Pseudonim
-
Data urodzenia
1902-07-19
Data śmierci
-
Stopień
lekarz naczelny szpitala, chirurg
Stopień
kapitan
Miejsce urodzenia
Brzustownia
Przebieg służby wojskowej
Uczestnik Powstania Wielkopolskiego i walk 1918 roku, lekarz dywizjonu artylerii w 7 Pułku Artylerii Ciężkiej. Naczelny lekarz Wojskowego Szpitala Polskiego Zakonu Kawalerów Maltańskich w Warszawie.
Oddział
"Bakcyl" (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) - Szpital Maltański ul. Senatorska 42, następnie przy ul. Śniadeckich 17, gdzie szpital funkcjonował aż do upadku Powstania.
Losy po Powstaniu
Wyjechał z Warszawy z rannymi - po kapitulacji, jako jedyny szpital warszawski, Szpital Maltański został w całości ewakuowany do Piastowa i ulokowany w fabryce „Tudor”.
Losy po wojnie
Po zakończeniu wojny Szpital Maltański podlegał Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi i od dnia 23 marca 1945 roku działał jako pomocniczy szpital garnizonowy w Częstochowie. Wtedy też przyjął nową nazwę „Szpital Maltański Czerwonego Krzyża”. W 1949 roku władze komunistyczne ostatecznie zlikwidowały placówkę a jej majątek i wyposażenie przekazały częstochowskiej służbie zdrowia. Dr Dreyza na stałe osiedlił się w Częstochowie. Organizował on m.in. opiekę medyczną dla pielgrzymów przybywających na Jasną Górę.
Wędrówka z rannymi na Wolę
Po ewakuacji Szpitala Maltańskiego 14.08 w budynku przy Senatorskiej pozostało około 30 rannych, do których niesienia zabrakło ludzi. Następnego dnia Niemcy nakazali bezwzględną ewakuację. Pozostały z nimi dr Dreyza zebrał w okolicy kilkudziesięciu cywili, ratując im prawdopodobnie życie, i ruszył z częścią rannych z flagą Czerwonego Krzyż na czele w kierunku Woli. Towarzyszył im żołnierz niemiecki, który uratował ich po drodze od ekscesów ze strony mijanych oddziałów niemieckich. Dotarli szczęśliwie do Szpitala Wolskiego na Płockiej, pustego po masakrze, gdzie zajęli jeden z pustych oddziałów. W ciągu kolejnych dwóch dni operację powtórzono przenosząc szczęśliwie resztę rannych z Senatorskiej.
Rela­cja doktora Dreyzy o pracy Szpitala Maltańskiego w dn. 1-14.08.1944
    "Dnia 1 sierp­nia 44 około godziny 11 zate­le­fo­no­wał do mnie płk dr Strehl, komen­dant Szpi­tala Ujaz­dow­skiego i szef sani­tarny KG AK, żebym w tym dniu objął na noc dyżur w szpi­talu. Była to mię­dzy nami umó­wiona wia­do­mość, że w tym dniu roz­pocz­nie się akcja powstańcza. Wybra­łem się jesz­cze do domu w Szpi­talu Ujaz­dow­skim celem zabra­nia kilku potrzeb­nych rze­czy, jak piżama, pan­to­fle, przy­bory do gole­nia itp. na te kilka dni noco­wa­nia poza domem, bo prze­cież powsta­nie nie potrwa dłu­żej jak cztery, pięć dni. Wra­ca­jąc na Sena­tor­ską gdzieś koło połu­dnia, zauwa­ży­łem na uli­cach jakąś inną atmos­ferę. Ulice i tram­waje były raczej puste. Prze­my­ka­jący się męż­czyźni, czę­sto w ofi­cer­kach, Niem­ców mało. Na skwerku przed szpi­ta­lem upla­so­wał się żoł­nierz nie­miecki z erka­emem, który na mnie idą­cego do szpi­tala podejrz­li­wie spo­glą­dał. Dla wyja­śnie­nia sytu­acji muszę powie­dzieć, że budy­nek szpi­tala, dawna Resursa Kupiecka, był cof­nięty od ulicy Sena­tor­skiej w głąb. Po lewej stro­nie stał wypa­lony budy­nek jakie­goś banku przed­wo­jen­nego, po pra­wej kamie­nice czyn­szowe nr 36 i 38. W piw­ni­cach cią­gną­cych się pod oby­dwoma kamie­ni­cami był przed wojną skład win. Piw­nice te były zajęte przez SS na SS-Verpflegungslager. Na kilka dni przed powsta­niem Niemcy zaczęli wywo­zić zapasy z tych piw­nic. Codzien­nie przy­jeż­dżała cię­ża­rówka z przy­czepą i około trzy­dzie­stu Żydów w pasia­kach i kilku Niem­ców z róż­nych for­ma­cji wywo­zili dzien­nie kilka cię­ża­ró­wek zapa­sów (wina i wódki). Taka sama sytu­acja była 1 sierp­nia, z tym, że od godziny 12 czy 13 stał tu jesz­cze poste­ru­nek z erka­emem na skwerku. Krótko przed godziną 17 roz­le­gły się pierw­sze strzały na placu Ban­ko­wym i wkrótce potem zostało dostar­czo­nych przez Niem­ców do szpi­tala dwu ran­nych Niem­ców — cięż­kie postrzały brzu­cha. Jak się oka­zało, był to szo­fer i pomoc­nik z cię­ża­rówki Wehr­machtu, która została ostrze­lana na placu Ban­ko­wym. W tym cza­sie wpadł do mnie do gabi­netu kapi­tan żan­dar­me­rii, który komen­de­ro­wał ekipą wywo­żącą zapasy z maga­zynu SS, z zapy­ta­niem, czy może zate­le­fo­no­wać do swej jed­nostki na Powąz­kach. Przed­sta­wia­jąc sytu­ację pytał się, co ma robić. Co mu odpo­wie­dzieli, nie wiem, w każ­dym razie po tym tele­fo­nie zapy­tał mnie: co się wła­ści­wie dzieje, tu strze­lają, tam strze­lają, na co mogłem mu jedy­nie odpo­wie­dzieć, że ja nic nie wiem. Do wie­czora Niemcy ostrze­li­wali się w kie­runku placu Ban­ko­wego. Rów­nież następ­nego dnia, gdy Niemcy posta­wili pod kolum­nami szpi­tala kara­bin maszy­nowy, zwró­ci­łem się do tegoż ofi­cera z pro­te­stem, że teren szpi­tala pod flagą Czer­wo­nego Krzyża jest pod ochroną kon­wen­cji genew­skiej i nie może być wyko­rzy­stany do dzia­łań wojen­nych. Po tym pro­te­ście kara­bin maszy­nowy został usu­nięty z terenu szpi­tala. Niemcy dostar­czali swo­ich ran­nych do szpi­tala, razem około piętnastu. 2 sierp­nia zja­wił się w szpi­talu lekarz woj­skowy nie­miecki, dowia­du­jąc się o tych ran­nych. Zwró­ci­łem się do niego z zapy­ta­niem, co robić w przy­padku, gdy potrzebny jest zabieg chi­rur­giczny, gdyż ist­nieje zarzą­dze­nie gene­ral­nego guber­na­tora, że leka­rzom pol­skim nie wolno leczyć Niem­ców, a w tym mun­du­ro­wych, a tym bar­dziej nie wolno wyko­ny­wać u Niem­ców zabie­gów chi­rur­gicz­nych. Otrzy­ma­łem odpo­wiedź, że w tych warun­kach mamy wszystko wyko­ny­wać, co uwa­żamy za konieczne. Popro­si­łem go o danie mi tego na piśmie. Pismo takie otrzy­ma­łem, zabrał je potem płk dr Strehl, gdy wypro­wa­dzał szpi­tal do Śródmieścia. 14 sierp­nia 44. W nocy z 2 na 3 sierp­nia przy­je­chał po Niem­ców czołg. Niemcy opu­ścili nasz teren, pozo­sta­wia­jąc ran­nych w szpi­talu. 3 sierp­nia zja­wiły się na tere­nie szpi­tala Wła­dze Pol­skie z płk. „Albrech­tem” ł na czele, komen­dan­tem obwodu. Pra­co­wa­li­śmy, jeżeli można tak nazwać, nor­mal­nie, jako szpi­tal przy­fron­towy. Napły­wali ranni w coraz więk­szych ilo­ściach, przede wszyst­kim ze szpi­tali pro­wi­zo­rycz­nych na Woli w związku z rusze­niem natar­cia nie­miec­kiego na Wolę. Rów­nież ran­nych Niem­ców dostar­czano do nas. Zaczęło bra­ko­wać miej­sca w szpi­talu, w związku z czym zaję­li­śmy lokal po jakimś biu­rze nie­miec­kim przy Sena­tor­skiej 36 i tam urzą­dzono filię dla lżej ran­nych. Urzą­dzono oddział na sześć­dzie­siąt łóżek. Łóżka, mate­race, pościel itp. dostar­czono nam ze zdo­by­tych maga­zy­nów nie­miec­kich. Muszę tu pod­kre­ślić zasługi jed­nej z mło­dych pie­lę­gnia­rek, która „przy­ga­dała” sobie jakie­goś szo­fera z pół­cię­ża­rówką i sprzęt ten w kilku nawro­tach przy­wio­zła do szpi­tala. Przy­wio­zła rów­nież dość duży zapas kon­serw do naszego maga­zynu. Rów­nież innej żyw­no­ści, jak mąka, cukier itp. W tych dniach zaczęło krą­żyć wśród nas i wśród lud­no­ści pyta­nie, co się stało z Żydami, któ­rych Niemcy przy­wieźli do łado­wa­nia zapa­sów z maga­zy­nów. Niemcy ich nie zabrali, wyco­fu­jąc się z naszego terenu, salw kara­bi­no­wych, mogą­cych świad­czyć o ich „roz­wa­le­niu”, nie było sły­chać. W tej sytu­acji otwo­rzy­li­śmy komi­syj­nie maga­zyny i w jed­nym z zamknię­tych pomiesz­czeń piw­nic zna­leź­li­śmy wszyst­kich Żydów i dwu chłop­ców z dru­żyny sani­tar­nej OPL przy szpi­talu. Byli to Żydzi węgier­scy i greccy. Poza jed­nym, który umiał parę słów po fran­cu­sku, nie mówili żad­nym zro­zu­mia­łym dla nas języ­kiem. Sie­dzieli trzy dni zamknięci bez jedze­nia. Mieli tylko wódkę i całe towa­rzy­stwo było dobrze pod gazem. Chłopcy nasi opo­wia­dali, że byli świad­kami roz­mów tele­fo­nicz­nych doty­czą­cych losu tych Żydów. Chłopcy mogli się domy­ślać, że wła­dze naka­zy­wały roz­strze­la­nie Żydów, ale ten „miej­scowy” Nie­miec bro­nił się przed wyko­na­niem tego roz­kazu tym, że nie ma za dużo amu­ni­cji, a więc nie może jej na ten cel zużyć. I to praw­do­po­dob­nie ura­to­wało tym Żydom życie. Prze­bra­li­śmy ich w cywilne ubra­nia, wzię­li­śmy ich na „gar­nu­szek” szpi­talny, a oni nam poma­gali przy pra­cach porząd­ko­wych. Przez prze­bite w murze ogrodu szpi­tal­nego przej­ście kie­ro­wa­li­śmy ich gru­pami na Bie­lań­ską i dalej na Sta­rówkę. Co się dalej z nimi stało, nie wiem. Stop­niowo, w miarę posu­wa­nia się Niem­ców na Woli napły­wała też do szpi­tala lud­ność z sąsied­nich ulic. Począt­kowo kar­mi­li­śmy ich bez ogra­ni­czeń. Wobec jed­nak stale zwięk­sza­ją­cej się ilo­ści nowych „loka-torów” ogra­ni­czy­łem wyda­wa­nie żywie­nia tylko dla tych, któ­rzy nam w jakiś spo­sób poma­gali. Za wyko­naną pracę otrzy­my­wano bon na por­cję żyw­no­ściową. Na ogół zostało to przy­jęte przy­chyl­nie i ze zro­zu­mie­niem poza nie­któ­rymi wyjąt­kami. Wyda­nie takiego zarzą­dze­nia było konieczne ze względu na ogra­ni­czone zapasy żyw­no­ści i na wysoki stan cho­rych i ran­nych (około trzy­stu osób). Toteż „loka­to­rzy” odpły­wali stop­niowo na Bie­lań­ską i Sta­rówkę. Któ­re­goś dnia sta­nęły przed szpi­ta­lem na Sena­tor­skiej dwie krowy. Zostały pochwy­cone i spro­wa­dzone do szpi­tala. Trzy­ma­li­śmy je w ogro­dzie szpi­tala. I w ten spo­sób mie­li­śmy codzien­nie świeże mleko dla ran­nych i dla dzieci „lokatorów”. 4 czy 5 sierp­nia przy­był do nas szef sani­tarny KG AK płk dr Strehl ze szta­bem, wyco­fu­jąc się ze swego miej­sca postoju, o ile sobie przy­po­mi­nam, na ulicy Elek­to­ral­nej. Sztab ten prze­niósł się rów­nież na Sta­rówkę. Płk Strehl pozo­stał u nas. Dzień 7 sierp­nia do połu­dnia upły­nął nor­mal­nie, bez więk­szych wra­żeń. Około godziny 14 sta­nął na Sena­tor­skiej naprze­ciw szpi­tala czołg i zaczął ostrze­li­wać budy­nek szpi­tala z działka i kara­bi­nów maszy­no­wych. Rów­no­cze­śnie Niemcy posu­wali się wzdłuż domów Sena­tor­ska 36 i 38, wypę­dza­jąc wszyst­kich miesz­kań­ców na ulicę, odpro­wa­dza­jąc ich dalej w kie­runku placu Ban­ko­wego, w tym też lekko ran­nych z oddziału na Sena­tor­skiej 36 oraz kilka pie­lę­gnia­rek, które miały tam swoją kwa­terę. W tej par­tii była też prze­ło­żona szpi­tala, sio­stra Gliń­ska. Zastrze­lili wtedy jed­nego z naszych .„loka­to­rów”, pana Milew­skiego, który nosił dłu­gie buty ofi­cer­skie. Zastrze­lili rów­nież jed­nego z ran­nych z ręką na wyciągu. Całą tę grupę odpro­wa­dzono do obozu w Prusz­ko­wie. Po doj­ściu Niem­ców do szpi­tala ostrze­li­wa­nie ustało. Do holu szpi­tala wpadł ofi­cer SS w stop­niu porucz­nika, „SS-obersturmfiihrer”, z zapy­ta­niem, czy w szpi­talu są nie­mieccy żoł­nie­rze. Potwier­dzi­łem to, wska­zu­jąc mu drogę na pierw­sze pię­tro, gdzie leżeli nie­mieccy ranni. Po nie­dłu­giej chwili powró­cił z góry do holu i dalej już roz­ma­wiał innym, łagod­niej­szym tonem ze mną. Jak mi potem opo­wia­dano — ranni Niemcy wymy­ślali mu za strze­la­nie do szpi­tala, zapeł­nio­nego ran­nymi i cho­rymi. Nie można tego wyklu­czyć, że pobyt tych ran­nych Niem­ców w szpi­talu ura­to­wał nas przy­pusz­czal­nie od losu, jaki spo­tkał szpi­tale miesz­czące się na Woli (Szpi­tal Wol­ski, gdzie roz­strze­lali wszyst­kich cho­rych i per­so­nel, szpi­tal skórny na Chłod­nej — dawny Łaza­rza z Ksią­żę­cej, gdzie budy­nek został pod­pa­lony bez ewa­ku­acji cho­rych i ran­nych.) Przy tej oka­zji mie­li­śmy te przy­sło­wiowe pięć gro­szy szczę­ścia. Niemcy leżeli na gór­nej sali (daw­nej balo­wej) w środ­ko­wym rzę­dzie. I wła­śnie ponad tym rzę­dem prze­szedł jeden z poci­sków działka, ude­rza­jąc w ścianę prze­ciw­le­głą. Odłamki spe­cjal­nie nikogo nie pora­niły. Gdyby tor jego prze­biegł o pół metra niżej, zabiłby wszyst­kich Niem­ców. I dal­szy nasz los byłby chyba taki sam jak wymie­nio­nych szpi­tali na Woli. Chyba i temu łutowi szczę­ścia przy­pi­sać muszę taką histo­rię: w holu przy wej­ściu z dworu stało dwu Niem­ców z kara­bi­nami. Prze­cho­dząc z Izby Przy­jęć przez hol na salę cho­rych, w momen­cie kiedy byłem odwró­cony tyłem do Niem­ców, usły­sza­łem odgłos repe­to­wa­nia zamku w kara­bi­nie. Pierw­sza myśl, że strzeli do mnie, i to w plecy. Kroku nie przy­spie­szy­łem, wtem ode­zwał się głos widocz­nie dru­giego Niemca: „Zostaw, to prze­cież lekarz.” Na tym dzień 7 sierp­nia się skoń­czył. Żad­nych eks­ce­sów nie było. Niemcy wyco­fali się z terenu szpi­tala. Następ­nego dnia zabrano wszyst­kich Niemców. W jed­nym z tych dni zgło­sił się do mojego gabi­netu żoł­nierz nie­miecki w peł­nym uzbro­je­niu. Rzu­ca­jąc kara­bin, pas itd. oświad­czył, że ma już wszyst­kiego dosyć i prosi o wzię­cie do nie­woli. Przy­dzie­li­łem go jako sani­ta­riu­sza do obsługi ran­nych Niem­ców. Następne dni po 7 sierp­nia były spo­kojne. Niemcy wyco­fali się z terenu szpi­tala. Byli nato­miast w Ogro­dzie Saskim, skąd od czasu do czasu przy­cho­dziły patrole. Cza­sami w nocy strze­lali, gdy kogoś zoba­czyli na skwerku przed szpi­ta­lem. Została wła­śnie w ten spo­sób postrze­lona oddzia­łowa, sio­stra Ada­miee. Na zaple­czu szpi­tala z ogrodu przez wybitą dziurę w murze mie­li­śmy połą­cze­nie z Bie­lań­ską i Długą. Stąd przy­cho­dziły też do nas patrole pol­skie. Był cały kło­pot, żeby się nie spo­tkały na tere­nie szpi­tala. Wyda­łem odpo­wied­nie instruk­cje, żeby dyżurny per­so­nel pil­no­wał te krą­żące po szpi­talu patrole. Zda­rzyło się jed­nej nocy, że patrole pol­skie i nie­miec­kie cho­dziły po szpi­talu, odpo­wied­nio opro­wa­dzane i nie spo­tkały się. Byli­śmy w tej sytu­acji wła­ści­wie tere­nem bez­pań­skim mię­dzy fron­tami. Lżej ran­nych w miarę moż­li­wo­ści odsy­ła­li­śmy do szpi­tala na Długą, tak że u nas pozo­stali osta­tecz­nie ciężko cho­rzy i ranni. „Loka­to­rzy” też czę­ściowo odpły­nęli w tym kie­runku, mimo to dość duża ilość pozo­stała w szpi­talu i w chwili ewa­ku­acji szpi­tala w dniu 14 sierp­nia bar­dzo nam się przy­dali. 14 sierp­nia w godzi­nach ran­nych zja­wiła się na naszym tere­nie kom­pa­nia SS z bry­gady „Dir­le­wan­ger”. Przy­szli w roli zdo­byw­ców i odpo­wied­nio się zaczęli zacho­wy­wać. O godzi­nie 12 ich dowódca Obe­rsturm­fuh­rer Lagna zawe­zwał mnie i patrząc na zega­rek oświad­czył: „W ciągu dwóch godzin należy tę «budę» opróż­nić.” Na moje obiek­cje, że mam w szpi­talu tylko ciężko cho­rych i ran­nych, że nie mam odpo­wied­niej ilo­ści noszy i ludzi do nosze­nia oświad­czył: „Das geht mich nichts an, um zwei Uhr wird die Budę enge­zun­det.“2 Na takie dic­tum nie pozo­stało nam nic innego, jak wyno­sić cho­rych na łóż­kach na skwe­rek przed szpi­ta­lem. Wyno­sze­nie odby­wało się przy pokrzy­ki­wa­niach, posztur­chi­wa­niach i innych szy­ka­nach. Jed­nego z naszych ran­nych ofi­ce­rów kazali wynieść do ogrodu szpi­tal­nego i tam go na łóżku zastrze­lili. Pobili rów­nież kol­bami przy wycho­dze­niu naszego rent­ge­no­loga dra Lewan­dow­skiego. Po wynie­sie­niu wszyst­kich cho­rych Lagna znowu mnie zawe­zwał i oświad­czył, że tu jest teren walki, że mu zawa­dzamy i mamy się z cho­rymi wyno­sić. Ma pozo­stać na miej­scu trzech leka­rzy, pięć pie­lę­gnia­rek, obsada kuchni i apteki. Na moje pyta­nie, dokąd mamy iść, oświad­czył: „Das geht mich nichts an”. Stan szpi­tala wyno­sił w tym dniu około dwu­stu ran­nych i cho­rych, wszy­scy leżący, nie­zdolni do mar­szu. Odby­li­śmy krótką naradę z płk. Streh­lem. Wycho­dząc z zało­że­nia, że Szpi­tal Mal­tań­ski był orga­ni­za­cyj­nie filią Szpi­tala Ujaz­dow­skiego, posta­no­wi­li­śmy, że wyma­sze­ru­jemy w kie­runku Szpi­tala Ujaz­dow­skiego. Lagna zgo­dził się na tę kon­cep­cję. I szpi­tal wyma­sze­ro­wał pro­wa­dzony przez płk. Strehla w kie­runku placu Ban­ko­wego. Ranni byli nie­sieni na łóż­kach i tu „loka­to­rzy” nam się bar­dzo przy­dali. Wycho­dząc z zało­że­nia, że z tym per­so­ne­lem, który ma się zatrzy­mać na miej­scu, powi­nien jeden z nas pozo­stać, usta­li­li­śmy, że zostanę ja. Jak już wspo­mnia­łem, kolumna poszła w kie­runku placu Ban­ko­wego. W jakim kie­runku dalej poszła — na razie nie wie­dzia­łem. Nie­stety nie wszyst­kich można było zabrać. Zabra­kło ludzi do nie­sie­nia. Pozo­stało sną miej­scu –trzy­dzie­stu ran­nych i cho­rych. Łóżka stały na skwerku. Począt­kowo nie pozwo­lono nam w ogóle zbli­żać się do ran­nych. Lagna kazał mi urzą­dzić punkt opa­trun­kowy w pod­zie­miach banku — nota­bene był już tam punkt urzą­dzony dla OPL i tam mie­li­śmy opa­try­wać ran­nych Niem­ców. 14 sierp­nia żad­nych ran­nych nam nie przy­nie­siono. Mię­dzy łóż­kami na skwerku posta­wili Niemcy gra­nat­niki i strze­lali z nich w kie­runku Banku Pol­skiego na Bie­lań­skiej. Na noc spę­dzili nas wszyst­kich z pozo­sta­łego per­so­nelu szpi­tala do jed­nej z sal szpi­tala na pierw­szym pię­trze. Przy drzwiach sta­nął poste­ru­nek, nie wypusz­cza­jąć nikogo. W nocy była jakaś kontr­ak­cja pol­ska. Walki zaczęły się prze-nosić na teren budynku. Niemcy chyba jed­nak opa­no­wali sytu­ację, bo nad ranem umil­kły strzały i wybu­chy gra­na­tów ręcz­nych. Następ­nego dnia zja­wił się na naszym tere­nie kpt. lekarz (Stab­sarzt) ze sztabu grupy „Reine­fahrt”. Zwró­ci­łem się do niego: „Wojna — wojną, ale prze­cież osta­tecz­nie jeste­śmy leka­rzami, więc pro­szę o decy­zję, co dalej z tymi ran­nymi, co leżą na skwerku?” Zade­cy­do­wał, że mamy urzą­dzić w pod-ziemiach szpi­tal dla nich i wszyst­kich ich tam prze­nieść. Gdy się z tym zwró­ci­łem do Lagny, ten mi oświad­czył, że go nic nie obcho­dzą decy­zje leka­rza nawet ze sztabu, on jest tu dowódcą i on tu decy­duje. Powie­dział, że mamy się wyno­sić z tymi ran­nymi, obo­jęt­nie dokąd, byle prę­dzej, i jesz­cze dodał, żebym ja się też wyniósł i nie zawra­cał mu głowy. Powstała kwe­stia, jak wynieść tych ran­nych. Ludzi do nie­sie­nia łóżek nie było, a wcho­dziło tylko w rachubę nie­sie­nie cho­rych i ran­nych na łóż­kach; noszy prze­cież nie było. Tak się zda­rzyło, że w tym cza­sie sze­ściu męż­czyzn Pola­ków przy­nio­sło na opa­tru­nek ran­nego Niemca. Zwró­ci­łem się więc do Lagny, że ich zabiorę do nosze­nia. Zgo­dził się. W tych też dniach zła­pali Niemcy dwu sani­ta­riu­szy, gdy ci nic nie wie­dząc o tym, że w szpi­talu już urzę­dują Niemcy, wra­cali z ulicy Bie­lań­skiej przez dziurę w ogro­dze­niu szpi­tal­nym. Posta­wili ich pod ścianą szpi­tala i tam kazali im stać. Ja znowu do Lagny: niech mi tych dwu odda, prze­cież stoją tam i nic nie robią. Oddał ich do mojej dys­po­zy­cji. Nie wia­domo, czy to ich aku­rat nie ura­to­wało od roz­wa­le­nia. Poprzed­niego dnia w podobny spo­sób schwy­cili naszego stróża, o ile pamię­tam, nazwi­skiem Górny. Trzy­mali go naj­przód pod ścianą do wie­czora, a potem, jak się ściem­niło, zabrali i zastrze­lili go obok par­kanu „pałacu błę­kit­nego”. W ten spo­sób udało mi się zebrać około czter­dzie­stu osób — wystar­cza­jąca ilość do wynie­sie­nia dzie­się­ciu łóżek. I z tą par­tią dzie­się­ciu łóżek ruszy­li­śmy w kie­runku placu Ban­ko­wego. Ja na czele z flagą Czer­wo­nego Krzyża, obok mnie żoł­nierz, któ­rego dał nam Lagna jako eskortę i potem dzie­sięć łóżek z ran­nymi. Jakimi dro­gami poszła pierw­sza więk­sza par­tia szpi­tala, nie mia­łem poję­cia. Plac Ban­kowy był pusty. Poszli­śmy w kie­runku ulicy Elek­to­ral­nej. Elek­to­ralna pali się po obu stro­nach. Żywego ducha nie widać. Ani Niemca, ani Polaka. Doszli­śmy tak do Chłod­nej i tam spo­tka­li­śmy Niem­ców, Zapy­tani — odpo­wie­dzieli, że w ogóle żad­nego „prze­cho­dzą­cego” szpi­tala nie widzieli. Idąc dalej Chłodną i Wol­ską doszli­śmy tak do Szpi­tala Wol­skiego na Płoc­kiej, pustego po masa­krze per­so­nelu i cho­rych tegoż szpi­tala przed paru’ dniami. Po dro­dze na rogu któ­rejś z ulic poprzecz­nych spo­tka­li­śmy oddziały koza­ków z Ostle­gionu. Pode­szło do mnie dwu pod­ofi­ce­rów i jeden z nich wska­zu­jąc na ran­nego nie­sio­nego na pierw­szym łóżku w sze­regu powie­dział: „Eto bun­towsz­czyk.” Odpo­wie­dzia­łem mu: „Takoj bun­towsz­czyk kak ty”, i doda­łem: „Jak będziesz ranny, to cię też będę tak niósł.” Na to ten drugi ode­zwał się: „Pra­wilno gawa­rit”, i dali nam spo­kój. Nieco dalej pod­szedł do jed­nej z pie­lę­gnia­rek pod­ofi­cer nie­miecki, odsu­nął ją od łóżka, które ona nio­sła i dobry kawa­łek drogi niósł to łóżko z pol­skim ran­nym. Taka sama histo­ria powtó­rzyła się jesz­cze raz z innym pod­ofi­ce­rem nie­miec­kim. W Szpi­talu Wol­skim zaję­li­śmy jeden z pustych oddzia­łów. W dwu następ­nych nawro­tach prze­nie­śli­śmy resztę ran­nych z Sena­tor­skiej. Ewa­ku­acja Szpi­tala Mal­tań­skiego z Sena­tor­skiej była ukoń­czona. Obiek­tyw­nie trzeba przy­znać, że ten eskor­tu­jący nas żoł­nierz ochro­nił nas chyba od jakichś eks­ce­sów ze strony mija­nych oddzia­łów niemieckich. I tak się skoń­czyły te czter­na­ście dni powsta­nia w Szpi­talu Mal­tań­skim na ulicy Senatorskiej".
Maszy­no­pis, ory­gi­nał, marzec 1967, IH PAN.
Informacje dodatkowe - rodzina biorąca udział w Powstaniu Warszawskim
Żonaty z Marią z domu Jarocką. Jego syn Jerzy Wojciech Dreyza (1932-2012) był harcerzem na Mokotowie i należał do oddziału pomocniczego zajmującego się zdobywaniem zaopatrzenia w żywność dla oddziałów i szpitali powstańczych oraz łącznością.
Publikacje
"Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim" PIW 1973; Stanisław Bayer: "Służba zdrowia Warszawy w walce z okupantem 1939-1945", Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1985
Źródło
MPW-baza uczestników PW, TLW
Zaproponuj zmiany w biogramie Zaproponuj Nowy biogram