Tadeusz Henryk Bednarczyk „Olek”

Archiwum Historii Mówionej
Jestem Tadeusz Henryk Bednarczyk. Urodziłem się 9 października 1928 roku w Skierniewicach. Mój tata był kolejarzem. Z początku mój tata i moja mama mieszkali na ulicy Krzywe Koło przy Starówce. Przed [moim] urodzeniem mieszkali u ciotki, [gdzie było] ciasno. [Ojciec] jeździł do Skierniewic – Warszawa– Skierniewice, bo był kolejarzem, to [kolega mu] mówi: „Słuchaj, tu u kolegi masz piękne mieszkanie w Skierniewicach. Dziecko ma ci się urodzić, przyjedź do Skierniewic”. I moja mama przeprowadziła się do Skierniewic. Tam był ogródek, wszystko. Pierwsze dni mówi: „Wiesz, że mnie lepiej, jak w tej Warszawie”. Dlatego urodziłem się w Skierniewicach, ale początki miałem w Warszawie.

  • Jak wyglądało pana życie przed wojną?

Mieszkaliśmy na tak zwanej ulicy Przyrynek. To była uliczka między Wytwórnią Papierów Wartościowych a Rynkiem Nowego Miasta. Tam mieszkaliśmy. Od wczesnego dzieciństwa tam mieszkałem. Ojciec kupił mieszkanie – Przyrynek 13 mieszkania 27. Tam [mieszkałem] aż do Powstania.

  • Pamięta pan sam wybuch wojny? Czy były jakieś symptomy? Czy mówiło się o tym na przykład w domu? Czy rodzice mówili coś na ten temat?

Oczywiście. W sierpniu byliśmy u rodziny na letnisku w Serocku nad Narwią i kobiety mówiły: „Wojna będzie”. Płakały. Miałem wujka – Jan Będziński – na Kolejowej (później byliśmy razem w konspiracji), który pochodził z Poznania i znał dobrze język niemiecki. Jak nieraz byliśmy u niego na Kolejowej (to było małżeństwo bezdzietne; to był mąż mojej ciotki, czyli mamy siostry mąż), słuchaliśmy radia i przemówienia Hitlera jeszcze przed wojną. [Wujek] mówił: „Co to, wojna będzie? Co ten Hitler opowiada?”. Była wielka konsternacja. [Mówi]: „Wojna będzie, wojna będzie”. Zanosiło się na wojnę. To [było] już przed samą wojną.
Potem już wojna wybuchła. W pierwszy dzień zaczęły latać samoloty, to był już chyba pierwszy dzień wojny. Ktoś tam mówił w podwórku, że to są jakieś naloty próbne, a jak potem zaczęły spadać bomby, to już nie były próbne. Tak się zaczęło. Siedzieliśmy na Przyrynku, niedaleko Cytadela, niedaleko okrąglak, było duże bombardowanie. Ta ulica była trochę zbombardowana, ale nasz dom nie był zbombardowany i jakoś było.

  • Pamięta pan pierwszy kontakt z okupantem, jak wchodzili Niemcy?

Z mamą chodziliśmy na tak zwany szmugiel przez zieloną granicę w kierunku Pułtuska, żeby coś kupić, przeszmuglować przez miejscowość Pniewo. Piechotą się długo, długo chodziło (wózek miałem na dwóch kółkach), to żeśmy do Radzymina [szli] i od Radzymina ciuchcią do Warszawy. To się pamięta z czasów wojny. Niemców jako takich to myśmy omijali, żeby... Chociaż się widziało. W pierwszym roku zaraz po wojnie mieszkałem u ciotki na Kolejowej, bo u nas było trochę ciężko, ojciec jeszcze nie pracował, dopiero później zaczął pracować. Przez ulicę Kolejową gdzieś na bocznicę Dworca Głównego jeździły samochody – budy niemieckie. Mówili, że to są ludzie z łapanki, pierwsze łapanki, a potem się słyszało Oświęcim, że do Oświęcimia ludzi biorą, jakiś obóz koncentracyjny. Takie miałem pierwsze symptomy o wojnie i o Niemcach. W Powstanie już na Kolejowej nie mieszkałem, mieszkałem u mamy na Przyrynku.

  • Mówi się, że na Kolejowej była część obozu koncentracyjnego. Czy pan pamięta?

Tak, tam później coś mówili, ale to było jakoś ukryte, o tym się tak nie mówiło. Nawet po wojnie o tym nie mówili.

  • Pamięta pan, co ludzie mówili na ten temat?

Jak od Dworca Zachodniego jest wiadukt i ulica (nie pamiętam, jak się nazywa) i tam pod wiaduktem kolejowym z boku gdzieś były krematoria i tam były jakieś obozy. To się słyszało, ale więcej mówili o Pawiaku. Więcej się mówiło o Pawiaku, więcej się słyszało o Pawiaku w Warszawie jak o tamtym obozie przy Kolejowej za Dworcem Zachodnim.

  • To było dosyć mocno zakonspirowane.

To było zakonspirowane, tak. Dopiero później, po wojnie... Oni nie ujawnili tego? Boże kochany, że tak długo po wojnie dopiero był ujawniony taki ciężki obóz. Tam krematoria były, tam gazowali ludzi.

  • Czy pamięta pan coś jeszcze z okresu okupacji? Jak wyglądała nauka, życie codzienne w Warszawie?

W Warszawie były szkoły. Najpierw chodziłem do szkoły przy ulicy Traugutta za parkiem Traugutta, ale Niemcy to zajęli. Niemcy zajmowali szkoły na koszary, więc szkoły były w domach prywatnych. Nasza szkoła była przeniesiona do prywatnej willi na Żoliborzu na ulicy [Fortecznej] koło placu Słonecznego. Tam jest uliczka i tam skończyłem szkołę podstawową.

  • Jak wyglądało życie codzienne?

Normalnie. Trochę jeździło się na rowerze po podwórku, do szkoły się chodziło, czasami... Potem (może powiem przy okazji) wybuchło getto w Warszawie – getto warszawskie. Była konsternacja. Niedaleko (mieszkałem na Przyrynku) [na] ulicy Zakroczymskiej był mur, ulica Franciszkańska była zagrodzona i tam żeśmy nieraz biegali, z chłopakami z podwórka patrzeliśmy na getto. Któregoś dnia [ktoś] do nas puka, dzwonek. Wchodzi kobieta i pyta się o nazwisko: „Tu mieszkają państwo Bednarczyk?”. – „Tak, proszę”. Kobieta z chłopcem. [Mówi]: „Proszę państwa, tu nas skierowano. Ktoś znajomy nas skierował. My jesteśmy z getta. Uciekliśmy z getta. Proszę pani, czy nie mogłaby pani tego chłopca – chłopiec miał dziesięć, dwanaście lat – ze dwa tygodnie przetrzymać? Znajdę dla niego miejsce, to go wezmę. Pani zrozumie, myśmy z getta uciekli. To jest żydowskie dziecko”. Byli przyzwoicie ubrani – ta kobieta i chłopiec. [Mama mówi]: „Oczywiście, znam sytuację. Wiem, o co chodzi. Dobrze, proszę bardzo, niech państwo wejdą”. Oczywiście mama [ich] przyjęła, przyjęliśmy. Odsunęliśmy szafę, krzesła się poustawiało, pierzynę się wyciągnęło na krzesła i [mama mówi]: „Słuchaj, ty tu będziesz spał. Jak ktoś będzie pukał, dzwonił, to ty się schowaj za tą szafę”. On tam był ze dwa tygodnie. Kobieta już więcej do nas nie przyszła po tego chłopca. To był bardzo grzeczny, fajny chłopak. Oczywiście do szkoły nie chodził, brał nasze książki, coś czytał, miał zeszyty. Lubił majstrować w elektrycznych [urządzeniach]. Miał baterię elektryczną. Myśmy przynieśli mu żaróweczki, druciki. On coś tam sobie majstrował. Wieczorem wyskakiwaliśmy nad Wisłę, bo Przyrynek jest niedaleko Wisły, żeby chociaż trochę ten chłopak poganiał. Myśmy wyszli trochę wieczorem, przed godziną policyjną. Ale wiadomo, chłopiec tak zza firanek (mieszkaliśmy na pierwszym piętrze nad podwórkiem) wyglądał i sąsiadki raz do mojej mamy mówią: „Pani Bednarczykowa, czy u pani się ktoś nie przetrzymuje czy nie chowa, bo zza firanki jednym okiem wygląda?”. Moja mama mówi: „To moje chłopaki. Ja im nie pozwalam, żeby do firanki podchodzili, żeby nie brudzili firanek. To moje chłopaki”. Miałem jeszcze młodszego brata. Ale baby już się zaczynały interesować, że to żydowskie dziecko, a w owym czasie było niebezpiecznie przetrzymywać Żydów, bo mówili, że za przetrzymywanie Żydów to kara śmierci. Do nas przychodziła ciotka ze strony ojca – Maria Majewska. Jej mąż był oficerem, zginął w Katyniu. Mama do niej mówi: „Słuchaj Marysia, ty jesteś sama. Masz duże mieszkanie i na trzecim piętrze, słuchaj, weź tego chłopca do siebie, bo tu już się baby interesują, że ktoś u mnie mieszka. Piorun wie”. A tam też była babka, do której Niemcy przychodzili. [Mama mówi]: „[Tu] się Niemcy kręcą, ponoć jakiś folksdojcz tam przychodzi, wiesz, weź tego chłopca do ciebie”. – „Oczywiście”. Mama mu dała po nas jakieś ubranka, koszulkę. Wieczorem ciotka go wzięła. Był u niej cały czas. Odprowadziliśmy go. Na ulicy Franciszkańskiej pod 11 mieszkali. Ona mówi tak: „Mam znajomego księdza, to mu zrobi metrykę”. Za jakiś czas ciotka przyszła i mówi tak: „Ty wiesz co, on ma nazwisko Majewski, a imię ojca mojego męża – już nie pamiętam, jakie to było imię – czyli on już jest Polakiem, Majewski się nazywa”.
Potem było Powstanie Warszawskie, wszystko się rozeszło. Później ojciec dostał nakaz pracy do Białogardu. Jak wróciłem z obozu koncentracyjnego, to jeszcze ich znalazłem. Szczęście, że rodzice przeżyli. Ciężko było przeżyć, ale ich odnalazłem. Mieszkali na Pradze. Jak już przyjechałem, to nawet jeszcze w tym samym tygodniu pojechaliśmy z ojcem do Białogardu, bo kolejarze już zajmowali stacyjki na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Kiedyś [na trasie] Kołobrzeg–Warszawa przez Gdynię, [w Gdyni] stoi kierownik pociągu przed lokomotywą – ojciec był kierownikiem pociągu – czeka na odjazd i słyszy: „Marian? Marian”. Ojciec miał na imię Marian. „Marysia!”. To była właśnie ta ciotka. [Mówi]: „O! Żyjecie!”. – „Tak”. – „Co u was słychać?”. – „W porządku. Tadek był w obozie, ale wrócił”. Rozmawiali, potem ojciec się pyta: „A jak ten chłopiec? Co słychać u niego?”. – „A, kochany, to jest mój syn. Do tej pory to ja się nim opiekowałam, a teraz to on się mną opiekuje – to spotkanie było po kilku latach. – Zrobił maturę, składa papiery na medycynę”. – „No to w porządku”. – „Tak, jestem zadowolona. Kochany chłopak”. Czyli uratowaliśmy żydowskiego chłopca przy okazji. To była historia z okupacji, jedna z wrażliwszych spraw, mocniejszych.

  • Miał pan styczność z konspiracją w czasie okupacji? Jak to nastąpiło?

Ponieważ mieszkałem u ciotki, u Jana Będzińskiego i Feliksy Będzińskiej (w pierwszym roku, rok czasu, może trochę ponad rok) na Kolejowej, to była chyba Kolejowa 53. Wujek Jan Będziński (mówiłem o tym: mówił po niemiecku, słuchaliśmy Hitlera przez radio jeszcze przed wojną) miał sąsiada – Kazimierz Piekarzewski. Później miał pseudo „Piłat”. Byliśmy razem później... On przychodził i mówił: „Janek, słuchaj, my tu mamy organizację, mamy jakieś kontakty”. Dokładnie słów nie pamiętam, ale czy chciałbyś [wstąpić] do tej organizacji. Oczywiście [wujek] Janek się zgodził. Wujek – Jan Będziński – był hydraulikiem. [Mówi Pan Piekarzewski]: „Przyjdź do nas. Ja pracuję jako palacz w kotłowni w szpitalu róg Młynarskiej i Wolskiej”. Nie wiem, jak nazywa się ten szpital. To był szpital zakaźny. Opowiem ciekawą historię o Piekarzewskim. [Mówi]: „Przyjdźcie tam, przyjdź”. Wujek mówi: „Chodź, Tadek, idziemy”. Razem żeśmy poszli do kotłowni, a tam było zebranie, była przysięga. Ktoś się przedstawił, że to porucznik „Wichura”, jeszcze ktoś. To teraz przysięga. [Mówili]: „Słuchaj, tu zgadzasz się, to jest sprawa poważna, na śmierć i życie – mówi – Ty jesteś patriotą?”. – „Oczywiście”. Już nie pamiętam szczegółów, jak oni tam rozmawiali. [Mówi]: „Tadek, podnieś dwa palce do góry. Ty też będziesz tam potrzebny jako łącznik”. Ja byłem chłopak wtedy, to był 1941, nie pamiętam?

  • Dosyć szybko?

Tak, wielki konspirator [był ze mnie]. Byłem poważny, mieli zaufanie [do mnie]. Ten Piekarzewski miał kontakty z drukarnią i przynosił nieraz do wujka ulotki, cały zwój ulotek, bo były ulotki, pisma. [Mówię]: „To ja te ulotki...”. [Przenosiłem od wujka] do ojca...”. Ojciec miał jakieś kontakty, bo w owym czasie w okupacji jeździł pociągiem na [trasie] Warszawa–Nasielsk i miał tam jakieś kontakty konspiracyjne, że te ulotki woził do Nasielska. Jak od wujka przynosiłem ulotki do ojca. [Zawijałem], a ja z książkami w tornistrze, z workiem z kapciami, niby [wracam] ze szkoły, to mnie nikt nie zatrzymał. Przenosiłem ulotki – taki byłem łącznik. To było kilka razy w okupacji.
Była taka historia. Na Pawiaku był złapany młody człowiek. Chcieli go wyciągnąć z Pawiaka. Szczegółów nie pamiętam, jak oni to załatwili, ale w każdym bądź razie niby on zachorował na tyfus i wzięli go do szpitala, właśnie tego zakaźnego na rogu Wolskiej i Młynarskiej. Była tam taka historia, że trzeba go wymienić z młodym zmarłym człowiekiem. Czekali prawie do [godziny policyjnej]. Przywieźli go niby z Pawiaka, niby chorego tego młodego człowieka, że jest chory na tyfus. Niemcy bali się tyfusu. Wzięli go do zakaźnego szpitala i po warszawskich szpitalach szukali młodego umarłego człowieka, żeby go zamienić. Wieczorem, prawie przed godziną policyjną, znaleźli, przywieźli tego młodego człowieka (konspiracja była w tym szpitalu), zamienili. Tego żywego przywieźli do kotłowni, a tego [zmarłego] położyli. Niemcy sprawdzali – nieżywy i koniec, odczepili się. Piekarzewski Kazimierz przeniósł tego człowieka. Przechodzili przez parkan – ogrodzenie i odniósł go do jakiegoś lekarza na Saską Kępę. Potem Piekarzewski pokazywał mi wydartą kartkę z zeszytu w kratkę i tam jest napisane: „Kwituję odbiór więźnia” – i tam imię i nazwisko tego chłopaka. Zresztą szczegółów nie pamiętam. Piekarzewski dostał pokwitowanie, że odprowadził tego młodego człowieka zamienionego z umarlakiem. Chłopaka uratowali. Taka była historia okupacyjna. Piekarzewski był zasłużonym człowiekiem.
Ojciec mi nieraz opowiadał, że jak jeździli do Nasielska... Stare parowozy miały tendry. Tender to znaczy tam, gdzie woda jest i węgiel na wierzchu i woda za parowozem, że między lustrem wody a sufitem, gdzie węgiel leży, była przestrzeń. Tam [były] położone belki i przewozili Żydów. Jak Żydzi uciekali, to tam się chowali (oni mieli jakieś kontakty), wchodzili na te belki nad wodą. Nikt się nie przyczepiał: parowóz, maszynista sobie spokojnie wygląda przez okienko, a tam byli ludzie pochowani. Nie znam szczegółów. W Nasielsku ich odbierali i dalej gdzieś do partyzantki szli, gdzieś dalej w lasy Puszczy Białej po lewej stronie Narwi. Tam chowali się po lasach. To mój ojciec miał takie zasługi: ulotki woził, Żydów przewoził. Taka była okupacja, jakoś szczęśliwie, jakoś nas [ominęły wszelkie] nieszczęścia.
  • Jak pan dowiedział się o tym, że nastąpi Powstanie?

Powstanie. Rozchodzi się wiadomość. Wiedziałem, że coś będzie, bo nieraz Piekarzewski z wujkiem rozmawiali. Nie wnikałem specjalnie, co to ma być, co to będzie, ale widocznie nie bardzo poważnie mnie traktowali, żebym był powiadomiony wcześniej, że muszę być na Woli.
Byłem w domu w Powstanie. Mówią, że Powstanie, dozorca wiesza biało-czerwony sztandar, chorągiewkę na bramie. Warszawa była udekorowana chorągiewkami. Pierwsze dni to była euforia. Jak chłopaki – Powstańcy – przelatywali, to ludzie częstowali wódką, kanapki [dawali]. Na drugi dzień przychodzi ojca kolega [i mówi]: „Słuchaj, na Długiej pod 7 przyjmują do Powstania”. – „To trzeba zasuwać”. Mama mi uszyła opaski. Z pierzyny użyła kawałek czerwonego płótna, jakieś białe i uszyła mi opaskę. Poszedłem do Powstania. Od razu mi to zrobiła. Poleciałem na Długą pod 7. Na pierwszym piętrze widać było kolejkę, rejestrują, zapisują. Popatrzył na mnie, ale zapisał. Tam byli starsi chłopacy, a ja byłem nieduży. [Pyta]: „Chcesz?”. – „Oczywiście. Już opaskę założyłem”. – „A, przydasz się”. Wciągnęli mnie na listę: imię, nazwisko. „Kogo mamy powiadomić w razie wypadku?”. – „Matkę. Mieszkam na Przyrynku 13 mieszkania 27”. Jakoś mnie przyjęli. Tam zaraz z boku już była odprawa oficerów. Mówi: „Stań przy tych drzwiach. Już jesteś przydzielony. Jako łącznik jesteś tu przy tym dowództwie”. Ktoś wyszedł, przedstawił się: „Porucznik Rysa jestem. Ty będziesz mi podlegał, bo tu cię już przyjęli. Stój tu przy drzwiach. Nikogo nie wpuszczaj, bo tu jest odprawa. Jak ktoś będzie chciał, to zameldujesz, że taki i taki do kogoś tam”. Byłem bardzo ważny, przed drzwiami. Patrzyłem, jak [przebiega] odprawa, oficerowie w polskich mundurach przedwojennych. To było wzruszające. Faktycznie, jak ktoś chciał wejść, to mówiłem, że nie wolno, bo tam jest odprawa, meldowałem: „Panie poruczniku, jakiś pan do pana. Chce rozmawiać”. To tak było ze dwa dni tam na górze, ale się przenieśli od razu na Długą 6 po drugiej stronie. Tam był sklep, ale był pusty, czyli [lokal] po sklepie. Tam była kwatera, była kuchnia, a na Długiej 4 było szefostwo i właśnie tam spotkałem, zobaczyłem, mówię: „O! Pan Piekarzewski”. Oni przyszli tutaj właśnie z [Woli przez] getto. On mówi: „Tadek, jak tam?”. – „W porządku”. Ja już byłem łącznikiem. Szefostwo pisało rozkazy, a ja te rozkazy [roznosiłem]. One były wkładane w kopertę, tam był [zapisany] kolejny numer rozkazu, gdzie, do kogo, data i godzina, i podpis tego, który go przyjmował. Miałem [je] włożone w zeszyt, w taką torbę i zasuwałem po tak zwanych dywizjonach. To się nazywało dywizjony.
Były trzy dywizjony na ulicy Długiej, na Franciszkańskiej. Raz byłem w szpitalu na ulicy Miodowej, do kogoś odniosłem kopertę, pokwitowali mi, że przyniosłem. Byłem łącznikiem – ganiałem od szefostwa po tych dywizjonach. Potem oni mieli już swoich łączników. Już szturmówki, gdzie były walki, czyli byłem przy szefostwie pułku. Oczywiście też: „Łącznik!”. – „Tak jest!”. – „Weź te dwa wiadra...”. Na maszynie było napisane: „Proszę wydać dwa wiadra wina”. Wody nie było, ale po drugiej [stronie ulicy] Długiej były piwnice Fukiera i tam była wielka beka jak to mieszkanie [3 metry na 5 metrów], wielkie krany i jak tylko odkręcił [nalewał] wiadra wina. Z początku ludność cywilna wchodziła, żeby zabierać. Więcej rozlali niż nabrali tego wina, więc wojsko zatrzymało, że to będzie tylko dla wojska, koniec tego bałaganu tutaj. Pamiętam, że ze dwa razy wiadrami przyniosłem wino. [Wiadra] były pozakrywane ręcznikiem, bo się kurzyło od bombardowania. Na oknie stały kubeczki, to od czasu do czasu i ja sobie popiłem. Zasuwałem z tymi rozkazami.
Pewnego razu zasuwam, mówią: „Czołg zdobyty! Czołg zdobyliśmy na placu Zamkowym!”. Zasuwam, faktycznie, jest czołg. Róg Podwala, czyli na skrzyżowaniu ulicy Kilińskiego i Podwale czołg stoi. Mówię: „O rety! Ciekawostka!”. Podskoczyłem, biegłem, [mówią]: „Jaka gruba lufa, to nam się przyda”. Jak będę wracał, to go sobie bardziej obejrzę. Zakręciłem [koło niego], bo biegłem zanieść gdzieś rozkaz. Zobaczyłem, bo ciekawostka, że czołg jest, że gruba lufa, to nam się przyda. Klapa z góry otwarta, na wieżyce stoi uśmiechnięty chłopak, bo mamy czołg. Zasuwam. Jak będę wracał, to go sobie obejrzę dokładniej. Zdążyłem tylko wyskoczyć z Kilińskiego w Długą, a Kilińskiego to jest krótka uliczka od ulicy Podwale do Długiej, to taka krótka uliczka, to zdążyłem zakręcić w Długą, a tu huk. Straszny huk i od ulicy idzie kurz, mgła. Ludzie krzyczą: „Czołg wybuchł!”. Po wybuchu cisza, za chwilę krzyk, bo tam i dzieci było pełno, matki wyskoczyły. Zajrzałem, ludzie leżą jak snopy, pełno ludzi leży, a ja przed chwilą tam byłem, przed chwilą byłem, tylko tyle, że się spieszyłem, bo miałem szybko rozkaz odnieść. Miałem [szczęście]. Ile tam, pół minuty, sekunda, pół sekundy czy dwie sekundy, ile mogłem przebiec – parę kroków, jak biegiem gnałem. Miałem szczęście, że szybciej wyszedłem. Później nasz porucznik ewidencyjny (nie pamiętam jego pseudonimu) mówi: „Przy tym czołgu zginęło nie tylko z naszych oddziałów, ale jeszcze z innych sąsiednich oddziałów, w sumie stu pięćdziesięciu chłopaków. Oprócz tego jeszcze cywile [zginęli], w tym i dzieci”. Straszna historia.
Niemcy strącili samolot amerykański, który tu zrzucał zrzuty, bo jakiś zrzut też spadł na placu Krasińskich. Ciekawostka, tylko ja tego nie wiedziałem, bo tam mówili: „Ty wiesz, [na takim zrzucie] dziewczyna usiadła okrakiem – dziewczyna, która brała udział w [Powstaniu] – z pistoletem i nikogo nie dopuszczała”. Z innych oddziałów chcieli dorwać ten zrzut, bo to tam będzie może broń, jakaś żywność, lekarstwa, a ta, która była pierwsza, to mówi: „Dla naszego oddziału. To nasze!”. Z bronią pilnowała tego, nie dała [podejść]. Potem zobaczyłem ten samolot. Wielki samolot. Chcę powiedzieć, jacy to warszawiacy są od razu pomysłowi ludzie. Patrzę, opony, a w oponach powycinane na zelówki kawałki gumy. Koła już były pocięte na zelówki. Z tego samolotu tylko podobno jednego pilota uratowano – ciemnoskórego, Murzyna. Z tego samolotu wyciągnięto karabin maszynowy czy karabiny, złożono [jeden] karabin maszynowy, amunicję też. Na ulicy Długiej chyba to było pod 14 w piwnicach... Ja tam kiedyś zajrzałem. Już nie pamiętam numeru, bo to wszystko się znało na pamięć.
W piwnicy była rusznikarnia i były prostowane łuski. Tam zrobili specjalne [urządzenia] i na tym były prostowane łuski, bo niektóre były pogięte. Karabin maszynowy był uruchomiony i został zestrzelony jeden niemiecki sztukas. Sztukasy latały bez przerwy, a wyły, a bombardowania [były] bez przerwy. Dzisiaj się mówi spokojnie, że bombardowania, ale bez przerwy granatniki od getta, bomby i „szafy” wyły, i leciały bańki z naftą, spadały na dachy, a dachy wiadomo – drewniane, wszystko się paliło. Bombardowały samoloty i granatniki. Strącili jeden samolot niemiecki, ale ten samolot spadł na zakład Spiessa. To były zakłady, gdzie robili lekarstwa. Tam pracował mój stryjek, czyli ojca brat. Ojciec miał jeszcze dwóch braci: był ten i jeszcze średni. On był przygnieciony murami, gruzami. Jemu nogi trochę przygniotło. Później spotkałem go w [Pruszkowie]. Tam, gdzie nas z Warszawy przywieźli, pod Warszawę. Spotkałem go w Pruszkowie. On opowiadał: „Wiesz, tak mi gruzy nogi poharatały, bo samolot spadł”. Mówię: „To ten, co strącili”. To ten, co przygniótł ludzi i zbombardował zakłady Spiessa. Taka była historia.
Powstanie było coraz ciaśniejsze. Miałem jeszcze jednego stryjka – ojca najmłodszy brat. Był na Ratuszu. Mówi: „Od strony...”. Na Ratuszu z prawej strony [były] dwa okienka, które były skierowane w kierunku ulicy Wierzbowej. Mówi: „Miałem dwa stanowiska, dwa karabiny” – on obsługiwał te dwa stanowiska. Mówi: „Tam były jakieś ubikacje dalej”. Kiedyś odnosząc rozkaz, do któregoś dywizjonu (to chyba był dywizjon numer 3) na pierwszym piętrze na Długiej, tam przez podwórko trzeba było przejść. Na pierwszym piętrze było dowództwo, oddałem [rozkaz], a wiedziałem, bo kiedyś spotkałem wujka, on mówił: „W piwnicy mamy swoją kwaterę”. Odpoczynki, jak się zmieniali, żeby pospać. On miał tam swoją kwaterę. Chciałem zobaczyć, czy jest stryjek. Mówię: „O, wujek jest. Cześć wujek”. Wujek siedzi, mówi: „Chodź, Tadek”. Tam był długi stół i tam siedział porucznik „Lis”. Poznałem go, bo on był przystojny blondyn, wysoki facet, którego jeszcze poznałem z samego początku, jak pilnowałem drzwi, żeby nikogo nie wpuścić. Porucznik „Lis” nieraz tak stał, widać, że to porucznik, przystojny, wysoki. Porucznik „Lis” siedział, na krześle miał położony swój frencz i siedzi oparty o stół. [Wtem] wpada, a stryjek mówi: „To »Barry«! To »Barry!«”. To był kapitan „Barry”. To był komendant żandarmerii. Żandarmeria była na Długiej pod 15 zdaje się. Tam była żandarmeria wojskowa. Wpadł i krzyczy: „Porucznik »Lis«! W tej chwili na stanowisko!”. Co się okazuje, porucznik „Lis” trochę stchórzył, a był na Ratuszu, bo oni [z] Ratusza mieli swoje kwatery, to znaczy ci ludzie z Ratusza mieli tutaj swoje kwatery do odpoczynku. Mówi: „Stchórzył trochę i urwał się ze stanowiska”. „Barry” go tutaj przykapował, żeby wrócił z powrotem. [Por. „Lis”] złapał marynarkę, ten frencz i poszli. Mówi: „Ucieka. On ma jeszcze jakieś kłopoty z rodziną. Coś on ma kłopoty ten porucznik »Lis«”. Widziałem porucznika „Lisa”, jak „Barry” [mówił]: „Porucznik »Lis«! Z powrotem na stanowisko!”. On poleciał z powrotem do Ratusza.

  • Uczestniczył pan w bezpośredniej walce z Niemcami?

Nie, nie miałem karabinu. Byłem tak zwanym łącznikiem przy szefostwie, chłopak do tego, [żeby] znieść tu, zanieść tam, od dowództwa, od samych głównych szych do dywizjonów [biegałem]. Dywizjony to miały znów łączników na stanowiskach już, bo później byłem w obozie z kolegą, który był łącznikiem, ale na Ratuszu. On siedział na Ratuszu i miał kontakty z naszym dowództwem, ale już w dywizjonach. Na Długiej pod 15 też było dowództwo. Tam dostałem legitymację. „Tadek, idź, [Długa] piętnaście na pierwsze piętro”. Pierwszy raz dostałem tam legitymację Armia Krajowa i tak dalej. Dzisiaj żałuję, miałem ją schować. Miałem legitymację. Dostałem ją właśnie na Długiej pod 15. Pamiętam, balkon był, dostałem legitymację. Zbliżał się już koniec... Już pierścień był coraz [ciaśniejszy]. Bombardowania niesamowite.
Kiedyś przy korytarzu wpada dziewczyna. Jest zakurzona pyłem od tynku i mówi: „Na Przyrynku piekło! Na Przyrynku piekło!”. Mieszkałem na Przyrynku, tam moi rodzice [są]. O Boże! Melduję się, mówię: „Panie poruczniku, chciałbym wyskoczyć do rodziny. Chciałem zwolnienie”. – „Dobra, zasuwaj”. Miałem nocną przepustkę. Była przepustka nocna, taki dokument. Przed wieczorem, ulica Długa, Freta, barykada. „Stój! Kto idzie?!”. – „Ja”. – „Hasło?”. – „Granat”. On odpowiada odzew: „Grudziądz”. To pamiętam. Jak powiedziałem hasło „granat”, to on odpowiedział: „Grudziądz”. – „Gdzie lecisz?”. – „Na Przyrynek do rodziców”. – „Zasuwaj”. Zasuwam przez Freta, ulica Kościelna i słyszę z boku Kościelnej: „Kryj się! Kryj się! Obstrzał tu jest!”. Już Niemcy byli w kościele Panny Marii. Tam był murek, bo to tak jakby teren, bo kościół był dopiero za murkiem. [Mówili]: „Już tam są Niemcy w kościele”. Faktycznie, wyskoczyłem jeszcze na Kościelnej, ale przed Przyrynkiem brama. Teraz, jak nieraz tam jestem, to tej bramy już nie ma, są inne domy, bo [tamte] były zniszczone. Brama, wpadłem, to jak tu już są Niemcy, to już dalsza strona jest zajęta. Mówią: „Tu już rano o dziesiątej zajęli Niemcy, aż tutaj”. Czyli już tam, gdzie rodzice siedzieli w piwnicach... Ja mieszkałem pod 13, a oni potem przeszli na drugą stronę ulicy na Przyrynek 4, a mieszkałem pod 13 po przeciwnej stronie, gdzie były mocniejsze domy, bo tam był zakład dla staruszek – zakład dla starców, ale już mocniejsze domy, nie taki kurnik jak nasz, ale mocniejsze domy, większe piwnice. Rodzice się tam przenieśli, sąsiedzi [też] uciekli, bo to już było zbombardowane, już nic nie było i przenieśli się do piwnic po przeciwnej stronie. Mówią, że tam już jest zajęte. Wtem wpada chłopak z torbą papierową jak od cementu. Mówi: „Amunicję mam”. Wysypuje na podwórku. Przed samym wejściem było trochę asfaltu. Wysypał amunicję i chłopaki, już każdy łapie za swoją. Jeden do karabinu, drugi do pistoletu, bo to była mieszanka amunicji. Każdy sobie w torby powsypywał. Trzeba to dać chłopakom. Mnie ciągnęło, żeby przejść jak najbliżej, żeby podać chłopakom na Przyrynek 7, czyli tam trochę w kierunku Wytwórni Papierów Wartościowych, czyli trochę dalej, bo tam się jeszcze trzymają chłopaki. Mówię: „Ja mogę przelecieć”. – „Słuchaj, a ty jesteś kto?”. Pokazałem legitymację, przepustkę. [Mówię]: „Bo tam mieszkałem, a rodzice tam byli. Ja chciałbym wiedzieć, co tam z tymi ludźmi cywilnymi zrobili Niemcy. Chciałem być najbliżej tego miejsca, gdzie rodzice siedzieli”. – „No dobra, słuchaj: tu jest kupa gruzów, a tam jest podwórko i tam będzie trzeba zeskoczyć jakby z pierwszego pięta, ale szybko, bo tu jest obstrzał z kościoła”. Po przeciwnej stronie jest kościół. Po przeciwnej stronie ulicy Przyrynek już był kościół i ostrzał – Niemcy strzelają tutaj. Mówi: „Idź teraz szybko na górę po gruzach”. Widzę przepaść, pierwsze piętro prawie. Mam przepaść, ale się nie namyślam, tylko skaczę. Jeszcze jakieś mury stały. [Strzały] po tynkach, czyli już strzelali, już mnie widzieli. Zeskoczyłem na dół. Mówię: „Mam amunicję, chłopaki”. Podskoczyli jakieś chłopaki. [Mówią]: „Amunicja? Dawaj”. Rozsypali, a ja się pytam: „Jak z tymi ludźmi, co naprzeciwko...”. Akurat po przeciwnej stronie Przyrynek 4 i te piwnice w tym domu, gdzie rodzice siedzieli. Mówi: „O, już rano o dziesiątej tu Niemcy weszli. Widzieliśmy, jak ich tam wyprowadzali. Wyprowadzili kupę ludzi”. – „Jak to kupę? Tam nie było dużo, ale parę osób”. – „Wyprowadzili tych ludzi o dziesiątej rano”. To już koniec, byłem przed wieczorem, ból w gardle, przykro. Dobra, nie ma, nie wiadomo, ale już wieczorem na gruzy się wdrapałem, dość szybko przyszedłem z powrotem. To tylko tyle z mojego bohaterskiego czynu.
  • Starówka była coraz bardziej oblężona, w końcu musiała się poddać. Jak to wyglądało?

Wiadomo, mieli wiadomości, gdzie są już Niemcy. Już Starówka, Rynek Starego Miasta jest zajęty, już Nowe Miasto i Przyrynek, już Freta, cała Starówka, tylko była ulica Freta i kawałek Długiej, już tylko tyle jest, jeszcze się bronią trochę na zewnątrz. Jeszcze Zakroczymska trochę od ogrodu, gdzie okrąglak jest, gdzie był krzyż Traugutta, tam się jeszcze bronili. Tam była ciekawostka, że Powstańcy odstąpili, bo tak już Niemcy od strony Cytadeli napierali, a sztukasy przeleciały, a tam Niemcy weszli na róg i zbombardowali Niemców. Mówili: „Niemcy swoich zbombardowali na Zakroczymskiej”. Rozchodziła się taka wiadomość.
Przechodzimy do Śródmieścia. Pierwsza taka myśl, że przez ulicę Daniłowiczowską, przez ulicę Bielańską, dalej ulicą Senatorską przez Ogród Saski do Marszałkowskiej, tam są już Polacy, żeby przejść ze Starówki, żeby się wycofywać. Już się ludzie wycofują tamtędy, już się jednej grupie udało przejść. Mówi: „Już tamtędy przeszli przez Ogród Saski, przeszli”. Nasze dowództwo też. Ja już byłem zasobny w ten sposób, że miałem torbę od niemieckiej maski gazowej, tam było też trochę sucharów i butelka wina. W drugiej torbie miałem jakieś akta, papiery. [Porucznik mówi do mnie]: „Ty masz akta, trzymaj. Pilnuj się i te akta tu trzymaj”. Papiery pułkowe tu miałem, pilnowałem. Duża torba, ale już nie od maski, trochę inna była, pasek, zamknięta. Wychodzimy. W nocy wychodzimy przez Długą, przez barykadę, przez Miodową. Tam był kiedyś kinematograf miejski. Teraz już nie ma, ale kiedyś było duże kino, od Długiej można było wejść, podwórka były, przejścia do ulicy Daniłowiczowskiej. Było przejście od Długiej, koło kina, ale to wszystko były gruzy i Daniłowiczowską, gdzie stary bank miał mury, że można się było schować. Myśmy doszli do Daniłowiczowskiej i stanęliśmy przy banku. Szturmówka, czyli chłopaki z bronią pierwsi przechodzą przez ulicę Bielańską, a tam niesamowite strzelanie. Nadziali się na wielki ostrzał. Ponieważ dowództwo było troszeczkę z tyłu, całe to biuro, to byłem trochę z tyłu za murami banku. Ten bank jest, mury banku stoją. Taki stary bank jest jeszcze na Daniłowiczowskiej. Zakłady Spiessa były już zbombardowane, gruzy. Od strony Daniłowiczowskiej było więzienie kiedyś. Między ulicą Daniłowiczowską a Ratuszem były więzienia. To też już wszystko zbombardowane, ludzi dużo poharatało, naszych Powstańców też. Staliśmy. O rany, nie ma przejścia. Nadziali się na duży ostrzał na gruzach po drugiej stronie Bielańskiej. Wrócili się. Wracamy, wracamy z powrotem. To wracamy na swoje kwatery na Długiej. Spać się chciało. Usiadłem tam w kącie, bo na dole były sienniki porozkładane, tam gdzie mieliśmy swoje tak zwane kasyno. Była kuchnia. Z Pawiaka powyciągali obcokrajowców. Mówili, że to są Żydzi obcokrajowcy z Pawiaka i oni przed ewakuacją pomagali trochę w kuchni, obierali kartofle, przy kuchni się kręcili. Ze trzech czy czterech z Pawiaka było w kuchni w tym naszym kasynie. Wróciliśmy.
Będziemy wracali teraz inaczej – kanałami. Żeby się dostać do kanału, to trzeba było kolejki zamawiać. Kanał na Długiej przy placu Krasińskich, tam były kolejki. I właśnie ten nasz znajomy – sąsiad mojego wujka Będzińskiego – Piekarzewski Kazimierz, nasz dobry znajomy, zamawiał kolejki, pilnował naszej kolejki. Wreszcie my. Mówią: „Nasze dowództwo przechodzi”. Późną nocą niby mamy kolejkę. Na Długiej była wnęka koło kina. Usiedliśmy i czekamy, aż nas tam [zawołają], a pełno ludzi, pełno wojska, pchają się, jakaś awantura: „Teraz my! Teraz my!”. Już nad ranem, już widno się robiło, mówią: „O rany! Która to godzina? Czwarta? Piąta?”. Nagle lecą sztukasy, będzie masakra, bo to akurat pełno ludzi w tym miejscu – między Długą a placem Krasińskich pełno ludzi, aż gęsto, a tu będzie masakra, bo przylecą sztukasy. Wtem z gruzów, przez gruzy idzie oddział. Mają karabiny automaty, pasy od karabinu maszynowego, taśmy z amunicją. Mówią: „Teraz my idziemy do kanałów”. – „Zaraz, zaraz, my mamy kolejkę. My teraz wchodzimy do kanału. My mamy kolejkę”. – „Nie, my mamy broń”. – „Zaraz, zaraz. AL? AL?” – przedstawili się. „AL teraz przechodzi”. Ktoś pyta: „Zaraz, zaraz. Z bronią? A gdzie wyście odstąpili? Skąd żeście odstąpili? – „Z barykady na ulicy Miodowej”. Cholera, to jest w połowie Miodowej, jest barykada i oni odstąpili, to tu zaraz będą Niemcy. To jest kawałek ulicy Miodowej do ulicy Długiej, a tu pełno ludzi, zaraz tu będą Niemcy. [Mówimy]: „Jak to – żeście odstąpili? Macie broń i odstąpiliście? Pozostawiliście barykadę?”. A oni, [mimo że] z pistoletami, [mówią]: „My teraz wchodzimy”. – „To i nasze chłopaki teraz też”. – „Nie, my teraz wchodzimy, dowództwo”. – „Dowództwo nie ma broni. To my teraz wchodzimy”. Przyszedł wtedy kapitan „Smok”. Kapitan „Smok” miał niski głos, basem mówił: „Chłopaki, wyście odstąpili z barykady. My mamy kolejkę. Nie róbcie awantury, nie róbcie”. Zaczął coś w tym sensie mówić, żeby nie było jakiegoś strzelania między sobą. Oni odstąpili, usiedli na gruzach i siedzą. W tym przychodzi do nas porucznik...
Jak żeśmy dochodzili o pierwszej w nocy do ulicy Bielańskiej, to porucznik Rysa (był taki dowódca)... On się nami opiekował. On był moim bezpośrednim przełożonym, był moim dowódcą, podlegałem jemu. On zawsze do mnie [mówił]: „Idź tam, idź tam. Już zapisane są rozkazy, leć pod 4”. Pod czwórką następna brama i tam zostawiałem rozkazy. Pod czwórką było szefostwo. Szef, to był taki ustawny facet. Piekarzewski też tam urzędował. Tam właśnie tej pierwszej nocy przyszło jeszcze dwóch chłopaków. Porucznik Rysa przedstawił nas [sobie], mówi: „Stańcie tutaj. Razem będziecie”. Dwóch takich kolegów, starszych ode mnie. „Cześć”. – „Cześć”. Koledzy, też łącznicy, tylko z innych oddziałów, z innej grupy, bo przedtem oni nie byli jeszcze razem ze mną, tylko tam mnie poznali. Żeśmy byli we trzech. Staliśmy w tej wnęce. Przy murze przy banku były wtedy wnęki w ścianie. Staliśmy i czekaliśmy. Wtedy przyszedł porucznik Rysa [i powiedział]: „Wracamy”. Poszliśmy z powrotem na swoją kwaterę, trochę pospaliśmy.
Rano do kanałów. Tam już się nie można było dostać. Już tam były... Już widać było, że tam są dantejskie sceny. Koło kanału [zebrało] się już pełno ludzi, pchać się chcieli, wszyscy [chcieli wejść] jak najszybciej, a kanały były też pozapychane. Mówili, że tam karbid wrzucają, gaz jest, pali się, benzyna się pali. W każdym bądź razie też ciężka sprawa, żeby przejść przez te kanały. Wtedy porucznik Rysa do nas przyszedł, ci AL siedzą z boku, my we trzech siedzieliśmy, a on mówi do nas... Jeden z tych kolegów przedtem, zanim porucznik przyszedł, wyciąga brulion – duży zeszyt i pisze. Pisał wiersze z nieudanych naszych wypraw, opisywał to wierszem. Potem to nam czytał. Jakoś składnie to było. Mówimy: „Słuchaj, ładnie to piszesz”. On pisał wierszem naszą historię. Podszedł do nas porucznik Rysa i mówi tak: „Chłopaki, ciężka sprawa z tym przejściem tutaj, ale jak chcecie, to się wróćcie i poddajcie się z cywilami, bo tu, żeby przejść do Śródmieścia, to widzicie, co się tu dzieje. Zwalniam was. Daj mi moją torbę”. To ja [zdejmuję] torbę z dokumentami i mówię: „Proszę bardzo”. Zarzucił, mówi: „To cześć chłopaki. Idźcie, poddajcie się z cywilami. Jak chcecie, to się poddajcie z cywilami”. Boże, koniec. Dobra, mówimy: „Cześć, panie poruczniku”. Wróciliśmy się na swoją kwaterę, piasek w oczach, poszliśmy spać.
Ten kolega, co pisał wiersze, miał starszego brata, który był też oficerem. Ten chłopak – jego brat, zginął. On był przy pogrzebie i zdjął z niego kurtkę – frencz oficerski. Pamiętam tylko, że guziki były czarne, nie świecące. Marynarka miała czarne guziki, [wziął je] na pamiątkę. Mało tego, jeszcze miał plecak polski, bo Niemcy to mieli plecaki ze skórą nakładane sierścią brązową, a to był polski plecak zielony z płótna. Miał jeszcze polski plecak. Oczywiście w „Fukierze” i przy kasynie to myśmy tam mieli ze dwie torebki sucharów – niemieckie sucharki i po butelce wina. Mieliśmy wino w swoich torbach, on też miał w tym plecaku. Myśmy wrócili, trochę pospaliśmy. On był niespokojny, nie spał. Potem za chwilę nas budzi: „Chłopaki, już są Niemcy na Długiej”. O Boże! Wyglądamy, bo była brama, do sklepu było wejście jakby od tyłu do bramy. Z bramy numer 6 wyglądam. O rany, Niemiec stoi, już są Niemcy. Stoi żołnierz, zawinięte rękawy, trzyma automat i macha. Pusta ulica, cisza. Macha ręką, aha, wychodzić. Po lewej stronie ulica Freta. Na kiju jakby od miotły wystawiony kawałek białego płótna – barykada się poddaje. Ten starszy chłopak mówi: „Chłopaki, ściągamy. Przebieramy się”. Tamten miał i ja miałem tak zwane panterki, bo tylko Starówka była tak umundurowana, bo na ulicy Stawki były szkoły i właśnie tam były magazyny z tymi mundurami – panterkami. Miałem czapkę, też opaska i panterka. Zrzucamy panterki i właśnie tam miałem schowaną swoją legitymację. Jak zaczęliśmy zrzucać panterki, rozbieramy się, jakieś ubranie mieliśmy pod spodem, zrzuciłem panterki, [to on mówi]: „To co? Wychodzimy”. On zarządził: „Chłopaki, klękamy. [Odmawiamy] zdrowaśki”. Wychodzimy. Jak te trzy głupie palmy żeśmy wyszli chyba pierwsi z tej całej okolicy. Wyszliśmy we trzech. Niemiec się na nas patrzy i wskazał nam palcem, żeby iść w kierunku ulicy Kilińskiego, tam gdzie ten czołg [wybuchł]. To myśmy skręcili, patrzymy, a tam pełno Niemców – SS w tych czapach, trupie czaszki. O Boże, o rany, otoczyli nas i patrzą na kolegę. Wtedy zrozumieliśmy, że żeśmy głupio zrobiliśmy, że teraz wyszliśmy. Trzeba było jakoś z ludźmi wyjść. Jak nam mówił porucznik – z cywilami, z kobietami, z dziećmi, a ten jeszcze miał mundur zielony, a my mamy jeszcze te torby niemieckie od maski. Wtedy zrobiliśmy głupstwo, że żeśmy wyszli. Już człowiek był drętwy ze strachu, Niemcy nas otoczyli… […] Przyczepili się do kolegi [idącego] z prawej strony. Ja byłem w środku. Ci dwaj byli trochę starsi ode mnie, wyżsi. Byłem w środku. Podskoczyli do tego z prawej strony, złapali go za plecak, zerwali mu plecak, rzucili na gruzy. Słychać było, jak butelka z winem pękła. Podchodzi dwóch Niemców i słyszę dwa strzały. Kątem oka patrzę – o rany, chłopak pada. Oni podeszli do niego blisko i strzelili do niego z bliska. Te strzały były głośne. Człowiek półprzytomny: ojej, rozstrzeliwują nas. Jak szedłem, [myślałem]: „Ciekawe, jak to się umiera, zaraz do mnie strzelą”. Pamiętam to. Patrzyłem na swoje buty, aha, jeszcze idę, jeszcze widzę, to znaczy, jeszcze żyję, ciekawe, jak to się umiera, czy to boli. Raptem widzę buty, Niemiec jakiś stoi przede mną, też z pistoletem. Patrzy na mnie i pokazuje wzrokiem na lewą stronę. Spojrzałem na lewą stronę, gdzie on pokazał, a tam z gruzów na ulicy Podwale... W tej chwili tam jest fosa, bo mury są i fosa, ale wtedy i przed wojną tam były budynki mieszkalne. Gruzy, wyjścia z piwnic i zaczęli wychodzić ludzie. Pierwszy wyszedł staruszek i ten Niemiec wzrokiem mi kazał podejść do tego staruszka i go prowadzić. Widać było, że ten starszy był kulawy, z laską, z węzełkiem jakimś. Ten Niemiec wzrokiem dał znać, żeby iść. Miałem szczęście. W życiu trzeba mieć trochę szczęścia. W takich przypadkach trzeba mieć trochę szczęścia. Ten Niemiec wzrokiem... On mnie nie zastrzelił, tylko kazał mi tego staruszka prowadzić. Widziałem, że on kuleje. Oczywiście, podskoczyłem. Blisko była ta uliczka, wąsko. Z jego ręki wziąłem [węzełek], maskę przewiesiłem na niego, żeby nie mieć nic zielonego, wojskowego przy sobie, jakbym chciał w niego wejść, aby przejść. I przeszliśmy. Ten drugi kolega też gdzieś zginął. Zawieruszył się gdzieś między tych cywili. Potem już go nie widziałem.
Idziemy z tym staruszkiem. Przeszliśmy grupę Niemców, oglądam się, kolega nie idzie, tamtego kolegi nie widać, został. Usta się robią zimne, włosy dęba nie stają, ale czuje się, że kurcz jest na skórze, człowiek jakiś półprzytomny, nie wiadomo, co myśleć, co robić. W takich przypadkach człowiek jest półprzytomny, dziwny, ale zdałem sobie sprawę, że przeszliśmy, nie strzelają. Idziemy dalej. Prowadzę [staruszka] i jest już plac Zamkowy. Kolumna [Zygmunta] leży, kolumny [Zygmunta] już nie ma. Spojrzałem, dach Zamku... Jeszcze przed okupacją Zamek stał, a tu już leży. Naprzeciwko wejścia do Zamku, dalej tam, znaleźli karabiny maszynowe, dwóch Niemców tam leży, a tutaj przy kolumnie [Zygmunta] (Kolumna już leżała) w kierunku Krakowskiego Przedmieścia... Potem przechodziliśmy, Zygmunt leżał z szablą wbitą w bruk, a jak jeszcze przy tym cokole stanęliśmy, bo tam kilka osób, może z pięć, sześć osób tak stało, już tak stali, to nas dołączyli z tym staruszkiem, ale jakiś Niemiec machał ręką, żeby iść dalej. Poszliśmy. Teraz to jest w tunelu, barierka, a kiedyś to był zrobiony zjazd, od Krakowskiego Przedmieścia szedł tramwaj do mostu Kierbedzia – był zjazd, ulica była, a z boku, tam teraz schody są, a przedtem była ulica Mariensztacka, w dół taka uliczka. Kazali iść na dół tą ulicą. Widziałem, że tam jeszcze też ktoś szedł. Człowiek taki jest, że nie myśli już, półprzytomny, ale idzie, jak tam idą, ktoś przed nami jeszcze szedł. Ja z tym staruszkiem [szliśmy] prawie na końcu, bo go ciągnę, prawie go niosę. Dziwnie, zeszliśmy na dół ulicą Sowią, w prawo i zaraz Bednarską do góry. Idziemy Bednarską. Staruszek miał swój kapeć – bambosz, zgubił z prawej nogi, ciągnę go. [Mówię]: „Niech pan się zmobilizuje, niech pan idzie”. Ciągnę go, prawie niosę Krakowskim Przedmieściem koło kościoła, już ten pomnik Jezusa z krzyżem leży na bruku, na jezdni. Już zaczyna... Ktoś tam jeszcze idzie, jakaś kobieta za nami, jeszcze ktoś tam idzie. Idziemy dalej. Idzie się i idzie się, nie wiadomo gdzie, jak, ale się idzie do przodu, aby do przodu. Potem kazali iść w prawo w taką wąską ulicę i przez plac Piłsudskiego (wtedy się nie nazywał Piłsudskiego) przeszliśmy do ogrodu. Już teraz nie pamiętam, czy już były gruzy, czy jeszcze był Zamek, a tak z boku żeśmy przeszli koło tych gruzów. Człowiek jest nieprzytomny. Pewnych momentów już się nie pamięta, jak człowiek jest półprzytomny ze strachu. Do Ogrodu Saskiego weszliśmy. Ciągnę staruszka. Przez ten plac, to ja już go niosłem. [Mówiłem]: „Niech się pan zmobilizuje”. Już wszyscy przeszli, tylko my we dwóch żeśmy tak zostali. Pusto, a tam widzę, że Niemcy są w ogrodzie, pełno Niemców tam jest. Weszliśmy, Niemcy z boku patrzyli na nas, a ten staruszek mówi: „Słuchaj, ja już nie idę. Zostaw mnie”. Już nie ma nikogo. [Mówi]: „Słuchaj, tu takie krzaki. Zostaw mnie w tych krzakach”. Teraz, jak nieraz jestem w Ogrodzie Saskim, patrzę, są drzewa, ale wtedy były krzaki. Tych krzaków teraz nie ma, są drzewa, alejka, a wtedy były krzaki. [Mówi]: „Słuchaj, schowaj mnie w te krzaki. Ja już dalej nie idę”. Spojrzałem. Mówię: „Niech się pan zmobilizuje, bo nas tu rozstrzelą. Nie możemy tu tak zostać”. – „Zostaw mnie tutaj. Ja cię proszę, ja cię błagam”. – „No, dobrze. To chodźmy”. Skręciliśmy w te krzaki. Mówię: „Proszę pana...”. Przedtem zdjąłem tą torbę z niego, żeby on nie dźwigał. Mówię: „Proszę pana, ma pan. Tu są suchary, butelka wina, a tam dalej jest Marszałkowska. Jak pan dotrwa do nocy, to niech pan się jakoś stara dojść do Marszałkowskiej. Tam są już Polacy na Marszałkowskiej. Niech pan tam woła »nie strzelać«, niech pan się tam dostanie, bo ja już...”. – „Dobrze, dobrze”. Zostawiłem go tam. Nieraz miałem wyrzuty sumienia, [że] zostawiłem go tam. Czy mu się udało, czy mu się nie udało, nie wiem.
Doszedłem do tych ludzi, co tam szli. Już było więcej ludzi, dość większa grupka ciągnęła się sznurkiem. Dobiegłem. Pełno Niemców było w Ogrodzie Saskim, karabin maszynowy, jakieś gniazdo takie, nie wiem. W każdym bądź razie koło Hali Mirowskiej, jedna hala była spalona, druga jeszcze była cała. Spalona hala była od strony ulicy Solnej (taka ulica była kiedyś), czyli dzisiaj od Jana Pawła II – ta część była spalona, bo były dwa budynki Hali Mirowskiej. Dobiegam. Weszliśmy już na ulicę Wolską. Na ulicy Wolskiej na czołgach w czarnych mundurach „ukraińcy”, generał „ukraiński” (nie wiem, jak się nazywał). W każdym razie pełno „ukraińców” w czarnych mundurach, na harmoszkach grali, od bandytów nas wyzywali, ale szliśmy dalej ulicą Wolską. Człowiek niby to obojętny, niby to nikogo nic nie wzruszało, jakby półprzytomny człowiek był. Nieraz [pytają mnie], jakie miałem wrażenie wtedy: a szło się, szło się, bałem czy się nie bałem wtedy. Aż doszliśmy do (już trochę więcej było cywili) czerwonego kościoła na Wolskiej (w głębi ogródka ten kościół jest). Na ulicy Wolskiej po prawej stronie, jak się idzie w tamtą stronę, jest kościół [chyba] Świętego Wojciecha. Takie wejście do kościoła, parkanik, kapliczka. Ktoś tam dyryguje: „Kobiety i dzieci do środka, mężczyźni na zewnątrz”. To idę na zewnątrz. O rany, chłopaki – spotykam kolegów z mojej klasy, szkoły. Siedzą i płaczą. Mówię: „Rany, chłopaki. Czego płaczecie?”. – „A, serwus Tadek. Słuchaj, my tu jesteśmy od wczoraj, ale dzisiaj rano, bardzo rano, do nas przyszli Niemcy i nas tu kilku wzięli, bo gdzieś na Wolskiej w gruzach odkryli sklep z wódką i nas wzięli, żeby wyciągać. Myśmy wyciągali z piwnicy tego sklepu, bo to wszystko było rozwalone, ale okienko piwnicy było odgrzebane i wyciągaliśmy skrzynki z wódką – mówi. – Po pas woda w tej piwnicy, ale wyciągaliśmy skrzynki. Potem na zewnątrz. Poustawialiśmy, bo tam samochód stał, na ten samochód. Nas czterech ten nasz Niemiec przyprowadził, a tą drugą grupę – zaczął mi wymieniać jakieś nazwiska – Andrzej Serafin, Jurek Baran, tamten drugi Niemiec wziął automat i wystrzelał tych chłopaków, kolegów”. –„O rany!”. Człowiek jest taki... Siedzieliśmy, a tu gwiżdżą pociski. Kolega mówi: „Tam na Woli są tory kolejowe i tam stoi armatnie działo kolejowe, i strzelają z dużych pocisków na Warszawę”. Dopiero jak on gwizdał, to za pociskiem szedł mały pióropusz ognia. Widać, jak leci pocisk artyleryjski, bo to duże pociski były i potem było słychać huk wystrzału. Najpierw przeleciało, a potem było słychać huk wystrzału, a potem huk. Gdzieś tam spadł, bombardują Warszawę, bombardują. Co chwila pocisk [leciał]. Trochę posiedzieliśmy.
Tak przed wieczorem wychodzimy. Ktoś krzyczy: „Wychodzić! Wychodzić!”. Cała ferajna [wychodzi] i z kościoła, i z zewnątrz idziemy dalej w kierunku zachodnim, w kierunku Dworca Zachodniego. Mówią: „Do Dworca Zachodniego idziemy”. Faktycznie, stanęliśmy. Gdzieś tam z boku przed dworcem była ulica, całe szeregi stoją, a tu przyjechał samochód ciężarowy i widać sanitariuszka, dziewczyna z czerwoną opaską Czerwony Krzyż i tam kilku rannym pomaga zejść. Na tym samochodzie przywieźli tylko ze trzech, czterech rannych. Ktoś się pyta: „A z jakiego szpitala?”. – „Długa 7”. – „A reszta?”. – „A reszta została”. Później się dowiedziałem, już po wyzwoleniu, że tam Niemcy jak weszli (ci, którzy mnie tam oglądali) na Długą 7 do szpitala, to wszystkich rozstrzelali na łóżkach.
Zaraz w styczniu [dowiedziałem, że] jak się okazało, moi rodzice przeżyli, też przeszli przez Pruszków. Potem gdzieś ich pod Piotrków Trybunalski wysłali na wieś (szczegółów teraz nie pamiętam, nie wnikałem). Na wsi byli u rolników. Pomagali w rolnictwie kopać kartofle, bo to jeszcze wtedy była jesień, i tam przetrwali, a jak już ich zastała zima, to wrócili do Warszawy mnie szukać. Niby wiedzieli, że jestem na Długiej, a tam był szpital, [myśleli], że może jestem ranny. Moja mama opowiada, że jak w Pruszkowie stali z boku za drutami, że jak szli ludzie od pociągu, bo na [Dworzec] Zachodni podstawili pociąg, wagony towarowe, ale to były węglarki – odkryte wagony, tam pełno ferajny i do Pruszkowa. Tu jakieś warsztaty kolejowe, duże hale. Patrzę, warsztat – hala numer 1, byłem tam. Tam spotkałem swojego stryjka, tego, co był u Spiessa ranny. Razem byliśmy później w obozie. Potem rodzice opowiadają, że jak już byli w styczniu w Warszawie, od razu polecieli na Długą i zajrzeli do tego [szpitala]. Wiedzieli, że ja jestem na Długiej 7, to oni zaglądali. Szpital tam jest, ale rannych Niemcy pozastrzelali. Brat mi opowiadał. Mówił: „Słuchaj, myśmy tam weszli”. Tam trzeba było wejść przez bramę, klatka schodowa i wejście od klatki schodowej na dół, piwnica. Mówi: „I taki widok: dziewczyna sanitariuszka ubranie ma zadarte do góry, w przyrodzenie wbita butelka, leży. Tam ktoś stał, jakiś mężczyzna. [Mówił]: »Nie ruszać, nie ruszać«. Pilnował”. Oni byli zaraz po wejściu naszego wojska, zaraz po 17 stycznia już byli w Warszawie. Mówił: „Nie ruszać, nie ruszać”. Zajrzeli tam, gdzie, są ranni. Mówili: „Szukamy Tadka, syna szukamy, ale – mówi – pozabijani leżą, chłopak pod łóżkiem też leży zabity”. Popatrzyli, mówią: „Chyba Tadka tu nie ma”. Wyszli. Tadka nie było oczywiście tam. To tylko taka historia.
W Pruszkowie... Moja mama opowiada, że jak stali, wokół krzyczeli: „Tadek! Tadek!”. Nie słyszałem tego. Nas prowadzili do bloku numer 1 – warsztat numer 1. Patrzę, stryjek jest. Mówi: „O, Tadek”. Żeśmy razem szli. Opowiada mi: „Wiesz, ten samolot, co spadł, zbombardował... On tam bombardował, ale spadł, był strącony, to mi nogi...”. Pokazuje mi rany na nogach, trochę okręcone ma nogi. Żeśmy przenocowali, bo to było przed wieczorem. Taki stół był. Przy stole żeśmy posiedzieli. Mówi: „Będą nas wywozić na roboty do Niemiec. Na roboty”. Mówią: „Jak by tu uciec stąd?”. Ale on mówi: „Nie, pewno będą strzelać, bo to ogrodzone, pełno Niemców dookoła, gdzie ty będziesz uciekał. Pewnie do bauera nas wyślą do pracy chyba”. – „Dobra”. Rano [krzyczą]: „Wychodzić! Wychodzić! Wychodzić!”. Pamiętam, był duży plac i stoi pociąg, wagony stoją – tak zwane bydlęce wagony. [Krzyczą]: „Wchodzić! Wchodzić! Wchodzić”. Ciasno, pchali do wagonu. Dobra, weszliśmy. Jedziemy.
Całą noc jechaliśmy, ciasno, duszno. Nad ranem zatrzymał się pociąg. Przez zadrutowane okienko, patrzę, co to takiego jest, baraki stoją jak pudełka od zapałek, kolejarz wajchę przekłada, a ktoś się pyta: „Proszę pana! Proszę pana! Co to jest? Co tu jest?”. Kolejarz mówi: „Oświęcim”. A w wagonie echo: „O jej, Oświęcim”. I ta brama, co na zdjęciach jest. Pociąg wjechał na peron, zatrzymał się. Drzwi się z hukiem otwierały: Alles raus! Raus! (Wychodzić! Wychodzić!). Wychodzimy. Były kobiety też i mężczyźni, bo w bloku numer 1 była mieszanka jeszcze i mieszanka była też w wagonach. Jak pamiętam, peron był wysypany jasnym żwirem, druty na izolatorkach, co chwila jakaś tablica SS, że tam jest trupia czaszka, że to nie dotykać, bo to jest wysokie napięcie, druty, nie dotykać, bo to wysokie napięcie. Krzyczą: „Mężczyźni na lewo, kobiety na prawo! Mężczyźni na lewo, kobiety na prawo!”. Tam były rodziny, rozstawały się, rozchodziły, jaki płacz, jaki krzyk. Tam był mój kolega – jakiś taki starszy mężczyzna stał i chwilkę rozmawiamy: „Jak to dobrze, że między nami nie ma kobiet, bo byśmy musieli się tu rozstawać, żegnać”. Za mną stał starszy człowiek, żegnał się z córką. Córka miała z osiemnaście lat, taka panna, łapali i się żegnali, a tam krzyk: „Na lewo! Na lewo!”. Długo płakali nad sobą tata z tą córką. Mężczyzna z tą córką się żegnali i płakali. On podszedł, a tam stały już kobiety, i mówi: „Proszę panią – do kogoś – niech panie się zaopiekują moją córką”. Słyszałem, jak mówiły: „Niech się pan nie martwi. Zaopiekujemy się”. Tak słyszałem jeszcze. Na słupkach co drugi słupek był głośnik i cały czas szło „Tango milonga”, cały czas. Jak się płyta skończyła to tak, jakby od początku nastawiali tą płytę w radiowęźle obozowym. Cały czas szło i tam jest charakterystyczne zakończenie „Czy jeszcze raz zobaczymy się, żegnaj kochanko” czy coś takiego „Żegnaj. Czy jeszcze raz zobaczymy się”. Takie znamienne są słowa. Ta melodia bez przerwy szła. Jak nieraz słyszę „Tango milonga”, to od razu widzę druty i tych ludzi, i peron. „Tango milonga” cały czas szło.
Najpierw poszły kobiety. Stoimy, każdy patrzy, druty, baraki, a kobiety poszły do baraków, które były bliżej z brzegu, murowane. To był obóz kobiecy. Widzieliśmy, że one zakręcały tam dalej do tych obozów. Potem ruszyliśmy. Byłem z tyłu całej tej kolumny, która tam była, w ostatnich wagonach mniej więcej. Kolumna idzie najpierw tak, potem skręciła przez tory, przez przejazd kolejowy, przez duży plac i na samym końcu budynek murowany, a na samym końcu w poprzek stał barak oświęcimski, drewniany z charakterystycznym długim świetlikiem u góry i otwarte drzwi od czoła, wierzeje otwarte. Cała ferajna wchodzi. Ktoś z tyłu mówi: „Popatrz, co oni tam pod ziemię wchodzą?”. Ten cały transport ludzi – mężczyzn, wchodzi do tego baraku. Wchodzi i wchodzi. Myślę: „Boże, oni tam się mieszczą? Tyle ludzi?”. Przed nami początek tej kolumny to był jeszcze daleko, a oni wszyscy wchodzą do tego baraku. Widać, że tam Niemcy gestykulują, karabinem popychają, [ludzie] wchodzą, wchodzą. Wreszcie i myśmy tam doszli. Jak śledzie w beczce, ciasno. Za nami się drzwi zamknęły. Ziemia to była glina, biała, wysypana chlorkiem, tak że było białe błoto prawie po kostki, grząskie, białe błoto, śmierdzący chlorek. Też miałem szczęście, że byłem blisko ściany. W ścianach były powybijane sęki – dziury, ludzie mówili jeden do drugiego: „Daj trochę pooddychać”. Też trochę pooddychałem przez tą dziurę, bo był ścisk, swąd, smród z tego chlorku – było białe błoto. Stoimy w tłoku. Słychać z drugiej strony baraku, bloku: „Na literę A wychodzić”. Myślę: „O rety, na literę A, a ja mam nazwisko na literę B, to zaraz będzie na literę B”. Przeciskam się, żeby przejść w tą stronę. Przeciskam się. Razem ze stryjkiem żeśmy się przeciskali, przeciskali. Wreszcie doczekaliśmy się: „Teraz na literę B! Wychodzić!”. Pierwsza część, ta duża, gdzie ludzie tak stali, była już wolna. Były duże drzwi, przestrzeń była wolna i stały stoliki. Tam siedzieli ludzie, też w pasiakach, i zapisują w kartotekach, kartoteka zielonkawa. Wreszcie się doczekałem. Podchodzę, stryjek za mną stał. [Spisują] personalia: imię, nazwisko i tak dalej, skąd, data urodzenia, adres, imiona rodziców – wszystko zapisywali. Numer – wziął mokrą szmatą [przetarł] mi na piersi i kopiowym ołówkiem [napisał] 193368. Tu już nie wybijali [numeru], bo to już była końcówka, w każdym razie ołówkiem mi [na piersi] napisał, na kartotece też. Stryjek miał [końcówkę numeru] 9. Razem żeśmy wyszli na zewnątrz, wreszcie trochę powietrza. Tam dalej były długie ubikacje. Ludzie siedzą, wkoło siedzimy. Siedzimy już dosyć długo, po południu. Mówią: „Kobiety wychodzą! Kobiety wychodzą!”. Idzie kolumna kobiet. Widać, że przed murowanym budynkiem stoją taboretki – takie stołki, cały rząd taboretek. One idą, idą, siadają na taboretkach i fryzjerzy je strzygą. Widać, że miały włosy, a raptem białe głowy świecą. Mężczyźni płakali, przecież dla kobiet włosy... To był widok strasznie wzruszający. Mężczyźni stali i płakali, że oni strzygą je, one takie gołe [idą] na bok. Następna grupa na tych stołkach [siada]. Fryzjerzy, strzyżenie... Wystrzygli je tam. Było kąpielisko. Potem wychodziły z drugiej strony kąpieliska, bo ten budynek to było kąpielisko, mykwa taka. Potem też tam byłem. Ubrane mają już pasiaki, już poszły z powrotem. Tam nieraz ktoś jakiś dowcip powiedział. Jeden mówi: „Ja mam puszkę od konserw”, bo jeszcze nas... Jeszcze niektórzy mieli walizki z sobą, jeszcze mieli torbę z sobą. Puszkę konserw otworzył, ale tam stoi grupa, poznawałem znajomych, z widzenia z Powstania, bo jak tam się kręciłem po różnych miejscach, gdzie byli Powstańcy, to tego z widzenia znam, tego z widzenia znam. Puszka konserw, podzielili się wszyscy konserwami, blachę rozkręcili, wyprostował na kolanie, znaleźli dwa kamienie i pieniędzmi palą. Ktoś mówi: „A ja mam mąkę”. Ludzie i trochę mąki mieli. Jak Żyd przyniósł wiadro wody, to chciał [za to] pierścionek. Nie mam pojęcia, ale Żydzi przynosili wodę. Oni mogli się jakoś poruszać w tym obozie. Niby to była straszna [rzeź], ich mordowali, ale oni też i jakieś funkcje, mieli w tym sensie, że jak przyniósł wodę, mówili: „Cholera, przyniósł Żyd wiadro wody, to chce pierścionek, chce obrączkę, że da ci trochę wody”. Jak jeszcze czekaliśmy przed mykwą przed ubraniem w pasiaki, to kolega otworzył tą puszkę konserw, ludzie wyciągają, [mówią]: „Czym palimy?”. Wyciągają pieniądze i forsą palą. Ktoś zrobił placek na blasze. Śmieją się: „Teraz policzcie, ile ten pagaj kosztuje? Ile tam się pieniędzy spaliło?”. Spalili pieniądze, tylko dla śmiechu ktoś z brzegu... Potem się podzielili. Dalej była ubikacja – długi budynek, wejście od zewnętrznej strony. Wiadomo, od razu ludzie zegarki do ubikacji [wrzucali]. Tak siedzieliśmy cały dzień i całą noc. Na kamieniu [siedziałem], noga mi cała zdrętwiała. Patrzę, siedzi jakiś facet, grzebie w [ziemi], robi dołek. Coś schował, zasypał i potem się oglądam – liczy słupy. Myślę: „Aha, schował swoje kosztowności, zagrzebał i liczy słupy, żeby potem trafić. Może trafi. Niech sobie chowa”. Trochę mi się chciało śmiać, ale to nie była taka śmieszna historia, ale po prostu zagrzebał swój majątek i liczy słupy (betonowe słupy), żeby potem trafił. Potem idziemy. Zbiórka. Krzyczeli po niemiecku: Abstrecken! Abstrecken! (Zbiórka!). Idą. W ciągu tego było jeszcze widać furgonetkę z czerwony krzyżem, a z boku kwadratowy komin, dymi się. Ktoś mówi: „To krematorium, a furgonetką dowożą gaz, truciznę. Ten dym to z krematorium. Zobaczymy, czy nas do krematorium poprowadzą, czy gdzie indziej”. Wreszcie brama, w prawo, ulica, końcowy lagier A. Tam był lagier A, B, C i tak dalej. W drugim B byli Cyganie. Blok 7. Były długie poprzeczne prycze. Na tych pryczach... Tam mieszkaliśmy. Tak było chyba ze dwa tygodnie.
Raz poszedłem po obiad. Mniej więcej o godzinie plus minus pierwsza po południu, słychać było dźwięk [dzwonka]. Jak były baraki, to ostatni od wejścia, od bramy... Jeszcze jak nas wprowadzili, to była selekcja. Jak nas prowadzili, kazali iść gęsiego jeden za drugim i stał Niemiec, i mówił: Links! Rechts! Links! Miał kawałek kija, patyk i [wskazując, mówił]: Links! Rechts! Links! Zastanawiałem się, czy dobrze iść na lewo czy na prawo. Tu kolejka się rozchodziła. Trafiłem na prawo do bloku numer 7. Inni, co poszli na lewo, poszli do bloku numer 8 tam dalej. Dobrze czy źle, nie wiadomo. To była pierwsza selekcja. Potem ciasno w tych [barakach]. Tam niby dziewięć osób się mieściło na pryczach. Ciasno. Bokiem można było [leżeć]. Jak wyszedłem do ubikacji, to potem już nie mogłem się zmieścić, już mnie tam nie wpuścili, bo się nie mogłem zmieścić, to siedziałem z boku. Jak wyglądał obiad? Słuchać było dźwięk. Blokowy, a oni tak z brzegu mieli swoje sztuby, wychodzili i wybierali ośmiu: „Chodźcie, idziemy po obiad”. Raz też trafiłem, bo byłem z brzegu. Idziemy do kuchni. Kuchnia. Widziałem szynę, z boku wysięg, szubieniczka i tam kawałek szyny wisiał, młotek wisiał też na sznurku. Dźwięk i wtedy wszyscy szli po obiad. Tam stały beczki – beczki śledziówki. Miały dwa haki, tam były dwie długie listwy i czterech do tej beczki – jakaś zupa. Zupa była względnie gęsta, bo były i buraki, i brukiew. To nie było obierane, może tylko było opłukane, poszatkowane i na gęsto zasypane mąką, i zupa była trochę gęstawa. Druga była traga – skrzynia znów, dwie rączki. Ja do tej skrzyni. Tam były niby miski, ale to nie były miski. To były różnego kalibru garnki: płaskie, wyższe, niższe garnki, poobijane już, niby kiedyś wężem spłukane (widać było, że one są brudne). To były garnki, nie miski. Łyżek nie było. Może ktoś miał przy sobie łyżkę, ale wątpię. W każdym razie nie było łyżek. Potem, jak przynieśliśmy... Obiad był przed barakiem na placu... Zawsze rano był Läuseappell wszyscy musieli jeszcze z samego rana – zanim jeszcze obiad był – piątkami się stało, rozszerzyć kolumny, zdjąć koszule, Läuse – szukali wszy. Każdy pokazał. Jeszcze wtedy nie było wszy.
Nie opowiedziałem, że jeszcze w międzyczasie poszliśmy do mykwy. Cofnę się trochę. Jak wtedy siedzieliśmy, to [mówili]: „Do kąpieli! Do kąpieli! Do mykwy” – do tego budynku, co te kobiety. Patrzę na te stołki, z boku jeszcze włosy leżały. O, śmieszna historia. Tam dawali duże torby z metalowym wieszakiem, naklejka. Na sznurkach wisiały ołówki kopiowe i mówią tak: „Ubranie wieszać na metalowych wieszakach. Wpuścić do torby, zawiązać – takie były troczki – i napisać numer i nazwisko, że jak się będzie wychodziło, żeby trafić do swojego ubrania”. Każdy swoje ubranie powiesił i na nagusa na bok, a przed wejściem była skrzynia jak urna wyborcza, stał Niemiec (zwykły mundurowy Niemiec) i [więźniowie] w pasiakach. Kto miał złoto, zegarek, to wtedy było pierwsze zabranie złota. Kto nie wyrzucił do ubikacji, a jeszcze trzymał, bo myślał, że przechowa, to trzeba było wrzucić do tej skrzynki. Jak widziałem, że ktoś popychał skrzynię, bo ta urna była duża, to mocno się zaparł, tyle tam tego złota wrzucali. Oczywiście, najpierw jakimś świństwem pomazali głowę, tu i tam, mówili, że to dezynfekcja. Potem do kąpieli. Tam puścili trochę wody i rozdawali potem ubranie. Leżała na kupie bielizna, pasiaki i tam stali i patrzyli na rozmiar. Mnie też dał takie ubranie. Poprzebierani już byliśmy trochę. Pasiaki były różne: i brudne, i małe, i duże, połatane. To było pierwsze ubranie. Potem nas wyprowadzili właśnie na lagier A, blok 7.
Dokończę o obiedzie. Kolejka, szeregi jeden za drugim, jeden za drugim. Ci, co byli pierwsi, to brali czyste garnki, a potem trzeba było oddać następnemu, następnemu. Łyżek nie było, a zupa była gęsta, to się ręką jadło. Zjadł wszystko czy nie wszystko oddawał garnek następnemu. Wieczorem był chleb kwadratowy, wojskowy (prostokątny, nie kwadratowy), i rozdawali. Mówili: „Zatrzymać to, żeby sobie połowę zjeść, a połowę [zostawić] na śniadanie”. Tylko dwa razy podawali [posiłki]: raz obiad i raz niby kolacja, a z kolacji, żeby zatrzymać kawałek chleba na śniadanie. Kto zjadł, to nie miał śniadania. Przy wyjściu też dawali, niby to była kawa (ktoś przyniósł), ale to nie była kawa. Tam były krany z wodą, fakt, można było się umyć, ktoś popił wody. Plus minus po dwóch tygodniach znów apel. Codziennie ten Läuseappell. Ubikacje... Blok numer 7, blok numer 6 to były ubikacje. Taki sam barak, z tym że on był przedzielony ścianą wzdłuż na pół, betonowa podłoga i trzy czy cztery rzędu otworów – ubikacjowe otwory, a tam płynęła woda, czyli jak ktoś się załatwił, to prosto do rynsztoczka. Dosyć elegancko było, płynęło. Potem był parkan, a już na piątym bloku były kobiety. Między drutami głównymi a barakiem były druty, między ubikacją były druty, z tamtej strony kobiety podchodziły, bo druga część baraku to była żeńska ubikacja, z tamtej strony drutów. Nieraz się ludzie poznawali, machali do siebie, ktoś tam poznał swoją rodzinę, kobieta, mężczyzna, machali do siebie z daleka (nieraz widziałem z boku). Następny lagier B, to tam byli Cyganie. Patrzę kiedyś, idzie Niemiec. Tam są Cyganie i taka mała Cyganeczka tańczy. Szedł Niemiec, wiadomo, ważny, a ona wyskoczyła z boku i tańczy. Mówię: „Jak ona walczy o życie, Boże, jak to dziecko tańczy”. Widzę to. Ona przed nim tańczy, żeby on jej nic nie zrobił. On przechodził, machnął witką i poszedł dalej. Potem słyszałem, że tych Cyganów wykończyli – krematorium było. Patrzę, widziałem to dziecko, jak tańczyło przed Niemcem. Mówię: „Ona walczy o życie, chce się podobać, żeby nic nie zrobił”. To taki bardzo wzruszający obrazek.
Potem znów historia (mógłbym być bogaty, ale nie byłem). Wychodzimy, jest transport, mówią: „Transport, transport”. Wychodzimy. Znów do kąpieli. Już nam dali inne pasiaki, normalne pasiaki obozowe, już nie łatane, bo przedtem to [była] marynarka pół-cywilna, pół-pasiaki. Te pierwsze [ubrania] to była zbieranina, a teraz już nam dali eleganckie pasiaki, względnie czyste, względnie pasujące. Wychodzimy, czekamy na zewnątrz, aż się wszyscy wykąpią. Potem patrzymy, a od tego niby-dworca od pociągu, od kolei, idzie transport cywilny, idą ludzie. Weszli od razu do kąpieli. Jakiś nowy transport. Słucham, ale nie mówią po polsku. To jakiś obcy kraj i obcy język, po polsku nie słychać z daleka. Budynki były parterowe. Szatnie jeszcze były z tej strony. Od tyłu były okna od tych szatni, gdzie były wieszaki. Dosyć młody człowiek, cywil, jeszcze nie przebrany, [miał] pindelek – jakaś wypchana torebka, podchodzi i chce mi to dać. Mówię: „Nie, ja dziękuję. Nie chcę”. Bałem się wziąć. Myślę sobie: „On chciał mi dać jakieś kosztowności. Wiedział, że tutaj już koniec, nie przemyci tego”. Cała torebka, coś tam musiało być. Widać było, że ona jest ciężka. Woła mnie i mi daje, ale nie chciałem. Nieraz tak myślę: „Co ja bym z tym majątkiem zrobił?”. Na pewno było tam złoto albo coś. Czy ja bym to przetrzymał przez późniejsze historie, co tam się później działo. Pewnie i tak by mi to zabrali albo jeszcze udusili gdzieś. Nie wiadomo. Na pewno bym tego nie przetrzymał, nie chciałem brać, żeby nie podpaść, nie chciałem tak blisko podchodzić. Już miałbym szczęście być bogatym nawet w obozie. Potem mówili: „Wychodzić, wychodzić”. Brama, była ulica, po prawej stronie były place sportowe – niby tereny sportowe. Było widać basen. To były niby tereny sportowe dla obozowców, też oczywiście za drutami, krzyczą: „Słuchajcie, w tej czwartej piątce z przodu, »Krwawy Mietek« jest. Zaduście go w wagonie! »Krwawy Mietek!« On pchał ludzi na druty!”. Druty były pod napięciem. Wszyscy wyciągają szyje, [pytają]: „Który to »Krwawy Mietek«?”. Później miałem z nim styczność – uderzył mnie w nos. To było później, później. Pobił mnie „Krwawy Mietek”.
Przywieźli nas z Oświęcimia do... ale to już nie były wagony towarowe, tylko były wagony bagażowe, że tam zawsze dla bagażowych jest przedział i ubikacje. Nas wepchali normalnie, ciasnota. Nad ranem chciałoby się do ubikacji. Idę, a dwóch Niemców stało w małym korytarzyku do ubikacji, do przedziału. Mówię: Herren, ich brauche nach Abort. Bitte, ich brauche nach Abort. Wszedłem do ubikacji, wtem pociąg stanął, a w ubikacji było uchylone okienko – biała szyba, szparka. Patrzę, jest napisane Breslau, muzyczka gra, ludzie chodzą, normalne życie. Później dowiedziałem się, że to Wrocław. Widziałem Breslau jeszcze w owym czasie przed zbombardowaniem, to jeszcze żył Breslau. Potem nas przywieźli do Leitmeritz. To było komando Flossenbürg – Flossenbürg-Leitmeritz. Już tam był inny numer 29358. W tym obozie właśnie nadali nam inny numer.
Baraki. Pod ziemią pracowaliśmy. Kiedyś byłem w Czechach na wycieczce, to się urwałem z wycieczki. Pojechałem do Leitmeritz, ale teraz [tam] są koszary. Potem w Terezino (małe miasteczko) było międzynarodowe getto. Miasteczko Terezino, jak nasza Cytadela – fosy, a w środku obóz i miasteczko, obóz dla Żydów, dla bogatych Żydów, którzy mogli się przekupić, przetrwali w Terezinie. Byłem tam trochę. W Leitmeritz pracowaliśmy pod ziemią. Tam były sztolnie, wyrobiska, maszynki pneumatyczne, skała. Norma była trzynaście wagoników na jednego naładować. Na kolanach nieraz ładowałem. Pomagali mi. Już sił nie było, żeby na te wagoniki, wywrotki naładować tego. Pracowałem nieraz w takich miejscach, gdzie było już wykończone, a pięknie to było wykończone, wmurowane, to były okrągłe klosze i stały maszyny. Tam robili silniki do czołgów. Też trochę pracowałem przy tych maszynach, w tym sensie, że pchaliśmy te maszyny, ustawialiśmy. Niektórzy tylko pchali, a mnie kazali też rurki podnosić z tyłu do przodu, żeby maszyna jechała po tych rurach. To się więcej nagimnastykowałem jak ci, co trzymali te maszyny i pchali.

Kiedyś... Ale tam jeszcze wiadomo, że były długie prycze, nie było ani sienników, ani nic... Właśnie z tym „Krwawym Mietkiem” miałem spotkanie. Widziałem, tam była szopa i słoma. Wezmę trochę słomy, przyniosłem... Pod ziemią robili, jak już wykopane były sztolnie, niektóre wykończone, to najpierw był robiony z desek szalunek, potem druty – zbrojenie, a potem betoniarze ładowali, czyli robili wzmocnienie filarowe tych tuneli. Tunele były bardzo długie, dużo tego było. Jak mówią, że jakby to wszystko połączyć, to podziemia miałyby z osiemdziesiąt kilometrów. Wysokie i szerokie, bardzo ładnie to było zrobione. Normalnie Niemcy budowali to pod ziemią. Skombinowałem tak, że torbę od cementu sobie przyniosłem, a była zima, to sobie torbę od cementu z przodu, torbę od cementu z tyłu, żeby nie przewiało. Co drugą niedzielę nie szliśmy do pracy, ale za to od rana gong, jeszcze ciemno – na apel. Mróz trzaskający, a od rana do wieczora [musieliśmy] stać na mrozie. Ludzie umierali w szeregach, to go wyciągali przed szereg, [Niemcy krzyczeli]: „Dobić, dobić”. Jeden drugiego po plecach [nacierał], tak się rozgrzewali. Ja miałem torbę od cementu z przodu, torbę od cementu z tyłu, żeby mnie nie przewiało. Tak nie wolno było. Skok na kartofle. Walka o życie. Kuchnia, kartoflarnia, a z tyłu jest wejście. Zajrzałem. Nie obierali tam kartofli, tylko tam ci, którzy pracowali (później też pracowałem w kartoflarni), tylko trochę oskrobali, oczka wyskrobywali i razem z łupinami kartofle szły, tylko trochę oczyścić. Patrzę, kartofle są. Z miską kiedyś podskoczyłem, nabrałem z basenu do siebie. Raz mi się udało. Na drugi dzień wskoczyłem z miską do basenu tych kartofli... Później, jak było śmietnisko za barakiem, można było piec kartofle na tym śmietnisku. Za drugim razem kartofle, a tu Herman – kapo od kuchni stanął (on też w pasiakach – Niemiec) z takim wężem. Trzymał kawał szlauchu, tylko to jest taki szlauch do połowy. Tam był nasypany piasek, zakorkowany, tak że jak podniósł, to piasek się sypał do rączki, ale jak opuścił, to piasek poszedł do góry i dostawało się jakby kijem. Jak mnie trzasnął w nogę, mało się nie przewróciłem. Dopiero się przewróciłem, jak spadałem za kuchnią z desek. Jak mnie trzasnął, to do dziś czuję, jak mi zasunął po grzbiecie w plecy. Nieraz robiłem skok, bo mówią, że w skrzyniach są suchary dla psów. Znów skoczyłem. Faktycznie były sucharki jak herbatniki. Na nich był wydziurkowany rysunek z łbem psa. Nawet były smaczne. To były mielone kości z mąką. Moczyli to z jakąś zupą, z wodą czy z czymś i pies to jadł. Też spróbowałem. Raz zrobiłem skok na skrzynię, też ukradłem trochę.
Miałem trochę szczęścia. Wtedy miałem piętnaście lat. Zrobili blok dla małoletnich. Jeden blok był dla małoletnich. Tam była międzynarodówka: Polacy, Rosjanie, Węgrzy, Jugosłowianie. Z Jugosłowianami – to partyzanci, widać było, że mieli płaszcze wojskowe, tylko mieli namalowane farbą KL (Konzentrationslager. Potem kupiłem sobie taki płaszcz wojskowy do Jugosłowianina. To było ciepłe, a nie jak pasiaki. Z nimi można było ukraść, zgubić, znaleźć – grzeczni byli, a ci Rosjanie razem tam, bez przerwy... Myśmy mieli pryczę na dole z boku, a oni tam dalej ciągle przed nami stali, ciągle gadali: „Job wasza mać Polaczki, jeszcze Polska nie zginęła”. Myśmy ich omijali jak zarazę, nogę podstawił, popchnął. Na tym samym wozie jechaliśmy. Z Jugosłowianami, z Węgrami z nimi nie można się było porozumieć, ale [byli] grzeczni, spokojni.
Odnoście Jugosłowian. Kiedyś też jeden mówi: „Słuchaj, tam potrzeba sprzątać”. Nocna zmiana jak poszła do pracy, a myśmy wrócili, to można... Tam nie było sienników, tam był tylko barłóg: słoma albo wiórki drewniane, tak zwana wełna drewniana. Z początku było to miękkie, a potem to było twarde, a potem była sieczka i pchły straszne. Ale jak wyszedł, a każdy tylko kołnierz postawił, jak spał, to kołnierz postawił, a jak się cała pościel… to tylko otrząchnął się z tego mantla. Koców też bardzo mało było. Jak ktoś miał, to jak mu nie ukradli, to miał kawałek szmaty schowane w deskach. Dostałem się do sprzątania, żeby sprzątać, zamiatać. Trochę zupy dostałem. Jak posprzątaliśmy alejki między pryczami... Był jeden Rosjanin, Jugosłowianin i ja Polak. Żeśmy posprzątali, to [blokowy] mówi: „Micha, micha!”. Wlał nam trochę zupy. Blokowy wydawał zupę dla tych, co wychodzili na noc do pracy. Pełno nabrał, nie wszystko wylał, to mu trochę w tej bańce zostało dla tych, co mu sprzątali. Kilka razy tam sprzątałem i dostałem zupy. Nieraz przychodziłem, kopnąłem w bańkę (bańka stała) o, jest dzisiaj zupa. Nieraz nie było zupy. Poleciałem, zamiatam miotłą. Potem patrzę, o rany, nie ma kotła, ktoś ukradł kocioł. Wyskoczyłem z baraku, a tam było ostatnie takie wejście, mój kolega Jugosłowianin z tym kotłem, a kotły były jak termosy niemieckie pięćdziesięciolitrowe, zasuwa. Ukradł kocioł i chowa się tam, gdzie były nasze prycze. Do tego Jugosłowianina poleciałem: „Ty, Jugosłowian! Ty zabrałeś kocioł?”. Tam był stół i on już wylewał sobie zupę do miski. Tam już były miski, nie było już garnków, tylko miski blaszane. On wylewał sobie tą zupę i mówi: „Jeszcze dla ciebie zostało”. Nie będę odnosił kotła, to sobie ten kocioł, a tu wchodzi blokowy i mówi: „To ty żeś ukradł kocioł?!”. – „To nie ja, panie blokowy, to Jugosłowianin”. – „To niech on przyjdzie i się przyzna, bo inaczej dostaniesz baty”. Odstawiłem zupę i poszedłem na półpiętro. Tam był długi korytarz i mówię: „Ty, Jugosłowianin, chodź, bo mnie kapitan blokowy złapał i jak ty się nie przyznasz, to dostaniemy baty, a jak powiesz, że to ty ukradłeś, to nie dostaniemy baty, bo inaczej to ja dostanę baty”. Jugosłowianin poszedł, oddał zupę koledze, zszedł na dół i mówi: „To nie on ukradł zupę, to ja ukradłem zupę”. Zdziwiło to mnie i tego blokowego, taki szlachetny facet, chłopak. Nie bronił się, nie uciekał, tylko przyszedł i się przyznał, że ukradł kocioł.

Kontynuacja rozmowy przeprowadzona 18 listopada 2010 roku

Z Jugosłowianinem się można było łatwiej rozmówić niż z Rosjanami, łatwiej. Ta mowa była bardziej zbliżona do polskiego. Zatkało blokowego, że taki przyszedł i się przyznał. Byłem mocno zawstydzony, że się broniłem: „To nie ja, to on”, a on przyszedł i się przyznał. Od tamtej pory byłem mu bardzo wdzięczny. Blokowy powiedział: „No, żeby mi się to więcej nie powtórzyło”. I dał nam spokój. Byłem mu wdzięczny, dziękowałem, byłem zawstydzony. Miałem później okazję odpłacić mu się, odwzajemnić. W sztolniach, a sztolnie były pięknie wykończone, szerokie, wysokie korytarze, wymalowane, wytryskane jasną biało-różową farbą olejną, żyrandole, oświetlone, były tory kolejowe, maszyny stały, bo tam była produkcja. Pod ziemią tam były piękne zakłady, bo to było pod górą. Miasteczko Leitmeritz – Litomierzyce (Leitmeritz po niemiecku) było w dole. Była wielka góra i pod górą była fabryka, sztolnie. Tam była piękna produkcja, maszyny tam stały, duże, wielkie, pierwszy raz widziałem takie maszyny. W tych niewykończonych jeszcze [sztolniach], gdzie kopali, to były robione betonowe obręcze. Najpierw cieśle robili szalunki, potem zbrojarze (trochę pracowałam przy tym zbrojeniu drutów, skręcaniu) i potem betoniarze kładli beton. Akurat tam pracowałem i wysłali mnie po deski w drugim korytarzu. W czasie okupacji [było] takie zielone wojsko jak Piłsudskiego. Mieli czapki w kolorze khaki, maciejówki jak Piłsudskiego, pokazało się à la polskie wojsko, ludzie byli zdziwieni, a to była organizacja Todta – niemiecka organizacja. Przyjmowali Polaków do pracy (to byli Polacy) pomocniczej przy wojsku. [Oni] pokazali się w Warszawie, ludzie byli zdziwieni, zresztą zaczepiali: „O, dzień dobry panu. Jakieś polskie wojsko się pokazało”. Oni nie chcieli dużo mówić. Akurat byłem świadkiem takiej rozmowy. Wysłali mnie właśnie tam po deski z szalunku, a na deskach siedziało dwóch z organizacji Todta w ubraniu. Mówię: „Dzień dobry. Przepraszam, chciałem wziąć deskę”. On usłyszał, że mówię po polsku. [Mówi]: „A skąd ty jesteś?”. – „Z Warszawy”. – „A gdzie ty mieszkałeś?”. – „Na Przyrynku”. – „A ja mieszkałem na Młynarskiej”. – „Tak? Na Młynarskiej to mój stryjek mieszkał pod 14”. Ten w mundurze mówi: „A ja pod 16”. Oni nas pilnowali, znaczy nie pilnowali, tam siedzieli i tylko udawali. To z organizacji Todta. Poznałem ich. Wziąłem deskę i potem, jak szedłem po drugą deskę, to myślę: „A może ja go wykorzystam, może mi się uda”. Mówię: „Przepraszam pana, miałbym do pana prośbę. Czy mógłby pan mi przynieść jutro kopertę ze znaczkiem i żeby tam był papier listowy. List chciałbym napisać”. Oczywiście nie miałem do kogo pisać, Warszawy już nie było, nie wiedziałem, gdzie rodzina. To nie [było] dla mnie. Pomyślałem właśnie o tym koledze Jugosłowianinie. Mówi: „Dobrze, ja ci juro przyniosę”. Faktycznie, na drugi dzień przyniósł mi kopertę ze znaczkiem i kawałek ołówka. Potem odnalazłem tego kolegę Jugosłowianina. Mówię: „Słuchaj, mam tutaj list. Może ty możesz napisać do rodziny. Masz [rodzinę]? Możesz napisać?”. – „Mogę napisać”. Dałem mu kopertę, ale mówię: „Napisz i jutro daj mi, to ja mu dam, bo mam okazję dać. Wrzuci na mieście”. Byli zdziwieni, że mam okazję wrzucić na mieście ten list. Faktycznie, on napisał, zakleił. Przyniosłem na drugi dzień, ten wziął, schował i wrzucił. Za jakiś czas spotyka mnie ten Jugosłowianin i mówi: „Słuchaj, dostałem paczkę z domu”. Ten list doszedł już na nowy numer, bo nam w międzyczasie zmienili numery. Z początku mieliśmy oświęcimskie numery, a potem nam zmienili na Flossenbürg – na [numer] obozu Flossenbürg, bo podlegaliśmy pod Flossenbürg, tylko to było komando Flossenbürga, już inne numery przez 29358 podobne numery, tylko końcówka. Mówi: „Doszedł ten list, dostałem paczkę!”. Przyniósł mi kawałek słoniny – plaster słoniny i cebulę. [Mówię]: „Dziękuję”. Był moim kolegą, przyjacielem. Czasem się spotkaliśmy to: „Cześć”. – „Cześć”, to tylko [wtedy], jak przechodziliśmy, bo on w innym komandzie gdzieś pracował. Odwdzięczyłem mu się, on był zadowolony i jego rodzina, że dostali list, że on napisał, że zdrów i tak dalej. Tak się odwdzięczyłem temu Jugosłowianinowi.
Miałem starszego kolegę. A jeszcze powiem, że zimą jak żeśmy pracowali, ściągnęli mi buty w nocy, bo tam się nie zdejmowało [butów], tam nie było pościeli ani koców. Czasami można było mieć koc, rzadko były koce, ścierki. Cała pościel to była, jak się człowiek nakrył kołnierzem, bo żarówki się paliły całą noc, bo ludzie chodzili (tam było dużo ludzi). Całą noc chodzili drewniakami po drewnianej podłodze urgot, to tylko tyle, żeby się zasłonić od tego światła. Rano się tylko wzięło i już. [Patrzę], butów nie mam. Trzymałem się starszego kolegi, trochę wyższego, miał na imię Lutek. [Mówię do niego]: „Popatrz, buty mi ukradli!”. – „Cholera, te kacapy ci ściągnęli! Nie czułeś?”. – „Nie czułem, spałem”. Boso, nie mam butów, a już jest jesień, już śnieg zaczyna padać, a ja na bosaka. Tak chodziłem kilka dni, cztery dni chyba. Okręcałem sobie w pracy nogi papierem od cementu. Tam były torby od cementu, bo robili szalunki, cement był, drutem skręcałem. Jak było sucho, to te buty papierowe jeszcze jakoś się trzymały, ale jak się wyszło na zewnątrz, to się rozmoczyły i tylko getry trzymały się nóg. Potem zrzucałem to i na bosaka. Za dwa, trzy dni była wolna niedziela. Chłopak wpada, krzyczy: „Słuchajcie, chłopaki, w magazynie buty dają!”. Wyskoczyłem, a już [był] śnieg, ślizgawka, że się poślizgnąłem na bosaka. Długi korytarz betonowy, mokro. Dopchałem się. Stał tam, też pasiakowy, Niemiec – był magazynier. Niemcy też byli w pasiakach w obozach. Mówię: Herr, ich [habe] keine Schuhe. Herr, bitte schön, keine Schuhe (Panie, ja nie mam butów. Proszę buty). Tak na mnie popatrzył i zaprowadził mnie między regały. Tutaj różne łachy leżały. Ostatni regał – buty. Popatrzył na mnie i wybrał mi buty, drewniaki oczywiście, ale jakie piękne buty – skóra, tak zwana boksowa, jak to kiedyś były narciarki, czyli z klapką na wierzch, dwa paseczki, a w środku filc. Boże, jak zobaczyłem te buty, włożyłem, jak w piecu. Mówię: Herr, danke (Dziękuję). Wyszedłem. Mówię do Lutka: „Lutek, popatrz, jakie buty dostałem”. On mówi: „Słuchaj, ty idź pod kuchnię. Tam jest rynsztok, spływa z kuchni woda ściekowa, taka tłusta, jasna, błoto. Wysmaruj te buty, bo ci kacapy ukradną zaraz”. Straszna historia z tymi ruskimi była. Mówi: „Kacapy ukradną ci te buty”. – „Masz rację”. Pobiegłem za kuchnię, tam gdzie ściek był od kuchni, buty wysmarowałem. Teraz butów nie widać, błoto tylko tłuste na butach. Już miałem torbę od cementu. Trzeba było w torbę od cementu włożyć na noc, drutem jeszcze nogi skręcić, żeby buty trzymać w tej torbie. Jak się spało, człowiek zasnął, to mogli [ukraść]. Tam ginęły buty.
Oczywiście jak wracaliśmy ze sztolni, to szło się na dół do obozu. Śnieg już był, nawiało śniegu z boków. Tam się chodziło piątkami, bo piątki na bramie łatwiej liczyli. Trzeba się było trzymać pod rękę, żeby te piątki były zwarte. Zawsze wciskałem się do środka i jak szedłem z powrotem, to spałem – trzymałem się i czasami jednym okiem spojrzałem. Raz mnie wypchnęli na zewnątrz, z boku szedłem, ręce w kieszeni, kołnierz podniesiony. Z boku szedł żołnierz niemiecki – konwojent z psem, automat na ramieniu. Za chwilę czuję, coś mi pod rękę wpycha, a miałem rękę w kieszeni – kawał chleba jak to wojskowy chleb, długi. Ten Niemiec pół takiego chleba wciskał mi pod pachę, ten, co szedł z psem i z automatem wcisnął mi chleb. Długi szereg ludzi był, kolumna długa, a akurat miałem szczęście, że ja ten chleb dostałem. Mówię: O, Herr, danke schön! Chleb schowałem za pazuchę. Dobrze, że mnie na zewnątrz wycisnęli. Ludzie byli różni, nawet ten żołnierz niemiecki. Tak sobie myślałem: młody człowiek, dostał nakaz do wojska, akurat tutaj ma służbę, nie musi być zły, skoro mnie dał kawał chleba. Trzymał ten chleb, musiał nieść i z przeznaczeniem, żeby komuś dać. Miałem szczęście.
Z tym Lutkiem, a Lutek kolega... Trzymałem się starszego kolegi, żeby mieć obronę, żeby się nie czepiali. Tam się ciągle czepiali albo cię uszczypnął, albo cię kopnął – przyjaciele. Lutka się trzymałem, bo [był] starszy. Lutek skombinował kawałek koca. To był zdarty koc, przedarty na pół, to była większa szmata aniżeli koc, drutem zszyty. Tak żeśmy we dwóch spali. Czas on ze mnie ściągnął ten koc, ja z niego. Lutek zachorował na apatię, jak się spojrzał w jedno miejsce... A był wesoły chłopak, mówił, że grał na gitarze, śpiewał. Był chłopak z biglem, jak to się mówi. Spojrzał się w jedno miejsce, to się tak patrzył. Mówię: „Lutek! Lutek!”. Wszystko w nim zamarło. Jak nieraz dawali wieczorem chleb, jak tam dostał chleb, trzyma ten chleb. Mówię: „Lutek, jedz ten chleb, bo ci kacapy zabiorą. Jedz, bo ci wyrwą! Jedz Lutek! Jedz!”. Lutek chory. Właśnie raz jednej nocy czuję, że trochę ściągnąłem tego koca, że mam sporo, a Lutek ze mnie nie ściąga. Patrzę, żarówki się paliły, Lutek oczy otwarte, usta otwarte. [Wołam]: „Lutek! Lutek! Lutek!”. Lutek nie żyje. Umarł pod tym kocem. Było mi go żal, ale nie robię szumu. Śpij, ja też śpię, bo tam się tylko myślało o spaniu i o jedzeniu ewentualnie, bo tam się pracowało od szóstej rano, a pobudka była już chyba o czwartej. Zaczem sformowali komanda do pracy, to już w nocy była pobudka, czyli gong i kijami po pryczach, [krzyczeli]: Aufstehen! Aufstehen! Aufstehen! (Wstawać!). Jeszcze było ciemno, a wracaliśmy, jak już było ciemno, bo od szóstej do szóstej była praca, bo nocna zmiana na szychtach pracowała od szóstej wieczorem do szóstej rana. Mijaliśmy się tylko w drodze, jak przechodziły kolumny. Nie robiłem szumu, niech Lutek śpi, ale żal mi go było. Lutek umarł. Rano faktycznie się budzimy, Lutek nie żyje. Powiedziałem blokowemu: „Panie blokowy, kolega umarł”. Zaczęła ferajna już wymierać, naprawdę zaczęli już wymierać. Panował i tyfus, i grypa, przeziębienia. Każdy chory był. Ja się jeszcze trzymałem.
Już zaczęła być wiosna, trochę cieplej. Mówią: „Słuchaj, ja mam znajomego. Pracuje u Arbeitsdiensta. Oni mają radio. Trzymaj się, bo już niedługo będzie wyzwolenie. Ruskie nadchodzą. Trzymaj się. Front się zbliża. Front już jest na Odrze”. Już wiosna mniej więcej była. Może to był marzec. Mnie zaczyna brać... Chyba to była grypa. Bałem się tyfusu, bo tam tyfus [panował], ale to nie był tyfus. Temperatura mnie bierze, kręci mi się w głowie. Pracowałem z takim Hiszpanem – prawdziwy Hiszpan z Hiszpanii. Razem we dwóch tam pracowaliśmy. Deski pomagałem [nosić], druty kręciliśmy. On mówi: Tadeusz, du gehst nach Rewir. Du bist krank. (Na rewir idź). Jak wracaliśmy z pracy, prosto z bramy... Już orkiestra nie grała. Rano grała orkiestra, żeby marsz był na baczność i liczyli piątki, a popołudniu już nie, ale trzeba niby na baczność, równo, bo też liczyli, żeby był „sztil”, ile wyszło, ile umarło, żeby zawsze był tak zwany sztil, żeby pasowało, bo jak któregoś owało, to staliśmy nieraz na apelu całą noc albo cały dzień, zanim się doliczyli, że tam jeden umarł w słomie. Pierwszy budynek zaraz od bramy po prawej stronie był rewir, czyli szpitalka. Żeby się dostać, to zakręciłem, już nie biegłem na swój barak, bo dawali zupę, wieczorem była właśnie zupa, a w pracy było po kawałku chleba niby Frühstück (śniadanie), a wieczorem „wasser-zupka”. Jak tam było ze dwa kawałki kartofla, to pół bloku się zlatywało, żeby oglądać, ale to była kolacja. Nie szedłem już po zupę, tylko od razu skręciłem na rewir. Tam hol, już było trochę ludzi, dopchałem się. Taki jestem chory. Taki facet – pielęgniarz, który tam wpuszczał, przyjmował, patrzy, wziął mnie za [czoło]: „Masz temperaturę. Chodź, przyjmę cię. Przyjęty będziesz”. Faktycznie. Był długi korytarz. Zaprowadził mnie do ostatniego pomieszczenia po prawej stronie. Mówi: „Zrzucaj te swoje łachy”. Zrzuciłem swoje łachy i pod prysznic – ciepła woda. Wreszcie trochę się [mogłem] wykąpać. W międzyczasie tam była tylko raz kąpiel, też zrobili mykwę, a tutaj pod prysznic. Dostałem koszulkę i zaprowadził mnie gdzieś obok. Była duża sala, tam siedzieli na pryczach, „gamle” czy coś takiego, strasznie chude towarzystwo, mizerni ludzie, a kto nie miał pryczy, to siedział pod kocem na podłodze, pod ścianą siedzieli na podłodze chorzy, czekali na śmierć, bo już w takich warunkach to nie wyzdrowieje. Mnie zaprowadził na salę. Były wojskowe łóżka, żelazne, siennik, prześcieradło, koc. Akurat to miejsce było zajęte, ktoś spał. On mnie wsadził na drugie piętro, czyli piętrowe łóżko było. Podsadził mnie, mówi: „Wchodź na górę”. Wszedłem, prześcieradło, nic nie gryzie, bo wtedy człowiek w tych swoich łachach cały czas się drapał... Straszne były pchły, wszy. Miałem dwa kamienie, tak tłukłem [te wszy. A tu nic nie gryzie. Za chwilę on mnie budzi, patrzę, coś trzyma – strzykawkę, zastrzyk, a ja się bałem, bo fenolem zabijali ludzi. Wstrzykną fenol i dowiedzenia, do krematorium. Mówię: „Ja się boję”. – „Nie bój się, to jest dobry zastrzyk. To jest przeciwko temperaturze. To jest dobry zastrzyk”. – „Tak?”. – „Tak”. Faktycznie, budzę się, już widno, czyli spałem całą noc. Spałem, widzę, że temperatura jakoś mi minęła. Pielęgniarz mnie budzi, mówi: „Zejdź, zejdź”. Dopiero zdążyłem oczy otworzyć, a on mnie mówi: „Zejdź, zejdź”. – „A dlaczego?”. – „Chodź, zejdź”. Dobra. Pomógł mi zejść z tego wysokiego łóżka. Prowadzi mnie, a taka była przestrzeń, okno, wolne miejsce między łóżkami – były dwa rzędy łóżek i z tamtej strony łóżka, stół, wieszak, patrzę SS – czapka leży na stole, żandarm tylko w białym kitlu (fartuchu) siedzi. Jego czapka leży na stole, trupia czaszka, czarny otok widzę. Znów mi się SS przypomniało, jak wychodziłem ze Starówki. Drugi esesman koło niego stał, a nasz niby lekarz w pasiakach stał dalej. Ten mnie przyprowadził i postawił przed tego Niemca. W pierwszej chwili to tak jakbym zdrętwiał, ale mówię: Guten Morgen. On się na mnie patrzy, patrzy. Ja też się na niego patrzę, co on tak myśli. On mówi: Komm. Podszedłem trochę. On mnie uszczypnął tutaj [w ucho] trochę, popatrzył w oko i coś zastanawia się, mówi do tego drugiego, i do tego pielęgniarza. Pielęgniarz złapał mnie za rękę. On był uradowany, ja nie wszystko rozumiałem, co ten Niemiec mówił. Złapał mnie za rękę, [mówi]: „W porządku! W porządku. Chodź, chodź! W porządku”. Widzę, że on jest strasznie zadowolony. [Mówi]: „Chodź, właź na górę. Właź!”. Wszedłem na górę i myślę, co to było. To była selekcja, czyli zostawili mnie do życia, nie wyrzucili mnie na umieralnię, tylko zostawili mnie tutaj. Pielęgniarz był zadowolony. Nie rozumiałem, o co chodzi. On zrozumiał, mówił po niemiecku. Znów esesman skierował mnie do życia (już drugi taki Niemiec). Dobra.

Poleżałem tam chyba ze dwa dni. Potem wyrzucili mnie na inną salę, ale to nie była już ta umieralnia, tylko inna [sala]. Tam siedzieli starsi Niemcy, też w pasiakach. Były duże prycze, pełno tych [Niemców]. Mnie wypędzili w nogi, w nogach u tych chorych spałem. Dużo było tych ludzi, ale patrzyłem, co tam się dzieje. Niemcy siedzieli, taki starszy facet, jak dostaliśmy po kawałku chleba, to on wyciągał talerz, nóż i widelec, i tym nożem kroił i widelcem jadł ten kawałeczek chleba. Myślę sobie, że to jakiś arystokrata niemiecki, on ma nóż i widelec i na tym talerzu je ten kawałek chleba. Taka ciekawostka. Poleżałem tam ze trzy dni. Mówi: „Wychodzić. Jesteś wypisany”. Oczywiście już nie trafiłem do swojego ubrania, a i sweterek sobie skombinowałem, i płaszcz wojskowy węgierski, że można się było okręcić, tylko że nie w pasiaki, tylko był normalny wojskowy, tylko że miał KL napisane farbą olejną na plecach i KL Konzentrationslager, żebym nie uciekł w takim płaszczu jako cywil, ale już był cieplejszy. Tam też kupowałem, mały handel, bo dostawałem...
Właśnie, bo byłem zbrojarzem, dostawałem trzy marki. To były takie karteczki i tam było jedna druga marki. Było sześć karteczek, kantyna była taka, że a za pół marki można było dostać trochę zupy, ale [to] już [była] inna zupa. To była taka niby-kantyna, taki magazyn, za te marki, bo to niby już byłem fachowcem, bo byłem zbrojarzem i druty tam kręciłem. Za tą pracę dostałem marki. Chyba ze dwa razy dostałem. Dostałem trochę zupy i papierosa – biala się nazywał, krótkie palenie z „łusztukiem”, to za tego... Ja nie paliłem. Kto palił, to się wykończył – trzy miesiące i do widzenia. Sprzedawali nieraz własny chleb za trochę machorki, bo właśnie w tej kantynie można było dostać paczkę niby to tytoń, ale to były trociny, wióry od korzeni. Torbę od cementu urwał, poślinił, nasypał i to palił. Mówię: „Ty takie świństwo palisz?”. Palacz. Pewnie, że się wykańczali „gable”, jak palił takie [świństwo]. Chleb oddał, żeby kupić machorkę albo taki papieros. Jak miałem taki papieros, to kupiłem kawałek chleba. Tam była giełda, więcej miejsca w jednym bloku, trochę pusto i można było... Złoto też sprzedawali, można było... Byli tacy, którzy mieli złoto, jak przeszmuglowali. Jak miałem papierosa, to za kawałek chleba sprzedałem, tylko patrzyłem, żeby chleb był względnie czysty, żeby on miał ręce czyste. Tak patrzyłem: od tego wezmę ten kawałek chleba za papierosa. To jak miałem czasami dodatkową zupę, dodatkowy kawałek chleba, to się jeszcze jakoś trzymałem, a towarzystwo... Zresztą [niezrozumiałe] potem rozwiązali, już nie było, towarzystwo powymierało. Spotkałem kolegę, a on [mówi]: „Słuchaj, ty żyjesz. Ja widziałem tamtego, tamten jeszcze żyje”. Jak myśmy tak nieraz obliczyli, to nas pięciu czy sześciu zostało. Jak nas przywieźli z Oświęcimia 126 chłopaków: Jugosłowianie, Węgrzy, Polacy i Rosjanie stali dwójkami. „Odlicz”. – „Raz”. – „Dwa”.- „Trzy”. – „Cztery”, ja nieduży na końcu i ten ostatni 126. Pooglądał się i liczył 126. Pamiętam jak było 126, a nas potem zostało może pięciu. Reszta towarzystwa powymierała. Miałem szczęście przeżyć w tej piątce. Ciężka była praca, coraz gorzej, już wiosna...
Jak mnie wypisali ze szpitalika, to mówi: „Ty idź na kartoflarnię. Powiedz, że cię przysłali z rewiru, żebyś już nie pracował dalej w sztolni, tylko na kartoflarni”. To oczywiście spokojniejsza robota, bo tam kuchnia była, ale tam się nie obierało kartofli, tylko oczyszczało się. Jak było oczko czy jak był zepsuty, to takim nożem zrobionym z blachy tylko oczyszczony był ten ziemniak i rzucany. Kiedyś patrzę, kolega jak ma większy kartofel, przekroił go na pół i za pasek. Dobry pomysł. Można ukraść kartofle i na wysypisku za blokami nieraz piekli albo ugotować można było. Jakąś puszkę od konserw można było znaleźć. Miałem taki kociołek. Tam można było ugotować te kartofle. Dobry pomysł. Jak miałem większe płaskie kartofle, tylko przetrzeć i za pasek, a pasek to kawał drutu, bo tam elektryczność wszędzie była, to były aluminiowe druty (przewody aluminiowe), to za ten drut. Ze trzy kartofle [wyniosłem]. Melduję się do kapo – Vorarbeiter, czyli taki pomocnik Mietek, Polak, mówię: „Melduję się, że idę do ubikacji”. Ubikacja była na zewnątrz koło kuchni. Mówi: „Przyjdziesz?”. – „Przyjdę”. Raz mi się udało wynieść kartofle. Za barakiem schowałem w piasek, że jak wyjdę, to go sobie ugotuję. Dobra. Ale podkusiło mnie drugi raz wziąć i ten Mietek zobaczył, że kartofle sobie [chowam]. Jak podchodzę do niego do wyjścia, że chcę do ubikacji, a on mi tu odkrywa [i krzyczy]: Herr Herman! Bitte! Diese Junge Kartoffel [niezrozumiałe], czyli ten młody kartofle kradnie. Herman zobaczył, jak mi dał po łbie kopniakami i wyrzucił mnie z kuchni. Szkoda mi było. Zabrali mi te kartofle, kopniaków kilka dostałem. Wyrzucili mnie z kuchni na zewnątrz.
Poszedłem po tamte kartofle, które wcześniej schowałem, włożyłem na wysypisko. Znalazłem jakąś puszkę od konserw, wyczyściłem. Ona była zgięta. Trochę wyprostowałem drutem, zrobiłem kociołek. Woda była na bloku i ugotowałem sobie kartofle, zupę zrobiłem. Czasami Niemiec – kucharz, też w pasiakach, rano wyciągnął wysoką rampę kuchenną, bo coś przywieźli, to od razu z samochodu do kuchni. Wyciągnął rano kocioł z zupą. Tam była kuchnia niemiecka, to dla Niemców czy dla psów to była kasza manna niby na mleku, ale to było wodniste – więcej wody niż mleka, ale to było ciepło. Ten Niemiec wyciągnął zupę na rampę, a ferajny pełno [wołało]: Herr, bitte! Herr, bitte!. Ja też wyciągnąłem swoją puszkę: Herr, bitte! Herr, bitte!. Patrzę, a w moją puszkę wlewa zupę. Wycofać się ciasno, bo pchają się od tyłu, więc wypiłem. [Poszedłem] jeszcze raz. O dziwo, drugi raz mi wlewa, drugi raz dostałem zupę, ale myślę sobie, że tam mój stryjek – ojca brat, tylko nie ten, który brał [udział] w Powstaniu, tylko trochę starszy, który był razem ze mną, tylko w innym bloku. Wiedziałem, w którym komandzie mogę go znaleźć. Do niego [mówię]: „Wujku, skombinowałem zupę. Dostałem zupy trochę. Niech wujek to wypije”. – „To wypij, to wypij”. – „Wujku, ja taką jedną puszkę już wypiłem”. – „Nie chcesz?”. – „Nie, to dla wujka”. Wziął dwa łyki i oddał na bok koledze. Mówię: „Wujku, ja dla wujka to przyniosłem”. – „Wiesz, oni też są głodni”. To był bardzo porządny facet, szczery, porządny super facet i umarł. Potem go nie widziałem kilka dni, dopytuję się. Wiedziałem, gdzie on śpi, w którym bloku. Mówią: „Tak, spał tutaj taki. Stefan chyba miał na imię”. – „Tak, Stefan”. – „On chyba poszedł na nocną zmianę. Miał się przynieść na nocną szychtę”. Nocna szychta, to dopiero mogę jak co drugi tydzień była taka niedziela niepracująca i można się było spotkać z drugą zmianą. Doczekałem do tej drugiej zmiany, szukam go, szukam. Mówią: „Nie, tu był taki, ale on się wybierał na rewir chyba”. Poszedłem na rewir. Taka „szreibsztuba”, czyli biuro takie. Pytam się, czy tu leży Stefan Bednarczyk, numer taki, on miał numer mniejszy ode mnie. Chociaż był z tyłu w Oświęcimiu, miał o jeden numer większy, a potem tu miał o numer mniejszy. Miał 29357. Tak szuka, patrzy, [mówi]: „Zmarł 7 stycznia sala A”, na tej umieralni. O Boże, umarł, ból, w gardle mnie ścisnęło. Tak mi było go żal. Umarł wujek, a zawsze się martwił, jak jego żona z dziećmi. Ona była na [Woli], na Woli przecież rozstrzeliwali. Przecież Wola była rozstrzeliwana przez „ukraińców”, mordowali ludzi. Akurat ich nie rozstrzelili, bo potem przeżyli – ciotka – wujka Stefana żona z dwójką dzieci. On zawsze się martwił: „Jak ta Helena z dwojgiem dzieci przeżyła czy nie przeżyła Powstania?”. On też umarł. Smutno było strasznie. To było w styczniu, choinka była, żarówki kolorowe się paliły w końcu Appellplatzu. Smutno, wujek nie żyje. Umarł biedak.
Właśnie jak mnie wyrzucili z tej kuchni, już ciepło, słońce. Teraz, żeby iść do ciężkiej pracy do sztolni, to byłoby trochę już... Człowiek zawsze musi myśleć. Jak się kombinuje, to się coś wykombinuje. Patrzę, pod kuchnią stała miotła, stary drapak – miotła. Ukradłem ją, schowałem. Tam było odbudowywane... Były cegły, bo rozbudowywali obóz, cegieł było dużo, pełno, wysoko, dużo cegieł. Ja w te cegły. W cegłach zrobiłem sobie także kryjówkę. Na górę, z góry powyciągałem cegły, [zrobiłem jakby] komin, że jak się wsunąłem... Zrobiłem sobie tam siedzenie: deska, dwie cegły na desce i rano, jak był pierwszy gong, chyba ze trzy razy mi się tak udało, schowałem się w cegły. Orkiestra gra, wychodzą komanda. Jak już przestała orkiestra grać, to znaczy, że już wyszli do pracy. Wtedy można było wyjść. Wtedy różne niedobitki, chore, to ich łapali do zamiatania, do sprzątania, do kartoflarni, taka obozowa praca, czyli już nie pod ziemią ciężka praca przy skałach, na wózki, tylko już na powietrzu, inna [praca].
Cofnę się jeszcze trochę. Z tą miotłą [idę] pod kuchnię. Jak widziałem, że jest zamieszanie, że tam jeszcze łapią do roboty, to zamiatam. Nie było co zamiatać, ale drapię piasek. Dali mi spokój, bo miałem pracę, [myśleli, że] widocznie byłem przydzielony do sprzątania. Patrzyłem sobie tylko na boki, co się tam dzieje, łapią do jakiejś roboty, a ja zamiatam. Raz nie udało mi się do mojego schowania zejść. Złapali mnie lagier Schutzpolizei – obozowa policja, czarne opaski lagier Schutzpolizei. Oni ustawiali komanda, bo ludzie uciekali. [Były] takie komanda śmierci, to każdy chciał uciec do innego komanda, tam może będzie lepsza robota, spokojniejsza, lżejsza, ale tam było pięćdziesiąt czy sto osób. „Sztil”, od razu za bramę. Patrzę, złapali mnie do takiego komanda, uciekam od tego komanda. Właśnie rano wzdłuż głównej ulicy między ami uciekam, żeby się gdzieś schować, a stoi grupa ludzi, pojedynczo stoją i jeden chłopak krzyczy: „Stań za nami! U nas jednego uje”. Zobaczył, że mnie lagier Schutzpolizei goni, krzyczy, klnie i goni mnie, a on woła: „Stań za nami, u nas jednego uje!”. Zakręciłem, stoję. Ten przeleciał, bo to ciemno jeszcze było, jeszcze żarówki się paliły, od czasu do czasu były latarnie. Pytam się: „A jakie to komando?”. – „Słuchaj, to takie komando, mamy dobrego kapo. Mamy dobrego kapo”. – „Tak?”. Mówię: „Dobrze”. Komanda przeszły i nasze komando też. Tylko dwudziestu nas było. Tylko nas dwudziestu jest, małe komando. Co to za komando, tylko dwadzieścia osób? Też za nimi idę, już nie na lewo do bramy i do sztolni, tam z kilometr może trzeba było iść do sztolni, a tylko w prawo – łączka i wszyscy coś tam szukają. Mówię: „Czego oni tam tak szukają?”. – „Zbieraj, zbieraj, to są ślimaki”. – „A to się je?”. – „Pewnie, to jest fantastyczne”. – „To ja też”. Szukam winniczków. Puszka pod mantlem była schowana. Nazbierałem z pół puszki ślimaczków. [Pytam]: „Gdzie idziemy?”. – „A do krematorium”. Krematorium. Już pisze krematorium. Zwożą, wóz jedzie, jeden koń, trupy zrzucają, sterta trupów przed budynkiem krematorium.
Krematorium było jednopiecowe. Jak ludzie strasznie wyglądają, takie „gamle” chude, czasami bez ubrania, czasem niektórzy jeszcze byli w ubraniach. Sterta trupów. Dwa wozy trupów przywieźli. [Ludzie] powymierali. Rano komanda poszły do pracy, a kto umarł na pryczy, to został, to chodzili i sprawdzali i z prycz ściągali. Pod rewirem była zbiórka. Tam był wóz, koń, na wozy i wywozili do krematorium, [które było] niedaleko po prawej stronie z boku obozu. Mnie dali taką robotę, żeby... Tam było ognisko. Łachy z nich ściągali i wrzucali do ogniska. Miałem długi kij i miałem pilnować ogniska: „Pilnuj ogniska i spal te śmieci”. Trupy kładli na wózek i jechał... Ale też kopaliśmy nitkę [gazociągu], bo rozbudowywali, drugi piec budowali. Jeden był, to było za mało, więc dobudowywali drugi piec, więc trzeba było drugi przewód gazowy gazu tam ciągnąć. Robili rów do gazociągu. Pierwsze dni to paliłem te ubrania, a potem kapo wziął mnie do kopania rowu. Jak dobry kapo, to chciałem się przytrzymać na powierzchni, że dobry kapo i taka robota ewentualnie nieciężka i akurat dwóch było przy łopacie, a mnie dał kilof. Chciałem się pokazać, żeby utrzymać się w tym komandzie, że będę coś robił, żeby rów ciągnąć, bo dalej szedł od krematorium, trzeba było rów kopać. Niemiec się na mnie patrzy, coś mówi, ja go nie rozumiem: „Daj mi ten kilof”. Wziął ode mnie kilof, mówi: Gucken! (Patrz!). On podniósł kilof, opuścił i się go trzyma. Mówi: Verstehen? Langsam, langsam. Verstehen? – Ja, verstehen. Faktycznie, to był dobry człowiek, też pasiakowiec. Czarny winkiel miał, bo myśmy mieli czerwone trójkąty, literka P albo i nie było P, czerwony winkiel, a on miał czarny winkiel, jakiś antyhitlerowiec, też byli w pasiakach. On pilnował, niby nas pilnował. Myśmy tak robili ten [rów], ale on stał z boku i pilnował, czy ktoś nie idzie. Akurat potem idą, a on mówi: Achtung! Achtung! Schnell! Schnell! On miał witkę i strzelił, niby jakaś kontrola [przyszła], niby wizytacja SA. To była taka inna formacja, nie SS, tylko SA w brązowych ubraniach, swastyka, brązowy mundur, dwóch, jeden po cywilnemu z piórkiem na kapeluszu, cywili. Przyszli i patrzą, a ten krzyczy, klnie: Verfluchte! Schnell! Schnell! Bije się patykiem po nodze i nas goni, a my wtedy faktycznie robiliśmy szybko. Mówił: Schnell! Schnell! Ci Niemcy, co przyszli, popatrzyli, że my tu pracujemy szybko, to poszli. On za nimi popatrzył, jak oni skręcili za baraki: Genug, genug. Langsam. Pilnował, czy oni idą z powrotem. Mówi: Achtung! (Uwaga!) i z powrotem. Zrozumieliśmy, o co chodzi. Klnie i bije się po nodze: Schnell! Schnell! – to myśmy się ruszali. Ci Niemcy popatrzyli i poszli, [mówi]: Genucht. Facet był w porządku.
Była taka sprawa, że chleb był przyniesiony w paczce. Chleb był okrągły, krojony na osiem tak, że było osiem kawałków, czyli bochenek chleba dla ośmiu, większa kromka. Szczęście, jak się dostało [kawałek] ze środka, a jak się dostało przylepkę z krawędzi, to taki mały trójkącik. Chleb rozłamali. Była deska na koziołkach, to Vorarbeiter rozłamał [chleb]. Vorarbeiter, czyli pomocnik tego kapo, to był Jugosłowianin. Rozłamał chleb. Kazał się rozbiec i kolejka i jak komu trafiło, to tak brał. Nieraz każdy patrzył, że ten weźmie przylepkę, to mnie trafi się większy kawałek. Jednemu miał przypaść mniejszy, ale wziął następny, ten większy, to ten z tyłu [bił] go po plecach: „Zostaw, to moje! Zostaw, to moje!”. Awantura. Kapo się pyta: „O co tam chodzi? O co oni tak się tłuką po plecach?”. Ten mu tłumaczy: „Bo on zamiast wziąć swoje, to wziął moją”. Ten mu mówi: „Weź to, jutro dostaniesz większą”. Na drugi dzień ten kapo wybrał trochę większy kawałek, położył z boku, mówi: „Weź ten kawałek, już nie płacz. Nie narzekaj, masz ten większy kawałek”. W porządku był człowiek.
Długo tam nie pracowaliśmy, tak ze dwa tygodnie. Potem zmieniali, bo tam inni pracowali przy trupach, ale akurat nas dwóch kopało ten rów, to jeszcze względnie, bo tamci to przy tych trupach ładowali na wózki do pieca, to już była inna robota, ale akurat nas młodszych wzięli do kopania. Długo nie pracowaliśmy, tak ze dwa tygodnie i już pracowaliśmy gdzie indziej. Sprzątanie jakieś, ale jak do sztolni, na dół, to już inna robota też. Wyginanie drutu robiliśmy też, bo każde zbrojeniowe druty miały swoje rysunki, każde były zaczepione. Chodziła taka plotka, że tam chodził taki Niemiec mundurowy niedobry, mówili, że kawał drania, łobuza, bił ludzi. On gdzieś wszedł w ciemne kąty, to go uderzyli w głowę i wsunęli w szalunek, i zalali go betonem. Potem mówili, że ten Niemiec zginął, już nie chodzi. Plotka chodziła: „Ty wiesz, zabetonowali go chłopaki”. Zabetonowali tego szwaba w szalunku, bo faktycznie zawsze chodził, krzyczał, kopał, ludzi poganiał, a tym razem już go nie ma. Mówili: „Chyba uciekł albo go na front wzięli” – albo też chodziła plotka, że go tam zabetonowali.
Raz wpadłem do tego komanda, [które szło] do kopania basenu. To była stacja pomp, bo Leitmeritz (Litomierzyce), to było miasteczko w dole. Jak się patrzyło z góry, to było widać tylko wieżyczki, dachy z daleka, a tu była góra, źródło, woda płynęła i kopany był [ogromny] głęboki, szeroki, prostokątny zbiornik. Dookoła były robione szalunki, żeby taczkami wywozić z dołu ziemię, ale to nie była ziemia, tylko glina, skała zlasowana jak glina, taczki drewniane, ciężkie. Jak naładował gliny pełno na taczki, to nie można było tego podnieść, a jeszcze to pchać do góry aż na kipę [??], czyli wysypać, to było ciężko. Jeden do tych rączek, a drugi chłopak, bo we dwóch do tych taczek, był taki drut, hak z uchem, tam była dziurka. Trzeba się było zaczepić za taczki i on ciągnął, a drugi ciągnął taczki i trzymał u góry, żeby wciągnąć do góry. Też wpadłem do tego kopania. [Ciągnę] za te rączki do góry (zacząłem już mieć szesnaście lat na wiosnę), drewniaki się zsuwają po tej glinie, bo to mokro, po tych deskach do góry, [więc] wpadłem na pomysł: „Wiesz co, spadamy”. Na pewnej wysokości... Raz żeśmy pociągnęli, ze dwa razy byśmy weszli na górę, a trzecim razem człowiek już nie miał siły. Ten drut, bo rączki to miały kabel, żeby pomóc, bo w rękach palce nie wytrzymywały, trzeba było mieć kabel na karku. Ten kabel mi rany pozdzierał. Czułem, że mam rany. Mówię: „Słuchaj, spadamy”. Pierwszy raz wybrałem na wysokość jak ten szalunek szedł do góry, to dwa metry, dwa i pół, przewróciłem taczki, spadamy. Żeśmy spadli. Płaczemy, ale już nas ominęła kolejka, bo kolejka szła, jeden za drugim, taczki do góry. Już nas ominęło raz. Taki kapo podpierał się (to był Ukrainiec, nie pamiętam, jak miał na imię), miał laskę zrobioną z trzonka od łopaty, tylko nie miał łopaty, tylko trzonek od łopaty. Podpierał się i tym trzonkiem poganiał. Raz wpadliśmy, to on coś krzyczał, to myśmy niby te taczki wzięli, podjechaliśmy tam, gdzie kopali. Niektórzy tam to byli cwaniacy, tylko do łopaty łapali. Pierwsze, żeby nie do taczek, tylko do łopaty, to łapał łopatę, żeby komuś narzucić. Mówię: „Nie tak dużo! Nie tak dużo! Dosyć, dosyć!”. Pilnowali tych łopat, żeby pracować przy łopacie, a nie przy taczkach. To ja też mówię: „Nie tak dużo! Nie tak dużo!”. Jeszcze drugi raz dla przyzwoitości pojechaliśmy na górę, a następnym razem, ale już źle wybrałem, [mówię]: „Spadamy”. Zamiast koziołkami, bo tam cały tor z desek był na kozłach ustawiony i zamiast spaść między kozłami, to przewróciłem się na kozły, na konstrukcję kozłów. Między kozły spadłem, pościerałem sobie boki, rany mi się porobiły, a kapo zobaczył, że ja jeszcze raz tutaj spadłem, jak mnie uderzył w głowę tym kijem, tą rączką. Na pewno zemdlałem, bo się budzę, leżę w kałuży, jakąś szmatą polewają mi wodę, pobity taki. W końcu ten kapo patrzy, mówi: „Idź na górę, na kipę”. Na kipie, gdzie wysypują taczki, to trzeba było tylko deski przesuwać. Jak się nazbierało sporo gliny, trzeba było rozrzucić i deski odsunąć, już była lżejsza robota. Już do wieczora popracowałem na górze, ale już na drugi dzień uważałem, które to komando, żeby do niego nie wpaść. Już kombinowałem, żeby [iść] do kartoflarni albo do zamiatania i do wożenia śmieci.
Już była wiosna, już ciepło. Taki wóz. Mam zdjęcia. Mam taką broszurę i tam ten wóz jest, jeden barak jest, bo to były hangary – duże hangary. Były baraki, ale i hangary. Jeden hangar palił się. Mój stryjek mieszkał w tym hangarze. Ja też mieszkałem. On był przedzielony na pół, czyli była taka konstrukcja, że jest podłoga, blok 5 był na dole, a 5A na górze. W 5A spałem, bo niby trochę cieplej było w tym hangarze. Mówią: „Patrz, już będzie koniec wojny, bo tych wszystkich kapo, tych kucharzy Niemców łapią, ćwiczą, ubierają ich, jakieś takie mają marynarki czarne, karabiny”. Z boku była łąka, pole, to oni ich ćwiczą, maszerują, to padnij, to coś. „Popatrz, ich ćwiczą, tych Niemców obozowców, tych kapo, do wojska ich będą brali. To już front się zbliża, chyba już koniec wojny będzie. Już wiosna niedługo”. A mówili, że niedługo będzie koniec wojny. Jednego razu, jak zawsze rano... Wcześniej, z tydzień wcześniej, jednego razu wpadają wieczorem kapo, blokowi, kijem po pryczach i krzyczą: Alles Juden auftreten! Alles Juden auftreten! (Wszyscy Żydzi zbiórka!). Tam byli też Żydzi. Za mną spało dwóch braci, starszych ode mnie – dwóch braci Żydów. Mieli koc. Rozdarli go na pół, pod marynarkę się okręcili, schowali to w spodnie i wyszli wieczorem. To było już ciemno, noc prawie, jak zrobili zbiórkę dla Żydów. Wyszli Żydzi. Mówili: „Aha, Żydów wykańczają, to zaraz będą nas wykańczać”. Żydzi... Rano już ich nie było. Podobno stali całą noc i nad ranem wyszli. Co z nimi, na razie nie wiadomo.
Za jakiś tydzień czasu zbiórka. Już nie ustawiali. Rano [krzyczeli]: Aufstehen! Aufstehen! Kijami [uderzali] po pryczach [i krzyczeli]: Aufstehen! Aufstehen! Aufstehen! (Wstawać! Wstawać! Wychodzić!). Jak się kiedyś przedtem wychodziło z baraku, to zawsze przy drzwiach stały kotły z kawą. To nie była kawa, to była gorzka zbożówka. Kto miał miskę, a ja miałem zawsze od konserw kubełeczek, to tylko kapowałem, [żeby iść] do tyłu, do tyłu, żeby tak ze dna brali kawę, to krzyczałem: „Tych fusów mi nalej! Tych fusów mi nalej! Tych fusów mi nalej!” – żeby trochę gęstego było, tej kaszy. Ale myślę sobie: „Zawsze to już jest jakieś zboże ewentualnie”. Nalał mi tych fusów. A tymczasem tego jednego ranka nie ma kotłów, nie ma kawy, wszystkich wypędzają z baraków. Już na Appelplatzu nie ustawiają komandami [niezrozumiałe], jakieś inne nazwy tych [komand], całe szeregi, już nie ustawiają, tylko wzdłuż głównej ulicy ustawiają, już nawet na piątki nie zwracają uwagi, ale wszyscy pilnują się, żeby piątki stały. Wzdłuż głównej ulicy od bramy, już od bramy się zaczyna, ustawiają. Były takie historie, że w ciągu dnia łapali i wywozili gdzieś, niby to jakiś transport. Transportu się baliśmy, bo z obozu Gross-Rosen na jesieni przyszedł transport. Szli piechotą, kto miał siły, to doszedł, a kto upadł albo go dobili, to dwa czy trzy wozy po dwa konie albo trzy konie (nieraz był jeszcze dodatkowy koń) pełno ludzi, trupów, na tych wozach. Jak ci, co szli, upadli, to dobili albo umarł w drodze, to na wozy, to te wozy tak wyglądały, jak to zboże nieraz wożą po żniwach: snopy poukładane i obwiązane liną. Tak ludzie byli poukładani i liną ściągnięci, taka kupa na wozie. Tak przyjechali z Gross-Rosen do naszego obozu. Tak stali całą noc. Tych umarłych wywieźli do krematorium.


Myśmy się bali tak zwanego transportu. [Mówimy]: „Oho, to jest jakiś transport”. Chciałem się schować do swojej kryjówki w cegłach. Nie mogłem dojść, bo tam Lagerschutz już pilnowali, to ja tam, gdzie Niemcy mieli – Niemcy, ale też pasiaki – Arbeitsdienst, tam funkcyjni Niemcy mieszkali w takim jednym baraku. Ja tam kiedyś zaglądałem. Zawsze się czegoś szukało i tam były drzwi dwuskrzydłowe, i ja tam [wszedłem]. Nie będą szukać u tych Niemców, to się schowałem za drzwi. Schowałem się za te drzwi i też mnie tam znaleźli. Wreszcie, a widzę, że noszą umarłych i pod rewirem układają, to ja biegiem, biegiem między tych umarłych i leżę, a tu bach, kopniaki, wstawaj taki i taki, wstawaj. Lagerschutz mnie zauważył, że biegłem i między trupy się położyłem, [krzyczy]: „Wstawaj taki i taki!”. A komendantem lagier Schutzpolizei był Żyd Jakub atletycznej budowy, bardzo porządny facet. On podskoczył do tego, co mnie kopał. On mnie kopniakami podnosił, aż wstałem, a ten go bach, bach po łbie: „Za co ty go bijesz?! Za co ty go bijesz?! On i tak się zaraz wykończy!”. Ten Jakub [tak mówił]. Słyszę, że on i tak zaraz się wykończy. Człowiek już taki obojętny. Stanąłem w te szeregi. Patrzę, za mną stoją kucharze, blokowi, którzy do pracy nigdy nie szli, tylko tam siedzieli, mieli swoje sztuby, nie chodzili do pracy, tylko tam siedzieli w obozie. Oni stoją, już są zdenerwowani. To coś, jakaś likwidacja obozu. Oni są zdenerwowani. Tak patrzę, mówię: „No tak, tak się zaraz wykończy. Będzie wykończenie obozu”. Wyprowadzili nas do sztolni, nie do tego głównego wejścia, [tylko] do tego bocznego wejścia. Oczywiście nie do pracy. Sztolnie tam były niewykończone jeszcze, zaczęte, dopiero [robili] tunele, korytarze. Towarzystwo posiadało, gdzie stali, to posiadali. Mówią: „Co to znaczy? Co to jest?”. Różnie mówili: „Hitler będzie przejeżdżał, dlatego nas schowali” – i tak dalej. Później po wojnie znalazłem broszurę o Gross-Rosen, Leitmeritz, Flossenbürg-Leitmeritz, mieli wysadzić wyjścia. Jak nas tam wszystkich władowali, mieli wyjścia wysadzić. To był zbiorowy grób, ale tego nie zrobili, bo mundurowi Niemcy poprzecinali druty, a komendant już się bał drugi raz to powtarzać, bo uciekł, bo tam już był kocioł. Rosjanie zrobili kocioł, bo tam w Sudetach za Pragą czeską na dole – na południe od Pragi czeskiej, już był okrążony, był tak zwany kocioł, tak więc Niemcy już sami pouciekali.
Posiedzieliśmy tam trochę i [wołają]: „Wychodzić! Wychodzić!”. Wyszliśmy, [patrzymy] – słońce, jak to słońce wygląda. Nas puścili do obozu. Zupy nie ma, nie ma nic, ani kawy, ani zupy, wszystko się porozchodziło. Tam zrobili skok na kartofle, też zrobiłem skok na kartofle. Druty poprzecinałem. Tam były kopce z kartoflami. Kilka kartofli [wziąłem]. Człowiek walczy o życie w takich sytuacjach, nie myśli. Wieczorem mówią: „Przepustki dają na wolność”. Tam, gdzie była tak zwana szreibsztuba, korytarz i tam, gdzie magazyn z butami był i z boku było biuro. Mówią: „Przepustki na wolność”. – „Na wolność przepustki? O rety”. Jak to mówią, taki był tłok, że ludzie sobie po głowach chodzili. Widziałem to dosłownie, jak się pchali do tego korytarza wszyscy, to ci z tyłu po ramionach, po głowach do przodu [szli], a ja mówię: „E tam, przepustki. Jak już wszyscy dostaną, wszyscy wyjdą, to mnie tu nie zostawią. Idę spać”. Poszedłem spać na pryczę. Rano faktycznie, już kolejka jest mała przy „szreibsztubie”. Stanąłem, ale faktycznie jest kolejka przed okienkiem. Wpadł jakiś Niemiec, coś do okienka powiedział i ci Niemcy uciekli biegiem. Okienko zamknęli i uciekli. Myśmy z kolejki wyszli, mówimy: „Niemcy pouciekali”. Przyszedłem do biura, karteczki leżą, maszyna do pisania, pobawiłem się. Myślę: „O rany, to coś jest, to będzie chyba koniec”. U Niemców był porządek, oni jednak dawali, to nie były przepustki na wolność, tylko były takie zaświadczenia: imię, nazwisko, data urodzenia, skąd, od kiedy tu jest i kiedy wychodzi na przykład. Też wyszedłem na Appellplatz. Ustawiają przed bramą już jakieś oddziały, jakaś grupa, otwarta brama i wychodzą. Z magazynu trochę chleba wyciągnęli ci na wozie, co myśmy śmiecie wywozili, obierki z kuchni, trochę chleba, resztki porzucali, jeden drugiemu wyrywa. Dwóch wyrywa sobie chleb, ja między nich, też kawałek chleba urwałem. Mówią: „Koniec wojny, koniec wojny, wypuszczają z obozu”. Człowiek jest taki półprzytomny, niby to się cieszy, jakiś taki... Trudno to opowiedzieć, bo taki wzruszony niesamowicie. Wreszcie idę i ja też... Jeszcze do magazynu wstąpiłem, zmieniłem sobie koszulę... Do magazynu odzieżowego, wybrałem sobie koszulę, [były] czyste koszule, też pasiakowe. One nie były nowe, ale czyste, wyprane chociaż. Zmieniłem koszulę, pozdejmowałem i buty sobie zmieniłem, lepsze drewniaki sobie znalazłem, bo te były na druty zawiązywane, już nie te moje, co kiedyś dostałem, bo już nie trafiłem po chorobie do swoich butów. Buty zmieniłem i idę za bramę. Wolność.
Wychodzę za bramę. Jest główna brama, a jeszcze niemiecki sztandar, swastyka, płótno już podarte. [Mówię]: „O, już podarte płótno, Deutschland kaputt”. I już nie [szedłem] na lewo do sztolni, tylko na prawo w kierunku miasta. Boże, już to miasto, już nie środkiem ulicy, jak nas prowadzili, tylko chodnikiem szedłem. Jakiś Niemiec mundurowy z dwoma walizkami woła mnie, żeby pomóc, a ja mówię: „Nie, nie. Ich bin krank”. Szwabie, ty sobie dźwigaj, spocony ucieka z dwoma walizkami, jeszcze chciał, żeby mu pomagać. Byłem trochę wierzący, modlący, bo zawsze człowiek się... Jak ktoś powiedział: „Człowiek nieszczęśliwy ucieka się do muzyki. Człowiek bardzo nieszczęśliwy szuka Boga, ucieka się do Boga”. Czasami też się trochę pomodliłem. Jak wyszedłem na miasto, patrzę, kościół. A jeszcze wychodząc z obozu... Jak się wybieram do Polski w daleką podróż, to muszę mieć prowiant. Miałem kilka kartofli z kopca. W tym magazynie od jednej koszuli urwałem rękaw, wsypałem kartofle do rękawa, zawiązałem i na plecy. Już mam prowiant, idę do Polski, wracam do domu. Wszyscy żyją czy nie żyją, ale wracam. W prawo jest kościół. Wstąpiłem do kościoła. Tam dwie kobiety się modlą. Już nikt mnie nie goni, jestem na wolności. Było wzruszenie. Może to byłoby śmieszne, ale wyjąłem dwa kartofle, poszedłem, położyłem na ołtarz jako datek, bo nie miałem pieniędzy, żeby wrzucić do skrzynki, tylko dwa kartofle położyłem na ołtarz, że to podziękowanie, że przeżyłem, że wyłażę z tego obozu. Potem był most. Jeszcze na moście byli Niemcy. Niemiec w mundurze z karabinem patrzył się na mnie, ale bokiem go minąłem. Za mostem po drugiej stronie jest skrzyżowane szos i stoi jakieś wojsko, czerwone otoki, jakaś gwiazdka, a to była jakaś czeska policja, [mówią]: „Ruskie i Polaki na prawo, a Czesi i inni na lewo”. Polacy na prawo, to poszedłem na prawo. Szosa. Idę, patrzę, a pasiakowce chyba, ze trzech czy czterech siedzi w rowie, odpoczywają, to i ja sobie odpocznę. Wszedłem do tego rowu. Tam były krzaki, szosa pusta. Idzie się, już jesteś wolny, już cię nie gonią, już nie jesteś w obozie. Wszedłem w te krzaki i zasnąłem.
Jak się obudziłem, nikogo nie ma, szosa pusta. Wyszedłem na szosę, jestem sam. Nikt mnie nie goni. Jakieś dwoje ludzi szło, kobieta z mężczyzną i pokazują, żeby iść w pole na lewo. Krzyczą: Nach Dorf! Nach Dorf! Nach Dorf! (Dorf to jest wieś po niemiecku). Ma rację, pójdę na wieś, to dostanę coś do jedzenia. Szedłem. Jest wał kolejowy, przeszedłem. Patrzę, faktycznie, za wałem stoją domy, biało-czerwona chorągiewka. Co to? Polacy? Patrzę od tego drzewca trójką niebieski, a to chyba Czesi mają taką chorągiewkę. Pierwszy raz zobaczyłem czeskie barwy. To chyba Czesi mają takie barwy, takie chorągiewki biało-czerwone i taki trójkąt. Idę, a to dzieciarnia: „[Mamylu - z koncentraku!]”. Czeszki wynoszą, a to kawał chleba ze szmalcem, jedna wysoką szklankę białej kawy, takiej z mlekiem, jeszcze kawał ciasta – sernika. Mówię: „Boże, Boże, dziękuję. Boże, tyle jedzenia”, ale ostrzegali: „Słuchajcie, jak się wyjdzie na wolność, to nie rzućcie się do jedzenia, bo można dostać skrętu kiszek”. Zjadłem chleb, biały chleb, przylepka, posmarowany grubo szmalcem, kawał ciasta, wysoka szklanka białej kawy. Czuję – rewolucja w żołądku, wszystko już chowam. Dalej też mnie czymś częstują, mówię: „Dziękuję, dziękuję”. Chowam do kieszeni, już nie jem. Wieś się skończyła, dzieciaki mnie odprowadzają. Druga wieś, stoi Czech z karabinem, mówi: „Nie musisz iść na wieś, ty jesteś tyfus”. – „Nie, nie tyfus”. – „Ty idź tam. Dostaniesz... Tam jest Krasny Kryz (Czerwony Krzyż), dostaniesz pokuszczać, jeszcze się wykąpiesz”.
Właściwie on ma rację, pokuszać, ubranie dostanę i faktycznie poszedłem w bok. Jest szosa, stacja kolejowa, stacja pomp, są parkany. W kilku językach pisze „tyfus”. Cholera, znów jakiś obóz, a to już było Terezino. To było międzynarodowe getto Terezino – takie miasteczko, jak nasza cytadela. Też było obwarowane fosą, tam były rowy, a w środku miasto. Idę, jakiś obóz, a tu Czech: Pójtsa pierunie. Czech mnie woła. Idę do niego. On mnie prowadzi dalej. Usiadłem z boku, [on woła]: „Pozor! Pozor! Służba! Służba! Masz tu jeszcze jednego Polaka”. Był już wieczór, dosyć zmrok. [Mówię]: „Aha, jeszcze jednego Polaka”. Tam był wał kolejowy, szyny, Pozor. On mnie tam prowadzi. Do kogo on mnie prowadzi? Patrzę, Boże, polskie wojsko, chyba z pięciu polskich żołnierzy z plecakami, żołnierze polscy. „Panowie Polacy? Wojsko Polskie?”. – „Nas tu Niemcy berlinką przywieźli. Nas tu puścili i kazali iść”. Byli gdzieś w stalagu. Polskie wojsko, to już jestem dobry, już jestem z polskim wojskiem, już się nie boję. Tam był punkt zborny, duża sala. Tam była olbrzymia świetlica ze stołami. Tam nie było światła, tylko świeczki się paliły. Mówią: „O, tu jest wolny stół”. Ci żołnierze usiedli, plecaki pootwierali, mnie też częstują, a ja mam swoją [żywność], swoje powyciągałem. Oni mówią: „O, tu są Anglicy, Amerykanie tu są”. To są Anglicy? Co oni mają takie kurtki krótkie, marynarki, bluzy krótkie? Pierwszy raz zobaczyłem wojsko angielskie. Po francusku coś [mówią], dają kawałek chleba, kawę. Trochę dawali, do rana pod stołem pospałem. Rano apel, żołnierze wyszli na zewnątrz, a mnie na podwórko [wygnali]. Jak zobaczyli, że pasiakowiec, to na podwórko, a tym były baseny. Widać było, że się myją, woda już biała od mydła. Patrzę, spotykam tych dwóch Żydziaków, co za mną tam spali, co wcześniej wyszli. [Mówią]: „A ty jesteś?”. – „Tu jestem”. – „A nas wtedy przyprowadzili aż tutaj”. Mają tutaj kwatery. Tych Żydów wcześniej tutaj przyprowadzili do tego getta. [Mówią]: „Jak ty wyglądasz?! Ty się umyj! Idź do tego basenu i się umyj! Jak ty wyglądasz?!”. Na pewno byłem brudny, bo tam tylko czasami się człowiek przetarł. [Mówię]: „Gdzie tam w tym brudnym basenie będę [się kąpał], wchodził do tej brudnej wody. Przecież mam czas. Na pewno się gdzieś wykąpię”. Faktycznie, potem była zbiórka dzieciarni. Wyprowadzili. Ktoś mówi: „Stary, słuchaj, tutaj”. Czerwony Krzyż zaczął się interesować i nas wyprowadzili za obóz. Był... Właśnie, był obóz dziecięcy, były baraki, jeden barak się palił. Była łączka, puścili nas, brama zamknięta: [Mówią]: „Tylko nie wchodzić do baraków! Nie wchodzić!”. Zajrzałem do tego baraku: słoma, barłóg i dzieci leżały – chłopcy pięć, sześć, siedem lat, takie dzieciaki. Muchy po nich chodziły. One takie pół umarłe, ale jeszcze żyły. Faktycznie. [Mówią]: „Nie wchodzić, bo to tyfus”. Te dzieci tak leżą, Boże, jak to, ale Czerwony Krzyż potem już przyjeżdża wozami, zabierali ich do szpitali widocznie. Potem Czerwony Krzyż, poustawiali stoły i zastrzyki będą robić, jakaś witamina, odpornościowe. Myślałem, że tuszem malują: patyk, wata, macza w tym, kreska na czole, zastrzyk. Łapali do tego zastrzyku, bo niektórzy się bali. Ja też się bałem, ale myślę sobie, że jak dobry zastrzyk, przecież to Czerwony Krzyż. Za jakieś dwie godziny znów łapią tych, co mają tak kreskę [pionową na czole] drugi zastrzyk i robią kreskę tak [poziomo]. Jeden na drugiego patrzy, łapali tych, co mieli tylko jedną kreskę, zastrzyk, krzyżyk. Znów za jakieś dwie godziny, po krótkim czasie, trzeci zastrzyk – nieduży ten zastrzyk i kółeczko. Łapali tych, co nie mają kółka i znów do zastrzyku. Tam była pompa. Każdy się mył, piaskiem szorował. Tak przenocowaliśmy do rana.
Rano zbiórka, wyprowadzili nas. Czerwony Krzyż zajął się tą dzieciarnią. Do kąpieli. Pierwsza kąpiel. Później żałowałem, że swoją marynarkę z numerem rzuciłem na kupę, że nie wziąłem i nie schowałem na pamiątkę. Do kąpieli. Wreszcie kąpiel. Tam była szafa. [Wołają]: „Wychodzić!”. Sitko się zamknęło, wodę zamknęli, [wołają]: „Wychodzić!”. Schowałem się za szafę, druga partia weszła, ja się znów kąpię. Osłabłem, woda mnie osłabiła. Kran był z boku, opryskałem się zimną wodą. Wychodzę. Wyszedłem. Dawali ubranie. To były damskie spodnie, bluzka, marynarka za duża. Te dzieciaki ubierali... Nie mieli dziecinnych ubrań, to jak taką marynarkę założą dzieciakowi, to on wygląda jak przebieraniec, rękawy zawinięte, kapelusz dostał. Ja dostałem beret, to jeszcze beret. Potem jeszcze... Przed kąpielą, to jeszcze golili, strzygli, dopiero potem do kąpieli. Ferajna szła. Zaprowadzili nas. Pisze: [Hotel] „Remus” [w Terezinie]. To taka kwarantanna, żeby nas tam przetrzymać, opieka. Trafiłem najpierw do Węgrów. Nie można się było z nimi domówić, pokój słoneczny, bałagan niesamowity, sienniki, koce, wszystko porozrzucane. Usiadłem, z boku [stała] ława. [Mówię]: „Co ja tu będę robił? Będę stąd wiał, uciekam”. Potem ferajna chłopaków mówi: „Słuchaj, ty chodź do nas. U nas są już firanki, u nas jest ładnie. Chodź, mamy ładny pokój”. Faktycznie, inny pokój, już inaczej. Tam byłem tydzień.
Na drugi dzień wpada chłopak, krzyczy coś, woła. Mówię: „Słuchaj, co on tak woła?”. – „Słuchaj, ruskie wjeżdżają do miasta. Ruskie wjeżdżają do miasta”. Woła się: „Ruski, daj pokuszać. On ci rzuca chleb”. Ruskie wjeżdżają do miasta, to trzeba zobaczyć tych ruskich. Żeśmy uciekli. Ci nas pilnowali, nie chcieli wypuszczać z podwórka, bo to było ogrodzone, była brama. Getto Wacha (GW) tam pilnowali, żeby nie wychodzić, bo była kwarantanna, bo się bali tyfusu. Jak dzieciaki zaczęły krzyczeć, że to nie nasz, aryjczyk, bo przedtem się pytali: „Kto ty jesteś?”. Mówię: „Polak”. – „Nie, ty jesteś aryjczyk”. – „Nie, ja jestem Polak”. – „Nie, aryjczyk jesteś”. Cholera wie, co to za aryjczyk. Dobra, niech będzie aryjczyk. Potem wpada, coś po żydowsku mówi, bo to były żydowskie dzieci, ktoś woła. Pytam się: „Co on tak woła?”. On wtedy po polsku: „Ruskie wjeżdżają do miasta”. Poszliśmy zobaczyć ruskich. Boże, zobaczyłem to wojsko ruskie (niemieckie to elegancko wyglądało), te wozy. Niemieckie wozy to były duże, koła, eleganckie, a tu woziki, chabety, takie ruskie wojsko. A niemieckie wojsko z zagajników wychodziło, całymi grupami Niemcy wychodzili, poddawali się – na rękawach białe opaski, chustką białą okręcił, na czapce białe opaski, bez broni, bo broń już gdzieś powyrzucali, ale mieli plecaki. Te chłopaki, tam była międzynarodówka, skoczyli na te plecaki, żeby zabierać. Niektórzy trzymali plecaki, a mnie dali taką funkcję: „Ty otwieraj te plecaki, wyrzucaj skarpetki, koszule, tylko zostawiaj to, co jest do jedzenia”. Niemieckie plecaki wojskowe były ze skórą, eleganckie takie. Otwieram, faktycznie, tam była czekolada, suchary, papierosy. Skarpetki i takie inne to wszystko wyrzucałem, tylko zostawiałem to, co do jedzenia. Otwieram jeden plecak, jak to się nieraz widzi filmy gangsterskie, że się otwiera walizkę, a tam pełno pieniędzy z banderolami, otwieram plecak, tam zresztą były klapki, paski. [Patrzę], o rany, pełno forsy w banderolach jeden zero zero Deutsche Mark. [Mówię]: „Deutchland kaputt, to po cholerę wam te marki?”, ale wzięliśmy te marki. Dzieciarnia tam potem... Wróciliśmy do siebie, dzieliliśmy się łupem: to czekolada, to suchary, to herbatniki i forsę rozdawaliśmy, dzieciarnia bawiła się, jakieś gry sobie robili, pieniędzmi płacili. Pamiętam, tam były chyba miliony, forsy było... Rozeszła się forsa. Wziąłem sobie banknot na pamiątkę.

Potem urywam się do Polski. Dowiedziałem się jak tu, w którym kierunku jedzie się do Polski. Taki kierownik był, mówi: „Musisz iść do Czerwonego Krzyża, miasteczko Boguszewice. Tam dostaniesz bilet. Tam jest magistrat. Dostaniesz bilet na kolej”. – „No dobra”. Na drugi dzień wybrałem się do Boguszowic, dostałem... (czy po czesku to się nazywało...). Magistrat czeski. Dostałem [bilet] z Boguszowic do Warszawy po czesku i po rosyjsku. Wchodzę na stację, na poczekalnię, słyszę: „A wyście w 1920 roku aż pod Częstochowę zalecieli!”. Czesi okrążyli chłopaka, taki był młody człowiek i do niego mają pretensje o Zaolzie, że Polacy zabrali Zaolzie. Oni mają do niego pretensje o Zaolzie: „A wyście w 1920 roku aż pod Częstochowę zalecieli, tylko was Haller wyrzucił”. Tak słucham, w 1920 roku i Haller, to on się zna, historię kapuje, to Polak jakiś. Coś o tym Zaolziu mówią. Ja wiedziałem, że w 1938 roku Polacy zabrali niepotrzebnie Zaolzie, draka z Czechami, ale potem się rozeszli. Usiadłem się z boku. Jak tu jechać do Polski? Trzeba jechać do Pragi czeskiej, przesiąść się. Wszędzie w Czechach był taki porządek, jak w tych Boguszowicach, przy kasie biletowej było okienko i zupa: kocioł z zupą i [dawali] różnym uciekinierom, bo ludzie wracali i z obozów, i z pracy przymusowej od bauerów, dostawali kawał zupy, kawał chleba. Można było usiąść przy stole i zjeść. W Pradze czeskiej kolejka, kawał chleba, kawa i dwa jajka gotowane na twardo – w Pradze czeskiej na stacji kolejowej. Też byłem w Pradze czeskiej. Potem pociąg do Polski w kierunku Katowic. Dopytałem się, ten pociąg dojechał. Wsunąłem się. Osiem kilometrów przed Dziedzicami pociąg stanął, szlaban i stoi. Ludzie pytają się kolejarzy, czeskich maszynistów: „Dlaczego nie jedzie?”. – „Szlaban. Nie ma wjazdu”. – „Ale za osiem kilometrów Dziedzice, miasto, stacja graniczna, tam już jest Polska”. To ferajna idzie, ja też. Miałem węzełek, idziemy. Przed Dziedzicami widać było, że to Dziedzice, był mostek, rów i wychodzą: spodnie cywilne, marynarka czy kurtka niemiecka, sina, szara, czapka polska – rogatywka, ale nie wyjściówka, tylko polówki takie, ciepła. Patrzę, co ten orzełek ma tak skrzydła na dół? Co to orzełek? Co to za wojsko? Opaska biało-czerwona, kopiowym ołówkiem napisane MO, [mówią]: „Wy jesteście szabrowniki, a my jesteśmy Milicja Obywatelska”. Zaczęli zabierać im te paczki. Jaka Milicja Obywatelska, milicja, policja, tak myślę sobie, coś podobnego, co za cholera? Milicja Obywatelska, co to jest? Kopiowym ołówkiem napisane na opasce. Awantura, kłócą się. Do mnie się nie czepiali. Bokiem uciekłem, poszliśmy na stację kolejową. Niektórym pozabierali paczki, jakaś milicja. Co za pioruństwo w tej Polsce jest? Jakaś Milicja Obywatelska, zabierają ludziom rzeczy. Wracamy z obozów, a tu milicja. Jest stacja kolejowa, pytam się: „Do Polski w kierunku Warszawy?”. – „To tym pociągiem dojedziesz do Katowic”. Za chwilę stał jakiś pociąg, stare wagony, co z boków miały drzwi – wejścia z boku, tłok.
Wreszcie dojechałem do Katowic. W Katowicach na stacji [mówią]: „Wszyscy przyjezdni meldować się w Czerwonym Krzyżu”. Ludzie idą, ja też snuję się za nimi. Jest Czerwony Krzyż, rejestracja. Też się zarejestrowałem: „Skąd? Dokąd?”. – „Do Warszawy jadę”. Pytam się, gdzie tu dają jeść. Wszędzie w Czechach dawali jeść, a tu jest stacja kolejowa, a jedzenia nie dają, w Katowicach nie dają. Pytam się, gdzie tu dają jeść, bo nie mam pieniędzy, żeby sobie coś kupić. [Mówią]: „Tam jest Czerwony Krzyż, to może coś tam dają”. Poszedłem tam dalej. Dostałem w kopertę łyżkę cukru, w drugą kopertę listową łyżkę kawy zbożowej – cały prowiant. „Co ja z tym będą robił?”. – „Ugotujesz sobie kawę”. Tam ktoś się pyta: „Gdzie tu dają coś, żeby można było coś zjeść?”. – „Jakieś zakonnice tam gotują, częstują przyjezdnych”. Dwóch starszych: „To ja wiem, gdzie to jest”. Mówili jakąś nazwę ulicy, to za nimi poszedłem. Faktycznie, zakon, zakonnice: „Panowie, siadajcie na ławie. Zaraz zupa się dogotuje”. Też usiadłem. Dwóch takich chłopaków siedzi, jeden do drugiego mówi: „Słuchaj, ja już się zorientowałem, co w tej Polce jest. Ty wiesz, co tu jest? Cholery można dostać. Ty się nie przyznawaj, że ty brałeś udział w Powstaniu Warszawskim”. Jeden do drugiego tak mówi. On mówi: „A dlaczego?”. – „Ty się nie przyznawaj, że brałeś udział w Powstaniu Warszawskim”. Mówię: „Panowie, przepraszam, ja też brałem udział w Powstaniu Warszawskim”. – „A gdzie ty jedziesz?”. – „Jadę do Warszawy”. – „Do kogo?”. – „Może rodzice żyją, może ich spotkam. Wracam”. – „To jak spotkasz rodziców, to ci ojciec wytłumaczy, dlaczego się nie wolno przyznawać, że byłeś...”. – „A w jakiej organizacji byłeś?”. – „Armia Krajowa – AK”. – „Nie wolno ci się przyznawać”. Cholera, on mi mówi, tak rozmawiają. Faktycznie, szum ludzi, bałagan, te dwie koperty. Wyrzuciłem to. Cukier zjadłem, a kawę gdzie będę gotował, zupę dostałem. Faktycznie potem stacja kolejowa, pociąg do Warszawy. Spotkałem paru pasiakowców, nawet takiego znajomego z widzenia, to już się koło nich trzymam, jadą do Warszawy, to się razem z nimi trzymam.
Wreszcie jest pociąg do Warszawy, tłok, stare wagony. Ja z nimi z tymi starszymi, a tu [przychodzi] w czarnych mundurach tak zwana SOK jest napisane: „Bilety! Miejscówki macie?”. – „Jakie bilety? Jakie miejscówki?”. SOK to była niby służba kolejowa, ochrona, nie wpuszczają nas do tych wagonów. Ten mówi: „Jak ja bym był w mundurze, to byś trzepnął kopytami. My jedziemy z obozu, wracam do domu, do Polski”. Wreszcie dali nam spokój. Dali nam jeden przedział, wcisnęliśmy się do tego przedziału. O rany, co tu w tej Polsce? Jakiś SOK w czarnych mundurach, co za formacje tu są? Tu MO jakieś. Co to jest? Wreszcie pociąg ruszył. Mówią: „Dojeżdżamy do Warszawy”. Pociąg stanął przed Dworcem Zachodnim, tak zwane Odolany. [Mówią]: „Dalej już pociąg nie jedzie, bo tory są zniszczone. Dalej pociąg nie jedzie. Wychodzić. Tutaj jest koniec trasy”.
Miałem swój bagaż i idę. [To było w maju 1945 roku]. Gruzy, gruzy, jakaś ulica, cholera wie, w którą stronę iść: w tą stronę czy w tą stronę. Pytam się: „Jak iść w kierunku Wisły?”. – „W tamtą stronę”. To idę w kierunku Wisły, też dojdę, wiem, gdzie Starówka, nad Wisłą. Wolska, kościół, już mniej więcej wiem, gdzie jestem. Wreszcie ulica Długa, swoje stare śmiecie, kilka domów jeszcze starych. Tam, gdzie nasze kwatery [były], to patrzę, fryzjer jest. Ta barykada, co kiedyś tam była, rozbierają barykadę, kopią, roznoszą chodniki, z chodników płyty i słyszę: „Tadek! Tadek!”. – „O, Halina!”. Starsza koleżanka z naszego podwórka, tam gdzie mieszkaliśmy. Mówi: „Tadek, ale się twoja mama ucieszy!”. Jak szedłem, to byłem jakiś niepewny, czy spotkam kogoś, czy rodzice żyją. Idę w te gruzy, a jak nie żyją, to gdzie będę mieszkał, co będę robił? Zaczęło do mnie dochodzić – co ja będę robił? Tam to chociaż dali gdzieś jeść. Nawet mieliśmy jechać do Szwajcarii [przez] Czerwony Krzyż na odżywienie, a tu nic, gruzy, zupy nie ma, zakonnica mi dała trochę zupy. [Halina mówiła]: „Ale się twoja mama ucieszy”. Boże, żyją. Odeszło ode mnie zmartwienie. [Pytam]: „A tata?”. – „Tak, mieszkacie gdzieś na Pradze, ale twój tata zostawił karteczkę. Tam jest adres, gdzie mieszkacie. Idź na nasze gruzy, tam jest na bramie [karteczka]”. Faktycznie, ojciec kaligraficznym pismem pisał, poznałem jego pismo: „Marian Bednarczyk, ulica Mała 4 mieszkania 10”. Dwa, trzy razy się spytam i będę wiedział, gdzie ta ulica Mała. Trzeba iść nad Wisłę. Mosty leżą w wodzie zerwane. Jest most pontonowy, jakiś ruch widać, to idę na drugą stronę mostem pontonowym. Dopytałem się o ulicę Małą. Jest ulica Mała 4, na pierwszym piętrze, pukam, nie ma nikogo. Sąsiadka otwiera: „A pan to może ten syn, co zginął?”. – „Tak, znalazłem się”. – „Pan pozwoli tutaj”. Tata był kolejarzem. Kolejarzom z początku nie płacili, ale gotowali. Była kuchnia, była stołówka i z rodzinami wszyscy przychodzili na obiad. Dostawali po misce zupy i fajrant. [Mówi]: „Poszli na obiad. Zaraz przyjdą”. Zrobiła mi herbaty, coś do herbaty. Za chwilę człap, człap, mama przyszła, to ja pukam, mówię: „Tu mieszkają państwo Bednarczyk?”. Jak wszedłem, jaki był krzyk, jaki płacz. Potem przyszedł ojciec, opowiadam historię. Wyciągnąłem swój tobołek. Miałem pończochy damskie, bo w Terezinie były sklepy pootwierane. Znalazłem damskie pończochy. [Pomyślałem, że] jak znajdę matkę, to jej dam. Schowałem pudełko z pończochami damskimi i te marki. Mama mówi: „Marki! Ty wiesz, na bazarze Różyckiego dwa złote marka kosztuje. Marki można sprzedać, one idą”. [Tata mówi]: „My teraz mamy tak zwane Ziemie Odzyskane. Zabrali nam od wschodu, od zachodu dali. Tam są jeszcze Niemcy. Ludzie za marki kupują, szmuglują, wożą”. – „Tato, ja tych marek miałem cały plecak, milion”. Byłem milionerem, tylko o tym nie wiedziałem. Tata mówi: „To ja to sprzedam”. Poszedł na bazar, parę złotych wziął. Ponieważ ojciec był tam kolejarzem, został przedelegowany do Białogardu, bo tam obsadzali stacje kolejowe i z ojcem pojechaliśmy. Pytam ojca: „Tata, jak to jest, co to jest, że nie można się przyznać, że się jest akowcem, że się brało udział w Powstaniu Warszawskim?”. – „A, takie czasy się zrobiły. Nie można się przyznać”. Poszliśmy z ojcem na sąsiednią ulicą, nie pamiętam, jak ona się nazywała, ten dom. Mówi: „Widzisz tamten dom, ten z czerwonej cegły? W tych okienkach piwnicznych siedzą akowcy”. – „Jak to siedzą?”. – „Aresztowani są, siedzą”. – „A kto ich aresztował?”. – „Ubowcy, UB”. – „Co to jest UB?”. – „A to takie ruskie folksdojcze. Aresztują Polaków”. Faktycznie, co to się dzieje w tej Polsce. Aresztowani Polacy, akowców aresztują, w piwnicach siedzą Powstańcy.
Pojechaliśmy do Białogardu. Tam przydzielili nam pokój. Tam jeszcze Niemiec pracował w elektrowni (żona z córką uciekły za Berlin, a on został). Porządny Niemiec. Z ojcem gadaliśmy, ja jako dolmeczer, parę słów po niemiecku [znałem]. Potem Polacy jak przyjechali, Niemcy sprzedawali, [Polacy pytali]: Wieviel kostet? (Ile kosztuje?). Handel z Niemcami, Niemcy paczki robili i tam na stację wjeżdżali. Mieszkałem już w Białogardzie. Tam skończyłem szkołę – technikum mechaniczne, nakaz pracy najpierw na Psie Pole do Wrocławia, potem do Kalisza, potem do Warszawy. Dostałem się do FSO do Fabryki Samochodów Osobowych. Tam jako technolog montażu na deskę kreślarską i [pracowałem] do emerytury. Jestem już na emeryturze, dotrwałem, przeżyłem. Tak opowiadam o tym swoim szczęściu, że przeżyłem obóz, Powstanie i czasy się pozmieniały.






Warszawa, 28 października i 18 listopada 2010 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła
Tadeusz Henryk Bednarczyk Pseudonim: „Olek” Stopień: strzelec, łącznik Formacja: Batalion „Chrobry I” Dzielnica: Stare Miasto Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter