Anna Danuta Przytuła „Koza”

Archiwum Historii Mówionej
  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.


[Przed wojną] mieszkaliśmy na placu Weteranów 1863–1864 roku, na Pradze. Mówię o tym dlatego, że to było dla mnie dość ważne miejsce. To był Dom Żołnierza – ojciec był dyrektorem Domu Żołnierza, więc stykałam się z wojskiem, i to z wojskiem w gali, bo były akademie, różne uroczystości, święta wojska. Co dla mnie było najważniejsze – ojciec podejmował weteranów z 1863-1864 roku. Byli bardzo honorowani. Było ich niewielu, kilku. Przychodzili w mundurach i zawsze siedzieli w pierwszych rzędach. [Byłam zdziwiona] – dlaczego są tak honorowani. „No, bo oni są ci, którzy walczyli, żebyś ty dziś żyła w wolnej Polsce” – [mówił mój ojciec], więc za mną to przesłanie szło całe życie, że takich się honoruje.
W tymże domu byłam wychowywana przez rodzinę – ojca, mamę. Miałam dwóch braci – starszego o cztery lata i młodszego. Powiedziałabym, że wychowanie w naszym domu nie polegało tylko na zakazach, nakazach lub klapsach ze strony mamy. Było to coś, co jest ważne, ponieważ dzieci są dobrymi obserwatorami, więc przykład, który idzie z góry: co by rodzice w [danej] sytuacji robili, nie robili; może ja bym mogła robić to samo. To nie znaczy, że rzeczywiście zawsze ich naśladowałam, ale to już była kwestia mojego charakteru i osobowości. Mówiąc o żywych przykładach, mam na przykład na uwadze, że moja mama pracowała społecznie, stykała się z biedą na Pradze i zawsze na wakacje brała jakieś biedne dziecko, żeby pojechało z nami. To mogła być moja koleżanka, to mógł być kolega brata, ale to dawało świadomość, że jak masz dosyć, to podziel się z innymi. Takich żywych przykładów było znacznie więcej.

  • Czym zajmował się ojciec?


Ojciec był dyrektorem Domu Żołnierza. Poza tym pracował w Ministerstwie Oświecenia Publicznego. Jeżeli chodzi o wychowanie, to powiedziałabym, że [należało] raczej [do mamy], bo ojciec po prostu był dosyć zajęty. Ale nie mogłabym powiedzieć, że ze strony ojca spotykały mnie jakiekolwiek (kiedykolwiek) kary. Nigdy. [Był bardzo rozumnym i ciepłym ojcem i człowiekiem].

  • A jeżeli chodzi o historię wojskową ojca?


Miał piękny życiorys. Właściwie całe jego życie było związane z walką o niepodległą Polskę. Ale nigdy o tym w domu specjalnie nie mówił – uważał, że to nie jest temat do rozmowy z dziećmi. Był w POW, był w Legionach Polskich. Potem brał udział w wojnie 1920 roku, bolszewickiej (wywiad na tyłach bolszewickich), potem marsz na Kijów, potem powstania śląskie. Potem stanął do obrony Warszawy, nie wiem dlaczego, bo był już w rezerwie. Potem konspiracja – w konspirację był głęboko zaangażowany. Konsekwencją był Pawiak i obozy koncentracyjne – Oświęcim i Oranienburg.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

 

Wybuch wojny nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, bo nie mógł zrobić. Byłam dzieckiem i nic mi to nie mówiło, nie miałam żadnych doświadczeń. Ale mniej więcej po upływie trzech miesięcy, pod koniec listopada, wiedziałam, co znaczy wybuch wojny.
Zaczęło się od tego, że – myśmy nie wiedzieli – ojciec zdecydował, że zostaje w obronie Warszawy i nas wysyła [poza miasto]. Wysłał nas do majątku na Wołyniu – to była miejscowość Żdżary.

  • Z Warszawy?


[Tak]. W Warszawie mieszkaliśmy. Żdżary to była wieś położona tuż za Bugiem – niestety za Bugiem. W ramach osadnictwa wojskowego ojciec kupił na spłaty resztówkę. Wróciliśmy na 1 czy 3 września, żeby zacząć szkołę, a ojciec odesłał nas z powrotem, będąc przekonanym, że nawała idzie z zachodu, więc przesyła nas na Kresy Wschodnie. Tu zaczęła się epopeja, bo już na dworcu, jak usiłował nas wysłać, to wiele ludzi wiedziało, że to ostatni pociąg czy ostatnie pociągi odchodzące na wschód. Na dworcu było absolutne piekło – tym bardziej że przyćmione światła, bo może być bombardowanie. Ludzie żegnają się, usiłują dostać się do pociągu. Ojciec wsadza nas przez okna (zresztą jak i inni), próbuje włożyć za nami [jak najwięcej] rzeczy, bo przecież nie wiemy, na jak długo jedziemy. Atmosfera jest okropna, przerażająca dla mnie jako dziecka. Właściwie najgorsze było to, że zobaczyłam, że mój ojciec zostaje na dworcu – jedziemy w jakimś piekle, w nieznane, a on nas zostawia. To mnie najbardziej zdumiało. W końcu dojechaliśmy [do Żdżar], z tym że po drodze pociąg stawał w polu, myśmy wyskakiwali, chowali się w rowach, był obstrzał z broni pokładowej, ale dotarliśmy.
Przez parę dni, może już tygodni był względny spokój, kiedy nagle 17 [września] i weszli Rosjanie. Weszli Rosjanie: co robimy? Nóż w plecy, wobec tego siadamy na furmanki i jedziemy z powrotem do Warszawy. Oczywiście usiłujemy przedrzeć się do Warszawy – to się tak mówi: jedziemy do Warszawy. Próbowaliśmy za taborami, z taborami wojskowymi, które znowu były ostrzeliwane, my przy okazji też. Nagle mówią nam [uciekinierzy]: „Warszawa zamknięta. Nie dostaniecie się już do Warszawy”. Wobec tego zawracamy i jedziemy z powrotem do Żdżar. Przyjeżdżamy do Żdżar i okazuje się, że nam mówią: „Tu nie jest nic waszego. Tu jest władza ludowa”. Więc znowu konsternacja: „Co mamy robić?”. – „Na razie możecie siedzieć”.


To tak wyglądało, że czekali na ojca, że zjawi się właściciel. Ojciec nie zjawił się i [pewnego dnia] kazali nam wsiąść na jedną furmankę i wysłali nas w stronę Włodzimierza: „Wy tutaj już nic nie macie. A ponieważ mieliście jeszcze pewne rachunki ze służbą folwarczną, to wszystkie wasze rzeczy zabieramy. Pieniądze też. To będzie na rozliczenie z tymi ludźmi”. Następny etap – usiłujemy się dostać na drugą stronę Bugu, do Niemców, przez Uściług. Furmanki czekają jedna za drugą, kiedy otworzą granicę. Nigdy nie wiadomo, może w nocy, może jutro, może pojutrze. Wobec tego mama pożycza od kogoś pieniądze – z tym że ta osoba będzie jechała z nami, zaopiekujemy się nią i małym dzieckiem. Ona nam pożyczy pieniądze, bo jak będziemy przechodzili przez zieloną granicę trzeba, po prostu, zapłacić przemytnikom. To już był listopad, czołgaliśmy się gdzieś nad Bugiem, cicho, żadnych szelestów, dziecko może rozpłakać się, bo niemowlę, więc znowu bardzo denerwująca sytuacja. Ale wpakowali nas do łódek i przewieźli na drugą stronę. Oczywiście nie mogliśmy się zmieścić w jednej łódce ani w dwóch, więc na amen zaopiekowali się naszymi bagażami – nas przewieźli, a bagaży nigdy nie dowieźli. Ale już byliśmy po drugiej stronie Bugu, po stronie niemieckiej i próbowaliśmy dostać się do Warszawy, do ojca. Z tym że dojechałam bardzo chora, bo to był listopad, bardzo zimno, czołgaliśmy się [w błocie].
Sam przyjazd do Warszawy był dla mnie szokujący – miasto zaciemnione, szyby wybite, dykta w oknach, groby przy trotuarach. Ale to wszystko nieważne. Jesteśmy na Pradze, bo ojciec, wiedząc, że Dom Żołnierza został zburzony, starał się zdobyć mieszkanie w okolicy. Bardzo lubiliśmy Pragę, bośmy przecież chodzili tam do szkół (brat do Władysława IV). Zamieszkaliśmy na ulicy Zygmuntowskiej [14] (trakt Zygmuntowski). I znowu nasze zdziwienie: dlaczego jak już jesteśmy w domu, i względny spokój, szczęśliwi, ojciec mówi, że musimy przenieść się do Śródmieścia. Później okazało się, że [to] dlatego, że ojciec był bardzo zaangażowany w konspirację [a] Niemcy bardzo często stali na moście Kierbedzia i rewidowali, a ojciec miał przy sobie różne bibuły.

Od razu na wstępie powiedział nam – mnie i starszemu bratu (młodszy [brat] – może nie do niego było to skierowane): „Nie bawić się w żadną konspirację. Mieszkanie musi być chronione, bo ja jestem głęboko zaangażowany”. Okazało się później, że ojciec był w Biurze Informacji i Propagandy (BIP). „Wy już się nie bawcie w konspirację. Mieszkanie musi być czyste”. Ale mieszkanie oczywiście nigdy nie było czyste – od samego początku nie było czyste. Chodziłam na komplety dokształcające albo [odbywały się u nas]. To jeszcze było dosyć niewinne, ale raz i drugi, ojciec robi alarm, uciekamy z mieszkania, chowamy się, u kogoś śpimy, więc jednak były namiary na to mieszkanie. Wracamy po dwóch, trzech tygodniach: alarm odwołany, możemy z powrotem tutaj mieszkać.

 

[Z Zygmuntowskiej przeprowadziliśmy się na] Mokotowską 46a. Miałam blisko na pensję, bo pensja pani Plater była mniej więcej na rogu Piusa i Mokotowskiej. [Stąd] przenieśliśmy się na Moniuszki. [To był przymus, bo Niemcy zajęli nasze mieszkanie przy ulicy Mokotowskiej 46a]. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, [kiedy] pensja [pani Plater] została zamknięta i zostało otworzone coś – też pod skrzydłami pani Plater – chyba jeden dom od nas, bo my [byliśmy] pod Moniuszki 9. To była Szkoła Gospodarstwa Domowego, która oczywiście nie była szkołą gospodarstwa domowego, tylko przygotowywało się tam do małej matury, do wyższej matury, normalnej (zależy od tego, na jakim etapie, w której klasie się było). Ale nazywało się, że to jest gospodarstwo domowe. Znów miałam raptem jeden dom, żeby tam się dostać. Tak to wyglądało, jeżeli chodzi o miejsca zamieszkania – już wymieniłam trzy.

 

  • Ojciec był w BIP-ie, ale czy wcześniej był już zaangażowany w konspirację?


Od razu. Był założycielem, wśród szesnastu, tego, co pierwotnie nazywało się nie AK, nie Związek Walki Zbrojnej, tylko Służba Zwycięstwu Polski. Należał do szesnastu, na zwyczajnej bibule zostały spisane nazwiska. Ale jeżeli chodzi o funkcję, jaką pełnił, to od razu był w BIP-ie.

  • Kim był w BIP-ie?


Szefem.

  • I założycielem. A jeżeli chodzi o braci i aktywność konspiracyjną?


Ojciec prosił… Młodszy był tak młody [chwilowo], że nie było o tym żadnej mowy. Wydaje mi się, że starszy przez jakiś czas dyscyplinował się – [mieszkanie] ma być czyste, to czyste. Ważniejsze jest to, że… Zaczęłam od tego, że były komplety. Komplety kompletami, ale zauważyłam, że brat przychodził z kolegami – zamknięty pokój – uczyli się rozkładania broni, składania broni. To też było coś, co nie powinno się dziać w naszym mieszkaniu, bo ważniejsze rzeczy robił ojciec. A co chyba najbardziej – w jakimś sensie – obciążało dom wobec Niemców, to było to, że któregoś pięknego dnia przyszli [nasi] rodzice z żydowskim dzieckiem, chłopcem i powiedzieli, że będzie z nami, bo: „My obiecaliśmy zaopiekować się tym dzieckiem”. [Jego rodzice] to byli Żydzi, znajomi rodziców. Czy [oni] chcieli uciekać w ogóle z Warszawy – nie sądzę, bo wzięliby dziecko, więc widocznie zdecydowali [się] pójść do getta. Trzeba powiedzieć, że [potem] ojciec dziecka zginął w Oświęcimiu, a matka była w Ravensbrück. Dziecko było w naszym domu, więc w żadnym wypadku dom nie był czysty. Tym bardziej że mama uważała, że nie można chłopca chować w komórkach, na strychach, bo się nabawi fobii. Czyli musi żyć normalnym życiem – tylko nie może wychodzić [sam] na ulicę. Wszystko miał „wypisane” na twarzy, więc byłoby to zbyt niebezpieczne. Ale, na przykład, jak jechaliśmy na wakacje, to rodzice uważali, że dziecko musi z nami pojechać na wakacje do Świdra. To było raczej mocno obciążające dom.

  • Jak się nazywał chłopiec?


Nazywał się Piotr Ruf, Piotruś. To było dziecko [mające] dziesięć czy jedenaście lat.

  • Co wydarzyło się w rodzinie jeszcze przed Powstaniem?


W jakim sensie?

  • Jeżeli chodzi o ojca.


Mama przeszła ciężką operację – rak, przerzuty. Ojciec był dwukrotnie aresztowany, przy czym raz był poza domem tylko miesiąc na Pawiaku, a drugi raz już wylądował w Oświęcimiu. Pierwszy raz – wydaje mi się nawet, że to nie było personalne, że to była łapanka przed 11 listopada, bo na Boże Narodzenie [ojciec] już wrócił do domu. Ale następny raz już był długo na Pawiaku. Przesłał nam gryps: „Jesteśmy wywożeni. Nie jesteśmy pewni – Majdanek, Oświęcim…”. Okazało się, że został w Oświęcimiu.

  • Czyli w domu jest mama…


Chora…

  • Pani, dwóch braci – ktoś jeszcze?


Była babcia. Momentami, do wybuchu Powstania, była także siostra mamy z małym dzieckiem.

  • Jak pani pamięta atmosferę przed Powstaniem?


W ogóle w Warszawie?

  • Tak.


[Duszna], bo jaka mogła być atmosfera, jeżeli my wszyscy byliśmy pozbawieni tych wszystkich przyjemności, które nam się w tym wieku należały. Wiedziałam, że mi nie wypada (nie wiem, czy to słowo dzisiaj coś znaczy) chodzić do teatru (nigdy nie byłam), chodzić do kina (nigdy nie byłam), do restauracji (nigdy nie byłam), tańczyć nie wypada – bo są rozstrzeliwania na ulicach, bo getto zaczęło walkę. Czyli – jak to określała mama – „na grobach się nie tańczy”. Byłam młoda, więc może nie miałam chęci tańczyć na grobach, ale coś mi się przecież w życiu należało. Na dodatek jeszcze młodszy brat wymyślił sobie zadanie bojowe – [co wieczór] latać pod mur getta i przy pomocy swoich kolegów przerzucać jedzenie [żydowskim dzieciom]. Mama zorientowała się, że coś dzieje się z jedzeniem. [Była chora i bardzo się bała o niego].

  • Czy czuła pani, że atmosfera narastała do wybuchu Powstania?


Powiedziałabym inaczej. Przecież myśmy przez całą [okupację] – do czegoś się przygotowywali. Po co [młodzież robiła zbiórki za miastem, uczyła] się rozkładania, składania [broni]? To było przygotowanie do wielkiego zakończenia. Czy to będzie Warszawa, czy to będzie powstanie w Warszawie, czy cała Polska – nie wiadomo, ale przecież nastrój narastał. Tym bardziej, kiedy okazało się, że Niemcy się cofają – to znaczy, że dla nas wybija godzina, więc oczywiście, że w tym sensie… Ale w ogóle młodzież była szalenie rozgrzana.

  • Wybucha Powstanie.


Powstanie wybucha, z tym że zmieniano dni, godziny, więc w momencie wybuchu Powstania właściwie wychodziłam z mamą, żeby ją podprowadzić do lekarza. Bogu dzięki nie zdążyłam wyjść – bo przecież nie było pewności, że wybuchnie akurat o godzinie piątej. Na przykład brat wrócił do domu, wziął jeszcze jedzenie: „No, może dziś, może jutro…”. Po prostu zmieniały się godziny. Jeszcze zanim wyszłam, żegnałam się z narzeczonym, który nie był optymistycznie nastawiony. Pożegnał się ze mną i powiedział: „Nas tu wszystkich wybiją. To się źle skończy”. Moja uwaga była: „Po co idziesz do Powstania, skoro masz takie czarne myśli?”. Powiedział: „Bo nie mógłbym żyć, gdyby wszyscy moi przyjaciele zginęli” – czego, prawdopodobnie, nikt dzisiaj nie zrozumie, takiego wytłumaczenia. To było ostatnie [nasze spotkanie]. Jeśli chodzi o narzeczonego, już więcej go nie widziałam – zginął w drugim dniu Powstania. Zginął, ponieważ [wtedy] nie byliśmy [jeszcze] uznani za kombatantów. Był zaangażowany w „Baszcie” – Bohdan Witt.
[My to znaczy mama, babcia, ciocia i ja myślałyśmy], co możemy zrobić, jak wybuchło Powstanie… Nagle zaczęli się schodzić młodzi ludzie – ze strychów, z sąsiednich domów, tak jak gdyby mieli punkt zborny między innymi na naszym podwórku. To był chyba – już wtedy – Korpus Ochrony Sztabu [(Koszta)]. Wiem tylko, że babcia [zawsze] energiczna, [zdecydowała]: „Nie ma co się zastanawiać. Za chwilę będą chcieli pić, jeść. Są brudni, będą chcieli się myć. Będą ranni – coś trzeba robić”. To była dla mnie najprymitywniejsza praca, którą wykonywałam, a zarazem byłam wieczorem absolutnie skonana. Babcia wzięła się za gotowanie, mnie – jako młodą – zagnała do prania. Przecież to nie były pralki elektryczne, tylko balia. Nie byłam specjalnie przygotowywana na praczkę, więc szło mi to ciężko, ale [robiłam to] dzień w dzień – od rana do nocy. Odpoczynek, to było wyjść w nocy na strych i popatrzeć na miasto – jak wygląda, czy [i gdzie] płonie. Trwało do dosyć długo, może dwa lub więcej tygodni, kiedy dojrzałam do tego, że chciałam już robić coś innego. W międzyczasie nasz dom, nasza pościel, nasze meble – wszystko było do dyspozycji. W naszym mieszkaniu było [też] trochę szpitala. Potem przenieśli się, byli w piwnicach. W nocy budowaliśmy barykady. Barykady były rozbijane – myśmy budowali na nowo. Tak że, nie strzelając, mieliśmy dużo pracy – mama, mimo że chora, po operacji, babcia i ja.

  • Gdzie byli bracia?


Nie wiedzieliśmy, gdzie jest [starszy brat]. Poszedł na punkt zborny. Właściwie [koło domu] kręcił się tylko [młodszy], bo był do wszystkiego. Związał się z wojskiem – przyleć, poleć, przynieś, zanieś. Był młody. [Potem] było coś ważniejszego, już stał na warcie, już był w Korpusie Ochrony Sztabu – to już było coś.

  • W jakim byliście wieku?


[Miałam dziewiętnaście lat. Jeden] brat był cztery lata młodszy ode mnie, starszy – cztery lata starszy. [Okazało się, że] miał swój punkt zborny [przy] Dworcu Pocztowym (za Dworcem Głównym). Od czasu do czasu wychodził na patrole. Powiem szczerze, że tendencja była taka, że mama chciała, żebym robiła to, co robiłam, bo przynajmniej miała mnie na oku, że żyję, że jestem. Natomiast mały gdzieś [ciągle] przepadał…

  • Mały miał czternaście lat?


Tak.

  • Pani miała osiemnaście.


Chyba dziewiętnaście. [Starszy] kiedyś dał przez kogoś znać: „Babciu, czy byłoby coś do zjedzenia w domu – to ja przyjdę z kolegami, jak wyjdziemy na patrol”. Śmiałam się, bo mówił: „Szliśmy z chłopcami, tacy szczęśliwi, bo babcia powiedziała, że jeszcze ma coś w słoikach, ma zapasy, jakieś zrazy”. I powiedział: „Chłopaki, zrazy się spaliły” – bo spojrzał i zobaczył, że dom płonie. Też przeżyłam taki moment.

  • Co stało się potem?


Pracowałam jak wyrobnica – w okolicach domu, w piwnicy. Oczywiście miałam złożoną przysięgę, czyli byłam od początku Powstania. W pewnej chwili powiedziałam: „Babciu, ty się rozglądaj, bo pracujesz w Czerwonym Krzyżu. Punkt zborny macie w »Adrii« – to była restauracja na Moniuszki – zorientuj się, może tu gdzieś potrzebują łączniczki – sanitariuszka, to jednak musi być jakaś umiejętność – ja bym chciała wyjść na zewnątrz”. To było to, czego właśnie nie chciała mama, żebym nie biegała po ulicach. Babcia w pewnej chwili przyszła i powiedziała: „Słuchaj, potrzebują. Łączniczka padła w Alejach Jerozolimskich. Był obstrzał z BGK – Banku Gospodarstwa Krajowego – i natychmiast kogoś potrzebują, więc zgłoś się. Gdzie? Ulica Jasna, PKO”. To był dość ciekawy budynek, bo co na wierzchu, to na wierzchu, ale były dwa czy trzy piętra w dół. Stąd żeśmy w pewnej chwili wynosili z piwnic dokumenty, jak [budynek] został bombardowany.

Zgłosiłam się i okazało się, że będę łączniczką Wojskowego Sądu Specjalnego – to był Oddział I, Komenda Główna. Nie wiedziałam, co będę robić – wiedziałam, że będę biegać. Byłam trochę przerażona, jak dostałam pierwsze zlecenie, bo to były ulice, których w ogóle nie znałam i po których nie spacerowałam. Owszem, znałam Warszawę, ale znałam tę Warszawę, którą chciałam znać – Łazienki, Aleje Ujazdowskie, Jerozolimskie, Ogród Saski, Marszałkowska, Chmielna, ale nie jakieś Sienne, Ciasne – w ogóle nie wiedziałam, gdzie to jest. Byłam trochę [speszona], ale oczywiście nie miałam zamiaru wycofać się. Tym bardziej że powiedzieli mi: „Jeżeli nie będziesz mogła się dostać ulicami – co z góry wiedziałam, że nie będę mogła się dostać, bo nawet nie wiem, gdzie to jest (planu przecież mi do ręki nie dali) – to w piwnicach częściowo powybijane są dziury i w ten sposób, od bloku do bloku, można się posuwać”. – „A co jest na ścianach?”. – „Na ścianach – węglem czy czymś – wypisane są wielkie strzałki” – w tę stronę, do tej ulicy; w tę stronę – do tamtej ulicy. Przy pomocy ludzi, którzy mieszkali – mówili: „Pójdziesz tu”; „pójdziesz tam, dostaniesz się…” – nauczyłam się biegać, częściowo po piwnicach. Ale to tylko częściowo, bo zasadniczo na ulicach, za barykadami – też. Czasami płytkim rowem – też. Ale najgorsze były dla mnie Aleje Jerozolimskie, które przebiegałam codziennie, a tam codziennie był obstrzał. Mało, że był obstrzał, to stali nasi chłopcy i nie przepuszczali – mowy nie ma. „Rozbita barykada – jesteś jak na patelni, siedzą na górze, na dachu, piętrach, w oknach. Nie wolno nam nikogo przepuścić”. Muszę powiedzieć, że miałam dużo szczęścia – jęcząc, płacząc, zapewniając ich, że [niosę] bardzo ważne rzeczy i muszą mnie przepuścić, zawsze się przedostałam. W ten sposób stałam się niezbędną łączniczką, bo byłam tylko jedna. Miałam dwóch szefów – nie pamiętam ich nazwisk. Wiem, że jeden był sędzia „Władek”, drugi – sędzia „Leszcz”. Meldowałam się, dawali mi papiery do ręki: „Masz, zanieś” – pod taki adres. Czasami był to jeden kurs, czasami musiałam długo czekać w Alejach. Wiem, że też zarywałam noce bieganiem.

 

  • Ludzi pokazywali, jak dotrzeć do tej czy innej ulicy. Jakie było na początku nastawienie ludności cywilnej?

 

Na początku było świetne. Byliśmy zachwyceni, że wreszcie się coś zaczęło. Po prostu się zaczęło. Zdaje mi się, że ludzie byli bardzo ofiarni, bo przecież godzinami stali z wiadrami po wodę, próbowali gasić pożary. Przecież nie było żadnego sprzętu, więc o tyle, o ile można coś zrobić wiadrami z wodą. Wynosili wszystko, co mieli w domu – kołdry, poduszki, ławki, stoły, żeby budować barykadę (nie mówiąc o tym, że przewracało się tramwaje i samochody). Więc była duża ofiarność, duży entuzjazm. Wtedy nam jeszcze głód pewnie nie groził, bo jeszcze nie były popalone [sklepy i] zawsze w domu ktoś coś miał. Była okupacja, więc trzymało się trochę na zapas. U nas też były zapasy – duże nie duże, ale były. Więc oczywiście, że nastrój był wspaniały.

 

  • Jak wyglądał pani dzień?

 

Bardzo różnie. Nie musiałam zgłaszać się bardzo wcześnie, bo panowie [to znaczy moi szefowie] najpierw musieli coś dla mnie przygotować. Przychodziłam na godzinę i, po prostu, siadałam. Moje zajęcie polegało na czekaniu na gotowe papiery, których nie znałam, nie czytałam – nie wiem, co to było. Rozkazy, meldunki, wyroki… Wyroki chyba też, bo czasami ktoś mi powiedział: „Nie spiesz się tak, bo tam ktoś dłużej pożyje”, więc wyroki chyba też były. Ale musiałam być do dyspozycji, więc po prostu siedziałam. Oni – przy jednym biurku, ja przy drugim i czekam – gotowe czy niegotowe. Jak dostałam, to natychmiast ruszałam, bo nawet nie byłam pewna, kiedy wrócę. Tak że nie było mowy, że koniecznie muszę wrócić tego samego dnia do bazy. Mogłam nie zdążyć, jeżeli miałam parę adresów, jeżeli był obstrzał. [Na wszelki wypadek uczyłam się hasła na dany dzień czy noc].

  • Czy pani sama biegała?


Absolutnie sama, bo miałam dwóch szefów i byłam ich jedyną łączniczką. Oczywiście, że sama, dlatego byłam taka ważna, żeby mnie nie zabili.

  • A nie bała się pani, jak wracała w nocy?


Zawsze bałam się ciemności – od dziecka – i wiem, skąd się to wzięło. Były plusy i minusy biegania [w ciemnościach]. W dzień byłam „na patelni”, widziało się mnie, a w nocy nie, więc ciemności pozwalały mi trochę uspokoić się, że może do mnie mierzą, ale tego nie widzę i nie wiem skąd. W ciemnościach czułam się bezpieczniejsza. Poza tym – jak w piosence – noce sierpniowe były ciepłe, piękne. [Kiedy] byłam już po pracy, wiedziałam, że zrobiłam, co miałam zrobić; zaniosłam, co miałam zanieść. Ja i moje myśli – szłam i planowałam, co będzie na przyszłość, co zrobimy, jak się spotkamy (można całe noce marzyć). Przychodziłam do domu zasadniczo bardzo późno. Ale w międzyczasie, jak już załatwiłam wszystkie meldunki, zaniosłam papiery, to jeszcze usiłowałam zdobyć wiadomości o braciach. Przecież mama cały czas czekała nie tylko na mój powrót, ale także czy oni jeszcze żyją, czy nie żyją. Rada nierada musiałam rzeczywiście zajrzeć jeszcze tu i tam, żeby przynieść dla niej wiadomości, że jeszcze dzisiaj żyją, wszystko w porządku. Wtedy była już pogodzona z tym, że też jestem [w Powstaniu], zasadniczo zgodziła się bez szemrania. Mnie jedną chciała mieć troszkę bliżej. Ale właściwie pogodziła się i myślę, że to się wiązało z tym, że już jako narzeczona wiedziała, że ojciec całe życie związał z walką o niepodległość, więc dzieci – zupełnie naturalne – też coś robią.

 

  • Czy widywała się pani z braćmi w czasie Powstania?


Niezupełnie. [Jeden] był na Dworcu Pocztowym, więc było to troszeczkę trudne. Mogłam zboczyć troszeczkę [z trasy] po wykonaniu zadania, ale nie lecieć w zupełnie inną stronę miasta, bo chcę zobaczyć. I tak raz potrafiłam się wyłamać, jak zobaczyłam nasz dom, płonący. Szłam z meldunkiem i pomyślałam, że jak skończę z meldunkami, to już tu nic nie będzie. Wobec tego skręciłam i mówię – no, chociaż coś, coś złapię. Co? Oczywiście akurat myślałam o rzeczach może w tej chwili nieważnych – dla mnie wtedy były ważne – fotografie czy listy. Ale byłam na tyle roztropna, że przede wszystkim złapałam zimowe okrycia i różne, mocne buty i to zniosłam (moja rodzina – dom się palił – już siedziała w piwnicy). Powiedziałam: „Wrócę, przeprowadzić was na drugą stronę Alej”. To było dziwne, ale tam był zupełnie inny świat. [Niemcy] niszczyli Warszawę dzielnicami, ulicami. Po drugiej stronie Alej, na Mokotowskiej, w [naszych dawnych] piwnicach, mogliśmy spokojnie dalej [siedzieć]. Tylko jak przeprowadzić wszystkich ludzi? Była mama – po chorobie, była babcia, ciocia – bardzo słaba, było dziecko, które akurat chorowało. Jeszcze nawet mieliśmy pomoc domową, która była nie w pełni władz umysłowych, więc raczej trzeba ją było ciągnąć za rękę. Miałam to całe bractwo przeprowadzić na drugą stronę.
Jak poroznosiłam meldunki – wróciłam. Oczywiście wszystko już się spaliło, domu już nie było, ale [nie] wszystko było wypalone.
Usiłowałam przeprowadzić ich na drugą stronę, co znowu, absolutnie, nie było łatwe. Byłam już zmęczona po całym dniu biegania – przecież nie chodziłam po ulicach tylko po gruzach – góry gruzów ze zburzonych domów. To było strasznie męczące. Bolały mnie nogi – miałam jedną, drugą nogę zwichniętą. Ale jakoś zebrałam się – oni też, przestraszeni, przerażeni, idą nocą. Nie chcą nas przepuścić. Udało mi się to załatwić i przeprowadziłam rodzinę na drugą stronę. Od tego momentu już wiedziałam, że są w domu, który stoi, w naszej piwnicy, bo to było w domu, w którym mieszkaliśmy poprzednio, Mokotowska 46a. Tam był, o dziwo, względny spokój. Ale jest to trudno wytłumaczyć, bo jak przyszedł do nas ze Starego Miasta kolega brata, to powiedział: „Przecież wy macie tutaj raj!”. [Na Starym Mieście] było już piekło, przeszli kanałami. I śmieszne, że po jednej stronie Alej też było – może nie tak jak na Starym Mieście – ale paliły się domy, bombardowali (może właśnie Jasną, w PKO), a po drugiej stronie jeszcze względnie spokojnie. Zresztą na Mokotowskiej i w okolicach Alej Ujazdowskich do dziś stoją domy.

  • Jakie były wieści od narzeczonego?


Nie miałam żadnych wieści, więc to było prawie niemożliwe, żeby z nim było wszystko w porządku, ale jak człowiek nie chce w coś wierzyć, to nie wierzy. Poczta Polowa – mali chłopcy roznosili grypsy albo na ścianach można było znaleźć naklejone kartki – jestem tu, jestem tam. Musicie pamiętać, że Powstanie wybuchło w momencie, kiedy był pełen ruch na ulicach, była godzina piąta. To było straszne, bo wielu ludzi uratowałoby się, ale w swoich domach, a znaleźli się na ulicy. Po prostu doszłam do wniosku, że jeżeli już wszyscy odezwali się, którzy żyli, a mój narzeczony nie, to coś nie jest w porządku. Ale tłumaczyłam sobie, że może [poszedł] do lasów pod Warszawą, bo przecież mógł być w szpitalu polowym pod Warszawą. Ale oczywiście miałam świadomość – nie wiedziałam, że zginął 2 sierpnia – że my ciągle, przez pewien czas, nie byliśmy uznani za kombatantów, więc mógł być zabity. Ale tej myśli oczywiście nie dopuszczałam, do końca zresztą. Poza tym chodziłam, odwiedzałam w nocy moich niedoszłych teściów, czyli rodziców mojego narzeczonego. Miałam ich jakoś pocieszyć, bo byłam ta, która przychodziła z wiadomościami z miasta. Biedni, siedzieli w domu, nie wiedzieli w ogóle, co się dzieje. Właściwie przyjęłam sobie za zadanie bojowe, że jeżeli nawet wiem, że jest źle, to musi być dobrze, muszę im przekazywać najlepsze wiadomości. I tak robiłam. I moja rodzina była przeszczęśliwa, bo ciągle były dobre wiadomości (już się kończy, i [podobne]), to samo z teściami. Gorzej było z moimi panami, (mój pseudonim był „Koza”) po prostu, mówili: „»Koza«, nie fantazjuj. Byśmy dali po dwadzieścia lat życia, żeby mieć twój optymizm. Ale co ty nam tu wymyślasz?”.

  • Panami, czyli?


Mówię o swoich dwóch szefach, jak wracałam – też usiłowałam ich zarazić. Mówili: „Ty jesteś chora optymistka”. Ale troszkę więcej wiedzieli, co się dzieje niż ja, na jakim jesteśmy etapie. W pewnej chwili, na przykład, wezwali mnie do siebie i powiedzieli: „Pamiętaj. Rosjanie, jeżeli wejdą, my znikamy, nas nie ma. Umawiamy się, gdzie jest punkt, gdzie możesz nas znaleźć, bo będziesz nam dalej potrzebna”. Więc musiało być bardzo źle. Rosjanie stoją na Pradze, my słyszymy, czekamy że każdego dnia wejdą, sojusznicy – a tu mi mówią, że: „Musimy się zapaść pod ziemię. Ty jesteś łączniczka, ty będziesz naszym kontaktem ze światem”. To brzmiało już bardzo źle. Druga rzecz – jaka jeszcze mogła być pomoc, jeżeli nie z tamtej strony? Ewentualnie zrzuty z Zachodu. To nie pracowało, dlatego że podobno Rosjanie nie pozwolili, żeby alianckie samoloty tankowały i lądowały po stronie radzieckiej. O tym wszystkim, oczywiście, dowiadywaliśmy się po trochu – nie to, że wiedziało się od początku, że sytuacja jest tak dramatyczna. Czy liczyliśmy, że Rosjanie nam pomogą? Liczyliśmy, że pozwolą na trochę satysfakcji, że my im pomagamy w wyzwalaniu naszej stolicy, żeby się to nie nazywało, że tylko czekamy. My coś robimy, co możemy. Siebie ofiarujemy do walki.

  • Niebezpieczeństwo tego, co pani robiła, polegało na tym, że strzelali do pani Niemcy, ale jeszcze musiała pani chować się w bramach.


W ogóle nie zastanawiałam się nad niebezpieczeństwem. Mam polecieć w jakieś miejsce – czy do mnie mierzą, czy strzelają, czy bombardują – dobrze, to jest część powstańczego życia. Zresztą, tak jak powiedziałam, czasami wolałam być na zewnątrz, bo bardzo bałam się być zasypana w piwnicy. Byłam raz w sytuacji, że akurat trafili w dom, gdzie byłam, czy może w sąsiedni… Wiem, że nic nie widziałam, było ciemno, a dla odmiany wyszłam tak zasypana, że było widać tylko moje oczy. Ale widocznie miałam niezdrowe poczucie humoru, bo jak oblecieli mnie ludzie – „czy pomóc, czy coś zrobić? Nogi? Ręce? Żyjesz?!”. Mówię: „To wszystko nieważne. Niepotrzebnie wczoraj głowę myłam! Jestem dzisiaj w strasznym stanie”. To jest spojrzenie, które ma być optymistyczne, ale to nie znaczy, że naprawdę w te bajki, które opowiadałam ludziom, wierzyłam. Coraz mniej wierzyłam. Po prostu byliśmy w sytuacji, że jeżeli nie zostaniemy zabici, to umrzemy z głodu. Jak spaliło nam się mieszkanie, to babcia czy mama coś w woreczkach jeszcze złapała, ale już naprawdę dużych zapasów jedzenia nie było, trzeba by było kupować. Były sklepy, które były całe, właściciele pilnowali i za bardzo duże pieniądze można było coś kupić. Jeżeli ludzie nie mieli pieniędzy (bo w końcu skąd mieli mieć), to [sprzedawali na przykład] pierścionki – jak to się mówi – za psie pieniądze.

  • Między noszeniem meldunków miała pani dużo wolnego czasu. Co pani robiła?


Wcale nie miałam dużo wolnego czasu – tyle, ile mi dali – „Zaczekaj, zaraz będziesz gotowa”. Może to nie było zaraz, ale… Drzemałam, byłam tak zmęczona, że kiedyś, jak było bombardowanie PKO, to ktoś z wojska (nie moi szefowie) zaniósł mnie na rękach do schronu (wielkiego, głębokiego, pod ziemią). Wcale nie pamiętam czegoś takiego, obudziłam się w schronie. Byłam bardzo zmęczona. Noce były bardzo krótkie, a dni bardzo intensywne. Usiłowałam robić notatki, ale mogło mi urwać w połowie zdania. Ale siedzę, to napiszę: „Jest 2, jestem…” – tu i tu; „robię” – to i to; „czekam”, „wybieram się”. Ale, jak się nie ma [określonego] czasu przed sobą, to są to urywane zdania. Myślałam, że to będą dwa, trzy dni, spotkamy się, porozmawiamy sobie, cośmy robili przez te dni. Ale czas przecież wydłużał się coraz bardziej, więc w końcu powstało coś w rodzaju pamiętnika czy notatnika i to było właściwie to, co wyniosłam z Powstania, dlatego że – to już może powiem później, jak wychodziłam – wszystkie pamiątki zostały w Warszawie.

  • Czy widziała pani przejawy życia religijnego?


Oczywiście, że widziałam, ale nie miałam w tym uczestniczyć. Miałam przedostawać się z punktu A do punktu B, a nie zatrzymywać się i oglądać pogrzeby, wesela czy modlitwy. Zbierali się przeważnie cywile, były msze polowe, kapliczki na podwórkach. Ale nie szłam na spacer – wiedziałam, gdzie mam się dostać i to było najważniejsze.

  • A jeżeli chodzi o komunikację – radio, gazetki? Czy był do tego dostęp?


Jak latałam po ulicach, to raczej nie było tak jak teraz możliwości, żeby coś nosić ze sobą i słuchać. Ale oczywiście szły „chorały” z Londynu, a myśmy im odpowiadali: „Nie chcemy chorałów, chcemy amunicji”.

  • Jak biegała pani po mieście, to musiała mieć pani lepsze rozeznanie niż ktokolwiek inny, jeżeli chodzi o skalę zniszczeń i straty życia ludzkiego.


I tak, i nie, dlatego że przecież nie latałam zawsze na zewnątrz. Jedna dzielnica była zniszczona, a druga, absolutnie, była niezniszczona (właśnie po drugiej stronie Alej). Ale czy wiedziałam, co się stało ze Starym Miastem? Że jest już absolutnie zniszczone? Dopóki nie przyszedł kolega i nie powiedział: „Stare Miasto kompletnie zniszczone. Nawet ludność już nie mogła się z nami zabrać – uciekliśmy kanałami”. Patrzyłam tylko z dachu, póki stał nasz dom, co płonie, jaka część Warszawy. A skala zniszczeń? Każda góra gruzów to był grobowiec. Bardzo dużo ludzi siedziało w mieszkaniu, nastawionych, że nie chcą schodzić. Nie chcą schodzić, wobec tego zasypało ich i są [pod gruzami]. Wiedziałam, bo przecież latałam po gruzach i co jakiś czas miałam wrażenie, że coś słyszę, głosy z gruzów. Nie było sprzętu, żeby tym ludziom pomóc. Miałam świadomość zniszczenia na pewno większą jak ktoś, kto siedział cały czas w piwnicy, ale ogromu strat, to nie. Tym bardziej że wszystko zakończyło się po wyjściu – spalili miasto.

  • A straty w ludziach? Czy widziała pani martwych ludzi?


Widzieć – widziałam, to mi nie mówiło o skali Powstania. Tylko to były sytuacje, o których człowiek nie chce pamiętać i nie chce sobie wyobrazić, że „to mogło się przydarzyć mnie”. Tak samo było z łączniczką, która dzień wcześniej, przede mną, padła. Robię to, co ona robiła. Nawet ofiarowali mi jej płaszcz, jak będzie chłodno w nocy. Ubieram się w ubranie zmarłej i mam ruszyć. Nie ubrałam się i nie uwierzyłam w to, że muszę zginąć. Kiedy ma się dwadzieścia lat, wydaje się, że człowiek jest za młody, żeby zginął. A jeżeli ludzie giną, to niekoniecznie akurat mnie się to musi zdarzyć. Więc, istotnie, miałam sytuacje, w których w nocy (przecież nie mogę wiecznie palić latarki, żeby naprowadzać na siebie ewentualny obstrzał) wpadłam w rów, w rowie byli zmarli, po zmarłych, zabitych – straszny odór. Wydostałam się z rowu – czy mogłam myśleć o tym, że mogłam tam leżeć? Czy mogłam myśleć o tym, że za chwilę mnie to spotka? To w ogóle nie wyszłabym nigdy. To się zdarzyło i nie musi się powtórzyć, jutro jest inny dzień. Widziałam… Na przykład ulica Zgoda – bank „Pod Orłami”. Pamiętam, że biegłam wtedy koło swojego domu (był już spalony) i patrzę, że na placyku przed bankiem leżą ludzie. Ale czy to są ludzie? [Ciała] powyginane, spalone – nie wiedziałam, co to jest – to wyglądało strasznie, właściwie tylko oczodoły. I znowu – nie mam zamiaru się tu zatrzymać i na to patrzeć, bo jutro nie ruszę. Należy, po prostu, uwierzyć w to, że jestem tym szczęśliwcem, który przeżyje.

  • Czy były wieści o bliskich, znajomych, że ranni, że martwi?


Nie. Co najważniejsze – nie odezwał się narzeczony. Gdybym była mądra, to bym powiedziała sobie – to jest niemożliwe, żeby dwa miesiące się nie odzywał, skoro wszyscy się odezwali. Ale nie przyjęłam tego do wiadomości, licząc, że może znalazł się poza miastem. Jeżeli chodzi o innych – nie. Najważniejsze, że w ogóle nie wiedzieliśmy, czy żyje ojciec w Oświęcimiu. Przecież upłynęło już dużo czasu. Normalnie to mama co tydzień szykowała paczkę, odbierała listy, wysyłała listy do Oświęcimia i wiedzieliśmy, mniej więcej, co się dzieje. [Chociaż] nie do końca, bo na przykład przychodził list, był adres i znajomy, który został wypuszczony z Oświęcimia po wielu latach, powiedział: „Słuchajcie, to jest adres bloku śmierci. Czy to możliwe, że ojciec tam jest?”. Nie powiem, żeby to nie były denerwujące momenty, nawet jak przyszedł list, że jest wszystko w porządku – bo tak zawsze ojciec pisał („jestem zdrowy, w porządku”). Szykujemy paczkę żywnościową, wysyłamy. I teraz – dwa miesiące nie wiemy. [Ojciec] wie o Powstaniu i może się o nas denerwować. My wiemy, że jest w Oświęcimiu, ale nie wiemy, czy jeszcze jest żywy. Świadomość, że właściwie nic nie wiemy, co się dzieje dookoła, była też okropna. Mogę sobie wyobrazić mamę: ma troje dzieci w Powstaniu, męża w Oświęcimiu – żywego lub nieżywego (nie wiedziała), a sama jest po ciężkiej chorobie.

  • Kiedy dowiedziała się pani, że brat został ranny?


Nawet nie wiem, kiedy się dowiedziałam. Po prostu prosiłam [łącznika, który] szedł w stronę Dworca Pocztowego, że może się dowie – nazwisko, imię, pseudo. Powiedział: „Jest ranny, ale nie tak mocno, nie denerwuj się. Mamie może nawet nie mów”.

  • Ale na noc przychodziła pani do domu?


Tak, tylko że potem dom już nie był na Moniuszki, więc znów musiałam iść na Moniuszki, bo mój brat był w Korpusie Ochrony Sztabu i [nadal] w podwórku był oddział, był sanitariat. [Musiałam iść], żeby mamie powiedzieć, że jest na naszym, starym podwórku, że żyje. My byliśmy już w piwnicach na Mokotowskiej, więc znowu – przejść przez Aleje, sprawdzić, co dzieje się z [bratem], żeby przynieść do domu przynajmniej o nim informacje, że jest w porządku.

  • Jakie było najgorsze wspomnienie z Powstania?


Wołałabym [mówić] o najlepszych – to są pierwsze dni. Najgorsze, to są ostatnie dni. Chyba dwukrotnie było otwarte przejście dla cywilów i myśmy liczyli się z tym, że w pewnej chwili (nie wiem, jak to się odbywało) dowództwo dojdzie do ładu z Niemcami i po raz trzeci pozwolą wyjść ludności cywilnej. Właściwie – może brzmi to pompatycznie – wydaje mi się, że myśmy to potraktowali, że to będą polskie Termopile, musimy tam zginąć.

Byle tylko wyszła ludność cywilna, bo wśród ludzi zaczął się robić fatalny nastrój. Dalej chodziłam po piwnicach i czułam, jak narasta ciężka atmosfera. Przed tym pomagali mi. Osobiście nie bałam się ich, ale biegły za mną okrzyki: „Mordercy! Kończcie to Powstanie!”. To nie było przecież przyjemne. Ludzie byli już głodni. Zresztą można sobie wyobrazić sytuację, w której są matki z małymi dziećmi czy ludzie starzy. Rozumiałam to, ale tworzyło to specjalną atmosferę, dlatego myśleliśmy, żeby już wyszli z miasta. Ale oczywiście trzeba powiedzieć, że gdyby nagle okazało się, że wszyscy cywile mają wyjść, to co bym zrobiła? Przecież moja mama za żadne pieniądze nie chciałaby wyjść i zostawić mnie. Myślę, że byłaby znowu tragiczna sytuacja – mogą wyjść, ale nie chcą wyjść, bo ja zostaję i moi bracia zostają (bo była mowa tylko o ludności cywilnej). Ale było to nasze wyobrażenie, że tak się stanie. Nie stało się, bo była kapitulacja.

 

Myśmy nigdy nie przyjęli do wiadomości, że możemy skapitulować. Możemy przegrać, możemy zginąć, ale nie kapitulacja. Kapitulacja to hańba. Ale przecież trzeba powiedzieć, że dowództwo – świadome bardziej jak my sytuacji – zrozumiało, że trzeba ratować resztę młodej substancji, bo wszyscy zginiemy – bo Rosjanie nie ruszą się i zrzutów nie będzie; i pomocy alianckiej nie będzie. Więc prawdopodobnie ich ta decyzja kosztowała jeszcze więcej niż nas. Widzieli ciągle jednak gotowość młodych ludzi do walki. I powiedzieć im: stop. Kapitulacja. Jak to? To męczymy się sześćdziesiąt trzy dni i nic? Kończyć to? To było straszne. Ale nie wiem, czy sama decyzja kapitulacji, czy wychodzenie z miasta, decyzja, żeby wyjść…
Miałam dodatkowe przeżycia, bo jednak nie chciałam wyjść z ludnością cywilną. Jest kapitulacja, ale mama mówi: „No zostań chociaż ty. Przecież nie dam rady – ja chora, babcia chora, ciotka chora. Ty jedyna masz siłę”. Powiedziałam, że też chciałabym wyjść ze swoim sztabem. Byłam kimś, jestem niczym, jeżeli się poprzebieram. W końcu powiedziałam: „Dobrze. Chłopcy nie mogą, ale ja z wami zostanę. Tylko może pójdziesz ze mną, do moich dowódców i spytamy się ich, czy to jest w porządku, jeżeli zostałabym z wami i nie poszła z nimi”. Zaprowadziłam mamę do jednego i drugiego brata, żeby się z nimi pożegnała. Znała Warszawę, ale po gruzach, w ciemnościach nie mogła trafić. Poszła do jednego i drugiego. Dała im śmieszne pieniądze – chyba po dziesięć dolarów, że może kupią sobie kawałek chleba, jeżeli będzie taka potrzeba. Spytała o mnie. Muszę powiedzieć, że to był dla niej chyba jeden z [milszych] dni Powstania, dlatego że ci dowódcy byli ze mną bardzo zżyci, bardzo serdeczni. Powiedziałabym, że wyglądało to troszkę inaczej, jak meldowałam się, a oni siedzieli za biurkiem i przygotowywali raporty, a jak żeśmy wszyscy siedzieli pod biurkiem, bo jest bombardowanie. Nie ma wtedy żadnych barier, wszyscy się boimy. Bardzo mnie huśtali, a właściwie mamę, że taki skarb przyniosła na świat. Mama była bardzo dumna, bo powiedzieli, że zawsze byłam do dyspozycji, dzielna. Mogłam to wszystko jej powiedzieć, [ale] przychodziłam zmęczona do domu – czy mam zamiar powtarzać jej komplementy, które mnie spotykały? Ale oni to zrobili. I powiedzieli: „Oczywiście. Ona zrobiła wszystko, co można, więcej niż można. Ostatnie dni, makabryczne – ona jedna przeszła Aleje i zaniosła meldunki do dowództwa. Absolutnie – jeżeli to jest pani życzenie i konieczność – ona zostaje”. Zresztą ostatnie meldunki, które zaniosłam do dowództwa po drugiej stronie Alej, nie wiem, co to było, bo nigdy nie otwierałam papierów, ale musiało to być tak nieoczekiwane (bo nikogo nie przepuszczali), że w dowództwie przyjęli mnie, jakbym spadła im z nieba, a przecież nic nie przyniosłam, tylko jakieś papiery. „Ale że ty w ogóle mogłaś się przedostać!” – bo nikt nie mógł się przedostać. Co dla mnie było szczególnie miłe – tych panów potem rozpoznawałam w prasie, ale przecież mi się nie przedstawiali. Czy Chruściel, „Monter” – nie wiem, idę do dowództwa, zanoszę. Oni, natomiast, mówili: „To jest córka Tadeusza! Słuchajcie, przyszła córka Tadeusza, przedarła się, jest. Mamy papiery”. To byli znajomi, przyjaciele ojca – może właśnie z konspiracji, ale przecież ojciec nigdy mnie nie wciągał. Rodzice wychodzili z założenia: nic nie wiesz – nic nie powiesz, więc nic nie wiedziałam.
Ale były to ostatnie dni. Z jednej strony miałam przyjemność, że mnie kołyszą, mówią, że jestem fantastyczna, że: „Słuchaj, przedstawiamy cię do odznaczenia”. Jeszcze ironizowałam, mówię: „Krzyże to chyba dwa dostanę. Obiecujecie Walecznych, ale i ten drewniany też”. – „No, nie przesadzaj. Zawsze byłaś optymistką”. Ponieważ nigdy nie dostałam do ręki żadnego papieru, przyjęłam, że może byłam w ostatnim rozkazie, może przepadł – ale to nieważne. Tak wyglądały ostatnie dni.
Wychodzenie z Warszawy to był szereg ludzi, objuczonych tobołkami, w strasznym stanie – raczej psychicznym – niektórzy płakali. I ten rząd ludzi, wśród gruzów, opuszcza Warszawę. Przecież my na zawsze żegnaliśmy się ze światem, który nigdy nie miał wrócić. Gdybyśmy nawet mogli wrócić do Warszawy, to już nie byłaby ta Warszawa. Zostawiasz za sobą groby, zostawiasz za sobą ruiny, zostawiasz cały swój świat. Na dodatek moja babcia, bardzo energiczna, przejrzała mi plecak, wsypała mi groch, który miał mi kiedyś uratować życie – nie wiem, w jaki sposób, bo nie wiem, gdzie miałabym go gotować. Powyjmowała mi resztki moich pamiątek – zdjęcia, listy, buteleczki po perfumach. „Po co to?!”. Mówię: „Babciu, to jest zapach świata, który zginął!”. – „To niech sobie będzie, a ty masz żyć. Masz tu suchary, groch – bierz to”. Plecaki uszyte z poszewek, worki – to nie były regularne plecaki. Ludzie wyglądali tak… Marsz nędzarzy, przegranych.


Powstanie w mojej relacji brzmi strasznie, ale były też przyjemne momenty. To jest trudno wytłumaczyć. Zdobycie PAST-y – wspaniały moment! Cała Warszawa szaleje! To było zdobycie tylko jednego budynku, ale był tak trudny, że nie spodziewaliśmy się, że kiedykolwiek powstańcy go zdobędą. To jest mała radość, a wielka radość. Zresztą każdy dom, który udało się odbić Niemcom, to było wspaniałe. Jeżeli udała się wyprawa do piekarni – mówię o początku Powstania, bo później nic takiego nie było – w nocy, po chleb i wyszło, zdobyło się, to znów wspaniały moment. Odbudowało się barykadę – znowu możemy przebiegać przez ulicę, zakryci barykadą. Śmieszne, ale dla nas bardzo ważne momenty. Tak samo – nie wiem, co to znaczy, ale nazywam to pokazem siły – nagle zobaczyliśmy na niebie mnóstwo samolotów, jakby przelatywał rój ptaków. Lecą, nic nie zrzucają – dosłownie demonstracja siły. To nie były niemieckie [samoloty], ale nie wiem, czy to były amerykańskie, czy angielskie. Ale dla nas to był zastrzyk entuzjazmu na parę dni, bo jednak przylecieli, coś się zaczyna. Nic się nie zaczęło, wszystko się skończyło, ale znowu, na jakiś czas był zastrzyk nadziei. Prawdopodobnie było jeszcze wiele innych. Każde spotkanie z kimś, kto zjawił się nagle – tak jak ze Starego Miasta: „Boże! Ty żyjesz!”. – „Tak, żyję” – i ten żyje. Było bardzo dużo momentów bardzo przyjemnych, bo człowiek [w myślach] już wielu ludzi pochował, a oni jednak żyli.

  • A wracając do wyjścia z Powstania?


To były moje najgorsze wspomnienia z Powstania i właściwie nie wyjście, a kapitulacja. Wiedzieliśmy, że nas pędzą, w cywilnych łachach – zresztą nikt się nie stroił – do wagonów i wiozą nas do Pruszkowa.

Jesteśmy w Pruszkowie, jest parę sal – nie bardzo wiemy, czy to już jest selekcja, ale chyba tak. Jest kilka sal. Zaczyna się myślenie: to po co ja wyszłam z ludnością cywilną, jak teraz powstaje problem, że mnie może wezmą do robót? Nie chodziło [o to], że wyglądam, że brałam udział w Powstaniu, tylko że nadaję się do pracy, więc jak mam dostać się do pociągu, gdzie są ludzie chorzy, starzy, małe dzieci? Zaczęto mnie stroić na dziewczynkę trzynastoletnią – odpowiednio z włosami, miałam zresztą warkocze – zwariowana, niebieska kokarda na czubku głowy, latałam po salach jak wariatka. Moja mama, która bardzo chciała mnie zobaczyć trzynastolatką, powiedziała: „No… ty jednak nie wyglądasz tak, wobec tego musimy wymyślić co innego, bo cię wezmą. Ranna nie jesteś, ucharakteryzujemy ciebie na odmienny stan”. To jakoś łatwo poszło, bo w tym czasie panie nosiły dość długie pasy [do podwiązek] i pod ten pas włożyło się różne rzeczy, stwarzając brzuch. Może, gdyby chcieli mnie zbadać, to byłaby tragedia, ale tak się nie stało. Tylko kto mnie ma doprowadzić gdzieś, gdzie zajmie się mną Czerwony Krzyż i będzie nazywało się, że mnie należy dostać się do tego wagonu, bo to jest pociąg specjalny. Wiem, że mama miała przy sobie troszeczkę biżuterii, którą dali rodzice żydowskiego chłopca. W ostatniej chwili, jak wpadłam do mieszkania i otworzyłam biurko ojca (czego nigdy się nie praktykowało, żeby zaglądać do ojca), złapałam to i zniosłam do piwnicy. Mama potem powiedziała: „Jak to dobrze, że ty to przyniosłaś. Przecież nikt by nie uwierzył, że z mieszkania nawet nie wzięło się obrączek czy bransoletek”. Ale zwróciła się do mojej cioci i powiedziała: „Proszę cię. Daj coś, żeby dać za Danę, żeby ją ktoś wprowadził do tego wagonu. Ja nie mam nic, mam tylko trochę rzeczy tych ludzi, ale może ich kiedyś spotkam i im to oddam”. Wiem, że ciocia zdjęła damski, złoty zegarek (nie wiem, komu się to dało – to załatwiały mama i babcia) i przez dwie sanitariuszki zostałam podprowadzona do wagonu. W tym momencie Niemcy zaczęli sprawdzać, ale poprzestali na tym, że odchylili płaszcz czy żakiet, zobaczyli duży brzuch i jeszcze pomogli mi dostać się do wagonu. Już wiedziałam, że nie jadę na roboty, przynajmniej jadę razem. Spełniony jest cel, dla którego nie poszłam z wojskiem – jestem ze swoją rodziną.

 

To była upadlająca podróż, bo godzinami w wagonie towarowym – mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy, młodzi. Podlatywali ludzie w polu, usiłowali podać nam wodę, chleb. [To] było oczywiście dużo, ale jednocześnie powstawały potrzeby fizjologiczne, [więc] w pewnej chwili – „Wychodźcie”. Spotkanie koło wagonów [kobiety, mężczyźni razem]. Było to rzeczywiście bardzo przykre przeżycie, ale żyliśmy, to było najważniejsze. Ale: „Gdzie my jedziemy? Gdzie nas wiozą? Jak długo nas będą wieźli?”. – „Macie jechać do Niemiec. Kierunek – Niemcy”. Nie wiedzieliśmy, po co mają nas wieźć do Niemiec. Przecież my się do niczego, podobno, nie nadajemy. Okazało się, że nie. Też byli na tyle mądrzy, że doszli do wniosku, że akurat ten pociąg nie potrzebuje iść na Niemcy, bo nic z tych ludzi nie będą mieli. Tak że pozbyli się nas, dosłownie. Otworzyli wagony i: „Idźcie, gdzie chcecie”. Dla nas to było dość ważne, bo jak otworzyli wagony, to okazało się, że mamy niedaleko do Częstochowy, a w Częstochowie była rodzina ojca. Nie utrzymywaliśmy bliskich stosunków, ojciec co jakiś czas przesyłał pomoc, ale w czasie okupacji to nie był moment, żeby jeździć i robić odwiedziny – w jedną czy w drugą stronę. W każdym razie gdzieś już można było się zatrzymać. Oczywiście znowu były sytuacje tragiczne czy śmieszne. Częstochowa nie była buntownicza (w ogóle nie wiem, czy jakieś miasto było buntownicze, poza Warszawą), bo w Częstochowie było względnie spokojnie. Ale pamiętam, że kiedyś ludzie biegną, uciekają, krzyczą. Mówię: „Co się dzieje? Łapanka jest? Co jest?”. – „No tak, łapią, ale nie normalnych ludzi, tylko z Warszawy!”. Więc my byliśmy wariaci, których szukali. Może wiedzieli, że przemknęło się trochę ludzi, którzy mogliby pojechać na roboty. W Częstochowie nie czułam buntowniczej atmosfery, nie spodziewałam się, żeby cokolwiek miało się dziać, ale już obserwowałam to, co się nazywa odwrót Niemców. Już na szosie, za miastem, widziałam pojedyncze wozy, małe grupki Niemców – to już był odwrót.


Zasadniczo, teraz trzeba było pomyśleć o jakimś normalniejszym życiu. Ale nie dla mnie, bo mama ciągle miała przekonanie, że mnie coś grozi. Dokładnie to samo, co było w czasie okupacji: „Ciebie gdzieś złapią; ty za dobrze wyglądasz, skończysz w jakimś niemieckim lupanarze”. To była zresztą przyczyna, dla której w czasie okupacji troszeczkę pracowałam. Ojciec zdobył dla mnie miejsce w instytucie założonym w latach dwudziestych. [W instytucie] produkowali szczepionki przeciwko tyfusowi. Przez jakiś czas byłam żywicielką wszy. Właściwie to była żadna praca – oczywiście wynagrodzenie także żadne, ale Ausweis fantastyczny. Gdziekolwiek by mnie nie zatrzymali – natychmiast byłabym puszczana, bo byłam sprawdzona: zdrowa, młoda krew – żywicielka. Ale przyznam się szczerze, że nie bardzo dobrze znosiłam to psychicznie. Odbywało się to w ten sposób, że na udzie, na szerokiej opasce, przypinano pudełeczko w rodzaju pudełka od zapałek (może troszkę większe), z siateczką. Przywiązywano to do uda i tak siedziałam, mniej więcej, czterdzieści pięć minut, może godzinę, i oczywiście coś się tam działo. Po godzinie to miejsce było zaczerwienione, bardzo mnie swędziało. Nigdy nic do domu nie przyniosłam, ale cały czas miałam wrażenie, że właśnie po mnie wszystko chodzi. Nie mogłam znieść tego zajęcia psychicznie. Ono na pewno było bardzo dobre, dlatego że później w gazetach czytałam, że miałam całkiem dobre towarzystwo, bo podobno robił to i Herbert, i Banach, i Skrowaczewski – tyle że tych panów wtedy nie znałam i nic o tym nie wiedziałam. Też [robili] to dla Ausweisów, to ich ratowało.

  • Wyszła pani z ludnością cywilną. A co było z braćmi? Jaka była ich historia na koniec Powstania?


Bracia nie chcieli iść z ludnością. Powiedzieli, że nie mogą towarzyszyć mamie i babci: „Ty zrób, co uważasz, my idziemy z naszymi oddziałami”. Poszłam z mamą, mama dała [im] po dziesięć dolarów do ręki, pożegnała i – nic nie wiemy.

  • Czy byli razem – starszy brat i Jerzy?


Jerzy Bolesław Kruk-Strzelecki [był] starszy ode mnie cztery lata. Cztery lata młodszy był Andrzej Maciej Kruk-Strzelecki. Straciłam z nimi kontakt.

  • Ale byli razem na koniec Powstania?


Nie, byli w różnych miejscach, wychodzili oddziałami. Nic o tym nie wiem – myśmy wyszli z ludnością, a potem oddziały. Zdawali broń. Pamiętam tylko, jak słyszałam dyspozycję: „Macie wyglądać schludnie. Wychodzić dzielni!”. Przegrani, ale dzielni. Ale tego już nie widziałam.

  • Kiedy dowiedziała się pani jakichś informacji o nich?


W Częstochowie nic nie wiedziałyśmy. Byłyśmy na etapie – gdzie ich szukać. Czerwony Krzyż – polski, międzynarodowy? Nie wiemy, czy ojciec żyje, nie wiemy nic. Mama mówi: „Jedno mogę zrobić, ale bez szansy. Napiszę do władz w Oświęcimiu”. Uratował nas porządek niemiecki. Mama napisała i dostała odpowiedź: „Pani mąż był w Oświęcimiu – do tego i do tego dnia – potem został wysłany do obozu w Oranienburgu i tam jest”. To była dla nas wiadomość fantastyczna – jednak w innym obozie, ale jest.

  • Żyje.


Żyje, przede wszystkim. Natomiast o braciach nic nie wiedzieliśmy.

  • Nie było żadnych informacji.


Absolutnie żadnych. Przez cały czas, jak byłyśmy, mama nie mogła się nic dowiedzieć, więc to było dla niej znowu źródło zdenerwowania. Ale mówiono nam: „Słuchajcie, młodocianych to wysyłali do specjalnego obozu dla młodocianych, to o młodszego nie ma się co martwić. A w ogóle byli uznani za kombatantów, to już poszli do obozów jenieckich”. W którym by nie byli, to nierozstrzelani, więc to było ważne. A skąd oni mieli wiedzieć, gdzie jesteśmy i gdzie nas szukać? Jak nie Warszawa, to gdzie? Nie wiedzą. Jeżeli, na przykład, pojechały z ludnością do Niemiec? Tak że byliśmy zgubieni, tak to wyglądało.

  • Gdzie przeniosłyście się z Częstochowy? Czy próbowałyście wrócić do Warszawy?

 

Siedziałyśmy w Częstochowie i cały czas myślałyśmy o tym, że przecież jesteśmy z Warszawy, nie chcemy nigdzie być. W Warszawie dom spalony, nic nie mamy, ale może coś jest w piwnicach. W momencie jak palił się dom, to wzięłam okrycia – futra, porządne buty, ale zanim co, to próbowałam znieść niektóre cenne rzeczy – [na przykład] obrazy. To [było] jeszcze wtedy, kiedy pracowałam jako praczka, że w nocy próbowałam (przy pomocy innych ludzi) poznosić pewne rzeczy do piwnicy. Mówiłam do mamy: „Wiesz, piwnice się nie spaliły, to dom z cegły, porządny – może coś znajdziemy? Coś potrzebujemy, nie mamy nic”. Ale oczywiście po ludności cywilnej, po wojsku, weszli chyba szabrownicy, bo nie było absolutnie nic. W piwnicy zostawiłam fartuch, opaskę, furażerkę, legitymację powstaniową, bo to był bezsens, wobec tego, że mogę być zatrzymana, [mieć przy sobie dowody czynnego uczestnictwa w Powstaniu]. Nie były ukradzione przez szabrowników – powtykałam je, w co popadło i prawdopodobnie jak kradli, to przy okazji wyjęli i to, ale na pewno nie szukali moich pamiątek, tylko je gdzieś wyrzucili. To był jeden rekonesans do Warszawy, potem drugi.
Było uratowane mieszkanie moich [przyszłych] teściów, ale wiedząc o tym, że nie ma żadnych wieści od [mojego] narzeczonego [a ich syna] – nie wiadomo czy żyje, czy nie żyje – pójść tam i ewentualnie próbować zamieszkać…
Ale przypomnieliśmy sobie, że mamy trochę znajomych na Pradze (Praga nie była zniszczona), więc może tam będzie można. Oczywiście to były bardzo prymitywne warunki – dali nam pokój, można się było zatrzymać. Dlaczego mówię, że to było ważne. Moja mama już miała przerzuty [raka]. Myśmy musiały chodzić na naświetlania, musiałam ją wozić. Jak wozić w Warszawie, gdzie transport przez Wisłę, przez mosty, wysokimi samochodami? To dobre dla młodych i zdrowych, ale nie dla [chorego] człowieka. Tym bardziej jak trzeba robić transfuzje krwi – osłabiona, powinna leżeć w odpowiednich warunkach.


Nagle przyszły wiadomości – grypsy – od ojca, że absolutnie nie przyjedzie, bo wiadomo, że jego koledzy, co poniektórzy, wrócili do rodzin i zostali wywiezieni – wcześniej czy później – na Wschód. Ojciec miał określoną kartę życiową i relacje, więc nie mogło być mowy, żeby jego nie aresztowali. Wobec tego, absolutnie, ojciec nie może przyjechać. Synowie – może by mogli, ale jeżeli były represje na Powstańcach w ogóle tylko dlatego, że brali udział w Powstaniu, więc nie było sensu. Czyli ani Jerzy, ani Andrzej, ani ojciec nie mogli przyjechać. Ojciec dał nam znać: „Ja was stamtąd wyrwę”.

  • Ale bracia znaleźli się z ojcem?


Myśmy szukały ojca, ojciec szukał synów. Jeździł po Niemczech i wygrzebał ich w jakichś obozach, ale nigdy z ojcem nie spotkałam się przez dalszy ciąg mojego życia. A przecież w listach, to karteczka – ”cynk”, a nie opowieść.

  • Ojciec przeżył obóz i został wyzwolony.


W tym czasie nie wiedzieliśmy, gdzie jest ojciec, ale wszystkich, mniej więcej, gromadzili w Meppen. To jest Maczków, to był ten obóz. [Obóz], o którym ojciec mówił, że jedzenie nie było o wiele lepsze (warunki trudne) niż w obozach niemieckich. Ale wiedział, że ma zadanie. Nawet gdyby chciał wrócić, to nie wróci bez synów, więc szukał synów. Znowu – zdobyć samochód, stary, żeby pojeździć od obozu do obozu i ich znaleźć. W końcu ich znalazł i przesłał nam wiadomość: „Nie wiem, kiedy i co. Niech Dana – to znaczy ja – uczy się, bo coś musi robić. Nie chodzi o to, żeby skończyła wyższe studia, ale żeby w ogóle coś skończyła, żeby nie urwała w połowie”. Przecież wiedział, że była pensja pani Plater, na którą chodziłam, że komplety. Ale, na przykład, w pewnej chwili pani Plater – kiedy się już przenieśli z pseudogospodarstwem domowym, na Moniuszki 7, to wezwali mamę z prośbą, żebym przestała chodzić, bo nasz dom jest pod obserwacją. Był, oczywiście. [Prosili], żeby już na nich nic nie ściągać. Tak że tu miałam zaczęte, tu urwane, tu na kompletach, więc ojciec słusznie uważał: „Niech ona coś skończy”. Jak już na Pradze udało nam się znaleźć pokój do spania, to w pierwszym momencie zaczęłam chodzić do gimnazjum na Pradze i zrobiłam maturę. Ojciec, w międzyczasie, trzykrotnie próbował wyciągnąć nas z Polski. Pierwszy raz – wiem, że miałam uczyć mamę chodzić, czy da radę po operacji [przejść] dwa, trzy kilometry przez zieloną granicę (bo oczywiście było to nieoficjalnie). Orientowałam się, bo lekarz powiedział, że mama dłużej nie pożyje jak rok. Myślałam, żebym mogła wywieźć mamę z kraju – choćby tyle, żeby ojciec mógł ją zobaczyć, żeby mogli się pożegnać, skoro taka jest prognoza na przyszłość. Okazało się, że nie ma mowy – nie wypuszczą nas. Nie wiem dlaczego – do czego był im potrzebny chory człowiek. Może by ją samą puścili, ale lekarz powiedział: „Wykluczone, żeby jechała sama”. Więc może chodziło o mnie, może sama byłaby puszczona, ale jak? Ze mną – nie. Mama, absolutnie, nie mogła niestety chodzić. Przysłał…

  • Kogo przysłał?


Nie mam pojęcia. W ogóle nie wiem, jak to było załatwiane. Zdaje mi się, że ludzie trochę naciągali ojca, oszukiwali. To było zapłacone – nie doszło do skutku. Myśmy się już pożegnali. To były sceny komediowe. Wszyscy przy pociągu – płaczą, żegnają nas (tak trzy razy nas żegnali, bo już na amen wyjeżdżamy), a my za jakiś czas wracamy, więc wszyscy płaczą i cieszą się, że jesteśmy i powtarza się to. Więc jeden raz miało być chodzenie – mama nie mogła. Drugi raz ojciec powiedział: „Będziecie z transportem, który będzie szedł z Krakowa. To będzie pociąg…” – nie pamiętam, czy na Czechy, czy na Austrię. Ktoś próbował tym pociągiem przeszmuglować dzieła sztuki. Poszedł cynk do władz – wszystkich zamknęli, cały pociąg zatrzymali. Myśmy zdążyły wyskoczyć i wyjść z tego pociągu, tak że myśmy nie wpadły, ale też nie pojechałyśmy. Trzeci raz to było jeszcze najprawdopodobniejsze, że mama da radę, bo to miało być przy pomocy samochodu UNRRA – ktoś miał pomóc zabrać mamę. Pech chciał, że to już wtedy nie była tylko kwestia przerzutów, rak, ale mama miała skrzepy w nodze. Lekarz powiedział: „Wykluczone, żeby tę nogę spuszczać. Ona musi przeleżeć parę tygodni”. To była ostatnia i najlepsza szansa, żeby się wydostać i nic z tego nie wyszło. Wobec tego ojciec zaczął próbować – w Maczkowie już nic więcej nie wymyśli, próbuje coś kombinować z ludźmi, nie wychodzi – żeby przede wszystkim dostać się z synami do Londynu, w ogóle do Anglii. Niemcy nie bardzo chcieli trzymać Polaków, Amerykanie wpuścić – ci ludzie nie mieli gdzie się podziać. Ale ci – tak jak moi bracia, wzięci z obozów, uwolnieni czy tak jak ojciec, z obozu karnego – mieli pewne prawa, chodzili w angielskich mundurach. Załatwione było tak, że ojciec i bracia przedostali się do Londynu. Uważali, że będą mogli może tam coś załatwiać – prędzej jak w obozie.

  • Czyli przeżyli?


Przeżyli. Czas płynął, zdałam maturę – co dalej? Znów zaczyna się tragedia, bo mama wie, w jakim jest stanie. Warszawa ciągle nie jest odbudowana, to nie jest miasto do życia. Przystąpiłam do egzaminu na prawo. To nie była dla mnie preferencja, chciałam właściwie nauki polityczne. Powiedzieli mi, że to nie jest dla mnie: „Nie dostaniesz się. Ty nie należysz do partii. Zrób prawo, a potem może uda ci się przerzucić na którymś roku”. Więc na wydział dyplomatyczny się nie dostałam, ale zdałam na prawo na Uniwersytecie Łódzkim i na Uniwersytecie Warszawskim.

  • Nie było najlżej się dostać.


To nie była kwestia Powstania, tylko co chwila człowiek potykał się o przykrości, że lepiej do niczego się nie przyznawać, bo ty jesteś obywatel drugiej kategorii. „Kruk-Strzelecka. Co to jest? Arystokracja czy legiony?”. Śmieję się i mówię: „Co lepsze? Jedno złe i drugie złe”. Ale przecież akurat to nie było związane z Powstaniem. Pozdawałam. Byłam na tyle dobrze przygotowana, że na tym samym prawie spotkałam żołnierzy, którzy prosto ze wsi, do wojska i na prawo – bo [komuniści] chcieli mieć swoich prokuratorów, swoich sędziów. Mnie sprawdzali, czy mam maturę z łaciną, bo jak nie z łaciną, to mnie na prawo nie przyjmą. Ponieważ miałam z łaciną, i widocznie bardzo dobrze przygotowałam się (mimo wszystko), to dostałam się. Ci biedni ludzie męczyli się niesamowicie, ale mieli „punkty”, których ja nie miałam. Mogli zdawać po pięć razy prawo rzymskie u profesora Łapickiego – ja byłam jego najlepszą studentką. No i co z tego? Oni mieli punkty, ja ich nie miałam, musiałam zapracować sobie. […]
Mamy nie wywiozłam – mama zmarła. Na czym polegała tragedia naszej rodziny: myśmy przeżyli – będąc w bardzo różnych miejscach. Jeszcze musiałabym wymienić męża ciotki, wujka, brata mamy – każdy był gdzie indziej i ci ludzie przeżyli. Wszyscy mówili: „Jesteście jedyną rodziną tak rozbitą, że całość przeżyła”. No i co z tego? Myśmy się nigdy nie spotkali. Chłopcy nigdy nie mogli przyjechać, zobaczyć mamę …

  • Z Londynu.


Choćby z Londynu. Ja nigdy nie mogłam wyjechać do Anglii, żeby zobaczyć ojca. Nigdy nie zobaczyłam ojca, nigdy nie mogłam mu poopowiadać, jak to było w Warszawie i nigdy usłyszeć, co było z nim. Po prostu nigdy nie doszło do spotkania.

  • Kiedy pierwszy raz zobaczyła pani braci?


To już jest późniejsza sprawa.

  • Ile lat?


Wiele, wiele lat. Ale mnie chodziło głównie o ojca. Bracia to bracia – byli w takim wieku, że myślałam, że jeszcze możemy zdążyć, ale ojciec? Przecież moja mama miała czterdzieści parę lat – zmarła, ojciec miał pięćdziesiąt parę, więc mnie się spieszyło. To był chyba skutek obozów, powiedzieli – atak serca. Nabawił się w obozach i padł. Mama – wiadomo, choroba – rak. To specjalna sytuacja, że człowiek niby przeżył – powinien być wdzięczny losowi, bo wielu nie przeżyło – no i co z tego?
Myśmy przez te wszystkie dni sierpniowe mieli wymarzony moment zakończenia Powstania. To miało być przepiękne spotkanie wszystkich Polaków z dalekiego wschodu – i z Londynu – wspaniała defilada w Alejach Ujazdowskich. I zacznie się nowe życie. Te rojenia, marzenia oczywiście się nigdy nie spełniły.

  • Kiedyś mówiła pani, że chodziła po ulicach i patrzyła, do której kawiarni może pani wejdzie.


Oczywiście! Kawiarenka, do której tyle razy chodziliśmy – zburzona, ale może odbudują. To były już moje bardzo osobiste sprawy. Przelatywałam koło różnych sklepów, które znałam. Nagle – ten sklep rozbity, perfumeria – czuję zapachy w powietrzu, skądś znam te zapachy – nie było czasu zatrzymywać się. Ale to takie moje małe przyjemności. A generalnie, o zakończeniu Powstania piękną defiladą, to myśmy wszyscy marzyli.

  • A mama, zanim zmarła, też była represjonowana?

 

Była, tylko nie mogę powiedzieć, że to miało związek z Powstaniem. Ja mogłam być represjonowana, ale miałam świadomość, że się w ogóle nie będę ujawniać. Jak się nie ujawniłam, to nie byłam represjonowana. Wiedziałam, że byli inni – tylko za to, że brali udział w Powstaniu, więc w ogóle nigdy się nie ujawniłam. Nigdy nie byłam w żadnym związku. To zrobiłam, co wtedy miałam zrobić, i skończyło się. Co do mamy – tak. To tylko świadczy o tym, jaka to była Polska. Uczyłam się do egzaminów na wyższą uczelnię – zresztą nawet jeszcze wcześniej do matury – a mama mówiła: „Wiesz, jestem po transfuzji, dosyć dobrze się czuję, mogłabym pracować – lekka praca”. Prosiła kogoś ze znajomych. Dali jej pracę – zbieranie zamówień na książki – nienormowany czas pracy: „Pójdziesz, zapiszesz adresy, zamówienia – przyniesiesz, kiedy będziesz mogła”. Czyli praca dla niej dobra. I nagle – uczę się, a mamy nie ma dzień, noc, znowu dzień, noc – co się dzieje? Matka zginęła w mieście, które zna. Zaczęłam biegać po wszystkich komisariatach i pytać, czy jej nie ma. Nie wiem, czy umiałam rozmawiać z ludźmi, czy jeszcze wtedy się tak bardzo nie bali – w każdym razie policjanci powiedzieli mi: „Ty nie szukaj mamy po komisariatach. Idź na Szucha”. Poszłam na Szucha i, niestety, do dziś dnia nie potrafię powiedzieć, jak mogło się zdarzyć, że po prostu poszłam tam i stanęłam przed Różańskim. Był tak zdumiony, jak mnie [zobaczył], a ja jeszcze bardziej – w tym sensie, że nie spodziewałam się, że zajdę tak „wysoko”. Przecież ile musiałam przejść posterunków, zanim dostałam się do takich drzwi (zresztą bardzo szczelnie obitych). Był tak zdumiony, że do niego się tak łatwo dostać. Powiedział: „Co pani tu robi?”. Mówię: „Przyszłam się spytać, czy moja mama tu siedzi”. To nie było ważne. „Jak się pani tu dostała?!” Więc ja znowu: „Czy moja mama tu jest?”. – „Kto panią tu doprowadził?!”. To było jego pierwsze i najważniejsze pytanie, bo przecież zamiast mnie mógł być ktoś inny i nie z pytaniem o mamę. Ale skłamał, bo mama była w podziemiach. Już nie miałam wyjścia, bo jak mogłam sprawdzić? Po wielu tygodniach tego człowieka – słabego, chorego, po operacjach – wypuścili. Muszę powiedzieć, że mama była po prostu zszokowana, że coś takiego mogło ją spotkać. Mało tego – przy niej przynosili kobiety w okropnym stanie, skopane. Podnosiły sukienkę, pokazywały sine [miejsca], skopane do pasa. To wolna Polska? Więc wrażenie było jeszcze bardziej… Uciekać stąd, nie ma tu życia. Jakie to życie? Jaka to Polska? Czy o taką Polskę się walczyło? Oczywiście nigdy sobie nie zadawałam – tak jak niektórzy – pytań, czy warto było.

 

  • Jak ocenia pani Powstanie z perspektywy…


Zawsze oceniam… Nie ma dla mnie żadnej perspektywy. Od początku do końca myślałam to samo, [ale] za mną ciągle [padało] pytanie, czy opłacało się, czy warto było. Jeżeli zadałby mi takie pytanie ktoś, kto stracił syna, córkę, to bym powiedziała – rozumiem tych ludzi; to jest ból, to jest rana do śmierci. Ale te pytania zadają czasem ludzie, którzy nikogo nie stracili, nie brali udziału w Powstaniu, więc [powstaje] terminologia handlowa – co to znaczy „opłacało się”, „warto było”? Wtedy nikt z nas tak nie myślał. A w ogóle ludzie nie zdają sobie sprawy, jaki nastrój był w Warszawie, że gdyby dowództwo nie dało hasła, to by i tak Powstanie było, tylko spontaniczne – może grupkami, może pojedynczo wyskakiwaliby, próbowaliby rozbrajać. Przecież to byłoby jeszcze gorzej. O tym ludzie chyba nie chcą wiedzieć albo… Bo ciągle obarcza się dowództwo, że my niby stado baranów, wysłane do walki, a dowództwo – politycznie. Nic z tych rzeczy, to myśmy się sami wybrali. Myśmy się sami wybrali. Naprawdę jestem dzisiaj przekonana, że byłoby jeszcze bardziej krwawe Powstanie, gdybyśmy je zaczęli spontanicznie, sami. Dlatego mówię, że nie można mówić o opłacaniu się czy [o tym], czy warto było. Myśmy zupełnie inaczej rozumowali. Polacy walczyli – Dunkierka, Tobruk, Monte Cassino. No, to co ta Warszawa? To jest stolica Polski, serce Polski, więc co? Siedzimy i czekamy? Co robimy? Musimy włączyć się w walkę. Czy nas wzywają, czy są rozkazy, czy nie – musimy coś robić. Zresztą młodzież przygotowywała się do tego pięć lat. Powiem szczerze: może broni nie było, ale była gotowość serca, żeby walczyć. Myślenie było takie: nikt ci tej wolności nie przyniesie. Jak nie chcesz poświęcić się dla wolności, nie chcesz walczyć, to na nią nie zasługujesz. Po prostu. Tak że nasze myślenie było zupełnie inne jak w tej chwili. Moje – z perspektywy czasu i wtedy – jest takie samo. Oczywiście myśmy Powstanie robili spontanicznie – może nie ja dosłownie, bo ja się włączyłam [później], ale to nie dowództwo posłało stado baranów do walki. To [dotyczyło] ludzi tak rozgrzanych, że musieli pójść do walki.

  • Tu chodzi o wymiar tragedii ludzkiej. W wieku dwudziestu paru lat oglądałem film „Kolumbowie” – zrobił na mnie duże wrażenie. Jeden aktor mówi w pewnym momencie: „Prowadzone są walki w czasie Powstania, są w kościele”. Patrzy na figurę Chrystusa i mówi: „Ty, Panie, zginąłeś za całą ludzkość, a tutaj dziesięciu chłopaków ginie za jednego kumpla”.


To było dla nas zupełnie oczywiste – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wtedy nie z nazwy była solidarność, tylko solidarność prawdziwa. Jak gdyby w tych wszystkich ludziach biło jedno serce i myśl była skierowana na jeden punkt. Tak że z perspektywy czasu myślę tak samo, jak i wtedy myślałam. A czy było warto… Jest różnica. W PRL-u nie zadawałam sobie takich pytań, bo może to nie była tragedia i przeżyłam Powstanie. Ale myślałam – czy o taką Polskę nam chodziło… Może dlatego, że ani ja, ani mój mąż, ani nikt z mojej rodziny nie był w partii, więc myśmy bardzo kiepsko żyli. O tak zwanej karierze nie mogło być mowy. Ile można awansować, jak się nie jest w partii? Tego dzisiaj nikt pewnie nie rozumie, ale wtedy tak było. Byle jakoś to przeżyć. To nie była ta Polska, o którą się walczyło, na pewno. Ale też nie chciałam sobie mówić – nie warto było, bo to byłoby bardzo ciężkie powiedzieć sobie, że zginęło tylu znajomych, tylu przyjaciół, a Polska jest taka jaka jest. Polska – nie Polska. Żeby Polska była Polską – ale nie była Polską.

  • A kontrast, jaki pamięta pani z czasów wojennych, kiedy pani ojciec przyjmował w Domu Żołnierza powstańców z 1863 roku?


Dlatego mówię o tym miejscu, gdzie mieszkałam. Nie, byłam za młoda, żeby oczekiwać splendorów. To byli staruszkowie w moim [obecnym] wieku, więc będąc młodą kobietą, nie oczekiwałabym czegoś takiego. Tylko zawsze sobie myślałam: mój Boże, ojciec ich przyjmował z taką estymą, były dla nich urządzane spotkania – pieśni wojskowe, pianino, udostępniona świetlica. I tak jak powiedział ojciec: „To ci walczyli, żebyś ty dzisiaj była wolna”. A ja tylko w tej Polsce ludowej chcę mieć święty spokój i nie bać się! Nie oczekuję żadnych splendorów, byleby był chociaż spokój. Nie było spokoju, skoro byli ludzie aresztowani, więc w tym sensie porównanie było absolutnie fatalne! Tym bardziej że tamto powstanie też było przegrane. Gdyby sobie powiedzieć – nie wygraliście tego Powstania; tamci też nie wygrali. A w ogóle – gdzie myśmy wygrali? Monte Cassino – poginęli ludzie, Tobruk – poginęli, Dunkierka – poginęli. 1939 rok – o co walczyli? Przegraliśmy. Czy dlatego, że ludzie przegrywają, nie wygrywają, to się o nich nie pamięta? To byłby nonsens. Po prostu nie mieliśmy szczęścia. Wszędzie Polacy byli, wszędzie walczyli o wolność i wszędzie ginęli. I nikt potem nam nic za to nie dał. Nawet nie dał nam biednej Polski, ale wolnej. Na to trzeba było jeszcze długo czekać.

  • Czy uważa pani, że to się trochę zmieniło po 1989 roku?


Zmieniło się, oczywiście. W tej chwili przyjeżdżam do Warszawy i muszę przyznać, że Warszawa jest piękniejsza, jak była. Ale to nie jest moja Warszawa – ja szukam kawałków starej Warszawy (i gdzieniegdzie jeszcze znajduję). Jak się zostawia za sobą swoje miasto i nieżywych ludzi, przyjaciół, to się przyjeżdża, ale to już nie jest to. [Po] drugie – nie widzę ciągłości; to nie jest ciąg dalszy mojej Polski. Nie widzę ciągłości, narodziło się tu jakieś nowe plemię Polan, a ja jestem schyłkowa. To jest inny system wartości, inna mentalność i inny język – jeżeli myśli się o młodych. Przecież, żeby z kimś się porozumieć, to trzeba przede wszystkim mówić tym samym językiem. Jestem świadoma, że używam słów, które dzisiaj w ogóle nie wiadomo co znaczą. Co to znaczy, że nie wypadało chodzić do teatru? Co znaczy – nie wypadało? Nie, Polacy nie chodzili, nie czytali niemieckich gazet – taki był czas, tak się uważało, że tak trzeba robić. Przyzwoicie się zachowywać – nie wiem, jak mogę wytłumaczyć, co to znaczy przyzwoicie zachowywać się. Jak mam powiedzieć, że słowo honoru starczało za podpis u rejenta? Takie to były czasy, tak żeśmy pewne rzeczy rozumieli. A w tej chwili spaceruję po Alejach i z ust pięknych dziewcząt słyszę takie słowa, których nie słyszałam nigdy z ust żołnierzy, z którymi się stykałam, ani ojca, który był wojskowym. To jest dla mnie język w ogóle nie do zaakceptowania, nie znam takiej polszczyzny. Nie domagam się literackiego języka, tylko mama nie puściłaby mnie chodzić po ulicach, gdzie taki język był używany.

  • Wracając do Powstania. Gdyby pani miała pomyśleć o kilku obrazach, które przychodzą pani do głowy, kiedy myśli pani o Powstaniu, to jakiego rodzaju są to obrazy?


Pewne rzeczy przypominam sobie po trochu, ale są to wyrwane klatki – z początku, z końca, ze środka; przed Powstaniem, zaraz po Powstaniu. Żeby złożyć z tego ciągły film – nie dałoby się. Na przykład urwałam [opowieść o tym, że] mieliśmy żydowskie dziecko. Nie zginęło, ale z tym żydowskim dzieckiem też były przeżycia nie z tej ziemi. Pytałam się mamy po wojnie: „Jak to się stało, żeś ty zdecydowała się nas wszystkich narazić?”. Przecież w pewnej chwili do naszego domu wpadli Niemcy i to dziecko stało obok mojego brata i to była taka różnica! Mój młodszy brat… On by do Hitlerjugend się nadawał – okrągła twarz, piegowaty nos, wielkie, kędzierzawe, jasne włosy. A ten obok – czarny, absolutnie czarny i specjalne rysy. Oficer sprawdza dokumenty. Sprawdza przede wszystkim babcię. Może babcia była troszkę w takim typie – ciemne oczy, siwe włosy – może przypominała starszą wiekiem Żydówkę. Mama też była trochę czarna. Nie wiem, może to był ten „dobry” Niemiec, a może opatrzność boża, że nie doszedł do mojego brata i do tego chłopca. Opuścili dom, ale przeżycie było… Mówię [mamie]: „Tyś wszystkich nas narażała. Przecież za to była kara śmierci!”.

  • Czyli Niemcy weszli do domu?


Do domu, tak. Rozlecieli się po wszystkich pokojach – my, zebrani w korytarzu – i sprawdzają dokumenty.

  • Czy szukali ojca?


Nie wiem, co wtedy było – było to dwa razy. Zdaje mi się, że ten raz chodziło o ojca. Drugi raz wezwali go do siebie pod pretekstem: „Szukamy kogoś, kto w waszym mieszkaniu kiedyś mieszkał i przepadł”. Ojciec zgłosił się i już go zatrzymali, gdzie chcieli.

  • Ale to jest okres okupacji, a z Powstania?


Tak, ale nawiązuję w tej chwili do Piotrka. Mama powiedziała: „Przecież to było dziecko naszych przyjaciół, oni nas prosili. Poza tym przecież nasza religia nakazuje pomagać, więc wzięliśmy go”. Mówię: „No tak, ale ludzie ukrywali w piwnicach, a on sobie paradował na Moniuszki po sześciu pokojach, latał na wakacjach” – „Musiał żyć normalnym życiem”. Mówię: „A co byłoby z nami?”. – „Nie chciałam o tym myśleć”. Wreszcie babcia powiedziała: „My nie możemy. Jeżeli Dana – to znaczy ja – jest usunięta z pensji, która jest obok, bo dom jest pod obserwacją… Przecież my wpadniemy z tym dzieckiem”.

  • Ojciec już wtedy był aresztowany?


Ojca już nie było. Brat, już całkiem oficjalnie, przyprowadzał sobie kolegów, rozkładał, składał broń, uczył się, bo już ojcu nic nie groziło, już ojciec siedział. A chłopiec – trzeba dla niego znaleźć miejsce. Muszę powiedzieć, że brzmi to śmiesznie, ale kiedyś mnie to interesowało, a później przestało być ważne: do dziś dnia nie wiem, gdzie naprawdę był. Babcia i mama poszły z nim do zakonu, zaprowadziły go. Jak potem dopytywałam się, bo chciałam wiedzieć – może pójdziemy, odwiedzimy – „Ty nic nie wiesz, a jak nie wiesz, to nic nie powiesz”. Do końca nie wiedziałam, gdzie jest. Oczywiście, że mogłabym spytać po wojnie, ale co to by miało za znaczenie, kiedy on przypadkowo się znalazł? Zakon żeński wziął dzieci, które były i skierowali się … Bardzo wiele zakonów męskich i żeńskich udawało się do Częstochowy i do Krakowa, korzystając z klasztorów. Akurat ten zakon [znalazł miejsce] w klasztorze. Matka [chłopca], wypuszczona z Ravensbrück, spotkała go na ulicy [w Krakowie]. To zupełnie niesłychana historia. Ale wtedy trzeba było oddać go z domu. Zresztą Bogu dzięki, bo jakby przyszło do wybuchu Powstania… Przecież zabraliby go nam z Pruszkowa w określone miejsce. [Moja mama ciągle wspominała tego chłopca i jego matkę, ale oni widać zapomnieli o nas].

  • A wracając do obrazów z Powstania?


Wszystkich obrazów [nie pamiętam]. Głupstwa, bo z perspektywy czasu są to głupstwa. Latałam w strasznych warunkach, po gruzach, zdawało mi się, że połamię nogi. Niszczyłam buty, moje ubranie to był szary fartuch, opaska na ramieniu, legitymacja w torebce – kopertówce, bo [w niej] nosiłam papiery, dokumenty, na głowie furażerka z orzełkiem. Ale buty! Na gruzach buty „leciały” jedne po drugich, przecież nie chodziło się po trotuarach. Pamiętam, że sklepy były rozbite, na ulicy leżały… Chłopcy (nie moi bracia) przynieśli mi [buty]: „Słuchaj, włóż nowe pantofle”. – „Słuchajcie, wyście wzięli z najpiękniejszych firm!”. Dwie najdroższe firmy to były „Leszczyński” i „Struś”. Śliczne pantofelki – zdaje się, że starczyły mi na tydzień. Niby bardzo fajna sytuacja – chętnie bym je schowała, ale nie mogłam schować, bo skoro mi je przynieśli, to już musiałam włożyć je na nogi. Zresztą jak wychodziłam z Powstania, to wzięłam zimowe palto i wzięłam swoje piękne oficerki, których za żadne pieniądze nie chciałam włożyć w czasie Powstania. Były tak przepiękne, tak wyglansowane przez mojego narzeczonego, że były raczej do tańca, a nie do tego, żeby nosić po gruzach. Przyoszczędziłam [je], wyniosłam i po Powstaniu miałam przynajmniej w co się ubrać – ciepły płaszcz i oficerki. A tak, to ścierałam para po parze – te, które miałam w domu, różne. Wiem, że duże wrażenie na mnie zrobiło, jak widziałam naszych chłopców wyprowadzających jeńców z PAST-y.

  • Niemców?


Tak. Znów starczało radości na parę dni – udało nam się. Coś, co wydawało nam się, że niemożliwe, że się uda.

  • A nocne sceny – ogniska?


Wesołych scen nie było. Po prostu tylko mówiłam sobie – jesteś w lepszej sytuacji niż w dzień, jest noc… „Nam te noce sierpniowe wystarczą”. Takie były piękne noce. Wracałam – ciemno, cicho – i mogłam sobie myśleć, marzyć, co to będzie za dzień, za tydzień, jak się spotkamy. Nie myślałam, że po tylu tygodniach… że kogoś nie spotkam. Czyli, po prostu ja i moje myśli, moje marzenia. W dzień nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego – miałam szybko biegać, zanieść, gdzie potrzeba, przynieść, co potrzeba, a nie bajdurzenia, marzenia na przyszłość. Więc noce były moje.

  • A scenki ludzkie – śluby, pogrzeby?


Nie, już mówiłam. Mnie nie wypadało się zatrzymywać.

  • Ale widziała pani takie [scenki]?


Widziałam, ale przelatywałam koło tego. Tak samo, jak przeleciałam koło bardzo przykrej sceny, ale przecież nie stałam i nie przyglądałam się: widziałam, jak kobiety szarpały żołnierza w mundurze niemieckim. Nie mogłam się długo przyglądać. To już było pod koniec Powstania, ludzie już nie wytrzymywali (bo to nie wojsko, broń Boże, tylko ludność cywilna, kobiety). Szarpały go, mówię – one go żywcem pochowają! Ale wdała się tak zwana żandarmeria, która uratowała go z rąk tych kobiet. Ale przecież nie stałam, nie mogłam się przyglądać – co by to nie było, przelatujesz koło tego, wiesz, co masz w tej chwili robić. Były wesela. Oczywiście, że cywile nie brali ślubów, bo po co mieliby brać śluby – mogli wziąć w lepszych warunkach po Powstaniu. Ale Powstańcy tak, bo była myśl: dziś żyjemy, a jutro – nie wiemy, to weźmy ślub. To była zrozumiała motywacja.

  • W czasie Powstania miała pani niecałe dziewiętnaście lat…


I nie wybierałam się wcale za mąż.

  • A jak stało się z narzeczonym?


Wkupił się w łaski mamy, a mama go bardzo lubiła. Jak przed Powstaniem przyszedł pożegnać się ze mną, to powiedział: „Proszę pani. Mam bardzo złe przeczucie. Ja bym chciał wiedzieć, że zostawiam pod pani opieką swoją narzeczoną”. Mama go bardzo lubiła, dom był na poziomie – nie poznawało się ludzi na ulicy, w sklepie czy w tramwaju. Poznawało się przez znajomych – wiadomo było, jakie środowisko. [Mama] bardzo lubiła tego chłopca i mówi: „Oczywiście. Jeżeli to jest w tej chwili dla ciebie takie ważne, to naturalnie, że się zgadzam”. Potem tylko podsumowałam, powiedziałam: „Ja się nie wybieram za mąż. Ty się za niego machnij, jak go przyjęłaś”. Myślałam, że jeszcze sobie poczekam. Ale to było moje myślenie, bo moja babcia wyszła za mąż jak miała piętnaście lat, więc może uważała, że już jestem stara panna.

  • Co dzisiaj chciałaby pani powiedzieć młodym ludziom w wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat? Jaki miałaby pani dla nich przekaz?


[Nie mam] żadnego. Mam pewne lata i sumę doświadczeń, ale bardzo nie lubi się słuchać starych ludzi, którzy pouczają. To są moje doświadczenia i, niestety, człowiek nie uczy się na doświadczeniach innych, tylko własnych. Czyli musiałabym odgrywać rolę mentora, który chce pouczać młode pokolenie, jak żyć. A ono jest tak inne, że naprawdę chyba trudno byłoby mi znaleźć język. Próbuję patrzeć optymistycznie, ale wydaje mi się, że dzisiaj ludzie są nastawieni na to, że dla kraju czy dla siebie warto żyć, a nie ginąć czy umierać. I trudno się z nimi nie zgodzić, bo myślę, że myśmy też chcieli żyć, a nie umierać. Tylko gotowość, żeby poświęcić się dla kraju… Zdaje mi się, że dzisiaj ludzie są pochyleni nad sobą. Po prostu – do przodu, coś robić dla siebie, a nie w ten sposób, jak myśmy myśleli: zginąć dla kraju. Nie mogłabym ich niczego nauczyć. To by się nazywało, że ktoś jest w pewnym wieku i chce koniecznie wszystko zmienić. Świat się zmienił, ale nie jestem przekonana… Przecież nie mówię o modzie maxi czy mini, o fryzurach – mnie, na przykład, razi język. To nie są rzeczy najważniejsze, ale razi mnie, bo tego nie znałam. To jest dla mnie jak gdyby nowe miejsce, nie mam ciągłości. Nie widzę ciągłości pomiędzy tamtą Polską a tą. Ale oczywiście jest najważniejsze, że jest wolna.

  • A czy uważa pani, że po 1989 roku w jakiś sposób Powstańcy znaleźli uznanie?


Chyba za późno. Na przykład do dziś dnia nie jestem ani w ogólnoświatowym ani w polskim Związku AK. W pewnej chwili pomyślałam sobie: po co mi to wszystko? Co potrzebowałam, w swoim czasie zrobiłam, instytucje mi nie są potrzebne. Czy na coś czekałam? Bardzo ucieszyłam się pomnikiem Powstania i jestem bardzo wdzięczna ludziom, którzy pracują w [Muzeum Powstania Warszawskiego] i przyczynili się do tego, że muzeum powstało i [tym], którzy znieśli swoje najcenniejsze pamiątki, żeby w tym muzeum coś było. Muszę powiedzieć także o Kaczyńskim, że mieliśmy paru prezydentów, premierów, ale nikt o nas nie pomyślał. Oczywiście, że ta Polska, to nie jest PRL, ale ile lat trzeba było na to czekać – to jest śmieszne. Dziś może nie przypominam sobie wszystkiego, ale jakże mogę sobie przypomnieć, jak wszystko chciałam wyrzucić z głowy, bo wtedy to był tylko balast. Tak że to na pewno nie jest PRL, ale to nie jest moja dawna Polska.

  • Miała pani wrażenie ciągłości, mimo tego że Polska…


Nie miałam.

  • W przeszłości – jako dziecko, jako młoda osoba – przez kontakty z przeszłością ojca, walką, wyzwoleniem.


To była rodzinna ciągłość. Dziwił mnie splendor koło tamtych powstańców, nie spodziewałam się czegoś takiego. Ale nagle okazało się, że „Solidarność” była czymś świeżym, a to, co myśmy kiedyś, to stare i nie ma się co tym interesować. To było bardzo nieprzyjemne. Nie mówię o sobie, ale przecież ci ludzie się tak narażali… Mój ojciec chodził z cyjankiem, narażał siebie, narażał całą rodzinę – i przecież nie on jeden. Tylu ludzi zginęło – nie z rąk Niemców, tylko z rąk naszych sojuszników na Wschodzie, w różnych kazamatach, w obozach. Powiedziałabym, że w ogóle… Jak gdyby urwał mi się film. Coś było, a teraz przeskakujemy i jesteśmy tu. I teraz – jak dalece to do siebie pasuje? No, nie za bardzo. Nawet ciągłość w myśleniu patriotycznym – nie, nie, to nie jest to.

  • Jak dowiedziała się pani, jak zmarł pani narzeczony, Bohdan Witt?


Nie dowiedziałam się nigdy. Dowiedziałam się po wielu, wielu latach. Zresztą w pewnej chwili wyjechałam do Ameryki, więc to są zupełnie świeże rzeczy. Po tylu, tylu latach były ekshumacje – byłam umówiona ze swoim niedoszłym teściem, że będzie pilnował. Wiedziałam, co mój narzeczony miał w ubraniu. Gdyby go znaleźli w ciągu tygodnia, to te rzeczy by były, ale nie po miesiącach. Nigdy nie doszło do tego, żeby była ekshumacja, żeby został znaleziony. [Gdyby] mój teść chodził… Przyznał mi się: „Wiesz, mówiłem ci, że będę pilnował, ale byłem na to za słaby. Byłem raz i nie mogłem tego wytrzymać”. Więc nagle zrozumiałam, że coś się urwało, że jest pochowany w zbiorowej [mogile]…

  • Pierwszy raz teść był na publicznej ekshumacji?


Na ekshumacji, bo przecież ciągle to robili. Ale powiedział, że to takie przeżycie, że już więcej nie mógł. Więc zrozumiałam, że urwało się wszystko. Gdzieś Bohdan jest pochowany, w zbiorowym [grobie], już nawet nie wiem gdzie. Chodziło się na Powązki. Ale to też była taka Polska, że trzeba było nosić [kwiaty] na AL-owców, a nie na AK. Jak się szło z kwiatami na groby AK, to cię kierowali na groby AL, bo to byli ci lepsi żołnierze. Nie było gdzie usiąść, pomyśleć, pomodlić się. Po latach okazało się, że [narzeczony] był w „Baszcie”, walczył na Służewcu – na Mokotowie. W pewnej chwili był ze swoim kuzynem i z kolegą…

  • Gdzie pani wyczytała o tej scenie? To były ciekawe okoliczności.


Powiem szczerze, że akurat usłyszałam od jego rodziny, jak to było. Ich dom został uratowany. W pewnej chwili ktoś zapukał do mieszkania: „Mam dla państwa wiadomość, tylko – czy to się zgadza? Znaleźliśmy przy kościach, w kartoflisku, legitymację rowerową”. Była w plastiku, więc dało się odczytać nazwisko i adres. Legitymacja, sprzączka od paska i medalik. Medalik może rodzice rozpoznali. Ale karta rowerowa i nazwisko – dlatego że w plastiku, nie zniszczyło się. Przyszli z tym. Nie znam szczegółów, myślę, że była to kwestia dobrej woli tych ludzi, że to jest przecież dowód. Trafili dobrze, bo dom stał, było mieszkanie. Zrobili spopielenie zwłok i pochowali w grobie.

  • To było już w latach sześćdziesiątych?


Tak, to już są ostatnie lata, więc cały okres w Ameryce nie wiedziałam.

  • Czytałem o szczegółach jego śmierci w książce, którą znaleźliśmy.


Tylko było, że „Baszta”, gdzie walczyła.

  • Gdzie to było?


Mokotów, Służewiec.

  • A gdzie pani znalazła książkę?


Szukaliśmy po wszystkich możliwych księgarniach, żeby znaleźć jakiś ślad.

  • A na uniwersytecie minnesotańskim, w bibliotece?


Jeszcze jedna biblioteka. Ale znalezienie, gdzie walczyła „Baszta”, to nie było to, co gdybym mogła znaleźć jego grób. Właściwie do dzisiaj nie wiemy. Jeżeli zastrzelili go Niemcy i to był drugi dzień – nie był kombatantem, tylko „bandytą” – to słusznie można zauważyć, że nie wiadomo kto zasypał go ziemią. To nie był przecież regularny grób, który zrobili ludzie dla – może został wrzucony przez Niemców.

  • Pierwszy opis śmierci znaleźliśmy właśnie w książce, w Minnesocie, kiedy poszliśmy na uniwersytet i, przypadkowo, wybrała pani książkę o Powstaniu, otworzyła ją…


O „Baszcie”. Ale to nie zmienia tragedii, że taki młody człowiek zginął.

  • Czy jeszcze, na sam koniec, chce pani coś powiedzieć?


Na pewno wiele rzeczy zapomniałam albo nie uznałam za najważniejsze. A może – jeżeli nie chcesz pamiętać, to wyrzucasz je z pamięci. Po Powstaniu tak sobie właśnie pomyślałam – było, zrobiłam co należy, skończyło się i trzeba to wyrzucić z pamięci, bo to jest balastem w Polsce ludowej. Dlatego może nie pamiętam. Sześćdziesiąt pięć lat temu pewnie wiele ciekawych (czy ciekawszych) rzeczy bym powiedziała, ale w tej chwili raczej nie mogę. Po prostu za dużo lat upłynęło, za długo czekaliśmy. Pan, który nas nagrywa, też jest ochotnikiem? W każdym razie jestem bardzo wdzięczna ochotnikom, że ktoś tutaj coś robi, bo to muzeum to jedyne, co dostaliśmy. Nic poza tym. I to jest bardzo smutne, że nie znaleźliśmy żadnego uznania w społeczeństwie, a przynajmniej nie takiego, żeby był skłon w naszą stronę. Przypominam sobie, że staruszkowie – znów do nich wracam – z powstania [styczniowego] zawsze siedzieli na akademiach w pierwszym rzędzie, na defiladzie – zawsze w pierwszym rzędzie. Nie oni defilowali, tylko przyjmowali defiladę – oczywiście obok marszałka. Powiedziałabym, że była kolosalna różnica między nami a nimi. Ale zawsze sobie mówiłam, że to byli tacy starzy ludzie. Nareszcie jestem taka sama – ale nie czekam na przyjmowanie defilady, mnie to muzeum zupełnie wystarczy. I chciałabym podziękować tym, którzy ciągle przy tym muzeum pracują, bo ono jest bardzo różne od wszystkich innych muzeów. Cieszę się, że jest inne, bo cieszą mnie nawet bruki, bo je poznaję, cieszą mnie znajome melodie powstańcze. Na pewno nie chciałabym, żeby to był piękny gmach i plansze na ścianach, bo nie byłoby atmosfery. Tak że jest to może nieduże muzeum, może nie kosztowało wiele, ale na pewno [kosztowało] wiele trudu ludzkiego. I jest takie specjalne.


Warszawa, 1 sierpnia 2009 roku
Anna Danuta Przytuła Pseudonim: „Koza” Stopień: łączniczka Formacja: Komenda Główna AK, Wojskowy Sąd Specjalny Dzielnica: Śródmieście Północne, Śródmieście Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter