dr Michał Tomasz Wójciuk
Dział Historyczny Muzeum Powstania Warszawskiego
3 września mija 82 lata od wielkiego polskiego sukcesu w Puszczy Kampinoskiej, czyli rozbicia w pył oddziału kolaboranckiej formacji RONA w efekcie błyskawicznego natarcia na nieprzyjacielskie stanowiska we wsi Truskaw blisko 25 km na północny zachód od Warszawy.
Pod koniec sierpnia 1944 r. do Puszczy Kampinoskiej dowództwo niemieckie skierowało pułk szturmowy kolaboranckiej SS-Sturmbrigade RONA (Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa). Miał on zadanie odcięcie powstańczej Grupy „Kampinos” od Żoliborza. Żołnierze RON-y stanowili wielonarodową grupę pochodzącą z ziem wschodniej Europy. Podczas tłumienia Powstania Warszawskiego dopuścili się potwornych mordów i zbrodni seksualnych na ludności cywilnej, a także licznych przykładów grabieży i rabunków. Oni odpowiadali za ludobójstwo na Ochocie. W drugim tygodniu sierpnia pułk zdobył powstańcze reduty Kaliską i Wawelską. Żołnierze RON-y cechujący się wysokim stopniem zdemoralizowania nadzorowali punkt zborny dla wypędzonych z domów cywili na terenie targowiska przy ul. Grójeckiej, tzw. Zieleniaka czyniąc to miejsce piekłem na ziemi.
Po wycofaniu zbrodniarzy poza Warszawę, Niemcy rozlokowali ich we wsi Truskaw. Skierowano tu w sumie blisko tysiąc żołnierzy wspomnianej formacji. W miejscu postoju zostało zainstalowanych kilkanaście dział. Przy ich użyciu zaczęto gwałtownie ostrzeliwać oddaloną o dwa kilometry wieś Pociechę. Miejscowość ta miała dla polskich oddziałów ogromne znaczenie. Stanowiła bowiem strategiczny punkt łączności partyzanckiego zgrupowania AK z północną Warszawą. Opanowanie Pociechy stworzyłoby Niemcom możliwość swobodnego manewrowania w stronę Kazunia i Modlina.

Miejsce bitwy. Fragment mapy 1:100 000, Wojskowy Instytut Geograficzny (1934)
Inicjatorem rozbicia tego oddziału i unieszkodliwienia stanowisk artyleryjskich był dowódca Pułku „Palmiry-Młociny”, cichociemny por. Adolf Pilch „Dolina” (1914-2000). Był to doświadczony dowódca partyzancki. W połowie lutego 1943 r. jako skoczek po przeszkoleniu na wyspach brytyjskich został zrzucony nad okupowanym Krajem. Walczył w Puszczy Nalibockiej w północno-zachodniej Białorusi gdzie zorganizował oddział partyzancki. Na jego czele w lecie 1944 r. przedarł się w rejony podwarszawskie pokonując 400 km i staczając blisko 200 potyczek z Sowietami. Miał on pełną świadomość niebezpieczeństw, a jednocześnie głębokie przeświadczenie o konieczności natychmiastowego działania.

Por. Adolf Pilch „Dolina”, fot. autor nieznany, Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego
Plan był odważny, ale też niezwykle ryzykowny. Sukces mógł zostać osiągnięty błyskawiczną akcją. Żeby jednak osiągnąć efekt dynamiczności i ekspresywności, a przy tym i zaskoczenia, z czym wiązało się też uzyskanie strategicznej i psychologicznej przewagi nad nieprzyjacielem, koniecznym było wykonanie uderzenia małą grupą. Atakujący dodatkowo musieli brać pod uwagę ewentualność znacznej dysproporcji między własnymi siłami a oddziałem przeciwnika. Przy czym zakładano, że przewaga jest po stronie sił wroga. Nie wiedziano, jednak że będzie ona aż kilkunastokrotna. Nieprzyjacielski oddział stacjonujący w Truskawiu na kilkanaście godzin przed polskim natarciem został bowiem wzmocniony dodatkowymi siłami. Kluczem do powodzenia polskiego natarcia było więc wprowadzenie przeciwnika w stan całkowitej dezorientacji. Dowódca Grupy „Kampinos” mjr Alfons Kotowski „Okoń” (1899-1944) po przedstawieniu mu założeń planu ataku przez por. „Dolinę” odniósł się do niego z nieskrywanym powątpiewaniem i niechęcią. Dopiero po dwóch rozmowach z inicjatorem akcji wyraził zgodę na jej przeprowadzenie. W skład oddziału wyznaczonego do przeprowadzenia zadania wybrano 80 żołnierzy.

Wieś Wiersze. Pogrzeb poległych żołnierzy Grupy „Kampinos” z kompanii lotniczej „Lawy” w czasie akcji na Truskaw, 3 września 1944 r., fot. Lech Gąszewski „Orion”, Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego
Był 2 września. Słońce zaszło o 19:38. Księżyc znajdował się w pełni i jasno świecił. Nocne niebo było lekko zasnute chmurami. Temperatura powietrza sięgnęła 18 stopni Celsjusza. Polacy wyruszyli ok. godz. 20. Żeby osiągnąć jakiś stopień mobilności i sprawności wykorzystano furmanki, którymi pokonano pewien odcinek trasy podwożąc żołnierzy leśnymi drogami przez Zaborów. Trwało to blisko dwie godziny. Wysadzeni szturmowcy przedzierali się dalej sami brnąc zaroślami przez leśne chaszcze i ostępy.
Żołnierze podzieleni na trzy grupy obeszli Truskaw od zachodu. Starali się poruszać jak najciszej. Przeszli przez wiejskie zagrody. Tomasz Łaszkiewicz „Konrad” (1928-2020) wspominał: „nikogo nie było, była cisza, usiłowali tam pogadać z jakimś dziadkiem, wieś była opuszczona”.
Uderzenie rozpoczęło się ok. godz. 1 po północy. Błyskawicznym działaniem organizacyjnym i impetem taktycznym osiągnięto zamierzony cel godząc dotkliwie w morale nieprzyjaciela. Po zachowaniu ronowców można było wnioskować, że ulegli permanentnej konsternacji. Ciszę nocy przerwały krótkie serie pistoletów maszynowych. Podczas strzelaniny nastąpił zapłon stodoły i stogów siana. Z domostw wybiegło kilka kobiet, które uciekły w stronę lasu. Ronowcy wybiegali z domostw niekompletnie ubrani.
Polscy żołnierze wpadli między skupiska wiejskich zabudowań. Kierowali się do najważniejszych placówek nieprzyjaciela, które miały zostać zlikwidowane podczas ataku, czyli stanowisk artyleryjskich. „Konrad” wspominał: „Działa były okopane, obok stały ogromne góry skrzyń drewnianych z amunicją, to były sowieckie działa sto dwadzieścia dwa”.
Grupa atakujących podzielona została na trzy oddziały. W centralnym rejonie wsi atakowała kolumna dowodzona przez por. Aleksandra Wolskiego „Jastrzębia” (1911-1944), lewymi obrzeżami miejscowości uderzali partyzanci komenderowani przez por. Lecha Zabieraka „Wulkana” (1918-1944), zaś na prawym skrzydle rozwiniętego polskiego natarcia operowali od strony Sierakowa szturmowcy prowadzeni przez cichociemnego por. Tadeusza Gaworskiego „Lawy” (1916-1963). Walkę wspominał Jan Koźniewski „Korab” (1925-2006): „byłem sam na przedzie. Widzę przed sobą żołnierzy, którzy padają, kryją się. Biegnę za nimi, strzelam z pistoletu maszynowego. W pewnym momencie oni rzucili ręczny granat. Padłem […] W pewnym momencie błysk i wybuch. Byłem ranny. Mam dziurę, na szczęście nieszkodliwą. Nic nie widzę, bo mi krew zalała oczy”.
Do dział dotarli powstańcy dowodzeni przez wachm. Aleksandra Zarębę „Bibika” (1912-1944). Wywiązała się walka wręcz. Natarcie rozbiło się na szereg nieskładnych pojedynków, w których Polacy zyskali zdecydowaną przewagę. Obsługa dział została pokonana. Do luf powrzucano granaty, w niektórych przypadkach podłożono pod działa wiązki słomy z kilkoma pociskami artyleryjskimi. Całość podpalano.
W pamięci dowódcy natarcia por. Adolfa Pilcha „Doliny” pozostały sceny bezpardonowej walki. Wspominał bezładną strzelaninę, w której nie można było rozróżnić pojedynczych strzałów. Ogólne zamieszanie potęgowały dodatkowo częste wybuchy granatów. Ich detonacje siały wokół zniszczenie. Rozniecony walkami żywioł ognia szalał rozkiełznany po drewnianych budynkach obejmując większą część wiejskich zagród. Płomienie były roznoszone przez wiatr. Ogień dosięgnął stojących na skraju wsi wozów wyładowanych amunicją. Stojące tam konie wpadły w popłoch, rżały przeraźliwie i szarpały się w poplątanej uprzęży. „Konrad” wspominał: „kwik tych koni i to piekło co tam się działo, to się zrobiło już jakieś potworne”. Kilkadziesiąt wozów eksplodowało. Przeraźliwy huk gigantycznych detonacji przywodził na myśl porównanie do zmasowanego przygotowania artyleryjskiego inaugurującego jakąś potężną ofensywę. Dowódca wspominał: „Cała wieś wyglądała już teraz jak wielkie morze ognia, a droga idąca jej środkiem jak tunel, którego sklepienie tworzyły płomienie palących się domów po obydwu stronach. Powtarzające się co chwila wybuchy amunicji na wozach robiły z daleka wrażenie sztucznych ogni. Było to niesamowite zjawisko”.Walka wygasła ok. godz. 4 nad ranem. Powstańcy wycofali się w stronę folwarku Zaborów Leśny. Antoni Doruchowski „Apis” (1922-2009): powiedział o bitwie w sposób dość enigmatyczny: „to była straszna masakra, straszna historia”.

Mjr Alfons Korowski „Okoń” (obrócony tyłem pierwszy z lewej w furażerce) i por. Adolf Pilch „Dolina” (stoi na wozie trzeci od lewej) oglądający działko, sierpień-wrzesień 1944, fot. Eugeniusz Widlicki „Leszek”, Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

Okulary żołnierza RONA poległego w walce z Polakami, Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego
Zwycięstwo Powstańców było absolutne. Podczas starcia zniszczono kilkanaście dział. W chaosie bitewnym eksplodowało blisko. 30 wozów wroga załadowanych amunicją. Trofea polskiego oddziału były imponujące, gdyż zdobył on radiostację z akumulatorami, jeden ciężki karabin maszynowy, 13 ręcznych karabinów maszynowych, 2 ciężkie moździerze, kilkanaście pistoletów maszynowych, a nawet działo 76 mm łącznie z zapasem granatów i amunicji. W bitwie poległo 9 powstańców, rannych było 10 ludzi. Nieprzyjaciel miał większe straty. Liczba zabitych ronowców sięgnęła bowiem setki. Niektóre źródła podają około 250 zabitych żołnierzy RON-y i około 100 rannych.
Warto dodać, że nie była to jedyna zwycięska akcja sił Grupy „Kampinos” przeciw brygadzie RONA. Następnej nocy z 3 na 4 września ok. 80 kawalerzystów dowodzonych przez ppor. Zygmunta Koca „Dąbrowę” (1908-1988) zrealizowało udany szturm na miejsce postoju sztabu kolaboranckiej formacji w Marianowie. Podczas tej szarży zginęło 100 żołnierzy wroga, a 20 było rannych. Polskie straty były śmiesznie niskie, gdyż poległ tylko jeden żołnierz, a pięciu spośród jego kolegów było rannych. Oddział ppor. „Dąbrowy” zdobył z kolei 2 ręczne karabiny maszynowe, 7 pistoletów maszynowych, kilkadziesiąt karabinów i kilka koni z siodłami. Porażki te spowodowały, że Niemcy wycofali swoje siły z południowej części Kampinosu.