchodziliśmy do bramy usłyszeliśmy głosy niemieckie Wer da? Na rogu Tarczyńskiej i Niemcewicza była szkoła, w tej szkole stała grupa esesmanów. Zobaczyli nas. Pamiętam ten krzyk Wer da? – kto tam? i z broni maszynowej zaczęli siekać do nas. Część zdążyła już wskoczyć do bramy. Przede mną kolega dostał serie w głowę, od razu trup na miejscu, to był jeden kolega, który wtedy poległ. My wszyscy wskoczyliśmy do bramy. Duże podwórko, nasze kochane sanitariuszki przygotowały nam jedzenie. Stała kuchnia polowa, zupa dobra, w ten sposób znaleźliśmy się tam gdzie był dowódca zgrupowania IV obwodu. Nie wszyscy się tam dostali, nie do wszystkich dotarły meldunki, zostały dwa bataliony – jeden na ulicy Wawelskiej, drugi na ulicy Kaliskiej. Te bataliony broniły się przez dwa tygodnie na Ochocie. Ci, którzy byli na ulicy Rakowieckiej przedarli się do Śródmieścia. Z tych, którzy byli na ulicy Kaliskiej, jedni przeszli do lasów Kampinoskich, a inni do lasów chojnowskich. To później dowiedziałem się z relacji kolegów, którzy przeżyli. My czekaliśmy w domach ZUS-u, co dalej będzie, siedzieliśmy, zastanawialiśmy się. Po północy, około pierwszej godziny dowiedzieliśmy się, że cały sztab IV obwodu jest na naradzie i zastanawiają się, co mamy robić. Byliśmy odcięci od Śródmieścia, nie było z nim żadnego kontaktu, odcięci byliśmy od Woli. Oficerowie, podwładni dowódcy zgrupowania „Grzymały” mieli różne zdania: jedni byli za tym, żeby dalej bronić się na Ochocie, inni byli za tym, żeby wyjść z Ochoty, przedrzeć się do lasów sękocińskich, potem do chojnowskich, tam dozbroić się, ponieważ tam były zrzuty, przejść przez Wilanów na Mokotów i dalej walczyć w Warszawie. Pułkownik „Grzymała” był przeciwny pierwszej wersji, chciał wykonać rozkaz i bronić się dalej w Warszawie. Zdawał sobie jednak świetnie sprawę, że w tych blokach mieszkało tysiące ludzi. Chodziło o wyżywienie dla nas i dla tych ludzi. Nas w tym czasie było około sześciuset osób. Zwyciężyła wersja, żeby wycofać się z Ochoty, przejść do lasów Sękocińskich, a potem przez nie dostać się do lasów Chojnowskich. I taki rozkaz został wydany. O godzinie pierwszej, drugiej w nocy noc była paskudna, deszcz padał nastąpił wymarsz z bloków torami kolejki EKD w kierunku Szczęsliwic, a potem w kierunku Pruszkowa. Było paskudnie i zimno. Broń chowaliśmy w peleryny, że by nie zmokła, bo mogliśmy się spodziewać, że po drodze spotkamy Niemców. Dochodząc do Szcześliwic przednie zgrupowanie i czujki zobaczyły, że w naszą stronę jadą dwa wagony kolejki EKD. Oczywiście zatrzymali kolejkę. Za Szcześliwicami napotkaliśmy na bunkier Niemców, którzy zaczęli do nas strzelać. Koledzy, którzy byli w przedniej grupie bardzo szybko zorientowali się, obeszli ich z jednej i z drugiej strony i zabili dwóch, a jeden uciekł. Było ich tam tylko trzech, pilnowali torów. Koledzy zdobyli kilka granatów, erkaem, byli szczęśliwi. Wiadomość o tym rozeszła się szybko. Po tym zdarzeniu zatrzymano te dwie kolejki. Motorniczemu rozkazano, aby te kilka osób, które były w kolejce wysiadły i żeby nas dowieźć do stacji Reguły. Rozeznanie było takie, że stamtąd będzie najbliżej do lasów sękocińskich. Kilkoma rzutami kolejka przejechaliśmy do Reguł. Tam wszyscy się zgrupowaliśmy, wyznaczono zgrupowanie przednie – szpicę. Muszę zaznaczyć, że miedzy nami byli koledzy z batalionu „Zośka”, którzy w tym czasie byli na Ochocie i nie zdążyli na swoje zbiórki. To byli wielcy bohaterowie i byli świetnie uzbrojeni. Między innymi był kolega Rygiel, w czujce – tam zginął. Szliśmy od reguł w kierunku Pęcić, czyli osiedla, w którym był piękny park, wieś, kościół, cmentarz. W tym parku stał dwór. Nad wejściem do tego dworu do dziś widnieje napis: „Jam dwór polski, który mężnie broni i wiernie strzeże”. Ten dworek pochodzi z XIX wieku. Idziemy w stronę tego dworku w Pęcicach, koledzy, którzy byli na przedzie byli świetnie uzbrojenie. Gdy podchodziliśmy do parku, z jego głównej bramy wyjechały dwa samochody. W pierwszym samochodzie siedział wyższy oficer, pułkownik prawdopodobnie i kilku jego podwładnych, w drugim samochodzie jego ochrona. Koledzy natychmiast otworzyli ogień do jednego i drugiego samochodu, oczywiście ten dowódca od razu zginął i kilku jego ochroniarzy również. Koledzy zdobyli dużo broni, a samochody podpalili. Po zdobyciu broni, to były dosłownie minuty, żołnierze niemieccy, a to była dosyć duża grupa wojska w tym parku i pałacyku, otworzyli niesamowicie duży ogień w naszym kierunku. My z miejsca gdzie, kto mógł chowaliśmy się, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Byłem w głównej grupie w tym czasie. Wszyscy udaliśmy się na prawą stronę, gdzie było duże rżysko i gdzieniegdzie stały kopki zboża. Dosłownie po kilku minutach z Pruszkowa, bo to było blisko, przyjechały dwa czołgi i esesmani na samochodach. Na szczęście, gdy chowaliśmy się na tym rżysku i czołgaliśmy się deszcz przestał padać, była szósta, siódma godzina rano, widno już było. Dostaliśmy niesamowity ostrzał z broni maszynowej, nie było dla nas ratunku, tylko chować się między tymi kopkami gdzie, kto mógł. Tam płynęła rzeczka Raszynka i Utrata. Oprócz posiłków, które przyjechały z Pruszkowa, nad nami natychmiast pojawił się samolot, który dosłownie kilka metrów nad ziemią latał i strzelał do nas z broni maszynowej. Byliśmy rozrzuceni na tym rżysku, przynajmniej tam, gdzie ja byłem. Później się dowiedziałem, że „Grzymała” wraz z kilkoma żołnierzami przeszedł Raszynkę i jemu szczęśliwie udało się jakoś wyjść za majątkiem w kierunku lasów sękocińskich. My byliśmy otoczeni ze wszystkich stron, z lasów komorowskich strzelano do nas z granatników. Najgorszy był ten samolot, pamiętam, od tej serii z KM byłem cały przysypany ziemią, tak jakby mnie przysypała skiba ziemi. Wtedy już miałem karabin, kolega został zabity i wziąłem od niego karabin, miałem jeszcze kilka granatów przy sobie. Czołgałem się po rżysku, oczywiście zaczęli do nas walić z czołgów, granaty rozrywały się. Cały czas nie było mowy o wstaniu, trzeba się było czołgać. Czołgając się po tym rżysku zostałem nago, zostały mi tylko slipki, skarpetki i pantofle, całe moje ubranie rozleciało się. Nie miałem innego wyjścia, doczołgałem się do kopki zboża, ukryłem się miedzy snopkami i obserwowałem, co się dzieje. Widziałem przed sobą tyralierę esesmanów, którzy szli w moją stronę. Słyszałem jęki rannych kolegów i koleżanek, słyszałem głosy: „Ratunku!”. Widziałem, czego nigdy w życiu nie zapomnę, jak Niemcy dobijali tych rannych, a żyjących brali do niewoli i słyszałem te ich głosy: Noch ein polnisch Bandit. Byłem przygotowany na najgorsze, położyłem przed sobą karabin, granaty. Przygotowany byłem na śmierć, ale myślałem, że może jeszcze kogoś zabiję przedtem, że uda mi się położyć, któregoś z esesmanów. Znałem trochę niemiecki, doszli do mnie na tyle, że słyszałem ich głosy i usłyszałem komendę dowódcy SS, że koniec akcji i wszystkich, którzy zostali wzięci do niewoli mają odprowadzić do dworku. Nie doszli do mnie, odetchnąłem szczęśliwy i odpoczywałem. Przeleżałem do zmierzchu, czyli od godziny szóstej do około osiemnastej. Nie można się było ruszyć, ponieważ ze wszystkich stron byliśmy obserwowani i otoczeni. Niemcy w dalszym ciągu wyłapywali niedobitków Powstania Warszawskiego.

Po wzięciu kolegów do niewoli, około sześćdziesięciu osób w tym kilkanaście sanitariuszek, reszta to żołnierze, przetrzymywali ich w dworku w piwnicy. Oczywiście przeprowadzali śledztwo, bili ich i mordowali. Po dziesięciu wyprowadzali na teren parku i kazali kopać rowy. Okazało się, że te rowy to były groby dla tych, których mieli rozstrzelać. W godzinach wieczornych, to była prawdopodobnie osiemnasta, dziewiętnasta godzina, wyprowadzali tych jeńców, naszych kolegów i wszystkich tam rozstrzelali, z wyjątkiem kilkunastu dziewcząt. Prawdopodobnie na wniosek rannego niemieckiego żołnierza. Dowódca SS zwolnił sanitariuszki i one przeżyły. Natomiast wszyscy koledzy, żołnierze zostali rozstrzelani nad grobami, które sami sobie wykopali.Przy wyprowadzaniu na rozstrzelanie, jeden z młodych chłopaków schował się do pieca chlebowego. Kolega, który wychodził na rozstrzelanie zamknął go w tym piecu i ten przetrwał tak do godzin nocnych. Przesiedział całą noc, nad ranem wyszedł z pieca, zobaczył otwarte okienko, przez nie przeszedł do parku. Gdy wychodził zauważył, że chodzi wartownik. Wykorzystał moment, że wartownik odszedł trochę dalej, po cichu wyszedł z okienka, przedostał się do ogrodu między drzewami i w ten sposób uratował się ten jeden jedyny żołnierz, który był przeznaczony na rozstrzelanie. Tak skończyła się historia naszych kolegów.

Przeleżałem do godzin wieczornych między snopkami, przy zmierzchu przedostałem się przez rzeczkę Raszynkę, tam było więcej szlamu niż wody, ale jakoś udało mi się przejść, zakopałem broń jaką miałem i zacząłem szukać chałupy, żeby znaleźć jakieś ubranie dla siebie. Była biedna, drewniana chałupa, wskoczyłem do niej nie było nikogo. Z tych okolicznych domów wszyscy mieszkańcy uciekli po strzelaninie, tak więc domy były puste. Zwróciłem uwagę, że na kuchni stał sagan, garnek i poczułem, że tam musi być coś do zjedzenia. Złapałem ten garnek, poczułem, że to była jeszcze ciepła kawa zbożowa. Okazało się jednak, że to nie była kawa, tylko fusy na dnie, ale te fusy też mi bardzo smakowały. Szukałem jakiegoś ubrania, znalazłem, ale po chłopcu, który miał dziesięć, może dwanaście lat. Spodnie długie, sięgały mi ledwo za kolana, marynarkę ledwo naciągnąłem na siebie, połatana, podziurawiona, zniszczona, ale jakieś okrycie miałem. Zastanawiałem się co robić dalej, udałem się w kierunku Ostoi, to było takie ładne willowe osiedle. Patrzę na jedną wille, drugą wille, wybrałem sobie jedną z nich, wszedłem do furtki i w tym czasie, gdy wchodziłem z willi wyszła pani w wieku około trzydziestu lat, z dzieckiem na ręku. Od razu się zorientowała kim jestem i mówi: „Pan brał udział w walce pod Pęcicami”. Ja mówię: „Tak jest, szukam jakiegoś schronienia”. Wzięła mnie jedną ręką i zaprowadziła do siebie do mieszkania. Ciekawa historia, w tym mieszkaniu zastałem chłopca w wieku piętnastu, może szesnastu lat. W pierwszym momencie, jak mnie zobaczył trzymał coś w rękach pod stołem. Gdy już zostałem przedstawiony, że jestem żołnierzem, jednym z rozbitków spod Pęcic, wyjął pistolet i położył na stole – w tym czasie czyścił pistolet. Okazało się, że to był łącznik męża tej pani, który był kapitanem, dowódcą partyzantki w lasach sękocińskich, był łącznikiem między żoną a mężem. Zaproponował mi, że mnie przeprowadzi do partyzantki do lasów sękocińskich. Jednak ja byłem całkowicie wykończony, a on tej nocy musiał zameldować się u męża tej pani. Poza tym ja miałem inne zamiary. Poprosiłem, więc, żebym noc mógł tam jakoś przetrzymać. Ona oczywiście mówi: „Tak, ale nie w mieszkaniu, ukryję pana tylko w schowku pod werandą, który jeszcze mąż przygotował”. W murze było wykute wejście, zarośnięte winem, w środku była słoma, powiedziała, że zaraz mi przyniesie koce i tam mnie może przetrzymać, bo Niemcy chodzili po okolicy i szukali tych niedobitków. Mówi: „Dla pana to będzie bezpieczne i dla mnie”. Naturalnie, z wielką chęcią zgodziłem się. Poczęstowała mnie kieliszkiem spirytusu, gorącą herbatą, jakąś kanapkę zjadłem. Wszedłem przez tą dziurę, położyłem się na słomie i przetrwałem całą noc. W międzyczasie przygotowała mi jakieś spodnie, bo te co miałem nie nadawały się żebym mógł się pokazać między ludźmi. Rano pożegnałem się z panią, podziękowałem za gościnę, za ukrycie mnie i wyszedłem na stacje kolejki EKD – Nowa Wieś, przed Komorowem. Poszedłem do sołtysa, żeby mnie gdzieś ulokował, żebym mógł jeszcze odpocząć po tym wszystkim. Sołtys bardzo przychylnie ustosunkował się do mnie, wiedział też kim jestem, bo się mu przedstawiłem. Dał mi kwaterę u dziewczyny dwudziestoletniej, ona weszła ze mną na strych i powiedziała: „Proszę pana, tu niedaleko w lasach sękocińskich jest mały oddział partyzancki”. Pokazała mi przez okienko, w którym mniej więcej miejscu to jest, że mogę się z nimi skontaktować. Ale ja, cały czas miałem na myśli, aby z lasów sękocińskich dostać się do lasów chojnowskich. Zdawałem sobie sprawę, że ci żyjący jeszcze koledzy, a było nas ponad sześćset osób znajdują się już wszyscy w lasach chojnowskich. Posłuchałem tej niewiasty i udałem się do lasu, to było bardzo blisko kolejki EKD. Wartownik mnie zatrzymał, było południe. „Ręce do góry!”, wiadomo partyzantka, posterunki. Pyta kim jestem. Tłumaczę, że jestem powstańcem Warszawy, że brałem udział w bitwie pod Pęcicami o czym oni już wiedzieli i chciałbym do nich przystąpić. Dowódca wyszedł, okazało się, że to był oddział NSZ-u. Różne stosunki wtedy były miedzy NSZ-em a Armią Krajową. Była przykra historia, na Ochocie, NSZ dowiedział się, gdzie jest ukryta nasza broń i na dzień przed Powstaniem Warszawskim udali się na ulicę Słupecką, gdzie to było i zabrali tą broń przeznaczoną dla nas. Piszą o tym w książkach. Dowódca pyta czy mam broń. Powiedziałem, że miałem, ale ukryłem ją, zakopałem, bo nie mogłem się z nią pokazać. „No niestety, nie możemy was przyjąć, cześć kolego, życzymy powodzenia”. Udałem się w stronę lasów sękocińskich, przeszedłem, po drodze zatrzymywałem się u gospodarzy na posiłki. Po kilku dniach dostałem się do lasów sękocińskich i do lasów chojnowskich. Z mojej drużyny nie spotkałem nikogo, z plutonu było kilku kolegów. Dołączyły się jeszcze inne zgrupowania z partyzantki, tak więc znowu było około sześciuset osób. Pułkownik „Grzymała” planował przebicie się przez Wilanów na Mokotów. Byliśmy już dozbrojeni, bo były zrzuty w lasach chojnowskich, nawet niektórzy koledzy byli w mundurach angielskich. W nocy 18 sierpnia padł rozkaz przedarcia się przez Wilanów na Mokotów. Z oddziałem, do którego byłem przydzielony byłem na lewym skrzydle. To była pierwsza, druga w nocy jak wyruszyliśmy. Szliśmy w kierunku Wilanowa. Po przejściu kilku kilometrów dostaliśmy się pod niezwykle silny ogień Niemców, oświetlili nas rakietami. Kilku kolegów, którzy byli obok mnie padło – zostali zabici, kilku zostało rannych. Ja nawet nie zdążyłem strzelić z karabinu, bo to była wielka kanonada z broni maszynowej. Nie można się było przez to oświetlenie podnieść, ruszyć. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, słyszałem jęki kolegów. Wziąłem jednego kolegę, który leżał obok mnie i krzyczał: „Ratunku!”. Wziąłem go na plecy, nie było mowy o wstaniu, można się było tylko czołgać i czołgałem się w kierunku punktu sanitarnego. To było dość daleko, jakieś dwieście, trzysta metrów. Czołgając się i trzymając na plecach rannego musiałem zostawić karabin i granaty, nie mogłem ich unieść. Doczołgałem się do punktu sanitarnego, dziewczyny rzuciły się do nas, zobaczyły mnie całego we krwi, więc przyszły ratować mnie. Mówię, że nie jestem ranny, proszę ratować kolegę. Nie wiedziałem, co ze sobą robić, w dalszym ciągu słyszałem te strzały Niemców i kolegów, którzy przedzierali się przez Wilanów na Mokotów.Okazało się, że pułkownik „Grzymała” przy samym Wilanowie został zabity i masa kolegów też, trudno powiedzieć ilu poległo. Tylko część kolegów, na czele z kapitanem przedostało się na Mokotów. Ten kapitan tydzień później na Mokotowie został zabity. Byłem cały we krwi, znowu nie miałem ubrania, musiałem wszystko z siebie zrzucić. Zostawiłem punkt sanitarny, pożegnałem sanitariuszki, wytłumaczyły mi gdzie jest jakaś najbliższa wioska, żebym mógł poszukać jakiegoś ubrania i umyć się. Doszedłem do chałupy tam zaopiekowano się mną i dano mi ubranie. Zastanawiałem się, co dalej robić. Od tych ludzi dowiedziałem się, że w lasach chojnowskich został jeden oddział, który nie poszedł z „Grzymałą” na pomoc powstańcom warszawskim. Odmówił wykonania rozkazu, że nie pójdzie, na rzeź nie wyprowadzi swoich ludzi. To był bardzo silny oddział, uzbrojony po zęby. Okazało się, że ten oddział pochodził z lasów biłgorajskich, który szedł przed frontem w kierunku Wisły, sforsował Wisłę i znalazł się w lasach chojnowskich. O tym wszystkim wiem z książki „Mokotów 1944”. Z tej książki dowiedziałem się po fakcie, że on odmówił wykonania rozkazu pójścia na pomoc powstańcom warszawskim. Nie miałem jednak innego wyjścia, udałem się do niego, nie wiedząc, co to za oddział, zresztą do dziś nie wiem co to był za oddział. Oczywiście przyjął mnie i wielu innych kolegów, którzy nie przedarli się na Mokotów. Otrzymałem broń, otrzymałem granaty angielskie ze zrzutów. Broni było bardzo dużo, mogłem sobie wybrać, jaką chciałem, dostałem nawet mundur angielski. Po pacyfikacji lasów chojnowskich oddziałem ruszyliśmy w stronę Gór Świętokrzyskich a potem z powrotem w kierunku Warszawy. Idąc w kierunku Warszawy zachorowałem na czerwonkę. Byłem trup – czterdzieści stopni gorączki, cały czas trzymano mnie na podwodzie, na furmance. Nie było co ze mną robić, mundur ze mnie zdjęto, dowódca partyzantki dał mi pięćset złotych, pożegnał się ze mną i, razem z kolegą, na podwodzie, skierowano nas do szpitala do Zalesia. Ponieważ znałem okolice Pruszkowa, Podkowy Leśnej, Milanówka, po kilku kilometrach pożegnałem się z kolegą, zrezygnowałem z jazdy do Zalesia i udałem się do Milanówka. Tam przyjęto mnie, bardzo szybko zorientowano się, kim jestem. Zbieg okoliczności – jedna z pielęgniarek w tym szpitalu to była lokatorka domu przy ulicy Opaczewskiej, która mnie znała od małego chłopaka – pani Maria Zawistowska. Zaopiekowała się mną szybko, doprowadziła do porządku, zastrzyki i tak dalej. Oczywiście mówi: „Panie Zbyszku, zdaje pan sobie sprawę, że tu przychodzą Niemcy, szukają powstańców warszawskich, muszę pana ukryć w piwnicy”. Najgorsze, co było, to te wszy, byłem owszony, ale doprowadzono mnie do porządku. Od pani Marii, która też brała udział w Powstaniu Warszawskim, w udanym ataku na Monopol na Ochocie, dowiedziałem się gdzie jest moja mama i moja siostra. Były w Pruszkowie w obozie, po ucieczce z obozu nawiązały kontakt z nauczycielką z Ojrzanowa – dwadzieścia kilometrów od Grodziska i tam przebywały. Byłem szczęśliwy, że otrzymałem wiadomość, gdzie jest mama i moja kochana siostra. Po wyjściu ze szpitala dwadzieścia kilometrów dobrnąłem. Pamiętam to dokładnie, idąc już w Ojrzanowie patrzę, przed sobą widzę - idzie moja siostrzyczka kochana, w ładnej sukience, schowałem się za drzewo, jak wyszła zza drzewa, wyskoczyłem, złapałem ją, uściskaliśmy się. Zaprowadziła mnie tam, gdzie była moja mama, można sobie wyobrazić, jaka była szczęśliwa, radość ogromna! Później mama mi opowiadała, że ktoś mówił, miałem taki płaszcz nieprzemakalny na sobie, jak wyszedłem do Powstania, że widział mnie zabitego na placu Narutowicza i mama już się modliła. Krótko tam przebywałem, ponieważ z czegoś trzeba było żyć. Mieliśmy znajomych w Leśnej Podkowie i udaliśmy się tam z mamą do państwa Wolskich, tam był syn w moim wieku. Będąc w tym mieszkaniu zobaczyliśmy przez okno, że otaczają nas Niemcy, szukali jeszcze powstańców, bo wiedzieli, że w tych okolicach się jeszcze ukrywają. Syn państwa Wolskich natychmiast ukrył się do piwnicy, ja nie zdążyłem się schować. Piwnica była w podłodze. Niemcy wyważyli drzwi, skoczyli: „Ręce do góry!”, od razu dostałem parę razy kolbą po głowę. Wyprowadzili mnie, mama mówiła dobrze po niemiecku, zaczęła ich błagać, prosić, że byłem na robotach w Niemczech. Prosiła jak mogła, ale to nic nie pomogło, tam już kilkudziesięciu młodych chłopaków było. W Leśnej Podkowie, gdzie to się działo wsadzono nas do kolejki i zawieziono do Pruszkowa do obozu. Miałem wyjątkowe szczęście, siedząc w jednej z tych hali z kolegą i wyglądając przez okno z kratami zauważyłem pielęgniarkę, którą znałem, która też mieszkała w naszych okolicach. Była w fartuchu z czerwonym krzyżem, bo w obozie w Pruszkowie nasze pielęgniarki pracowały w Czerwonym Krzyżu. Oczywiście też mnie poznała, ja krzyknąłem do niej, ona odwróciła się i mówi: „Ojej, panie Zbyszku, ja pana szukam, bo pana mama całą noc pod brama śpi i czeka na pana, czeka jakiegoś kontaktu, była u Niemców prosić, żeby pana zwolnili, ale to nic nie pomagało”. Moja mama robiła wszystko, co mogła. Pielęgniarka mówi: „Niech pan siedzi tutaj, ja za godzinę, dwie godziny przyjdę i postaram się uratować pana”. Ja mówię: „Proszę pani, ja tu nie jestem sam, mam kolegę. Błagam panią, niech pani ratuje mnie i kolegę”. To był młody chłopak z Krakowa, był w konspiracji i skierowano go, by brał udział w Powstaniu Warszawskim. Poznaliśmy się właśnie w obozie. Obiecała, że będzie robiła, co tylko będzie mogła. Po godzinie czasu podchodzi do okna, podaje mi legitymacje i opaskę Czerwonego Krzyża i mówi: „Panie Zbyszku, znajdziecie tutaj nosze, weźmiecie jakiegoś starszego, chorego człowieka, których tam nie było, położycie go na nosze i będziecie przechodzić przez posterunek, jakby chciał legitymacje to pan pokażę, zresztą opaskę Czerwonego Krzyża będzie pan miał na ręce”. I w ten sposób to zrobiliśmy. Z naszego bloku przeszliśmy do bloku, gdzie byli sami chorzy przeznaczeni na wywózkę, na stracenie. Tam się dostaliśmy, ona zaopiekowała się mną, wprowadziła mnie na listę ciężko chorych z chorobami zakaźnymi, wenerycznymi, Niemcy bali się tych chorób i kazali wyrzucać z obozu. W ten sposób znalazłem się na tej liście, przyjechała furmanka, udawaliśmy, że jesteśmy nieprzytomni, wrzucali nas na tą furmankę, ja leżałem na samym dnie, na mnie leżeli ci naprawdę ciężko chorzy. W ten sposób dojechaliśmy do głównej bramy wjazdowej do obozu i tam sprawdzano wszystkie nazwiska, czytano czy wszyscy jesteśmy. Po przeczytaniu tej listy [niezrozumiałe] krzyknęli, wyjechaliśmy z obozu. Ujechaliśmy kilka metrów, w jakiś sposób wyszedłem spod tych ciężko chorych i od razu zobaczyłem swoją mamę, która tam cały czas na mnie czekała. Z mamą poszliśmy do pułkownika Piorunowskiego, głównego komendanta straży pożarnej w Pruszkowie. Tam przechowaliśmy się parę godzin. Co robić? Ponieważ wiedziałem, że na Okęciu mam dużo znajomych udałem się tam z mamą. Znalazłem swoich znajomych, którzy chętnie mnie przygarnęli, przechowali mnie tam, a mama wróciła do siostry do Ojrzanowa. Do wyzwolenia Warszawy, teraz się różnie mówi czy wyzwolenie czy wkroczenie, ja mówię o wyzwoleniu, tam przeżyłem tą gehennę. Po zakończeniu Powstania, mój rocznik podlegał mobilizacji, wstąpiłem do wojska, bo kochałem wojsko. Napisałem w życiorysie, że brałem czynny udział w Powstaniu Warszawskim w szeregach Armii Krajowej. Później przez te parszywe warunki, jakie były już pod Rosjanami utrudniano mi otrzymanie gdzieś pracy. Przede wszystkim wziąłem się za naukę, żeby to wszystko nadrobić, więc uczyłem się i pracowałem. Ten życiorys trochę mi przeszkadzał w życiu, ale napisałem również, że ojciec i brat ojca rozstrzelani byli przez Ukraińców w czasie Powstania Warszawskiego. [Wzięto mnie] na krótkie przeszkolenie w stopniu podporucznika, a potem na front. Wojna się skończyła, ja niestety walczyłem dalej. Ponieważ wpisałem w życiorysie, że zostali rozstrzelani przez Ukraińców, posłano mnie jako doświadczonego żołnierza z Powstania Warszawskiego i wyznaczono mnie na dowódcę dużego oddziału wojskowego do walki z UPA. O tym nie będę mówił, bo tam przeżyłem to, co przeżyłem...Nie chce tego wspominać, dużo moich kolegów zginęło, moich podwładnych żołnierzy, którzy również walczyli w Powstaniu Warszawskim, a ja byłem za nich odpowiedzialny, bo miałem pod sobą stu kilkudziesięciu żołnierzy. Takie stosunki były przykre, że dowódcę, który pozwolił sobie na zastrzelenie kilku swoich podwładnych czekały kratki. Mnie niestety to nie spotkało, zostałem odznaczony jednym, drugim bojowym odznaczeniem. Cały czas nękani byliśmy przez zasadzki w Bieszczadach. To była męczarnia, przeżyłem tam dwa i pół roku, to co ja tam przeżyłem to jest całkiem inna historia mojego życia.

  • Wrócił pan potem do Warszawy?


Wróciłem, do 1950 roku byłem w wojsku. W wojsku była czystka, zwalniano przede wszystkim AK-owców, wiedziano, że ja byłem AK-owcem, zwalniano też tych, którzy za granicą mieli rodzinę. Miałem kolegę, który ojca policjanta granatowego, w Łodzi mieszkał, też go zwolnili. To była generalna czystka w wojsku. Jak zostałem zwolniony, byłem z tego powodu szczęśliwy. Poszedłem do technikum budowlanego, potem dalej się kształciłem. Znalazłem pracę, trafiłem do przedsiębiorstwa, w którym, nie skłamię jak powiem, że trzydzieści, czterdzieści procent inżynierów techników to byli żołnierze Powstania Warszawskiego z Armii Krajowej. Oni mnie przygarnęli. Miałem głupią historię, bo jak przyjmował mnie dyrektor Spytkowski, przedwojenny oficer i przeczytał mój życiorys, dał mi dość wysoką grupę zaszeregowania, natomiast jak poszedłem z tym życiorysem do kadr, to tam przekreślono zaszeregowanie dyrektora i zmniejszono na pisarza budowy, a byłem naznaczony na starszego technika budowy. W życiorysie na górze czerwonym ołówkiem zaznaczono „AK”. Tego dyrektor Spytkowski i dyrektor Łepkowski nie mogli przeżyć, jak to zobaczyli niesamowicie się zdenerwowali, zwołali naradę, rady zakładowej, partii i dyrektor na tym zebraniu obronił swoją decyzję o takim, a nie innym zaszeregowaniu dla mnie. Tam na budowie, a budowaliśmy Grand Hotel po raz pierwszy poznałem Kamę, a pracowałem z jej mężem inżynierem Chojeckim.

  • Ale miał pan problemy ze znalezieniem pracy?


Tak, potem awansowałem, przez szesnaście lat byłem kierownikiem budowy. Później miałem już dość budów, byłem kierownikiem działu technicznego w kombinacie budowlanym. Zbieg okoliczności – w kombinacie, w którym pracowałem remontowaliśmy pałacyk w Pęcicach. Przeprowadzaliśmy tam renowacje i ja, jako kierownik działu jeździłem tam na kontrole i często odwiedzałem ten pomnik, podobno to jest najpiękniejszy pomnik w Polsce.

  • Jak pan ocenia Powstanie Warszawskie po latach?


Jako doświadczony żołnierz często zastanawiam się nad tym, nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Nad nami byli dowódcy, jak pułkownik Sokołowski, którzy walczyli w I, II wojnie światowej, to byli doświadczeni dowódcy. Cały czas zastanawiam się, jak można było dopuścić nas, młodych chłopców z butelkami, z granatami, broni było bardzo mało na taką warownię jak dom akademicki, jak można było wydać rozkaz do ataku? Tego nie umiem sobie wytłumaczyć. Najwięcej powstańców zginęło właśnie w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, bo takich bunkrów w Warszawie było bardzo dużo i niestety nie było żadnych powodzeń, żaden z nich nie został zdobyty z wyjątkiem kilku małych, gdzie znajdowało się po kilku Niemców – tam się udało. Zryw był okropny, paliliśmy się do tej walki jako młodzi chłopcy... Z tego co wiem, z książki na przykład generała Kirchmajera, który opisuje, że godzina „W” nie powinna się odbyć, powinna być w nocy, popełniono dużo błędów w związku z samym wybuchem Powstania. Cóż, my jako młodzi chłopcy spełniliśmy swój obowiązek, bo chcieliśmy walczyć.

  • Atmosfera w oddziale była pozytywna?


Naturalnie, z wielkim zapałem szliśmy do tego. Jak dostawaliśmy granaty do rąk, to aż trzęśliśmy się, bo wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak przykro się to skończy.

  • Jak pan ocenia rozkaz opuszczenia Warszawy i wyjścia do lasów sękocińskich?


Oceniam to jak najbardziej pozytywnie. Ochota była blisko Okęcia, gdzie byli Niemcy, więc zaraz przyjechały czołgi, samochody pancerne, mnóstwo wojska. Nie utrzymalibyśmy się tam jednego, dwóch dni, bo posiłki niemieckie zaraz się pojawiły. Gdyby nie te Pęcice dobrnęlibyśmy wszyscy, część jednak przedarła się na Wilanów i dalej walczyła w Powstaniu Warszawskim.

Warszawa, 22 marca 2005 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Bednarek

Zobacz także


strzelec

Sulimir Stanisław Żuk

Nazywam się Sulimir Stanisław Żuk. Urodziłem się w Warszawie. Mój ojciec też...

więcej
podporucznik, sanitariuszka, łączniczka

Danuta Hibner „Nina”

Nazywam się Danuta Hibner, urodziłam się 30 października 1923 roku w Warszawie; podporucznik, Kompania...

więcej
sanitariuszka

Halina Kossowicz "Hala"

Rozmowę w dniu 14 stycznia 2005 roku przeprowadza Jacek Staroszczyk, a gości mnie pani Halina Kossowicz urodzona...

więcej
strzelec

Wojciech Barański „Bar”

Nazywam się Barański. Miałem pseudonim „Bar”, w momencie kiedy zacząłem należeć do organizacji...

więcej

Zofia Czekalska

Sulimir Stanisław Żuk