Andrzej Miedzianowski-Sinclair „Jasieńczyk”

Archiwum Historii Mówionej

Jestem Andrzej Miedzianowski, moje angielskie nazwisko – Sinclair. Nie chciałem się specjalnie ukrywać – po prostu w tych czasach, kiedy byłem [w Anglii], bardzo mało Anglików umiało wymówić [słowo] Miedzianowski. Było to bardzo trudne, dlatego właśnie dodałem Sinclaira.

  • Proszę powiedzieć, kiedy i gdzie pan się urodził, oraz kilka słów o rodzinie.

Urodziłem się 1 września 1924 roku w Wilnie. Moi rodzice – kresowiacy. Wszyscy [pochodzą] z Kresów. Moja matka jest Szemiot. Pochodziła z Litwy Kowieńskiej, z bardzo starej rodziny znanej [niezrozumiałe] – są nawet opisani przez Sienkiewicza, Mickiewicza i innych ludzi, stąd bardzo ciekawa rodzina. Mój pradziad Franciszek Szemiot był w powstaniu – nie pamiętam którym, tyle tych powstań wtedy było [...]. A mój ojciec urodził się na Ukrainie, skąd pochodzi masa polskich rodzin. Też pochodził z ziemiaństwa – nie szczycę się, tylko po prostu [takie mam] pochodzenie. Spotkali się moi rodzice w Wilnie. Mój ojciec był naturalnie z Rosji sowieckiej, [ale] nie chciał tam być i uciekł. Byłem w Wilnie trzy lata i ojciec się przeniósł do Warszawy, więc jestem takim przyszytym prawdziwym warszawiakiem, bo do szkoły powszechnej chodziłem w Warszawie, a w gimnazjum byłem w korpusie kadetów – jestem kadet, lwowski kadet.

  • Miał pan jakieś rodzeństwo?

Mam siostrę o wiele młodszą, która niestety – biedactwo – jest bardzo chora teraz na te okropne choroby, które grasują, i nie wiem, czy długo pociągnie, ale to jest już inna sprawa.

  • Proszę powiedzieć coś jeszcze o czasach szkolnych, dzieciństwie.

Z wielką przyjemnością. Moja matka wyszła za mąż po raz drugi za Karola [Radeckiego-Mikulicza], który miał śliczny majątek na Polesiu. Śliczny dlatego, że był leśny, ogromny – 12 hektarów. Nie było to specjalnie wydajne, bo były piachy, ale były bardzo ładne lasy i bardzo takie starożytne życie w tym było. Wszyscy chłopi chodzili jeszcze wtedy w łapciach, w białych koszulach i spodniach robionych z lnu. Przeważnie byli [to] Białorusini albo Ukraińcy, było trochę Polaków. Byliśmy blisko tej sławnej stacji, gdzie kopiec kościuszkowski był robiony, w rejonie Polskiej Góry (z nazwami czasami się będę mylił). Były to dla mnie jako młodego chłopaka fantastyczne wakacje. Strasznie lubiłem [te okolice] z jeziorem – jeden kilometr długości na dwa. Byłem tam dwa lata temu, dużo się zmieniło, ale właściwie mało się zmieniło. Szalenie było dla mnie ciekawe, że wszyscy Ukraińcy – teraz są tam tylko Ukraińcy, nie ma żadnych Polaków, [bo] teraz to jest oficjalnie na Ukrainie – żyją tak samo, jak chłopstwo polskie tam żyło – z własnego wyrobu. Co w tym swoim poletku pół- czy ćwierćhektarowym wyhodują, to z tego jedzą. Kupują tylko naftę, żeby palić swoje lampki, i jakieś inne rzeczy. Nawet wódkę własną robią. Bardzo byli dla mnie gościnni. Są fotografie mojej rodziny w szkole. W sypialnym [niezrozumiałe] pokoju zrobili muzeum – kiedyś nikt nas nie chciał zadźgać czy coś, nikt się [do nas] nie zraził. Przyprowadzili do mnie dwie bardzo stare staruszki – jedna była mojej siostry nianią a druga pracowała w kuchni. Po staremu się ze mną witała, że jeszcze teraz mi łzy do oczu nachodzą. Bardzo byli mili. A reszta, to wszystko byli nowi, bo dużo [ludzi], którzy byli pod wpływem polskim, wywieźli Rosjanie. Myśmy tam kościół zbudowali, więc wszystkich katolików wywieźli, ani jednego nie ma, kościół zniszczyli zupełnie. A to jest koło [elektrowni] atomowej Kuzniecow, która jest jakieś sto kilometrów od granicy polskiej. Ludzie sobie nie zdają sprawy, że tu za rogiem, nie tak daleko, jest ten Kuzniecow, [elektrownia,] która jest siostrą tej, która wybuchła koło [Czarnobyla]. Więc to jest nieprzyjemna wiadomość. Ja tam już bym specjalnie nie wracał.
Co ciekawego – jestem chrześniakiem Piłsudskiego. Rodzina Piłsudskich była sąsiadami – całkiem bliskimi nawet – Giełgudyszek, majątku Szemiotów, gdzie urodziła się moja matka. Z tego powodu – specjalnie się dobrze nie znali – Piłsudski zgodził się być moim chrzestnym ojcem, ale sam mnie nie podawał, tylko jego brat Jan, który był też znajomym mojego ojca.
Później byłem na prywatnych kompletach w szkole przy ulicy Chopina w Warszawie u Jerzyka Schielego – to był właśnie ten Schiele z „Haberbusch & Schiele”. Jego matka mówiła źle po polsku, dziadek zupełnie nie mówił po polsku, [tylko] po niemiecku, a on zginął, zdaje się, w Oświęcimiu, a może nawet na Szucha. Zamordowali go za jego działalność w Podziemiu. Jeszcze przed Powstaniem go złapali. Dużo chłopaków, dziewczyn i rodzin zginęło podczas okupacji, nie tylko w Powstaniu, bo Powstanie to jest jedna część tylko tego wszystkiego, tej operacji.
Stamtąd, wielkimi staraniami, pod wielkim batem mojej mamy i mojego korepetytora, zdałem do korpusu [niezrozumiałe], korpus był wspaniały. Dzieleni byliśmy na kompanie – 1. kompania [to] była pierwsza klasa, 2. kompania – druga klasa. Każda kompania podzielona była na dwa plutony, [które] były mniejsze – po dwunastu, czternastu, nawet osiemnastu. Była ciekawa bardzo organizacja, bo dyscyplina była zupełnie wojskowa. Mieliśmy dowódcę plutonu, który był zawodowym albo rezerwowym oficerem, chodził w mundurze. Wszyscy byli umundurowani. Dowódcą kompanii był kapitan zawodowy. Mieliśmy też drugą hierarchię – nauczycieli i uczenia się. Na przykład, jeżeli ktoś się źle zachował przy klasie, to nauczyciel nie musiał go karać, tylko kadet służbowy [mówił]: „Zapisz Miedzianowskiego” – i Miedzianowski stawał z raportem i musiał się meldować, dlaczego jest zapisany. Oni nie oskarżali, ty musiałeś powiedzieć, co sknociłeś. Nie było też [koedukacji] – co jest bardzo ważne, bo jak chłopcy dorastają z tego, kiedy są niczym, do tego, jak zaczynają być mężczyznami, to jest to okres trudny dla wszystkich, może mniej dla kobiet, więcej dla chłopców, bo głos się zmienia i różne inne rzeczy przechodzą w nasze problemy – to było wtedy rozdzielone. Na przykład, jak byłem w 1. kompanii, potem w 2. (tej nie skończyłem już, bo wojna przyszła), ale w 2. kompanii stałem na baczność przed tym, który był w 3., 4. czy 5. kompanii. Mówiło się „panie kadecie” i stało się na baczność. Nie wolno było social intercourse, co było dobre, bo złe rzeczy, które mogły przyjść z góry, [nie przenikały]. Nie było w ogóle palenia papierosów. Dlaczego? Bo tak kadeci zdecydowali, że nie będą palić. I to nie było pod przymusem – dyscyplina była bardzo mądra. Tam nie było takiego znęcania się, broń Boże, nie było żadnego bicia, broń Boże! Chodziło się na baczność, stało się na przykład na tak zwanych tańcach – była taka znana malarka przed wojną, która malowała tańce góralskie – to znaczy stało się na baczność przed tym obrazem pół godziny i nie [było wolno] ruszyć się. Albo z torbą z cegłami stało się na zewnątrz. Takie były rzeczy. Ja z moim kolegą zdecydowaliśmy, że pójdziemy sobie dobrać więcej jabłek. Jabłka były w piwnicy. Głodu nie było, jedzenie było naprawdę wspaniałe, ale z cwaniactwa małych chłopczyków zaostrzonymi kijami myśmy tych parę jabłek wyciągnęli, ale połamaliśmy więcej niż wyciągnęliśmy. Następnego dnia po kościele była zbiórka całego korpusu na dziedzińcu przed budynkiem – przepiękny budynek był – staliśmy czworobokiem, kompaniami. 6. kompania to była szósta klasa – maturalna. Doszło do raportu. Czyta kapitan służbowy, że takie i takie było zrobione głupstwo, że to było barbarzyństwo, żeby rozbijać jabłka. To jest honorowa rzecz, więc [zrobiłem] trzy kroki naprzód i stanąłem przed kompanią. W sekundy cały mój pluton idzie za mną. Teraz mi się trochę łzy w oku kręcą, bo to było szalone koleżeństwo i solidarność była ogromna.

  • Proszę powiedzieć, jak pan pamięta wybuch wojny?

Byłem z ojcem. Mama i ojciec, chociaż byli rozwiedzeni, żyli w wielkiej przyjaźni. Nie było żadnych trudności. Ojciec i matka byli zupełnie inni – mamusia kochała wieś, ojciec nie lubił wsi, chociaż pochodził ze wsi – i ogromna różnica wieku – ojciec był dwadzieścia lat starszy od mojej matki, co jest czasami dobrze, czasami niedobrze. Ich problemy nawet nie wiem, jakie były, bo tego się nie słyszało w domu. Zachowanie rodziców było zawsze correct. Tak się złożyło, że miałem wracać do korpusu we Lwowie. Nasz majątek, do którego jeździłem na wakacje, był nad Styrem; stacja Czartorysk na linii kolejowej Kowel-Sardyń. Po raz pierwszy pojechałem tam sam – bo zawsze jechałem z mamą czy ojcem – w mundurze. Strasznie byłem z siebie dumny, salutowałem wszędzie, bo do mnie salutowali, bo miałem wszystkie swoje [niezrozumiałe] – mundur kadecki był wojskowy, tylko granatowy. W ten sposób dojechałem do Krynicy, gdzie mój ojciec był ze znajomym, który się ożenił z bardzo piękną, bardzo młodą [kobietą]. Mieszkali koło nas, koło balkonu. On był starszym panem, wszyscy się z niego śmiali, że ma młodą żonę – żonę, która miała brwi połączone zupełnie, [czego] nigdy nie widziałem. Ona była o wiele więcej rozwinięta ode mnie. Siedziałem na balkonie, a ona się krzątała na swoim ogrodzie – bo ojciec z jej mężem poszli gdzieś na jakieś spotkania czy brydże. Raptem zaczęła krzyczeć: „Komary!”. Więc złapałem za [środek owadobójczy], [które] były w pokojach, przelazłem przez barierkę i zacząłem flitować. A ona była ubrana w negliże i jej na myśli co innego było [śmiech], a ja z tym flitem. Ona mówi: „Wariat! Głupi! Głupi jesteś zupełnie!”. Trzasnęła drzwiami i wyszła z pokoju. To była jedna z moich wielkich przygód.
Potem mój stryj Roman Miedzianowski pracował w ratuszu, w Warszawie, był naczelnym inżynierem od ruchu. Teraz – śmiesznie – jego siostrzeniec Roman Dziekoński był wiceprezydentem Warszawy dwa razy i teraz jest wiceministrem w ministerstwie rozbudowy czy coś takiego. On zadzwonił do nas jakieś dwa dni przed wojną 1939 roku. Doskonale słyszałem, [jak] krzyczał w słuchawkę: „Władek, wracajcie, bo wojna jest! Nie ma kwestii, że będzie wojna”. Więc wróciliśmy pierwszym pociągiem, którym można było.
Pamiętam doskonale, bardzo wcześnie 1 września siedziałem w naszym mieszkaniu na ulicy Mazowieckiej 11, plac Dąbrowskiego 2/4 – dzisiaj ten przechodni dom, w środku nowoczesny – kiedyś nazywał się Ogród Phillipsa, taki nowoczesny blok, który jest niezniszczony. Był podziurawiony w Powstaniu, ale nie był zniszczony. Siedzę na oknie (taka półka była nad kaloryferem) i widzę, że raptem huki się pokazują ogromne, strzelają – cała grupa starych Junkersów 52 leciała i bombardowała Warszawę. Od tego zaczęła się wojna. Jako kadet zaraz zameldowałem się do komendy miasta. Powiedzieli mi: „Cicho siedź!”. Kapitan siedział, pamiętam doskonale. Powiedział: „Chcesz, to będziesz u nas łącznikiem, będziesz biegać z tymi różnymi...”. No więc ja [na znak zgody zasalutowałem] i z nimi siedziałem. Przychodziłem parę dni, a później przyszedł rozkaz, żeby się wszyscy w pewnym wieku – starsi, powyżej czterdzieści pięć czy pięćdziesiąt lat, i młodsi do wieku takiego i takiego – ewakuowali z Warszawy. Więc ja miałem się ewakuować. Jak, gdzie i co – nie bardzo było wiadomo. Nie było co wracać do Lwowa, bo Lwów był zamknięty.
Ministrem Warszawy był Jaroszewicz – doskonale go pamiętam – który się ewakuował jako rząd na Lwów, w tak zwane bezpieczne miejsca, i on powiedział: „Ja wezmę Andrzeja, niech on jedzie do matki”. Jego droga do Lwowa przechodziła stosunkowo niedaleko od Styru. Jego droga przebiegała przez Łuck. W Łucku był Styr, gdzie można było malutkim stateczkiem dojechać do naszego majątku. Tak się stało – jechałem z nimi, i uciekaliśmy w ten sposób.
Jak przyjechałem do Bielskiej Woli, to zacząłem majstrować przy takim szklanym radiu – myśmy z Kresów prymitywni byli nieco pod tym względem, nie było tam radia, jak te duże phillipsy (ojciec miał takiego ogromnego). Kręcę, kręcę i raptem nachodzę na stację moskiewską – mam wrażenie – i tam mówi: Wnimanije, wnimanije! Zdjes’ goworit Moskwa, registracija Sowieckowo Sojuza, i bla, bla, że: „Wy, Polacy, nie bójcie się, my przychodzimy was ratować”. Ja mówię: „Mamuśka, mamuśka! Ruscy idą!”. I pierwszy raz w życiu widziałem mojego ojczyma – wspaniałego człowieka, Karol Radecki-Mikulicz to był wspaniały człowiek, uczył nas, jak broń reperować, w takim wieku, przecież to byli ludzie już po pięćdziesiątce, takich gówniarzy jak my – jak się modlił: „Maryjko! To już koniec!”. A moja mamusia mówi: „Żaden koniec! Te łobuzy – może jeszcze powiedziała brzydziej – nas nie złapią!”.
I myśmy z folwarku konikami – nawet fotografie mam – na pięciu wozach – jeden dla nas, później był taki z rzeczami i z jedzeniem, i trzy wozy z naszymi gajowymi, bo to był olbrzymi leśny majątek – wszyscy byli Polakami. Wszyscy przebrani byliśmy za chłopstwo, udawaliśmy biednych osadników. Mój ojczym miał tak zwane sztabówki – mapy sztabowe – całej drogi, aż do Warszawy, dlatego że jego brat generał Mikulicz-Radecki był zawodowym oficerem łącznikowym do armii angielskiej i polskiej, płynnie mówił po angielsku, francusku i rosyjsku i on dał te mapy swojemu bratu Karolowi – mojemu ojczymowi. Myśmy jechali tylko nocami, po małych dróżkach – wojny nikt nie słyszał, gdzieśmy byli. Ponieważ mama była bardzo doświadczona, bo uciekała też kiedyś z Litwy w 1920 roku, to wieźli ze sobą igły, zapałki, dwie duże beczki nafty, tytoń, bo pieniądze były nic nie warte. Ja osobiście widziałem, jak jedna młoda kobieta dała chłopu obrączkę za dwa bochenki chleba i kawałek słoniny – obrączkę dała. A nas jak królów dawali, bo myśmy mieli machorkę i papierki do tego, po które mamusia mnie posłała do naszej wsi – Bielskiej Woli, żeby kupować ze sklepików – przeważnie żydowskich, były takie znane bardzo w Polsce – i ja wykupywałem wszystko, i myśmy to wieźli. A jakieś tak zwane kosztowności – myśmy wszystko zostawili. Niestety, bardzo dużo wartościowych rzeczy, jeżeli chodzi o obrazy czy meble, zostało wywiezionych na wieś – „bo się w Warszawie spali”, ponieważ wojna szła. W Warszawie się nic nie spaliło, a tam żeśmy stracili, bo naturalnie poszło już pod ruską okupację.
I myśmy dojechali do samej Wisły, już bardzo blisko Warszawy. Tam po raz pierwszy zobaczyliśmy Niemca. Mój ojciec zaczął mówić po polsku, bo myślał, że to polski żołnierz, a ten do niego zaczął krzyczeć: Was?! Was?! Z tego wyszło, że już jesteśmy pod okupacją. Ale masę ludzi zawrócono i wpadli w ręce ruskie, bo wszystkie mosty były zamknięte – Polacy nie puszczali, bo się bali. Zobaczyłem ruskie wojsko, kiedy zatrzymaliśmy się jeden dzień blisko większego miasteczka, bo dziecko jednego z naszych gajowych bardzo chorowało i bardzo krzyczało, i chodziło o to, żeby znaleźć jakiegoś lekarza. Razem z naszym administratorem, panem Nowickim – takim typowym Polakiem z Mińszczyzny, [który] miał takie piękne wąsy, zawsze chodził w kaszkiecie i uczył mnie dużo o lasach i jak trzeba się zachowywać z pracownikami (mieliśmy masę ludzi, którzy pracowali w lasach) – poszliśmy do miasteczka. A w miasteczku były bramy triumfalne, zbudowane przez – nie chcę wymieniać rasy, ale mam wrażenie, że pani wie, kto to był. Raptem widzę: po ulicy jedzie kucykami taki [jakby] tatarski oddział ruski – jak na filmie, w jakichś okropnych czapach z jakimiś torbami, jakiś dywan niósł. To było moje spotkanie z naszymi „kolegami” po drugiej stronie.
  • Gdzie pan mieszkał podczas okupacji?

Mieszkałem w dwóch miejscach: i u ojca, i u matki. To znaczy na Alejach Ujazdowskich 37 – dom stoi, nie był zniszczony nawet podczas Powstania, bo była barykada właśnie w tym miejscu, zaraz koło ambasady bułgarskiej – zdaje się, Bułgaria ciągle ma tam ambasadę – to było naprzeciwko niemalże pomnika powstańczego i [budynku] parlamentu. [Mieszkałem] też na Mazowieckiej 11, plac Dąbrowskiego 2/4, bo w tym nowoczesnym domu ojciec miał mieszkanie.

  • Co pan robił podczas okupacji? Skąd czerpał pan legalne dochody?

Nie potrzebowałem pracować na to, żeby mieć co jeść, bo moja matka i ojciec dawali sobie dobrze radę. Moja matka miała – jak u pewnych ludzi – biżuterię i takie różne, tak zwane kasztany, i trochę dolarów, wszystkiego. I był ten ogromny dom, z którego mój ojczym i jego rodzina brała jeszcze jako taki czynsz, więc muszę powiedzieć, że nie głodowaliśmy. Na początku zupkę się taką cienką jadło, ale to były tylko początki, a później [niezrozumiałe].
A ja uczyłem się na kompletach, ale to moje uczenie nie było za dobre, bo zamieszałem się w podziemie – byłem tam prawie od samego początku. Kierownik gimnazjum – który nie pamiętam, jak się nazywał, bo ja tam bardzo krótko byłem, parę miesięcy – zawołał mnie do swojego gabinetu i powiedział: „Miedzianowski – on znał mojego ojca, bo mój ojciec był adwokatem, wicedziekanem rady adwokackiej i bardzo znany był w Warszawie – jesteś kadetem, my potrzebujemy mieć tu grupę, która będzie rozpoznawać może jakichś ludzi niepewnych, bo już zaczęły się nielegalne komplety, więc żebyś był tym, który tego będzie pilnować”. Bo była masa młodych chłopaków – to było męskie, dziewczyn nie było – którzy nie wiadomo skąd są, i się bali. I od tego się zaczęło. Nie było żadnych wariackich wyczynów, nie było żadnego strzelania czy Bóg wie co, nawet żadnej broni nie było, tylko po prostu organizowanie się w typowe grupki. Nasze konspiracyjne POW – grupki pięciu ludzi – zaczynało się od tego. Potem się przeniosłem do takiej stacji pływalnej po praskiej stronie Wisły, gdzie można było wynajmować łódki (nie pamiętam dokładnie gdzie, ale gdzieś blisko mostu Kierbedzia) i tam zacząłem pierwsze moje akowskie [działania]. To nie było żadne AK, myśmy się zaczęli organizować, to były wczesne lata czterdzieste – takie organizowanie się, trochę rozpoznawanie broni. Tak się złożyło, że mój stryj, brat mojej matki, tam był, który służył w wojsku jako rezerwista, ale był oficerem i on nas tam uczył troszkę. Takie zabawy, może nie zabawy, ale uczenie się troszkę, co to jest karabin, chociaż znałem broń całkiem dobrze, bo ja byłem na wsi i strzelałem już jako młody chłopaczek, i mój ojczym bardzo się interesował bronią.

  • Jak rozwijała się działalność konspiracyjna?

[...] Najważniejsze dla mnie i największą dumą, którą mam, to są bardzo podobne okresy: okres pierwszy okupacyjny w Niemczech i tutaj okres pod okupacją sowiecką właściwie, który nazywam „okupacją sowiecką”, bo pierwszy raz do Polski przyjechałem w 1960 roku, więc widziałem, jak się żyło, jak to było. A później ten rozwój od 1989 roku, kiedy tu przyjechałem znowu w czasie przewrotu – bo byłem [pracowałem] wtedy w eksporcie. Więc zaczęło się w ten sposób, że właściwie zaczęliśmy się wtedy bawić [...] w organizację kompletów szkolnych, organizację pomocy uciekinierom, więc ja trochę tym „argeo” [?] byłem, siedziałem, jakimiś kartkami się bawiłem, szukałem, chodziłem. To były takie nieostre organizacje, bo tam nic administracyjnego nie było, jak ktoś tam opowiada bzdury jakieś to...
Co było też ciekawego – rozpoczynanie szkół, przecież Niemcy zamknęli wszystkie szkoły. W szkołach wolno było kształcić się do szóstej klasy szkoły powszechnej, a później koniec. Dla Polaka dozwolone było szkolnictwo techniczne, więc Wawelberg. Zrobiło się z Wawelberga „oficjalnie” szkołę dla mechaników, ale to był Wawelberg ciągle, to była Politechnika Warszawska właściwie, ale o tym trzeba przypominać i pamiętać – setki tych profesorów, tych nauczycieli, którzy się narażali – grosze dostawali właściwie, żeby żyć – sami pół głodowali, a nas uczyli. To są szalone osiągnięcia. Te okresy pomocy różnej, „argeo” [?], te wszystkie inne – nic się o tym nie mówi. Ja jestem dumny z Warszawy, z całego miasta, z tego, jakie było – nie tylko miasto Warszawa, inne miasta też były – ale to jest to, z czego trzeba być dumnym. Tak samo w Powstaniu – Warszawa jako miasto, obywatele Warszawy – to są bohaterowie. My też tam strzelaliśmy – tu zabili, tam nie zabili – ale nam było najłatwiej, bo na liniach frontowych było najbezpieczniej. Najbardziej niebezpiecznie i najgłodniej było w środku. [...] Jestem bardzo ostry, jak słyszę opowiadania o tych wielkich walkach... Nie było amunicji, nie było broni. Ile można strzelać, ile można mieć amunicji? Ale wszystko jedno...
Wracając do początków, zaczęliśmy się troszkę włóczyć małymi grupkami – tu był taki, a tu był lewica, tu był prawica. Ja nie interweniowałem, nie interesowałem się polityką, zawsze się interesowałem, żeby z bronią w ręku gdzieś iść. Stosunkowo wcześnie zacząłem z tą bronią w ręku, bo dołączyłem się z moim kolegą [...] do Piaseckiego – nie wiedziałem, że to Piasecki – to były oddziały, które miały iść za Bug walczyć z ruskimi, ochraniać Polaków – takie bzdury, nic nie wyszło z tego. W międzyczasie myśmy się tułali z grupy do grupy, z oddziału takiego czy innego, to wszystko było przecież zakonspirowane, człowiek nigdy nie wiedział, z kim był, z czym do gościa. Ale pierwszy pistolet, pierwszą broń, którą dostałem, to było właśnie u Piaseckiego. Wtedy byłem w grupie tak zwanej wyrokowej i muszę się przyznać, że jak przez mgłę pamiętam ten wyrok, przy którym ja byłem, który musiał [wywrzeć] na mnie ogromny wstrząs, bo prawie nie pamiętam tego okresu – jakoś może broni się organizm nerwowy, że człowiek zapomina po prostu – pamiętam takie kawałki, że on miał być szpiegiem niemieckim, i myśmy wpadli do mieszkania, dzieci płakały i ludzie... on się chował pod kołdrą, my strzelaliśmy do niego. To było takie nieprzyjemne. Nie nieprzyjemne w tym momencie, bo człowiek się robi inny. Ja miałem szczęście-nieszczęście zabić ludzi z bliska – Niemców w mundurze. Też o tym opowiem, bo to jest bardzo typowa akcja właśnie na ulicach Warszawy, nie tak znana co prawda, ale opisana w Strzemboszu, nazwisko moje też tam jest, więc to nie są bzdury, wszystko, co mówię, można sprawdzić.
[...] Więc tułaliśmy się. W jednym z oddziałów – naprawdę nie pamiętam, który to był, już było, zdaje się, AK [...] – poszedłem na podchorążówkę. Skończyłem podchorążówkę pierwszy i ostatni raz w życiu z pierwszym etatem. Nigdy nie byłem na przedzie specjalnie, zawsze od dołu, a tam skończyłem i zostałem plutonowym podchorążym – dostałem jakieś specjalne rekomendacje. Bo ja kochałem się w tym wszystkim. Naszą Biblią było tak zwane PDP – „Podręcznik dowódcy plutonu” – jeszcze pamiętam to. Znałem to prawie na pamięć, to był podręcznik pomocniczy dla młodych oficerów. Nic to nie było warte, bo to było wszystko na normalne wojskowe walki. I całe nasze nieszczęście – jeżeli mówić o nieszczęściu – że żaden z naszych dowódców nie był tak zwanym komandosem. To byli normalni – głupi, mądrzy, bohaterscy, tchórze – zawodowi przeważnie, albo rezerwowi [wojskowi]. Pojęcia nie mieli, co to znaczy walka uliczna, co to znaczy walka pod okupacją – pojęcia nie mieli i oni rozkazywali, żeby robić różne rzeczy – włącznie z Powstaniem.
Myśmy niczego nie osiągnęli w Powstaniu militarnie. Więc ja ciągle chcę mówić o moralnym, które było ogromnym zwycięstwem narodu. Nie tylko „Zośka” czy „wośka”, czy pancerny – byli, jacy byli, swoje osiągnęli, i straty, i [tak dalej]. Ale te straty… Przecież ilu ludzi zginęło pierwszego dnia, przyszli z niczym na niemieckie bunkry. To była bzdura straszna, mówiąc szczerze, ale ja nie mam co tego krytykować, bo po co [...]. Ale postawa polska, postawa ulicy warszawskiej, była fantastyczna. [...] Konspiracja była bardzo ważna, bo była w niej dyscyplina – gorsza czy lepsza – trzymała naród. Było całkiem dobre zakonspirowanie, ale Niemcy nie mogli znaleźć tak łatwo swoich szpiegów – było im trudno. Była masa Niemców, którzy mówili po polsku, ze Śląska, ale tak żeby wsiąkli... Niemcy byli brutalni. Ruscy byli mądrzy – [doświadczyłem tego osobiście przy] Piaseckim – co by nie było zrobionego, jakiejkolwiek organizacji by nie założono w piętnaście minut, oni już wiedzieli o tym. Była fantastyczna organizacja u nich przeciwko Polakom – mieli szpiegów wszędzie. Nawet słyszałem, że jak dozorca zobaczył, że więcej niż dwie osoby w mieszkaniu się zbierają, to zaraz meldunek szedł do lokalnej [komórki]. A tutaj przecież myśmy robili zebrania i Bóg wie co, i Niemcy nie rozumieli się na tym – dzięki Bogu. Myśmy wszyscy w 1943 roku zaczęli chodzić w wysokich butach dla fasonu, żeby dziewczynki podrywać, ale każdy jeden to było AK – to było takie wariactwo. Najtrudniejsze w konspiracji było nie powiedzieć pani, w której jestem zakochany, że ja jestem w konspiracji. To było bardzo trudne... A pani też bardzo możliwe, że była w konspiracji. Nie można było mówić.
Warszawa to była główna sprężyna tej całej konspiracji, Kraków tak blisko tego nie był. I Warszawa miała to szalone zaplecze patriotyczne – nie mogę skończyć o tym mówić. Myśmy byli wychowani na Mickiewiczu, na Sienkiewiczu. Na pamięć znaliśmy prawie różne zwroty. W czasach okupacyjnych, które były bardzo ciężkie, w 1942–1943 roku, jak już Niemcy zaczęli się bić z Rosjanami, to odetchnęliśmy, bo już wiedzieliśmy, że przegrają wojnę, nie ma kwestii, bo z jednej strony alianci, z drugiej ruski, których jest tysiące, i oni ich nie wybiją wszystkich. Zbieraliśmy się na Alejach Ujazdowskich – czasami ktoś z kuzynów przyszedł czy z innych – i mamusia siedziała i wybierała specjalne rozdziały „Potopu” i czytała w zależności, jakie były wiadomości, jak były dobre, to żeśmy czytali te, jak Kmicicowi się nie udawało, jak było coś smutnego, złe wiadomości czy kogoś zaaresztowali, to mamuśka wybierała coś takiego z wielką nadzieją, żeby nas podniecić trochę i tym swoim takim trochę kresowym głosem [czytała] – do dzisiejszego dnia ją słyszę. Ale to nasze matki, przecież bez nich co by było? Żadnego AK by nie było, niczego by nie było. Ojcowie byli troszkę więcej ostrożni albo byli sami w to wciągnięci, ale te kobiety były wspaniałe – te matki.

  • Kiedy rozdzielono pana od rodziców?

Po prostu po Powstaniu. Przeszliśmy niedaleko pod Politechnikę. Bardzo dobrze nas, mnie Niemcy traktowali. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że jak mój oddział szedł, to nawet nam salutowali. Jest nawet fotografia mojego oddziału, tylko mnie nie widać, bo jestem zasłonięty, bo ja szedłem za moim plutonem. Z politechniki – tam byliśmy zgrupowani – szliśmy do Ożarowa i tam leżeliśmy na słomie. Wpakowali nas całkiem ciasno do wagonów, ale nikt nas nie bił, nie robił paskudztw. Poszliśmy do niewoli. Ja byłem w oflagu Sandbostel, bo już byłem wtedy podporucznikiem – IX B [?].
Siedziałem tam i bardzo szybko ze mnie wyszedł handlarz, bo zacząłem handlować przez druty i robić interesy z Włochami, którzy mieszkali niedaleko od nas. A później zza głównego drutu – to już było troszkę niebezpieczniej, bo strzelali, jak kogoś znaleźli, bo nie wolno było być w nocy. Ale ci, co chodzili koło drutów, nie co siedzieli na wieżach, to dużo było Ślązaków, Polaków, Ukraińców, z którymi można się było dogadać. Im owało papierosów, a my mieliśmy trochę, to za jeden, dwa papierosy dawali kromkę chleba. Kromka chleba to było dużo. Chleba czarnego razowego to myśmy tyle [2 centymetry] mieli na dzień. Niektóre, dawne obozy były zagospodarowane, a myśmy byli w nowym obozie. Tam nie było żadnych rezerw. Więc literek wody gorącej z paroma kawałkami brukwi to była nasza zupa, jeden kawałek chlebka i raz na parę dni łyżka margaryny czy jakiegoś dżemu.
Zacząłem handlować i z tego dawałem sobie całkiem dobrze radę. Później zaczęła mi się psuć rana. Głupi byłem, bo trzeba było pojechać do szpitalnego obozu, ale chciałem być z chłopakami, i trochę to ukrywałem, i wsadzili mnie [do pociągu] normalnie.
[...] Duża część mojego okupacyjnego życia to było przenoszenie, chowanie i zdobywanie broni, bo byłem dowódcą oddziału specjalnego – jedyny oddział, który był z bronią w ręku, gdzie chodzili konwojami, i takie różne rzeczy [...].

  • Gdzie zastało pana Powstanie?

Nie zastało – ja zacząłem Powstanie.

  • Kiedy pan dowiedział się o tym, że Powstanie wybuchnie?

Trzy dni wcześniej. Później zostało odwołane, i później znowu zwołane. Nie będę tego krytykował – tak było. Że tak powiem – troszkę nas to wykoleiło. [To znaczy] nie mój oddział, bo ja miałem bardzo zgrany oddział, i myśmy wyszli jak trzeba było – o piątej. Wyskoczyliśmy na Mokotowskiej, po drugiej stronie. Przyniosłem broń z Alej Ujazdowskich 37, gdzie miałem skład broni, u mojej mamy naturalnie. W tym wieku mieć broń? Co to znaczyło? Podczas okupacji? Nie morderstwo, [ale] znęcanie się na Szucha, które było bardzo daleko. Przeniosłem broń do piwnicy na Mokotowską, gdzie mieszkał bardzo wspaniały jeden z moich chłopaków – Rysiek De Pourbaix (było ich pięciu braci, wszyscy byli w AK). Latałem jak wariat, rozwożąc opaski [...]. Nieprawdę powiedziałem. Może wiedziałem, że prawdopodobne będzie Powstanie na pięć dni przed. Co było szalenie ciekawe, że już jakieś dwa tygodnie – może się mylę, może to by trzeba było poprawić – zaczęły się ogromne konwoje niemieckie uciekające przez most Poniatowskiego i Kierbedzia. Widziało się zorganizowane grupy Niemców. Niektórzy szli boso, bo już mieli takie zaparzone nogi. [Jechały] furmanki z Niemcami siedzącymi na nich, niemieckimi osadnikami, którzy uciekali z Ukrainy. Zaczęło się to ciągnąć Alejami Ujazdowskimi od „poniatoszczaka”. Myśmy wylatywali patrzeć, co się dzieje.
Więc do pewnego stopnia, jeżeli są krytyki daty Powstania, to chcę tu powiedzieć coś poważnego – masa ludzi o to się kłóci, dlaczego było Powstanie i czy nie byłoby lepiej bez Powstania. Moja opinia jest prosta – jeśli nie byłoby Powstania, to mielibyśmy powstanie z ruskimi, bo ruski by zaczęli nas przyciskać i my byśmy wyszli na pół napięci przeciwko Rosjanom, bo nie dalibyśmy się rozebrać, bo już wiedzieliśmy, co oni robią z oddziałami AK na wschodzie, bo oni już zaczęli rozbierać wszystkie nasze partyzantki, i wiadomości przyszły. Jak byśmy zrobili strzelaninę z ruskimi, to by nas wszystkich wycięli do nogi. A tych, co nie wycięli, wywieźliby w Sybir i inne kibitki, a tak zwaną [ludność] cywilną też by wycięli, z Warszawy nie byłoby nic, przekonany jestem. A poza tym, jeszcze coś bardzo ważnego. Jak pan widzi, jak ktoś pana matkę kopie i bije, i pluje na nią, czy pan jest taki, czy inny, czy pan jest bohater, czy nie bohater, uzbrojony, czy nie uzbrojony, to pan się na niego rzuci. Myśmy mieli dosyć Niemców. Myśmy chcieli się na nich rzucić. Myśmy chcieli ich zdusić, zrobić im jak najwięcej szkody. Never mind, jaki koszt. Nie chodziło o koszt, nikt tego nie liczył. Po prostu był czas, że: „My teraz im pokażemy”. Na logikę – głupia logika; na prawdę – to było uczucie młodzieży. Mówi się o dowódcach – oni takiego ogromnego wpływu na nas nie mieli. Nasze roczniki – dwudziesty trzeci, dwudziesty czwarty, dwudziesty piąty, dwudziesty szósty, dwudziesty siódmy już nie bardzo, bo za młodzi już byli – to były roczniki, które [niezrozumiałe]. Ponieważ była konspiracja, to nawet jeżeli był ten kapitan, który był dowódcą większego oddziału, to myśmy jego nie widzieli. Ja sam dowodziłem jako młodzik. Ileż ja miałem lat – szesnaście, siedemnaście? – jak już miałem własny oddział? Jakie doświadczenie miałem? Ale miałem już doświadczenie uliczne – byłem tym łobuzem ulicznym, który miał doświadczenie. Tam było jądro tego.
[...] Jak zaczęło się Powstanie, przyniosłem amunicję z Alej Ujazdowskich. Część amunicji miałem też u ojca na placu Dąbrowskiego, ale to przyniosłem już wcześniej, tak zwanymi konwojami, co myśmy chodzili – przenosiliśmy broń, różne [rzeczy, które] nam dawali, które zdobyliśmy, na Mokotowską. Siedzieliśmy w tej piwnicy uzbrojeni po zęby, bo miałem dużo broni – mam wrażenie, że może byłem najbardziej uzbrojonym oddziałem w całym Powstaniu – więcej broni miałem niż „Zośki” czy inne diabły.
  • Czy jest pan w stanie powiedzieć, ile mniej więcej broni mieliście?

Dokładnie powiem. Siedem peemów, jeden karabin, jeden lkm – lekki karabin maszynowy, mieliśmy PIAT-a z nabojami, mieliśmy parę granatów i z dziesięć pistoletów, bo myśmy byli głównym oddziałem, który trzymał broń dla tak zwanej całej kompanii.

  • A ile osób liczył oddział?

Dokładnie nie chcę teraz liczyć po nazwisku – jakieś dwanaście [osób] nas było.

  • Dużo broni jak na taką ilość osób.

Za dużo. Myśmy nie mogli wszystkiego wynieść. Miałem masę amunicji. [...] Wylecieliśmy na ulicę Mokotowską i skręcaliśmy w ulicę Koszykową, bo mieliśmy iść na Heeres-Kraftfahrpark – to był nasz obiekt, bardzo źle wybrany, bzdura zupełna, ale wszystko jedno, tak wybrali, tak mi rozkazali, tam żeśmy szli. Spotkałem na samym rogu oddział „Baszty”. Do dzisiaj nie wiem, skąd oni byli – raptem się spotkaliśmy, już strzelanina była wszędzie. Oni mówią: „Jesteśmy »Baszta«”. – „Gdzie idziecie?”. – „My idziemy na czechosłowacką ambasadę”. – „Cześć, cześć”. Polecieliśmy. Na razie lecieliśmy ulicą Koszykową w kierunku Heeres-Kraftfahrpark – wtedy był, teraz [to są] wszystko wojskowe ministerstwa, przed wojną też było ministerstwo wojska. Raptem z tej ciszy otwierają się okna i... Nie mogę o tym mówić… Kwiaty rzucali na nas… Taka była wspaniała ta polska ulica.

  • Było warto?

Było warto za ten moment – ten najważniejszy moment, gdy wylecieliśmy na ulicę z opaskami i z bronią w ręku pierwszy raz w Warszawie. Tam nawet trzy budy niemieckie przeleciały koło nas. Postrzelałem za nimi, spudłowałem – Niemcy lepiej wiedzieli, jak jechać, niż ja umiałem strzelać. Ale potem na ulicy Koszykowej była szalona demonstracja – wyglądała na szaloną. Skądś zaczęli wychodzić z naszymi flagami, nie sztandarami, tylko z biało-czerwoną flagą, gdzieś tam mieli schowaną. Raptem wyjeżdża z jednej z ulic na Koszykową taka [machina] [...] półopancerzona, na gąsienicach z tyłu i normalnych kołach z przodu – „Kubuś” nazywali coś takiego – z dwoma budami za nią i skręciła w naszym kierunku. Ulica zamilkła zupełnie: bramy wszędzie się pozamykały, i cisza. Myśmy przyparli. Powiedziałem chłopakom: „Nie strzelać, czekać! Nie podskakiwać”. Tylko załadowaliśmy PIAT-a na wszelki wypadek, a Stefan Sękowski, z którym też mieliście rozmowę... Byliśmy przygotowani do strzelania. Nie wiem, co się z nimi stało, czy ten oficer, co na początku patrzył – bo to na pewno był oficer – zobaczył nas… Bo nie mógł nas nie zobaczyć. Postali, zawrócili i pojechali w drugą stronę. Rozwaliliby nas na kawałki, ale zdecydowali się jechać. Więc myśmy polecieli dalej w naszym kierunku. Leciałem jako dowódca pierwszy właściwie jakimś mechanicznym pędem, jak się toczy kula śniegowa po stoku góry i robi się coraz większa, bo już nie wiedziałem wtedy, co robić. Ze złej strony podchodziłem. Nie mogłem przejść stroną, gdzie oryginalnie było planowane, bo tam byli Niemcy. Dolecieliśmy do rogu Alei Niepodległości i ulicy Koszykowej, gdzie na rogu stał tak zwany szpital pielęgniarek – on jest cały czas i to samo robi – tam była szkoła pielęgniarek, koło Ministerstwa Kolei [...]. Te domy wojskowe sprzed wojny Niemcy zajęli, a później znowu Polacy wzięli to wszystko, domy wojskowe, ministerstwo i inne różne. A politechnika była po lewej stronie.
Tam zaczęli do mnie strzelać. Ze szpitala wylatuje w ubraniu podziemnym, akowskim (spodnie, jakaś półpanterka, w berecie z gwiazdką) podporucznik, ja wtedy byłem plutonowym podchorążym, i do mnie krzyczy: „Chodźcie tutaj, chodźcie tutaj!”. Więc ja podchodzę. Mówi do mnie: „Panie podchorąży, gdzie wy idziecie?”. Ja mówię: „Tu mój [oddział], ja nie dojdę”. „A to doskonale, bo ja jestem tutaj, czekam na mój oddział i broń, która nie doszła – bo masa takich wypadków była, jak pani słyszała na pewno, że to doszło, a tu nie spotkali się, przeważnie takie były wypadki – wy mi pomożecie, zdobędziemy Ministerstwo Kolei. Ale tu jest przejście koło tego szpitala, ja znam to przejście doskonale, za mną idźcie”. Ja za nim, on biegnie pierwszy. Lecimy na czwarte, zdaje się, piętro – tam jest taras. On mówi: „A tamto to są drzwi i tam przez te drzwi my dopadniemy”. Wypadamy ja i jakichś trzech z moich chłopaków – już nikt z nich nie żyje – a tam żadnego przejścia nie ma. On stoi bezradny, i zaczynają strzelać. Stoję pod ścianą troszkę i patrzę, gdzie to wejście może być. [To były] dwa budynki i taki płaski, ogromny balkon pomiędzy budynkami – z jednej strony szpital, z drugiej Ministerstwo Kolei. Raptem widzę, [że porucznik] dostał tutaj kulę [w czoło] i tak siada jak balonik: „tsss”. Naturalnie, w życiu nie widziałem czegoś takiego. Puk – zobaczyłem takie czerwone tu u niego [na czole], tu dostał i tak siadał. Wykręciłem się w ten sposób [powoli w prawo]. Miałem szmajsera w moim ręku, i raptem czuję, że coś mnie „pach!” w rękę tutaj [w zewnętrzną stronę lewej dłoni]. Pamiętam, że patrzyłem do góry, myślę: „Jakaś cegła spadła?”. Jak popatrzyłem na to, to cała ręka była rozbita i tutaj: „psi, psi, psi” – krew tak się leje [tryska strumieniem w górę]. Złapałem to [ranę] i z powrotem wskoczyłem do budynku. Tam mnie zaraz złapały siostry – i znowu wspaniali Polacy, zawsze kobiety, mężczyzn przepraszam, ale kobiety polskie są wspaniałe.
Nie było doktora chirurga. Moje dowództwo oddałem do [niezrozumiałe] Tadzia [niezrozumiałe]. Zdałem mu oddział i mówię: „Słuchaj, wycofuj się z tego”. I wziął oddział, zabrał mój pistolet i mojego szmajsera, i się wycofywali – to jest inna historia, ja już tego nie [znam], niech oni opowiadają o tym. Nie wiem kto, bo już nie żyją przeważnie, ale Stefan coś opowiadał – trochę przesadzał, ale to nie moja sprawa.
Zostałem tam. Moją rękę operowała (nie skończona jeszcze) doktor dentystyki. A później – przed tym, jak Niemcy zajęli cały szpital – to mnie schowała w kwaterach sióstr uczennic pod sypialniami. Sypialnie były porobione tak, że złączone były łóżka, bo było ich więcej, bo nie mogły wracać do domu, i na mnie spały, żeby mnie ukrywać, bo Niemcy biegali po tych wszystkich salach – ja teraz skracam tę opowieść – i szukali polnische Banditen. Niech pani sobie wyobrazi, ani jeden z pacjentów, który tam był, pary nie puścił. A oni powiedzieli: „Jak my znajdziemy, a wyście nie powiedzieli, to wszystkich schiessen, bez żadnego zatrzymania się” – nikt nie powiedział. A te dziewczyny na mnie spały – dokładnie mówię – żeby mnie chować. Tak było przez parę dni. Szalone bóle miałem, bo nie było środków znieczulających – były, ale nie można było dostać, więc pierwsze parę dni było okropne. Czterech z moich chłopaków też było rannych i wszystkich pielęgniarki poukrywały.

  • Kiedy pan wyszedł ze szpitala?

Ja uciekłem ze szpitala, bo [jestem] taki wariat – znowu nie chciało mi się siedzieć za długo, [uciekłem], jak to się załatało.

  • Pamięta pan, który to był dzień?

To było – powiem odwrotnie – jakieś dwanaście, piętnaście dni przed końcem Powstania. Bo ręka mi już się jako tako zagoiła, jeszcze bardzo krwawiła. Znów siostry mnie na wózku wywoziły na koniec korytarza na drugim piętrze budynku – do dzisiaj stoi identyczny, to samo okno jeszcze jest, tylko dolne było zakratowane, a górne nie. Wwoziły mnie i chowały tam, gdzie była bielizna szpitalna. Dwie noce tak robiłem. Na trzecią noc główna siostra mówiła do mnie: „Panie Andrzeju – już znali mnie po imieniu – już więcej nie możemy, narażamy się”. Bo na samym końcu korytarza, jak stąd do drzwi, była pozycja niemiecka – karabin maszynowy skierowany na polskie pozycje, a polskie pozycje zaraz tu [niedaleko] były.
Nie wiem, co mnie wyniosło. Było nad ranem, jakaś trzecia godzina rano, tak jak teraz, już się świt robił. Wykombinowałem sobie, że muszę wyskoczyć przed samym świtem, bo Niemcy na barykadach będą wtedy bardziej zmęczeni. Takim systemem hollywoodzkim – związane prześcieradła, spuściłem się z szalonym bólem – bo musiałem się trzymać, ale byłem dużo lżejszy niż jestem teraz i dużo mocniejszy, dobrze wygimnastykowany – na chodnik. Narobiłem szalonego hałasu, bo pod koniec już nie mogłem wytrzymać i ostatni metr – może półtora – spadłem. Wyleciałem stamtąd. Leciałem w kierunku naszej barykady. Zobaczyłem takie zbombardowane miejsce, [rzuciłem się] w lewą stronę i wpadłem na blachę. Szalonego hałasu narobiłem i zobaczyłem, że jestem w na wpół przeciętym domu, gdzie tutaj [po lewej stronie] są jakieś drzwi, a tu [po prawej stronie] jakaś piwnica – tak mi się zdawało – więc mówię: „A w drzwi”. Wpadam w drzwi, otwieram, a to jest dębowa, podwórkowa ubikacja – taka jak były na podwórkach w Warszawie. Otworzył się ogień – rakiety [i tak dalej] zaczęły strzelać nade mną całkiem blisko. Wpadłem w tę drugą dziurę, którą była piwnica. Po piwnicy trochę się poczołgałem, myślę: „Teraz jestem już blisko polskiej barykady”. Przeczołgałem się może dwa razy tyle co stąd tam – dużo nie było – i ściana. Mówię: „Jezu kochany, koniec z Jędrusiem, bo teraz gdzie? Wracać? Już nie. A tam – ściana”. Zdecydowałem się poczekać, aż się zrobi świt dobry, bo jeszcze było ciemno. Siedzę, i zaczęły szczury po mnie łazić, bo to [ręka] już bardzo krwawi. Jak zrobiło się jaśniej, widzę, że cegły są luźne. Rurką od gazu, [która] tam leżała – bo to był zbombardowany dom – zacząłem pchać. Wypchnąłem i słyszę głosy, więc krzyczę: „Uwaga, uwaga! Tu jestem! Andrzej, podchorąży »Jasieńczyk«” – myślałem może, że muszę oddział mówić. W każdym razie przylatuje młody chłopaczek ze stenem – a steny były bardzo niebezpieczne, bo tylko go stuknąć i walił zaraz, bo tak były [robione,] jak tak zwana „Błyskawica”, która była robiona przez nas – i krzyczy: Hände hoch! Hände hoch! Wylazłem i zaczął mnie prowadzić z rękami do góry. Przechodzę przez dziedziniec, a z góry jedna z moich [dziewczyn] krzyczy do mnie: „Andrzej! Andrzej!”. I byłem znowu z chłopakami. Nie chciałem tam zostać, bo to może był najgorszy okres. To było przed tym, jak ogłosili, że Niemcy zgodzili się nas traktować jak wojsko, bo przed tym byliśmy polnische Banditen, i jak by nas rozbroili na końcu – bo byśmy walczyli do końca – ci, co by zostali, byliby zakatrupieni w Dachau czy w Oświęcimiu, czy jakimś innym [obozie]. A wtedy już zaczęli traktować nas jako kombatantów.

  • Co się z panem dalej działo?

Potem miałem bardzo ciekawe [zajście] z generałem „Monterem”. Z dowódcą mojej kompanii – kapitanem Zielińskim – byłem w wielkiej komitywie, bo rozkazywał mi różne rzeczy, z którymi nie bardzo się zgadzałem z różnych powodów – socjalnych więcej niż innych, ale uważam, że nie trzeba przytaczać takich rzeczy, bo on nie żyje i nie może się bronić. W każdym razie nie bardzo mnie lubił. „Monter” bardzo ładnie mówił: „Wspaniały czyn, panie podchorąży, i co pan robił tam, jak?”. Opowiadałem mu, jak zacząłem Powstanie, i potem wiedział o moich akcjach, w których byłem. I zwrócił się – tu muszę się pochwalić – do Zielińskiego: „Panie poruczniku, proszę podać podchorążego do Virtuti [Militari]”. Pan porucznik – podporucznik wtedy jeszcze – mnie nie podał. Mam Krzyż Walecznych, ale za drugą akcję, o której opowiem, jeżeli chcecie wiedzieć.
[...] Byłem zawsze w oddziałach tak zwanych z bronią w ręku, bo inni uczyli się, inni byli w propagandzie – robili wspaniałe rzeczy, ale po prostu byli w organizacji. Bycie w organizacji znaczyło, że albo raz na miesiąc, albo raz na tydzień, chłopcy i dziewczyny spotykali się i uczyli. Taki jak ja czasami przychodził i uczył ich troszkę o broni – bo ja już byłem podchorąży wielki – radził im, co robić, żeby przeżyć, jak chodzić na łapanki, jak wyczuwać takie rzeczy.

  • Jakie to były rady?

Żeby się nie włóczyć po miejscach, żeby nie chodzić po kawiarniach, bo pewne kawiarnie były specjalnie obserwowane przez Niemców, bo im było łatwo i dużo ludzi – młodych dziewczyn i chłopaków – połapali i wywieźli na roboty, jak mieli szczęście, albo do obozów, jak nie mieli szczęścia. Jak się przytacza numery, to jest bardzo niebezpieczne, bo można powiedzieć dwadzieścia procent, dziesięć procent, ale ogromna ilość tych, którzy byli w Oświęcimiu czy w innych obozach, to byli ludzie złapani za nic – złapani albo podejrzani.

  • Co trzeba było robić w Warszawie, żeby przeżyć?

Trzeba było – jeżeli było można – zdobyć sobie ausweis. Ja miałem bardzo dobry ausweis, bo pracowałem w warsztatach. Jeżeli nie, trzeba było się nie włóczyć, bo oni robili łapanki raptowne. Były pewne miejsca, które oni specjalnie lubili. Chłopak czy dziewczyna, którzy byli cwaniakami, opowiadali. Trzeba było mieć oczy z przodu i z tyłu. Trzeba było raczej chodzić piechotą niż jeździć tramwajami, bo obstawiali cały tramwaj, zatrzymywali i wyłapywali wszystkich z tramwaju. Jak najmniej się włóczyć. Trzeba było przeżyć. Trzeba było żyć po prostu. Myśmy robili nocne potańcówki – nie opowiadać, że nie było – w waszych babciach żeśmy się zakochiwali i były wielkie miłości – przeważnie bardzo niewinne, ale trzeba było. Mężczyzna potrzebuje kobiety podczas wojny, jej ciepłoty, jej miękkości. Kobieta ma szalenie ważny wpływ na mężczyznę i potrzeba tego jej [czegoś]. Nie można powiedzieć, że głupstw nie robiliśmy tym, że robiliśmy takie popijawy. To było w nocy przeważnie. Żadnych orgii nie było, ale potem spaliśmy pokotem, bo była godzina policyjna i nie było można wrócić do domu, to [u tego], kto zrobił popijawę czy zabawę, potem się kładło na podłodze, gdzie było można, i spało się.

  • A skąd mieliście alkohol?

To nie było trudne, bimbrownie były. Straszny bimber – żółty, karbidem śmierdział, ale niektórzy troszkę więcej mieli pieniędzy, niektórzy mieli całkiem dużo pieniędzy, nie było tak strasznie. Muszę przyznać, że pod tym względem nie miałem żadnych trudności. Ale niektórzy z moich chłopców przychodzili do mnie, bo już wiedzieli... U mnie przeważnie, w naszym mieszkaniu na Alejach Ujazdowskich były wszystkie zebrania, bo wszyscy się bali. Co im się dziwić? Myśmy też się bali, ale gdzieś trzeba było robić. Miałem takich wspaniałych rodziców, że oni byli częścią tego wszystkiego. Ja, idiota, mojej matce nawet nie wyrobiłem Krzyża Akowskiego przed jej śmiercią – umarła w 1970 roku na strasznego raka, ale całe szczęście, że ją przywiozłem na Zachód na parę miesięcy jeszcze przed tym, i coś miała.

  • Wróćmy jeszcze do Powstania. Co się z panem dalej działo, kiedy pan już opuścił szpital i wrócił?

Jak tylko opuściłem szpital, jak przeszedłem na naszą stronę, to parę dni byłem wstrząśnięty tym wszystkim, więc po prostu spałem przeważnie.

  • Jaki to był mniej więcej czas?

To już było tydzień, dwa tygodnie przed końcem Powstania. Nie było jeszcze zawieszenia broni, ale... Później jedna łączniczka – tu jeszcze jest – „Zosia” zaprowadziła mnie na Aleje Ujazdowskie, które były po naszej stronie, gdzie myśmy mieszkali. Tam spotkałem moją matkę, która miała niewyobrażalne siły – wróżyła z ręki. Jak by jej pani rękę podała, to moja mama powiedziałaby o pani takie rzeczy, że pani by sobie nie zdawała sprawy, skąd ona to wie. O przyszłości jej było trudniej mówić, ale przeszłość... Ludzie wychodzili wstrząśnięci. Miała specjalny dar, ale to jest inna sprawa. Tam wróciłem. Całe szczęście, że byli OK. Mój ojciec też przyszedł, bo był na Mazowieckiej bardzo poharatany, bardzo zgłodniały. Widziałem go wtedy ostatni raz, to było w 1944 roku, w Powstaniu. Już więcej go nie widziałem. To było tysiące lat temu.

  • Wie pan, co się z nim stało?

Zaczęło się wszystko kręcić. Wrócił do adwokatury, bo mój ojciec był wyrzucony z adwokatury za protest piętnastu sprawiedliwych. Poszli z protestem do Fischera – gubernatora Warszawy, że ich zmusza do wyrzucenia Żydów z polskiej adwokatury. Mój ojciec nie był specjalnie prosemicki, ale jako wicedziekan warszawskiej Rady Adwokackiej – to wszystko wiedzą dokładnie tutaj w radzie – to poszedł z protestem. Tych co poszli to było tak zwanych szesnastu sprawiedliwych. Cudem mój ojciec nie był wysłany do Oświęcimia później. Nowodworskiego – to był dziekan – rozstrzelali, a innych [zesłali] do obozów i Bóg wie co. A paru puścili. U nas w rodzinie była gadka, że mój tatuś przed wojną [prowadził] dużo spraw międzynarodowych i znał Fischera – który był adwokatem – z jakiejś sprawy, na której ojciec był w Berlinie. Taką ideę mamy, że może właśnie Fischer mojego ojca oszczędził.
  • Spotkał pan matkę, widział pan ojca po raz ostatni i co dalej się działo?

Wróciłem do mojego oddziału. Ostatni raz widziałem moją matkę i ojczyma przed moim powrotem do Polski w 1960 roku, więc nie widziałem mojej matki przez siedemnaście lat. W tym czasie [...] było bardzo ciężko. Nie wiedzieliśmy, czy będzie jakieś zawieszenie, czy nie. Zaczęli potem robić pierwsze zawieszenia broni i pierwsze pertraktacje. Co oni tam robili, to nie wiem, ale z tego wyszło, żeby była ugoda – honorowe poddawanie się. Myśmy się zebrali. Wszystkie oddziały szły przez politechnikę. Pod politechniką zbieraliśmy się i ubieraliśmy mundury, dali nam po dziesięć dolarów wielkiej płacy, bo były jakieś akowskie pieniądze. Niektóre oddziały dostały tak, inne dostały coś innego – ja dostałem dziesięć dolarów. Marszem poszliśmy do Ożarowa. Ale w międzyczasie [poszliśmy] z bronią nie do Ożarowa, tylko [do miejsca, które] mieliśmy zdobywać. A tam było wszystko otoczone bunkrami i [stało] około pięciuset frontowych Niemców, więc zrobiliby ze mnie sałatkę w pięć minut, ale poszliśmy tam i do Ożarowa. W Ożarowie dostałem moją legitymację wypisaną przez mojego dowódcę jako oficera, bo wtedy zrobili mnie podporucznikiem, i poszedłem do oflagu w Sandbostel.

  • Na tym momencie się na razie zatrzymamy. Wróćmy do akcji w czasie wojny.

Nie będę mówić koniecznie chronologicznie, ale jeśli chodzi o ważność. Największym [w okresie konspiracyjnym] zadaniem oddziału, którego byłem dowódcą, było gromadzenie i ukrywanie broni z różnych źródeł. Mówię ogólnie, niezależnie od okresu: trochę ze zrzutków, trochę się kupowało na Karcelakach – Niemcy i przeważnie „ukraińcy” sprzedawali, ale niestety przeważnie krótką broń. Tu i tam może ktoś kupił szmajsera, ale to bardzo rzadko. Masa broni leżała im w łazikach, w wozach, bo przecież oni z frontu przyjeżdżali, a front się ciągle zbliżał. Z tą bronią trzeba było coś zrobić. Jak pani mamusia nie pozwoliła broni trzymać u siebie, to co? Wtedy wołało się Andrzejka przez wszystkie komendy i przychodziłem, brałem broń i konwojem – to była też właściwie głupota, bo jak by się zdarzyła konfrontacja, to by nas rozcięli na sałatkę – przenosiło się gdzieś. Gdzie? Największym problemem było, gdzie tą broń przenieść, bo bardzo mało ludzi chciało ryzykować tym, żeby mieć broń. Tu muszę znowu powiedzieć – moja mama. U mojej mamy był główny skład amunicji. Jak żeśmy wyszli na Powstanie, to miałem to. Niektórą broń oddawałem innym. Myśmy mieli kontakty z „Zośką”. Oni nawet chcieli, żebym się do nich dołączył, ale wiedziałem już o ich akcjach – pochwalę się – ja bym mógł to robić, ale nie wszyscy z moich chłopców by mogli, i nie chciałem opuścić mojego batalionu, bo byłem w tym batalionie i uważałem, że może to nie jest fair tak się przenosić. Ponieważ były przenoszenia broni, to też myśmy za to musieli coś płacić – za broń. Płaciło się różnymi rzeczami. Jedna komenda płaciła drugiej, oddawała, zamieniała.
Muszę opowiedzieć o jednej ciekawej akcji na Żelaznej, gdzie myśmy robili obstawę, sam nawet nie wiem dla kogo. Pani wie, co to [jest] obstawa, słyszała pani o tym – to też była głupota, bo jeżeli by Niemcy naprawdę zaatakowali, to nasze biedne obstawy by zmietli, ale obstawa była jakiejś tam akcji. Siedzieliśmy z moją łączniczką – znowu kobiety w moim życiu, wspaniała Marysia Radecka-Miklicz. Była moją główną dziewczyną. Ponieważ była śliczna, wszyscy się w niej kochali. Specjalnie trudno nie było być dowódcą, bo ona ich trzymała [w garści]. Myśmy zawsze spacerowali – ona koło mnie, tak [pod ramię], tu miałem szmajsera [pod klapą marynarki], niech pani sobie wyobrazi: było tak gorąco wtedy jak teraz, ja w płaszczu od deszczu. Bo miałem co: tu miałem szmajsera na tej Żelaznej [pod prawą klapą marynarki], tu miałem pistolet [za paskiem], a tu [za paskiem] miałem trzy magazyny do szmajsera. Wyglądałem trochę może dziwnie w upale, a ona mnie pod rękę i z kwiatami. Była idea, że my chodzimy, czekamy na pojazd, że jedziemy na jakąś tam zabawę czy ślub, czy coś. Chodzimy, raptem mówię: „Maryśka, ja już nie mogę chodzić, siąść muszę na chwileczkę”. Siadłem na krześle, magazyn szmajsera opiera mi się o nogi, płaszcz mi się rozchyla i tutaj wystaje szmajser. Do mnie podchodzi staruszka i mówi do mnie: „Chłopczyku, rurka ci wystaje” – znowu będę płakał – krzyżyk nade mną zrobiła. Jak takiego narodu nie kochać.
Niektóre oddziały dawały broń kobietom i kobiety nosiły – ja nie, nie uważałem tego za mądre. Myśmy wracali do mamy i do ojczyma – nawet im nie wyrobiłem Krzyża Akowskiego, ale to była komuna wtedy, to było trudne.

  • Czy chce pan wspomnieć jeszcze o jakichś akcjach?

Ostre akcje były w zimie 1944 roku. Przyleciał do mnie oficer broni naszego batalionu, który był zawodowym [żołnierzem]. On ciągle zachowywał się, jakby to było normalne wojsko – żadne normalne wojsko myśmy nie byli. Są dwie ciekawe akcje – jeśli macie czas. [...] Przylatuje do mnie i mówi, że kupują od kogoś – zdaje się – szmajsera i musi tego szmajsera sprawdzić i musi być obstawiony, że on potrzebuje ochrony. Na ulicy Radnej miało się to dziać, na Powiślu. Wziąłem wtedy ze mną czterech chłopaków i Marysię – moją dziewczynę wspaniałą. Zima była jeszcze, bo zimno było jak cholera. Ona miała dobre duże futro. Jak Tadzio Bezwuhły – potem był dowódcą mojego oddziału – poszedł coś robić z nimi w budynku, myśmy znaleźli malusieńką kawiarenkę, jak to były za okupacji takie malusieńkie kawiarenki na ulicy, i tam żeśmy weszli. Naturalnie wszystko musiało być zaciemnione. Dwóch siadło przy drzwiach, ja siadłem trochę dalej z Józiem właśnie – jednym z chłopaków, piliśmy kawę. Umówione było, że Marysia zostanie na zewnątrz, ponieważ ma to futro, i jeżeli Tadzio już wyjdzie ze szmajserem, to ona wejdzie i powie, że idzie, i robimy konwój i wracamy do domu. Tam było zawsze cicho, to było na Powiślu, tam nie było żadnego ruchu. Wstałem, żeby zapłacić za kawę, rozpiąłem mój kożuch – byłem w kożuchu – tu miałem visa naciągniętego na pierwszy [kurek] – ponieważ pani wie, pani może specjalistką jest od tego, już słyszała pani o tym dużo; visa można było „klik” i „klik”, jak już zupełnie był [naciągnięty], to wtedy był do strzału, można było na pierwszy kurek kliknąć, to wtedy on był pół na pół, ale było łatwo pociągnąć, jak był na samym dole, jak się ciągnęło tylko cynglem, to było bardzo trudno. W momencie przed moim wstaniem wbiega Marysia i mówi: „Idzie”. Myślałem, że ona ma na myśli, że idzie właśnie Tadzio skończony i my formujemy mały konwoik i wracamy do domu, więc wstałem, żeby płacić za kawę. Za ladą, w takiej maleńkiej wnęce było lustro, i raptem patrzę w tym lustrze, że ogromny Feldfebel, niemiecki zielony tak zwany potocznie, i dwóch jego kumpli wpycha się do kawiarenki i jeden z nich przyciska mojego chłopaka, który był najlepszy – De Pourbaix, to właśnie mówiłem, „Patłaty” tak zwany – do ściany. Mój Józio zupełnie... Patrzę na wszystko w lustrze jak w kinie. A ten Feldfebel z przymrużonych oczu nie bardzo widział, prawą stroną do mnie stał, miał prawą ręką pół wyciągniętego waltera – to jest znany pistolet – i do mnie tak ręką mówił: Du, Hände hoch! Tysiące myśli przelatuje w głowie, ale nie będę o tym mówił. Wyciągałem tę pierwszą rękę [w górę], a tu tak jemu [drugą ręką] strzeliłem w pierś i on się zwalił, a jak on się walił, to strzelałem do tamtych dwóch drugich. Dowiedziałem się niedawno, że ich też zastrzeliłem, bo nie byłem pewien, bo tylko widziałem później dwa leżące kadłuby. Trzy kule były w futerku Marysi, ale jej nie zadrasnąłem. Stefanowi udało się przepchnąć i uciekł na ulicę – ten co siedział przy samych drzwiach. Ten, co [go] nazywam „Patłatym” był [niezrozumiałe] i Józio był przestrzelony przez rykoszet w nogę; nie bardzo źle, ale nie bardzo mógł chodzić. To jest dłuższa historia jak i co, więc skrócę całą historię. Ten [Niemiec] rzęzi i leje się krew – jego zostawiłem w spokoju. Jakiś przeskoczył przez ulicę i wali do nas ze swojego pistoletu, do kawiarenki. Rozbija się wszystko, dużą banię miała kremu czy czegoś, to wszystko się rozlatuje, ta leży na podłodze i krzyczy: „Zabiją! Zabiją! Zabiją! Boże! Boże, zabiją!”. A ja powiedziałem do Ryśka: „Rysiek, słuchaj, ja rzucę granat – rzadko kiedy nosiłem granat, miałem granat co więcej hałasu robił niż [efektu], niemiecki granat; odkręcało się i sznurek się [wyciągało] – i na błysk wyskakujemy. Ty idź w lewo, a ja pójdę z Józkiem, trzymając go pod pachę, na prawo”. I tak się stało. Mogę dłużej opowiadać, ale tak się stało. Przecięliśmy ulicę, a tam warszawska ulica: „Panowie, chować spluwy!”. Zaraz będę płakał. Ta warszawska ulica była nie do porównania [płacze] i to są bohaterzy. Nie tam chłopaki jak my. Byliśmy [tak] wychowani, byliśmy rycerze – co opowiadać, to nasza była misja. Ale jestem idiota, w życiu tyle nie płakałem. Trudno się opanować, wie pani, bo teraz będąc w Warszawie... Przecież ja tu każdy kamień znam.
Z tego wszystkiego wyszło, że to była jedna z bardzo ważnych akcji. Tam inne różne były, potem byliśmy na przestrzelaniu broni... A to też ten wariat – oficer broni – mówił, że musimy przestrzelać naszą całą broń. Targałem się ze szmajserami, z tym wszystkim, kolejką – zapomniałem, jak się nazywała, elektryczna. Myśmy pojechali w laski, tam hałasu narobiliśmy, postrzelaliśmy. Przespaliśmy się w willi matki Marysi i jej ojczyma. Mieli śliczną willę – zapomniałem, w jakiej miejscowości, ale wystarczy – zaraz pod Warszawą koło kolejki, jakieś dziesięć kilometrów stąd. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy w południe z powrotem do Warszawy z wszystką bronią, przecież tego była masa. Przyszedł tramwaj – ten tramwaj to [był] jak pociąg, nie wiem, czy jeszcze [go] mają, czy nie mają – włożyliśmy w dwa inne wagony, obstawa taka i obstawa taka, jedziemy. Zaraz przed samą Warszawą zatrzymuje się tramwaj. Patrzę – otoczony żandarmerią. Myślę sobie: „Jędruś, koniec, bo już tutaj stoją z peemami, buda stoi, naprawdę nie ma wyjścia. Może zastrzelę jednego, dwóch, ale już koniec będzie”. Niech pani sobie wyobrazi, nadchodzi drugi tramwaj ze szmuglarzami, dużo ludzi tam jest – nasz był prawie pusty – a ta wszystka obstawa leci na drugi tramwaj, bo oni chcieli rabować łobuzy szmuglarzy co dowozili do Warszawy boczki, mleko, jajka. To wszystko było przywożone ze wsi i to szmuglowali kolejami, i te łobuzy ich obtrząsały na kolejach. Stałem za motorniczym, mówię: „Jedź pan, jedź pan”. On się dobrze orientował, co my jesteśmy, bo blady był jak ściana, bo myśmy mieli już na wpół broń wyciągniętą. I pojechaliśmy.
Dwa tygodnie po tej akcji powiedziałem dowódcy: „Ja już nie mogę chodzić więcej, ja się już tak boję, że nie mogę wytrzymać”. Proszę pani, jak ktoś pani powie, że się nie bał... Ja na pewno pani powiem, że się bałem, strasznie się bałem. Pamiętam dobrze, na Mazowieckiej było parę łazienek, wchodziłem do takiej małej łazienki, która była blisko mojego pokoju, i tam siedziałem i płakałem przed akcją. Akcje były różne, dużo było mniejszych – nie mówię o nich. Już się trząsłem, ale jak włożyłem pistolet i później mamusia – zawsze wiedziała o wszystkich [prawie akcjach] – mi zawsze krzyżyk tutaj [na czole] zrobiła, i się uspakajałem. Potem wracałem z powrotem, broń chowałem i płakałem jak dziecko. Bo to było [ciężkie] nawet dla młodego – napięcie tych dobrych paru godzin. Już pod koniec zdawałem sobie sprawę, że to bzdura jest, bo my sobie nie damy rady z nikim. Możemy tylko sobie postrzelać, dużo ludzi zginie na ulicy, my zginiemy, ale nie było innego wyjścia. Trzeba było robić, trzeba było tą broń zbierać, trzeba było ludzi podtrzymywać jakoś. Nie wiem, co to było. Wódka pomagała, proszę pani, ale się jeszcze ręka nie trzęsie [śmiech].

  • Może powiedziałby pan teraz coś o obozie i o tym, co się z panem działo po wojnie.

Obóz był paskudny, bo to był nowy obóz. Było zimno. Niemcom też było strasznie. Myśmy byli pomiędzy Hamburgiem i Bremen, i tam w nocy walili Anglicy, a w dzień całe ule ogromne amerykańskich samolotów zrzucały [bomby] jak chmury, bo Amerykanie specjalnie nie celowali dobrze, więc całkiem blisko nas wybuchały bomby, ale był już inny spirit, bo już wiedzieliśmy, że oni dostają w d…. Od Bożego Narodzenia słychać było ciężkie działa nad Renem. Otworzyła mi się rana. Bardzo głodno było. Zacząłem handlować. Pod tym względem miałem [dobrze] – ekstra chleb, a i parę moich chłopaków miało trochę więcej, ci, co zrobili ich podporucznikiami – jednym z nich był Bezwuhły, który teraz już nie żyje od dawna. Idę do szpitala – szło się piechotą, to było jakieś pół kilometra – doszedłem, siedzę, mój wachman stoi i pilnuje mnie. Przechodzą różni doktorzy i przechodzi jedna [kobieta] w mundurku siostry i zwraca się do mnie, mówi: „Andrzej, ty Andrzej?”. Była to jedna z moich łączniczek – jak ona się nazywała [nie pamiętam], wyszła za doktora później, który był naczelnym doktorem tego szpitala, choć pod Niemcami. Znowu kobieta w moim życiu. Wyciągnęła mnie stamtąd, z miejsca robili mi nowe opatrunki i nawet chcieli mi wyciąć tutaj [pozostałość po odstrzelonym palcu lewej dłoni], ale ja powiedziałem: „A zostawcie, jak było”. Wsadziła mnie w pokój, gdzie było trzech – mówiłem już trochę po angielsku wtedy, bo na kompletach dużo z nas się uczyło w Warszawie, mówiłem trochę po francusku, po niemiecku mówiłem płynnie – niemieckie bony przeważnie mieliśmy. Stał tam kubeł cały doskonałej kaszy z kartoflami. Do dzisiejszego dnia pamiętam, jak pierwsze łyżki [jadłem]. Ważyłem wtedy czterdzieści pięć kilo – szczapa byłem, a wysoki jak teraz.
Później – dla zabawy, bo było już łatwo, już było słychać artylerię – urwałem się. Lubiłem uciekać, więc uciekłem sobie i spotkałem Anglików, i z nimi trochę dukałem. Podwieźli mnie pod obóz. Znowu w obozie nie chciałem, bo nie lubię obozów żadnych, i się urwałem. Chciałem zobaczyć, gdzie [jest] moja wielka miłość – Danusia Szymańska. Nie było [jej] w Oberlangen, gdzie kobiety były. Tam spotkałem raptem pułkownika polskiego lotnictwa, który był też kadetem. Słyszałem o nim, bardzo sławny – Bochniak się nazywał, dobrze pamiętam jego nazwisko – i on mnie wziął pod swoje [skrzydła]. Zawiózł mnie do swojej eskadry. Z nimi posiedziałem jakieś parę dni. A wiedziałem, że ojczyma mojego brat – mówiłem o generale Radeckim-Mikuliczu, że jest w jakiejś misji, i dowiedziałem się od nich, że generał Radecki-Mikulicz jest w misji w Brukseli. Ja sobie pomyślałem: „Wariata ze mnie robią”. Pojechałem do niego. On mi ułatwił sprawę, zweryfikował mnie jako oficera Polskich Sił Zbrojnych i posłał mnie, jak to powiedział, „do Władzia” – to jego kolega, Władzio Anders, bo w wojsku, w kawalerii byli razem. Wysłał mnie tam. To pomaga, jak się ma ojca takiego, którego ludzie lubili, bo wielki był zawsze opowiadacz, lubił wypić, lubił zabawić się mój ojciec.
Siedzę w takim biurze, gdzie przyjmują ludzi u Andersa, tak zwany posting office. Tam czyta moje nazwisko: „Andrzej Miedzianowski, czy pana ojciec nie Władysław Miedzianowski?”. Ja mówię: „Tak”. A ten krzyczy: „To syn Władka!”. Tam było paru adwokatów, znali mojego ojca. I powiedzieli: „Słuchaj, dla ciebie dosyć. Chcesz do komandosów? Żadnych komandosów, z taką ręką cię nikt nie przyjmie. Ty sobie idź – ja cię poślę – do warsztatowej kompanii”, ponieważ ja pracowałem podczas okupacji w warsztatowej kompanii na Pradze, żeby mieć ten fantastyczny ausweis, który miałem. To był taki żółty „adres” z czarną opaską. Niemcy puszczali, mogłem wszystkie łapanki przechodzić, jeżeli mnie po imieniu nie chcieli złapać, [bo wtedy] to by nigdy nic nie pomogło. Byłem dowódcą plutonu ratowniczego – ciągniki i wszystkie inne diabły wyciągaliśmy, rozbite samochody. Tu się muszę przyznać, że jako młody polski oficer – w armii brytyjskiej to była ranga majora, a ja byłem, jak my wszyscy, podporucznikiem, bo nie było pieniędzy, żeby płacić nam wyższe stawki. Stamtąd mnie wysłali na szkołę oficerów technicznych – sześć miesięcy byłem w Altamurze blisko Bari, tam na dole. Potem wróciłem z powrotem do Grottamare, gdzie było ślicznie. Miałem bardzo przyjemne życie socjalne, bo Włosi bardzo nas lubili, bo Włosi i Polacy nie mieli nic przeciwko sobie. I teraz sobie myślę, co by było, gdybym się z jedną Włoszką ożenił, której asystowaliśmy – bardzo ją lubiłem. Teraz Włochem bym był, ale skończyłem na Angielkach, specjalizowałem się w Angielkach [śmiech].
  • Jak pan się dostał do Anglii?

Do Anglii dostałem się z tego powodu, że nas przyjęli do brytyjskiej armii – stąd moje brytyjskie ordery. [...] Ponieważ mówiłem po angielsku, wysłali mnie z 2 Korpusu jako oficera kwaterunkowego do Anglii, bo wtedy zaczęły się polskie wojska przenosić do Anglii. Pan Churchill ojczyzny nam nie oddał, ale powiedział: „Przyjeżdżajcie do Anglii” i powoli zaczęły się korpusy Maczka i Andersa przenosić do Anglii. Jak przyjechałem do Anglii, bez długiego gadania, bardzo szybko udało mi się dostać na studia, które robiłem w Portsmouth, Hampshire. Robiłem mechanikę, bo specjalnie wyboru nie było. Specjalnie dobrym inżynierem nie jestem, ale mechanik tak. Później dostałem się do firmy silników dieselowskich [niezrozumiałe] i tam właśnie zmieniłem nazwisko, dodałem Sinclair – bardzo daleka kuzynka mojej matki była Sinclair, jakieś trzy generacje i wszerz troszkę, bo dużo Szkotów było na Litwie Kowieńskiej, zaciągali się do wojska polskiego i tam zostało całkiem dużo szkockich rodzin. Stamtąd jeździłem i mieszkałem po calusieńkim świecie. Potem byłem foremanem na wydziale sprawdzania silników, później byłem na tak zwanym service, jeździłem reperować stacje elektryczne. Później jeden z agentów Listera na Środkowym Wschodzie, w Damaszku potrzebował kogoś takiego jak ja, który nie był Arabem, bo Arab Arabowi nie wierzy, chciał Europejczyka znającego trochę języków, bo francuskiego się używało dużo i angielskiego. Nie będę długo opowiadać, bo nie ma o czym – po prostu byłem wysłany jako reprezentant firmy angielskiej „Lister-Blackstone” do Damaszku, i w Damaszku spędziłem pięć lat mojego życia – już miałem pierwszą żonę Angielkę, nie Susanne, tylko moją żonę Annę.
Później miałem bardzo paskudny wypadek samochodowy, gdzie zginął jeden człowiek. Różne komplikacje miałem z tym wszystkim. Największą komplikacją było to, że w tym samym dniu wybuchł Sues – inwazja Anglików, Francuzów i Izraela na Egipt. Ja tego samego wieczoru miałem wypadek i zginął człowiek. Musiałem siedzieć w więzieniu, w tureckich katakumbach, w tureckiej dziurze okropnej. Co było wspaniałego. Bardzo pomagałem arabskim chłopom. Kupowali ode mnie silnik jeden i później, żeby on chodził, to dla nich było bardzo ważne. Nie bardzo się znali, jak to reperować. Jeździłem tam, pomagałem im i mnie dobrze znali. Nazywali mnie Muhhendestabil – wysoki inżynier. Nawet po arabsku mówiłem, już teraz nie pamiętam dużo, ale nauczyłem się. Ktoś zaczął mówić „dżasus”, to jest po arabsku szpieg. Zaczęli świecić światłem – bo w katakumbach wielkości tego pokoju to ze sto pięćdziesiąt osób było, wszystko leżało pokotem, przeważnie za długi, bo oni nie mogli płacić po prostu. [Jak] coś nie wyszło z ich plonem, to był koniec. I mówią: „Nie, nie – po arabsku la, la – to jest Muhhendestabil, to nasz przyjaciel”. Bardzo mi pomagali tam, ale niedługo byłem, wypuścili mnie i wszystko się skończyło.

  • A przez ten cały czas nie myślał pan o powrocie do Polski?

Powiem pani coś o powrocie do Polski. Jak byłem jeszcze w Anglii w 1946 czy 1947 roku, oblałem jeden rok inżynierii. Było wtedy zarządzenie, że jeżeli jesteś eksserwismanem i jeżeli dostajesz stypendium, to jeżeli oblejesz jakiś rok, to koniec – odbierali stypendium. Miałem szczęście, że szef mojego wydziału – pan Morris – był pułkownikiem w 8 Armii, znał Polaków i wiedział, w jakiej służbie byłem. Znał trochę naszą historię, poprzewracał trochę papierkami i repetę robiłem. W momencie, kiedy myślałem, że nie dostanę repety, że mi nie pozwolą, to napisałem do mojej mamy liścik: „Myślę, że może do Polski wrócę”. Mama mi napisała: „Słuchaj, Andrzej, jeżeli ty wrócisz do Polski – jeszcze ostrzej może nawet – to cię zamkną. Ty nie umiesz mordy trzymać zamkniętej, a tu jest strasznie”. Nie będę musiał pani opowiadać, jak było w Polsce i jak kochali wtedy takich jak ja. Tu jest Maciek Szymański – nie wiem, czy pani go na liście ma – też ciekawy bardzo człowiek, musicie jego złapać. On był w Narodowych Siłach Zbrojnych, więc on nie jest bardzo pro AK, ale w Powstaniu był dowódcą „Chrobry II”.

  • Czy w trakcie Powstania miał pan styczność z jakimś radiem czy prasą? Jak docierały do pana informacje?

Nie, nic nie docierało do mnie. Jedyne, co widziałem, to właśnie ten nalot ze zrzutami, jak Amerykanie rzucali. Byłem jeszcze wtedy w szpitalu. I tak rzucili w złe miejsce, za wysoko byli, wszystko poszło...

  • Czy coś jeszcze z czasów okupacji, wojny, Powstania, chciałby pan powiedzieć, podkreślić?

Nie. Jedno, co chcę ciągle podkreślać, że w mojej opinii za dużo oczekują ci, co byli w Powstaniu, że oni muszą opowiadać tak samo, jak z 2 Korpusu by opowiadali żołnierze na Monte Cassino. To była zupełnie inna wojna, nic wspólnego jedna z drugą nie ma. Oddziały moje czy komandowskie były zupełnie inne – inni ludzie, inne zadania, inne wyposażenie, inny trening – nie można porównywać zupełnie. Tu jest pomyłka, że niektórzy ludzie przesadzają, bo chcą powiedzieć, że oni byli ważni, że oni się bali, że oni walczyli, że oni chowali, ale co [to jest] powiedzieć, że ja miałem pistolet. Pistolet pod poduszką [to] była śmierć. Nabój w kieszeni, gazetka – jeżeli go złapali i miał – to koniec. Jeżeli chcieli, to bili go do końca na Pawiaku czy na Szucha, żeby powiedział, skąd on to ma. Nie trzeba było być z jakiegoś specjalnego oddziału, żeby wzięli. Bili chłopaków, bili dziewczyny takie jak pani – jak by [panią] znaleźli z jakąś gazetką, to by panią zakatowali. Całe szczęście, że tak często się to nie zdarzało, ale tysiące zginęły. Tysiące zginęły. A ileż cywilów poginęło na Powstaniu! Jak uciekłem i prowadzili mnie do dowództwa głównego kanałami i piwnicami, do naszego wielkiego bossa i tych wszystkich oficerów, przecież to siedziało zmięte, zaśmierdziałe (wie pani czym), głodne – to było straszne patrzeć na to. To tych trzeba [pytać]. A ten siedział, gdzieś tam mu się udało.
W Śródmieściu były pewne miejsca przez całkiem długi czas, kiedy nie było żadnej wojny. Niemcy [byli] na zewnątrz, jeszcze się nie połapali – jak mówiliśmy po naszemu. Pewne odcinki jak Żoliborz czy Powiśle zostało strasznie... Masa wspaniałych chłopaków poginęła. U nas – ja tam mało byłem – na politechnice nie było tak dużo [działań], tam nie atakowali specjalnie, zostawiali w spokoju.



Warszawa, 30 lipca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Natalia M. Kowalik
Andrzej Miedzianowski-Sinclair Pseudonim: „Jasieńczyk” Stopień: plutonowy podchorąży, potem podporucznik, dowódca oddziału specjalnego Formacja: III Batalion Pancerny „Golski” Dzielnica: Śródmieście Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter