Barbara Leszczyńska „Baśka”, „Julia”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Barbara Leszczyńska, urodzona 13 listopada 1927 roku w Warszawie.

  • Jak wyglądało pani życie przed wybuchem II wojny światowej, to znaczy gdzie pani mieszkała, z kim pani mieszkała, czy chodziła pani do szkoły, gdzie ta szkoła się znajdowała?

Przed wojną jeszcze mieszkałam na ulicy Złotej 6, był to dom naprzeciwko kina „Palladium”. Mieszkałam z rodzicami i z bratem dużo ode mnie starszym, który w czasie wojny został zamordowany w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, było to w roku 1944. Był zaangażowany w konspirację. Jak już Niemcy mieli opuścić obóz, ale nastąpiła wpadka, ci przywódcy zostali odtransportowani najpierw do więzień, a potem do Buchenwaldu, został zamordowany.

  • Jak brat się nazywał?

Tadeusz Fryze, bo moje nazwisko rodowe jest Fryze.

  • Jak wyglądało pani życie przed wybuchem II wojny światowej?

Chodziłam do szkoły powszechnej (bo to się wtedy nazywało szkoła powszechna) na ulicę Szucha 9. Była to szkoła specjalnie dla dzieci rodzin oficerskich, ale moi rodzice nie byli z tego grona oficerskiego, z tym że ojciec mój miał duże kontakty z Belwederem, z tamtymi osobami, tak zachęcali wszyscy, że taka świetna szkoła, trzeba Basię oddać do tej szkoły. Szkoła była normalna, jak szkoła powszechna. Chodziłam łącznie do klasy szóstej. [Potem] już zaczęła się wojna 1939 roku.

  • Pani wspomniała, że pani ojciec nie był…

Ojciec mój nie był oficerem.

  • Czym się zajmowali rodzice?

Ojciec pracował, ponieważ był krewnym braci Pakulskich, którzy mieli swoje duże fabryki i wiele sklepów w Warszawie, matka również była skuzynowana z żoną pana Pakulskiego, po prostu znaliśmy to środowisko. Ojciec był kierownikiem jednego ze sklepów, poza tym był takim doradcą, jeździł czasem za granicę, kupował jakieś wina, nie wina, już tak bardzo się tym nie interesowałam, bo byłam dzieckiem.

  • Należała pani do harcerstwa?

Należałam do harcerstwa, ale to już w czasie okupacji. W 1939 roku we wrześniu nasz dom się spalił, znaczy bomba uderzyła w dom, dom się spalił. Przenieśliśmy się początkowo do krewnych na ulicę Wspólną, ale to tylko tak przejściowo, a później byliśmy w takim opuszczonym mieszkaniu przy ulicy Marszałkowskiej 119, gdzie mieszkałam do Powstania. Byłam harcerką, zgłosiłam się do 58. Żeńskiej Drużyny Harcerskiej imienia Królowej Jadwigi w 1942 roku. Naszą hufcową była Hanka Zawadzka, siostra „Zośki”. Mieliśmy taki kontakt z tamtą grupą małego sabotażu.

  • Zanim przejdziemy do pani konspiracji, chciałem wrócić jeszcze do tematu rozpoczęcia wojny. Pani zapamiętała wybuch II wojny światowej 1 września wraz z tą bombą. Czy ta bomba to była właśnie jedna z tych pierwszych bomb, które spadły na Warszawę?

To była jedna z pierwszych bomb, która padła właśnie tam.

  • Gdzie się państwo wtedy znajdowali?

Myśmy się znajdowali w domu, to znaczy z matką i z starszą krewną matki, ciotką, znajdowałyśmy się w domu. Bomba zapalająca padła w drugą oficynę, ale potem padły bomby burzące, wszyscy musieli uciekać. Ponieważ naprzeciwko było kino „Palladium”, początkowo schroniliśmy się w tym kinie, tam pierwszy raz zobaczyłam ludzi rannych. Miałam jedenaście lat i kawałeczek. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie – właśnie urwane ręce, to już były pierwsze ofiary bomby, to był początek września 1939 roku. Potem zamieszkaliśmy właśnie na ulicy Marszałkowskiej 119.

  • To było opuszczone mieszkanie na Marszałkowskiej?

To było opuszczone mieszkanie na Marszałkowskiej, było to mieszkanie trzypokojowe, myśmy zajmowali dwa pokoje.

  • Jak w ogóle państwo dowiedzieliście się o tym mieszkaniu?

Ojciec się dowiedział przez znajomych, ponieważ pracował w firmie. Od razu zaraz po wojnie, jak to się wszystko uspokoiło, sklepy były czynne, magazyny sklepów były zaopatrzone. Moja rodzina i pobliscy ludzie, przyjaciele nie zaznali początkowo tego głodu, który był w całej Warszawie, dlatego że był właśnie ten sklep.

  • Jak już przenieśliście się państwo do tego mieszkania na ulicy Marszałkowskiej, to żyliście w taki sposób, że nie owało żywności?

Nie, żywności nie owało, jak już wszystko ucichło, Niemcy już wkroczyli do Warszawy, chodziłam nadal.

  • Jak pani zetknęła się z żołnierzami okupacji? Pamięta pani może pierwszy moment, jak się spotkała z okupacją niemiecką, żołnierzami?

Pierwszy moment był taki zdumiewający, dlatego że chodziłam do szkoły w aleję Szucha, a mieszkaliśmy przed wojną Złota 6. Jak już przenieśliśmy się na Marszałkowską, to do alei Szucha też trzeba było przejść całą Marszałkowską, bo to kawał drogi. Pierwsze moje zetknięcie to właśnie ta żandarmeria, która już obstawiła dom, w którym znajdowały się później więzienia niemieckie, to był dom Sonderkommando czy jakieś inne. Moje takie pierwsze wrażenie to pierwszy lęk po prostu, jak to będzie – gromady Niemców, śpiewy – to wszystko to było jakieś takie przerażające.

  • Jaka wtedy panowała atmosfera w pani rodzinie? Czy tak jak pani mówi: lęk, przerażenie, zdezorientowanie?

Było zdezorientowanie, oczywiście nie wiedzieliśmy, jak to życie się ułoży, ale ponieważ był ojciec w rodzinie, matka, wiedzieliśmy tylko, że nie ma brata, nie ma Tadeusza. Zaczęła się wojna, a przed tym brat był powołany do wojska, był w Dęblinie. Jak zaczęła się wojna, był skoszarowany, walczył, został schwytany, wzięty do niewoli, pod Warszawą. Oczywiście była cały czas rozmowa w domu, modlitwy w domu o tego Tadzia, żeby Bóg go zachował, żeby nie zginął, rzeczywiście nie zginął w czasie [wojny], zginął później.

  • Mieliście jakiś kontakt z bratem?

Później mieliśmy, jak już mógł napisać pierwszy jeniecki list, na takich blankietach, które mam, jakoś mimo Powstania matka przechowała blankiet listu, ale to późniejsze już listy, bo początkowo to pierwsza wiadomość, że żyje, że dostał się do niewoli, że jest, że go zataszczyli aż do Westfalii, aż do obozu jenieckiego. To tyle o bracie, bo później już go nie było w Warszawie. Najpierw był w stalagu, to był Stalag VI A w Westfalii, a później właśnie, jak mówię, była konspiracja, była wpadka, dostał się do więzienia, to, powiedzmy, jego historia.

  • Pani wspomina o tacie, który gwarantował wam byt.

Tak, ojciec był bardzo [zaradny].

  • Jak wyglądało to życie podczas okupacji od 1 września 1939 roku do wybuchu Powstania Warszawskiego? Czym się pani zajmowała, jak wyglądało pani życie, życie pani rodziny?

Początkowo uczyłam się, skończyłam sześć lat szkoły powszechnej, zaczęłam chodzić do gimnazjum Hoffmanowej. Gimnazjum Hoffmanowej było na Zgoda 15. Ponieważ mieszkałam dosłownie naprzeciwko, miałam naprzeciwko szkołę. Była to częściowo nauka w szkole, bo szkoła nazywała się szkoła gospodarcza, gdzie uczyliśmy się robić różne kapelusze, szyć, gotować, różne były zajęcia, a część była u mnie w domu, komplety. Ponieważ jeden pokój był duży i duży stół, to pamiętam, że siedzieli wszyscy przy stole, wszystkie dziewczyny, to było żeńskie gimnazjum.

  • Czy zawiązała pani jakieś przyjaźnie, znajomości?

Tak, przede wszystkim miałam od pierwszej klasy gimnazjum, bo ze szkołą powszechną tośmy się rozstali, nie miałam przyjaźni. Natomiast przede wszystkim miałam przyjaciółki Kaję i Maję Chochlównę, których nazwisko jest znane, one później zginęły w Powstanie, jest o nich tablica. Poza tym miałam taką przyjaciółkę Mirkę Zagajewską, z którą siedziałyśmy razem, razem się uczyłyśmy, a ponieważ kochałyśmy łacinę, uczyłyśmy się zapamiętale łaciny, siedziałyśmy nie tylko w naszej klasie, ale w klasach starszych, żeby posłuchać łaciny. Ale to było takie, powiedziałabym, dziewczęce trochę zainteresowanie. Oprócz tego byłam harcerką od 1942 roku. Nasze zajęcia harcerskie były początkowo typowo harcerskie, to znaczy wyprawa gdzieś do lasu pobliskiego, bo jednak była przecież komunikacja, chodziła mała kolejka, ciuchcia tak zwana, chodziła duża kolej do Świdra, do Otwocka. Początkowo były to normalne ćwiczenia harcerskie, zdobywanie sprawności. Później, ponieważ zaprzyjaźniłam się z taką druhną starszą dużo ode mnie, Irena Michalak się nazywała, ona mnie wprowadziła bardziej w konspirację już taką czynna.

  • Pierwszy moment, w którym pani zetknęła się z konspiracją, to było właśnie harcerstwo?

Było harcerstwo, byłam do końca harcerką, to znaczy do końca Powstania, z tym że już były [także] inne zajęcia, ale byłam harcerką. Właśnie z druhną Ireną, a potem z druhną Jadwigą Zwolakowską, która umarła zaraz po Powstaniu, to miałyśmy takie różne zadania bojowe. Na przykład woziliśmy [broń] do Płud i do Choszczówki, gdzie były zorganizowane przez RGO dziecińce dla dzieci, dla młodzieży, których rodzice zginęli.

  • Od kogo pani otrzymywała te zadania? Bezpośrednio z harcerstwa?

Zadania tak, bo one obie były harcerkami, to było takie zadanie dowożenia do tych miejsc broni, amunicji. Na przykład mnie woziły obie druhny na sankach zimą, gdzie miałam przykryte jakimiś futrami, a na kolanach właśnie mieliśmy jakąś amunicję, jakieś takie. Dlaczego tam? Dlatego że były oddziały ćwiczących się chłopców, właśnie małego sabotażu i innych, to było takie miejsce, gdzie można było zawozić żywność dla nich, właśnie jakąś broń, byłam mała, to było bezpieczne.

  • Ile pani miała lat?

Jak się zaczęła wojna, to miałam jedenaście lat, jak wstąpiłam do harcerstwa, to miałam lat trzynaście, czternaście.

  • Ogólnie pani konspiracja na tym etapie przed wybuchem Powstania Warszawskiego w harcerstwie polegała na zaopatrywaniu.

Zaopatrywaniu właśnie w lesie młodzieży, która się ćwiczyła.

  • Pani rodzice wiedzieli o tym?

Trochę wiedzieli, poza tym ta właśnie moja druhna, ona była starsza ode mnie parę lat, była z nami zaprzyjaźniona i była zaprzyjaźniona z rodzicami. Nie zawsze rodzice wiedzieli – jedziemy do lasu, to jedziemy do lasu. Oczywiście nie tylko takie były zadania, bo były również inne. Robiło się normalnie paczki dla jeńców, do szpitala się woziło różne, czy to żywność, czy bandaże, środki opatrunkowe do szpitala czy do tych, którzy zostali ranni. Takie były zadania zlecone według odpowiednich potrzeb w danym momencie, jak trzeba było.
  • Pamięta pani jakąś szczególnie niebezpieczną sytuację z tamtego okresu, właśnie z okresu tego zaopatrywania? Znalazła się pani w takiej sytuacji, którą by mogła pani określić mianem takiej niebezpiecznej?

Tak, jedno to było właśnie, jak jechałam na sankach, woziła mnie na sankach, jechałyśmy bodajże do Płud albo do Choszczówki. Często były kontrole Niemców w pociągach i wtedy też właśnie kontrola Niemców, a jeszcze nie siedząc na sankach, tylko w pociągu, ale byłam przykryta, miałam jakiś taki kompromitujący ładunek. Oczywiście, że była to duża emocja, duży przestrach, ale jak wysiadłyśmy z pociągu, to pani, która ze mną jechała, mówi, że jestem chora, wiezie mnie gdzieś właśnie do punktu opieki czy coś takiego. Usiadłam na tych sankach, sobie spokojnie wyjechałam, a Niemcy robili rewizję tych szynek, polędwic, kiełbas.

  • Szczęśliwie do pani nie dotarła ta kontrola, nie zdążyła.

Mnie zupełnie nie [sprawdzali], powiedziałabym, bardzo taka nerwowa [sytuacja] rzeczywiście, ale zachowywałyśmy spokój. Druga taka śmieszna przygoda, ponieważ w mojej szkole też była konspiracja, a nie wolno było mieć żadnych gazetek, znaczy „nie wolno” – po prostu szkoła dbała o to, żeby nie było jakiejś specjalnej wpadki. Ale oczywiście myśmy mieli gazetki, tak samo nasze notatki, głównie notatki z historii, język polski, to wszystko, co było zabronione, bo nie tylko było uczenie się gotowania czy szycia, ale mieliśmy swoje materiały, to wszystko przeważnie było zaszywane w spódnicę, w tą zakładkę od spódnicy. Miałam właśnie takie zdarzenie z koleżanką, żeśmy były obładowane jakimiś materiałami – łapanka na ulicy. Co myśmy zrobiły obie? Wskoczyłyśmy w bramę, już nie pamiętam, gdzie to było, w którym miejscu, schowałyśmy się w śmietnik, to znaczy za tą klapę. Tam przesiedziałyśmy dość długo, aż wszystko ucichło, wyszłyśmy spokojnie, oczywiście odpowiednio umorusane, ale to nie było ważne, to takie są śmieszne [epizody], może troszkę z takim humorem.

  • Z racji tego, że pani była dzieckiem, to była pani utrzymywana przez rodziców, nigdzie pani nie pracowała?

Nie, nie pracowałam, byłam utrzymywana przez rodziców mimo wojny, przecież wiadomo, jak było, ale miałam szczęśliwe dzieciństwo – to, że byłam z rodzicami, że rodzice mieli też przyjaciół. Jeszcze taki akcent też, że ojciec miał przyjaciela Żyda, nazywał się – pamiętam nazwisko – Winogron. Ponieważ mieliśmy trzy pokoje, to były w amfiladzie pokoje, tak było budowane, jeden pokój rodzice przeznaczyli dla brata, jak brat wróci, to musi mieć wszystko. Kupowali, co tylko mogli, były garnitury, wszystko, nawet pamiętam pióro wieczne, ojciec [kupił] watermana, to były najlepsze, schowało się dla Tadzia w tym pokoju. W tym pokoju rezydował właśnie dość długo Winogron, potem wyszedł i gdzieś zaginął.

  • Od kiedy mieszkał z państwem?

On mieszkał zaraz, jak zaczęło się likwidować getto, to był 1941 rok, pierwsze wysiedlenia. Ponieważ był bardzo zaprzyjaźniony z ojcem i ojciec go bardzo lubił, był u nas przez jakiś czas, potem gdzieś zaginął. Też druga taka osoba, ale to już nie…

  • Kiedy zaginął, nie wiadomo co się z nim stało?

Nie wiadomo, co się z nim stało, rodzice go szukali, ale trudno było szukać i podawać nazwisko.

  • Po tylu latach, teraz obecnie nie wie pani?

Nie wiem, nawet jego imienia nie pamiętam. Wiem, że on był w tym pokoju, ostatni pokój wiadomo, że był dla Tadzia, nikt nie wchodził, on był. Druga taka osoba, która była w naszym domu obca, to była młoda dziewczyna, osiemnastoletnia, której rodzice zginęli w 1939 roku, a z kolei ci rodzice przyjaźnili się z moimi rodzicami, ona została sama i rodzice ją do siebie wzięli. To była osoba, która przed wojną mieszkała jakiś czas w Niemczech, chodziła do niemieckiej szkoły, znała niemiecki. W czasie pobytu (była u nas dwa lata) uczyła mnie niemieckiego.

  • W którym roku mieszkała z państwem?

Ona była 1942, 1943. Potem już znalazła jakieś inne miejsce czy po prostu wyprowadziła się.

  • Jak miała na imię, nazwisko?

Miała na imię Oleńka, mówiłam do niej Oleńka, ale nie pamiętam nazwiska. O tyle było to ważne, że uczyła mnie niemieckiego, rozmawiała ze mną po prostu, to najlepsza nauka, to mi się zresztą później przydało.

  • Jak w ogóle pani wspomina moment wybuchu Powstania Warszawskiego, to znaczy gdzie panią zastał wybuch Powstania?

Budynek, w którym mieszkałam na Marszałkowskiej miał dwie bramy przejściowe, jedną od Marszałkowskiej, a druga od Zielnej – Zielna 7. Na terenie budynku na parterze Niemcy otworzyli taką swoją restaurację czy gospodę. Jak wybuchło Powstanie, przede wszystkim byłam sama, znaczy byłam tylko ze starą ciotką.

  • Pani była w tym mieszkaniu?

Byłam w mieszkaniu, matka była na Mokotowie, na Mokotowie miał sklep mój wujek, tam była komórka konspiracyjna. Matka, pomagając mu, miała przy sobie całe archiwum konspiracyjnej prasy i nie tylko prasy, codziennie chodziła, ojciec był w pracy, byłam sama z tą ciotką. Nie mogłam wyjść, mimo że miałam przydział na ulicę Pańską w razie wybuchu Powstania.

  • Czy miała pani jakieś wcześniejsze informacje o tym, że Powstanie będzie rozpoczęte?

Oczywiście, przecież cały czas w czasie zbiórek harcerskich mówiło się o Powstaniu. Mówię o moim zastępie, mieliśmy przeszkolenie sanitarne, przeszkolenie łącznościowe, sobie wybrałam łącznościowe, wolałam, dla mnie sanitarne takie trochę [trudne], byłam trochę na to uwrażliwona. Później okazało się, że trzeba było być i tu i tu, gdzie było potrzeba.

  • Była pani przygotowywana?

Byłam przygotowywana, wiedzieliśmy, że Powstanie wybuchnie. Jak odezwała się ta syrena o piątej godzinie, to wiedziałam, że to jest Powstanie, nie mogłam wyjść z domu, dlatego że Niemcy z tej gospody wyszli na podwórze, zaatakowani przez naszych żołnierzy, a jednocześnie była ta brama przejściowa, walili z jednej strony, z drugiej, strzelali do wszystkich, kto się zjawił, nie mogłam w żaden sposób wyjść, ku mojej rozpaczy zresztą. Matka zdołała z tego Mokotowa z uniesionymi rękami jakoś dojść do Śródmieścia, do centrum, do domu, ojciec przyszedł w nocy też, to był ten pierwszy wybuch. Na drugi dzień chciałam zgłosić się na ulicę Pańską, nie mogłam dojść.

  • Czemu pani nie mogła dojść?

Nie mogłam dojść, dlatego że była strzelanina dookoła. Dookoła pełno Niemców, strzelanie, nie mogłam przedrzeć się ani od Zielnej, ani od Marszałkowskiej. Wobec tego zgłosiłam się na drugie takie miejsce, gdzie w razie czego bliżej mieliśmy się skupić na ulicę Zgoda w moim gimnazjum, ale tłumy ludzi z różnych stron przybywali jako ochotnicy. Zgłosiłam się jako również do Powstania. Początkowo chcieli mnie przydzielić do „Chrobrego II”.

  • Do kogo pani się zgłaszała, na drugi punkt?

Tak, do jakiegoś dowódcy, nie wiedziałam nawet, kto to jest, tylko powiedziałam, że jestem harcerką, że jestem łączniczką, że chciałam się zgłosić. Dobrze, zapisali mnie do „Chrobry II”. Potem, po jakimś czasie delegowali do „Krybara” właśnie na Powiśle.

  • W ramach „Krybara” pani się realizowała jako łączniczka?

Tak, nie tylko. Na Powiślu od razu oddział się zaczął formować, od razu owało amunicji, owało granatów.

  • Czyli pani się zgłosiła do dowódcy, on przydzielił panią do Grupy „Krybar”. Gdzie operowało to zgrupowanie? Czy pani brała czynny udział w walce? Czy pani działalność ograniczała się do bycia łączniczką, czy jeszcze wykonywała pani jakieś inne funkcje?

Gdzie to było? To było na ulicach Ludna, Tamka, na dole na Powiślu. W co się angażowałam, to znaczy, co musiałam, bo nie to, że chcę, tylko tu, gdzie było potrzeba. Przede wszystkim owało broni. Ludzie z pobliskich, z Lipowej, z Tamki przynosili broń, którą mieli w domach zachowaną, przechowaną. Znalazły się granaty, to trzeba było rozdać żołnierzom, od razu byli ranni, łączniczki i sanitariuszki musieliśmy od razu się włączyć w opatrywanie rannych. Zaczęliśmy ich przenosić, opatrywać, kogo można. Nie bardzo się w to angażowałam, ale musiałam, po prostu musiałam. Potem najgorszy moment w czasie mojego pobytu (bo mówię, że byłam tylko częściowo) był właśnie, kiedy kapitan „Krybar”, bo to jest pseudonim…

  • Tak, Cyprian Odorkiewicz.

To jest pseudonim, [a nazwisko] Odorkiewicz. Najpierw to były walki na Tamce, potem stwierdził, że trzeba odbić elektrownię i trzeba dostarczyć światła Warszawie, bo jak nie ma światła, to nie mogą pracować. Przecież warsztaty, które wytwarzały broń, robiły gazetki, trzeba, to skierowaliśmy się wszyscy do elektrowni. Tam były najgorsze walki, były straszne historie, ponieważ w piwnicach elektrowni ukrywali się młodzi „ukraińcy”, młodzi chłopcy, tacy szesnasto-, siedemnastoletni. Właśnie takie moje doświadczenie bardzo bolesne, bardzo przykre, ponieważ rzucono granaty do piwnicy, była jedna wielka masakra, jedni czołgali się, inni ranni. Taki jeden młody „ukrainiec”, przechodzę, błaga o wodę, nie mam wody, nie mam w pobliżu wody, nie ma, pytam go się: „Ile masz lat?”. – „Szesnaście”. Tyle ile ja. Później długo mnie prześladowała twarz tego chłopca. To było takie bardzo dojmujące przeżycie. Potem elektrownia została zdobyta, szczęśliwie urządzenia nie były uszkodzone, Warszawa miała światło.

  • Do 3 września elektrownia była utrzymana?

Tak. To była wielka radość, że Warszawa ma światło, że jest czynna elektrownia.

  • Jakby pani mogła opisać warunki, które panowały, jak pani żyła, w jakich warunkach razem z tym oddziałem. Czy państwo chowali się w domach?

Byłam z dziewczynami, spotkałam moją koleżankę Krysię Osińską (pseudonim „Krysia Doktór”), która była sanitariuszką, ale już taką doświadczoną, bo ona była po szkole medycznej, po jednym czy drugim roku konspiracyjnej akademii medycznej w Warszawie, starsza trochę. Tak się trzymałam razem z nią, bo to ktoś znajomy. Gdzie nocowałyśmy, czasem po domach, czasem w domach, gdzieś się przycupnęło, czasem po prostu w jakimś miejscu, gdzie było ciszej, w bramie, w jakiejś sionce to się człowiek zdrzemnął, a że miał szesnaście lat, to był zawsze zdrowy.

  • Miała pani kontakt z rodziną w trakcie Powstania?

Początkowo dostałam takie pozwolenie na odpoczynek, bo byłam trochę ranna, właściwie nie była to rana, dostałam takim [odłamkiem] z odprysku muru, miałam draśnięcie w skronie, jeszcze mam znak. Ponieważ mnie to trochę bolało, pozwolono mi odpocząć w budynku na ulicy Gęstej, to się nazywało księdza Siemca, u urszulanek. Poszłam do urszulanek, rzeczywiście dali mi jakieś łóżko, nareszcie można było się wykąpać, przespać, odpocząć. Tam przybiegła do mnie, domyślając się, bo mówiłyśmy jeszcze przed Powstaniem o tym budynku, moja przyjaciółka Mirka Zagajewska. Nie wiem, czy wspomniałam, czy nie, że mój dom na Marszałkowskiej został częściowo zburzony, częściowo spalony, że ojciec w czasie cywilnej obrony Warszawy został ranny w nogę. Rzeczywiście miał strzaskaną stopę, był ranny. [Mirka, chciała,] żebym wracała do domu, bo matka rozpacza, syn nie wiadomo gdzie, ja nie wiadomo gdzie, jeszcze taka staruszka, krewna matki, którą się opiekowała przez całą wojnę, taka ciocia stara, żebym wróciła do domu, odmeldowałam się, wróciłam. Potem zaczęła się moja druga część powstańcza, bo już do „Krybaru” nie wróciłam, zresztą miałam już pozwolenie, dlatego że miałam tą rodzinę, musiałam zadbać.

  • Kiedy pani była w „Krybarze”, jak pani zapamiętała żołnierzy niemieckich, właśnie tych przeciwników, jak pani ich wspomina, czy pani bezpośrednio z nimi walczyła?

Nie.

  • Nie miała pani w ogóle żadnego kontaktu?

Nie, to znaczy bezpośrednio nie walczyłam, mówiłam tylko o tych „ukraińcach” zabitych w elektrowni, którzy zresztą błagali o litość, ale bezpośrednio nie miałam do czynienia z Niemcami. Oczywiście widziałam, jak oni strzelali, biegli, napadali, to wszystko było ta scena, którą się widziało, którą się żyło, którą się przeżywało bardzo, ale nie miałam bezpośrednio z nimi kontaktu.

  • Czy była pani może świadkiem ludobójstwa czy też masowego morderstwa podczas całego Powstania?

Nie, tylko normalna walka.
  • Kiedy pani wróciła do domu?

Wróciłam do rodziców, wiedząc, że ich już w domu nie ma na Marszałkowskiej, bo domu już nie było, dom został spalony, zburzony. Wiedziałam, że rodzice przenieśli się do sklepu Pakulskich, na rogu Chmielnej i Brackiej był taki (istnieje nadal ten sklep spożywczy, tylko już nie jest braci Pakulskich oczywiście), to jest naprzeciwko dosłownie [domu braci] Jabłkowskich. Ponieważ mieliśmy jakieś pokrewieństwo z tymi właścicielami, wiedziałam, że rodzice tam się schronili, rzeczywiście poszłam. Z kolei w późniejszych dniach, oprócz normalnych obowiązków domowych, które można było robić, zajmowałam się razem z innymi dziewczynami, które tam się znalazły, z innymi ludźmi w ogóle, pomaganiem przy stawianiu barykad. Pomagaliśmy [także] przy rozprowadzaniu żywności, ponieważ w magazynach było bardzo dużo żywności. Przychodzili walczący żołnierze, trzeba było ich nakarmić, trzeba było ich opatrzyć, zabandażować, jak było potrzeba, położyć do łóżka gdzieś, żeby odpoczęli, bo był jednocześnie taki lokal, że można było odpocząć.

  • Czyli w konsekwencji pani również pełniła rolę nie tylko łączniczki, ale też sanitariuszki?

Pełniłam rolę wszystką, to znaczy gotowaliśmy pełne sagany zupy nie zupy, karmiliśmy tych ludzi. W pierwszej połowie września wracali żołnierze ze Starówki z tych kanałów w strasznym stanie, brudni, często ranni, zmęczeni nieludzko, to była taka oaza, można było ich umyć, tośmy szorowali ich, przebrać. Ludność okoliczna dawała, co mogła, ubrania jakieś.

  • Czy można powiedzieć, że ludność cywilna była nastawiona w sposób pozytywny?

Bardzo pozytywny. Poza tym w tamtej okolicy Chmielna, Bracka, Mazowiecka, cały teren był bardzo spokojny, w ogóle słyszało się, ale nie było akcji przeciwko nam, nie było bombardowania, była cisza. Na budynkach powiewały biało-czerwone flagi, ludzie spacerowali po ulicach bez żadnej obawy, nie było strzelaniny w tym właśnie jakimś [rejonie].

  • Taka enklawa.

To była enklawa przez pewien czas, gdzieś prawie do końca września. Z kolei właśnie ratowaliśmy tych ludzi z kanałów, tych, kto przyszedł z Powstania czy jakiś zagubiony, czy z jakichś zwalonych domów, to można było go nakarmić, wykąpać, zmienić ubranie. Mieliśmy na przykład masę butów, bo oni często przychodzili bez butów, bo zdarli gdzieś, ludzie przynosili buty różne, kapcie, buty, wszystko się rozdawało.

  • Ludność cywilna też w jakiś sposób pomagała?

Uczestniczyła, tak.

  • To nastawienie przez całe Powstanie, przez cały okres, kiedy pani była, było takie same, jednoznacznie pozytywne, czy może się ono jakoś zmieniało?

W tym miejscu było bardzo pozytywne, ludność rzeczywiście była pełna wyrozumiałości, w ogóle było ogromne wzruszenie, ogromne przeżycie na widok żołnierzy wracających z kanałów. Ludzie płakali, naprawdę było takie jakieś współdziałanie psychiczne, duchowe, modliliśmy się razem, ksiądz przyszedł, który wszystkich ich błogosławił, już nie pamiętam nazwiska, pamiętam, że jakiś ślub się odbył.

  • Jak wyglądało pani życie codzienne w Powstaniu, chodzi mi o zaopatrywanie w żywność, o ubrania, gdzie pani spędzała noclegi, kwestia higieny, czasu wolnego, czy miała pani w ogóle jakiś czas wolny? Jak pani spędzała życie codzienne w trakcie Powstania Warszawskiego?

Będąc tam, to życie codzienne to była codzienna praca.

  • Cały czas bez wytchnięcia?

W tym miejscu tak, to była codzienna praca, to było gotowanie, sprzątanie, poprawienie barykady, jeżeli się coś uszkodziło, karmienie tych ludzi, to było głównie to, pomoc żołnierzom czy ludności cywilnej. Spałam, byłam z rodzicami, ojciec był niesprawny, bo miał strzaskaną nogę. Taka była stara ciotka osiemdziesięcioletnia, to sobie siedziała, modliła się za wszystkich, za nas, za Powstanie, dziękując Bogu, że była cisza i spokój. Ale cisza była oczywiście do pewnego czasu, potem zaczęły się bombardowania tamtego odcinka, bombardowania z samolotów.

  • Czy jest pani w stanie umiejscowić to w czasie?

To mniej więcej zaczęło się w końcu września. Byłam tak od początku, wyszłam od „Krybaru” mniej więcej siódmego, po zdobyciu elektrowni, to było siódmy, ósmy wyszłam na Bracką i prawie do końca września jednak było względnie cicho. Ale potem już nie było cicho, już były bomby, już były karabiny maszynowe z samolotów, jednym słowem już zaczęło się niebezpiecznie, trzeba było stamtąd już [uciekać], Niemcy już nacierali z dołu, z Krakowskiego, bo to przecież blisko, z kościoła Świętego Krzyża.

  • Jak pani wtedy reagowała, czy państwo uciekaliście?

Nie uciekaliśmy, bo nie było gdzie, chyba że schować się w razie, jak był nalot czy coś, ale uciekać nie, tylko przejść Alejami Jerozolimskimi, znaczy mówię [o przejściu] z moją rodziną. Byłam wtedy cały czas z rodziną.

  • Nie miała już pani wtedy kontaktu z harcerstwem?

Miałam, ponieważ na ulicy Górskiego (jeszcze była ta ulica cała) mieszkała moja drużynowa z mojej drużyny, miałam kontakty z dziewczynami, które się gdzieś przewijały. Oczywiście, zawsze albo się mijało, albo one leciały gdzieś do swoich miejsc, to miałyśmy kontakty. Ale właśnie trzeba było się ewakuować, bo już było niebezpiecznie. Jeszcze na przykład w czasie tego pobytu tośmy czasami przedzierali się przez Aleje Jerozolimskie albo gdzie indziej, ponieważ żołnierze prosili nas o dostarczenie wiadomości rodzinom, to było też takie dość trudne i ciężkie czasem, że wyszli ze Starówki, że żyją, że są ranni.

  • Zadania pani realizowała w ramach Śródmieścia?

W ramach Śródmieścia. To czasem właśnie szłyśmy, ja i jeszcze ktoś, moja Hela drużynowa, czasem szłyśmy na drugą stronę Alej z jakimiś wiadomościami. Miałam też taką drugą nie przygodę, tylko bardzo ciężkie przeżycie, bo idąc Marszałkowską i szukając miejsca, gdzie mam zanieść wiadomość, na ulicy, była taka ulica, przecznica Marszałkowskiej, ulica księdza Skorupki (ona już nie istnieje). Na ulicę Skorupki padł szereg bomb zapalająco-burzących – „krowy”. Było siedem takich pocisków, [seria,] z takim rykiem, co ludność warszawska nazywała „krową”, siedem pocisków, to były zapalająco-burzące – [„krowa”] zwaliła kilka domów na ulicy Skorupki. My już nie szukałyśmy tego miejsca, gdzie mieliśmy zanieść wiadomości, tylko trzeba było pobiec i wyciągać tych ludzi. To było najstraszniejsze co widziałam w życiu, czegoś takiego nie widziałam – ludzie na wpół spaleni, wijący się z bólu, krzyczący ratunku, to było straszne. Ranni, popaleni, trzeba było tych ludzi [znosić], zaraz się znalazły jakieś nosze czy na noszach, co było tylko pod ręką. Trzeba było ich stamtąd wynosić.

  • To było najgorsze wspomnienie?

To było właśnie takie strasznie dojmujące, to było coś takiego, zdaje się, że człowiek nie przeżyje tego widoku, tego krzyku rannych, bo jednak co innego, jak jest ranny od kuli, a co innego, jak jest ranny ze straszliwym poparzeniem.

  • Gdzie państwo zanosiliście tych rannych?

Znalazły się i sanitariuszki z punktów sanitarnych, przecież było dużo punktów sanitarnych na terenie Warszawy, myśmy tylko ich jakoś wyzbierali, powyciągali, już zaraz sanitariuszki podbiegły z noszami, już gdzieś ich zabrali do punktu.

  • Czy pani z rodziną się wyprowadzała, czy pani uciekała?

Już opuściliśmy miejsce tego sklepu na Brackiej.

  • Gdzie potem państwo byliście?

Przeszliśmy przez Aleje [Jerozolimskie] na ulicę Wspólną 59, gdzie mieszkała moja własna ciotka z siedmioletnią dziewczynką, z córką, moją kuzynką. Schroniliśmy się do nich, do ich mieszkania, już byliśmy do końca Powstania, z tym że oczywiście nadal pomagając w miarę możliwości ludziom z okolic, ludności cywilnej, żołnierzom, jednocześnie dzieciom, które zostały same, w piwnicach schrony były pełne, trzeba było tym ludziom pomóc czy dać jakąś...

  • To byli cywile?

To byli cywile, ale było bardzo dużo dzieci też skądś, które przyszły [z innych miejsc]. Trzeba było tymi dziećmi się zająć, trzeba było ich nakarmić, pocieszyć, położyć spać, przytulić, wszystko to, co potrzebuje dziecko. Dużo było starych ludzi, przetrwaliśmy, w ten sposób przeczekaliśmy do końca Powstania. Wyszłam z Warszawy 2 października.

  • Jaka atmosfera panowała zarówno jeszcze w Grupie „Krybar”, jak i później wśród tych harcerek, z którymi pani pomagała ludziom, jaka panowała atmosfera, czy ludzie byli nastawieni optymistycznie, pesymistycznie do tego, co się dzieje, jak to wyglądało?

W moim ostatnim [miejscu pobytu], okolicy, bo to przecież nie tylko jedno miejsce, to były bardzo różne, ale bardzo dużo było negatywnych [reakcji].

  • To byli żołnierze czy cywile?

Głównie cywile. Żołnierze nie, żołnierze dodawali wszystkim ducha, że zwyciężymy, że to jest potrzebne, że to jest taka chwila, którą najbardziej przeżywamy, ale ta chwila jest konieczna. Poza tym były przecież jeszcze różne polityczne sprawy. Jeszcze były odgłosy frontu, bolszewików zza Wisły, to była też obawa przed nimi, nie znaliśmy jeszcze ich.

  • Czyli miała pani świadomość w Zgrupowaniu „Krybar”, jakie niebezpieczeństwa może nieść ze sobą Armia Czerwona, która podąża ze wschodu?

Miałam doskonałą orientację, czym była czerwona Rosja, oczywiście jeszcze o Katyniu nic nie wiedziałam, natomiast jak wyglądał komunizm, jakie były napisy: „Przecz z komuną!! Przecz z komunizmem!!”. Przecież myśmy już wiedzieli, to w szkole się mówiło o tym jeszcze, miałam cudownych nauczycieli historyków, którzy niby ukrywając, ale nie ukrywali, jak to może być.

  • Pani wspomniała o tym, że cywile jednak w negatywny sposób oceniali działalność Powstańców?

Tak, ale z tą negatywna oceną to się spotkałam już w moim drugim pomieszczeniu, bo to było ratowanie żołnierzy, była ta pomoc, wszyscy byli dookoła, rzucali się z pomocą, co kto mógł. A tam nie, tam siedzieli w tych piwnicach zastraszeni, bo tu się trzęsie dom, przecież to nieustannie się wszystko trzęsło − co oni z nami zrobią, nas pozabijają, wywiozą – dzieci płaczące, był strach, było dużo gorzej, trzeba było ich pocieszać.

  • W jakich warunkach ci ludzie żyli w piwnicy, mieli dostęp do bieżącej wody?

[Jeśli chodzi o] bieżącą wodę, to się chodziło po wodę, przecież nie było kranów, to chodziło się z kubełkami, co kto miał, gdzieś z tyłu na podwórkach, gdzie były studnie, to się chodziło po wodę. To były trudne sprawy, przecież trzeba było nie tylko do picia, ale trzeba było do mycia, z tą wodą były rzeczywiście duże problemy.

  • Pani też między innymi chodziła po wodę?

Między innym chodziłam, ponieważ była młoda, byłam dość silna, oczywiście, przecież młodzi chodzili, nie starzy.

  • To się też wiązało z pewnym ryzykiem?

Wiązało się z pewnym ryzykiem, zwłaszcza że nie było tak, że idę gdzieś i biorę wodę, tylko była kolejka, ludzie stali w kolejce, bomby to wszystko się rozpierzchło. Potem była cała awantura, przecież tu stałam, myśmy tu stali, normalnie, tak jak biedni, zastraszeni ludzie.

  • Pani wspominała o nawale pracy. Czy w czasie Powstania miała może pani czas wolny, w ramach którego mogłaby na przykład spotkać się z podziemną prasą? Wiem, że w „Krybarze” była tak zwana „Barykada Powiśla”, to była gazeta, nie wiem, czy pani się spotkała?

Tak, mieliśmy podziemną prasę, przecież chłopcy roznosili, harcerze roznosili, mieliśmy zawsze prasę.

  • Pani była na bieżąco?

Byłam na bieżąco w „Krybarze”, później na Chmielnej to mieliśmy zawsze na bieżąco.


  • Co w takim razie opisywano w prasie, czy opisywano jakieś postępy związane z walką powstańczą, czy sytuacje międzynarodowe?

Na ogół to były wiadomości, co się dzieje na terenie Warszawy – co jest zdobyte, co jest do zdobycia, gdzie ponieśliśmy klęskę, a gdzie było zwycięstwo, na ogół było to. Również był kącik, taka kolumna właśnie, co się dzieje, gdzie jest armia radziecka, to wszystko było wiadome.

  • Pani brała udział może w pisaniu jakichś tekstów do tych gazet czy też ich roznoszeniu?

Tylko w ewentualnym roznoszeniu. Na przykład teraz żałuję, że nie chowałam tego, co prawda wyszłam z Warszawy, nie mogłam chować nic, ale jednak dużo ludzi mieli przy sobie, to ocalało, mnie nic nie ocalało.

  • Czy miała pani dostęp do radia?

Nie, „Błyskawicę” się czasem gdzieś usłyszało, ale dostępu do radia nie było. W kinie oglądałam, w kinie „Palladium” były filmy, co się dzieje na terenie Powstania.

  • Kiedy filmy były puszczane?

To były pierwsze miesiące, koniec sierpnia, początek września jeszcze były, jak na tamten czas był duży ekran, można było to zobaczyć…

  • Proszę kontynuować historię związaną z kinem, gdzie pani oglądała filmy.

Właściwie trudno coś więcej powiedzieć, bo właśnie w kinie „Palladium” były filmy pokazujące powstańcze walki, to, co mogła gdzieś kamera uchwycić. Jeżeli człowiek akurat miał czas, przechodził w okolicy, mówię, że mój dom był naprzeciwko, ale domu już nie było, ale można było przejść i zobaczyć. Dużo ludzi przychodziło, cywili, czasem również żołnierze, jeżeli mieli czas popatrzeć.

  • Czy spotkała się pani w toku Powstania Warszawskiego z jakąś formą kultury, może przedstawieniami teatralnymi czy koncertami?

Nie. W czasie Powstania nie.

  • Można powiedzieć, że spędziła pani całe Powstanie na pracy?

Najpierw byłam sierpień i kawałeczek września (to już właściwie miesiąc) na Powiślu, później wróciłam do Śródmieścia, już byłam w Śródmieściu, ale cały czas byłam praca. Poza tym jednak musiałam dbać o mojego ojca, który nie mógł chodzić, o matkę i tę staruszkę trzeba było pielęgnować, to w domu i tu to było sporo pracy.

  • Jak wyglądały warunki, w których pani mieszkała już w tym ostatnim budynku na ulicy Wspólnej?

To było mieszkanie mojej ciotki i wujka. Obydwoje nie zajmowali się Powstaniem, właściwie niewiele ich to jakoś interesowało, aby tylko wyjść z Warszawy. Rzeczywiście wyszli, ocaleli, wszystko było dobrze. Były dobre warunki, jeżeli chodzi o mieszkanie, bo mieliśmy gdzie nocować, mieliśmy swoje łóżko, to było wygodnie, nie było głodu. U nich to mieszkanie było zaopatrzone w różne rzeczy trwałe, jakieś wędzone mięsa, nie było głodu, raczej można było się podzielić z kimś innym, były niezłe warunki. Tam będąc, szukałam znajomych, trochę znalazłam znajomych, między innymi z mojej szkoły, moje nauczycielki, koleżanki, które w tamtej okolicy spotkałam.

  • Utrzymuje pani kontakt z nimi?

Niestety straciłam kontakt z tymi, z którymi byłam w Powstaniu, z własnej winy, znalazłam się, ale to później.

  • Pani wspomniała o swoim najgorszym wspomnieniu z Powstania, a jakie było najlepsze wspomnienia z Powstania, czy w ogóle takie było, szczególnie pani zapamiętała najlepsze wspomnienia?

Najlepsze wspomnienie, najbardziej wzruszające to chyba było na Chmielnej, kiedy widziałam, jak ludzie podchodzą do tych rannych żołnierzy, z jakim sercem, ile znoszą tych rzeczy. To było zdumiewające, spontaniczne, ci ludzie, którzy sami nie byli pewni swojego życia, a jednak troszczyli się o życie i bezpieczeństwo innych. To było dla mnie takie bardzo wzruszające, radosne, mogę powiedzieć, ale oprócz tego były osobiste, na przykład krążąc po Warszawie, szukając, spotkałam moją nauczycielkę ze szkoły, z którą się bardzo lubiłyśmy. W ogóle jestem polonistką, skończyłam polonistykę właśnie dzięki wspaniałym profesorom. Miałam cudowną nauczycielkę, profesorkę w gimnazjum Hoffmanowej, chodziłam tylko cztery lata, do Powstania. Jak się spotkałyśmy, padłyśmy sobie w objęcia, że żyjemy. Takie czasem spotkania to było coś takiego radosnego, że jednak żyjemy, jesteśmy, że pamiętamy o sobie – to było bardzo pozytywne.

  • To był jeden nauczyciel, z którym się pani spotkała w trakcie Powstania, potem już nie miała pani kontaktu?

Nie, bo już każdy… Ona też była zaangażowana w konspiracji, dużo starsza ode mnie osoba, pani Wanda Kwaskowska się nazywała, wspaniała polonistka. Później też miałam spotkanie z koleżankami ze szkoły, czasem jakieś przypadkowe, zawsze było to radosne, że żyjemy, że jesteśmy, różnie to bywało. Na ogół była praca, lęk, ci ludzie albo opuszczeni, albo nie mający się gdzie schronić, ze zburzonych domów, potracili majątki. Nie chodzi o majątek jako wielkość, tylko potracili w ogóle jakąś podstawę bytu, domy.

  • Co działo się z panią i z rodziną od momentu zakończenia Powstania? Jak pani wspomina moment zakończenia Powstania Warszawskiego, moment kapitulacji, czas do maja 1945 roku?

Wspominam z wielką przykrością, dlatego że – już nie pamiętam, na jakiej to było ulicy – pamiętam oddziały polskich żołnierzy, którzy rzucali na jedno miejsce broń, stali Niemcy dookoła, pilnowali, a ci, to co mieli, karabiny, granaty, wszystko, co mieli przy sobie, rzucali.

  • Była pani tego świadkiem?

Byłam tego świadkiem. To było straszne przeżycie, że tak się skończyło, że to jest klęska. Później, jak rozmawialiśmy, że właściwie trzeba zrozumieć, że to nie jest klęska.

  • Jak ogólnie pani ocenia Powstanie Warszawskie teraz z perspektywy czasu, czy warto było organizować Powstanie? Co pani uważa na ten temat?

Uważam, że to było konieczne. Z jednej strony to było konieczne ze względu na obawę przed tą całą czerwoną nawałnicą, to było konieczne, żeby właśnie pokazać, że my żyjemy, że jesteśmy Polakami, że nie jesteśmy baranami, nie poddamy się łatwo. Przecież oni chcieli zająć również nasze tereny, nas wszystkich, zrobić republikę z tego. To, że my jesteśmy Polakami, mamy swoją ambicję, honor, właśnie to jest naszym zwycięstwem moralnym, zwycięstwem jako narodu, dla mnie to jest zwycięstwo narodu. Uważam, że to było konieczne, dobrze, że było.

  • Co działo się z panią od momentu zakończenia Powstania do maja 1945, bo pani wspominała, że się państwo przenieśliście?

Po upadku Powstania przede wszystkim Niemcy kazali wszystkich ewakuować, trzeba było opuścić wszystkie domy. Wyszliśmy, mojego ojca nieśli na noszach, bo nie mógł chodzić, z matką i z tą małą dziewczynką kuzyneczką wyszliśmy razem z tłumem ludzi. Nie pamiętam, jakimi się szło ulicami, Mokotowem chyba, bo do pociągu szło się z tym tłumem, Niemcy po bokach, z tym, co kto miał. Ja nic nie miałam, absolutnie nic, jeden jedyny sweter i jakaś spódnica. Później wepchnęli nas w pociągi. Pamiętam moment, którego nigdy też nie zapomnę, mam go przed oczami, jak staliśmy w wagonach węglarkach, patrzyłam na Warszawę, było wszystko całe czerwone, Niemcy palili później resztę, była wielka czerwona łuna. Wtedy patrząc, mówiłam do siebie, że do Warszawy wrócę. Patrzyłam do końca, dokąd pociąg nie odjechał, właśnie na tę czerwoną łunę Warszawy, łunę, kłęby czarno-czerwonych dymów. To było straszne, to było coś takiego, że tak jakby wszystko z człowieka raptem opadło, jakby pozbawiony był wszystkiego a żyje.

  • Gdzie wtedy pociąg państwa zawiózł? Pani przez cały czas była z rodziną?

Nie, w ostatnie dni przed tym całym zebraniem się do pociągu, to sie zgubiłam z rodzicami, później znaleźliśmy się w Pruszkowie, bo zawieźli nas do Pruszkowa. Ta stara ciotka, która już miała ponad osiemdziesiąt lat, umarła, dostała zawału serca, chwalić Boga, bo by ją zawieźli do Oświęcimia i wykończyli. Z tych węglarek pod Krakowem z kilkoma dziewczętami, nieznanymi mi zupełnie, uciekłyśmy pod pociąg. Dlatego że Niemcy chodzili z dwóch stron, pilnowali, ale w czasie jakiejś przerwy między jednym a drugim spacerem, wyskoczyłyśmy z węglarek, schowałyśmy się, bo to na rozjezdni stał ten pociąg.

  • W trakcie przerwy?

Stały pociągi, kilka było tych pociągów, jeden pełen, drugi pusty, na jakiejś bocznicy pociągi stały. Myśmy wyskoczyły, schowałyśmy się pod drugi pociąg, potem pod następny, dzięki temu ocalałyśmy.

  • To był ostatni moment?

To było 2 października pod Krakowem. Wszystko wieźli w kierunku na Oświęcim najprawdopodobniej, bo to pod Krakowem.

  • Czy miała pani potem kontakt ze swoją mamą?

Tak, oczywiście. Wyskoczyłam z tego pociągu, myśmy się umówili z rodzicami, że spotkamy się w Częstochowie, ponieważ w Częstochowie była rodzina mojego wujka, mieszkała tam, będziemy się kierować na Częstochowę. Spotkaliśmy się wszyscy w Częstochowie z matką, z ojcem, ojciec jeszcze żył, niedługo żył, umarł w 1948 roku na serce.

  • Kiedy państwo się spotkaliście?

Spotkaliśmy się, jak już przyjechałam do Częstochowy, nie wiedziałam, gdzie mam się w ogóle podziać. Poszłam na Jasną Górę, na Jasnej Górze jacyś zakonnicy podprowadzili mnie pod ten adres, bo wiedziałam, jaki adres, ale nie znałam zupełnie Częstochowy, a Jasna Góra jest na wprost. Mnie podprowadzili do tego domu, gdzie mieszkała ciotka. Wujek walczył w partyzantce w Górach Świętokrzyskich, zginął, a ciotka żyła. Tam spotkałam się z rodzicami.

  • Pamięta pani, jaki to był dzień, bo to był rok 1945?

To był rok 1944, październik to był dzień czwarty, piąty, już parę dni minęło, zatrzymałyśmy się. Zaczęłam się rozglądać za szkołą, zaczęłam chodzić do liceum – „Nauka i Praca” się nazywało w Częstochowie – zrobiłam maturę, wróciłam do Warszawy.

  • Okres po Powstaniu Warszawskim, jednocześnie moment zakończenia wojny pani spędziła w Częstochowie i tam pani zrobiła maturę.

Zrobiłam maturę.

  • W którym roku pani wróciła do Warszawy?

W 1946, zaraz się zapisałam na uniwersytet na polonistykę.

  • Po zakończeniu II wojny światowej była pani represjonowana, czy na przykład była pani świadkiem represji ze strony Armii Czerwonej?

Nie.

  • Nie była pani?

Nie.

  • Miała pani już święty spokój?

Miałam święty spokój, tak. Uniwersytet był legalny przecież, chodziłam na uniwersytet, uczyłam się z wielkim zapałem.

  • Już potem pani się nie angażowała w jakieś zgrupowania?

Nie, po pierwsze, z harcerstwem już skończyłam, bo to już zrobiło się czerwone harcerstwo, to już nie miałam ochoty się angażować. Ale normalnie już zaczęły się trudne lata po wojnie, w czasie Powstania przecież nie mieliśmy żadnego miejsca, mieszkaliśmy najpierw w sklepie.

  • W Warszawie?

W Warszawie, gdzie były tylko zasłonięte kocami drzwi i wystawy, bo nie było przecież miejsca. Później w spalonym domu na Kopernika, rodzice sobie wspólnie wyporządzili miejsce, gdzie można było żyć, to było na Kopernika, a jeszcze początkowo na to Polu Mokotowskim w domkach, ale to przejściowo, później jakiś czas na Kopernika. Uczyłam się, chodziłam, od razu przede wszystkim odżyłam, miałam duże towarzystwo, dużo koleżanek, kolegów ze studiów, z innych uczelni, jeździliśmy na wycieczki do Puszczy Kampinoskiej, zaczęło się inne życie.

  • Spotkała pani może kogoś już po 1945 roku, swoich przyjaciół, znajomych z okresu Powstania czy z okresu okupacji niemieckiej?

Tak, oczywiście, że spotkałam. Spotkałam moją przyjaciółkę Mirkę Zagajewską, spotkałam innych jeszcze, dowiedziałam się, że zginęła Maja i Kaja, dwie siostry zginęły na Starówce – bardzo mi bliskie, ale już dowiedziałam się, że zginęły. Wtedy również przyszły wiadomości o wielu osobach, że nie dotarły, że zginęły albo zostały wywiezione na roboty do Niemiec, ja uniknęłam tego.

  • Kiedy się państwo dowiedzieli o losie pani brata?

To trzeba by opowiadać zupełnie nową historię, powiem tylko [jedno, bo] to jest ciekawe. Ponieważ ojciec umarł w 1948 roku, zaczęłam od razu pracować, jednocześnie studiując. Kiedyś w pracy, w wydawnictwach pracowałam jako korektorka, potem redaktor, położono mi gazetę „Życie Warszawy” z taką wzmianką w gazecie, że pani taka i taka Niemka, mieszkająca tu i tu poszukuje krewnych osób, które były w obozie jenieckim, podany dokładnie adres tego obozu, gdzie był mój brat. Do niej natychmiast napisałam list, że jestem siostrą, że mam ocalałe fotografie, które przywiozła w swojej torebce moja matka, mam brata fotografie oczywiście z obozu, z więzienia nie, że mam fotografie, mogę jej zrobić odbitki, jeżeli chce, przysłać. Zaczęła się nasza znajomość bardzo sympatyczna, właściwie korespondencyjnie trwająca do dzisiaj. Po to jej było potrzebne, ponieważ robiła pracę doktorską na temat obozów jenieckich w tym zakresie, mieszkała niedaleko. Robiąc pracę doktorską, dzięki moim fotografiom, wzmiankom, natrafiła na miejsce, na losy mojego brata Tadeusza, że była wpadka, że był w Düsseldorfie w więzieniu, potem skierowali ich do Buchenwaldu, że zamordowali go w Buchenwaldzie. To jest taka zupełnie nowa historia, ale też ciekawa.

  • Ostatnie pytanie. Czy chciałaby pani powiedzieć coś na temat Powstania, czego jeszcze do dzisiaj nikt nie powiedział? Czy ma pani jakieś swoje przemyślenia?

Mogę powiedzieć, że mam osobisty niedosyt, że byłam za mało w tym Powstaniu, że nie mam jakichś żadnych osiągnięć, że byłam w takiej sytuacji, w jakiej się znalazłam. Ale dziękuję Bogu, że byłam, dziękuję Bogu za tych ludzi, których zobaczyłam, wspaniałych niektórych, odważnych, cudownych, którzy trzymali nas, a my staraliśmy się tylko pomagać. Mam wizję tego Powstania. Cieszę się, że byłam, że mogę coś przekazać ludziom, mam dwóch synów, mogę przekazać im, jeden pracuje na uczelni na uniwersytecie, drugi jest w Kanadzie, mogłam im przekazać i mogę. Czasem mnie się pytają, mam wnuka wspaniałego, który też lubi, jak mu czasem opowiadam. Jednym słowem jest to jakaś we mnie przeszłość, cieszę się z tego, naprawdę uważam, że to było wielkie przeżycie nas wszystkich, ale przeżycie niesłychanie ważne do końca życia i ważne dla Polski.



Warszawa, 16 marca 2011 roku
Rozmowę prowadził Maciej Kryczka
Barbara Leszczyńska Pseudonim: „Baśka”, „Julia” Stopień: łączniczka Formacja: Grupa „Krybar” Dzielnica: Powiśle, Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter