Przez Szwecję do Anglii. Konspiracyjne drogi Kuriera z Warszawy

Walcząc o niepodległą Ojczyznę trzeba niejednokrotnie przebyć długą trasę, nie zawsze prostą, czasem prowadzącą pokrętnym, a wręcz okrężnym szlakiem zarówno w aspekcie metaforycznym, jak również topograficznym.

Jak ukryć się przed Gestapo w otwartej toalecie?

Podporucznik Zdzisław Jeziorański „Janek” w trzecim roku okupacji znalazł się na konspiracyjnych torach w sposób dosłowny. Był żołnierzem Akcji „N”, zajmującej się drukowaniem i kolportażem materiałów w języku wroga  mających niszczyć morale żołnierzy Tysiącletniej Rzeszy i łamać zapał cywilów sprzyjających Hitlerowi oraz partii nazistowskiej. Były to gazetki, ulotki, a także rozliczne dokumenty. Żeby ta praca była efektywna, materiały należało szeroko dystrybuować w różnych środowiskach społeczeństwa niemieckiego. Dlatego zaczęto do tego używać kolei. Młodego konspiratora wsparł w tym zadaniu  adiunkt kolejowy Stanisław Witkowski „Żbik”, który poprzez różne znajomości dobrał się do dokumentów przechowywanych w biurku niemieckiego szefa personalnego w wydziale personalnym dyrekcji Warszawa Wschodnia. Wykradał stamtąd formularze legitymacyjne i dostarczał je polskim władzom konspiracyjnym. Wypełnione blankiety  wędrowały do teczki przekazywanej do podpisu niemieckiemu zawiadowcy wspomnianej stacji. Pieczątkę którą należało podbijać przedkładaną dokumentację polscy konspiratorzy sporządzili z linoleum.

„Żbik” wprowadził Zdzisława w świat życia kolejarskiego. Kurier wykonywał tajne zadania rozbudowywania sieci konspiratorów Akcji „N” w mundurze kolejarza Ostbahnu (Kolej Wschodnia), niemieckiego przedsiębiorstwa działającego na okupowanych przez nich terenach Generalnego Gubernatorstwa, a także, co było niebezpieczniejsze Reichsbahnu (Kolej Niemiecka). W razie, jak wymagały okoliczności posługiwał się lewymi dokumentami na nazwisko Jana Kwiatkowskiego albo volksdeutscha Adalberta Kozlowskiego. Nie wszyscy volksdeutsche mówili płynnie w języku „rasy panów”. Jeziorański go nie znał. Podawał się więc za niemieckiego kolejarza, który dopiero odkrył swoje prawdziwe pochodzenie.

Kolejarze nauczyli go różnych tricków właściwych swej profesji. Zdzisław dysponował kluczami do wszelkich skrytek w pociągu, co pozwalało mu bezpiecznie przewozić kompromitujące materiały. Wiedział, że, aby uniknąć kontroli można, mimo pędu pociągu wyjść na zewnętrzne schodki. Trzeba było wtedy zamknąć drzwi i trzymając się mocno klamki oraz poręczy czekać aż „smutni panowie” przejdą węszyć w innej części pociągu. Bywało, że zaistniała możliwość schowania się w toalecie  zostawiając szeroko otwarte drzwi. Klapały one wówczas w takt turkotania maszyny nie budząc podejrzeń. Kontrolujący funkcjonariusze zazwyczaj interesowali się toaletą, gdy była szczelnie zamknięta.

Dzięki wytężonej i ofiarnej pracy wielu konspiratorów Akcja „N” rozwijała się w Wielkopolsce, Kujawach i Śląsku.

Pociąg osobowy na peronie, 1939-1944, fot. NN, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Jak spowolnić pociąg bez użycia hamulca?

Wśród różnych umiejętności, Zdzisław nabył również tą, jak uciec z rozpędzonego pociągu nie wykorzystując rączki hamulca. Trzeba było tylko lekko przekręcić zewnętrzną korbkę na styku dwóch wagonów przy rurze hamulca parowego, która połączona z kotłem lokomotywy poprowadzona była pod wszystkimi wagonami. Maszyna lekko zwalniała. Przed dawanym susem należało szybko przekręcić rączkę do poprzedniej pozycji.

Młody konspirator nie znał niemieckiego, ale w ciągu kilku miesięcy w 1942 r. nauczył się angielskiego. Nauczycielem był Szkot, Thomas Muir z zawodu elektromonter, który nie znał słowa po polsku. Zbiegł z niewoli niemieckiej i ukrywał się w Warszawie. Swojemu uczniowi pokazywał przedmiot, wymawiał jego nazwę i zapisywał ją. Zdzisław musiał dziennie nauczyć się trzydziestu słówek.

Kolejarze przygotowujący wagony do przeprawy promowej, 1944, fot. NN, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Dwie garści guzików

Zdzisław był pomysłodawcą utworzenia punktów kolportażowych w Gdyni i Gdańsku. Planowano podrzucanie materiałów propagandowych na niemieckie okręty wojenne i łodzie podwodne. Znane były przypadki uciekania polskich robotników portowych do neutralnej Szwecji. Ukrywali się oni pod pokładami statków. Trudność polegała na tym, że każdy statek wypływający w morze był przeszukiwany z wykorzystaniem psów. Kurier dostał zadanie przetarcia trasy z Gdyni lub Gdańska do Sztokholmu i zorganizowania stałego przerzutu poczty i kurierów do tamtejszej polskiej komórki o kryptonimie „Anna”. Marzyło mu się jednak przedostanie do Londynu. Pisał: „dostać się do Londynu, to tak jak gdyby dostać się do nieba i oglądać Pana Boga”. Taka podróż wymagała zgody Komendanta AK.

Pozyskał legitymację gdyńskiego robotnika portowego na nazwisko Jana Kwiatkowskiego. Materiały, które miał przerzucić do Szwecji ukryto w kluczu, ołówku i figurce św. Antoniego. 10 kwietnia 1943 r. dowiedział się, że musi wyjeżdżać. Statek, który miał go zabrać odpływał czternastego. Jego pseudonimem podczas misji był „Zych”.

Natychmiast pobiegł do konspiracyjnego lokalu, w którym przechowywał mundury kolejarskie. Nie było jednak żadnego, bo ktoś zabrał je do innego zadania. Kolega kolejarz po dwudziestu minutach przyniósł mundur, czapkę i płaszcz niemieckiego kolejarza. Niestety okazało się, że brakuje guzików. Z pomocą przyszedł ten sam znajomy przynosząc dwie garście mundurowych guzików, które w szatni niemieckiej kantyny poobcinał od czterech wiszących tam mundurów. „Zych” pobiegł na Dworzec Wschodni, gdzie po wyciągnięciu trzeciego od lewej papierosa podanego w papierośnicy przez łączniczkę dowiedział się, że nie ma zgody dowództwa na wyprawę do Anglii. Miał tylko dotrzeć do Szwecji i przekazać materiały. Zmartwiła go ta decyzja.

Port morski w Gdyni, przed 1939, fot. NN, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Port morski w Gdyni, przed 1939, fot. NN, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Zawieszony między niebem a ziemią

12 kwietnia po południu „Zych” dojechał do Gdyni. Został ukryty przez wtajemniczonych dokerów pod załadowanym węglem pokładem statku. Ryzyko polegało na tym, że kursy statków w ostatniej chwili zmieniano chroniąc przed sowieckimi okrętami podwodnymi. Jednostki płynące do neutralnego kraju mogły zostać skierowane do portów niemieckich bądź przez nich okupowanych, co równało się katastrofą dla polskiego konspiratora.

Kuriera umieszczono w luku i zasypano drobnym węglem. Towarzyszyło mu przenikliwe zimno. Wilgotny węgiel parował. Co kilkanaście sekund spadały mu na głowę lodowate krople wody pomieszanej z pyłem węglowym. Nie mógł spać. Usta zasłaniał chusteczką. Był cały mokry. Na dłoniach i twarzy czuł węglową breję. Wspominał po latach: „nigdy jeszcze nie przeżywałem takiego stanu zawieszenia między niebem a ziemią i nigdy nie miałem tylu godzin na rozmyślanie i modlitwę”. Statek nie dowiózł go do Sztokholmu. 22 kwietnia zacumował w Slite na Gotlandii. Na szczęście była to Szwecja.

Pierwszy uchodźca w Slite

Na brzegu w wolnym kraju umorusany czarnym błotem Polak ukryty w luku zasypanym węglem stał się nie lada atrakcją. „Zych” podawał się za studenta uchodźcę. Zaopiekował się nim elegancki mężczyzna, który zabrał go do hotelu. Zdzisław mógł zażyć kąpieli. W magazynie z konfekcją męską znaleziono mu odpowiednią rozmiarowo odzież. Mężczyzna zabrał go do swojej willi. Okazało się, że jest jedynym policjantem na cały dystrykt. Wyjaśnił, że musi czekać na konwojenta, który zabierze uciekiniera do Visby, a następnie Sztokholmu. Zdzisław stał się swego rodzaju atrakcją prowincjonalnego miasteczka jako pierwszy uchodźca, który tu trafił w czasie wojny. W hotelu zaoferowano mu odwiedziny młodej i ładnej Szwedki, odmówił jednak stwierdzeniem, że uciekinier nie dysponuje środkami, którymi mógłby wynagrodzić takie spotkanie. Na początku maja zjawił się wreszcie oczekiwany konwojent. Po spotkaniu u gubernatora Gotlandii,  „uciekinier” został odtransportowany do Sztokholmu. Tu dotarł do polskiego poselstwa, a 5 maja przekazał komendantowi bazy „Anna” figurkę, klucz i ołówek. Wyprawa trwała 24 dni.

Sztokholm, 1930, Zbiory Biblioteki Narodowej

Białe noce i prostytutki czyli w obozie wilków morskich

Po różnych spotkaniach i ustaleniach, zadecydowano, że „Zych” powróci do Polski drogą morską wyprawiony z Luleå najdalej na północ wysuniętego portu szwedzkiego. Udał się tam w towarzystwie zaufanych ludzi 14 czerwca pociągiem. Trasa tysiąca dwustu kilometrów została przebyta w osiemnaście godzin. Gdy „Zych” przemierzał Szwecję, w kręgu jago najbliższych współpracowników w okupowanym Kraju nastąpiły tragiczne w skutkach aresztowania, które zupełnie skompromitowały dokumenty kolejowe, jakimi się posługiwał oraz przekreśliły możliwości dotychczasowego przemieszczania się po terenach okupowanych. Kurierzy wysłani z ostrzeżeniem też wpadli w sidła Gestapo.

Po dotarciu do Luleå 15 czerwca, okazało się, że „Zych” musi czekać na właściwy statek do Gdańska. Nie było innej możliwości, jak przetrwać ten czas nie wywołując podejrzeń  w obozie „beachcomberów” czyli marynarzy, którzy po skończeniu jednej służby szukali możliwości zamustrowania się na kolejny statek. Była to specyficzna społeczność. Kurier wspominał: „patrząc na otaczające mnie niesamowite typy ludzkie, miałem w pierwszej chwili wrażenie, że znajduję się wśród przestępców zbiegłych z ciężkich więzień”. Jako robotnik tęskniący za żoną i dzieckiem – jak został przedstawiony  –  łatwiej mu było spać w dzień. Nocą w obozie pojawiała się „cała armia” prostytutek, które w porozbijanych wokoło namiotach uczestniczyły w dzikich rozkiełznanych hulankach. Polski konspirator przetrwał tu niespełna tydzień. 20 czerwca w świetle białej nocy zaufani ludzie znaleźli mu miejsce na statku „Drabant”, który następnego dnia wyruszył do Gdańska.

Mapa z 1935, Zbiory Biblioteki Narodowej

Siedem dni i nocy w węglu

I tym razem kryjówka znalazła się w węglu, tym razem przeznaczonym do palenia w kotle. Kurier wspominał, że miejsca było tu „tyle, co w wygodnej trumnie”. W przeciwieństwie do poprzedniej peregrynacji, znajdowały się tu spore bryły węgla. 21 czerwca o godz. 18 statek odbił przemieszczając się w kierunku południowym. Regularnie dostarczano mu żywność i gorące napoje. Następnego dnia po wypłynięciu, polski konspirator dowiedział się, że nie płynie jednak do Gdańska, gdzie przez różne kontakty mógł przedzierać się do Warszawy, a do Szczecina w samą paszczę wroga. Nie miał tu żadnej mety, ani żadnego kontaktu. Choć klęska ekspedycji zajrzała mu w oczy, chwycił się ostatniej deski ratunku „nie pamiętam […], abym kiedykolwiek przedtem czy potem modlił się tak żarliwie”. Zmawiał Modlitwę św. Bernarda do Najświętszej Maryi Panny. 29 czerwca statek znalazł się na redzie w Szczecinie. Z paszportem jednego z marynarzy „Zych” dotarł niepostrzeżenie do pociągu, którym dojechał do Gdyni, gdzie dowiedział się o niemieckich poszukiwaniach swojej osoby. Postanowił w mundurze kolejarza wrócić do Warszawy. W Poznaniu dowiedział się o skali aresztowań wynikających z działalności harcerskiej swoich współpracowników.

Nowe zadanie

W tym czasie na Polaków spadła lawina tragedii: odkrycie grobów katyńskich, aresztowanie przez Niemców Komendanta Głównego AK, gen. bryg. Stefana Roweckiego „Grota” i śmierć w katastrofie gibraltarskiej Naczelnego Wodza i premiera, gen. broni Władysława Sikorskiego. W takich okolicznościach funkcja Zdzisława ewoluowała z kuriera odpowiedzialnego  tylko za przekazywanie materiałów do roli emisariusza zobowiązanego do prowadzenia rozmów z przedstawicielami kręgów politycznych i wojskowych. Od razu po powrocie poinformowano go, że podjęto decyzję o ponownym wysłaniu go do Szwecji skąd już miał wyruszyć drogą lotniczą na Wyspy Brytyjskie. Przed misją odbył szereg spotkań z kierownictwem polskiej konspiracji. 13 lipca w lokalu konspiracyjnym szefa Akcji „N” na Mokotowie poznał Jadwigę Wolską „Gretę”, które spodobała mu się od pierwszego wejrzenia, choć nie udało mu się umówić z nią na randkę, spotkał ją dwa dni później w konspiracyjnym mieszkaniu przy ul. Piusa XI 21 podczas obławy niemieckiej. W następnych dniach nawiązywał z „Gretą” bliższą znajomość, w Powstaniu Warszawskim wezmą ślub. Przeżyją z sobą 55 lat. Rozdzieli ich dopiero śmierć Jadwigi w 1999 r.

Pod koniec sierpnia spotkał się w zakonspirowanym lokalu na Mariensztacie z gen. bryg. Tadeuszem Komorowskim „Borem”, szefem sztabu Komendy Głównej AK, gen. bryg. Tadeuszem Pełczyńskim „Grzegorzem” i szefem Biura Informacji i Propagandy KG AK, płk. Jan Rzepeckim „Prezesem”. „Bór” powiadomił Zdzisława, że za dotychczasową działalność nadaje mu Krzyż Walecznych. Stwierdził również, że będzie pierwszym emisariuszem, który przybędzie do Londynu po śmierci gen. Sikorskiego i aresztowaniu „Grota”. Przekazano Zdzisławowi cztery punkty, które miał poruszyć w rozmowach z przedstawicielami Rządu RP i dowództwem PSZ, były to: działalność Polskiego Państwa Podziemnego (harmonijna mimo aresztowania Komendanta Głównego AK), stosunek do Sowietów, bandytyzm na polskiej wsi, fiasko polityki scaleniowej między AK i NSZ.

„Grzegorz” stwierdził: „Liczymy na to, że najdalej po trzech miesiącach powróci pan do kraju drogą powietrzną jako skoczek. Ma pan być jak gąbka, która naprzód w kraju wchłonie jak najwięcej wiadomości, faktów i pozwoli je wycisnąć z siebie w Londynie, aby powtórzyć ten sam zabieg przed powrotem do kraju. Musi pan więc mieć tam uszy i oczy otwarte, zebrać informacje, naświetlenia, oceny, zdobyć dostęp do dokumentów po to, by po powrocie dokładnie zorientować nas w sytuacji politycznej i wojskowej”.

W toku przygotowań do wyprawy na przełomie sierpnia i września „Zych” dowiedział się, że miesiąc wcześniej w Gdyni niemieccy funkcjonariusze aresztowali wszystkie osoby, które pomogły mu przedostać się do Szwecji. Trzeba więc było szukać nowych kontaktów.

Jak się narodził „Jan Nowak”?

Wobec katastrofy siatki wywiadowców na Wybrzeżu i w Wielkopolsce, Zdzisław musiał zmienić nazwisko paszportowe. Wymagano używania krótkich nazwisk składających się z jak najmniejszej liczby liter. Taka nazwa powinna być najlepiej jedno, a najwyżej dwusylabowa. Miała nie sprawiać kłopotu podczas podawania krótkofalówkami. Słynny „Kurier” lubił prostotę, więc wymyślił „Nowaka”…, „Jana Nowaka”.

Wyruszył do Gdańska 15 października. Następnie pociągiem dotarł do Gdyni. Na miejscu nie obyło się od komplikacji. Ostatecznie pewien Szwed przemycił go na statek nie za darmo oczywiście, a sowicie opłacony.

Powrót do Szwecji

Wszedł na pokład nocą z robotnikami. Ulokowany w pomieszczeniu obok maszynowni. Zostawiono mu zapasy żywności i wody. Przestrzeń miała szerokość ok. pół metra. Mógł siedzieć na deseczce położonej poprzecznie. Trudności sprawiło ułożenie nóg. Tajne materiały tym razem przewoził w maszynce do golenia i w lusterku. Po czterech dniach znaleźli się już na terytorialnych wodach Szwecji. Dopiero teraz mógł się ujawnić, jako uciekinier. W Malmö został umieszczony w areszcie policyjnym, w którym stało wygodne łóżko, na podłodze rozściełane były dywaniki, a całość uzupełniały miękkie fotele i radio. Odbyły się oczywiście przesłuchania, w których „Nowak” podał się za gdyńskiego uchodźcę. Trzeciego dnia został zabrany, a 7 listopada znalazł się w Sztokholmie wśród znajomych z polskiej placówki dyplomatycznej i kierownictwa „Anny”: „witali mnie ze łzami w oczach, jak nieboszczyka wracającego z tamtego świata”. Ulokowany w hotelu oczekiwał na możliwość odlotu do Anglii. Udzielone informacje o niemieckim okręcie, który wpłynął do portu gdyńskiego spowodowały, że Brytyjczycy przyśpieszyli. Po kilku dniach pod wieczór zadzwonił telefon. „Nowakowi” dano 45 minut na dotarcie na lotnisko. Do Anglii zabrał go niewielki dwusilnikowy i dwumiejscowy brytyjski bombowiec de Havilland Mosquito. Była to pierwsza w życiu Zdzisława podróż samolotem. Maszyna wylądowała w St. Andrews we wschodniej Szkocji.

„Jan Nowak” przyjmuje najwyższe polskie odznaczenie wojskowe od Naczelnego Wodza, 24 stycznia 1944, fot NN, Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Rozpoczął się nowy rozdział w życiu „Jana Nowaka”, z którego jest bardziej znany. Zwieńczony został powrotem do Warszawy i udziałem w Powstaniu Warszawskim. Zanim to nastąpiło, emisariusz odbył szereg spotkań z najwyższymi politykami brytyjskimi i polskimi. Za swoje zasługi w konspiracji otrzymał 24 stycznia 1944 r. z rąk Naczelnego Wodza gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego najwyższe polskie odznaczenie wojskowe Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Milirtari. W tym miesiącu mija 82 lata od tamtej uroczystości i 21 lat od śmierci uhonorowanego wówczas słynnego Kuriera z Warszawy.

 

 

Zobacz także