Barbara Czajkowska-Popieluch

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Barbara Czajkowska-Popieluch.

  • Proszę na początku opowiedzieć coś o swojej rodzinie. Kim byli pani rodzice, gdzie pani mieszkała, czy miała pani rodzeństwo.


Przed wybuchem wojny mieszkałam w Ostrowie Wielkopolskim razem z rodzicami i z braćmi. Mam dwóch braci, Henryka Czajkowskiego i Bogusława. Jeden z braci nie żyje, żyje tylko Henryk, mieszka w Warszawie. Gdy wybuchła wojna w trzydziestym dziewiątym roku, ojcu wydawało się, że będzie bezpieczniej w Warszawie, rodzinę przeniósł do Warszawy. Zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Narbutta 40.

  • Duże to było mieszkanie?


Było czteropokojowe. Zaraz, zaraz, niech sobie przypomnę. Trzy pokoje, trzy pokoje z kuchnią.

  • Jak pani pamięta wybuch wojny we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku?


No, miałam cztery lata. Mieszkaliśmy jeszcze w Ostrowie Wielkopolskim i zostaliśmy w ciągu pięciu minut wyrzuceni z naszego mieszkania przez Niemców, którzy weszli do Ostrowa. To znaczy przyszło kilku umundurowanych Niemców i zażądało opuszczenia mieszkania w ciągu pięciu minut, może trzech, trudno mi powiedzieć, miałam wtedy cztery latka. Nie zdążyliśmy nic zabrać ze sobą ani spakować cokolwiek. Mnie jeden z umundurowanych Niemców wyrwał trzymane przeze mnie małe buciki z łyżwami, bo otrzymałam dopiero taki prezent od taty na zimę. Chciałam to uratować, więc złapałam […] te buciki z łyżwami, białe, małe buciki. Niemiec wyrwał mi je i wrzucił z powrotem do mieszkania, podobnie z jakąś torbą, którą mama miała przy sobie. Zostaliśmy na ulicy, bo w Ostrowie mieszkaliśmy krótko, może miesiąc. Ojciec wprowadził się do mieszkania opuszczonego przez powstańca z powstania styczniowego i tam przetrwaliśmy kilka dni. Następnie mieszkaliśmy w innym mieszkaniu, które również było opuszczone, znajomych rodziców, i tam dotrwaliśmy do… Trudno mi powiedzieć, jaki to był miesiąc, kiedy tata podjął decyzję przeniesienia rodziny do Warszawy, w której mieszkał przed zamieszkaniem w Ostrowie Wielkopolskim. Pamiętam, gdy Niemcy weszli do Ostrowa, gdy tą główną ulicą, ulicą Kolejową przeprowadzano wojsko polskie, w bardzo złym stanie młodych ludzi, w mundurach, szarych, wygłodniałych, biednych, przestraszonych, brudnych, całą kolumnę prowadzono pod naszym domem. Ludzie wyszli na balkony i przyglądali się temu, to już było po wejściu Niemców. Wiem, mimo że miałam cztery lata, pamiętam ten moment. Uspokajała mnie babcia, że przyjdą ludzie z medalikami na szyjach i wypędzą Niemców. To był taki moment, który pamiętam z wczesnego dzieciństwa, potem była już Warszawa.

  • Czy babcia razem z państwem przyjechała do Warszawy?


Została w Ostrowie Wielkopolskim. Łudzili się rodzice i babcia, że to krótko potrwa, że po prostu jakoś się wojna skończy i wrócimy tam. Tata pochodził spod Kijowa. Jak ta miejscowość się nazywała… Machnówka. I właściwie znalazł się w Polsce, gdy zaczęły się na tym terenie mordy, napaści na Polaków, więc młodzi chłopcy – to wiem z opowiadań mojej mamy – młodzi chłopcy w wieku szesnastu, osiemnastu lat uciekali razem z wojskiem do Warszawy i w ten sposób ojciec, brat ojca, znalazł się w Polsce, to znaczy nie w Polsce, w Warszawie, powiedzmy. Dalsze losy, to już jakoś nie byłam wtajemniczana w to. Poznali się z mamą, pobrali się. Mama była wtedy absolwentką pierwszej chyba (tak jak mnie tłumaczyła) szkoły pielęgniarskiej w Poznaniu, którą zorganizowały pielęgniarki ze Stanów, ale w swoim zawodzie nie pracowała, gdyż na utrzymanie rodziny zarabiał ojciec.

  • Kim był pani ojciec z zawodu?


Do Polski dostał się w wieku może szesnastu, siedemnastu lat. […] Wiem, że pracował gdzieś w Warszawie początkowo jako ekspedient w sklepach drogeryjnych. Potem kupił kino w Ostrowie Wielkopolskim i prowadził jedno kino. Tam były dwa kina i to była własność ojca, i tam się rodzice przed wojną zatrzymali, ale może tego nie będziemy pisać, nie wiem zresztą.

  • Czym ojciec się zaczął zajmować? On, pani bracia.

 

Bracia chodzili do szkoły początkowo. Ja też chodziłam do szkoły przez okres… Teraz trudno mi powiedzieć. Na pewno pierwsza klasa, druga klasa, ale po zniszczeniu szkoły moją szkołę przy ulicy Polnej zamknięto. Dlaczego? Dlatego że w piwnicach tego budynku mieściła się drukarnia niemiecka, a na trzech piętrach szkoła i gimnazjum polskie. I tam partyzanci czy konspiracja spowodowała (to było wszystko zamierzone, zaplanowane w czasie, kiedy odbywały się zajęcia w tych szkołach, gimnazjum i szkoła podstawowa, wybuch pocisków), żeby zniszczyć drukarnię niemiecką. I tak też się stało, szkoła się spaliła, ale tak była zorganizowana akcja, żeby dzieci wyprowadzić. Oczywiście nikt nie zginął. Pamiętam ten moment, byliśmy na trzecim piętrze, moja klasa, wybuch i za oknami zobaczyliśmy czarne, fruwające papiery palącej się w piwnicy drukarni niemieckiej. Ale już byli jacyś młodzi ludzie i nauczyciele, wszyscy widocznie wiedzieli o tym, że tak będzie. Te dzieci, które rzuciły się do klatek schodowych, bo wind nie było, wszystkie wynoszono na dwór, że tak powiem, ratowano. Spłonął ten budynek, ale nie do końca, bo niektórzy uciekli na…

  • Przepraszam, zrobimy przerwę. Proszę opowiedzieć o akcji ratowania dzieci po wybuchu w szkole. Zaczęto wyprowadzać dzieci.


Tak, klasa pierwsza, a może to była druga, trudno mi powiedzieć, mieściła się na trzecim piętrze. Na pierwszym piętrze szkoły były szatnie i już nie pamiętam, jakieś pomieszczenia, gdzie nie było dzieci, od drugiego chyba i trzeciego piętra klasy, [czyli] na drugich i na trzecich piętrach, a w piwnicach tego gmachu była drukarnia niemiecka i konspiracja zorganizowała to, żeby tam nastąpił wybuch. Ten wybuch [my] dzieci usłyszeliśmy w czasie lekcji na piętrze trzecim. Dzieci były przerażone i za oknami unosiły się palące, czarne właściwie już, papiery, to pamiętam, i dym. Wtedy zarządzili nauczyciele natychmiastowe opuszczenie klas i było to już tak zorganizowane przez nauczycieli czy przez młodzież jakąś, nie wiem, w każdym razie [nastąpiło] wyprowadzenie gwałtem dzieci do klatek schodowych, bo były dwie klatki schodowe, i gwałtownie opuszczanie [szkoły]. Dzieci w popłochu uciekały, to był tłum, że tak powiem, ale po drodze byli ludzie starsi, którzy nas, że tak powiem, ubezpieczali, żeby te dzieci się tam, nie wiem… W każdym razie to było takie przerażające i szybkie opuszczenie tego, wyrzucali nas nieomalże z tego budynku. Te dzieci się gromadziły, a już ktoś z pierwszego piętra przez okna wyrzucał odzież, płaszczyki, i to na ulicę. Dzieci się gromadziły wokół tego budynku i obserwowały, co się dzieje, jak płonie. Były osoby, nie wiem, czy to z grona nauczycielskiego, które już nie mogły [zejść] klatką schodową, uciekały na dach tego budynku. Nie wiem, w jaki sposób (były telefony, wiadomo), został powiadomiony dom. Tam była tylko mama, może i ojciec. W każdym razie ojciec przyjechał po mnie, w tym tłumie znalazł mnie, szybciutko zabrał tramwajem do domu (jeszcze płaszczyka szukał, pamiętam). To było to zdarzenie. Od tego momentu ta szkoła była zamknięta, ja już do tej szkoły nie trafiłam. Czyli że musiało to być… A nie pamiętam, czy bracia [tam chodzili]. Bo budynek składał się z takich dwóch skrzydeł, w drugim skrzydle było gimnazjum, a w tym pierwszym szkoła podstawowa. Bywało też tak, że nagle wpadali Niemcy umundurowani do szkoły, do klasy, szukali jakiejś młodzieży i wtedy nauczyciele tłumaczyli, że w tym drugim skrzydle [są] klasy gimnazjalne. Potem dowiedziałam się, że szukano jakichś dwóch młodych ludzi, którzy byli w konspiracji, ale szkoła współdziałała, że tak powiem, z konspiracją, więc wypuszczono ich gdzieś tam bocznymi schodami, uciekli, [Niemcy] nikogo nie zatrzymali, nie znaleźli tych osób. No, to był ten wypadek. Z takich ciekawszych historii, powiedzmy, pamiętam powrót do domu. Mieszkaliśmy na Narbutta, nikt po nas nie przychodził, ale dzieci wracały grupkami. Wracałam ulicą Marszałkowską chyba, tak, pamiętam jako bardzo dużą przykrość: wzdłuż ulicy, w poprzek ulicy stali Hitlerjugend, młodzież w mundurach z lepami na muchy i rzucali nam, dziewczynkom, do włosów lepy na muchy i szarpali. Trudno się było przedrzeć przez ten łańcuch. Od tego momentu wracałyśmy, wracaliśmy (to była klasa chyba koedukacyjna, chłopców nie pamiętam, dziewczynki pamiętam) przez Pola Mokotowskie, dookoła. No, potem szkołę zamknięto. Ja się cieszyłam z tego, ponieważ nie musiałam chodzić do szkoły, wiadomo, w tym wieku to była radość. Potem już chyba nie uruchomiono tego budynku. Budynek spłonął, ale nie w całości. No, to było to zdarzenie.

  • Czy przeniesiono panią może do jakiejś innej szkoły?


Nie, nie, nie chodziłam do innej szkoły.

 

  • Pani bracia również?


Nie pamiętam. Nie pamiętam tego momentu, czy oni chodzili, może chodzili. To musiał być już jakiś czterdziesty drugi, trzeci rok. Trudno mi powiedzieć.

  • Czym zajmowała się pani w domu?


Ja czym się zajmowałam?

  • Tak. Spędzała pani czas w domu czy może gdzieś indziej?


Nie, czasami rodzice wywozili nas w soboty na niedzielę pod Warszawę do znajomych, to takie krótkie, weekendowe wyjazdy. Ojca często w domu nie było, ojciec pracował ze znajomym Polakiem mieszkającym w tym samym budynku, przyjaźniły się te dwie rodziny, często jeździł do Lwowa. Pracował tam, dowoził z Warszawy do Lwowa i na odwrót drogeryjne kosmetyki różnego rodzaju. Nawet mam taki list właściciela, który zatrudniał ojca jako przewoźnika towaru (to był Niemiec, list jest po polsku), żeby nie przywoził mydełek takich a takich, ponieważ on je sprzedaje czy traci na tym. Pokażę ten list, bo ten list znalazłam gdzieś w papierach. A potem już chyba nie pracował. To były takie wyjazdy, gdzie w jedną stronę tym samochodem ciężarowym wywożono potajemnie osoby, które chciały opuścić Warszawę. Widziałam, to znaczy potem się dowiedziałam, bo o tym nie wiedziałam jako dziecko, w domu się nie mówiło na ten temat, co, kto i jak, że to byli Żydzi, którzy uciekali do Lwowa, na wschód. W tym samochodzie była podwójna podłoga i ci ludzie ukryci byli przewożeni do Lwowa. To pamiętam. Kilka dni go nie było i wracał. Ja nie wiem, czy pracował w konspiracji, czy nie pracował, na pewno bracia nie, ale czy ojciec, trudno mi powiedzieć. Może to była jakaś pomoc konspiracyjna, bo właścicielem tych samochodów, dwóch może takich (to były ciężarowe), był Polak, pamiętam nazwisko, pan Bielawski, mieszkający w tym samym budynku na Narbutta, który był sportowcem. Wojtuś, czy to była olimpiada, czy zawody jakieś? W każdym razie medalista nasz, chyba w wyścigach motocyklowych, coś takiego, już nie pamiętam. W każdym razie człowiek, który potrafił działać, że tak powiem. Przyjaźnił się z ojcem i oni dwaj może współpracowali z konspiracją, trudno powiedzieć, ale tam wpadki nie było. Tam były jakieś podejrzenia ze strony Niemców w odniesieniu do tego pana Bielawskiego, ponieważ w nocy zatrzymano jego, pobito, Niemcy pobili i zamknęli. Najpierw na gestapo zamknęli, potem znalazł się na liście do rozstrzelania, bo wywieszano na ulicy Rakowieckiej, Kazimierzowskiej, przepraszam. […]. Nie wiem, czy pan wie, znacie ulicę Narbutta. [Narbutta] przecinała Kazimierzowska do Rakowieckiej, prawda, i na Kazimierzowskiej wisiała tablica ogłoszeniowa, na której Niemcy wieszali, nie wiem, co ile dni, ogłoszenia ludzi przeznaczonych do rozstrzelania i tam znalazło się nazwisko pana Bielawskiego, tego, z którym ojciec współpracował. Podane było, ile osób zostanie rozstrzelanych w tych egzekucjach ulicznych i którego dnia. Ludzie się zatrzymywali i czytali codziennie te listy. I gdy dowiedzieliśmy się, że on jest wyznaczony tego dnia do egzekucji, to pamiętam to, że żona tego pana razem z moją mamą udały się gdzieś do jakichś władz niemieckich z okupem, z biżuterią, i go wypuszczono, tego człowieka. A czy oni współpracowali z ojcem w konspiracji, trudno mi powiedzieć. Na początku, gdy przenieśliśmy się do Warszawy, były bombardowania, tak że to pamiętam jako dziecko, że były noce, gdzie mama nas ubierała i nadsłuchiwaliśmy, gdzie są bombardowania, i siedziało się w ubraniach, w butach, nie uciekało się jeszcze do piwnic. Nie, bo bombardowali inne. To był początek okupacji, czyli krótko po tym, jak Niemcy weszli do Ostrowa Wielkopolskiego, tata nas przeniósł do Warszawy.

  • Czy jako mała dziewczynka miała pani jakichś znajomych w kamienicy na Narbutta, jakieś koleżanki na przykład, z którymi się pani bawiła?


Dużo. To znaczy było kilka dziewczynek, byli chłopcy i właściwie w obszarze tego Narbutta ta grupa, podwórka… Bo moje mieszkanie mieściło się… [tam był] placyk, na którym były działkowe ogródki, po wojnie tam postawiono kino. Ja nie wiem, jak ten plac się nazywał, ale było to miejsce naszych zabaw i podwórka, natomiast naprzeciwko naszego domu mieściły się chyba budynki, nie chyba, ale na pewno, budynki, gdzie mieszkały jakieś niemieckie władze. Obok, róg Kazimierzowskiej a Narbutta, były koszary. Przedtem była chyba to szkoła Wawelberga (to ja teraz wiem). Również na ulicy Rakowieckiej były Stauferkaserne, duże koszary niemieckie, tak że wiem, że w czasie okupacji były tam działania, ale nie partyzanckie, musieli się wycofać. Nawet jeżeli byli tam młodzi ludzie walczący, to musieli uciekać, bo tu było gniazdo niemieckie.

  • Proszę powiedzieć, jak pani pamięta wybuch Powstania Warszawskiego?


Już wiedzieliśmy wszyscy, że będzie Powstanie. Nie wiedzieliśmy którego dnia, ale przygotowania ludności cywilnej polegały na tym, że tajna informacja w budynkach… Właściwie nie wiadomo było, kto zarządził, żeby przebić piwnice we wszystkich domach, piwnice z jednego gmachu do drugiego, tak że piwnicami można się było poruszać.

  • Przebijanie piwnicy jest czymś głośnym. Czy starano się to jakoś maskować?


Oczywiście, że maskować. Wszystko, co się mówi po cichu, jest ciekawe dla dziecka, więc nie wiedzieliśmy, kto kazał i dlaczego. Wiem, że przebijano i że te nasze piwnice łączyły się wszystkie z następnymi budynkami. Również widzieliśmy, że coś złego, znaczy nie złego, ale coś niebezpiecznego się dzieje w kotłowni. Potem już słyszałam o tym, że przywożono tam zwłoki Niemców (Polacy, konspiracja), przywożono i palono w piecu na dole, w kotłowni. Jeżeli gdzieś był zamach, to miał być taki fakt, że właśnie w kotłowni palono. Nie byłam, nie wiem. Potem już dowiedziałam się o tym. To ukrywało się, to była głęboka konspiracja. Czy coś jeszcze z tego okresu… Zaraz, jakie było pytanie?

  • Jak pani pamięta wybuch Powstania 1 sierpnia?


Wszyscy wiedzieli, że będzie Powstanie. Ja pamiętam, że tata proponował mamie wywiezienie nas na wieś, czemu mama się sprzeciwiła, nie zgodziła się na to. Chciał nas ratować. Co jeszcze mogłam wiedzieć, że będzie Powstanie…

  • Widzieli państwo wycofujące się wojska niemieckie przez Warszawę w ostatnich dniach lipca?


Nie, ja byłam w domu, ja byłam dzieckiem, nikt tego nie… Nie wiem, czy ktoś z rodziców to widział, ale wiedzieliśmy, że coś się dzieje, że uciekają Niemcy, ale kto, co, ile, to nie wiem, trudno mi powiedzieć. Nas interesowała zabawa w tym wieku, a jeżeli coś takiego docierało, budziło lęk, niepokój, ale było jakoś nie bardzo zrozumiałe. To znaczy zrozumiałe w efekcie, że wiadomo było, że trzeba walczyć, że trzeba wyzwolić się. Mój ojciec też siedział na Pawiaku kilka dni.

  • Jak to się stało?


Wracał w jakiś sposób skądś pociągiem i była łapanka na ulicy, łapanka wszystkich, wywożono i zamykano. I dowiedzieliśmy się (skąd, nie wiem), to znaczy mama, że ojciec nie wróci, że jest na Pawiaku. Nie potrafię powiedzieć, jak to długo trwało, ale wiem, że również w ten sposób, jak poprzednio z panem Bielawskim, mama udała się z jakąś biżuterią. Przyjechał jego pracodawca ze Lwowa, Niemiec, i wykupił ojca. Potem ojciec mamie opowiadał, ale nie nam, że to było straszne. Myśmy nadsłuchiwali może pod drzwiami, ale nic poza tym. Wiem, że tam straszne rzeczy się działy. Każdego dnia zabierano na egzekucję ludzi, na masowe egzekucje.
Poza tym pamiętam dwie egzekucje, jedna na placu Unii Lubelskiej. Wracałam ze szkoły i w takim narożnym [domu], kamienicy, bardzo wysoko mieszkała koleżanka z pierwszej klasy chyba (małe to były dziewczynki) i udałyśmy się w kilka do niej, żeby się bawić. I coś się działo na dole. Zaczęły się krzyki, przywieźli Niemcy ludzi cywilnych, zamknęli plac Unii Lubelskiej i my podchodziłyśmy potajemnie, bo ona bardzo wysoko mieszkała, nie powiem, jakie to było piętro, i gdy zaczęły się [egzekucje, gdy] ustawiono tych ludzi, oczywiście nie zbliżałyśmy się do okien, bałyśmy się, uciekłyśmy. I to była egzekucja pierwsza. I potem tyłem, przez Pola Mokotowskie do domu uciekałam. Miałam jeszcze jeden taki bardzo przykry przypadek jako dziecko. Wracałam ze szkoły, i to wracałam biegnąc, piechotą. Za placem Unii było wejście do koszar niemieckich, stały warty niemieckie. No jak to dziecko z pierwszej klasy, przewróciłam się, niosąc tornister na plecach. Wtedy zaczęli się śmiać ci umundurowani Niemcy, pilnujący wejścia do koszar i zanim się zdążyłam pozbierać, to podleciał jeden, kopnął mnie jak psa, do dzisiaj to pamiętam. Wiem, że zerwałam się i zaczęłam uciekać. To było w czasie okupacji. Od tego czasu rodzice kazali mi iść dookoła, przez Pola, bo nikt nie przychodził po nas, grupami wracałyśmy. To nie było tak jak teraz, że jeździ się samochodem po dziecko.

  • A wracając do 1 sierpnia czterdziestego czwartego roku, jak pani pamięta ten dzień? Czy zaczęły się wtedy jakieś walki na ulicy Narbutta, coś się zaczęło dziać?


Walk chyba nie było. Zaczęli biegać ludzie młodzi. Nie wiem, dlaczego i kto do kogo strzelał. Był dym. Jedna z kamienic zaczęła się palić, zrobił się popłoch, ludzie zaczęli uciekać do piwnic i w piwnicach zaczęli sobie szykować miejsca do życia, i tam już żyliśmy, w piwnicach, tylko w ciągu dnia wchodziło się, jak można było, po schodach do mieszkań. Potem jakoś ludzie się wszyscy zbratali i kto miał jakąś żywność, gotował. Gotował i wszyscy się częstowali, kto tam mógł.

  • Pani bracia też chodzili do piwnic?


Tak, tak, tak. Tam spaliśmy przez ten okres.

  • Jak wyglądał taki dzień w czasie Powstania? Państwo spędzali większość czasu jednak w piwnicach, nie w domach, tak?


Różnie było. Noce na pewno w piwnicach, ale starali się w ciągu dnia lecieć do domu, coś zjeść, coś naszykować, wyglądać przez okna, co się dzieje. Nie wiem dlaczego, bo mój brat powiedział, że właściwie w naszym miejscu nie było Powstańców, oni już pierwszego dnia wycofali się dalej, za ulicę Madalińskiego. Natomiast dlaczego powstawały pożary, dymy, tego nie potrafię powiedzieć.

  • Czy miała pani jakikolwiek kontakt z Powstańcami?


Nie miałam.

  • Pani bracia może?


Nie, na pewno nie. Rodzice nie pozwoliliby pewno. Pamiętam tylko, że do nas w nocy przychodziły dzieci z getta. Brudne, biedne, mama karmiła, podawała im chleb czy to, co mogła, i natychmiast te dzieci uciekały. Ale to były noce. Chciała zatrzymać, to dziecko mówiło, że nie, bo musiało zanieść tę żywność do getta.

  • Dobrze, skoro jak mówi pani, Powstańcy się wycofali, czy to oznacza, że Niemcy byli u państwa na Narbutta?


No, oni siedzieli w tych… Naprzeciwko mojego domu był taki niewysoki budynek willowy, tam siedzieli Niemcy, również w tych koszarach, ale czy oni wrócili, czy oni… Na pewno tam były takie jednostki, które tam zostały.

  • Czy te budynki były jakoś w specjalny sposób zabezpieczone, jakieś worki z piaskiem w oknach, druty kolczaste czy coś takiego?


Kazano nam kopać barykadę.

  • Czyli to Niemcy kazali?


Nie potrafię powiedzieć kto, w każdym razie ludność cywilna wzdłuż ulicy Narbutta, przed tym placykiem kopała rowy i nie wiem, czy ziemia, czy z chodników bruk układano. Ale nie wiem, kto to kazał robić. Bali się ludzie. Poza tym że pamiętam to, że budowano barykadę w tym miejscu, to bano się wychodzić, a jednak ludzie wybiegali, przechodzili. Niemcy postrzelili kobietę starszą, która wyszła, gdzieś tam przykucnęła i ją postrzelili, tak boleśnie, że potem wnieśli ją, znaczy Polacy, wnieśli do budynku i ona umarła, zmarła, bo nie miał kto ratować. Potem wzdłuż ulicy Kazimierzowskiej zaczęły palić się domy, więc straszny dym. Baliśmy się, że to się przeniesie do naszej kamienicy. Ludność grupowała się w piwnicach, odbywały się modły, śpiewali, modlili się ludzie.

  • Czy przychodzili może księża jacyś, odprawiano msze?


Tego nie powiem, nie wiem, chyba nie. Już po wojnie dowiedziałam się, że kościół na końcu ulicy Rakowieckiej został spalony i wymordowani jezuici w sposób drastyczny (to czytałam). Tam zresztą byłam przygotowywana do komunii, którą przyjmowałam na placu Zbawiciela w czasie okupacji.

  • Czy pamięta pani, żeby dorośli mężczyźni organizowali się w jakąś, nazwijmy to, służbę, która zajmowała się ochroną przeciwpożarową albo czymś takim?


Nie wiem tego. Wiem, że piętro wyżej – bo ja mieszkałam na pierwszym piętrze – piętro wyżej była taka rodzina, gdzie było dużo młodych osób, jakieś cztery, pięć osób i mówiono o tym, że oni są w konspiracji. Tajemniczo się zachowywali, nikogo nie wpuszczali. To znaczy kiedyś tam byłam w tym mieszkaniu, może szukałam brata. Ale nie, nie wiedziałam, zresztą wiedziałabym, gdyby może rodzice im nie pozwolili. Nie wiem, może byli za młodzi, to były pierwsze klasy gimnazjalne. A starszy brat, bo różnica między nimi była rok, jeden był starszy o rok od drugiego… Była taka [sytuacja], że był taki moment w czasie Powstania, że w jakiś sposób Niemcy nawoływali przez głośniki, że ludność cywilna ma opuszczać Warszawę, bo z Warszawy nie zostanie kamień na kamieniu.

  • Pamięta pani, kiedy to było? Czy to było pod koniec Powstania, czy w jego trakcie?

 

Nie, nie, pod koniec Powstania mnie już nie było tam. To mogło być dwunastego, kiedy starszy syn zdecydował się na ucieczkę i uciekł, przez Pyry, to jest wioska gdzieś tam pod Warszawą. Dlaczego tak się stało? Ponieważ był taki moment, że ludność cywilną gestapo umundurowane wypędziło w ciągu jednego dnia do Stauferkaserne. Wszyscy opuścili domy, [Niemcy] krzyczeli tylko: Raus, raus, schnell, schnell i tym tłumem prowadzili przez Kazimierzowską na Rakowiecką, do Stauferkaserne. Byli to mężczyźni, dzieci, młodzież, tłum ludzi z tych wszystkich domów, przez palącą się… Nie wiem dlaczego, nie wiem, kto podpalił te domy na Kazimierzowskiej, bo paliły się nie tylko domy, ale i drzewa, i do dzisiaj pamiętam, jeszcze z liśćmi drzewa stanowiły takie pochodnie. Pełno dymu, pełno krzyku, pełno wrzasku, płaczu. I ten tłum cały był gnany, tak to nazwę, do Stauferkaserne.

  • Państwo też?


Tak, tak. Jeszcze gdzieś został, zawieruszył się mój ojciec, mama krzyczała, wołała go i znalazł się. Znalazł się, chwycił mnie za rękę i już byłam spokojna, że są razem. Jeszcze był Henryk, jeszcze był ten starszy brat z nami. Chyba na drugi dzień, bo myśmy całą noc chyba tam stali w tłumie, na drugi dzień wypuścili kobiety i dzieci. Zatrzymali mężczyzn i zatrzymali moich braci. Potem kobiety nosiły kocioły, ugotowały jakąś zupę tym mężczyznom, to przechodzili ulicą Kazimierzowską, podawali przez bramę, którą Niemcy pozwolili im podać, te garnki ludziom. Wśród tych kobiet była moja mama i moja mama wymyśliła sobie widocznie, że może wykupić moich braci i męża. W czasie takiej kawalkady z tym pokarmem, z tymi garami wyniosła brylantowy pierścionek, wręczyła Niemcowi pilnującemu w drzwiach, a nie wiem jak, bo ci ludzie za tymi [kratami] (no, to nie były kraty, to były żelazne takie ogrodzenia), pamiętam, czekali, stali tłumnie. I nie wiem, jak to było, bo przecież nie byłam przy tym, ale tego dnia za ten pierścionek wyszli bracia i jakiś Polak, podobno inżynier, który u nas się zatrzymał, i tej nocy starszy mój brat z tym inżynierem uciekli. Przedostali się do Pyr i już myśmy nie wiedzieli, co z nimi jest. Więc ja zostałam z młodszym bratem (Bogusław Czajkowski, dwa miesiące temu zmarł) i z mamą, natomiast już nie chciał ten Niemiec wypuścić mojego ojca. Mama umówiła się z tym Niemcem, że na drugi dzień przyniesie mu jeszcze jeden pierścionek, żeby wypuścił ojca. Poszła razem z tymi kobietami, z tą zupą, ale ojca już nie było. Potem starała się dowiedzieć, co się stało, i dowiedziała się, że tych ludzi wszystkich ustawiono w dwuszeregu i co dziesiąty musiał wystąpić. Jednym z nich był mój ojciec. Szukała po wojnie, potem ktoś się dowiedział czy ktoś powiedział, że wywieziono tych ludzi na Szucha, były tam egzekucje. Dlaczego zgromadzono tych mężczyzn i młodych ludzi? Przeznaczono ich na zakładników, którzy mieli być prowadzeni przed czołgami niemieckimi w razie napaści przez partyzantów. Podobno wyprowadzono ich, przegnano na Szucha przez plac Unii Lubelskiej i podobno, a były tam egzekucje, mordowano, to znaczy rozstrzeliwano i palono, ale to nie wiemy, my nie wiemy. Musiał tam zginąć. Ja wierzyłam długo, że żyje gdzieś, że to niemożliwe, [by zginął]. Mama szukała przez Czerwony Krzyż, nie było żadnej wiadomości. Ktoś tam widział, niby widział, może ją uspokajano, że wieźli Rosjanie na jakimś wozie, samochodzie ciężarowym, ale to nieprawda. Ktoś inny doniósł, że tych zakładników rozstrzelano, to znaczy na Szucha wyprowadzonych, że była egzekucja i potem masowo palono na ulicach Szucha, bo przecież naprzeciwko Szucha były te masowe w czasie Powstania egzekucje i palenie zwłok. Tyle wiem.

  • I kiedy została pani sama z matką i młodszym bratem, dalej mieszkali państwo w piwnicach po wypuszczeniu?


Wokół był dym i pożary, nie wiem dlaczego. Ustawiono na alei Niepodległości tak zwane ryczące krowy i strzelano przez ten placyk w kierunku domów. Naszego domu w momencie gdy byliśmy jeszcze, nie ostrzelano tymi pociskami, ale żyliśmy w strachu i siedzieliśmy w piwnicach. Poza tym uprzedzano nas od pierwszego dnia Powstania: „Nie zbierajcie się w piwnicach, w takich miejscach, bo Niemcy wchodzą i rzucają granaty”, [uprzedzano], że były takie wypadki w Warszawie. Do nas nie weszli, natomiast jednego dnia wszystkim kazano opuścić mieszkanie, natychmiast, te tłumy ludzi ludności cywilnej zebrano na ulicach. Nie wiem, czy był jakiś czas, czy może dano jakieś minuty na to, żeby coś zabrać. Co można ze sobą zabrać. Mama zabrała duży garnek ze smalcem i worek sucharów. I w takim tłumie gnano nas piechotą przez Warszawę. To było po dwunastym, ale którego dnia, nie powiem. W każdym razie tam pozostali Niemcy, w tych budynkach. Co jeszcze wiem… Po drodze napadały na ten tłum… Mówiono, że prowadzą nas na plac Narutowicza do akademika i że to jest duży akademik, że oni wysadzą go w powietrze i taki będzie nasz koniec. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy gnani, po drodze nie można było uciec, pilnowano. Szli Niemcy umundurowani po zęby, krzyczeli i „ukraińcy”, tylko nie wiem, czy byli umundurowani, czy nie, wyrywano ludziom walizki. Raczej robili to ci „ukraińcy”. Mówiono o tym, bo to ludzie między sobą mówili: „Nie trzymajcie pierścionków, biżuterii na wierzchu, bo zdejmują kobietom pierścionki złote – i to rabowali Ukraińcy – a jak nie może zdjąć, to utną palec”. To pamiętam, jako dziecko to przeżywałam, ale na moich oczach wyrywano. Podbiegał, wyrywał walizkę, jeżeli ktoś tam niósł, bo każdy coś tam niósł, miał przygotowane coś do ucieczki. Nie potrafię powiedzieć, którędy szliśmy; Niepodległości, co dalej, to nie wiem, w każdym razie piechotą w tym tłumie do [Pruszkowa]. Gdy opuszczaliśmy Warszawę, w tym tłumie pozwolono przed umieszczeniem nas w obozie… Nie wiem, czy to była zajezdnia, czy to był jakiś towarowy dworzec, ale był zamknięty ten teren, więc tam były ludzi, tysiące warszawiaków, pilnowane. Tam nie można było uciekać.

 

  • Czy chodziło o Pruszków?


Pruszków, Pruszków. Szliśmy cały dzień chyba i w nocy znaleźliśmy się w Pruszkowie.

  • Jakie tam panowały warunki?


Tłum ludzi wpędzonych do hal, takich betonowych, i ci ludzie gromadzili się kamienicami. Spało się na podłodze, nie wiem, czy słoma jakaś była rzucona, chyba tak, ja nie wiem, w każdym razie jeden miał koce, drugi jakąś walizkę, mama miała ten duży garnek smalcu, jakieś suchary, chleb, to, co można było wynieść. I człowiek przy człowieku. To trudno opisać, to trzeba przeżyć, to były tysiące, setki ludzi. Rano był znowu tłum, rzucił się na to, że były kotły z czarnym płynem, który nazywał się kawą zbożową, i te osoby, które tam się dostały, dostawały po kawałku chleba czarnego. Nikt na nikogo nie liczył. Dobudowane były latryny, takie doły wielkie, ze słomy były takie ogrodzenia – to były toalety. Poza tym cały czas wzywano grupami, wyprowadzano tych ludzi i sortowano: kobiety, dzieci osobno, młodzi ludzie czy młode kobiety osobno, osobno młodzi chłopcy nadający się do pracy. I wiedzieliśmy, że ci młodzi będą wywożeni gdzieś do pracy na terenie Niemiec, a te starsze osoby i małe dzieci będą wywożone poza Pruszków, gdzieś w pole muszą wywieźć. I wiem, że mama chciała ratować mojego drugiego brata, który był rok młodszy od Henryka, który uciekł, Bogusława (tu jego klepsydra, zmarł dwa miesiące temu). No więc zabandażowano mu głowę, miał temperaturę wysoką, tak, a naprzeciwko, w takim budyneczku, gdzie było to miejsce, gdzie sortowano, jedni w prawo, drudzy w lewo, więc mama udała się, jakoś przepchała się tam do tego sanitariatu miejscowego, tłumacząc, że ma syna chorego, ma czterdzieści stopni, jest raniony w głowę, bo miał ten opatrunek. Rzeczywiście, ktoś tam z lekarzy, bo byli jacyś lekarze, nie wiem, Polacy, Niemcy, ja przy tym nie byłam, w każdym razie uznano, że on może jechać i oddzielono go od nas z tą temperaturą. Potem, już po [wojnie], dowiedziałam się z mamą, że trafił do Stutthofu z rodziną przyjaciół, państwem Bielawskimi. Przy czym dokumentów nikt nie uratował, więc powiedzieli, że to jest ich syn. Ten pan znał biegle niemiecki, twierdził, że ktoś z rodziny był pochodzenia niemieckiego, więc tam byli jakiś czas w tym Stauferkaserne – to, co ja wiem z opowiadań potem – i zostali już pod koniec wypuszczeni jako te rodziny. Nie wiem, w każdym razie ci Bielawscy zabrali tego mojego brata i on się uratował. Takie były losy mojego brata.

Natomiast moja mama ze mną trafiła do kobiet nadających się do pracy i wywieziona, mam zaświadczenie, gdzie. Na pole po prostu wypuszczono ten cały tłum z pociągu młodych kobiet z dziećmi, wypuszczono do wsi i dopiero po kilku godzinach przyjechały furmanki chłopów polskich, przywożąc nam świeży chleb i zabierając na te furmanki poszczególnych ludzi w poszczególne rodziny, bo widocznie mieli taki nakaz, jakiś taki nakaz przygarnięcia tych ludzi. No nie wiem, co mogę na ten temat powiedzieć. Trafiłam do gospodarstwa, wioski, nazwy nie pamiętam. W każdym razie tam byłam ja z mamą i czy był ten młodszy brat… Nie był, bo przecież był do obozu wzięty, więc tylko ja byłam z mamą i takie podobne osoby młode. Kilka dni, a potem przyjechał brat mojego ojca, który mieszkał we Włoszczowej, nie mieszkał w Warszawie, i zabrał nas do siebie, do domu we Włoszczowej.

  • Nie wie pani, w jaki sposób się dowiedział, że państwo tam są?


Nie potrafię powiedzieć, nie potrafię. Widocznie były już jakieś możliwości.

  • Razem z matką pojechały panie do Włoszczowej?


Tak, to już on nas zabrał z tej wioski, gdzie byliśmy u Polaków, którzy nas gościli, to znaczy gotowali duży gar mleka zasypanego mąką, jakieś kluseczki takie, o. Mieliśmy jeszcze ten chleb. Dobrze, że mama wzięła ten garnek smalcu wielki, z chlebem, z sucharami, bo wtedy wszyscy wokół, ci przyjaciele, sąsiedzi – karmiła tym nas, no, przez te kilka dni w Pruszkowie. Długo tam nie byłyśmy, kilka dni.

  • Długo państwo przebywali we Włoszczowej?


Do końca wojny.

  • Czy we Włoszczowej pani mama czymś się zajmowała?


Nie, nie było takiej możliwości. Byłyśmy na utrzymaniu tej rodziny, brat mojego ojca tam mieszkał z żoną, z chorą matką i dwójką dzieci. I wszyscy tak dotrwaliśmy do wejścia wojsk rosyjskich.

  • Pamięta pani może moment wejścia, wkroczenia Rosjan?


Pamiętam.

  • Jak to się działo?

 

No, Polacy uprzedzali o tym, że będzie to drastyczne wejście. W mojej wyobraźni dziecięcej wyobrażałam sobie, że będą gwałty, kradzieże, mordy, Bóg wie co. Tymczasem w stosunku do tej ludności polskiej… No, wyrzucono nas, powiedzmy, z pokoju, ale żołnierze do kuchni wnieśli snopki słomy i tam mieliśmy spać, natomiast wszystkie łóżka były zajęte przez [żołnierzy], to znaczy nie żołnierzy [szeregowych], bo to oficerowie, ci lepsi, ci porucznicy, w łóżkach jedną, drugą noc tam spali. Częstowali nas tym, co mieli, jakimiś tam tuszonkami czy słoniną, którą mieli, zresztą bardzo dobrą, w specyficzny sposób robioną. Z ich strony tam, gdzie ja byłam, no, przykrości nie mieliśmy, poza tym, że zostaliśmy wyproszeni i tu nam kazano spać. Natomiast u Niemców służyło dwóch młodych ludzi, Rosjan, którzy musieli być jeńcami, byli jeńcami i byli… Adiutant to się nazywa, tak? Adiutanci? Nie, nie adiutanci. Jak się nazywa ta funkcja?

  • Adiutanci? Pomagali oficerom?


No tak, musieli dbać o czystość pomieszczeń, bo naprzeciwko była niemiecka jakaś taka komenda, w tej Włoszczowej. Młodzi, sympatyczni ludzie, którzy zyskali sobie sympatię polskiej ludności, która tam mieszkała, i wszyscy uprzedzali ich, żeby schowali się, przebrali się, żeby nie przyznawali się do tego, że są Rosjanami. Oni się nie posłuchali i w dniu, kiedy weszli Niemcy, zostali rozstrzelani, natychmiast.

  • Rosjanie?


Rosjanie, przez Rosjan, bo nie poszli z Niemcami, oni zostali, jakoś ukryli się, do swoich chcieli wrócić. No i zaraz pierwszego dnia powiedziano nam, że leżą na ulicy rozstrzelani przez rosyjskie wojska. Oni tak robili, uważali, że ci, którzy z Rosjan dostali się do niewoli względnie, to należy z nimi zrobić koniec. No a potem to już Rosjanie poszli dalej.


Potem staraliśmy się wrócić z moją mamą, znalazł się ten starszy syn, dowiedział się jakoś, że my tu jesteśmy i do nas dojechał. To już byłam z Henrykiem, z mamą, Sławka nie było, nie wiedzieliśmy, czy żyje. Też nic nie wiedzieliśmy o ojcu. Wróciliśmy do Ostrowa Wielkopolskiego dzięki temu, że mama znała dobrze język rosyjski, bo chodziła do rosyjskiej szkoły, mieszkali w Równem przed wojną; chodziła do rosyjskiej szkoły, więc perfekt znała język rosyjski. I zabrano nas, Rosjanie, żołnierze, do pociągu wiozącego broń na zachód. W ten sposób dostaliśmy się, jadąc w zamkniętym, towarowym przedziale na ładunkach pocisków. Byliśmy zamknięci drutem, żeby nie wyjść po drodze. Mama wiedziała, jak ma załatwić tę podróż. Dziwiłam się, bo wódkę kupiła i rozlewała w ćwiartki butelki i cały plecak tej wódki wiozła, w ten sposób z żołnierzami dogadywała się, dając im wódkę i oni nas potajemnie do tych pociągów, do jednego, do drugiego wpuszczali. I my na tych pociskach dojechaliśmy jakoś do Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie zastaliśmy te [widoczne tu] meble, a wszystko inne było przez Niemców wywiezione uprzednio. Bo to są meble jeszcze z Ostrowa, robione tam na zamówienie ojca. Już ledwo mówię.

  • Czyli państwo wrócili do Ostrowa Wielkopolskiego?


Tak.

  • I tam państwo wrócili do domu?


Tak.

  • Jak długo tam państwo mieszkali?


Matka mieszkała do roku pięćdziesiątego ósmego, a ja w pięćdziesiątym drugim zaczęłam studia w Poznaniu, które skończyłam w pięćdziesiątym dziewiątym. Później okres stażu, wędrówki po Polsce. Mieszkałam w wielu miejscach, w szpitalach psychiatrycznych, bo wymyśliłam sobie specjalność psychiatrii. Więc najpierw pracowałam w szpitalu, wielkim, psychiatrycznym w Lubiążu pod Wrocławiem, potem w Branicach koło Opola, też olbrzymi szpital psychiatryczny, a potem we Wrocławiu, w klinice psychiatrycznej. Po klinice psychiatrycznej, po kilku latach, po zrobieniu specjalizacji, pracowaliśmy już razem z mężem w szpitalu psychiatrycznym, więziennym, w Oleśnicy i z Oleśnicy przenieśliśmy się do Otwocka w sześćdziesiątym ósmym. […] Od tego czasu tu mieszkamy. No, już wiele lat jestem na emeryturze. Nie pracuję w swoim zawodzie, ponieważ nie był to zawód z wyboru. Cały czas interesowała mnie sztuka. Niestety wytłumaczono mi, że muszę jeszcze z czegoś żyć, wobec tego nie studiowałam malarstwa czy [podobnego kierunku], ale już potem malowałam i zdobyłam uprawnienia. Mogłam przejść wcześniej o pięć lat na emeryturę, ponieważ psychiatrzy pracujący w szpitalach psychiatrycznych mieli przywilej przejścia o pięć lat wcześniej na emeryturę, z czego skorzystałam. Teraz zajmuję się sztuką trochę, no i z konieczności medycyną, to znaczy staram się leczyć moją rodzinę i siebie, bo ta dziedzina jest zaniedbana wyjątkowo. Lepiej nie chorować.

  • Rozumiem, że dotarł do państwa ten brat, który uciekł przez Pyry, tak?


Tak, tak, tak.

  • A ten brat, który był w Stutthofie?


Ten brat, który był w Stutthofie, jakoś wydostał się ze Stutthofu dzięki temu, że Bielawscy, znajomi, podali, że jest ich synem i jakoś załatwił tak, że wypuszczono ich przed końcem tego obozu w Stutthofie. Potem piechotą szli w kierunku Warszawy i dotarł pierwszy do Warszawy, do naszego mieszkania. Był to budynek, który w trzech miejscach był podpalany, ale nie spalił się w efekcie. Chciał uratować rzeczy, które zostały schowane w piwnicy. Mój ojciec kochał malarstwo, więc pod węglem schował zwinięte płótna malarskie. W mieszkaniu został tylko obraz, ten, który tu wisi, „Jarmark w Jarmolińcach” i obraz, który wisi w tamtym pokoju. Ale po wejściu Rosjan [oni] palili ognisko w mieszkaniu, palili stylowe meble, było zimno, tak że mieszkanie było wypalone. Zastał tam Rosjan przebywających, więc pozwolili mu zabrać obrazy i to jest jeden z [nich]. W tamtym pokoju wisi drugi obraz. Ojciec przyjaźnił się z malarzami Lwowa, Erbem, poniżej to jest obraz Erba, lwowskiego malarza. […]

  • Brat wrócił…


Ten młodszy brat. On się przeniósł, on nie został w Warszawie. Początkowo kończył gimnazjum w Ostrowie, potem poszedł na studia do Warszawy, skończył dziennikarstwo, pracował w Kronice Filmowej, potem do końca, do emerytury w Polskim Radio. Nie żyje od dwóch miesięcy, to jest nekrolog kolegów z Radia. Natomiast starszy brat, coś o nim powiedzieć?

  • Jeśli pani zechce, proszę.


Starszy brat skończył prawo w Poznaniu, po czym uznał, że w Polsce jest bezprawie, i nie pracował w swoim zawodzie, natomiast był świetny w znajomości języka angielskiego. Bo w naszym mieszkaniu na Narbutta, o czym ja nie wiedziałam wtedy, że pani, młoda dziewczyna, że jest Żydówką. Ona ukrywała się i uczyła go angielskiego cały czas, I on, no, był tak dobry w angielskim (potem jeszcze, studiując prawo, doszlifowywał ten język), że po skończeniu prawa przeniósł się do Warszawy i w Warszawie zajął się tłumaczeniem. Tłumaczył kilka książek angielskich, ożenił się. Żona już nie żyje, on mieszka sam, już nie pracuje. Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć.

  • Czy ma pani jakieś myśli na temat Powstania Warszawskiego, którymi chciałaby się pani podzielić na zakończenie?


No, były to dramatyczne przeżycia, było to straszne. Staram się teraz nie myśleć, nie wracać o tym. Wiem, że wielka krzywda spotkała wielu ludzi, w tym mojego ojca, którego bardzo kochałam. Długo liczyłam na to, że gdzieś żyje, że to jest niemożliwe, że nie żyje, ale jednak okazało się prawdą. To znaczy, nieudowodnioną prawdą, bo nie wiemy, gdzie jego prochy się znalazły. Starszy brat twierdzi, że badał dokumenty, jakieś nawet po niemiecku, ale tam nie było danych o tej egzekucji w czasie Powstania. „O tych egzekucjach”, tak to nazwał, bo tam było więcej, na Szucha wymordowano bardzo dużo osób. Aha, o czym jeszcze zapomniałam. Zapomniałam o tym, że będąc dzieckiem (i może były też na ten temat rozmowy wśród mieszkańców Narbutta), czekało się na to, że wejdą wojska rosyjsko-polskie. Były to złudne oczekiwania. Oni po prostu stali za Wisłą, od początku Powstania chyba, czekali, aż [Niemcy] wymordują Warszawę. Do dzisiaj jestem o tym przekonana, że były to cele polityczne. Nawet wyrzucono by mnie z gimnazjum o mały włos, dlatego że już chodząc do gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim jako osoba rysująca, rysowałam mapy różnego rodzaju, które były wieszane w dużej sali. I była mapa wyrysowana na żądanie geografa czy nie wiem kogo, Związku Radzieckiego, Polski. Nie wiem, ja tego nie robiłam, ale zrobiłam napis: „Pomścimy Katyń i Warszawę”. Nikt nie wiedział o tym kto, domyślano się tylko. A na języku polskim wypracowanie brzmiało w ten sposób: „Co wiecie o Powstaniu Warszawskim?”. I były dwie dziewczyny, które były w Powstaniu Warszawskim, no więc pisało się to wypracowanie, co się tam przeżywało, prawda, i ja napisałam w tym wypracowaniu pod koniec z rozgoryczeniem o tym, że stała armia rosyjska na Wiśle, nie wkraczała do Powstania. I efekt był taki, że klasa… A był zwyczaj, że czytały zawsze dwie osoby wypracowanie zadane do domu, to zadanie domowe, w którejś tam klasie wyżej, rok przed maturą chyba, no i te osoby, to znaczy koleżanka i ja odczytałyśmy nasze wypracowania. Efekt był taki, że klasa wstała z owacją i klaskała. Zrobiła się w związku z tym awantura, również ten plakat „Pomścimy Katyń i Warszawę”… Matka została wezwana do gimnazjum – nikt nie zdradził kto, ale domyślano się, nauczycielka języka polskiego – wezwano matkę do pani dyrektor, ja miałam czekać w sekretariacie i mamie powiedziano, że muszą wyrzucić mnie z gimnazjum. Musiała matka płakać, a mądra była dyrektor szkoły, potem dowiedzieliśmy się, że była to osoba zasłużona, pracownik AK, patriotka. Nie wyrzuciła mnie z gimnazjum, wezwała mnie i powiedziała tak: „No, dziecko, jesteś za bardzo aktywna, tę swoją aktywność musisz skierować w innym kierunku. Zapisz się do innej organizacji”. Zaproponowano mi ZWM, to wtedy był Związek Walki Młodych. Powiedziałam, że się nie zapiszę. „Wobec tego zapisz się do PCK”. – „Zapiszę się”. „W porządku, córka zostaje”. I w ten sposób uniknęłam [wyrzucenia].

Otwock, 20 września 2016 roku
Rozmowę prowadził Michał Studniarek

Barbara Czajkowska-Popieluch Stopień: cywil Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter