Bogusław Moszyński „Farys”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Bogusław Moszyński urodzony 3 grudnia 1924 roku w Warszawie. Pseudonim przed Powstaniem i w czasie Powstania miałem „Farys”.

  • Proszę opowiedzieć o domu, w którym pan się wychował.

Wychowałem się w domu rolników. Mieszkaliśmy blisko Warszawy, w Lubiczowie. Razem z bratem chodziliśmy do szkoły powszechnej.
Tam spędzaliśmy młodość do chwili wybuchu wojny. Brat był ode mnie młodszy dwa lata. Następnie uczęszczaliśmy do prywatnego gimnazjum w Warszawie na ulicy Leszno, róg Żelaznej. „Kolegium” nazywało się to gimnazjum. Do szkoły dojeżdżaliśmy autobusem. Miałem czternaście lat, kiedy wybuchła wojna.

  • Jak zapamiętał pan wybuch wojny?

Byłem razem z rodzicami. To był wrzesień. To był okres bardzo przykry dla nas, dlatego że od pierwszej chwili wojny zaczęły się bombardowania i głównie koncentrowały się wzdłuż traktów.
Rodzice byli przerażeni, bali się, że nasz dom, stojący blisko szosy Warszawa-Leszno, zostanie zbombardowany. Postanowili uciekać w kierunku Puszczy Kampinoskiej. Mieli znajomego we wsi Wólka Węglowa. Znajomy rodziców przyjął nas jak i innych uciekinierów. Cały dobytek rodzice zapakowali na duże rolnicze wozy i tam pojechaliśmy. Przez pierwsze tygodnie wojny niewiele było do jedzenia, ale chleb był wspaniały. Do dzisiaj pamiętam smak tego razowego, pieczonego przez nich w wiejskich piecach, chleba. […]
Tam wtedy nie wydarzyło się nic. Front niemiecki przeszedł obok tej wsi, część [przez] puszczę Kampinoską, część traktami przeszła, tak że nawet ich nie wiedzieliśmy. Kto oddalił się od tej wsi, to był ostrzeliwany przez patrole niemieckie, ale dzieci nie były puszczane nigdzie dalej. W momencie upadku Warszawy, skończył się atak niemiecki i wróciliśmy do domu.

  • Czy po powrocie do domu zaczął pan chodzić do szkoły?

Rodzice stwierdzili, że będzie najlepiej, jak pójdę do gimnazjum. Najbliżej było gimnazjum Zgromadzenia Kupców, róg Żelaznej i ulicy [Prostej] w Warszawie. Do tego gimnazjum zostałem zapisany i rozpocząłem [naukę]. Już nie pamiętam, jak długo Niemcy pozwolili nam chodzić. W każdym razie do tego gimnazjum chodziłem tylko rok i później był rzekomy tyfus, szkoły wszystkie zamknięto, gimnazja zamknięto i mowy nie było o kształceniu się. Wtedy rodzice w porozumieniu z dyrektorem szkoły załatwili kształcenie eksternistyczne, czyli w domu uczyliśmy się z bratem. Po prostu nauczyciele do nas przyjeżdżali.

  • Czy oficjalnie pan pracował?

Musiałem mieć zaświadczenie, bo inaczej bym wyjechał do Rzeszy na roboty przymusowe. Wobec tego oficjalnie pracowałem u rodziców w rolnictwie czy warzywnictwie. Natomiast później pracowałem przez parę miesięcy w urzędzie gminy jako urzędnik, żeby mieć kartę pracy. Poza tym miałem załatwione przez ówczesne władze gminne, zaświadczenie, że pracuję w rolnictwie, pomagam ojcu. Tak że arbeitskartę miałem. Ale żeby jeszcze uchronić mnie przed ewentualnymi łapankami, wywózką ojciec namówił mnie, żebym się zapisał do Ochotniczej Straży Pożarnej w Babicach, to jest parę kilometrów od miejsca zamieszkania rodziców. Tam należałem do straży, niedzielne zbiórki, dostałem mundur i to było cudowne rozwiązanie na okres okupacji. Jak później zacząłem studia w samej Warszawie, ale to już następne lata, paradowałem w tym mundurze, to Niemcy mnie nie zatrzymywali. Nie miałem żadnych incydentów.

  • Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy zetknął się pan z konspiracją.

Z konspiracją zetknąłem się na początku okupacji, koledzy, którzy wokoło mieszkali, wszyscy tam rwali się do konspiracji i powiedzieli mi, że pracują, że należą do AK …chyba, nie wiem. W każdym razie nieformalnie zostałem od razu przez nich wciągnięty. Obarczono mnie pracą konspiracyjną w postaci rozrzucania ulotek, pisania na płotach symboli „Polski Walczącej”, AK, … Ale to było nieformalne. Dopiero później wstąpiłem do AK, jak zacząłem studia.

  • Pamięta pan, kiedy to było?

Tak, w 1943 roku. Zdałem maturę najpierw na tajnych kompletach i pod patronatem tej szkoły, w której zacząłem gimnazjum i liceum… Nauczyciele byli bez pracy, przecież umierali z głodu, więc każda praca nawet ciężka [była przez nich pożądana], rodzice płacili im pensję. Tu warto powiedzieć, że uczył mnie i brata, przyjeżdżał do nas profesor Michajłow, później członek PAN-u, postać bardzo [znana]. Ten człowiek był tak uniwersalny, że potrafił uczyć i francuskiego, i łaciny, i historii, i wszystkie przedmioty z gimnazjum i z liceum przerobiłem z domu. Nie tylko on, inni nauczyciele też przyjeżdżali, ale ten był najdłużej i najbardziej godny zaufania. Jemu zawdzięczam własne średnie wykształcenie.
Po zdaniu matury, to było w 1943 roku, na takim właśnie tajnym egzaminie, znowu za pośrednictwem i namową profesorów wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski na wydział lekarski. To rodzicom odpowiadało i zacząłem studia. Studia to się tak mówi dzisiaj, a to były tajne komplety, to były pięcio-, dziesięcioosobowe grupki, które w prywatnych mieszkaniach miały codziennie wykłady. Kłopot był największy na medycynie, bo nie było dostępu do prosektorium. Nie można było robić żadnych ćwiczeń, bo Niemcy natychmiast by wszystkich aresztowali, ale my przy pomocy wypożyczanych kości, czaszek, atlasów, nadrabialiśmy to, czego nie mogliśmy zrobić na pierwszym roku medycyny w prosektorium.
W każdym razie do 1944 roku studiowałem właśnie w taki sposób medycynę, a równocześnie już formalnie zostałem wprowadzony do AK. Przez znajomych, u których byliśmy na imieninach, poznałem chłopaka, który powiedział: „Ty nie jesteś w AK?! To jak to?!”. Mówię: „Jestem, ale tam pod Warszawą i tak nieformalnie”. I dał mi kontakty.

  • Pamięta pan, jak ten kolega się nazywał?

Wiem, że [on miał] chyba [nazwisko] Kobielski, a pseudonim „Szczęsny”. On nota bene był później w tej samej grupie kompanii „Grażyny”, w której ja byłem. On mnie formalnie wprowadził. Zostałem wprowadzony do grupy, ponieważ już byłem po maturze, studiowałem, wobec tego natychmiast skierowali mnie na studia dla podchorążych, na tak zwaną „Podchorążówkę”. Oczywiście, też tajną, w różnych punktach u znajomych były spotkania. Byłem kierownikiem sekcji „Piusa” w „Podchorążówce”, którą skończyłem tuż przed wybuchem Powstania.
Z podchorążówki po zdaniu egzaminów ta sekcja została przydzielona do kompanii „Grażyna”. Wiem, że dowódcą plutonu był kolega, który miał pseudonim „Kocio”. Ja, jako kapral podchorąży, zostałem kierownikiem tej grupy, drużyny chyba i otrzymałem przydział, do Zgrupowania „Gustaw-Harnaś”, kompania „Grażyna”. W porozumieniu z tym oddziałem mieliśmy spotkania i dostałem namiar na punkt spotkania na godzinę „W”. Zbiórkę mieliśmy na ulicy Sienkiewicza. […] Oczywiście ubrałem się w mundur strażacki, żeby dojechać bezpiecznie. Wziąłem jedyną broń, którą zabrałem ojcu. Miał schowany swój stary maleńki pistolet „siódemkę” FN-kę i pojechałem. O czwartej wyjechałem z Woli, bo wtedy, ze względu na studia i konspirację w Warszawie rzadko mieszkałem u rodziców, a raczej u brata ojca na ulicy Moczydło 9 albo 11. Tej ulicy [już] nie ma, była w środku obecnego parku Sowińskiego obok ulicy Elekcyjnej. Elekcyjna jest, park [Szymańskiego] objął ulicę Moczydło. Stryj miał tam dom, gospodarstwo rolno-warzywne w Warszawie, i u nich mieszkałem wtedy, kiedy nie mogłem jechać do domu. U nich również często mieliśmy spotkanie grupy podchorążaków, którzy tam się uczyli. To było troszkę na odludziu, kilka domów tylko obok w polu między Górczewską a Wolską, dość ustronne miejsce, dobre na konspirację.

  • Kiedy pan się dowiedział o godzinie „W”?

Najpierw kilka dni przed 1 sierpnia i natychmiast zostało odwołane, to było chyba dwa, trzy dni przed, o ile dobrze pamiętam. Przepraszam, ale moja pamięć już nie jest ta co dawniej. Natomiast później byłem zawiadomiony już przez łączników. Chyba w domu mnie zawiadomili, że to jest godzina „W”, że o siedemnastej na ulicy Sienkiewicza, wiedzieliśmy gdzie, [ale] już nie pamiętam, jaki numer domu, był lokal konspiracyjny tej grupy, kompanii „Grażyna”.
Nie dojechałem tam, bo do godziny wpół do piątej jechałem tramwajem ulicą Wolską, wtedy inaczej jeździły tramwaje niż dzisiaj, nie dojeżdżając do placu Żelaznej Bramy, rozpoczęła się strzelanina. Tramwaj stanął. Wszyscy ludzie uciekli do najbliższych bram. Gdzie Niemcy byli? Nie wiem, nie mam pojęcia, ale już był ostrzał. Wobec tego znalazłem się w najbliższych domach na ulicy Grzybowskiej, nie wiedząc, co z sobą zrobić.
  • I jaką decyzję pan podjął?

Po prostu w bramach gromadzili się też inni młodzi ludzie i, tak samo jak ja, mówili, że nie zdążyli dojechać na miejsce zbiórki. Tam znalazł się oficer AK, później dowiedzieliśmy się, że to był pan kapitan „Janusz”. […] Nazwisko jego było […] Mariusz Westfal. Należał do grupy pułkownika „Radwana” w Śródmieściu, też nie dojechał, tak jak my. Zorganizował kilkunastu chłopców, którzy gromadzili się po bramach. Natychmiast rozeszła się wieść między młodzieżą, że tu jest ktoś, kto organizuje grupę akowców, pan kapitan „Janusz”. Przesiedzieliśmy w bramach do wieczora. Kapitan powiedział, że postara się nam pomóc. Która to godzina już była, nie wiem.
Zorganizował półciężarówkę i dekawkę malutką osobową. W nocy zaczęła się burza niesamowita, straszna ulewa, pioruny. Kapitan podjechał zdobytą ciężarówkę, wszyscy załadowaliśmy się na nią i przejechaliśmy przez ulicę Marszałkowską, prosto, nie wiem czy to była Szpitalna, czy… W każdym razie wjechaliśmy na plac Dąbrowskiego. Strzelali do nas wzdłuż Marszałkowskiej z okolic ogrodu Saskiego, ale nikomu nic się nie stało. Podjechaliśmy na placu Dąbrowskiego pod dom 2/4, pamiętam.
Tam stała warta, nie wiedzieliśmy, ale tam chyba była kwatera właśnie pułkownika „Radwana”, był gdzieś w pobliżu. W każdym razie powiedzieliśmy, że jesteśmy powstańcy, więc nie strzelali, tylko nas wpuścili do tego domu. Pan kapitan „Janusz” powiedział, żebyśmy czekali, że on się zajmie [nami], gdzieś nas umieści.

  • Jak duża grupa była osób zebranych przez kapitana „Janusza”?

Kilkanaście osób to na pewno. W każdym razie ta grupa się później rozsypała. Powstańcy, którzy już obsadzili ten dom 2/4 na placu Dąbrowskiego powiedzieli, żebyśmy im pomogli, że nie mają ludzi. Dostałem karabin. i postawili mnie na posterunku przy oknie, żebym obserwował plac Dąbrowskiego. Wiem, że po tej nocy spałem gdzieś w tym budynku pod ścianą. To, czego całe życie nie zapomnę, [to] nalot sztukasów, które bombardowały właśnie ten dom. Ale nie zbombardowały, zrzucili jedną bombę, która przeleciała przez sąsiednią ścianę, pod którą spałem, doleciała do parteru, utkwiła [w podłodze] i nie wybuchła. To był pierwszy moment, gdzie mogłem zginąć, a tak się stało, [że] przeżyliśmy. Oczywiście, kurz, pełno dymu, ale jak dowiedzieliśmy się, że nikt nie zginął, była radość. Później, w tej chwili nie przypomnę sobie, w jaki sposób, czy kapitan „Janusz” zaczął szukać tych swoich chłopców, których przywiózł, czy my jego, w każdym razie nawiązaliśmy z nim kontakt. Spytał mnie, czy jestem strażakiem, bo miałem mundur oficera Straży Pożarnej, czy znam się na pożarnictwie. Mówię: „Znam [się], ćwiczyłem innych strażaków”. „Wobec tego – mówi – rozmawiałem z pułkownikiem »Radwanem«, dowódcą odcinka, i postanowiliśmy stworzyć oddział przeciwpożarowy. Domy się palą, nie mamy czym ratować, bo straż nie istnieje”. Załatwił nam zakwaterowanie w pobliżu placu Dąbrowskiego, przy ulicy Kredytowej 3. To był olbrzymi budynek, przypominam sobie, Gazowni Miejskiej.
Otrzymałem polecenie stworzenia oddziału Wojskowej Straży Pożarnej. Zorganizowałem piętnastoosobową grupę chętnych. Miałem polecenie wyszukania sprzętu przeciwpożarowego. Dowiedzieliśmy się, że zajęty został budynek PKO na Świętokrzyskiej i ktoś tam widział motopompy, znaleźliśmy te motopompy.
W ciągu kilku dni, już byliśmy oddziałem [Wojskowa Straż Pożarna]. Kapitan „Janusz” mianował mnie swoim zastępcą. Sprowadziliśmy węże gaśnicze przeciwpożarowe, dwie motopompy, otrzymaliśmy tylko łopaty, bosaki, sprzęt podręczny przeciwpożarowy. To wszystko zgromadziliśmy na podwórku przy Kredytowej 3, tego domu, w którym mieliśmy kwaterę. Tak to wyglądało na początku.

  • Jak przebiegała pana służba w Powstaniu?

Dopiero później dowiedziałem się, że kompania „Grażyna”, do której miałem się zgłosić, miała pozycje na Królewskiej, na Mazowieckiej, na placu Napoleona. Moi koledzy już tam byli, później się z nimi spotkałem, ale miałem już [inny] przydział.
Zaczęliśmy przede wszystkim gasić te domy, które paliły się wokół. Królewska to była straszna ulica, bo z jednej strony okopy niemieckie, nieustanny ostrzał Królewskiej i bez przerwy ataki na oddziały, które broniły tych domów. Zapalali je albo pociskami, albo nalotami, te domy były później jednym gruzowiskiem, a my staraliśmy się je gasić.
Mieliśmy o tyle szczęśliwą sytuację, że na placu Dąbrowskiego w czasie okupacji były wielkie zbiorniki wody, baseny odkryte. Wśród tych piętnastu należących do oddziału chłopców znalazło się dwóch, którzy potrafili uruchomić motopompy. Zgromadziliśmy węże i rozpoczęła się akcja gaszenia tym, czym można było i gdzie było można. Jeśli to był jakiś dom odległy od miejsca, gdzie było źródło wody, to wtedy trzeba było gasić wodą, którą ludność cywilna miała, na razie jeszcze woda była. Poza tym ten oddział był używany do wszystkich innych prac, do których był potrzebny. Już w tej chwili nie pamiętam kiedy to było, ale wiadomo, że z żywnością było krucho. Ktoś poinformował dowództwo kompanii sąsiednich, a tam był 1114 [kompania ppor. Andrzeja Prawdzica, kompania por. Żmudzina i inne ze zgrupowania „Bartkiewicza”], kilka kompanii broniło Królewskiej, miedzy innymi [kompania] „Grażyna”, że znaleźli w browarze „Haberbuscha” magazyny zboża. Wobec tego chłopcy polecili nam, żebyśmy pomogli przenosić to do nas na Mazowiecką. Nasze kuchnie polowe później gotowały kaszę i właściwie na tej kaszy przeżyliśmy całe Powstanie, bo innych źródeł nie było, chyba że jakieś konserwy, [zapasy] z sąsiednich restauracji, ale to na bardzo krótko starczyło. Był olbrzymi nalot i zbombardowana została Filharmonia Warszawska, masę osób zasypanych. Wszyscy pomagali odgruzowywać i ratować zasypanych ludzi.
Tutaj mam kolejny moment, którego w życiu nie zapomnę, tak jak tej bomby, która nie wybuchła. W czasie odgruzowywania, nie miałem łopaty, nic, byłem dowódcą tej drużyny, usłyszałem płacz dziecka. Zacząłem odrzucać rękoma cegły, taka sterta cegieł była. Jak parę cegieł odrzuciłem, to ten płacz dziecka przybliżył się, więc zacząłem energicznie robić dojście do […] tego dziecka. Słychać było, że to jest dziecko. Na tyle duży otwór zrobiłem, że zobaczyłem skulone gdzieś pod filarem, przycupnięte, małe dziecko. Zacząłem powiększać ten otwór, żeby je wyjąć, a ono było w szoku, złapało cegłę i chciało we mnie uderzyć, myślało, że [to] nieprzyjaciel. Na szczęście cegła odbiła się i nie trafiła we mnie, tylko obok. Dziecko uspokoiło się, wyciągnęliśmy je. Ale to był taki moment, którego się nie zapomina. W każdym razie to była jedna z funkcji naszej drużyny przeciwpożarowej – gaszenie, odgruzowywanie, ratowanie ludzi, gdzie się dało. W ten sposób dzień za dniem nam mijał.

  • Był pan na Królewskiej do…?

Tak, byłem na Królewskiej do końca. Oddział mój był chyba do 7 września. Czasami trzeba było wzmocnić [inne] oddział, [bo] nie było ludzi, na przykład przy ataku na komendę policji przy kościele Świętego Krzyża. Kilku chłopców ode mnie pobiegło tam, dostało broń, żeby bronić ten odcinek, później drugi na placu Napoleona. To był zresztą taki okres, że Niemcy zaczęli atakować już tutaj Śródmieście nie tylko od Królewskiej, ale i te sąsiednie [ulice]. I tak to było. Natomiast nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale gdzieś koło 7 września chyba padło Powiśle i wtedy Niemcy postanowili (oczywiście nasze dowództwo natychmiast o tym się dowiedziało) skoncentrować atak i zlikwidować północną część Śródmieścia, w której byliśmy. To był sygnał dla dowództwa, żeby się przenieść z placu Dąbrowskiego gdzieś dalej, bo tu zostali by natychmiast zlikwidowani, czy dostaliby się do niewoli.
Wtedy pułkownik „Radwan” przeniósł całe dowództwo na ulicę Widok. O tym nie wiedziałem, dowiedziałem się teraz dopiero z publikacji książkowych. Ale wiedziałem jedno, że mój dowódca, kapitan „Janusz”, zarządził ewakuację, powiedział: „Tu już mamy pompy zniszczone, węże nieczynne, nie ma czym ratować, a tutaj szykuje się atak. Przenosimy się do innego miejsca bliżej Alej Jerozolimskich”.
Uważałem, że to jest nie honor zostawić kompanię, przy której się żywiliśmy i z którą kwaterowaliśmy razem, a była to 1. kompania „Andrzeja Prawdzica”. Utrzymywała pewien odcinek na Królewskiej. Niemcy mają tu atakować, to my nie powinniśmy uciekać, tylko tu się bronić. Namówiłem swojego zastępcę, to był kapral podchorąży „Boruta”, nie znam nazwiska jego niestety. Poszliśmy do dowódcy tej kompanii, to był podporucznik „Prawdzic”, nazywał się Kazimierz Czyż. To był podporucznik „Andrzej Prawdzic”. [Stąd 1 kompanie] nazywano kompanią „Andrzeja” i to wszyscy wiedzieli. Poszedłem do niego i powiedziałem, że nie chcę uciekać, chcę zostać i pomagać tutaj w obronie, ludzi jest coraz mniej. Powiedział: „Dobrze. Zostańcie, obu was przyjmę do swojej kompanii”. Bo inaczej to byłaby dezercja właściwie, ale z jego wiedzą zostaliśmy.
Te ataki zostały jakoś odparte i 20 września pułkownik „Radwan” rozwiązał nasz oddział W.S.Poż [Wojskowej Straży Pożarnej], dlatego, że już nie było czym gasić, nigdzie już nie było wody, nie było sprzętu i właściwie byliśmy tylko osobami mogącymi walczyć, a nie mogącymi już uprawiać ratownictwa. 20 września rozwiązał WSPoż i skierował nas wszystkich, którzy z mojego oddziału z kapitanem „Januszem” przeszli na Widok, do 1 kompanii właśnie tej, przy której byliśmy, [kompani] „Andrzeja Prawdzica”. Oficjalnie zostaliśmy wcieleni, został stworzony specjalny pluton, chyba pluton „Natana”, z tego mojego dawnego oddziałku przeciwpożarowego. 20 września to były już ostatnie dni Powstania. Broń dostałem, bo były zrzuty wzdłuż Królewskiej na te ruiny. Rosjanie zaczęli w nocy latać kukuruźnikami. To były samoloty tak pyk, pyk, pyk, niziutko latające. Bez żadnych spadochronów zrzucali worki. Wiem, że zrzucili parę worków ruskiej tuszonki i między innymi zrzucali broń. Otrzymałem z tego zrzutu pepeszę. To był pistolet maszynowy, który miał bęben u dołu, pepesza. Z tej pepeszy nie miałem okazji już ani razu strzelać, tylko spróbowałem, czy działa, działała. Byłem bardzo dumny, bo wreszcie byłem uzbrojonym powstańcem, ale to były już ostatnie chwile Powstania.
Chyba 1 października zostało podpisane zawieszenie broni, Powstanie wygasło. Byliśmy przerażeni, chcieliśmy się buntować, mieliśmy żal straszny do dowództwa, że jeszcze żyjemy, jeszcze mamy broń i to, że jedna trzecia chyba zginęła już z tej kompanii, to nieważne, my chcemy walczyć. Jak można poddać się Niemcom?! Ale rozkaz był rozkazem. Kapitan „Andrzej Prawdzic”, dowódca kompanii, zebrał wszystkich, każdemu wręczył żołd za cały okres pobytu, dostałem papierek, który pierwszy raz w życiu widziałem, dwudziestodolarowy. Powiedział, że konwencja została podpisana. „Bór” Komorowski załatwił, że jesteśmy kombatantami i że nas będą traktowali Niemcy jak żołnierzy i idziemy do niewoli. Mnie jeszcze mianował podporucznikiem, dostałem nową legitymację od niego. Mówi: „Kolego, trafi pan do obozu oficerskiego, jeśli pójdziemy do obozów. Wiem, jak pan pracował, i należy się to panu”.
Jeśli chodzi o nagrody, byłem dwukrotnie przez kapitana „Janusza” wyznaczany do Krzyża Zasługi z Mieczami, podobno taki był, ale niestety w żadnym rozkazie od pułkownika „Radwana” to się nie znalazło i nie otrzymałem tego odznaczenia. To by było w skrócie to, co pamiętam w tej chwili z mojego okresu walki powstaniowej.

  • Jak pan zapamiętał Niemców w Powstaniu?

Zapamiętałem ich z czasu okupacji, nie z samego Powstania. Te łapanki na każdym kroku, żandarmerię, posterunki.

  • A w czasie Powstania?

W czasie Powstania nie miałem z nimi styczności, mówiąc szczerze. Miałem styczność dopiero jak padła [PAST-a]. Zresztą nie wspominałem tutaj, ale też nasz oddział W.S.Poż pomógł w zdobyciu PAST-y, tego strasznego punktu, który ostrzeliwał cały teren, bo to był bardzo wysoki budynek. Nota bene, jednego z moich żołnierzy postrzelili, miał amputowaną nogę. Tak że to było nieszczęście, nigdzie nie mogliśmy się ruszyć, bo wszędzie był ostrzał z PAST-y na Zielnej. Nie mogliśmy zdobyć tego budynku, inne oddziały też próbowały go zdobyć. Postanowili w końcu, że ten budynek zostanie spalony i że w ten sposób wykurzy się Niemców. Wobec tego dostałem polecenie, żeby uruchomić motopompy jak najbliżej tego budynku. Inne oddziały pomogły nam nagromadzić benzynę i ropą naftową, to wszystko zmieszali w jakichś zbiornikach i mieliśmy ostrzyknąć budynek PAST-y ropą, później podpalić, i w ten sposób wykurzyć Niemców. Do tego nie doszło. Owszem, jeden taki strumień ropy wypuściliśmy. Chłopcy z miotaczami ognia podbiegli tam i jeszcze puścili swoje płomienie, ten budynek zapalił się, ale jeden czy dwóch tych miotaczy zginęło przy tym. Nas ostrzeliwali, byliśmy na sąsiednich podwórkach i na placu Dąbrowskiego, gdzie był zbiornik wody. Jak tylko PAST-a miała zostać zdobyta, to mieliśmy ją ugasić, bo wtedy Niemców by już w niej nie było. To, co myśmy podpalili, to samo jakoś na szczęście wygasło, ale Niemcy się poddali i to wtedy widziałem umorusanych Niemców. Zresztą nie wiem, czy to byli Niemcy, czy współpracujący z Niemcami żołnierze, ci, którzy nas tak maltretowali. Widziałem, jak z tego podziemia wychodzą do niewoli, satysfakcja olbrzymia. Zwinęliśmy nasze motopompy i wróciliśmy na miejsce postoju. Poza tym zetknąłem się drugi raz z Niemcami w momencie zdawania broni, jak się już szło do niewoli.
  • Czy miał pan kontakt z ludnością cywilną? Jak ludność cywilna reagowała na powstańców?

Z ludnością cywilną tak, chodziliśmy nie ulicami, tylko z jednej piwnicy do drugiej, było pełno ludzi, którzy tam mieszkali, spali, gotowali. Mimo że byłem w mundurze strażackim, więc to nie był mundur [wojskowy], ale wiedzieli, że powstaniec, z opaską, w hełmie. Nie spotkałem się z wrogim nastawieniem. Ludność była bardzo pozytywnie cały czas [nastawiona]. Później już była tak zmaltretowana i biedna, że tylko było można współczuć i pomagać, gdyby w czymś można było pomóc, nie bardzo mogliśmy.
Jest jeszcze jeden moment, który całe życie będę pamiętał. Mianowicie, kiedy już miałem swój oddział i motopompy, kwaterowaliśmy na Mazowieckiej. Naprzeciwko domu, plac Dąbrowskiego 2/4, gdzie nota bene później się dowiedziałem, było dowództwo, stał olbrzymi ośmiopiętrowy budynek, stoi do dzisiaj, między Mazowiecką a placem Dąbrowskiego. Mieszkańcy tego budynku i wszyscy inni ludzie uważali, że to jest najlepszy schron w Warszawie, bo ma osiem pięter, że bomba zburzy tylko górne piętra.
Załatwiałem coś na placu Dąbrowskiego i przez podwórko szedłem na Mazowiecką do Gazowni na swoją kwaterę. W tym momencie nadleciały samoloty niemieckie, sztukasy. Uważam, że to jest opatrzność boska, a może to jest przypadek. W każdym razie zacząłem biec przez podwórko w kierunku tego pewnego schronu. Do niego nie dobiegłem, bo ze sto metrów przed tym budynkiem [rozległ się] straszny huk, zostałem przewrócony i rzucony pod garaże, z dwóch stron były, pod jeden z tych garaży, przewróciłem się, a ten sztukas zrzucił bombę nie z góry, nie przez dach, tylko one tak nurkowały nisko, że ta bomba poleciała ukosem i przez ścianę domu dosłownie wpadła do piwnicy i tam wybuchła. Pełno ludzi uciekających. Nie zdążyłem dobiec, bo też tam byłbym. Pół dnia, mieszkańcy i inni ludzie, pomagali i wyjmowali ofiary. Ułożyliśmy stos trupów, które ta jedna bomba zabiła. Trzeba pecha, żeby nie trafiła z góry w dom, nie zawaliła domu, gdzie można było odkopać ludzi, tylko wpadła prosto do piwnicy, gdzie byli ludzie. To był moment w życiu, którego nie powinienem przeżyć i którego nigdy w życiu nie zapomnę.

  • Czy w czasie Powstania miał pan dostęp do prasy, radia, czy uczestniczył pan w mszach świętych?

Niestety uczestniczyłem najczęściej w pogrzebach kolegów nawet z innych kompanii, a poza tym była chyba jedna msza święta odprawiona na tyłach czy podwórku budynku przy Kredytowej lub budynku sąsiedniego.
Jeśli chodzi o wiadomości, to mieliśmy „Biuletyny…”, nasłuchy z naszej radiostacji „Błyskawicy” i były publicznie, głośno czytane wiadomości przez dowództwo kompanii naszej lub sąsiedniej. Oczywiście człowiek był żądny tych wiadomości, czy nam wreszcie przyjdą z pomocą czy nie, czy będzie jakiś zrzut z zachodu czy nie, czy będzie desant, czy nie. Przecież tym żyliśmy, to była jedyna nasza nadzieja, teraz wiemy jak złudna.
Także życie religijne… Księża bez przerwy byli między nami, ale mszy nie było tutaj odprawianych na tym odcinku akurat.

  • Proszę opowiedzieć o zdawaniu broni?

Tragiczny moment. Najpierw mieliśmy polecenie oddać amunicję, żeby żadnej amunicji nie mieć, później, że będziemy szli oddziałami z bronią bez amunicji i będziemy zdawali ją tam, gdzie Niemcy nam każą. Nie miałem sumienia pistoletu ojca oddać Niemcom, więc gdzieś go zakopałem, przy jakimś cmentarzyku. Tam była kawiarnia na Mazowieckiej, nazywała się „U aktorek”, i tam obok był na podwórku cmentarz. Na nim właśnie wszystkich biedaków chowaliśmy, którzy zginęli w tym domu i gdzieś tam tę broń zakopałem, a z pepeszą szedłem dalej. I to był przykry moment, bo, wiadomo, człowiek był żołnierzem i żal mu było rozstać się z bronią. Doszliśmy czwórkami w szeregach, nie powiem jakimi ulicami, ale na plac Narutowicza, gdzie cały „Dom Akademicki” był zajęty przez Niemców, wobec tego nie był zniszczony. Przed wejściem są wysokie schody, jak się wchodzi do akademika, tam później mieszkałem przez kilka miesięcy jako student, stali w rozkroku i gestapowcy i wermachtowcy, były rozłożone kosze wiklinowe i do tych koszy wrzucało się naszą broń. Oddziały przechodziły, wrzucały, z jednej i z drugiej strony stały te kosze, Niemcy kpili sobie, żartowali, że „To jest to wojsko, widać jakie uzbrojenie, co oni mają”. Tworzyliśmy kolumnę i przechodziliśmy dalej. Mieliśmy pójść do niewoli do Ożarowa. To był moment bardzo przykry. Bardzo przykry.

  • Szła pana grupa w stronę Ożarowa…

Dalej moja grupa szła, oczywiście, wszyscy [mieli] plecaki, bo wiedzieliśmy, że idziemy do niewoli. Mundurek mój prawie zdarł się, więc jakieś [ubranie], przecież były całe domy puste, można było [zorganizować]. Zresztą nasze sanitariuszki nam organizowały bieliznę, ubranie, plecaki. Miałem wielki plecak, tak że ledwo szedłem z tym plecakiem, grube futro do kostek, tylko furażerkę miałem niemiecką Hitlerjugend z opaską oczywiście, to była głupota nawet wówczas. Z placu Narutowicza wyszliśmy na dzisiejszą szosę poznańską i przechodziliśmy przez Jelonki. Później mieliśmy iść prosto do Ożarowa i tam był pierwszy obóz, punkt zborny.
Przed Ożarowem zobaczyłem zdumiony, że ludzie tu mieszkają, chodzą, furmanki jeżdżą po szosie, a my obok nich pilnowani przez wehrmachtowców idziemy kolumną do niewoli. Wobec tego podszedłem do swojego dowódcy, do porucznika „Andrzeja Prawdzica”, dowódcy kompanii, i powiedziałem: „Panie poruczniku, mam przy sobie dowód osobisty z tej okolicy, bo mieszkam pod Warszawą, dwa kilometry stąd mieszkają moi rodzice. Czy mogę uciekać? Nie chcę iść do niewoli”. Powiedział: „Kolego, w życiu żaden oficer nie poleci żołnierzowi, a tym bardziej wam, oficerowi, pójść do niewoli. Jeśli wam się uda i chcecie, to na swoją odpowiedzialność uciekajcie”.
Akurat we wsi Chrzanów, za Lazurową zrobili postój. Wszyscy zmęczeni, cała kolumna, do rowów [weszliśmy], zdjęliśmy plecaki i odpoczywaliśmy. Zobaczyłem, że idą cywilne. Trzy dziewczyny szły w przeciwną stronę niż my szliśmy, szosą od Ożarowa. Pomyślałem: „Może mnie znają”. Przecież znałem tam młodzież, tam mnie wciągnęli do tego pierwszego kontaktu z armią podziemną. Wobec tego podszedłem po prostu, obok wermachtowcy stali z karabinami, do tych dziewczyn i przedstawiłem się, że jestem Moszyński. Nazwisko było znane w okolicy, wszyscy tam znaliśmy się. „Co ty tu robisz?!”. Mówię: „Idę do niewoli”. „To chodź z nami! Uciekaj!”. Opuściłem spodnie, bo miałem niemieckie saperki na nogach, opaskę czym prędzej pomogły mi zdjąć, wzięły mnie pod rękę i poszliśmy w przeciwną stronę od leżącej kolumny.

  • A wehrmachtowcy nie zareagowali?

Nie wiem, czy widzieli, czy akurat patrzyli gdzie indziej w momencie, jak do tych dziewczyn poszedłem, a później już stałem między nimi ubrany po cywilnemu, dziewczyny przecież też cywilne, więc mogli nie widzieć. A może nie chcieli? Tego nie wiem. Dosłownie w pięć minut później, one się obejrzały i mówią: „Jedzie bryczka”. Zatrzymały, to był ich znajomy, mówi: „Wsiadaj”. Razem ze mną wsiadły. Pół kilometra dalej był ich dom, skręciliśmy do niego. Uciekłem z niewoli..

  • Jak potoczyły się pana losy dalej?

Przede wszystkim dobrze mnie nakarmili, pierwsza kolacja. Bałem się za dużo zjeść. Wyspałem się, później spytałem, czy wiedzą, czy rodzice żyją i co się tam dzieje. Mówią: „Nic nam nie wiadomo. Wszyscy tu jakoś żyjemy. Tak jak my, tak samo i twoi rodzice pewno są”. [Do domu] miałem trzy, cztery kilometry, [od razu] przez pola ruszyłem do domu, do rodziców. We wsi Chrzanów, mieszkali dwaj bracia matki, więc wstąpiłem po drodze do jednego z nich, żeby dowiedzieć się, co się dzieje u rodziców. Mówią: „Wszystko dobrze u twoich rodziców, u was, tylko wszędzie stoją Niemcy. Czy w waszym domu i czy wyrzucili rodziców, tego nie wiemy. Tu u nas ich nie ma, ale tam wszędzie są ci, którzy z wami walczyli w Powstaniu”. Ale mimo to poszedłem, zresztą byłem już całkowicie cywilnie przebrany, miałem dowód osobisty z tamtego [rejonu], więc o tyle nie musiałem się bać.
Już z daleka rodzice zauważyli, że ktoś idzie przez pola. Ktoś wybiegł, zobaczył, że ja [idę] […] Nie muszę mówić, co [to] była za radość. Matka całe te sześćdziesiąt trzy dni płakała i patrzyła na pożary w Warszawie. Oczywiście rodzice byli wyrzuceni z domu. Mieszkali w dwóch pokoikach maleńkich. To były pokoiki, w których mieszkały dziewczyny przyjeżdżające do pracy z Końskich, z dalszych okolic, ze wsi.

  • Co pan robił po powrocie do domu rodzinnego?

Przede wszystkim Niemców zaintrygował młody chłopak, który przyszedł, nagle pokazał się, więc musiałem się natychmiast ukryć. „Kto to jest?! Skąd się wziął?!”. Ojciec powiedział: „To jest mój syn, w sąsiedniej wsi pracował u mojego kuzyna w rolnictwie”. Czy nie uwierzyli, tego nie wiem, w każdym razie przestałem się pokazywać, żeby się nie rzucać w oczy.

  • Gdzie się pan ukrywał?

Nie, nie mogłem się ukrywać. Wróciłem do rodziców, jako syn, mieszkałem normalnie u rodziców, tylko jak najmniej pokazywałem się. Cały dom został zajęty, całe podwórko, wszystkie pomieszczenia gospodarcze [zostały zajęte] przez samochody niemieckie. Był to oddział, który zaopatrywał walczących na froncie przeciw powstańcom. Tak że do momentu właściwie…

  • Kiedy Niemcy wycofali się stamtąd?

To był 5. października. Niemcy Warszawę opuścili [dopiero] w styczniu 1945 roku. Do tego czasu… Oddziały zmieniały się jeszcze, ten oddział odszedł, przyszedł drugi. Oczywiście, mieszkania nie oddali, tylko dalej je zajmowali, wybudowali na podwórku olbrzymi hangar na samochody niemieckie. Koło Jabłonnej czy gdzieś w okolicy, tam były walki. Zaopatrywali tych, którzy dalej walczyli. Ale już przestali się mną tak interesować, bo to inne oddziały przyszły. I było [prawie przez trzy miesiące: październik], listopad, grudzień, kiedy nagle w nocy stwierdziliśmy, że Niemcy uciekają. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wszystkie swoje samochody zabrali błyskawicznie, rzeczy, co nie zdążyli, to zostawiali.
  • Czy to był jeszcze grudzień, czy styczeń?

To był 16 styczeń. Później się okazało, że to był moment, kiedy Rosjanie przeszli Wisłę pod Magnuszewem i zaczęli [atakować Niemców], to, co powinni zrobić przed Powstaniem, to zrobili wtedy, a drugi odcinek [przerwania frontu] od Jabłonnej zaatakowali. Niemcy przestraszyli się, że zostaną wzięci w kocioł i taki był [zamiar Rosjan. Duży kocioł od Magnuszewa po Jabłonną miał być zamknięty pod Sochaczewem].
Zostaliśmy wolni. Nikogo nie [było].Ten moment pamiętam, bo to był… To był styczeń chyba… 17. stycznia było to sławne wyzwolenie Warszawy przecież, a 19. stycznia były matki imieniny i my [dojechaliśmy] już w wolnej, niezupełnie wolnej, ale wtedy myśleliśmy, że w wolnej Polsce jesteśmy.
Moment, o którym warto wspomnieć – moje pierwsze zetknięcie z żołnierzem radzieckim. Wyszedłem właśnie w dniu imienin matki przed dom, pusto, wszystko pokryte śniegiem, chciałem zobaczyć, jak to ślicznie wygląda. Cisza wszędzie, nie ma samochodów ani ludzi, wszyscy siedzą pochowani. Otwieram bramkę i nagle ktoś krzyczy: „Nie ruszaj się! Nie ruszaj się!”. Okazało się, że to był żołnierz radziecki w czapeczce [z czubkiem], niższy ode mnie, w długim szynelu, z karabinem, mierzył do wrony, która siedziała na naszym drzewie. I ta wrona mu uciekła, zaklął po rosyjsku, poczłapał sobie gdzieś tam. To było moje zetknięcie z Armią Radziecką.
Natychmiast zacząłem sprawdzać, co się dzieje z uniwersytetem, Warszawy nie ma, jest Praga. Chyba z ojcem poszliśmy na drugą stronę Wisły, bo doszły już do mnie wiadomości, już prasa zaczęła wychodzić, że uniwersytet [nasz]. W każdym razie dowiedziałem się, już w tej chwili nie przypomnę sobie szczegółów, że wydział lekarski rusza na Boremblowie, to jest w okolicy placu Szembeka, i w dawnym Zakładzie Weterynarii na Grochowie.
Przeprawiliśmy się z ojcem przez lód, bo Wisła była zamarznięta, mosty były wszystkie zerwane, jeszcze mostów nie było. Po kopnym śniegu doszliśmy na Targówek, bo ojciec miał siostrę, która na Targówku mieszkała. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy mógłbym się u niej zatrzymać, przenocować, żeby zacząć naukę na uniwersytecie. Oczywiście, siostra Taty bratanka przyjęła, mimo że swoich dzieci miała całą masę, ale mi tam jakiś kącik [przygotowała], gdzie mogłem przenocować. Raniutko poszedłem na plac Szembeka szukać tego Boremblowa, dowiedziałem się, gdzie to jest. Tam rzeczywiście był dziekanat. Do dziekanatu poszedłem i powiedzieli: „Kochany, co pan skończył?”. „Pierwszy rok skończyłem, a potem wybuchło Powstanie”. „Zobaczymy, co dziekan na to powie”. Napisałem podanie z prośbą o przyjęcie i opisałem gdzie uczyłem się na tajnych kompletach, kim byli moi nauczyciele, jacy lekarze mnie uczyli. Trafił się miły chłopak, pomocnik dziekana. Wziął to moje podanie, dłuższy czas go nie było, później powiedział: „Będzie pan przyjęty na drugi rok medycyny”. Szczęście było niesamowite, dziekanem był wtedy pan profesor Budkiewicz, znany chirurg warszawski, przyjął mnie na drugi rok medycyny.
Natychmiast zacząłem naukę, pomieszkałem troszkę u ciotki na [Targówku]. Wykłady były w Zakładzie Weterynarii, do dzisiaj stoi ten piękny budynek. Tam mieścił [się] szpital i tam były pierwsze kliniki. Tam [zacząłem] studia. Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie na Jagiellońskiej na Pradze, stancję, jak to się kiedyś nazywało. Komunikacji dalej nie było, chociaż niedługo [potem ruszyły] tramwaje. Skończyliśmy drugi rok i zacząłem normalne życie studenckie. Kliniki przeniesiono do szpitala Dzieciątka Jezus, a tam już przed Powstaniem chodziłem jako wolontariusz do kliniki laryngologii, żeby zapoznać się z medycyną, którą miałem studiować.
Studia [kontynuowałem mieszkając na Pradze], w międzyczasie dostałem przydział do Domu Akademickiego, codziennie widziałem to miejsce, gdzie broń musiałem oddać i gdzie stali Niemcy, mieszkałem w akademiku. Później zacząłem natychmiast pracę społeczną, wstąpiłem do Koła Medyków. Były wtedy sławne w Warszawie bale medyków, bo to był jedyny dom, który tam ocalał, widocznie Niemcy go zajmowali. Piękną salę mieliśmy, zostałem kierownikiem sekcji pracy, [między innymi] organizowałem odgruzowywanie, na przykład Medycyny Sądowej i Anatomikum, żebyśmy mieli już tu [miejsce do nauki]. I te zakłady stopniowo się przenosiły [z Pragi], tak że w końcu już cała medycyna była w okolicach Oczki, Lindleya. Medycynę skończyłem, w 1948 roku dostałem absolutorium.

  • Czy był pan represjonowany po wojnie?

Dziwię się, że nie byłem, bo idąc do niewoli, tak jak wspomniałem, przez Jelonki, rozrzuciłem setki karteczek, które gdzieś na postoju napisałem, czy jeszcze przed pójściem: „Proszę zawiadomić rodziców w Lubiczowie, nazwisko to i to, że idę do niewoli, że żyję”. Bo przecież nie wiedzieli. I później czekałem tylko, kiedy UB przyjdzie do mnie, przecież akowców wymiatali. Czy tych karteczek nikt nie podjął, czy wyrzucił? W każdym razie nie, [nikt] nie doniósł i nie byłem represjonowany, cały czas bałem się, że UB zainteresuje się mną. Zainteresowało się, jak już skończyłem studia.

  • W jaki sposób?

Spytali mnie, czy zechcę u nich pracować. Jaki los jest ironiczny. Znowu cały dom był przerażony. Dostałem wezwanie na Ksawerów. Tam było zajęte wszystko przez UB, NBP tak nazywało się później. Najpierw UB, później NBP, a później MSW. I dostałem pismo do domu z adresem: „Proszę się stawić do dyrektora takiego i takiego”. Rodzice nie wiedzieli, co się dzieje, a chodziło o to, że już zacząłem w międzyczasie pracować jako wolontariusz. Cały czas od momentu, jak opowiedziałem, że do rodziców wróciłem, to czekałem, czy przyjdzie po mnie UB. Później, że się dowiedzą na studiach i że mnie wyrzucą ze studiów. Kolegów niektórych przecież przychodzili i aresztowali. Sąsiednie [budynki] obok [koła Medyków] na Oczki, była katownia ubowska, róg Chałubińskiego i Oczki, do dzisiaj jest. Dzisiaj się nazywa WSI chyba. Ale mi darowali. Wszędzie, we wszystkich ankietach, pisałem: „pochodzenie chłopskie”, pracowałem społecznie, nie było powodu w każdym razie.
Później bałem się jednego, że zostanę wzięty do wojska, bo moi wszyscy koledzy, którzy kończyli medycynę, natychmiast [byli brani] do wojska. Wobec tego przez dwa lata ostatniego egzaminu nie zdawałem, medycynę sądową zostawiłem, zacząłem już pracę i nie zgłaszałem do Ministerstwa Zdrowia, że już skończyłem studia, ale długo tak nie można było. Dwa lata dało radę, dłużej nie. Zdałem [ostatni egzamin], dostałem [dyplom] w 1950 roku, a w 1948 dostałem absolutorium. [W tydzień po otrzymaniu dyplomu] dostałem wezwanie na komisję [przydziału pracy], ale już przeszła ta fala, gdzie brali na dwa lata [do wojska]. Jeden z moich kolegów popełnił samobójstwo w tym… KPO to się nazywało. Przecież tam bardzo źle traktowali lekarzy rosyjscy oficerowie, którzy w polskich mundurach uczyli nas, jak być posłuszni władzy radzieckiej, więc bałem się tego. Tak że na komisji mi powiedzieli: „Proszę pana, no cóż. W Warszawie nie potrzeba – bo przekazałem im, że już mam miejsca, że mogę pracować: w klinice w Bydgoszczy [lub] w Warszawie, że mnie przyjmą, już z profesorami mam umówione – Proszę pana, lekarzy to nam jest w wojsku i w kopalniach, więc albo wojsko albo Śląsk”. To powiedziałem: „Śląsk”. Nie zastanawiałem się, mówię: „Kopalnia, do kopalni nie pójdę jako lekarz, będę lekarz kopalnianym … Ale nie wojskowym”. I trafiłem cudownie, bo dostałem natychmiast przydział, za tydzień już musiałem być w Katowicach, jeszcze Katowice, bo tydzień później był [już] Stalinogród.. Skierowali mnie do Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia do lekarza wojewódzkiego, nie do żadnej kopalni. Przedstawiłem mu, co chciałbym robić, że chciałbym się specjalizować, że jestem z Warszawy. On mówi: „Tutaj na oddziale laryngologii jest ordynatorem warszawiak. Chce pan laryngologię?”. Mówię: „Oczywiście, właściwie już chodziłem w Warszawie na laryngologię”. I dali mi przydział pracy do Wojewódzkiego Szpitala. Szczęśliwiej nie mogłem trafić. Tam byłem tak długo, ile obowiązywał nakaz pracy, dwa lata. Później chciałem wrócić do Warszawy, jak wszyscy warszawiacy.
Przyjechać na Śląska było łatwiej niż wyjechać, wobec tego zacząłem tam chorować. Poszedłem do jednego, drugiego lekarza, wziąłem parę zaświadczeń i poszedłem do lekarza wojewódzkiego. Mówi: „Rzeczywiście skończył się panu nakaz pracy. Siłą pana zatrzymać nie mogę. Odpracował pan to, co państwo kazało. Siłą nie zatrzymam, ale czy Ministerstwo się zgodzi, tego nie wiem”.
W Warszawie miałem brata, który został lekarzem stomatologii. W konspiracji był razem ze mną, w tej samej drużynie. Razem „Podchorążówkę” skończyliśmy. Poszedł do [brata], żeby się dowiedzieć, czy mogę wrócić do Warszawy. Powiedział: „Mowy nie ma! Powiedzieli mu, że nie ma mowy, żeby przyjął ktokolwiek z Warszawy, nie dadzą ci zameldowania w Warszawie!”. Ale znalazł swojego kolegę, stomatologa, w Ministerstwie Zdrowia. Napisałem jedno podanie, drugie, że ze względu na zdrowie nie mogę tam być, bo mam ciągłe nieżyty nosa i oskrzeli. Dyrektor departamentu w Ministerstwie Zdrowia chyba nazywał się Branowicer, mówi: „Jak pan nie może w zadymionym [otoczeniu], to pan dostanie piękne miejsce wśród lasów do Ostrowii Mazowieckiej”. W Katowicach zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji. Chcieli mnie przyjąć do kliniki w Zabrzu Rokitnicy, ale podziękowałem, bo chciałem wrócić tutaj, tym bardziej że byłem związany z Warszawą. Dali [mi] zgodę na opuszczenie Katowic i skierowali mnie [do] Ostrówi Mazowieckiej to jest województwo warszawskie, do lekarza wojewódzkiego w Warszawie. A lekarz wojewódzki, jak mu przedstawiłem sprawę, powiedział: „Musi pan pracować w województwie gdzieś, mamy miejsce w Otwocku. Niech pan weźmie etat u nas i będzie pan dojeżdżał, trudno. Innej rady nie ma. Komunikacja jest, pociągi chodzą”. Zgodziłem się na to, jeździłem dwa razy w tygodniu do Otwocka. Pracowałem jako laryngolog, a w międzyczasie pozwolili mi chodzić do kliniki jako wolontariuszowi, [do tej kliniki] do której uczęszczałem już przed studiami. Profesor Cichocka, urocza pani profesor, powiedziała: „Pomogę panu. Niech pan bierze etat ambulatoryjny w naszej przychodni na Oczki”, więc pracowałem i tu i w Otwocku, już miałem zaczepienie.

  • I tak się panu udało wrócić do Warszawy.

Nie, do Warszawy to bym nie wrócił jeszcze tak łatwo. Pozwolili mi dyżurować, już byłem specjalistą. Na dyżurze w klinice poznał mnie wolontariusz, lekarz ze szpitala więziennego, pan [Kasztelański]. Pracował [on] w więziennictwie, w UB. Zobaczył, że młody chłopak przyjechał ze specjalizacją z Katowic, a oni potrzebują lekarza na Wołoskiej, bo wojskowych lekarzy nie mieli. Skąd ten dyrektor departamentu w UB miał mój adres?. Wszystko o mnie wiedzieli. Poszedłem tam: „Mamy dla pana pracę”. Mówię: „Chcę się specjalizować”. „Będzie pan się specjalizował”. „Ale, panie dyrektorze, przecież nie mam meldunku w Warszawie, to jest nie do załatwienia”. „Jutro pan będzie go miał”. I rzeczywiście dał karteczkę, natychmiast załatwili mi meldunek w Warszawie, mogłem mieszkać w Warszawie już oficjalnie, już mogłem zacząć pracować.
Zacząłem tam jako lekarz kontraktowy na Wołoskiej w pracy ambulatoryjnej, a później dostałem etat kliniczny [w Akademii Medycznej]. W klinice zrobiłem adiunkta, habilitację, docenta, później zostałem profesorem, dostałem klinikę własną na Woli w klinice II Wydziału Akademii Medycznej w Warszawie.

  • Wszystko szczęśliwie się ułożyło.

Nieprawdopodobnie szczęśliwie.

  • Czy zechciałby pan na zakończenie podzielić się swoimi refleksjami na temat Powstania?

Pytanie jest bardzo trudne, bo zupełnie inne odczucie miałem w 1944 roku, a inne mam dzisiaj. Tęskniliśmy do wolności, młodzież już nie mogła wytrzymać dłużej tego strasznego ucisku, rozstrzeliwań na ulicach Warszawy, wieszania, getta, później zburzenie getta, patrzyło się na ofiary. Mój ojciec jechał tramwajem, z łapanki wsadzili go do samochodu i natychmiast wylądował na Pawiaku. Nienawiść do Niemców była taka, że rzeczywiście chcieliśmy z motyką na słońce pójść. Nie mieliśmy broni, ale zresztą nie wiedziałem, czy mieliśmy czy nie. Miałem pistolecik mały, a uczyli nas, że dostaniemy broń w Powstaniu. Tak że dla nas to było już nie do wytrzymania dłużej. Ten wentyl był chyba konieczny. Wtedy nie traktowałem tego jako wentyl, tylko traktowałem jako nareszcie możliwość nie tyle zemsty, co wypędzenia Niemców, uwolnienia się od okupacji.
Dzisiaj bym powiedział, że wentyl był konieczny, wobec tego trzeba było… Inaczej powinni to zrobić, może już nie mogli. Nasze dowództwo wiedziało, jaką mamy broń, wiedziało, że tam są karabiny maszynowe, a my mamy pukawki jakieś ręczne, że nie mamy [broni]. Ale oni liczyli na to, że Anglia ciągle obiecywała nam pomoc, przecież sojusznika mieliśmy od 1939 roku. Nawet nie dziwię się naszym ówczesnym dowódcom, że zgodzili się na Powstanie, wszyscy słyszeliśmy armaty rosyjskie, oni byli już przecież gdzieś w Markach i gdyby chcieli, to by Warszawę w jeden dzień zajęli. Tu polityka znowu odegrała decydującą rolę.
Moralne wsparcie było ogromne i to chyba wszędzie. Może w Warszawie było szczególnie duże, może na wsiach było mniejsze, może tam ci ludzie patrzyli na to bardziej trzeźwo. Poza tym, kto mógł przewidzieć, że nawet już po zajęciu Warszawy, po skapitulowaniu, oni dom po domu będą palili i burzyli.
Tak ze żal mi Warszawy, mieliśmy piękne miasto, a później sami je odgruzowywaliśmy, i tych ofiar, tych tysięcy ludzi, którzy zginęli. Ale muszę powiedzieć, że jednak do ostatniej chwili nastrój w piwnicach, wśród ludności, to prawie same kobiety były, był dobry. Nie było jakiegoś wymawiania, nie było wyrzutów, że „Co wyście z nami zrobili?!”. Nie. Nas traktowali tak, jak inne ofiary Niemców. Ci ludzie wiedzieli, co wycierpieli, ci ludzie widzieli getto. Wiedzieli, że z nami byłoby to samo, bo takie były zamysły Hitlera przecież, nie w Powstaniu, to w inny sposób [mieli] zlikwidować




Warszawę. Warszawa, 7 maja 2010 roku
Rozmowę prowadził Barbara Pieniężna
Bogusław Moszyński Pseudonim: „Farys” Stopień: kapral podchorąży, zastępca dowódcy oddziału straży pożarnej Formacja: Zgrupowanie „Bartkiewicz” Dzielnica: Śródmieście – Królewska, Kredytowa

Zobacz także

Nasz newsletter