Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Alina Jasińska-Matuszewska „Ala Rawicz”
Alina Jasińska-Matuszewska
pseudonim
„Ala Rawicz”
stopień
łączniczka
formacja
Batalion „Miłosz”, kompania „Bradla”
dzielnica
Śródmieście
Zobacz biogram

Alina Jasińska-Matuszewska. Urodziłam się w Warszawie 14 stycznia 1927 roku. Moim ojcem był inżynier rolnik Stefan Jasiński, a matką Hanna z Grzesiewiczów Jasińska.
Rodzina mojego ojca po rewolucji rosyjskiej przyjechała do Polski. Dziadek w Moskwie był inżynierem chemikiem i miał fabrykę. Ciekawostką jest to, że w tym domu, gdzie dziadkowie mieszkali, był dozorca, który miał syna, chłopca w wieku mojego ojca. Ponieważ chłopiec był bardzo zdolny, dziadek się nim opiekował i potem finansował jego studia. Mój ojciec przyjaźnił się z tym chłopcem. Jak wybuchła rewolucja, to już byli po studiach i ten chłopak został powołany do wojska, bo to była „wielka wojna”. Jak zaczęły się w armii rozruchy, zaczęły się tworzyć rady żołnierskie, to ten pan był jako syn dozorcy, więc z ludu, zrobili go przewodniczącym rady żołnierskiej. Potem jak się zaczęło mordowanie oficerów, to on, po prostu, nie był w stanie swoich kolegów zarzynać. Popełnił samobójstwo, ale zostawił list, w którym prosił, żeby ktoś przyjechał [na front i] żeby mój ojciec jego ciało sprowadził do Moskwy. Któregoś dnia – dzwonek do drzwi, wchodzi czerwonoarmiejec z czerwoną gwiazdą, dziadek już myślał, [że zostanie aresztowany. Czerwonoarmiejec] przyniósł glejt, list, który umożliwiał podróż w czasie rewolucji. Ojciec pojechał, przywiózł ciało przyjaciela, i na ten glejt potem wywiózł dziadka z Rosji. Ojciec jeszcze ubrał się w mundur, studenci chodzili w mundurach, ponieważ dużo studentów brało udział w rewolucyjnych [walkach], i z dziadkiem wyjechali. Były eszelony, pociągi, które się wlokły nie wiadomo ile czasu. Na jakiejś stacji pociąg się zatrzymał i na drezynie przyjechał – potem się dowiedzieli, że to był Dzierżyński z jakimiś pięcioma typami w czarnych skórach, z naganami. Wszystkich ludzi z pociągu wyrzucili, postawili w rząd i co dziesiątego rozstrzelali. Wtedy Dzierżyński był komisarzem od zorganizowania całej komunikacji. Powiedzieli, że za parę godzin przyjadą i jeżeli pociąg jeszcze będzie stał, to oni co piątego rozstrzelają. I pojechali. Pasażerowie wszyscy przerażeni, już nie było węgla do lokomotywy, wobec tego porąbali ławki, kasy i pociąg ruszył. Tym pociągiem przyjechali do Polski.
Po przyjeździe do Polski mój ojciec, bardzo młody, miał dwadzieścia parę lat, został komisarzem rządowym w Pułtusku. [Był] komisarzem rządowym do spraw rolnych. Ojciec opowiadał, że bardzo dziecinnie wyglądał, taki blondynek, młodo wyglądał i jak jego zrobili komisarzem rządowym, to był przerażony. Był tam woźny i mówi: „Panie komisarzu, niech pan nic się nie przejmuje, ja to zorganizuję”. Wszedł na salę, [machnął] laską i powiedział: „Chamy wstać! Pan komisarz idzie!”. Mój ojciec [był] przerażony. Potem przez jakiś czas tam był. Było [tam] bardzo dużo szlachty zagrodowej. Całe były wsie, które się nazywały Kowalski czy jakieś inne. Różnica między gospodarzami chłopskimi a szlachcicami była taka, że ci do siebie mówili „proszę pana”, a tamci mówili „słuchajcie Wojciechu” czy coś takiego. Ojciec zauważył, że ci szlachcice, którzy mieli nadania jeszcze od Władysława IV, ale już [żyli] normalnie tak jak wszyscy, laskę wbijali w ziemię i orali. Ojciec mówi: „Co to [jest]?”. Okazuje się, że to jest pozostałość po tym, że szlachta miała szable, więc jak szable wisiały na rapciach, to im się obijały o nogi, więc zdejmowali szable i wbijali w miedzę.
Potem mój ojciec był wicedyrektorem Banku Ziemiańskiego. W 1930 roku bank został postawiony w stan likwidacji, wtedy przeszedł do Banku Rolnego i w Banku Rolnym był jednym z dyrektorów a potem po wojnie, to już były czasy Polski ludowej, był naczelnikiem wydziału kredytów rolnych w centrali Banku Rolnego. Matka mojego ojca była Wańkowiczówna z domu i mieli majątek nad Dzisną na Wileńszczyźnie, który w 1920 roku został spalony, ale tam jeszcze jeździli. [Ponieważ] dwór był spalony przyjechali do Warszawy.

  • Gdzie się pani urodziła? Skąd pani ma najwcześniejsze wspomnienia? Proszę opowiedzieć o bezpośredniej rodzinie, może o rodzeństwie? Pani miała brata?

Mieszkaliśmy na 6 Sierpnia, tu gdzie w tej chwili jest ulica Waryńskiego, mniej więcej między Politechniką a Placem Zbawiciela, w tym miejscu stał nasz dom. Urodziłam się w klinice. Była to klinika doktora Bryndza-Nackiego, jeszcze [istnieją] resztki tej kliniki, jak się [idzie] od MDM, gdzie był sklep enerdowski z jakimiś lodówkami… To była prywatna klinika, która była dosyć dobra. Tam się urodziłam. Miałam bardzo dobre dzieciństwo, jak dzieci dosyć zamożnych rodzin. Miałam brata Jerzego o trzy lata ode mnie młodszego.
Chodziłam do szkoły, [to] była prywatna szkoła Kowalczykówny i Jawurkówny na ulicy Wiejskiej, naprzeciwko sejmu. Tam w tej chwili jest kamień, że była szkoła na rogu Matejki. Brat chodził, to się nazywało „szkoła jedynaków”, to była taka szkoła na ulicy Klonowej [imienia] „Ziemi Mazowieckiej”. Nazywali to „szkoła jedynaków”, nie wiem dlaczego.
Może opowiem kilka historyjek związanych z marszałkiem Piłsudskim. Mieliśmy wychowawczynię, która z nami chodziła na spacerki i kiedyś byliśmy na spacerze w Alejach Ujazdowskich, [w okolicach] Bagateli. W pewnym momencie szedł Piłsudski z adiutantem, bez żadnej [obstawy]. Pamiętam, że mieliśmy ubranka głupie. [Brat] miał spodenki, a ja bluzeczkę. I wielkie kapelusze, których nienawidziliśmy, ale ładnie w nich wyglądaliśmy. Piłsudski nas pogłaskał po głowie, coś powiedział i sobie poszedł. To wspomnienie, że tak bez obstawy chodził. Później mam wspomnienie z pogrzebu marszałka Piłsudskiego. To był 1935 rok, miałam siedem lat, mój brat cztery. Pamiętam, że jak rozeszła się wieść, że marszałek Piłsudski umarł, to było ogólne przerażenie. Akurat nasz dom nie był domem piłsudczykowskim, mimo że mój ojciec jako ochotnik brał udział w [wojnie] 1920 roku, ale tylko tyle co wojna, a potem nie chciał specjalnie [się angażować]. Ale wszyscy byli przerażeni. Przychodzili różni znajomi, mówili: „Co to będzie z tą Polską, nie ma marszałka”.
Był pogrzeb marszałka, jego ciało było wystawione w katedrze na Świętojańskiej i cały Plac Zamkowy był obstawiony wojskiem. Z naszą wychowawczynią też tam byliśmy. Uciekliśmy jej, pod nogami żołnierzy [przedostaliśmy się] i weszliśmy w tłum do katedry. Pełno kwiatów, wszyscy się modlili. Obejrzeliśmy trumnę, wróciliśmy. Później jakoś dobrnęliśmy do domu. Pamiętam też defiladę, która była po śmierci marszałka Piłsudskiego na Polu Mokotowskim (mniej więcej tu, gdzie jest pomnik Jazdy Polskiej, taki pagórek). Najpierw na lawecie przyjechała trumna Piłsudskiego i stała na podwyższeniu. Ludzi pełno stało i była defilada wojsk, które szły wzdłuż – jak gdyby teraz – Trasy Łazienkowskiej. Najpierw szli generałowie, wszyscy mieli czarne opaski, rodzina, marszałkowa. Potem jechały pułki ułanów. Konie też były kirem przykryte. Miałam siedem lat, więc pamiętam, że dobosze na bębnach bili pałeczkami, rzucali pałeczki w górę i to nam się okropnie podobało.
W 1938 roku były patriotyczne akcje, wojna się zbliża, dzieci swoje kieszonkowe składały, żeby kupić [uzbrojenie]. Pamiętam, że za pieniądze naszej szkoły był kupiony karabin maszynowy. Wszystkie szkoły [zebrały się] na Placu Piłsudskiego i między młodzieżą chodził prezydent Mościcki, który był bardzo przystojny, reprezentacyjny. [Był też] Rydz-Śmigły. Chodzili między nami. Jeszcze jedna rzecz [jest] z tym związana. Przed samą wojną był sypany Kopiec marszałka Piłsudskiego w Krakowie. Wobec tego cała Polska jeździła i wszyscy chcieli trochę posypać. Były taczki, ładowało się ziemię i były dróżki, którymi się jeździło, usypywało [ziemię]. Wszyscy byli strasznie podnieceni, że sypią kopiec. Potem dawali dyplomy i małe maskotki. To była łopatka, taczka malutka i coś trzeciego, już nie pamiętam, takie prezenty.

  • Czy pani pamięta lato 1939 roku? Czy czuło się atmosferę wojny?

Byłam dzieckiem, więc nie umiem powiedzieć. W każdym razie mogę powiedzieć, że mama z nami wyjechała na wakacje. Trzydzieści kilometrów od Zamościa była wieś Obrocz niedaleko Zwierzyńca i tam był majątek przyjaciół rodziców, państwa Łosiów, i w tym majątku byliśmy. Przed wojną było tak, że już niektóre dwory finansowo kiepsko stały, wobec tego robili jakby pensjonaty. [U państwa Łosiów] też było tak, że w dworze była jadalnia, gdzie wszyscy jedli, a były jeszcze boczne pawilony, gdzie mieszkali letnicy.
Zrobili wycieczkę do Radecznicy. [W] Radecznicy był klasztor bernardynów. Był olbrzymi kościół, w podziemiach kościoła były groby zakonników, [których] ciała się w ogóle nie rozsypały, można było oglądać, jak ci zakonnicy leżą. Z Obroczy postanowili zrobić wycieczkę, żeby zwiedzić Radecznicę. Jakieś wozy zaprzęgli, dywanikami, to było przykryte i pojechaliśmy do Radecznicy. W Radecznicy było też seminarium duchowne i gimnazjum dla chłopców. Zresztą w tym gimnazjum nawet mój mąż się uczył. Nie miał w ogóle zamiaru być księdzem, ale ponieważ były jakieś problemy wychowawcze, więc matka go wypchnęła do księży, żeby sobie jakoś z nim poradzili. Jak zwiedzaliśmy, to potem nas zaprosili do refektarza na jedzenie. Był tam piękny zakonnik. Piękny, wysoki zakonnik, który miał szramę na policzku, więc wszystkie panie [pytały] skąd ta szrama. Powiedział, że [otrzymał ją] w pojedynku o kobietę, a potem poczuł wolę Bożą i wstąpił do klasztoru. Co się okazało. Po wojnie włożył mundur kapitana gestapo i okazuje się, że był rezydentem wywiadu niemieckiego! Ponieważ w Radecznicy było źródło świętego Antoniego, ziemiaństwo przyjeżdżało, wszyscy się spowiadali. Mój mąż mówił, że on był u nich w gimnazjum nauczycielem niemieckiego. Wszystkich znał, [współpracował] gdy były aresztowania ziemian, potem była historia dzieci z Zamojszczyzny, które zabierali.
Było też dużo osadników niemieckich, bo jeszcze przed „wielką wojną” Niemcy przywozili osadników do Prus Wschodnich i w lubelskie, bo tam były żyzne ziemie, uprawiali tytoń. Pewnego dnia ktoś przyjechał do majątku i mówi, że są rozlepione plakaty, że jest mobilizacja. Wtedy dopiero było przerażenie. Zresztą [w majątku] były głównie panie z dziećmi, z niańkami, a mężczyzn nie było, nasi ojcowie przyjeżdżali od czasu do czasu [nas] odwiedzić. Następnego dnia przyjechało polskie wojsko, to zdaje się była Armia „Pomorze”, ale oni właściwie byli tacy [źle zorganizowani]. Na przykład zaopatrzenie było takie, że rozpalali ognisko i gotowali kaszę, kartofle, których potem nie dogotowali, bo już musieli iść dalej.
17 września przyjechała z Warszawy samochodem pani Soborska, która powiedziała, że rekwirują wszystkie samochody, ale ponieważ miała mercedesa, a marek zagranicznych nie [zabierali]. Do tamtych mieli części. Powiedziała, że Warszawa padła. Moja babcia, Grzesiewiczowa, dostała ataku paraliżu. Ludzie byli takimi patriotami! Dla nich to było... No, jak to?! Polska upadła?! To było coś zupełnie [niewiarygodnego].
Nasze wojska poszły dalej i weszli Niemcy. Nawet się dosyć przyzwoicie zachowywali, ale to było okropne, że ci niemieccy osadnicy, chłopi niemieccy witali ich, stoły wystawiali, poczęstunki. [Opowiadam] tak jak pamiętam, byłam dzieckiem, więc nie mogę powiedzieć dokładnie co było którego dnia.
Potem Niemcy się wycofali i przyszli Ruscy. Wtedy państwo Łosiowie powiedzieli: „My tu na swoim, nie wiadomo, co tu będzie, co się będzie działo, jaka ta rewolucja będzie, ale wy wszyscy wyjeżdżajcie do Zwierzyńca”. Trzy kilometry stamtąd było miasteczko Zwierzyniec, w którym zresztą jednym z plenipotentów (tam była cała ordynacja Zamojskich, lasy Zamojskich, olbrzymie, całe hektary lasów) był pan Świda, który był plenipotentem mniejszym Zamojskiego i u niego w domu była wszędzie słoma, pełno ludzi, wszyscy pokotem spaliśmy. Potem utworzyli w Zwierzyńcu szpital, w którym byli polscy żołnierze. Moja mama zaczęła [w szpitalu] pracować, ale w ogóle nie umiała tego robić. Był nawet taki [przypadek], że jakiś oficer powiedział: „Ta pani jest bardzo piękna, ale niech ona się do mnie nie dotyka, bo ona nic nie umie zrobić”. Najpierw Rosjanie stworzyli milicję i to głównie Żydówki, Żydzi, opaski czerwone mieli, chodzili, ale nic właściwie złego nie robili.

Armia rosyjska [to] też były straszne dziady. Mieli szynele oberwane, karabiny na sznurkach, okropne to wojsko było! Potem mój ojciec mówił, że [to] coś dziwnego, że przez parę pokoleń oni się tak zdegenerowali. Chłop rosyjski przed rewolucją miał dwa metry wzrostu, wielką brodę, [to był] kawał chłopa, a tu były wymoczki, malutkie typki.
Była wymiana jeńców. Polscy jeńcy, głównie oficerowie, którzy urodzili się za Bugiem, Niemcy ich przekazywali, to byli ci, którzy potem zginęli w Katyniu. Niemcy przekazywali ich Ruskim, a Ruscy oddawali tych, którzy się urodzili w Poznaniu, w Gdyni. To była wymiana. W pewnym momencie do domu, gdzie mieszkaliśmy, wpadł oficer, porucznik Galiński. Wysoki mężczyzna. Mówi, że ucieka z transportu, więc trzeba go przebrać w cywilne ubranie. Ale był wysoki, a Świda, nasz gospodarz, był mały, więc wszystko na niego nie pasowało. Mama wymyśliła, że pójdziemy [do innej osoby]. Był ważniejszy plenipotent Zamojskiego, hrabia Dębczyński, który miał (nie wiem, czy jeszcze istnieje) drewniany dwór, który nazywali pałacem. Mama mówi: „Pójdziemy do pań Dębczyńskich, może one mają jakieś większe buty”. Wzięła nas. Jak bolszewicy przyszli, to mama mi jakieś warkoczyki uplotła, za mały płaszcz brata [dała] (w ogóle miałam jedenaście lat), żebym jeszcze dziecinniej wyglądała, bo nigdy nie wiadomo. Tam też widzieliśmy rewolucję. Przyszliśmy z mamą do pałacu i weszliśmy do salonu, a w salonie służba siedzi, lokaje, służące, więc mama mówi: „Gdzie są panie?”. Mówią: „Hrabiny w kuchni!”. My do kuchni, dały nam jakieś ubranie, ale butów nie było. Wychodzimy, wracamy, a tu (moja mama wtedy miała trzydzieści osiem lat, więc jeszcze była kobieta... zresztą była przystojną kobietą) nagle do [mamy] podchodzi trzech Ruskich w czapach z czerwonymi gwiazdami i mówi: chadi s nami. Mama, to pokolenie, wszyscy rosyjski znali, bo w szkołach się [uczyli], wytłumaczyła im, że ona bardzo chętnie do nich zaraz przyjdzie, tylko swoje riebionki odprowadzi do domu. Niech siądą pod drzewem na ławce, to ona zaraz przyjdzie. No i z nami [poszła]. Potem się bała wychodzić z domu. Oni bardzo krótko byli.
Jak Niemcy z powrotem mieli przyjść, w miasteczku było trzy czwarte Żydów. Był wielki rynek i były domy, w których były sklepy różne – bławatne...

  • Jaki były relacje między Polakami a Żydami?

Bardzo dobre. Na przykład ciotka państwa Łosiów, pani Grodzicka, do której przedtem należał majątek miała Szachnę, Żyda zaprzyjaźnionego, który codziennie przychodził i przez okno pani dziedziczce zdawał relację, co się dzieje. W Lublinie pani dziedziczce kapelusze kupował, potem jak jego córka wychodziła za mąż, to pani Grodzicka dała jej wyprawę. Były bardzo dobre stosunki. Ruscy wychodząc, powiedzieli: „Jak przyjdą Niemcy to nie wiadomo, co z wami będzie”. Wtedy było straszne przerażenie. Żydzi sprzedawali za wóz z koniem, ładowali swoje towary ze sklepów i wyjechali. Ale Ruscy ich dowieźli do Bugu, przez Bug przeprawili wozy, a ludzi zostawili i pamiętam, że do pana Świdy cała delegacja przyszła (do tego pana, u którego mieszkaliśmy) i mówią: „Co my mamy robić?”. On mówi: „Co ja wam mogę zrobić!”. Już domów nie mają, już domy posprzedawali, nie wiem, co się dalej działo. Potem wyszli i znów przyszli Niemcy. Z tym że dosyć krótko byliśmy, jak Niemcy [przyszli], bo ojciec jak był z bankiem ewakuowany do Łucka...
Też ciekawostka. Jak Ruscy go złapali i zobaczyli, [że jest] urodzony w Moskwie, to mówią: „Ty musisz jechać do Rosji, ty jesteś Rosjanin”. Więc ojciec też, przecież znał rosyjski, powiedział im, że oczywiście, chce wrócić, tylko chce pojechać po rodzinę i [wróci] z całą rodziną. Jakoś go wtedy wypuścili. Ojciec przyjechał furą, załadowaliśmy się i pojechaliśmy do Lublina. W Lublinie moje wujostwo, wuj – adwokat Rettinger, bardzo znany adwokat, który po wojnie zresztą bronił generała Tatara (syn [wuja] zginął w Powstaniu, więc wszystkich powstańców bronił za darmo, ale oprócz tego miał kancelarię adwokacką). Do wujostwa Rettingerów przyjechaliśmy, [u nich] trochę byliśmy. Ojciec pojechał do Warszawy, żeby zobaczyć, co w mieszkaniu. W mieszkaniu były oczywiście wszystkie szyby wybite, ale wtedy nie było jeszcze rozszabrowywane mienie i potem już jakimś autobusem przyjechaliśmy do Warszawy. Przyjechaliśmy na plac Trzech Krzyży. Wtedy nam się wydawało, że Warszawa jest zupełnie zrujnowana. W porównaniu z tym co było w [1944] to było... Było wtedy dziesięć procent miasta zniszczone. Ale cały plac Trzech Krzyży był pokryty mogiłami. Były mogiły, gdzie chowali ludzi, którzy zginęli. Zresztą moja babcia, Jasińska, matka ojca, też w czasie obrony Warszawy umarła i była pochowana na podwórzu naszego domu na 6 Sierpnia.
Wróciliśmy do domu, wszystkie okna były powybijane, dyktami to było zaklejone i już była okupacja. Na początku października przyjechaliśmy. Potem już zaraz poszliśmy do szkoły. Moja szkoła i Jurka, wtedy to jeszcze nie były komplety, to były szkoły zamienione na szkoły zawodowe. Na ławkach miałyśmy sukienki, że niby szyjemy. Były lekcje, a w razie czego gdyby Niemcy przyszli, to się wyciągało [sukienki]. Tak było przez rok. Ojciec znów zaczął pracować w Banku Rolnym, ale były takie pensje, że właściwie nie starczało na życie, więc rodzice po prostu wyprzedawali, co się dało.
W 1940 albo w 1941 roku były aresztowania inteligencji. Wtedy został aresztowany mój wuj, mąż siostry mojej matki. Miał dwóch synów. Siostra mamy umarła i wuj się ożenił po raz drugi w 1939 roku. Aresztowali jego i jego żonę, która zresztą też była adwokatem. Była na Pawiaku. [Chłopcy] mieli wychowawczynię niemiecką, [te wychowawczynie] nazywały się Schwester, to były wykwalifikowane wychowawczynie, które miały na głowie szare ustrojstwa i one się fachowo dziećmi opiekowały. Ale ponieważ była Niemką, a wuja z żoną aresztowali, to zaczęli [do niej] przychodzić Niemcy i ją odwiedzać. Z bratem [do niej] przyszliśmy i Niemiec zobaczył – no, dziewczynka dwunastoletnia, jakąś czekoladę zaczął mi wtykać. Ja – patriotka – w ogóle nie chciałam tej czekolady! Więc on mi tę czekoladę wepchnął do buzi. Wyplułam. Niemiec [łapie] za pistolet. Opiekunka [uspokajała go]. Wróciliśmy do domu, ja okropnie dumna, jaka to bohaterka byłam i rodzice wtedy doszli do wniosku, że tych chłopców trzeba zabrać, bo to się w końcu źle skończy. Zabrali ich do nas i wychowywali się u nas. Jeden był o rok ode mnie starszy, a drugi o rok młodszy. Też chodzili do szkoły [Ziemi] Mazowieckiej, też były komplety i uczyliśmy się. Nasz dom właściwie ocalał, oprócz tego że szyby były powybijane, to właściwie nic [złego] nie było. To było wielkie mieszkanie, więc były problemy z paleniem w piecach.
Kiedyś ktoś dzwoni do drzwi, mama otwiera, jakaś pani stoi i mówi mamie: „Proszę pani, ja się nazywam Kędzierska, muszę się gdzieś...”. To była Żydówka. Mama mówi: „Niech pani wejdzie”. Ona: „Ja nie mam co ze sobą zrobić”. Mama mówi: „To niech pani zostanie u nas”. Była u nas chyba półtora roku, pomagała mamie, duże mieszkanie było, sześciopokojowe, trzeba było to sprzątać, czworo dzieci.

  • Czy to było ukrywanie? Czy ta pani wychodziła z domu?

Nie, w ogóle nie wychodziła. Siedziała. Ale u nas w domu nie było takiego nastroju, że my przechowujemy, [że] śmierć nas czeka. Była po prostu. Z tym że miała papiery, że jest córką woźnego ze szkoły. Ale widać było, że to jest wykształcona osoba, która znała języki, która nam nawet pomagała we francuskim, niemieckim. Pewnego dnia, układ mieszkania był taki [...], że był przedpokój, potem był wielki stołowy pokój i od tego odchodziły [pozostałe pokoje]. Ponieważ ciągle wyłączali światło, więc odrabialiśmy lekcje w stołowym przy stole. Na [stole] stała karbidówka, lampa z karbidem, dolewało się wody, ona podskakiwała, ale coś było widać. O ósmej już była godzina policyjna. Któregoś dnia (w czasie okupacji wszyscy wszystkim handlowali) do mojego ojca przyszedł kolega z banku, który przyniósł rękawiczki, które były z jakiegoś wagonu niemieckiego ukradzione, nie wiem. Ta pani przechodziła przez pokój. On popatrzył się i potem do ojca mówi: „Panie inżynierze, to jest chyba Żydówka!”. Ojciec mówi: „Co pan opowiada! To moja kuzynka”. Ale w każdym razie rodzice już się przestraszyli. Ojciec ją wywiózł do Krakowa. Miał przyjaciela, pana Sawickiego, z którym przed wojną mieli księgarnię rolniczą na Mazowieckiej i do [niego] ją przywiózł. Potem wyszła i właściwie nie wiadomo – nigdy się do nas nie zwróciła... Nie wiadomo. Prawdopodobnie musiała zginąć.
Potem już nie było szkół, tylko były komplety. Przychodził nauczyciel czy nauczycielka i młodzież. Z tym że to było tak, że my wszyscy uczyliśmy się. Nam nikt nie kazał! To nie było tak, że człowiek idzie na wagary. Wszyscy chcieli się uczyć. Było niebezpieczeństwo, bo jeżeli Niemcy... Ale u nas było za dużo kompletów. Były komplety moje, były komplety moich dwóch ciotecznych braci i jeszcze trzeci cioteczny brat, Stasio Rettinger, miał [komplety] uniwersyteckie. A jeszcze siostra ojca była nauczycielką, więc młodzieży było [dużo]. Z jednej strony [naszego domu] była niemiecka żandarmeria, z drugiej strony starostwo, więc rodzice doszli do wniosku, że to się w końcu źle skończy i wtedy mnie i młodszego ciotecznego brata zapisali do rolniczej szkoły. Na Pankiewicza była szkoła rolnicza, gimnazjum rolnicze. Było już oficjalnie, normalnie. Uczyliśmy się właśnie w tym [gimnazjum] a Jurek, mój młodszy brat i ten starszy chodzili na komplety.
Wtedy szkoły bardzo były nastawione na pracę społeczną. Na przykład my ze szkoły, która była na Wiejskiej... Na terenie obecnego Ujazdowa, gdzie były fińskie domki, był szpital wojskowy. Była przed wojną podchorążówka lekarska i był szpital. W tym szpitalu byli ranni polscy żołnierze. Chodziłyśmy tam, dziewczynki dwunastoletnie, przynosiłyśmy im jakąś pastę do zębów... Poza tym oni wszyscy byli bez rodzin, więc bardzo byli [zadowoleni], że dziewczynki przychodzą, rozmawialiśmy. Uważam, że to była bardzo ładna akcja. Było Boże Narodzenie, każda miała kilku żołnierzy, którymi się opiekowała, przynosiłyśmy im jakieś prezenciki. Zresztą kiedyś Towarzystwo Lekarskie, [zorganizowało zebranie na którym] opowiadałam o tym, uważali, że to była też ciekawostka.

  • Gdzie się mieściły... To były szpitale?

Na terenie obecnego Ujazdowa, jak gdyby przy Ogrodzie Botanicznym, jeszcze są budynki murowane. W jednym jest teatr. To były pawilony rozrzucone po całym terenie i był szpital wojskowy. Zresztą jest tablica przy Trasie Łazienkowskiej, [ku pamięci] tych, co umarli w tym szpitalu. Zresztą jest muzeum na terenie fińskich domków.
Potem jak to się skończyło, bo oficerów zabrali do oflagów, a żołnierze się rozpierzchli, to chodziłyśmy, [do] zakład [u] Boduena. To był zakład dla podrzutków, niechcianych dzieci. Chyba jeszcze [był] przed „wielką wojną”. W każdym razie były siostry i pełno było dzieci bez matek. Było takie specjalne miejsce, gdzie można było zostawić dziecko, którego nie chciano. Ale była okupacja, więc nie było dużo pieniędzy na jedzenie i było bardzo mało opiekunek. Była sytuacja, że były dzieci czteroletnie, które w ogóle nie mówiły, bo z nimi nikt nie rozmawiał. Chodziłyśmy tam, już miałyśmy wtedy trzynaście lat, i rozmawiałyśmy z dziećmi. Na przykład było tak, że szło się korytarzem i były sale, gdzie siedziały dzieci. O jakiejś godzinie wszystkie dzieci były sadzane na nocnikach. Były całe rzędy nocników i biedne maluchy tam siedziały. Pamiętam, że miałam takiego chłopczyka ukochanego i chciałam, żeby rodzice go adoptowali, ale rodzice powiedzieli: „Już was jest czworo. Jest okupacja. Nie mamy pieniędzy i jeszcze mamy jedno?”. Potem to się skończyło.
W szkole Kowalczykówny miałam [koleżankę], Dzidkę Weiglównę, której ojciec miał fabrykę skór (obok Cmentarza Powązkowskiego). Wiem, bo przynosiła ścinki skórek, z których robiłyśmy laleczki. Ale to była niemiecka rodzina. Jak się do nich przychodziło, to była Fraulein i w ogóle w domu mówili po niemiecku, pomimo że fabryka w Warszawie. Potem kiedyś wyczytałam, że brat Dzidki był potem konfidentem gestapo. W każdym razie ona uciekła z domu. Ponieważ się z nią przyjaźniłam, to przyszła do nas i powiedziała, że do tych szwabów nie chce i chce być u nas. U nas już było nas tyle, ale mama ją przytuliła. Ale była w kontakcie z panią Weiglową. Wiem, że w klasie też nikt nie chciał z nią [kolegować się], bo [jej] ojciec podpisał Volkslistę. Był Niemcem. Żadna z dziewczynek nie chciała jej podawać ręki. W ogóle okropne! Ona uważała się za Polkę. Była u nas przez miesiąc czy ileś, potem musiała w końcu wrócić do domu.
W dalekiej rodzinie byli u nas państwo Gabrielowie. On był adwokatem, Żydem, a pani Gabrielowa była z ziemiańskiej rodziny spod Płocka. Moja mama się z panem Gabrielem bardzo przyjaźniła, bo oni kochali antyki. Jak wybuchła wojna, jak zaczęli tworzyć getto, to sytuacja była taka, że pani Gabrielowa nie musiała, ale on i ich córka musieli iść do getta. [Gabriel] powiesił się na klamce. Popełnił samobójstwo, żeby uratować rodzinę. Nie wyobrażam sobie, jak można się powiesić na klamce, trzeba pokonać tyle rzeczy, żeby zginąć. Pani Gabrielowa została sama z córką, która zresztą urodziła w 1939 roku dziecko, które było nienormalne. Żyła z tego, że miała restaurację róg Wilczej i Marszałkowskiej. Nazywała się „Dziedzilla”. Teraz jest tam bar piwny. Jej córka była żoną brata generała Andersa. Potem wyjechały do Anglii, ale Anders się z nią rozwiódł.

  • Jak wyglądała szkoła, nauczanie? Czy tworzyły się organizacje, mam na myśli harcerstwo...

Harcerstwo tak. My w ogóle wszyscy już byliśmy w konspiracji.
  • W jaki sposób państwo się znaleźli w konspiracji?

Konspiracja była na zasadzie, że znam pana, pan jest w organizacji i mówi: „No, nadajesz się”. Wtedy pan mnie protegował i [było] zaprzysiężenie. Z tym że była zabawna sytuacja, bo jak przystępowaliśmy do organizacji, to właściwie nikogo nie [interesowało], czy to są narodowcy, czy PPS, czy... Gdzie kto trafił, tam był. Mój cioteczny brat, który był strasznym snobem, trafił do organizacji komunistycznej. Karabiny do getta nosili. Jak potem się dowiedział, że to jest komunistyczna organizacja, to się zapisał do organizacji TOD. To była organizacja niemiecka, która budowała jakieś [obiekty wojskowe]. Wyjechał z Polski. Potem uciekł i był w 2. Korpusie. Pierwszy mój kontakt był z harcerstwem.

  • Który to był rok?

To był rok chyba 1942. Też jakaś koleżanka mnie [wciągnęła]. Były odprawy. Potem była próba, czy się nadaję. Dali mi paczkę (miałam trzynaście lat) i powiedzieli mi, że mam tę paczkę zawieźć na Pragę. Powiedzieli, że w paczce są materiały wybuchowe. Strasznie przejęta z paczką wsiadłam do tramwaju. Tramwaj jechał, na moście Poniatowskiego była obława. Niemcy zatrzymali tramwaj, wszystkim ludziom kazali wysiąść. Nie wiedziałam, czy paczkę zostawić, ale myślę sobie – jak zostawię, to potem wszystkich rozstrzelają, a tak – trudno, zginę za ojczyznę, bardzo będzie przyjemnie. Postawili nas w rząd i po kolei wszystkich legitymowali. Mnie też legitymują, kenkartę pokazałam. Niemiec się pyta, co jest w paczce. Mówię: „Nawet nie wiem, co w tej paczce jest”. Niemiec mówi: „Rozpakować paczkę!”. Rozpakowałam, a tam była cegła! Pamiętam moje oburzenie. Jak to?! Ja tutaj prawie że zginęłam za ojczyznę, a tu jest cegła! Niemcy mnie oczywiście puścili, pojechałam na Pragę, oddałam cegłę, wygłosiłam przemówienie, co myślę o harcerstwie i nigdy w życiu już w harcerstwie nie byłam, to było dla mnie tak straszne przeżycie! Byłam pewna tego, że zaraz zginę za ojczyznę, a tu cegła!
Potem (już getto się tworzyło, to był 1941 albo 1940 rok) rodzice wynajęli domek w Michalinie na linii otwockiej. Z mamą mieszkaliśmy, to było w czasie wakacji. Zaczęli tworzyć getto w Falenicy. Zwozili Żydów ze wszystkich miejscowości na linii otwockiej. Stały wagony na szynach, wysypane białym wapnem czy czymś. Najpierw wszystkich [Żydów] trzymali w Falenicy na rynku, a potem zaczęli ładować w wagony. Pamiętam, że wodę nosiliśmy w kubłach, oni na sznurku wypuszczali puszki i nalewało się [w nie] wody. Po prostu ludzki odruch. Ale wtedy, właściwie nie powinnam o tym mówić, bo wszyscy zaraz będą oburzeni, że to nieprawda, ale to była prawda, że jeszcze ci Żydzi dobrze nie wyjechali, a już podjeżdżały chłopskie furmanki i bety, jeszcze ciepłe, szabrowali. Widziałam to na własne oczy. To jest teraz niepopularne, ale niestety tak było.
Kiedyś szłam z mamą na placu Zbawiciela. Niemcy zatrzymali jakiegoś pana, który wyglądał na Żyda. Ale na Żyda wyglądali ludzie... Na przykład mój brat cioteczny, młodszy, miał operację jako dziecko. Operacja polegała na tym, tak jak obrzezanie, na zdjęciu napletka. [Brat cioteczny] miał czarne oczy, ciemne włosy i miał cały czas kartę z podpisami czterech lekarzy, że on nie jest Żydem, tylko że miał operację. Prawdopodobnie to by niewiele pomogło, ale tak było. Niemcy zatrzymali [tego] pana, nawet dosyć przyzwoicie ubranego i: Du bist Jude! Mama – w takim odruchu – podeszła do niego, wzięła go pod rękę (to pokolenie, wszyscy języki znali) i do Niemca mówi: „Co wy chcecie? To mój kuzyn”. Niemcy się popatrzyli i kawałek [odeszliśmy]. Potem mama mówi: „Już musi pan sobie radzić sam”. U nas już pani Kędzierska była, trudno wszystkich...
W pewnym momencie Niemcy zaczęli tworzyć dzielnicę niemiecką. Tu, gdzie teraz mieszkam, na Śniegockiej, od Rozbrat była dzielnica niemiecka. Nasza koleżanka mieszkała przy placu Unii w wielkim domu na rogu Bagateli. Ponieważ tworzyli niemiecką dzielnicę, to wszystkich wyrzucali. Wyrzucenie polegało na tym, że [mówili:] „W dwadzieścia cztery godziny macie wszyscy stąd wyjść”. Ale równocześnie, jak się ileś kamienic ewakuuje, cały dobytek, to tam się zrobił korek nie z tej ziemi. Zadzwoniła do mnie matka koleżanki: „Czy możecie przyjść mi pomóc?”. Jej mąż był w oflagu, ona była sama z córką. „Czy możecie mi pomóc się zapakować?”. Wszyscy poszliśmy, coś pakowaliśmy. Wynajęła rikszę. To było duże mieszkanie, paropokojowe, więc co można było [zabrać]? Wyjechała. Chłopcy wtedy powiedzieli: „Słuchajcie. Nie można tego mieszkania zostawić Niemcom, żeby oni weszli do takiego [przygotowanego]. Musimy to mieszkanie zdemolować”. Pamiętam, że potłukliśmy lustra w łazience, w kuchni. Dobrze, że mama nie wiedziała, bo... Ale Niemcy, ponieważ to tak masowo było, nie potrafili potem [dociec], kto to był. My [popełniliśmy] taki akt wandalizmu... Ze wstydem to wspominam, ale coś takiego było.

  • kontynuacja 28.04.07



  • Skąd odwaga w młodej dziewczynce?

Wszyscy tacy byli.

  • Każdy chce się ratować.

Ratują się ludzie mądrzejsi, a im kto młodszy, to jest głupszy i wydaje mu się, że to jest tak... Wychowani wszyscy w patriotycznych rodzinach, to każdemu się wydaje, że to największa... Nie przypominam sobie strachu. Wszyscy wierzyliśmy, że nam się uda.
Jak wyglądało przystąpienie do konspiracji? Bardzo różnie. Nie zależało od tego, w jakiej organizacji, nie mówiąc o tym, że smarkacze w ogóle się nie orientowali, jakie są idee. Gdzie kto złapał kontakt [tam był]. Trafiłam do organizacji narodowej, bardzo radykalnej, do grupy „Szańca”. Moje zadanie polegało na tym, że do nas do domu przynosili paczki z wydrukowanym „Szańcem”, my to (ktoś zawsze pomagał) składaliśmy i potem pakowało się w następne paczki. Kolporterzy przychodzili i to zabierali. Ponieważ nas była czwórka w domu więc rodzice powiedzieli, że broni to nie, ale: „Gazetki – to świetnie”.
Mieszkaliśmy na ulicy 6 Sierpnia, dom stał w tym miejscu, gdzie teraz jest ulica Waryńskiego, mniej więcej. Z jednej strony była żandarmeria, a z drugiej starostwo. To była przedwojenna kamienica, gdzie były duże mieszkania. Pewnego dnia, było pełno jeszcze nie złożonych egzemplarzy „Szańca”, słychać na klatce schodowej szwargot Niemców. My przerażeni, chłopcom kazałam pomagać, a ponieważ to było duże mieszkanie, to były piece. Zaczęliśmy „Szaniec” palić w piecu. Niemcy (ciągle coś się działo) w końcu sobie poszli. Okazało się, że wcale nie przyszli nikogo aresztować, tylko korki wykręcali na klatce schodowej, ale tego nikt oczywiście nie wiedział. Oprócz normalnych egzemplarzy „Szańca” był „Biuletyn Specjalny”, który był zapakowany w kopertę, której nam nie wolno było otwierać i którą ktoś inny zabierał. Ale ponieważ to wszystko było już rozpakowane, to oczywiście zobaczyłam, co w tym biuletynie było. W biuletynie był – teraz już nikt w to nie uwierzy, ale to był fakt – wykaz osób, na które były wykonywane wyroki śmierci. Dla mnie był to straszny szok, bo to nie tylko byli konfidenci gestapo, ale to byli jacyś komuniści. Pamiętam, że to był straszny szok, z ojcem dyskutowaliśmy na ten temat. Ojciec mówi: „Trzeba, po prostu, wystąpić z tej organizacji jeżeli to...”. Miałam kolegę Janka Krasnodębskiego, z którym razem byliśmy i postanowiliśmy wystąpić. Poszliśmy do naszego szefa, „Zawiszy”, i powiedzieliśmy, że chcemy wystąpić. On na to powiedział, że jesteśmy zdrajcy i że w ogóle wyrok śmierci będzie [na nas]. My strasznie przerażeni, wiem, że ojciec przez pana Zolla interweniował, żeby... Na pewno nic by nam nie zrobili, ale tak tę groźbę straszną przyjęliśmy.

  • Proszę powiedzieć, co rodzice mówili na państwa wyczyny? Pani była z rodzeństwem?

Rodzice [akceptowali]. Jak będę mówiła o Powstaniu, to powiem o reakcji na Powstanie, ale tu rodzice... W gronie naszych znajomych cała młodzież była, nie było innych, nie pamiętam, żeby ktoś... Chyba że był za młody. Ale nawet mój brat, który miał w Powstanie czternaście lat też w jakichś „harcerzykach” był. Tak że to było normalne. Pamiętam moment, że kiedyś mój kolega Staszek Susczyński przyszedł mnie odwiedzić, chciał mi zaimponować i miał pistolet. Zaczął pistolet repetować, moja mama usłyszała, weszła i mówi tak: „Jestem córką myśliwego, to wiem co to znaczy! Panie Staszku, wszyscy wiecie. Na gazetki się zgadzamy, ale broń – proszę bardzo, żeby to było ostatni raz”.
Jak było stworzone getto, było [tak] – teraz wszyscy mówią co innego, ale prawda była taka, że te dwie społeczności były zupełnie [odrębne], ze sobą nie bardzo się mieszały, więc właściwie nie mieliśmy kontaktów z żydowskimi [dziećmi]. Mieszkaliśmy w Śródmieściu. Wszyscy oczywiście przeżywaliśmy tragedię getta, ale to było coś bardzo odległego. Pamiętam, jak dla mnie było wielkim szokiem, jak w czasie okupacji przez getto przejeżdżały tramwaje. To wyglądało w ten sposób, że ludzie siedzieli w tramwaju i jak tramwaj wjeżdżał za mur getta to wszystkie drzwi były zamknięte, Niemcy stali przy przejściach i tramwaj przejeżdżał. Ale przez okno było widać. Pamiętam, jak pierwszy raz jechałam, widziałam na ulicach trupy przykryte gazetami, bez ubrania. Zdejmowali [z trupów] ubranie, żeby sami mieli w co się ubrać. Tłum się kłębił po ulicach. Nie pamiętam, jaką ulicą tramwaj jechał. Sam fakt, że rodzina wyrzuca swojego dziadka, ojca, rozbiera do gołki i przykrywa gazetą... To przecież było potworne.
Potem z Jankiem Kransodębskim (znalazł jakiś kontakt, to było jeszcze przed scaleniem NSZ z AK, chyba w marcu 1944 roku) byliśmy zaprzysiężeni na ulicy Natolińskiej. Dwaj bliźniacy tam mieszkali, nasi koledzy. Przyszedł chłopak bardzo „ważny”, składaliśmy rotę przysięgi i potem już byliśmy. Właściwie organizacje, to było wszystko przemieszane, bo ludzie mieszkali na Mokotowie, a w konspiracji byli [na przykład] na Żoliborzu. Ja trafiłam do komórki żoliborskiego wywiadu, ale nie byłam żadnym agentem, tylko byłam dziewczynką, która nosiła jakieś [informacje]. Była baza na Burakowie, na ulicy Elbląskiej, samochodowa. Kierowcy różne transporty [niemieckie], pewne rzeczy spisywali, numery pułków, ilości. Odbierałam to na ulicy Elbląskiej i potem przez Powązki, Okopową, oddawałam na Mokotowie, na Madalińskiego. Pamiętam kiedyś, był wieczór, z Powązkowskiej skręcałam na Okopową i na ulicy leżał trup. W tym momencie jechał niemiecki samochód. Przede mną był słup ogłoszeniowy (taki jak teraz postawili na placu Unii) i było wejście, gdzie trzymali miotły. Było otwarte, więc wlazłam, dziura przerdzewiała była i [przez nią] widziałam jak Niemcy wysiedli z samochodu i tego trupa zabrali. Prawdopodobnie to był Niemiec zastrzelony. Gdyby mnie wtedy złapali z jakimiś mapkami, to byłoby niezbyt przyjemnie.

  • Czy często zdarzały się sytuacje, że zabici ludzie leżeli na ulicach?

Nie można powiedzieć, że często. Były egzekucje, ale nie było tak, że „trup gęsto się słał”, od czasu do czasu. Potem meldunki odnosiłam na Racławicką czy na Madalińskiego do robotniczego domu. Jak przychodziłam, to oddawałam [pewnemu] panu swoje meldunki, a jego żona fartuchem wycierała stołek i mówiła: „Niech se panienka siędzie”. Dawała mi mleko albo coś [innego] do picia, coś takiego serdecznego.
W 1943 roku, z 12 na 13 maja był nalot sowiecki. Rzucali bomby, głównie w Śródmieściu. Mieszkaliśmy na 6 Sierpnia 32 i bomba upadła na ulicę Jaworzyńską. Dom naprzeciwko nas cały „zjechał” na dół. Ponieważ ogłosili alarm, wszyscy byliśmy w piwnicy. Jak bomba upadła, wszyscy z piwnicy wyszliśmy, trzech chłopców i ja i poszliśmy na ulicę pogapić się co z tą bombą. Ojciec z piwnicy wyleciał i mówi: „Wracajcie w tej chwili!”. W tym momencie, to była brama obudowana głęboko, bo to był dom, gdzie było podwórze – studnia obudowana i w bramie znaleźliśmy się w tym momencie, jak upadła bomba półtonowa na jezdnię 6 Sierpnia, ale nie wybuchła. Jak znaleźliśmy się w przejściu, brama wielka, drewniana przewaliła się i ludzie, którzy tam byli... Jakiś gruz. Pamiętam tylko, jak mój ojciec podgarnął mnie pod siebie i jakby zasłonił. Jakiś czas tak leżeliśmy. Mama wyszła z piwnicy, i taka mater dolorosa myślała, że całą rodzinę straciła. Ponieważ to uderzyło w kanalizację, zaczęła płynąć woda i wszyscy ożyliśmy. Pokazaliśmy się mamie, że żyjemy.
Mieszkaliśmy na trzecim piętrze, elegancki dom, marmurowe schody z czerwonym chodnikiem, po którym jak na sankach zjeżdżaliśmy. W naszym mieszkaniu wszystko się pozawalało, różne serwantki ze szkłami, które mama zbierała. Nawet w sypialni rodziców cały tynk zjechał. Ale ciekawe, stał zegarek i ten zegarek chodził. Od tyłu naszego domu był pusty plac, który aż do Śniadeckich szedł. To był [tak] olbrzymi podmuch, że okna wyleciały na ten plac, ale jakoś wszyscy [uratowali się]. Wtedy wszystko się przewartościowało. W czasie okupacji wszystko nie było ważne, pieniądze... tylko życie było ważne. Wszystko było podporządkowane uratowaniu życia. Nawet tacy młodzi jak my też właściwie... Tylko że była szalona solidarność międzyludzka. Właściwie wszyscy w kamienicy, mieszkaliśmy w domu, gdzie była elegancka klatka schodowa frontowa, a boczne były już drewniane i mniejsze mieszkania, ci wszyscy ludzie niewiele ze sobą [kontaktowali się]. Ale w czasie okupacji to była jedna rodzina. Dozorca chodził i mówił jak u kogoś był „kocioł”.
[…]
Mieliśmy kuzynkę, która mieszkała w płockim. Mieli majątek ziemski i jej mąż był w oflagu, a ona była w majątku. Był Treuhänder, który zarządzał majątkiem, ale ona [też] była. Była młoda, miała dwadzieścia parę lat, przed samą wojną się pobrali. Na jej imieniny (miała Zofia na imię) przyszedł Niemiec i powiedział: „Mam dla pani prezent na imieniny”. „Jaki prezent?”. „Ma pani wóz z koniem? Niech pani zabierze, co się da na ten wóz, i fora ze dwora”. Furą z koniem przyjechała do Warszawy i potem [kuzynka] mieszkała na Marszałkowskiej u mojej babci.
Siostra mojej matki Dziewałtowska-Gintowt wyszła za mąż za adwokata Gintowta. Dziewałtowscy byli potomkami... Ich dziadek był powstańcem z 1863 roku zesłanym na Sybir. Było trzech braci. Jeden brat to był mój wuj Gintowt, drugi brat, Kazimierz bodajże, był wojewodą tarnopolskim, a trzeci został w Rosji. Mieszkał w Petersburgu (później w Leningradzie), był profesorem socjologii, bodajże. Prawdopodobnie był komunistą, ale nie wiem, co było. W każdym razie miał żonę Polkę, mieli syna i wiem, że wuj parę razy przez jakichś ludzi synowi posyłał farby, bo [syn] był architektem czy malarzem.
Pewnego dnia, to był rok 1943 – dzwonek. Stoi w progu młody człowiek w niemieckich spodniach, niemieckiej czapce, porwanej marynarce i po rosyjsku mówi, że się nazywa Czesław Gintowt. Tata zaczął z nim, ponieważ cała rodzina w Rosji kiedyś była, [rozmawiać]. Okazuje się, że [chłopak] był wychowywany tak, że do pięciu lat do niego mówili po polsku, a potem, żeby nie podpaść na stalinowskie represje, to już tylko mówili po rosyjsku. Po polsku właściwie w ogóle nie mówił. Był architektem. Młody chłopak, dopiero co skończył [szkołę]. Jak wybuchła wojna, to powołali go do wojska. Był porucznikiem w bolszewickiej, czerwonej armii. Potem dostał się do niewoli. Jak się dostał do niewoli, to w Rosji było tak, że jak oficer podawał się do niewoli, to rodzinę całą rozstrzeliwali, więc w ogóle nie dawał znaku życia rodzinie i był gdzieś pod Smoleńskiem w łagrze. Właściwie to nie był łagier tylko niemiecki obóz. Te obozy były potworne, bo ich tam głodzili, byli ludożercy, w ogóle były straszne rzeczy. Ale [w obozie] trafił na jakiegoś Mazura, żołnierza niemieckiego, z którym się dogadał, ten się wzruszył. Cały czas mówił, że jest Polakiem, pomimo że po polsku nie mówił. Jakoś pomógł mu wyciągnąć się z łagru i potem w Smoleńsku był nauczycielem rysunku w szkole. Z tym że mówił, że miał dziury na pupie, a [w szkole] panienki już były całkiem, całkiem to górą zasłaniał dziury.
W każdym razie potem stamtąd uciekł i przyjechał do Warszawy. Nie wiem w jaki sposób wiedział, że Gintowtci mieszkają u nas, do nas się zgłosił. Najpierw był u nas, potem poznał pół-Rosjankę, do której się od nas wyprowadził i gdzieś pracował. Potem (tego nigdy nie byłam w stanie zweryfikować) jeden z naszych kolegów mówił, że widział pierwszego dnia Powstania na Mokotowie właśnie Czesława z moim młodszym bratem ciotecznym, który zresztą zginął w Powstanie, więc nie można było ocenić, czy to jest prawda, czy nie. Widział ich. Potem właściwie po nim ślad zaginął. […]
  • Czyli prawdopodobnie Czesław nie przeżył wojny?

Nie wiadomo. Może w ogóle nie chciał, może potem... W Rosji były straszne rzeczy. Może nie chciał narażać swojej matki, żeby trafiła do łagru. Nie wiem. Ale mógł zginąć i ten facet, który miał jego dokumenty, mógł po prostu wziąć jego dokumenty. Tego nikt nie wie.

  • W Rosji byłoby mu raczej ciężko.

Szczególnie że w Rosji było tak, że na przykład mojego ojca w 1939 roku ruscy złapali w Łucku, miał w dowodzie osobistym napisane „urodzony w Moskwie”, to chcieli go [zabrać]...
Teraz zabawna historia. Kiedyś opalaliśmy się na dachu. Jak mówiłam, z jednej strony była żandarmeria, z drugiej [starostwo]. To była czteropiętrowa kamienica i kamienice obok też były czteropiętrowe. Wyleźliśmy na dach z kocykami, ale było niewygodnie, więc przeszliśmy na dach żandarmerii. Rozłożyliśmy sobie kocyki. Mój brat, który wtedy miał trzynaście lat, był w tym momencie za kominem. Nagle otwiera się klapa, Niemcy ze Stenami: „Ręce do góry!”. Ja tylko w majtkach i w opalaczu, chłopcy w slipkach. Zabrali nas do żandarmerii. Wsadzili nas do pokoju, żandarm nas pilnował, ale mój brat, którego nie zauważyli, poleciał do domu i powiedział, że jesteśmy aresztowani. Rodzice się przyjaźnili przed wojną z państwem Benke. On był chyba dyrektorem gazowni. Miał jednego brata w Rosji, komunistę (to była niemiecka rodzina), a drugi był pułkownikiem w Niemczech. W czasie okupacji jak tu przyjechał, to namówił brata, żeby podpisał Volkslistę. Rodzice oczywiście [poszli do nich], mama powiedziała: „Słuchaj kochana, przyjaźnimy się tyle lat, ale ja z Niemcami trudno żebym utrzymywała [kontakt]”. I zerwała stosunki. Ale jak nas aresztowali, to mama zadzwoniła do pani Benke i mówi: „Słuchaj, ty się tu deklarowałaś z przyjaźnią, to zrób coś, żeby moje dzieci wypuścili”. Ona zadziałała i nas wypuścili. Tak że nic nam się nie stało.

  • Długo państwo siedzieliście?

Nie. To trwało chyba ze dwadzieścia cztery godziny, bo przez noc jeszcze byliśmy.

  • Na golasa praktycznie?

Tak, na golasa. Jeszcze jedną śmieszną rzecz opowiem. Mówię nie tylko o tragicznych rzeczach, ale o różnych. Był Pasaż Simonsa, który ciągnął się wzdłuż Ogrodu Saskiego i Królewskiej.[...] To był oszklony pasaż, jedyny w Warszawie, były tam różne sklepy, restauracje. Była restauracja, „Melodia” bodajże się nazywała, gdzie był mulat, Scott, który grał na saksofonie. Postanowiliśmy pójść do tej restauracji. Ale chłopcy mieli po siedemnaście lat czy po osiemnaście, ja szesnaście. Poszliśmy, trzech chłopców, Morek Młynarski, Ryś, jeszcze trzeci i jedna koleżanka. Siedzieliśmy, kręcony parkiet był, tańczyliśmy, Scott grał na [saksofonie]. Potem przyszła chwila tragiczna – przyszedł kelner z rachunkiem. Jak zobaczyliśmy ten rachunek to w ogóle oczy [w słup. Liczyliśmy] pod stołem wszystkie pieniądze [jakie] mieliśmy, ale nie starczyło. Godzina policyjna, już jest siódma, do domu trzeba dojść, więc Ryś miał zegarek swojego ojca, złotego Longines’a. Mówi do kelnera: „Proszę pana. Może panu zostawię kenkartę i zegarek, a jutro to wykupimy”. Kelner wziął. Wróciliśmy do domu. Przez noc doszliśmy do wniosku, że nie ma co rodziny denerwować, ale rano – trzeba wykupić zegarek. Więc – do mamy. Ryś był ukochanym siostrzeńcem mamy, więc Ryś [poszedł do mamy]. Mama mówi: „Rysiu! Ty masz dopiero siedemnaście lat i już w knajpie zostawiłeś zegarek! Co z ciebie wyrośnie!”.

  • Udało się wykupić?

Udało się. Mieliśmy kolegę, Andrzeja Mozołowskiego, którego ojciec był lekarzem. Był nawet lekarzem przybocznym Piłsudskiego. Andrzej Mozołowski często do nas przychodził (był jednym z chłopaków, którzy do nas przychodzili). Jego ojciec był lekarzem i matka też była lekarką. Mieszkali na Wilczej 2, na rogu Alej Ujazdowskich i Wilczej. U nich w domu były wykłady, bo Andrzej chodził do „Batorego” w czasie okupacji, też były komplety u „Batorego” i były lekcje podchorążówki, była broń. Jak Niemcy zaczęli się dobijać, to Andrzej przez kuchenną (bo dawniej w mieszkaniach dużych były klatki schodowe frontowe i kuchenne) klatkę zbiegał i [wpadł] akurat na Niemca, który stał ze Stenem. Ale to zadziałało tak, że Niemcy już nie weszli do mieszkania i tamtych chłopaków już nie [aresztowali]. Jego aresztowali i był w Bergen-Belsen. Z tym że ponieważ jego ojciec przed wojną współpracował z niemieckimi profesorami, bo był jakimś specjalistą od chorób mózgowych to pani Mozołowska napisała do tych profesorów, że syn profesora Mozołowskiego jest [aresztowany] i załatwili to, że Andrzejowi wyrok śmierci zamienili na dożywotni obóz koncentracyjny. Był w obozie, przeżył zresztą. Potem był w 2. Korpusie, potem jeszcze w Polsce się z nim [spotkaliśmy].
Kiedyś byłam u mojej ciotki na Żurawiej i byli sami dorośli, ale był jeszcze jeden chłopak, Józek Pronaszko. Była apteka koło Politechniki na rogu Lwowskiej (tu gdzie gimnazjum Staszica), znana i [tam była] rodzina malarza Pronaszki, bardzo przyzwoita rodzina. Dwoje byliśmy, pogadaliśmy sobie i zaprosiłam go, żeby kiedyś do nas przyszedł. Przyszedł do nas z pudełkiem ciastek od „Meinla”. „Meinl” to była firma dla Niemców, gdzie były słodycze, kawy, tylko Niemcy mogli tam kupować. My w ogóle ciastek już dawno nie jedliśmy. Chleb kartkowy, u nas dosyć było [ubogo]. Było duże mieszkanie, ale pieniędzy nie było. Pytamy Józia, skąd on [to ma]. „A wiecie, mam znajomego kelnera, który u »Meinla« pracuje”. Oczywiście ciastka wrąbaliśmy z zachwytem. Potem do nas przychodził, czasami coś przynosił, jakąś kawę czy coś takiego.
Kiedyś była historia, że jeden z moich wujów był w kawiarni na placu Zbawiciela i siedział z kimś przy stoliku. Patrzy, że Józio Pronaszko podszedł do automatu telefonicznego i z kimś rozmawia. Wyjął portfel a w tym portfelu wysypywały się pieniądze, banknoty. To był chłopiec, który miał siedemnaście lat czy osiemnaście lat! Wuj zadzwonił do ojca, Pronaszki i mówi: „Słuchaj, czy ty dajesz gówniarzowi takie pieniądze straszne?”. Ten mówi: „Ja nic, ale się zorientuję”. Parę dni po tym był wyrok na Pronaszkę. Okazuje się, że matka jego, zresztą bardzo ładna pani, była Ukrainką. Pamiętam, [miała] bransoletki, chodziła i dzwoniła tymi bransoletkami. Żeby ochronić swojego syna, namówiła jego, była organizacja młodzieży ukraińskiej współpracująca z Niemcami, bardzo na indeksie akowskim. Okazuje się, że on był po prostu donosicielem, tylko jakoś szczęśliwie nas, albo jeszcze nie zdążył, albo może nas tak kochał, że akurat nas nie chciał [zadenuncjować]. W każdym razie przyszła trójka, żeby odczytać [wyrok]. Pana Pronaszkę zamknęli w łazience, pani gdzieś była w mieszkaniu. Chłopakowi odczytali wyrok i w momencie kiedy do niego strzelali, to matka go zasłoniła. Zastrzelili matkę i tego chłopca. To była tragedia straszna dla ojca. Oprócz tego, że stracił żonę i syna... Ale to była naprawdę porządna polska rodzina i coś takiego się stało. To straszne. Mówię to jako przykład, jak to wszystko się mieszało.
Potem jeszcze była tragedia. Przyjaźniliśmy się z Morkiem Młynarskim, to zresztą jest rodzina Emila Młynarskiego, [dawnego] dyrektora filharmonii. Było tam dużo chłopców, [między innymi] Morek i Janusz. To byli nasi [znajomi]. Właściwie [całe dnie] Morek u nas siedział. To już było przed samym Powstaniem, w czerwcu 1944 roku. Mieszkali na Mokotowskiej (jak jest teatr na Mokotowskiej, to oni [mieszkali] obok). [Morek] jechał na rowerze i jechała grupa Niemców ciężarówką, podobno byli pijani. Tego samego dnia był wyrok na jakiegoś Niemca i chłopcy, którzy zastrzelili Niemca, uciekali na rowerach. Jak ci Niemcy jechali (to był róg Narbutta i Alei Niepodległości) aleją Niepodległości i zobaczyli Morka i jego kolegę na rowerach, [to] zatrzymali się, ludziom, którzy byli na ulicy kazali położyć się pokotem i Morka zabili.
Drugi kolega, zanim do niego strzelili, w Narbutta wpadł i się uratował. Zadzwonił do pani Młynarskiej (wtedy telefony jednak były [na] podsłuchu, wszyscy się bali, przez telefon się rozmawiało [ostrożnie]) i powiedział: „Nie zobaczy pani Morka”. Coś takiego [powiedział], w ogóle nikt nie wiedział [o co chodzi]. Niemcy sobie pojechali. Ludzie wyszli na ulicę i jakaś pani uważała, że Morek to jest jej zabity syn. Zdjęła mu zegarek, sygnet i zabrała. Na drugi dzień pani Młynarska dzwoniła po wszystkich szpitalach, powiedzieli, że Morek jest na Oczki. W dalszym ciągu jest tam przy szpitalu kostnica. Pamiętam, że z Rysiem (to był najlepszy przyjaciel Morka) i z panią Młynarską poszliśmy do kostnicy. To było straszne, bo leżeli ci wszyscy zabici goli, na jakichś ławach. Pani Młynarska Morka rozpoznała, strasznie rozpaczała. W tym momencie od ściany podeszła do niej jakaś pani i mówi: „Proszę pani. Chciałam pani oddać zegarek i pierścionek, bo to nie jest mój syn. Mój syn u kolegi nocował i rano przyszedł. Nie wiedziałam, co z tym zrobić, więc się też dowiadywałam, gdzie są ci z egzekucji”. Potworne. Ta pani powiedziała: „Składam pani kondolencje”. Tu składa kondolencje, a w duchu myśli – jakie to szczęście, że to nie jest mój syn. Jakie to były straszne [sytuacje]!
Potem pani Młynarska, ponieważ Morek zginął bez sakramentów, kazała nam wszystkim iść do spowiedzi. Poszłam do spowiedzi na plac Zbawiciela do jakiegoś księdza, który mi mówi, że trzeba przebaczać w duchu miłości chrześcijańskiej. Pamiętam, że w ogóle furia mnie ogarnęła! Tu nasz przyjaciel zginął, a ten ksiądz mówi, że mamy kochać Niemców! Pamiętam, że wstałam – „Niech ksiądz puka w tej chwili, w ogóle wychodzę stąd”. To zaważyło na całym moim stosunku do kościoła, bo to było straszne przeżycie.

  • Jak to można było pogodzić, prawda?

Kościół teraz też... Jakieś historie z UB-owcami, kościół też mówi, że trzeba przebaczać. Potem pogrzeb Morka na Powązkach, masa młodzieży była w kościele i potem w pewnym momencie na Powązkowską podjechały samochody z Niemcami. Wszyscy myśleli, że to po nas. Ale o coś innego im chodziło, więc pogrzeb się odbył, Morka pochowaliśmy. Drugi syn państwa Młynarskich zginął 2 sierpnia w Powstaniu. Starszy syn.

  • Czyli można było stracić życie zupełnie przypadkowo.

On był w konspiracji, ale zginął zupełnie przypadkowo.

  • Rozmawialiśmy o egzekucji na Lesznie, vis a vis Sądów.

Nie pamiętam, który to był rok, ale wydaje mi się, że to był albo 1943 albo początek 1944, bo już getto było, ale jeszcze domy stały. Były egzekucje uliczne. Były rozlepiane plakaty, na których były wymienione osoby i było napisane, że o ile jakiś Niemiec zginie (były różne powody), to zakładnicy zostaną rozstrzelani. Był plakat, że rozstrzelali dziesięciu czy dwunastu komunistów. Zwłoki rozstrzelanych powiesili na ulicy Leszno. Za murem była kamienica i były balkony. Na balkonach za szyję było powieszonych dwunastu. Z tym że to wcale nie byli komuniści. Syn znajomych moich rodziców (państwo Łysakowscy – ten pan był dyrektorem Banku Gospodarstwa Krajowego, więc w ogóle nie był komunistą) właśnie tam wisiał. Była cicha manifestacja. Na schodach Sądów (schody są jak się wchodzi do Sądów na Lesznie) stali Niemcy w hełmach ze Stenami, rozkraczeni, rząd Niemców, tu [ludzie] wisieli na drugiej stronie, a jezdnią szedł pochód ludzi w całkowitej ciszy. To nie był tłum kłębiący się, tylko pochód. Ludzie szli, wszyscy patrzyli, mężczyźni zdejmowali czapki. Straszne wrażenie to robiło, ci powieszeni ludzie, [tu] Niemcy... Jednak była demonstracja, że ludzie się jakoś nie bali. To już musiał być chyba 1944 rok.

  • Są różne wersje na temat tej egzekucji, czy oni najpierw byli zastrzeleni, czy...

Mówili – ludzie wiedzą – że [jak] powieszony, to język mu wystaje, że w ruinach getta prawdopodobnie ich zabili, a na zastraszenie ludzi ich powiesili. Nie wiem, nie znam się na tym, ale wiem, że ludzie mówili, że inaczej wyglądają ludzie powieszeni.
Pod koniec lipca, to chyba był 22 lipca, była sytuacja, że wydawało się, że już koniec z armią niemiecką. Przez ulice, Aleje Jerozolimskie, Marszałkowską, jechały chłopskie wozy, na których siedzieli żołnierze niemieccy, rozchełstani, nieogoleni, brudni, jakieś wozy z szabrowanymi rzeczami. Część Niemców lazła, ciągnęła karabiny. Siedzieliśmy na krawężniku, chłopcy patrzyli na karabiny, czy nie da się ich jakoś [przechwycić]. W ogóle nastrój był w mieście, że już koniec z Niemcami. Już były wtedy nastroje, że trzeba Powstanie robić. Wtedy wszystkie urzędy zaczęli likwidować. Przed urzędami stały samochody, ładowali [rzeczy], palili dokumenty. Równocześnie Niemcy szabrowali, co się dało. Wywozili meble, jakieś rzeczy. To wszystko jechało. Parę dni to trwało. Powstanie wybuchło we wtorek a to było w piątek, czyli to musiał być chyba 28, była koncentracja. Łączniczki przychodziły. Byłam w grupie żoliborskiej, na Żoliborzu. Na ulicy Śmiałej, na rogu Czarneckiego był placyk, nazywali go „placykiem czterech generałów”. Tam mieszkała nasza łączniczka i u niej była koncentracja, ale na drugi dzień rano nas rozpuścili i wróciliśmy do domu. Z tym że byliśmy wszyscy oburzeni, że Powstanie nie wybuchło, wszyscy już [byli] nastawieni na to.
1 sierpnia rano zaczęła przebiegać [wieść] (nas czwórka była w Powstaniu, więc dużo), że właśnie Powstanie wybuchnie, że mamy [dotrzeć] w punkty, gdzie mamy się znaleźć. Jeszcze przychodzili różni znajomi, koledzy się żegnać. Pamiętam, że ojciec nas całą czwórkę wziął i powiedział tak: „Uważam, że Powstanie nie ma najmniejszego sensu. To w ogóle się nie uda, tylko się straci najlepszą młodzież. Ale myśmy was tak wychowali, że nie mogę wam powiedzieć, żebyście nie szli do Powstania. Musicie iść do Powstania”. Zresztą i tak byśmy poszli, co by nie mówił.
Zaczęliśmy się rozchodzić. Mój brat miał harcerzyków na Pradze, zresztą nie dojechał [do nich], wrócił do domu i później był na Mokotowskiej u „Golskiego”. Moi dwaj bracia cioteczni byli w „Baszcie”, na Mokotów poszli. Ja na Żoliborz. Wyszłam o trzeciej z domu, dojechałam do wiaduktu nad Dworcem Gdańskim i już jak dochodziłam do placu Inwalidów to była strzelanina. Jakoś dotarłam, bo nasza koncentracja była w tak zwanym szklanym domu... Na Mickiewicza są domy ZUS-u, które nazywali w Warszawie szklane domy (tak jak Żeromski [opisywał]). To były bardzo nowoczesne na tamte czasy domy. Była [w tym miejscu] koncentracja. Mój pluton 235., jakoś [do niego] trafiłam, dali nam opaski, my oczywiście zachwyceni. Pamiętam, że miałam narciarskie buty, jakąś spódnicę i narciarską kurtkę mamy. Nie dała mi wziąć plecaka, tylko walizeczkę. Były kiedyś walizeczki lakierowane, na nich nalepki z różnych hoteli zagranicznych, więc [byłam] z walizeczką.

  • Co było w tej walizeczce?

Skarpetki zapasowe, majtki, takie rzeczy na Powstanie. To przecież miało trwać trzy dni, [więc] żeby mieć zapasowe skarpetki, zapasowe majtki, grzebień. Już zaczęło się natarcie niemieckie od Placu [Wilsona]. Ale mnie i grupę pięciu czy siedmiu chłopców posłali pod Dworzec Gdański, żebyśmy zobaczyli, co się dzieje na Dworcu Gdańskim. Mieliśmy dwie butelki, jeden pistolet i nic więcej. I te opaski. Dotarliśmy do Dworca Gdańskiego, ale na dworcu stał już jakiś pociąg, strzelali, więc właściwie nic nie mogliśmy zobaczyć. Zaczęliśmy wracać (pamiętam, że deszcz zaczął padać). Wszędzie na Żoliborzu już była strzelanina, więc [powrót] z Dworca Gdańskiego na Mickiewicza zajął nam cały wieczór. Wiem, że [szliśmy] koło Cytadeli, przez park Traugutta. Jak dotarliśmy do „szklanego domu” to się okazało, że już powstańców nie ma, bo się wycofali do Puszczy Kampinoskiej. Jacyś ludzie byli, którzy mówią: „Wy z tymi opaskami tutaj, nie narażajcie nas...”. Rozdzieliliśmy się. Chłopcy, co ze mną, byli powiedzieli, że pójdą do Kampinosu. Ja doszłam do wniosku, że gdzie będziemy szukać, będę wracać do domu.
W nocy przyszłam na ulicę Śmiałą, gdzie mieszkała koleżanka. Jeszcze przyplątał się jakiś kapitan (mężczyzna, nie chłopiec, dorosły człowiek), który też był ubrany w buty z cholewami, skórzaną kurtkę, więc od razu było widać, że [do Powstania]. Przyszliśmy do tych państwa i rodzice koleżanki zapchali nas – było wejście do willi i był daszek – mnie z tym kapitanem pod daszek. Powiedzieli: „Rano zobaczymy, co będzie”. Przesiedzieliśmy noc, a potem rano w ogóle już nie ma Powstania na Żoliborzu, więc ci państwo mówią: „Idźcie gdzieś”. Tego pana w ogóle nie znałam, ale jak już przesiedzieliśmy noc [pod daszkiem], to już trochę się poznaliśmy. Tłum ludzi szedł przez wiadukt nad Dworcem Gdańskim, z rękami do góry. Ja jeszcze, głupia, byłam tak dumna, że mam opaskę, zawinęłam opaskę w skarpetki i wsadziłam do walizeczki zamiast wyrzucić. Kapitan nie miał żadnej opaski, ale był tak ubrany, że... Jak z tłumem, z rękami podniesionymi szliśmy przez wiadukt, to nagle Niemcy mnie, ponieważ [byłam] w tych głupich butach narciarskich, i tego faceta w skórze wyciągnęli z [tłumu]. W tym momencie jeszcze jakaś grupa powstańców była na Generała Zajączka. Zaczęli ostrzeliwać wiadukt. Niemcy z wiaduktu w dół, a my z tym panem do placu Krasińskich. Na placu Krasińskich już byli powstańcy. [Kapitan] miał rodzinę na Pańskiej. Wiem, że szliśmy w stronę Żelaznej Bramy i potem on na Pańskiej poszedł do siebie do domu, a ja doszłam do placu Żelaznej Bramy. Powstaniec stał ze Stenem, to był Wojtek Krzemiński, mój kolega, podchorąży i mówi: „Tu nie wolno!”. Mówię: „Słuchaj, ja muszę tędy przejść”. Mówi: „To ja cię zastrzelę”. Mówię: „To zastrzel mnie!”. On mówi: „Idź, głupia!”. Przeszłam.
Przyszłam – na Marszałkowskiej na rogu Złotej mieszkali moje wujostwo, brat mojej mamy. Byli w Milanówku na wakacjach, ale tam wuj w czasie okupacji miał biuro handlowe. (W ogóle był całe swoje życie w Afryce, przyjechał przed samą wojną i miał z powrotem jechać, ale z dworca dali mu powołanie (był porucznikiem) do wojska i już nie wyjechał. Potem zamknęli go do [obozu], ale uciekł z oflagu i potem miał biuro, [gdzie] handlowano wszystkim – [były] i wieczne pióra, i ogórki, i dżem, wszystko. Miał dwóch pracowników. Jeden z pracowników był Żydem, którego wuj w jakiś sposób – nie pamiętam, znał go, wiem, że jakiś policjant z tym Żydem przyszedł i wuj go wykupił). W każdym razie pamiętam, że było tych dwóch panów. Jak przyszłam, to mówię, że ja tutaj... On mówi: „Czy mamusia wie, że ty w Powstaniu?”. Mówię: „Wie”.

Sypialnia wujostwa była od strony Marszałkowskiej, pod obstrzałem. Nie spałam dwa dni, w bety się wpakowałam. Rano trzeba iść do Powstania. Ci dwaj mówią: „Nigdzie nie pójdziesz, tylko będziesz tu siedzieć”. Poszłam do kuchni, wzięłam siekierę i siekierą [wybiłam] zamek. [Widząc mnie] z siekierą, w ogóle się już bali, że ja w końcu... Potem zaczęłam szukać jakiegoś przydziału. Wtedy zgłosiłam się do „peżetu”. Była [to] Pomoc Żołnierzom, komenda „peżetek” była. Mnie przyjęły panie jako łączniczkę. Wtedy znalazłam się na Tamce. To był chyba 3 sierpnia.
Na Tamce [było] w ogóle jak przed wojną – sztandary wiszą, w oknach powystawiane adaptery i grają „Warszawiankę”, ludzie chodzą normalnie, bo jeszcze wtedy nie było obstrzału, w ogóle coś nadzwyczajnego. Elektrownia jeszcze wtedy działała, więc było światło. Telefony działały na początku, światło było i pamiętam, że „peżetki” urzędowały w PKO. Gmach PKO był nie ten, co jest teraz, tylko w tym miejscu, gdzie jest teraz McDonald. Na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej stał olbrzymi gmach PKO, gdzie były chyba cztery piętra pod ziemią, bo tam były skarbce. W skarbcu „peżetki” miały magazyn, [gdzie] były jakieś bochenki chleba. Zostawiły mnie w magazynie, ale przychodzili chłopcy głodni, rozdałam cały magazyn. Na drugi dzień awantura, ale jakoś przeszło.
„Peżetki” organizowały gospody dla powstańców w różnych miejscach Warszawy, po całej Warszawie. Z tym że gospody przeważnie prowadziły różne panie dyrektorowe, inżynierowe, panie czterdziestoletnie, które – patriotycznie nastawione – warząchwią mieszały w kotłach. Były takie gospody na Wspólnej, na Kruczej. Posłali mnie żeby iść na Kruczą. Musiałam przebiec przez Aleje Jerozolimskie gdzie jeszcze nie było wykopu. Z tym że się przebiegało w nocy.

  • Nie było jeszcze barykady?

Nie, nie było jeszcze. Barykada była [zbudowana] 10, 8 [sierpnia], a na początku w ogóle jeszcze nic nie było, tylko ulica. Pod obstrzałem to się wydawało okropnie daleko. Dali nam mundury. Na Starym Mieście mieli panterki, a nam z jakiegoś magazynu kolejowego dali drelichy granatowe, kolejowe. Ja akurat miałam ciepłą kurtkę. Ubrali nas w to. Z tym że był szalony entuzjazm. Pamiętam, że strasznie chciałam zginąć za ojczyznę. I dopiero jak zobaczyłam na Jasnej trupy popalone przez bomby iperytowe, takie kadłubki wielkości pół metra, zupełnie czarne, spalone, to wtedy już przeszła mi chęć.
Wracając do Alej Jerozolimskich. Wtedy w BGK (w Banku Gospodarstwa [Krajowego]) byli Niemcy, na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich też byli Niemcy. To był ostrzał ze wszystkich stron. Stali z jednej strony i z drugiej, tak jak gdyby mówili: „No, to teraz lećcie i potem następni”. Pamiętam, że wbiegłam na jezdnię i zaplątałam się w kable tramwajowe. Przewróciłam się, to była noc, jakieś były rakiety oświetlające, oświetlili mi [drogę] i dwie serie po mnie [przeszły], ale nic mnie nie trafiło. Jakoś się wygrzebałam z kabli i przebiegłam na drugą stronę, co trzeba było załatwiłam i trzeba było wracać. Następnej nocy znów stałam, już wtedy był ogonek, stali ludzie [w kolejce] do przebiegnięcia. Jak przyszła moja kolej, że mam przebiegać, to w tym momencie zza moich pleców wyskoczyła dziewczyna, która nerwowo nie wytrzymała i wbiegła na jezdnię. Seria po niej pojechała przez nogi i – coraz większa kałuża krwi. Wtedy się potwornie bałam. Miałam uczucie, że to mi się należało, bo gdyby ona mnie nie odepchnęła, to ja bym [dostała]. Pamiętam, że trzy godziny stałam tam i bałam się [przebiec]. W końcu przebiegłam i nic mi się nie stało. To było jednak przeżycie.

  • W dzień nie można było przebiegać.

To było pod obstrzałem, to w ogóle była egzekucja. Z tym że był wtedy ogólny entuzjazm, właściwie wszyscy się palili, żeby coś robić. Dziewczyny jak ja były łączniczkami. Te, które były sanitariuszkami, na przykład moja bratowa, też w PKO była sanitariuszką, to cały czas... W Powstaniu straciła matkę i siostrę. Ale entuzjazm był taki, że każde polecenie wszyscy wykonywali natychmiast. Niby już wtedy była strzelanina, ale jeszcze [w Śródmieściu] było stosunkowo spokojnie.
Byłam na koncercie w kinie „Palladium” w piwnicy, [występował] Fogg i Alina Janowska. Z tym że to nieprawda, co w różnych książkach piszą, że Janowska stała na barykadzie i śpiewała. To bzdury są, zastrzelili by ją natychmiast. Takie głupstwa ludzie opowiadają. Nie wiem, chyba ona sama nie opowiada. W „Palladium” był koncert, Fogg [śpiewał] „Chryzantemy złociste”, tak jak w filmie „Zakazane piosenki”, mniej więcej tak [to] wyglądało.

  • Czy często takie koncerty się odbywały?

Nie wiem, byłam na jednym. Różne rzeczy były w czasie Powstania. Pamiętam jak mieliśmy kwaterę w „Adrii”, w restauracji na pierwszym piętrze. Było tam towarzystwo asekuracyjne włoskie. W jakimś pokoju byliśmy, gdzie były worki z piaskiem w oknach, jakieś dywany porżnęliśmy i dywanami było to [zastawione]. Ktoś przyniósł patefon. Nakręcili patefon i wszyscy zaczęliśmy tańczyć. Tu Powstanie... Nagle drzwi się otwierają, wpada porucznik Galiński i mówi: „Gówniarze! Tu ludzie giną, a wy tańczycie!”. Otworzył okno i patefon wyrzucił na ulicę.

  • Jak wyglądały relacje dziewcząt i chłopców w czasie Powstania?

To było prawdziwe koleżeństwo. Były różne. Małżeństwa, ale na ogół jakichś... Byłam z grupy młodzieży, gdzie nasi chłopcy najwyżej nas pocałowali w policzek, a inne rzeczy robili gdzie indziej. Ale głównie, nie oszukujmy się, większość powstańców to była inteligencja. To byli uczniowie, studenci. Poza tym w niebezpieczeństwie było koleżeństwo, wiadomo było, że jeden drugiemu musi pomóc. Oczywiście też były różne sympatie, tak jak w życiu.
Mówiłam, że mój brat trafił do „Golskiego”. Miał czternaście lat, ale był wysoki, wyglądał na więcej, podał że ma osiemnaście lat i przyjęli go. Był u „Golskiego” na barykadzie na Polnej (tak jak teraz jest Trasa Łazienkowska, była barykada), działał z karabinem.
Pierwsza moja wizyta w domu. Wtedy jak przebiegałam przez Aleje, to noc spędziłam w domu. Mieszkaliśmy na trzecim piętrze i nasz dom był cały. Szyby wyleciały, ale cały [budynek]. Pamiętam, że zadzwoniłam, weszłam do domu, a rodzice w ogóle myśleli, że nie żyję, dlatego że 1 sierpnia na placu Zbawiciela zastrzelili jakąś dziewczynę, która była tak samo ubrana jak ja, i oni uważali, że to ja jestem. Więc oczywiście wielka radość, że żyję i potem już w Alejach Jerozolimskich był wykopany wąwóz jakby, ale dosyć płytki, miał może metr, były położone worki z piaskiem. Jak był ostrzał Niemców z górnych pięter, to oni widzieli, ale było mimo wszystko bezpieczniej. Później jakoś tak było, że ciągle gospody były po drugiej stronie Alej.
Kiedyś było tak, że byłam na Wspólnej i potem szłam do domu. Doszłam do Śniadeckich i na tyłach naszego domu był pusty plac, jakieś drzewa były. Przez plac przebiegałam i leżał ranny chłopiec, który jęczał. Był ranny w brzuch i z brzucha mu wnętrzności wypłynęły. Tu ostrzał, nikogo nie ma, tego chłopca... Chciałam te wnętrzności jakoś... To się w ogóle nie da... Złapałam go, trzymałam i on mówi: „Nie gniewaj się mamusiu, nie gniewaj się mamusiu. Nie gniewaj się na mnie”. To było dla mnie straszne! Miałam siedemnaście lat, przecież byłam smarkata, zaczęłam go głaskać po głowie i mówię: „Nie martw się synku. Nie martw się synku”. W pewnym momencie (jakiś krwotok był) buchnęła mu z ust krew. Ale w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że on umiera. Pierwszy raz coś takiego w życiu! On tak jakby zapadł się w siebie. Nie wiem, ile to trwało. Minuty? Sekundy? Nie mam pojęcia. Mnie się wydawało, że to [wieczność]... Trzymałam go, cała we krwi jego. W pewnym momencie zaczął stygnąć. Wtedy zorientowałam się, że umarł. Nikogo nie było. Miałam jakąś kurtkę, narzuciłam mu ją na twarz i biegiem do domu. Wpadłam do piwnicy, pytam się, czy [rodzice są]. „A, państwo Jasińscy są na górze”. Po schodach wpadłam na górę, ojciec otworzył drzwi. Siadłam na podłodze w przedpokoju i zaczęłam strasznie płakać. Łzy mi się lały! Takie odreagowanie na śmierć tego chłopca. Ojciec ukląkł koło mnie i mnie trzymał. A ja płakałam już nie wiem jak długo. Potem w końcu mama mnie stamtąd zabrała do łazienki, przecież byłam cała we krwi. W wannie była nazbierana woda do picia, bo ojciec na Jaworzyńskiej nosił w kubłach wodę, były studnie artezyjskie, i to była woda do picia. Ale mama mnie w tę zimną wodę wsadziła i tak jak dziecko myła mnie gąbką z krwi. Potem posadziła mnie na stołku koło miednicy z wodą i gęstym grzebieniem wszy mi z głowy wyczesywała w wodę. To było straszne przeżycie, bo zetknięcie się ze straszną śmiercią. I ten chłopiec – niech mamusia się nie gniewa na niego...
Wtedy jeszcze był entuzjazm wszystkich, cywile strasznie pomagali. [Pytali] na przykład: „Może chcesz coś zjeść?”. I dawali jeść. „Zimno ci?”. „Masz szalik”. Ludzie byli życzliwi dla powstańców.
Miałam koleżankę, łączniczkę – mówi: „Wiesz, moja rodzina mieszka na Złotej, pójdziemy odwiedzić rodzinę”. Była córką dozorcy tego domu. Wpadłyśmy do stróżówki, a matka tej dziewczyny [złapała] ścierkę i nas przez łeb! Jedną i drugą. Mówi: „Ty głupia, Ala – też była Ala – zamiast pomagać gasić domy, to tobie się zachciało!”. Więc my – chodu ze Złotej.

  • Jak się zmieniały reakcje ludności cywilnej?

Do tego dojdę. Jeszcze wtedy był ogólny [entuzjazm]. W tym czasie byłam na rogu Górskiego i Szpitalnej, gdzie jest dom Wedla. W pewnym momencie zaczęła ryczeć „krowa”. Wpadłam do piwnicy i nie można było po schodach piwnicy zbiec, bo jakaś pani stała z portretem. Zakleszczyła się z tym portretem. Potem bomba upadła i mówię: „Proszę pani! Przecież mogliśmy wszyscy przez panią zginąć, bo nie mogliśmy wbiec do piwnicy! Co pani z tym portretem!”. Ona mówi: „Moje dziecko, to jest mój portret malowany przez Marię Koźniewską i nigdy nie byłam taka piękna, jak na tym portrecie!”. Potem po wojnie [z] tą malarką, która była koleżanką mojej babci z akademii malarskiej, miałam kontakt i ona mówi: „Pamiętam tę panią, malowałam jej portret”.
Państwo pewnie znają historię, że była bomba, która przeleciała przez „Adrię”, [bomba] sześćsetkilowa, która nie wybuchła. W tym czasie byłam w „Adrii”, bo nasza komenda była w „Adrii”. Muszę jeszcze opowiedzieć, co było wcześniej. Z drugą łączniczką znalazłam się na placu Napoleona, [gdzie] była wtedy Poczta Główna, tu gdzie teraz jest Bank Narodowy. Też były podziemia. Po coś nas posłali do [budynku] poczty. Była tam pani, lekarka zresztą, która dostała ataku histerii, że tu zginie. Powiedziałyśmy: „To my panią przeprowadzimy do „Adrii”, w podziemiach panią ulokujemy, tam jest bezpiecznie, nic się pani nie stanie”. Przyprowadziłyśmy tę panią do „Adrii” i w sali tanecznej zsunęłyśmy pół-foteliki, położyłyśmy ją, bo w międzyczasie dali jej zastrzyk przeciwko histerii. Poszłam na górę i dostałam strasznych boleści. Coś takiego było, że w czasie Powstania kobiety nie miały okresów. Moja mama, przecież miała wtedy czterdzieści trzy lata, też nie. Na początku tak, a potem widocznie przyszedł okres, dostałam potwornych boleści. Pamiętam, że chłopcy mi przyciągnęli materac, na materacu leżałam, bolało mnie okropnie i w tym momencie bomba, która leciała chyba od strony Filharmonii, przez róg pokoju przeleciała, poleciała na dół i na dole tę lekarkę zabiła. Nie wybuchła, ale jak gdyby wpadła w filar i filar przygniótł lekarkę. Miałyśmy potem wyrzuty sumienia, że może gdybyśmy... Co prawda potem poczta, też dwieście osób zginęło, jak się zawaliło. Od razu mnie przestało boleć, od razu ozdrowiałam. Wszyscy byli poranieni od szyb, a ja, ponieważ leżałam plackiem przy ziemi, tylko byłam przysypana brudem i nic się nie stało.

  • Czy to prawda, że ten pocisk rozbił piękny, obrotowy parkiet?

Możliwe, dlatego że utknął w sali balowej. Sala, był kręcioł, rodzice opowiadali, jak tam się szło przed wojną, Wieniawa na koniu wjeżdżał. W każdym razie możliwe, bo potem już wszystko się rozlatywało przecież.
Pamiętam jeszcze taką historię. Nie wiem, dlaczego już byłam na ulicy Królewskiej. Jechał czołg i wszyscy chłopcy rzucali butelki z benzyną. Też się [przy nich] znalazłam i też butelki rzucałyśmy na czołg. Nie umiem powiedzieć którego to [było], na pewno jeszcze w sierpniu. W pewnym momencie z czołgu wyskoczył Niemiec i cały się palił. I wrzask radości nas wszystkich. Sławek Konopnicki, od „Chwatów” chłopak był, mówi: „Popatrz, jak to łatwo stać się z człowieka zwierzęciem”. Rzeczywiście. Tu człowiek pali się, a my wrzeszczymy z radości.
Byłam na Górskiego. O tym nie opowiadałam, że w czasie okupacji, ponieważ chodziłam do szkoły ogrodniczej, byli państwo Rzewuscy, którzy mieli majątek między Łodzią a Łowiczem, byłam [u nich] na praktyce ogrodniczej. Oni z Bratoszewic do Warszawy wywieźli część mebli i [inne] rzeczy. Mieszkali na parterze. Znalazłam się na ulicy Górskiego, stał pan Rzewuski i wyrzucał wachlarze. Miał zbiór cudownych, starych wachlarzy, które miał pooprawiane w gabloty. Dom płonął, góra płonęła, a on stał i wyrzucał wachlarze na ulicę. I tak to nic nie pomogło. Mówi: „Tyle pokoleń to zbierało!”. Pamiętam Rzewuskiego, jak wachlarze wyrzucał. Wpadłam do [ich] mieszkania, patrzę – pani Rzewuska się pakuje. Tobół zrobiła, z łóżka ściągnęła jakąś kapę i coś pakowała. Otworzyłam tobół, a tam – puste wieszaki. Mówię: „Czy pani ma jakąś biżuterię?”. Coś miała, pomogłam jej to spakować. Wychodzę z mieszkania, a w tym momencie jakaś pani krzyczy: „Ratujcie moją matkę! Ratujcie!”. Wpadłyśmy do mieszkania, jakaś pani była i staruszka sparaliżowana leżała w łóżku. Dom płonie. Byłam z jakąś dziewczyną. Wzięłyśmy tę staruszkę i chciałyśmy ją wynieść przez okno, ale nie miałyśmy siły. Pamiętam, że staruszka tak z jednej strony okna i z drugiej strony, ta pani krzyczy, że matka, my nie mamy siły. Dopiero jacyś chłopcy szli i tę staruszkę wyciągnęli. Co dalej z nią się stało nie wiem, ale w każdym razie tak było.
Jeszcze [opowiem] historię bardzo smutną. Mieliśmy kolegę, Andrzeja Kulczyckiego. Wysoki, przystojny, czarny chłopak, też chodził do „Batorego”. W czasie Powstania był w KB, to był Korpus Bezpieczeństwa, jak gdyby żandarmeria powstaniowa. Ci chłopcy złapali folksdojczów. Wtedy na Skorupki był jakiś gołębiarz, który strzelał i masę ludzi pozabijał. Przyprowadzili folksdojczów do dowództwa – znam to z opowiadania, znałam tylko tego chłopca. Państwo Kulczyccy, adwokat Kulczycki, mieszkali na rogu Wilczej i Koszykowej (ten dom zresztą istnieje) na pierwszym piętrze. Chodziliśmy do Kulczyckich. Jak przyprowadzili do dowództwa tych Niemców, folksdojczów, [którzy] normalnie mówili po polsku, to oni powiedzieli, że ci chłopcy ich właściwie aresztowali z powodów rabunkowych, że oni wcale nie są żadnymi folksdojczami, tylko że [chłopcy] chcieli ich obrabować. Porucznik, dwudziestojednoletni chłopak, mówi: „To zrewidujcie ich”. Andrzeja zrewidowali. Miał zaszyte dwie dwudziestodolarówki. (My też mieliśmy. Mama też każdemu z nas złoty pieniążek zaszyła w ubranie, że w razie czego, żeby się wykupić.) Wobec tego zrobili natychmiastowy sąd, że powstańcy z honorem, a tutaj oni są szabrownicy. Jakiś był adwokat, który był przewodniczącym sądu, Andrzeja postawili pod ścianę i rozstrzelali. To jest fakt! Słyszałam o tym, bo spotkałam w Sandbostel kolegę, Tolka Laudańskiego, który mówił, że po wojnie na pewno proces rehabilitacyjny zrobią, bo to było... Opowiadała mi mecenas Wiewiórska, która współpracowała z moim wujem Rettingerem, też adwokatem, że była po wojnie w jakimś zespole adwokackim i w pewnym momencie wszedł ich kolega adwokat, który skądś przyjechał do Warszawy. Więc ona mówi: „Wszyscy się ucieszyliśmy, rzuciliśmy się sobie na szyję i w pewnym momencie otworzyły się drzwi, wyszedł mecenas Kulczycki, który był kierownikiem zespołu, spojrzał na niego i mówi: »Won! Wynoś się!« I ze schodów go zrzucił. My wszyscy [zaskoczeni], Kulczycki kulturalny [człowiek]...”. Okazuje się, że ten mecenas był szefem sądu, który skazał jego syna. To przecież straszne. Właściwie chłopak zginął... beznadziejnie.
Potem nastroje zaczęły się pogarszać, dlatego że jak poszczególne dzielnice nie mogły być obronione, tak jak Stare Miasto, Wola, to cywile (nie wszystkich przecież Niemcy rozstrzelali) napływali do piwnic. Miałam sama osobiście straszną sytuację. Były grupy tak zwanych dromaderów. To byli cywilni ludzie, którzy z browaru Haberbuscha przynosili worki z żytem, pszenicą i potem sławna zupa „pluj” była gotowana. Oni właściwie pod kulami dźwigali te worki. Mnie posłali, żebym, ponieważ do „peżetowskich” gospod ziarno szło (piwnicami się szło) doprowadziła ich do Haberbuscha. Zaprowadziłam ich i musiałam na nich czekać. Wracałam i w piwnicy gdzieś pod ulicą Złotą był tłum ludzi. Matki z dziećmi, smród, dzieci krzyczą. W pewnym momencie kobiety rzuciły się na mnie, podarły na mnie ubranie, opaskę mi zdarły. „Wy tutaj, a potem, jak przyjdzie co do czego, to się wycofacie, a nas tu Niemcy wszystkich zamordują! Nie mamy co jeść!”. To było straszne! Dla mnie to było tak potworne przeżycie, rozpacz tych kobiet! Zresztą naszych znajomych dziecko, które się urodziło w czasie Powstania, umarło, bo ta pani nie miała pokarmu. Ona chyba by mnie [w tej piwnicy] zamordowała, ale akurat szedł jakiś pluton chłopców i mnie wyratowali. W szoku byłam!
Jeszcze wtedy dostałam dyzenterii, czerwonki. Dali mi na dwa dni przepustkę, jakoś dotarłam do domu i [poratowała] mnie nasza sąsiadka, pani Wolertowa, córka pisarza Dygasińskiego. Przyniosła butelkę wina i czarną kawę i przez trzy dni tylko czerwone wino z kawą [piłam] i mi przeszło. Potem wróciłam.
Jak wracałam po trzech dniach z choroby (to już było we wrześniu, już byłam u „Bradla”), znalazłam się na ulicy Śniadeckich. Akurat ten rejon był bombardowany. Na Śniadeckich był nieduży dom i tam padła bomba. Ludzie z gruzów wyciągali rannych i był chłopiec, który miał nogi przywalone olbrzymim blokiem betonu. Nikt nie znał sposobu, [żeby go wyciągnąć], a on jedną nogę miał pod blokiem i krzyczał: „Ratujcie mnie! Ja chcę żyć!”. Taki blondyn, miał jasne włosy. Grupa cywilów stoi i w ogóle nie wiadomo co robić. Ktoś mówi: „Trzeba tę nogę obciąć, bo to jest jedyny sposób, żeby go uratować”. Ktoś z tłumu mówi: „Ja mam finkę – taki harcerski nóż – ale kto ma tę nogę obciąć?!”. Ja tę nogę obcięłam. W ogóle nie mogę sobie wyobrazić, jak to zrobiłam. Z tym że kości były pogruchotane, więc nie było tak, że trzeba było piłować. Ale trzeba było przeciąć wszystko. Chłopaka wtedy wyciągnęliśmy. Nosze przyjechały, była szkoła „Przyszłość” na Śniadeckich, bliżej Politechniki i tam go zanieśli do szpitala.
  • Nie było nikogo innego?

Nie. Byli sami dorośli ludzie... Miałam w swoim życiu tak... Mój brat się topił, to też było pełno dorosłych ludzi i tylko ja [skoczyłam na ratunek]. Może opowiem – to było ciekawe. Już byłam wtedy bezbożnikiem (jak mówiłam), ale byłam na mszy w PKO. To był koniec sierpnia. W tym momencie gmach PKO płonął. W piwnicach był szpital. W sali operacyjnej, wielkiej, też nosili rannych. Był ksiądz, ojciec Paweł, ksiądz warszawski, był chyba kapelanem [powstańców] ze Starego Miasta. Ksiądz odprawiał w PKO mszę. Odprawiał mszę w bardzo teatralny sposób. Był w granatowym [kombinezonie] czy w panterce, miał tylko stułę. Tu – sami powstańcy. W pewnym momencie miał kazanie, i dawał jak gdyby absolutorium, odpuszczenie grzechów wszystkim. Mówił: „Wam wszystkie grzechy są już odpuszczone, bo wy właściwie poświęciliście swoje życie, jeżeli mieliście jakieś grzechy, to...”. Pamiętam, że wszyscy płakaliśmy wtedy. Płonie dom, ksiądz, który odprawia mszę, tu się sypie gruz, chodzi się po szkle, tu noszą rannych, a ten odprawia mszę. Więc były i takie rzeczy.
Potem już właściwie Śródmieście północne, naloty były dywanowe, wszystko właściwie było w gruzach, już przez Aleje Jerozolimskie tłumy napierały, żeby przejść do Śródmieścia południowego, ale właściwie przepuszczali tylko powstańców. Wtedy już z „peżetkami” wszystko się rozchrzaniło, więc jakoś też przeszłam do Śródmieścia i miałam dwa zdarzenia.
Byłam na rogu Mokotowskiej i Wilczej. W domu na rogu Wilczej i Mokotowskiej mieszkał (na komplety w ostatnim roku do „Platerówny” chodziłam) matematyk, profesor Szub. Był chyba częściowo [sparaliżowany], bo siedział na fotelu i nogi miał przykryte kocem. Do niego chodziliśmy na lekcje. Znalazłam się na rogu [ulic] i akurat była jego siostra i służąca czy brat. Staliśmy na ulicy i rozmawialiśmy, a w tym momencie walnęła bomba w ten dom. Nas przewróciło, dom w ogóle „siadł”. Szub zginął. Nawet nie można go było wyciągnąć, bo to była kamienica trzy- czy czteropiętrowa. [Stało się to] na naszych oczach.
Drugą miałam podobną sytuację. Spotkałam na ulicy Kruczej pana Rzewuskiego (tego, który wachlarze wyrzucał). Mówi: „A, to ty żyjesz! Idę na róg Wspólnej, bo tam podobno jest miejsce, gdzie są bateryjki do latarek. Po bateryjkę idę”. Mówię: „Wie pan, niech pan nie idzie, bo tu jest niebezpiecznie. Dam panu bateryjkę ze swojej latarki, mam na kwaterze drugą”. Rozmawiamy, wyjęłam bateryjkę z latarki, wsadzam jemu w jego latarkę i w tym momencie uderza bomba w dom na rogu Wspólnej i Kruczej, do którego on szedł. Mówi: „Wiesz, tą głupią bateryjką uratowałaś mi życie”. Tak było. Gdybyśmy nie rozmawiali, on zdążyłby już dojść. Były sytuacje, które... Nigdy nie było wiadomo, co się może zdarzyć.
Potem znalazłam się w Baonie „Miłosza”, w kompanii „Bradla”. Szukałam przydziału i akurat szła grupa chłopców z NSZ-u. Szli na Czerniaków. „To chodź!”. Ale, myślę sobie – już z nimi nie chcę mieć nic [wspólnego]. Spotkałam swoją koleżankę, Jolę Netto, mówi: „Słuchaj, ja tutaj [jestem]”. Przyszłyśmy do kompanii „Bradla”. [W kompanii] była Halina Szeptycka, która była szefem łączniczek. Przyszłyśmy i powiedziałyśmy: „My tutaj przychodzimy, ale jesteśmy łączniczki bojowe”. Więc ona strasznie się śmiała, że my „łączniczki bojowe”. Wtedy kwatera dowództwa była w „Czytelniku”. Są tam garaże, a na parterze, wchodziło się od podwórza był pokój z balustradą, [gdzie] „Bradl” urzędował. Halina Szeptycka była u niego szefem sztabu. My byłyśmy już jako łączniczki. Ciekawe było, że w naszej kompanii był pluton głuchoniemych i był pluton AL-owców, którzy byli takimi samymi chłopcami jak my, tylko akurat trafili do AL, a nie do AK. Ta grupa „Miłosza”, to była od budynku YMCA, ambasada była na skarpie – tu gdzie mury, pomniczek, ambasada francuska i chińska przed wojną. Sejmowy ogród, potem Piusa, do Mokotowskiej, plac Trzech Krzyży to był właśnie nasz rejon.

  • Jak głuchoniemi, przecież...

Wszyscy biegli, to oni razem z nimi zdobywali. Oni nawet przychodzą na nasze [spotkania]. Leski, „Bradl”, nasz dowódca właściwie stworzył oddział z takich ludzi, którzy nie doszli do swoich oddziałów. On był w wywiadzie, w szwoleżerach. Stworzył oddział i potem dołączali, ale jak przyszłam we wrześniu, to już wtedy było zdobywanie budynku YMCA, willi Pniewskiego. Wtedy komunikacja z Czerniakowem była przez ulicę Książęcą. Po drugiej stronie był szpital św. Łazarza, ale w Muzeum byli Niemcy i tutaj właściwie była cała komunikacja przez Książęcą, ale później to też już... „Bradl”, pamiętam, nosił pistolet na [pasie przewieszonym przez ramię]. Był lotnikiem w ogóle. Był ranny w kręgosłup i nie mógł [normalnie] zapinać [kabury].
Potem już były zerwane wszystkie linie telefoniczne. Elektrownia już przestała działać. Właściwie potem cała łączność była tylko przez łączniczki. Ale właściwie równocześnie jak trzeba było, to donosiłyśmy granaty czy butelki (to co było trzeba). Był u nas jeden chłopiec, który miał chyba dwanaście lat, Mirek – ja tego nie widziałam, ale pani, którą będziecie nagrywać, Zaborska Hanka mówiła, że w pewnym momencie widziała, jak on siedział i bawił się w piasku, bo był piasek do gaszenia. To były dzieci... Była dziewczynka też, Krysia. Pamiętam, jak kiedyś przyniosła w koszyku granaty. Była łączniczką „Truka” czy któregoś z nich. [W tym rejonie] była kompania „Bradla”, kompania „Ziuka”, [pluton] „Truka” i głuchoniemi. Dowództwo to był „Sławbor”. W domu „Pod Gigantami”, gdzie jest „Dom lekarza”, było dowództwo. Był duży szpital na Mokotowskiej 52, wszystkich rannych się tam donosiło. Też były przekopy. Jeden tunel pod Frascatti, drugi pod Wiejską, z tym że [pod Wiejską] strasznie było niewygodnie przechodzić, bo były rury, kable, człowiek musiał przez to przełazić.

  • Przez Aleje Ujazdowskie też był wykop zrobiony?

Nie. Była barykada. Przy Wilczej była jedna, druga była gdzieś dalej. Pamiętam, jak przejmowaliśmy chłopców pod koniec Powstania z Mokotowa, wychodzili kanałami. Część się potem już nie zmieściła. Na przykład mój cioteczny brat młodszy, Witold Gintowt, był ranny, miał rękę na szynie i nie zmieścił się do kanału. Zginął rozstrzelany na Dworkowej. Ale tutaj pamiętam, jak chłopcy wychodzili z kanałów (ja nigdy w kanałach nie byłam) brudni, śmierdzący, w tym wszystkim. Wody nie było. Strasznie.
Przyszli chłopcy ze Starego Miasta, resztka, która ze Starego Miasta wyszła. Byli zupełnie załamani. Siedzieli (teraz jest [w tym miejscu] tablica, że „Radosław” zdobył – zresztą nieprawda, bo nic nie zdobyli na placu Trzech Krzyży) na placu Trzech Krzyży, na narożniku Mokotowskiej. Potem mówili (czy to prawda – nie wiem), że ich specjalnie posłali na Czerniaków, żeby nie obniżali entuzjazmu innych żołnierzy. Co czwarty przeżył. Przeżyli takie straszne piekło i potem ich posłali na Czerniaków, i właściwie prawie wszyscy...

  • To była najlepiej uzbrojona jednostka.

Tak, ale... Pamiętam jak przyszedł „Bór” Komorowski. W połowie września była dekoracja Virtuti Militari i wtedy nasza koleżanka Misia Gozdalska (była kanałową, która przeprowadzała) dostała Virtuti, część dostawała Krzyże Walecznych. Byliśmy w garażu pod „Czytelnikiem”. Przyszedł „Bór” Komorowski i „Monter”. „Monter” to był kawał chłopa, miał pelerynę, a „Bór” Komorowski malutki, chudziutki, w kapelusiku. Byliśmy okropnie rozczarowani tym, jak ”Bór” Komorowski wygląda. W cywilu był, tylko miał opaskę. Taki cywil. Pamiętam nasze wielkie rozczarowanie.

  • Czy rozmawiała pani z nimi?

Nie. Byłam byle kim, a to byli... Mój wuj, adwokat Rettinger, który syna stracił w Powstanie i później po wojnie wszystkich akowców bronił za darmo (zresztą bronił Tatara w procesie), razem z pułkownikiem Mazurkiem z Korpusu Bezpieczeństwa zbierał... Wuj uważał, że po wojnie będzie coś w rodzaju procesu norymberskiego i wobec tego wuj jako adwokat, a Mazurek jako pułkownik zbierali informacje od ludzi o różnych niemieckich represjach i robili protokóły. Kiedyś wuj przyszedł, bo z Hożej do moich rodziców na 6 Sierpnia [przychodzili], ja akurat też przyszłam. Wuj przez piwnice z Hożej szedł, a ja mówię: „Wuju, ja mam przepustkę, to wuja prędzej przeprowadzę”. Przez Marszałkowską, chciałam pajacować przed wujem jaki ja wielki powstaniec i on potem mojemu ojcu powiedział: „Wiesz, ja tu ułan krechowiecki, ale tu jak te kule latały [to się bałem], ale głupio mi było przed tą smarkatą na czworaka pełzać po Marszałkowskiej”.

  • Często takie kawaleryjskie wypady kończyły się tragicznie.

No właśnie. To wszystko właśnie świadczy o naszym dziecinnym [podejściu]. Potem już właściwie zaczęło się pogarszać. Pogarszały się nastroje. Nie było co jeść. Jedliśmy zupę „pluj”. To była rozgotowana kasza, nazywała się „pluj”, bo to były łuski i te łuski się wypluwało. Właściwie na wodzie, bez soli.

  • Czy oprócz kaszy coś było?

Psa Perełkę żeśmy zjedli. Był piesek, który się plątał i kiedyś... Nam koleżanki, które gotowały, powiedziały [to] potem jak [już] żeśmy zjedli Perełkę. Ciemne mięso, właściwie nam bardzo smakowało.

  • To był jakiś znajomy pies?

Taki plątał się [koło nas]. Potem już wszystkie psy i wszystkie koty były zjedzone. Już koni nie było. Na początku były konie, a potem już naprawdę nie było co jeść. Potem, pod sam koniec, od „Meinla” [były] kostki cukru i te kostki cukru tylko jedliśmy. Już właściwie nic nie było.
Aha, mam zapisane – mówili, że ci żołnierze od „Radosława” obniżali morale innych żołnierzy, więc ich właśnie posłali na stracenie na [Czerniaków]. Ich powinni [odesłać gdzieś], żeby odpoczęli, oni już właściwie mieli wszystkiego dosyć. Byli głodni, poza tym straszne sceny się odbywały przy wejściu do kanału na Starym Mieście, odpychali cywilów. Poznałam kiedyś panią, która była łączniczką na Starym Mieście. Mówiła, że jakoś ocalała, wyszła z ludnością cywilną. Mówi: „W czasie Powstania razem z chłopcami byłyśmy, ale potem do kanału to oni się wepchali pierwsi, a my zostałyśmy”. Uważali, że dziewczyny to jakoś wyjdą.
Na ulicy 6 Sierpnia, gdzie moi rodzice mieszkali, pod koniec Powstania był straszny strach, dlatego że w Politechnice i na Kolonii Staszica były oddziały ukraińskie i Ukraińcy straszne rzeczy wyprawiali. Tutaj już się właściwie załamywała obrona na Noakowskiego, zresztą oni jednak wytrzymali, ale wszyscy się strasznie bali, że jak wpadną Ukraińcy to będzie...

  • Czy pamięta pani takie zdarzenie – 18 września – jak Amerykanie przylecieli?

Jak były zrzuty?

  • Tak.

Pamiętam. Na placu Napoleona. Nie pamiętam, czy to był akurat 18 września. Ale nie, jak 18 września, to już byłam tutaj. Wcześniejsze [pamiętam]. Ale to były ruskie zrzuty. Te zrzuty były bez spadochronów! Jak to spadało, to wszystko się rozbijało. Poza tym amunicja nie pasowała do ruskich [karabinów]. Ale 18 września już byłam u „Bradla”, to nie mogłam tego [widzieć]. Amerykańskie były na placu Napoleona chyba.

  • Przylecieli dużą formacją w samo południe.

W każdym razie już z jednej strony były grobowe nastroje, wszyscy byli załamani, przerażeni, ale jak buchnęła wieść, że będzie koniec Powstania, to była rozpacz. Wszyscy myśleliśmy, że jeszcze byśmy wytrzymali. Wtedy właśnie Hala Szeptycka wydawała nam legitymacje, jeszcze ostatnie awanse były. Chłopcy z ludowców, to się nazywało Polska Armia Ludowa – PAL, też dostali wszyscy legitymacje, dlatego że Niemcy jako komunistów by ich prawdopodobnie rozstrzelali. Ten Rozrubirski też był w plutonie AL-owców.

  • Jak wyglądał moment kapitulacji?

Było bardzo ważne to (chyba 28 września), że AK uznali za kombatantów. To było dla nas szalenie ważne, bo wtedy konwencja genewska już nas [chroniła], bo oni jednak mieli też swoich jeńców, Amerykanów, bali się jakiegoś odwetu. Z tym że nie wiem, dlaczego nam to ogłosili dopiero 28 września, bo gdzieś czytałam, że uznanie za kombatantów już było chyba 13 czy 15 września, więc nie wiem dlaczego.

  • 30 sierpnia uznano za kombatantów Armię Krajową.

No więc tym bardziej. Nam dopiero to ogłosili pod koniec Powstania. Było zawieszenie broni przez chyba dwa dni i wtedy już wierzchem można było przełazić. Wierzchem – to były kupy gruzów, często dwu- trzypiętrowe. Wtedy też do domu trafiłam. Nasz dom ciągle stał. U nas w domu też kwaterowali powstańcy, bo był przekop pod 6 Sierpnia do Jaworzyńskiej, też kupa chłopaków była, mama się nimi opiekowała. Jak przyszłam do domu, to brat też przyszedł. Rodzice wymyślili, że on w końcu jest dzieciak, niech on idzie z nimi, z ludnością cywilną. Nas „Bradl” wezwał i (chociaż właściwie nie wiem, dlaczego to zrobił, zresztą potem po wojnie właściwie nie odpowiedział mi na pytanie, dlaczego tak zrobił, oni wiedzieli, wyżsi oficerowie, że będą uciekać) właśnie głównie dziewczęta, łączniczki namawiał, żebyśmy poszli do niewoli. Uważał, że jak konwencja genewska obowiązuje... A tak – nie wiadomo, co z nami będzie. Mogą nas wysłać do Oświęcimia, mogą nas zgwałcić, różne rzeczy. Jeszcze argument podał, że jak wszyscy pójdą z ludnością cywilną, to jak się było w AK, jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”, bo jak wszyscy pójdą z ludnością cywilną, to Niemcy zaczną wyłapywać.
Po przemowie „Bradla” przyszłam do domu i dowiedziałam się, że Jurek ma wychodzić z rodzicami, więc całe przemówienie miałam do niego. Ojciec mówi: „Właściwie może i mądrze. Niech idzie do...”. Jeszcze wymyśliłam, że Wisłę przepłynę! Bardzo dobrze pływałam i w czasie okupacji w Wiśle kąpaliśmy się. Ojciec mówi: „Słuchaj! Przecież na drugim brzegu stoi armia radziecka, więc miej trochę wyobraźni, jak wyjdziesz mokra z wody pod tę armię radziecką, co się z tobą stanie!”. To był argument przekonywujący. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle [udałoby się]. Wisła była pełna różnego zatopionego żelastwa, w ogóle można było się nadziać na coś, to było bardzo [trudne]. Poza tym wszystkich, którzy przepływali i tak wywozili gdzieś na Syberię. W każdym razie już po pożegnaniu było.
Ponieważ nasz dom był, to jeszcze mnie ubrali w jakieś szatki, gruby golf dostałam. Potem wszystkie oddziały wychodziły. Oddziałami się wychodziło, wychodziliśmy przez Śniadeckich. Przed Politechniką stali Niemcy, były kosze i chłopcy rzucali [broń]. Nawet miałam pod koniec Powstania pistolet, piątkę – belgijkę, potem gdzieś ją po drodze wsadziłam u znajomych do skrytki, ale potem się nie przyznawali, że w tej skrytce coś było.
Trzeba przyznać, że Niemcy dosyć przyzwoicie się zachowywali. Nawet niektórzy salutowali. Staraliśmy się iść dosyć przyzwoicie, żeby nie jak taka banda, ale każdy miał pakunek. Zresztą po drodze większość rzucaliśmy, bo do Ożarowa jednak było dwadzieścia parę kilometrów na piechotę, wszyscy wymęczeni, głodni. Przechodziliśmy [koło] Niemców, później szliśmy koło Filtrów. Koło Włoch była stacja doświadczalna. Jak chodziłam do szkoły ogrodniczej, to była tam pani Cholewińska, która była nauczycielką warzywnictwa. Stała przy drodze, zobaczyła mnie, mówi: „Postaraj się uciec, to cię tu przechowam”. Ale w tym momencie mój brat mi się zgubił, a uważałam, [że jako] starsza siostra, muszę się nim opiekować. A potem jak przeszliśmy, to już... Doszliśmy do Ożarowa.

  • Brat się znalazł?

Tak. Gdzieś [był], tak szli ludzie. W Ożarowie jeszcze byliśmy razem.

  • kontynuacja 30.04.07

Po kapitulacji wychodziliśmy przez Śniadeckich, przez Plac Politechniki. Przez ten moment kiedy przechodziliśmy koło Niemców, kiedy chłopcy do koszy rzucali broń, próbowaliśmy iść jak wojsko, ale potem, czym dalej, to później był wlokący się tłum. Szliśmy przez Nowowiejską, potem wzdłuż Filtrów do Placu Narutowicza i dalej. To było jednak dwadzieścia kilometrów, ludzie mieli coraz mniej siły, po drodze z dwóch stron wypalone domy, wszędzie gruzy. Poza tym w całej Warszawie był trupi zapach, który unosił się z zawalonych piwnic. Potem ludzie wyrzucali po drodze swoje węzełki, które mieli, bo już po prostu nie mieli siły. Doszliśmy do Ożarowa. To były olbrzymie hale fabryczne. Hala, do której myśmy weszli, była olbrzymia, z betonową podłogą, na której była rozłożona słoma, ale rozdeptana, z błotem. Na tym siedzieli, leżeli ludzie. Było też trochę rannych, dlatego że część rannych wolała iść ze swoimi oddziałami. Potem podobno zorganizowali jakąś opiekę lekarską, ale w tym czasie w ogóle tego nie było.
Spotkałam chłopca, z którym byliśmy przysypani na Górskiego w piwnicy, z której żeśmy się wydostawali przez osiem godzin. Było tam trochę powstańców, trochę cywilnej ludności, jeden kilof. Były ławy, którymi ludzie wybijali dziurę do sąsiedniej piwnicy, żeby można było przejść. To w ogóle [było] straszne, bo powietrza owało, nie wiadomo było czy to się wszystko nie zawali. Kobiety odmawiały litanie. W każdym razie po ośmiu godzinach żeśmy się wydostali. W Ożarowie spotkałam tego chłopca, więc ucieszyliśmy się, że przeżyliśmy.
Następnego dnia załadowali nas do pociągu. Mężczyzn i kobiety razem, mniej więcej po sześćdziesiąt osób w jednym wagonie, było strasznie ciasno. Jak to w bydlęcych wagonach, tylko u góry było malutkie, zakratowane okienko, którym bardzo mało powietrza dochodziło. Część leżała czy siedziała, część musiała stać, bo wszyscy nie mogli równocześnie siedzieć. Potem zaczęły się problemy sanitarne. Chłopcy scyzorykami wycięli dziurę w podłodze i jak ktoś musiał z tej dziury korzystać, to parę osób trzymało koc.
Po jednym dniu otworzyli wrota od wagonów i wszyscy na pobocze torów w celach wiadomych, potem z powrotem wróciliśmy do wagonów. Dali nam trochę chleba i metki (to jest taka jakby kiełbasa). Dowieźli nas do jakiejś stacji, na której wszystkich wyrzucili z wagonów. Szliśmy do obozu Sandbostel. To był stalag, w którym było około pięciu tysięcy żołnierzy różnych narodowości z całego świata. Jak szliśmy, to po drodze niemieckie dzieciaki rzucały w nas kamieniami, wołały Polnische Banditen. Potem było już widać światła obozu, wieczór zapadał. Doszliśmy do obozu. Na przedoboziu nas trzymali do rana. Jak się zrobiło widno, to nas wpuścili do łaźni, zabrali nam wszystkie ubrania, powiedzieli, że idą do dezynfekcji. Zresztą potem jak je oddali, to wszystkie skórzane rzeczy się skurczyły, rękawiczki, paski, wszystko się zrobiło malutkie. Nie pamiętam, jak było z butami. Miałam moje narciarskie buty.
Potem, jak myśmy gołe stały pod prysznicami, to chodził Niemiec z Ukraińcem. Mieli kubeł z szarym mydłem i każdej na rękę dawał trochę tego szarego mydła. Żeśmy się jakoś myły. W każdym razie to było ciekawe, że dla nas Niemcy po Powstaniu [byli] w ogóle jak zwierzęta. Nie było tego, że się wstydzimy, że ten Niemiec łazi, zupełnie nie robiło to na nas wrażenia.
W pewnym momencie otworzyli drzwi łaźni i wpuścili naszych chłopców, którzy [byli] ubrani. Prawdopodobnie uważali, że to będzie jakaś strasznie zabawna sytuacja. Ale któryś z chłopców dał komendę: „W tył zwrot”, oni się wszyscy odwrócili i stali tak, to w końcu Niemcy już dali spokój. Potem dali ubranie, ubrałyśmy się.
Były dwa baraki z betonową podłogą. Myśmy były trochę w uprzywilejowanej sytuacji, bo nam dali po kocu i wiórki, więc myśmy miały takie legowiska na ziemi. Ci, którzy tam byli dawniej, to już jakoś mieli lepiej, ale chłopcy z AK spali na betonie.
Myśmy porobiły sobie legowiska. Z tym że myśmy tak robiły we dwie. Jednym kocem się przykrywało te wiórki, a drugim we dwie żeśmy się przykrywały. Już wtedy właściwie zaczynało się robić zimno.
W tym obozie było kilkudziesięciu polskich podchorążych z 1939 roku. W niemieckiej armii, tak jak w polskiej armii, podchorąży to już jest taki młodszy oficer, który je w kasynie oficerskim. Dla nich podchorążowie to byli podoficerowie, więc dlatego byli w stalagu. Ich mąż zaufania załatwił z komendantem obozu, że ci podchorążowie będą pełnić honorową wartę. Stał Posten czy dwóch i dwóch podchorążych, którzy niby pilnowali, żeby nam się krzywda nie stała.
Ponieważ to był męski obóz, gdzie oni już pięć lat kobiet nie widzieli, więc Niemcy się bali nas wypuszczać do tego obozu. Nasz barak był ogrodzony, pilnowany i myśmy w ogóle nie wychodziły na teren obozu. Jedzenie, kotły z zupą przynosili chłopcy z AK, więc oczywiście oni bardzo szybko się zorientowali, że są siostry, narzeczone, matki, różne rodzinne powiązania. Więc ci chłopcy, którzy kogoś u nas mieli, to się zamieniali. W ten sposób na przykład przyszedł mój brat z kotłem. Biedak, ten bidny chłopak, głodny, przyniósł mi brukiew, brudną, którą gdzieś ukradł pod kuchnią.
Myśmy właściwie były w dużo lepszej sytuacji niż nasi chłopcy, dlatego że z jednej strony drutów byli Francuzi, którzy dostawali paczki z domu i podrzucali nam jakieś papierosy czy czekoladę.
Pamiętam, jak mój brat przyszedł następnym razem, to miał na biodrze odcisk taki jak ludzie, którzy mają twarde pięty. Miał taki odcisk, bo jak spał na betonie, to się jakoś odgniotło. Pamiętam, że myśmy z koleżanką z dwóch chustek zrobiły taką poduszeczkę, napchałyśmy wiórków, żeby sobie podkładał.
Potem przyszedł też mój cioteczny brat, Ryś Dziewałtowski-Gintowt, który był w „Baszcie”. Oni z moim bratem się spotkali. On też przyszedł z brukwią. [W ubraniu] na plecach miał dziurę, dlatego że w czasie Powstania był cały czas w niemieckim mundurze, a jak szli do niewoli, to Niemcy, jak ktoś był w mundurze [lub] jakiejś części umundurowania niemieckiego, to natychmiast rozstrzeliwali, więc musiał to wszystko z siebie zrzucić. Z jakichś gruzów wyciągnął jakieś spodnie, jakąś podartą na plecach wiatrówkę. Pamiętam, że myśmy mu obcięły jakiś pasek koca i wstawiłyśmy na plecach, tak że wyglądał jak Krzyżak.
  • Czy w obozie były inne kobiety?

Nie. Były wyłącznie tylko te z Powstania. Oberlangen to był [obóz], gdzie potem wszystkie kobiety zabrali. Był jeszcze oflag kobiecy koło Monachium, gdzie były kobiety oficerowie. Jak nas wywozili z Sandbostel do Oberlangen, to wtedy oddzielili kobiety w stopniach oficerskich. Z tym że część takich nauczycielek zrezygnowało ze stopni oficerskich i poszły razem z nami do Oberlangen. One właśnie prowadziły różne kursy językowe, i tak dalej.
Była zabawna historia. Niemcy w gruncie rzeczy byli wielkimi snobami. Im strasznie imponowała arystokracja czy jacyś tacy. Myśmy miały koleżankę Krysię Korczyńską. Właściwie nie wiem, czy była żoną tłumacza, porucznika, który [był] z „Borem” Komorowskim. Wyszła z Warszawy w szarym płaszczu z kołnierzem z lisa i w ogóle wyglądała jak grafini. Siedziała na tych wiórkach. Przyszedł Niemiec, żeby [wybrać kobiety] do obierania kartofli. Podchodzi do niej i mówi: „Ty masz [iść]”. Ona w tym pięknym płaszczu mówi pięknym niemieckim, z wiedeńskim akcentem: „Proszę pana, ja nigdy w życiu nie obierałam kartofli, ja wam się na nic nie przydam, bo nie potrafię tego”. Zresztą to w ogóle była bujda. Ten Niemiec zgłupiał, mówi: „No to dobrze”. I dał jej spokój. Myśmy się zaśmiewały.
Poza tym tam były najróżniejsze osoby, między innymi były aktorki. Była Grosówna, była Muza, to była pani Orchoniowa, córka Zelwerowicza, która była charakterystyczną aktorką. Wobec tego były dwa przedstawienia. Jedno to była jakaś sztuka Gens de la lune, już nie pamiętam, o co tam chodziło. Potem była składanka różnych skeczy. Byli Niemcy, obsługa. Żeśmy porobiły stroje z jakichś kocy. W każdym razie [były] kobiety, więc oni w ogóle szaleli. Niemcy doszli do wniosku, że dosyć, że trzeba te baby już stamtąd zabrać.
Ciągle po drodze namawiali nas, żebyśmy zrezygnowały z tego wojskowego statutu i żebyśmy szły do pracy, że to będzie lepiej. Ale myśmy się twardo trzymały tego, bo uważałyśmy, że jednak [tak] będzie lepiej. Parę się złamało. Miała być komisja lekarska. Pamiętam, że koleżanki sanitariuszki prokurowały mi wadę serca. Z herbaty zrobiły takiego papierosa, ja to wypaliłam, rzeczywiście serce mi waliło straszliwie, ale był ogonek do tego lekarza. Zanim doszłam, to już serce przestało [szybko] bić. Ale ponieważ i tak nas tam wywieźli, więc to już przestało być ważne.
Niemcy dawali nam talony, takie arkusiki, [na których] można było napisać list do rodziny. To stanowiło jakby talon, na który rodzina mogła przysłać paczkę. Talon się nalepiało na paczkę. Ci z 1939 roku dostawali dwa takie talony na miesiąc i jakieś kartki. Myśmy dostali po jednym. Ponieważ mój brat i mój cioteczny brat też dostali, wiec miałam jakieś trzy adresy, wujostwa, którzy mieszkali w Krakowie, kuzynów, którzy mieszkali w Skierniewicach i państwa Rzewuskich, u których byłam w czasie okupacji na praktyce. Ich Niemcy wyrzucili z majątku, ale oni mieli folwark, więc tam posłałam. Mieliśmy trzy talony, pani Rzewuska przysłała dla każdego z nas paczkę, gdzie była cebula, jabłka, chleb i smalec. Moja rodzina nic nie przysłała, tylko znalazła moich rodziców. Rodzice oczywiście nic nie mieli, ale mama wyszła z jakimś srebrnym lisem, którego dała do komisu. Była wtedy wymiana pieniędzy, dostała jakieś grosze, [których] starczyło akurat na dwie paczki. Więc dostaliśmy paczki.
Potem był nasz wyjazd do Oberlangen. Byłam w pierwszej grupie. Zresztą potem reszta też dojechała do nas. W tej pierwszej grupie były pielęgniarki i podoficerowie. Nas z tego baraku zabrali i wsadzili do baraku przejściowego. Barak przejściowy był tak jak w obozie koncentracyjnym, tam były tylko trzy piętra desek. Z trzech stron baraku przejściowego byli jeńcy rosyjscy, którzy zresztą byli w strasznych warunkach, ponieważ Rosjanie nie podpisali Konwencji Genewskiej. Głodzili ich, byli w dużo gorszych warunkach niż wszyscy inni jeńcy. Ale jakoś, nie wiadomo jak, bimber pędzili. Jak myśmy tam były, nagle w nocy [usłyszałyśmy] dzikie wrzaski tych Ruskich: No, dziewoczki – i zaczęli druty wyłamywać. My oczywiście przerażone, co to będzie. W tym momencie stała się taka sytuacja. Myśmy były młode dziewczyny, a z nami była pielęgniarka, dla nas wtedy staruszka, która miała wtedy trzydzieści pięć lat. Pamiętam, że się nazywała siostra Łanicz. Ruscy wyją, a ona złapała kilof i powiedziała, że swojej cnoty to ona nie odda i w tym momencie my wszystkie gruchnęłyśmy śmiechem. Ruscy wyją, a my pokładamy się ze śmiechu. Niemcy przylecieli, puścili jakąś serię po tych Ruskich. Ruscy porżnęli nożami trzech podchorążych, którzy tam stali, pilnowali nas i bronili, tak że poszli do szpitala.
Rano nas wywieźli. Znów wsadzili nas w wagony, ale już po czterdzieści do wagonu. Dali nam po jakiejś kromce chleba i kawałek jakiejś kiełbasy. Jechaliśmy, nie wiem, wydaje mi się, że chyba ze dwa dni, w każdym razie dłużyło nam się. Potem już nas przywieźli do Oberlangen. Szłyśmy, zupełna równina, torfowiska, w ogóle bez ludzi, bezludna [przestrzeń]. Przywieźli nas do Oberlangen. Przedtem w Oberlangen był obóz koncentracyjny, w którym trzymali najpierw Włochów, antyfaszystów, którzy występowali przeciwko Mussoliniemu, potem tych Włochów gdzieś wywieźli, zostawili tylko pięciu, takie złote rączki, którzy, jak trzeba było coś reperować, to tam byli. Potem byli jeńcy sowieccy. Więc jak myśmy wchodziły jedną bramą, ta pierwsza grupa, to Ruscy wychodzili drugą. Baraki były puste. Na środku na dziedzińcu wywalona słoma z sienników. Ta słoma była pełna pcheł, to się ruszało. Oni nam powiedzieli, że jak chcemy na czymś spać, to mamy tę słomę wsadzić w papierowe sienniki, które nam dali. Myśmy pakowały, całe żeśmy były w tych pchłach. W każdym razie napakowałyśmy to wszystko. To był barak na dwieście osób, po środku był okrągły piec i pomieszczenie na mycie. To były takie betonowe, długie [koryta, w jakich] bydło się karmi, krany oczywiście z zimną wodą. Prycze miały deseczki, na których się kładło. Byłyśmy wszystkie strasznie zmęczone, więc spałyśmy. Rano żeśmy się obudziły, to byłyśmy całe tak jak w piegach pogryzione nie tylko przez pchły, ale jeszcze [przez] pluskwy.
Jeszcze były tam latryny, czyli ubikacje, które wyglądały tak, że to były budynki, które miały tylną ścianę i od czasu do czasu boczne ściany, nie miały w ogóle drzwi, [był] daszek i grzęda tak jak dla kur, tylko z grubej deski. Trzeba było na to wchodzić i kucać. Potem jak był mróz to było tak śliskie, że były wypadki, że dziewczyny wpadały w te „g” po szyję. Z przodu w ogóle nie było drzwi.
Następnego dnia rano był apel. Wszystkie nas ustawili w rząd. Oprócz tego byli z nami chłopcy, którzy mieli mniej niż czternaście lat. Ich tam było kilkunastu, z tym że akurat mojego brata nie było, bo w tym momencie rozchorował się na wietrzną ospę. Wysłali go do jakiegoś szpitala, w którym byli zresztą polscy oficerowie, polscy lekarze, którzy właściwie do końca [tam go trzymali], prokurowali mu różne choroby. On jednak miał tam trochę lepiej, bo mieli jakieś koce, jakieś lepsze jedzenie.
Był apel. W niektórych opracowaniach koleżanki mówią, że Hauptman był z jakimś psem, ja sobie nie przypominam. Był taki gruby majster, jakby podoficer i dwie Niemki, właściwie jedna Niemka, druga Czeszka, która była żoną jakiegoś oficera niemieckiego, który gdzieś pod Stalingradem był, zginął czy [został] wzięty do niewoli. Komendantką naszego obozu był nauczycielka, pani Milewska, która też zrezygnowała ze swojego stopnia oficerskiego, była sierżantem czy coś takiego. Ona miała dobry pomysł, żeby utwierdzić Niemców, jakie to my wojsko. Myśmy zawsze miały opaski, jakieś orzełki, [które] wycinałyśmy z jakiejś blaszki. Stawanie na baczność, apele, ona chodziła z jakimiś adiutantkami. Stale chodziło o to, żeby podkreślać, że my jesteśmy wojsko. Myśmy się ciągle bały, że nas wsadzą do jakiegoś koncentracyjnego obozu. Tam zaczęło się życie.
Na początku było troszkę lepiej, ale jedzenie było bardzo złe. W poprzednim obozie było dużo lepiej. Tutaj rano dawali pół litra gorących ziółek, [to była] mięta. Kotły przychodziły. Potem w południe dawali zupę. Zupa to była brukiew na wodzie albo jarmuż, bez żadnego okraszenia, bez żadnej mąki, tak że to taka woda była. Popołudniu, jakoś chyba koło czwartej, dawali bochenek chleba na dziesięć, czyli to była dziesięciodekowa kromka chleba, łyżkę marmolady, łyżkę cukru i kawałek margaryny wielkości pudełka od zapałek. To było wielkie dzielenie, bo dawali kostkę i trzeba było podzielić na ileś, żeby równo było. Myśmy były tak głodne, że jak dawali chleb, który miał być na kolację i na śniadanie, myśmy wszystko zjadały od razu. Potem zrobiłyśmy takie spółdzielnie, że po pięć żeśmy się umawiały i te ziółka zużywałyśmy do mycia głowy, [żeby] chociaż raz umyć się w ciepłej [wodzie], a potem i tak pod kran trzeba było, a przecież była zima.
Potem była wszawica. Wszawica to jest straszna rzecz. Jak w głowę gryzą wszy, to się ludzie drapią, a jak się drapią to robią sobie ranki, a jak się robią ranki, to w te ranki włażą te wszy i w takiej rance kłębi się, [to są] dziury w głowie. Niedużo, ale niektóre miały, trzeba było to wydłubywać, nie miałyśmy środków opatrunkowych, więc to wszystko było pod tym względem straszne.
Tam właściwie nie było konkretnej pracy, tylko była praca obozowa. To się nazywało komenderówki. [Jedna] komenderówka polegała na tym, że wzdłuż drutów coś się kopało, żeby było widać, gdyby ktoś szedł do tych drutów. Była taka, że do kuchni trzeba było [iść]. Ja zresztą nigdy nie byłam w kuchni, bo zawsze się jakoś zamieniałam, chociaż umiałam kartofle obierać. Była taka komenderówka, że się szło do lasu i przynosiło się jakieś gałęzie, którymi paliłyśmy w piecu. Tam nawet miałam taką przygodę. To był już koniec wojny, więc ci Posteni to już były stare dziady. Był jeden Mazur, który trochę po polsku mówił. Pamiętam, że kiedyś na tej komenderówce przyszedł do mnie i mówi, że wyglądam zupełnie jak jego córka. Mówi: „Potrzymaj karabin, a ja pozbieram ten chrust”. Nawet takie coś było.
Potem było najsławniejsze tak zwane Scheisse Kommando. Po niemiecku Scheisse to jest gówno. Scheisse Kommando polegało na tym, że była wielka cysterna umieszczona na wozie, ale żadnego konia nie miała, więc myśmy musiały ten wóz same ciągnąć. Na górze był otwór, były kubły na patyku i z latryn trzeba było gówienka wybierać i wlewać do tego. Potem myśmy to zwoziły na pole, [gdzie] to się rozlewało. Było kilka peleryn, więc się pożyczało, tak że te, które szły na Scheiße Kommando [nie śmierdziały]. Bo to potem śmierdziało, a była tylko zimna woda. Z tym że za każdym razem ci Posteni byli od stóp do głów oblani, bo zawsze się go coś zagadało. Wściekli byli, ale co mieli zrobić? Nie mogli nas bić.
Mycie wyglądało w ten sposób, że w tych korytach trzeba było się myć w lodowatej [wodzie], jakoś nogi wsadzić, jakąś szmatą się wycierało, bo każda miała jeden ręcznik, ale to się potem podarło.
Potem, już pod koniec zimy krany zamarzały, już był koniec wojny, w Niemczech wszystko się rozlatywało, były bombardowania. Tak że potem to żeśmy się myły w śniegu, do pasa się rozbierałyśmy. Trzeba było się umyć, bo żarły nas te wszystkie robaki. Nikt nie chorował, nie zaziębiał się, jakoś to tak szło.
W międzyczasie rozleciały nam się buty. Niemcy powiedzieli, że mamy oddać buty, że oni je wyreperują. Ale myśmy wszystkie uważały, że na pewno nam tych butów nie oddadzą, więc żeśmy nie dały do reperacji, w końcu te buty się rozleciały, więc nam dali drewniaki. Były dwa rodzaje drewniaków. Jedne drewniaki to były holenderskie saboty, które chroniły od zimna, ale które potwornie obijały nogi. Na podbiciu był wystający [element], straszna rana się robiła. Drugi rodzaj to była drewniana podeszwa, a wierzch był z jakiejś szmaty zrobiony, ale te znów były strasznie zimne. Ale nie było nic innego, więc żeśmy chodziły w tych drewniakach.
Powiem jeszcze o Wigilii. Jak nas przywieźli to był chyba dwudziesty drugi. Nie dali nam w ogóle jedzenia. Myśmy tam zalabowały sienniki. Rano na drugi dzień Niemcy na przedoboziu wystawili olbrzymią choinkę z lampkami dla jeńców. Śpiewali „Cicha noc”. Do tej pory jak słyszę tę kolędę, to mi ciarki po plecach chodzą. To było straszne, zimno, głodne, tu Wigilia, Niemcy śpiewają, a my siedzimy. Potem właściwie nie było jak tej Wigilii urządzić, więc wszystkie siedziały, płakały. Była razem z nami tak zwana ciotka z pierzyną. To była warszawska prostytutka, która poszła do niewoli z warsztatem pracy, to znaczy z wielką pierzyną w poszewce w czerwoną kratkę. Jak my tak siedzimy, to ona w pewnym momencie mówi: „Dziewczyny, co wy! Tak nie można. Będę wam wróżyć”. Zaczęła nam wróżyć. Mnie wywróżyła: „Spędzisz noc w szczęściu i w pijaństwie z dwoma męskimi głowami”. Dożyłam osiemdziesięciu lat i jeszcze się nie sprawdziło. Ona tak rozładowała tę sytuację, po prostu miała taką szkołę życiową. Skąd tam trafiała? Była w kompanii dromaderów, to znaczy cywili, którzy nosili od Haberbuscha worki z jęczmieniem. Na koniec Powstania im też wydali legitymacje. W końcu dzięki nim w ogóle mieliśmy „pluj” nie „pluj”, ale jakąś zupę mieliśmy. Tak że Wigilia wygląda w ten sposób.
Ciekawe, że kiedyś był apel i komendant obozu powiedział, że mamy zgłosić wszystkie Żydówki. Było tam kilka Żydówek, ale oczywiście żeśmy powiedziały, że nie ma. To taka ciekawostka.
Potem zaczęły się rodzić dzieci. W obozie urodziło się dziewięcioro dzieci. Była doktor Dobrowolska, która zresztą była z synem, piętnastoletnim chłopcem, zrobiła izbę, w której przyjmowała porody. Niemcy nic nie dali dla tych matek. Niemowlaki dostały numer jeniecki i porcję brukwi tak jak my wszystkie. Akurat wtedy przyszły jakieś paczki z Czerwonego Krzyża, więc myśmy wszystkie zrzekły się tego mleka. Te dzieci wszystkie przeżyły. Na nasze spotkania Oberlangen zawsze dwie czy trzy osoby przychodzą.
  • To były dzieci Powstania?

To były kobiety, które jak się zaczynała niewola, to były w drugim miesiącu albo w ogóle dopiero się dowiedziały. Jednak osiem miesięcy siedziałyśmy, później zaczęły się te dzieci rodzić.
Ponieważ w tym obozie były różne nauczycielki, a poza tym były trochę starsze wykształcone kobiety, więc były różne wykłady, była nauka języków. Potem była gazetka. Ponieważ nie było papieru, więc w jednym egzemplarzu żeśmy pisały artykuły czy wiersze i potem chodziło się po barakach i odczytywało.
Moja serdeczna przyjaciółka Jola Netto pisała bardzo piękne wiersze. Może to jest takie charakterystyczne, że myśmy sobie wyobrażały, że jak się niewola skończy, to my do kraju wrócimy, będą nas z honorami witać, nikt nie przypuszczał, że będzie tak jak było. Jolka napisała taki wiersz, pamiętam go:
„A gdy do kraju wrócimy nareszcie
W sztandarów łopocie czerwieni i bieli,
To się do nas uśmiechnie w pierwszym polskim mieście
Kwietniowy ranek Palmowej Niedzieli,
I wszyscy ludzie wyjdą na drogi,
Witać nas będą w szale uniesienia,
A my karabiny jak palmy rzucimy pod nogi
nadchodzącej wielkości czasu odkupienia”.
To charakterystyczne jak sobie wyobrażaliśmy koniec.
Potem było tak, że już myśmy były zmęczone, już się w ogóle nie chciało wstać z tego wyra, ale żeśmy się zmuszały, żeby jakoś się ruszać, żeby jakoś kondycję fizyczną [utrzymać]. Komenderówki nie były codziennie, przecież nas tam było jednak prawie tysiąc osiemset.
Było koleżeństwo, pomagałyśmy sobie, tak że to było bardzo zgrane.
Z tym że kobiety są zawsze kobietami, więc zawsze się starały uczesać, żeby jakoś wyglądać. Paczki, to jest dosyć ciekawe. Jeńcy, którzy byli od 1939 roku, stale dostawali paczki czerwonego Krzyża. Ja dostałam dwa razy paczkę. To były paczki z Czerwonego Krzyża, może dwukilowe w pudełku. Była tam puszka sardynek, puszka jakiegoś dżemu, jakieś papierosy, kawałek czekolady i tak dalej. Ale jak taką paczkę dostałyśmy na dwie czy na trzy, to trzeba było każdą puszkę podzielić. Pamiętam była taka rodzina, pani Tazbirowa (zresztą stryjenka profesora Tazbira, znanego historyka) z trzema córkami. Miała pseudonim „Wisła”, więc żeśmy mówiły: „Wisła z dopływami”. One były wegetarianki. Wobec tego jak w takim kotle było włókienko mięsa, to one już nie jadły. Twarde były i jak paczki przychodziły, to się wymieniały.
Druga paczka była z Argentyny. To był jakiś ryż w sosie śmietanowym, jakieś sardynki. Tak że myśmy dwa razy [dostały paczkę]. Z domu to właściwie tylko w Sandbostel, a tutaj w ogóle nie.
Powiem jeszcze ciekawą rzecz. W jednej z tych paczek była kawa Nesca, której myśmy w ogóle jeszcze nie znali, bo to dopiero w czasie wojny Amerykanie wymyślili dla żołnierzy, żeby łatwiej było gotować. Jak myśmy z Jolą dostały taką paczkę na dwie, to była tam puszka tej [kawy]. Myśmy wykombinowały, że z tego zrobimy lody. Wzięłyśmy tę kawę, całą puszkę, ukręciłyśmy z dwoma łyżkami cukru, do tego dołożyłyśmy śniegu i żeśmy to zjadły. Efekt był taki, że w ogóle przez tydzień nie spałyśmy. Potem lekarze znajomi mówili mi, że to, żeśmy przeżyły, [to cud], że w zasadzie byłyśmy przecież wyczerpane, że właściwie [nie] powinnyśmy, ale jakoś żeśmy to przeżyły. W związku z tymi paczkami był handel wymienny z Niemcami.
Wychodząc z Powstania, nie wszyscy, ale myśmy dostali po dziesięć dolarów. Z tym że ja z Jolą dostałam w jednym kawałku dwadzieścia dolarów. W obozie był cennik. Jeden amerykański papieros równał się dziennej porcji chleba, jedna puszka [kawy] Nesca to były dwa bochenki chleba, dziesięć dolarów to był bochenek chleba. Posteni byli już bardzo zdemoralizowani, bo to był już koniec wojny, nakładali na bagnet taką deseczkę i przez druty nam podawali. Myśmy wsadzały tę kawę, papierosy czy coś. Rzeczywiście nie było tak, żeby nas oszukali, jakby oszukali, to już nigdy więcej [nie dostaliby]. Taki handel był.
Pamiętam, że kiedyś swoją porcję chleba sprzedałam za papierosa. Wypaliłam takiego camela amerykańskiego. Koleżanki powiedziały: „Jesteś głupia, przecież to może się tragicznie [skończyć], jak nie będziesz jeść”. To był taki handel zamienny.
Potem robiło się coraz zimniej, to myśmy wyciągały z pryczy deseczki, żeby chociaż trochę napalić w piecu. Potem już było tak, że w tej pryczy już były cztery deski. Kiedyś było tak śmiesznie. [Były] dwie Niemki, Czeszka była możliwa, a ta druga to było takie wredne niemieckie babsko, wrzeszczała. Pamiętam, kiedyś wchodzi do naszego baraku, a my chórem zaczęłyśmy śpiewać (była taka ludowa piosenka): „Uwaga, patrz, uwaga, patrz, bo idzie panna Mania, a buzię ma, a na nózię ma jak raz do całowania, A śliczna jest, fertyczna jest”. I w śmiech. Więc ta baba się wściekła. Byłam za tłumaczkę. Wzięła mnie za łeb i do komendanta obozu. Przyprowadziła mnie ze skargą, że my się z niej śmiejemy. On mówi: „Co to było?”. Mówię: „Była taka piosenka”. „Ale ja chcę wiedzieć”. „Chcę pan, żeby przetłumaczyć? Mogę”. Przetłumaczyłam. Ten Niemiec [śmiał się], jak opowiadałam, w końcu mówi: „Uciekać, bo ukażę”. […]
Już pod sam koniec, to chyba był 5 czy 6 kwietnia, dali nam po kartoflu z parówki, w mundurach, bez soli, jak to dla świń się [daje].
Potem ciekawa rzecz. Kiedyś po wojnie nasze koleżanki – [między innymi] Wanda Piklikiewicz, która działa w Muzeum – jak były gdzieś na terenie, gdzie był ten obóz, to tam burmistrz pobliskiego miasteczka (nie pamiętam czy Papenburga) dał im list, który zresztą widziałam, który pod sam koniec napisał komendant obozu do tego burmistrza. [Pisał], że właściwie już nie ma jedzenia i że boi się buntu i że oni nie są w stanie, jak „te” (to znaczy my) na nich się rzucą, to oni w ogóle nie są w stanie się obronić. Więc niech się ten burmistrz zdecyduje, czy oni mają nas wszystkie rozstrzelać, czy zrobią jakąś zbiórkę i skombinują jakieś jedzenie. Ponieważ to już koniec wojny, ci Niemcy pewnie już kombinowali, że przyjdą Amerykanie i mogą być konsekwencje. Oni właśnie [dali] te kartofle. [Wanda] ma ten list. Może oddała do Muzeum, nie wiem. Wyzwolenie. Wyzwoliła nas Dywizja Maczka. Była straszna radość, że to właśnie Polacy. Był bardzo uroczysty apel.

  • Jak to dokładnie wyglądało, sam moment?

Przecież wszystkich, dwa tysiące, nie było w tym miejscu. Ale w każdym razie z tego co wiem, podjechał taki scautcar, było kilku żołnierzy, potem podjechał motocyklista. Między innymi był korespondent wojenny, Walentynowicz i doktor Kulesza. Przyszła wiadomość, że jest jakiś obóz z Polkami. Oni nie wiedzieli, ile nas [jest], ani nie wiedzieli, że to są dziewczyny z AK, w ogóle nic nie wiedzieli. Biegli pod drutami, potem jakoś ktoś się odezwał. Polacy! Straszna radość. Niemców oczywiście gdzieś zabrali. Następnego dnia był uroczysty apel. Nakarmili nas, dali nam normalne jedzenie, myśmy były wszystkie ciężko chore. Jak myśmy tłustą zupę zjadły, to strasznieśmy się pochorowały na żołądki. Potem nam dali mundury wojskowe, spodnie, battle-dresy, jakieś gacie. My, jak to kobiety, od razu z tych gaci zaczęłyśmy przerabiać bluzki, to znaczy obcięłyśmy nogawki, tutaj zaszyły, tutaj przez głowę. Oczywiście straszna awantura, nasze komendantki [krzyczały], że mienie wojskowe niszczymy. Potem zresztą było straszne nieszczęście, bo jak nie miałyśmy tych gatek, to spodnie sukienne okropnie obcierały nogi, dosłownie do krwi. Potem dopiero nam dali mundury ATS-ek, takie spódniczki.
W dalszym ciągu byłyśmy w tym obozie, tylko że po nim pętało się pełno chłopa, bo w dywizji [było ich] trzynaście tysięcy, wszyscy przyjeżdżali nas oglądać, więc tam się kotłowało to wszystko. Potem nas przewieźli do innego obozu, Niederlangen, niedaleko, chyba pięć kilometrów, gdzie były dużo lepsze warunki. Ale jeszcze na początku było takie jakby skoszarowanie, potem stworzyli batalion kobiecy WSK. Potem myśmy się rozjechały, część poszło do dywizji jako świetliczarki, część gdzieś wyjechała. Była Miśka Krahelska, która napisała dobry wiersz, który pamiętam, to go powiem:
„Kto na ziemi szczęścia szuka, niech wstąpi do PSWK,
Tam ubiorą go starannie i ułożą nienagannie,
Nie prosząc, zaraz dostanie dwie pary majtek i stanik,
Majtki pod szyję i białe, gwarancja cnoty na stałe.
Potem, by biustem nie kusić,
frencz zapinany niech dusi nędzne i niskie zamiary,
Brązowych butów trzy pary, koszulę i krawat, pończochy i pas różowy.
Kiep, komu by się zdało, że dbają tu tylko o ciało,
Ducha wychować cel najszczytniejszy,
Za przez to pod okiem kobiet wojskowych,
Po trzech tygodniach szkolenia rezultat do zazdroszczenia.
W łóżku, w kinie, no i w mieście umiesz znaleźć się nareszcie,
Niech uznania przyjmie słowa nasz pułkownik Leśniakowa”.
W każdym razie wojskowe panie strasznie nas tam musztrowały, ciągle chodziły, [sprawdzały] czy wszystkie guziki pozapinane.
Opowiem jeszcze, jak myśmy potem trafiały do dywizji. Po wyzwoleniu przyjechała pani, pułkownik Ponińska z Anglii, z RAF-u, która chciała nas tam [zabrać]. Ale mogła wziąć tylko osiemdziesiąt. Osiemdziesiąt dziewcząt, właśnie [stąd], gdzie myśmy miały gazetkę i redakcję, zabrała do RAF-u na służbę. Też mogłam jechać, ale mój brat był gdzieś w Niemczech, nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Więc one wyjechały. To jeszcze nie był koniec wojny, dlatego że dopiero 5 czy 8 maja dywizja doszła do Wilhelmshaven, a koniec wojny był ósmego. Nas odbili 12 kwietnia, więc to był okres, kiedy jeszcze wojna trwała i Anglicy jeszcze tej granicy nie zamknęli. Potem przyjechała pułkownik Leśniakowa. To była komendantka Pomocniczej Służby Kobiet. Nasza komendantka, pani Irena Milewska, porucznik „Spocznij” najpierw bardzo długo trzymała ją pod drzwiami, chociaż była porucznik a tamta pułkownik, a potem zaczęła jej tłumaczyć, że my nie jesteśmy służba pomocnicza, że my jesteśmy wojsko i dla nas to jest w ogóle dyshonor, że mamy być jakimiś pomagierami. To trwało parę godzin, w końcu ta baba się obraziła i wyjechała. I myśmy zostały.
Potem zorganizowali kurs świetliczarski w Papenburgu. Ciekawe, że komendantką tego kursu była pani major Wasilewska, rodzona siostra Wandy Wasilewskiej. Leon Wasilewski, ich ojciec, to był przyjaciel Piłsudskiego, bardzo znany socjalista. Jedna córka była komunistka. Po tym kursie byłyśmy świetliczarkami. Najpierw byłam w szwadronie regulacji ruchu, tam był też obóz prasowy, a potem w 8. Batalionie Strzelców.
Jako byli jeńcy myśmy dostawali po sto siedemdziesiąt pięć marek. To było niedużo, ale teoretycznie można było za to trochę żyć. Tak że nas przyjęli do dywizji, ale myśmy nie dostawały takiego żołdu jak żołnierze dywizji, tylko myśmy jadły w kasynach i dostawałyśmy przydział alkoholu. Od plutonowego wzwyż dawali bardzo dużo alkoholu, bo coś koło dziesięciu butelek miesięcznie, i to takich super alkoholi, bo to Anglia dawała z jakichś magazynów. Tak że to było bardzo dobre, bo potem, jak już Jurka tam przywieźliśmy, sprzedawałam to, bo myśmy nie pili wtedy alkoholu. Z tego były jakieś [pieniądze], można było coś [kupić].
To wszystko było przecież na prowincji, były Gasthausy, gospody, [gdzie] było kasyno. Żołnierze dostawali przydział amerykańskiego jedzenia, słodkie buły, jakiś dżem pomarańczowy. Myśmy to zamieniały z Niemcami na chleb razowy, na jakiś szmalec.
Potem jak już byłam w 8. Batalionie był oficer oświatowy, [którego] byłam jego pomagierką. Z tym że właściwie nie miałam co robić, więc ciągle kazał mi robić jakieś opracowania, pisać.

  • Jak pani poznała męża?

Męża poznałam w ten sposób, że właśnie jak byłam w 8. Batalionie, to kiedyś pojechaliśmy do kina z moim bratem, ż żołnierzami. Był jakiś film. Była moja koleżanka, Haluta Lubomirska z mężem i mój mąż z nimi był. Jakoś żeśmy się tam poznali. On był wtedy podchorążym. On wtedy mówi, żebyśmy z Jurkiem nie jechali tamtym, tylko że on nas [zawiezie], bo ma samochód. A ja powiedziałam, że jak z żołnierzami przyjechałam, to muszę z nimi pojechać. Widocznie jemu to się spodobało. Zanim poszedł na szkołę podchorążych, był właśnie w tym batalionie, gdzie byłam świetliczarką. Zaczął tam przyjeżdżać i po sześciu tygodniach już wyszłam za mąż za niego.
Koło mnie strasznie się kręcił taki chłopak, też podchorąży, który, pamiętam, nazywał się Fredzio Wieliszek. Fredzio Wieliszek grał mi na gitarze pod oknem, mojego brata strasznie emablował. Zawsze podobałam się takim chłopcom, co mieli metr pięćdziesiąt w kapeluszu, bo ja byłam wysoka. I ten cały Fredzio Wieliszek też był taki kurdupel. Jak myśmy wracali do Polski, to była weryfikacja żołnierzy, którzy na przykład trafili z armii niemieckiej. Okazało się, że Fredzio Wieliszek był w Hitlerjugend. I teraz sobie wyobrażam, jakby miał dwadzieścia centymetrów więcej, może bym na przykład wyszła za niego. Potem się dowiedzieć o tym, to przecież okropne, ale mogło tak być.

  • Pani musiała walczyć dalej.

Mój brat oczywiście miał przemowę wielką do mojego męża, powiedział, że ma opinię babiarza i właściwie jest bardzo niezadowolony, że jeżeli mi krzywdę zrobi, to będzie miał z nim do czynienia. Mój mąż już miał wtedy dwadzieścia sześć lat, a to wtedy był chłopaczek piętnastoletni. Z tym że myśmy tak szybko się pobrali, bo myśmy mieli jechać do Anglii. Ale było tak, że z naszego pułku jeden z kolegów pojechał na przepustkę do Anglii i zobaczył taki obrazek, że na traktorze jedzie niemiecki jeniec w rękawicach, a polscy żołnierze zbierają buraki. Wściekły przyjechał. Pamiętam, że całą noc żeśmy w kasynie siedzieli i się zastanawiali, czy wracać. W końcu żeśmy zdecydowali wrócić. W związku z tym myśmy przyspieszyli ślub, zresztą to bardzo było [ładne], żeśmy pod Stenami szli.
Najzabawniejsze było, że nie chciałam, żeby mąż do ślubu szatki mi kupował. Ponieważ mama nam zaszyła jakieś dwudziestodolarówki, to wydłubałam taką dolarówkę, pojechałam do Belgii, kupiłam sobie jakąś szatę i kapelusz. Ten kapelusz się pogniótł. Wobec tego mój mąż posłał żołnierza do Holandii, żeby ten kapelusz odprasowali. Oni ten kapelusz odprasowali i potem motocykliście Holenderki przypięły do munduru szpilkami to moje „czako”. Potem był ślub, było niedużo osób. Pluton męża był w niemieckiej willi, on na dole miał pokój, a na górze żołnierze. Postawił im wypitkę i się popili. Zaczęli rozrabiać, powiedzieli: „Nasz dowódca się żeni, to my tu wszyscy w jednym pokoju”. Rozwalali ściany. Wesele się kończy, przyjeżdża żandarmeria i mówi, że [żołnierze rozrabiają]. Mówię: „Ja świeżo poślubiona, to ja też jadę”. Pamiętam, Jurek, jeszcze Jaś Kobylański, który drugim świadkiem był, poszliśmy tam, siedzimy w jego pokoju. W pewnym momencie drzwi się otwierają, wpada mój mąż, wściekły na tych żołnierzy, mówi: „Kurwa mać!”. A mój brat mówi: „No, siostro, wpadłaś jak śliwka w kanalizację”.
Tam przyjeżdżały całe rzesze Niemek. Przyjeżdżały z miast, przywoziły jakieś artykuły, żelazka i z tymi chłopami wymieniały na jedzenie, z żołnierzami się fraternizowały strasznie. Pamiętam, że kiedyś było tak, że mój mąż wkroczył do jakiejś izby, dwudziestu czy trzydziestu żołnierzy, na każdym łóżku po dwoje. Była jakaś Niemka, mój mąż ją zawołał i mówi: „Proszę pani, niech pani mi powie, co pani tu robi? W tym pokoju jest w ogóle burdel”. Mówi, że jest żoną majora niemieckiego, który zginął pod Stalingradem, ona ma dzieci i musi te dzieci nakarmić.
Był pluton motocyklistów. Motocykliści reperowali swoje motory. Jak Niemcy szli ze stacji, to oni wskakiwali na te motory i jak Hitler mówił: „Co chcecie: masła czy armat?”. I odpowiadali chórem: „Armat, armat”. Na początku były napisy No fraternization, żeby się z Niemcami nie [bratać], ale potem żołnierze z tymi Niemkami zaczęli się zadawać. Potem komendant placu jakoś też miał Niemkę. Była restauracja, gdzie była kartka: „Alianckim żołnierzom wstęp wzbroniony”. Awantura cała, bo nasi zaraz zaczęli tam rozrabiać. Potem Niemki przychodziły nawet na jakieś filmy. Zresztą Niemki się zachowywały strasznie. Tak jak myśmy przyzwyczajeni, że Niemcy to nadludzie, a Niemki zachowywały się potwornie.
Myśmy potem z moim bratem pojechali autostopem zwiedzać Niemcy i trafiliśmy do Frankfurtu. Pamiętam widok kiedyś we Frankfurcie, stoi Murzyn, wielki chłop, czarna twarz, trzyma tabliczkę czekolady [i wybiera sobie niemiecką dziewczynę]. […] Dla nas to były szokujące rzeczy. Niemcy szybko właściwie się zdegenerowali. Poza tym była taka różnica, na przykład w czasie okupacji w Polsce, jak Niemiec kogoś zatrzymał i pytał się, gdzie, co jest, to albo każdy mówił, że nic nie rozumie albo mu pokazał w inną stronę. Niemiec jak go się żołnierz zapytał, prawie że plackiem leżał i tłumaczył.

  • Posłuszny naród.

Taki posłuszny naród. Na przykład zrobili ciekawą rzecz, że po upadku Niemiec nie było inflacji, dlatego że dalej sprzedawali wszystko w okupacyjnych reichsmarkach, w markach i można było różne rzeczy kupować dosłownie za fenigi.




Warszawa, 17 kwietnia 2007 roku
Rozmowę prowadził Mateusz Weber

Zobacz także


łącznik

Włodzimierz Cygański „Włodek”

Wywiad – informacja o wileńskich „Szarych Szeregach” (lata 1939–1944) przedstawiony w...

więcej
łączniczka

Krystyna Kabzińska „Krzna”

Krystyna Kabzińska, „Krzna”. W czasie Powstania [działałam] w Elektrowni Warszawskiej w Zgrupowaniu...

więcej
strzelec

Tadeusz Karczewski „Wierzba”

Nazywam się Tadeusz Karczewski, urodziłem się w Warszawie 12 września 1922 roku. Obecnie mieszkam od dłuższego...

więcej
łącznik

Jerzy Grzelak „Pilot”

Nazywam się Jerzy Grzelak. W czasie Powstania byłem jeszcze bardzo młodym chłopcem, musiałem sobie trochę dodać lat,...

więcej