W czasie Powstania Warszawskiego oddziały niemieckie bezlitośnie mordowały cywilów. W jednym z najpiękniejszych gmachów stolicy – Teatrze Wielkim Opery Narodowej – rozegrał się jeden z największych dramatów tamtych dni. 8 sierpnia 1944 roku salwy karabinów maszynowych rozległy się w ruinach budynku, zabijając około 350 mężczyzn i chłopców.
„Miałem wtedy jedenaście lat. Mieszkaliśmy z matką, ojcem i siostrą w Warszawie przy ul. Marszałka Focha 5/7 m 24.

Zdjęcie Rodziny Świątkowskich. Kadr z filmu „Bitwa o Warszawę 1944” (reż. Wanda Kościa, 2005).
W chwili wybuchu Powstania ojca z nami nie było. Pozostawał na Woli w okolicach garbarni Pfajphra. Przedostał się do nas po kilku dniach. Byliśmy już wtedy w schronie pod ruinami Teatru Wielkiego. Naszym schronem były puste, szerokie, długie, suche korytarze dwa piętra pod ziemią, usytuowane w okolicy bliżej sceny pod teatrem. Podobne korytarze nad nami były magazynami sprzętu teatralnego. Do innych jeszcze podobnych korytarzy, ale jedno piętro pod ziemią wchodziło się z powierzchni od holu frontu Teatru.
W tych podziemnych korytarzach schroniło się kilkaset osób okolicznej ludności cywilnej. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z walczącymi stronami. Nie widzieliśmy Powstańców ani Niemców.
Przy wychodzeniu na powierzchnię słychać było liczne strzały, wybuchy, wycie latających samolotów, widoczne były dymy palących się domów.
Szóstego (bądź siódmego) sierpnia bardzo wcześnie rano obudziły nas w schronie wybuchy w stalowych drzwiach schronu. Wdarli się z wrzaskiem żołnierze niemieccy. Bili, szarpali, pytali o Powstańców, rewidowali, szukali broni. Żadnej broni nie znaleźli, rabowali złotą biżuterię. Trwało to wiele godzin. Następnego dnia rano Niemcy wypędzili nas ze schronu przed fronton i filary Teatru. Był to tłum ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci. Żołnierze niemieccy byli za nami pod filarami Teatru. Strzałami, biciem, krzykami zaczęli gnać nas przed sobą w szturmie na Ratusz i Pałac Blanka. Ludzie biegli, wyli. Tego krzyku przerażenia nigdy nie zapomnę. To była chaotyczna strzelanina. Granaty i wiązki granatów (granaty powiązane drutem) rozrywały się wśród tłumu ludzi. Powstańcy rzucali granaty z okien domów przyległych do Placu Teatralnego od strony ul. Focha. W jednym z tych domów był sklep z materiałami piśmiennymi, kupowałem tam zeszyty do szkoły. Nad sklepem był duży napis – reklama ILCZUK.
Wyrwałem się z objęć matki i schowałem się pod stojący na placu tramwaj. Początkowo do wagonu, następnie pod podwozie.

Fotografia aut. Józefa Jerzego Karpińskiego (początek sierpnia 1944 r.). Panorama placu Teatralnego i wejście główne do Teatru Wielkiego. Ujęcie z pierwszego piętra kamienicy Uruskiego przy ul. Focha 12. Widoczne tramwaje pod którymi schronienie znalazł autor wspomnień – Marian Waldemar Świątkowski. Źródło: Zasoby archiwalne MPW.
Powstańcy szturm Niemców odparli. Niemcy jak poprzednio zgrupowali się pod filarami Teatru, a nam kazali stać przed sobą. Po jakimś czasie znów nas pognali.

Fotografia aut. Józefa Jerzego Karpińskiego (początek sierpnia 1944 r.). Perspektywa ulicy Bielańskiej widziana zza barykady przy wylocie ul. Daniłłowiczowskiej w kierunku południowym. W tle na ul. Wierzbowej widoczny szereg utworzony z ludności cywilnej, pod osłoną którego Niemcy próbowali wyprowadzić atak na powstańcze pozycje. Źródło: Zasoby archiwalne MPW.
Walka była jeszcze bardziej gwałtowna, masakra ludzi większa. Ponownie wczołgałem się pod tramwaj. Ale moja o rok starsza siostra gnana, przebiegła cały Plac Teatralny i z kilkoma osobami przebiegła barykadę na ul. Senatorskiej przy ul. Daniłłowiczowskiej.
Co dalej się z nią działo trudno opowiadać. Siostra zupełnie nie chce o tym mówić. Powróciła do nas w grudniu 1944 r. w strasznym stanie. Po sforsowaniu barykady na ul. Senatorskiej ukrywała się pod zrujnowanym Ministerstwem Rolnictwa, następnie w piwnicach przy ul. Koziej. Głodowali. Prawdopodobnie były tam gwałty, ludożerstwo. Z Warszawy wyszli „jak leżał już śnieg”.
Drugi szturm na Ratusz i Pałac Blanka Powstańcy także odparli. Nastąpiła przerwa w walkach. Niemcy pognali nas do noszenia rannych swoich żołnierzy. Cywilnym rannym nie wolno było udzielać pomocy. Leżało dużo zabitych. Żołnierz niemiecki pognał mnie, ażebym niósł jakąś torbę wojskową rannego żołnierza, którego niosło już, bez noszy czterech Polaków. Ranny niemiecki żołnierz cały czas krzyczał. Zaniesiony został do Pałacu Brühla, gdzie odebrali go stojący tam niemieccy żołnierze, a nas zaczęli bić, ubliżać od „polnisze banditen”. Bicie przerwał żołnierz, który eskortował nas z rannym i następnie pognał po następnych rannych. Do następnych rannych na Placu Teatralnym nie doszedłem. Uciekłem w ruiny Teatru Wielkiego od strony ul. Trębackiej. Długo ukrywałem się w gruzach. Jak już było ciemno zszedłem do naszego schronu pełnego ludzi. Odszukałem matkę i ojca. Nie było siostry. Rozpacz, że zginęła w czasie walk na Placu Teatralnym.
W nocy do schronu weszli żołnierze niemieccy. Znów zaczęły się bicia, rewizje, rabunki złotej biżuterii, zegarków. Żołnierze niemieccy zaczęli wyciągać młode kobiety w głąb schronu. Kobiety krzyczały, broniły się. Słychać było stamtąd pojedyncze strzały. Żołnierz niemiecki szarpał, ciągnął moją matkę. Uderzył, odepchnął ojca. Matka krzyczała, że jest ranna, chora. Wskazywała na pokrwawioną sukienkę, bieliznę. Niemiec kopnął matkę odszedł, wziął inną kobietę. Matka nie była ranna. Sukienkę miała pokrwawioną od noszenia rannych żołnierzy z Placu Teatralnego. Tak minęła noc. Żołnierze niemieccy wracali do schronu wielokrotnie.
Następnego dnia rano Niemcy pognali nas ze schronu do zrujnowanego holu na parterze Teatru. To był tłum ludzi. Hol był pełny. Przemawiał do nas elegancki oficer niemiecki. Pamiętam jego długie, czarne buty (nie były to „harmonijki”), bryczesy. Tłumaczyła go folksdojczka Rychter (może Richter Anna). Mieszkała w naszym domu przy ul. Focha 5/7 na piętrze, wejście z bramy.
W pierwszej kolejności wyjadą mężczyźni. Zaczęła się selekcja, rozdzielania mężczyzn i kobiet z dziećmi. Trzymałem się matki, ale folksdojczka Rychter kazała mi dołączyć do ojca. Pokazywała, że z ojcami są także inni chłopcy. Rzeczywiście mój kolega z podwórka Mietek Seliga był już w grupie mężczyzn.
Niemcy spokojnie wyprowadzili nas głównym wyjściem z Teatru w lewo koło pomnika Bogusławskiego w kierunku ul. Wierzbowej. Na ul. Króla Alberta (Niecała) widziałem stojących w długim trójszeregu bardzo wielu cywilnych mężczyzn.
Niemieccy żołnierze kazali nam ponownie wchodzić do Teatru małym wejściem na rogu Pl. Teatralnego i ul. Wierzbowej. Wchodziliśmy wąskimi, krętymi schodami na piętro do dużego zrujnowanego holu. Od strony Pl. Teatralnego zupełnie nie było przedniej ściany. Był otwarty widok na Pl. Teatralny. Płonął Ratusz. Płonął dom na rogu ul. Bielańskiej i Senatorskiej. Na parterze był sklep i nad nim duży napis Krzysztof Brun i Synowie.
Strop podłogi holu po stronie lewej (patrząc na Pl. Teatralny) był skośnie urwany. Hol zapełnił się mężczyznami. Szukaliśmy znajomych, było gwarno. Żołnierze niemieccy (było ich niewielu, może dziesięciu) coś krzyczeli, chyba starali się wprowadzić „porządek”, co nie skutkowało. Niemcy zaczęli strzelać z automatów z bliska w tłum mężczyzn. Byli zabici i ranni. Zrobiła się zupełna cisza. Niemcy kazali zrzucić zabitych i rannych za urwany strop holu.
Ustawili nas następnie w luźne szeregi. W milczeniu przechodzili się między nami z dużym wiklinowym koszem. Był to zupełnie nie zniszczony kosz do noszenia węgla, miał kwadratowe dno, nie jak obecnie dna takich koszy najczęściej są okrągłe.
Niemcy żądali dokumentów, które wrzucali do tego kosza. Odbierali drobne pakunki, które miał prawie każdy. Odbierali zegarki, obrączki, sygnety. Ojciec oddał swój portfel z kieszeni marynarki. Oddał złoty zegarek (to była jak pamiętam Omega podziwiana przez kolegów ojca), oddał złotą papierośnicę. Niemiec zerwał mu z palca obrączkę i sygnet. Stałem z ojcem. Niemiecki żołnierz kazał mi oddać dużą damską torebkę, którą matka kazała pilnować przed rozstaniem. W torebce były nasze najcenniejsze przedmioty. Niemiec szarpał torebkę, której nie chciałem oddać. Jak ją wyszarpał, upadłem do tyłu. Leżącemu, Niemiec zadał cios kolbą karabinu w ok. krocza, jednak trafił bardziej w udo. Stłuczenie i głęboki krwiak goiły mi się przez wiele miesięcy, ale mogłem chodzić.
Kiedy Niemcy zakończyli obrabowywanie wszystkich stojących, nadal była zupełna cisza. Niemcy ustawili pierwszy szereg mężczyzn tuż nad przepaścią urwanej posadzki holu. Twarzami byli zwróceni do nas. Żołnierze niemieccy gdzieś zniknęli.
Nagle padła długa seria z karabinu maszynowego od strony Placu Teatralnego przez brak frontowej ściany Teatru. Było dużo rannych, zabitych, niewielu spadło z urwanego stropu. Ranni skręcali się, czołgali się do nas, krzyczeli. Niemcy krzykiem, kolbami karabinów wyrwali kilku Polaków z następnego szeregu i kazali im zrzucać zabitych i rannych poza urwany strop posadzki. Z ojcem stałem w tym następnym szeregu.
Powiedział spokojnie do mnie „odejdź stąd” i puścił moją rękę. Nie powiedział „uciekaj”. Powiedział „odejdź stąd”. To były ostatnie słowa mojego ojca.
Wolno wycofałem się ku tylnym rzędom. Przechodziłem obok mojego kolegi z podwórka Mietka Seligi, stał znieruchomiały. Przechodziłem obok naszego sąsiada (mieszkał na 1 piętrze) p. Piątkowskiego, stał znieruchomiały. Cofnąłem się w dalsze tylne szeregi mężczyzn. Nikt się nie ruszał. Niemcy mnie nie dostrzegli, ponieważ zajęci byli zrzucaniem zabitych i rannych z urwanego stropu podłogi. Poza tym widziałem, że przy karabinie maszynowym przy pomniku Bogusławskiego było jakieś zamieszanie.
Wydaje mi się, że niemiecki żołnierz wymiotował. Przy pomniku Bogusławskiego stał czołg (lub działo pancerne) i niewielka grupa żołnierzy.

Fotografia aut. Józefa Jerzego Karpińskiego (początek sierpnia 1944 r.). Niemieckie działo samobieżne typu SdKfz 138/2 Jagdpanzer 38(t) „Hetzer” stojące pod gmachem Teatru Wielkiego na pl. Teatralnym. Ujęcie spod Ratusza, opanowanego przez powstańców. Źródło: Zasoby archiwalne MPW.
Dalej biegiem wskoczyłem w ruiny. Znałem te ruiny. Mieszkaliśmy przecież obok. Bawiłem się tam często z kolegami w wojnę i podchody. Schowałem się niedaleko w gruzach pod schodami w jakimś wykrocie. Nikt mnie nie gonił. Słyszałem tępe, głuche serie z karabinu maszynowego. Zasnąłem. Po obudzeniu się była zupełna cisza. Długo czekałem nim wyczołgałem się stamtąd.
(…)”
[Relacja spisana przez Mariana Waldemara Świątkowskiego, w zasobach Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego od 15.03.2010 r.]
*
Franciszek Świątkowski[1], bestialsko zamordowany wraz z 350 innymi Polakami przez Niemców w gmachu Teatru Wielkiego 8 sierpnia 194 roku, miał zaledwie 39 lat. Wedle przekazów rodzinnych, był niezwykle przedsiębiorczym człowiekiem. Razem z żoną pochodzili z miejscowości Szreńsk, oddalonej 100 km od Warszawy. To w przedwojennej stolicy Polski udało mu się odnieść sukces w swoim fachu. Zaczynał od zera. Należał do cechu szewców i handlował obuwiem. Swoją ciężką pracą zdobył renomę w swoim środowisku, a zdobyte środki przeznaczał na zapewnienie lepszego bytu swojej rodzinie. Dzieciom – Józefie (ur. 1932) i Marianowi (ur. 1933) uchylał nieba, posyłając ich nawet na prywatne lekcje gry na fortepianie.
Fotografia poniżej jest dowodem błogich chwil spędzonych w gronie rodzinnym. Franciszek z żoną Anielą (po prawej) stoją przed wspiętymi na drzewie Marianem i Józefą.

Fotografia ze zbiorów rodzinnych Aldony (z domu Świątkowskiej) i Tomasza Materów.
Aniela z dziećmi cudem uszła z życiem z ogarniętej walką stolicy. Wyprowadzeni przez Niemców do obozu przejściowego w Pruszkowie, Marian z mamą, znaleźli się poza Warszawą, gdzie pozostawali do zimy 1945 roku. Józefa, po ciężkich doświadczeniach[2], dołączyła do nich jesienią.
Ekshumacje pomordowanych w ruinach Teatru Wielkiego odbywały się od wiosny 1945 roku. Identyfikacji szczątków Franciszka Świątkowskiego dokonała żona Aniela z synem w dniu 20 kwietnia 1945 roku. Ponieważ Franciszek w chwili egzekucji, stał w pierwszych rzędach, jego ciało znajdowało się na samym dole spalonego później stosu ponad kilkuset ciał. Jego portfel z dokumentami, zakrwawiony i nadpalony, rodzina zabrała ze sobą. Był przechowywany w zamkniętym słoju do czasu otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego, kiedy Marian Waldemar Świątkowski przekazał go do tworzącej się ekspozycji o zagładzie cywilów i miasta. Do dziś można go zobaczyć w części znanej jako „Miasto Grobów” na pierwszym piętrze Ekspozycji Muzeum.

Wiele lat upłynęło zanim słój został ponownie otworzony w celu identyfikacji i wnikliwej dokumentacji jego dokładnej zawartości. Okazało się, że dokumenty, które miał w chwili śmierci przy sobie Franciszek Świątkowski, dotyczą głównie jego spraw zawodowych. Są to m.in. zezwolenia na prowadzenie handlu obuwiem w Halach Mirowskich i na Wielopolu, zaświadczenia z Cechu Szewców, rachunki za wykonane usługi szewskie.
Jeden z najlepiej zachowanych dokumentów to legitymacja wydana przez Grupę Rzemiosła z 1942 roku.

Większość dokumentów pochodzi z lat 1943 i 1944. Poniżej ukazany, jest niezbitym dowodem na sprawnie działająca niemiecką biurokrację. Jest to oficjalne przypomnienie o zaległości w płatnościach od firmy „Obhut” Wach- und Schutz Gesellschaft K.G. Warto zwrócić uwagę na zwrot „Heil Hitler !” kończacy dokument, uprzejmie („Wir bitten Sie”) wzywający do uregulowania („begleichen”) zapłaty.

Na Zachodzie, w obecnej debacie historycznej, często w celu opisania Niemiec rządzonych przez Adolfa Hitlera pada termin „naziści”. Poniższy dokument ukazuje, że Niemcy nie określali siebie jako „naziści”. Zostali przy pojęciu „Niemcy” („Deutsch”). Poniżej prezentowane zdjęcie dokumentu z portfela Franciszka Świątkowskiego (jeden z kolejnych dokumentów dot. zatrudnienia), opisuje Polaków („polnische”) jako ludność nieniemiecką („nichtdeutsche”).

Pan Marian Waldemar Świątkowski (1933-2013) został neurochirurgiem. Przez lata próbował dochodzić sprawiedliwości po doświadczeniach wojennych, które dotknęły jego rodzinę.

Zdjęcie: Marian Waldemar Świątkowski, fotografia legitymacyjna z czasu okupacji niemieckiej. Kadr z filmu „Bitwa o Warszawę” (reż. Wanda Kościa, 2005).

Zdjęcie: Marian Waldemar Świątkowski podczas zdjęć do filmu dokumentalnego „Bitwa o Warszawę” (reż. Wanda Kościa, 2005) wewnątrz Gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie, na miejscu egzekucji z 8.08.1944 w której stracił Ojca.
Sprawa masowych egzekucji dokonanych przez Niemców w Teatrze Wielkim podczas Powstania Warszawskiego trafiła do Archiwum w Ludwigsburgu (Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklärung nationalsozialistischer Verbrechen), jak i prokuratury w Koblencji. Śledztwo nie przyniosło skutku. W 2013 roku postępowanie[3] prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej zostało umorzone.
Prawnicy podkreślają, że na ławę oskarżonych mogą trafiać wyłącznie ci, przeciw którym został zgromadzony materiał dowodowy. Tożsamość sprawców, żołnierzy plutonów egzekucyjnych, jest nadal niemożliwa do ustalenia. Ofiary i ich rodziny musiały same stawiać czoła traumatycznym przeżyciom. Tak jest do dziś. Brak rozliczeń a rany wciąż niezabliźnione.
---
[1] https://www.1944.pl/ofiary-cywilne/franciszek-swiatkowski,47106.html
[2] Archiwum Historii Mówionej - Józefa Franciszka Stępniak
[3] https://www.rp.pl/swiat/art16653581-zbrodniarze-bez-kary (dostęp 30 kwietnia 2026)