Franciszek Jelonek „Żandarm”

Archiwum Historii Mówionej

Nazwisko Franciszek Jelonek, pseudonim „Żandarm”, 9. kompania „Kiliński” AK. [Urodziłem się] w 1922 roku w czerwcu.

  • Proszę powiedzieć skąd pan pochodzi i w jakiej rodzinie się pan wychował?

Pochodzę z Warszawy. Ojciec pracował w gazowni do czasu wojny.

  • W jakiej miejscowości pan się urodził?

W Warszawie, ulica Nowolipie.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Czym się zajmował ojciec, czym matka?

Siostra zginęła w Powstaniu, ojciec zginął w Powstaniu, tak że w tej chwili nikogo nie mam.

  • Ale jeszcze przed Powstaniem, czym się zajmowali pana rodzice?

Przed Powstaniem, przed wojną, ojciec był pracownikiem gazowni miejskiej w Warszawie.

  • A matka?

Mama była przy mężu, jak to kiedyś było tak.

  • Proszę powiedzieć, czy wychowanie w domu było bardzo patriotyczne, czy raczej takie wartości wynosił pan ze szkoły? Jak to wyglądało?

Mama, pochodziła z dobrej rodziny, inteligenckiej rodziny i mama tak kształciła mnie i siostrę. Chodziliśmy do szkoły, siostra chodziła do baletu, do Teatru Wielkiego. Była tancerką. Chodziłem do szkoły, chodziłem najprzód do szkoły powszechnej, potem do szkoły prywatnej pani Emilii Kaczorowskiej na Złotą 60.

  • Jak wyglądała edukacja w tej szkole prywatnej?

Zajmowali się bardzo dziećmi. Pani Kaczorowska była właścicielką szkoły i zajmowała się dziećmi, tak jakby były swoje własne – surowo. Nieraz potrafiła w łapę przylać linią, krzyczeć nieraz, dzieci były chowane surowo. Ale tam długo nie byłem. Tam tylko byłem dwa lata.

  • Czy w tej szkole były panu przekazywane wartości patriotyczne? Czy to może później?

Później chodziłem do innej szkoły.

  • Jaka to była następna szkoła?

Pierwsze Gimnazjum Miejskie.

  • Gdzie się znajdowało?

To była szkoła na Tramwajarskiej, gdzie zajezdnia tramwajowa była, Pierwsze Miejskie [Gimnazjum].

  • Która szkoła miała największy wpływ na pana wychowanie patriotyczne? Gdzie panu te wartości zostały najbardziej przekazane – czy to był dom czy któraś z tych szkół?

Szkoła, do której chodziłem na Żoliborzu, nie pamiętam już nazwy. Profesor Giergielewicz to był najmilszy pan. Akurat tak się złożyło, że jak jechałem ze Szwajcarii do Polski po niewoli, spotkałem tego profesora swojego tam. To był najmilszy człowiek, jakiego znałem, profesor Giergielewicz. To jego dobrze pamiętam, innych rzeczy raczej nie pamiętam tak bardzo. Nie muszę pamiętać.

  • Proszę opowiedzieć, jak pan zapamiętał wybuch wojny, 1 września 1939 roku?

Gdzie? Tutaj?

  • W Polsce. Był pan w Warszawie?

Tak. [...] Jechałem tramwajem na Żoliborz do szkoły i strzelali, jak [jest] Cytadela. Stanął tramwaj i wszyscy mówili, że to są ćwiczenia. To była chyba wtedy godzina dziewiąta, wpół do dziesiątej, a to pierwsze samoloty niemieckie bombardowały już. To był pierwszy dzień wojny.

  • Czy pamięta pan jeszcze swoje wrażenia, jak pan to odbierał?

Poszliśmy pod ambasadę angielską. Ludzie krzyczeli, prosili, żeby pomagać. Entuzjazm był, że wojna [została przez nich wypowiedziana], że Anglicy, Francuzi nam pomogą. Euforia wielka była, ale nam raczej nie bardzo to odpowiadało. Potem już zaczęła się wojna, codziennie mieliśmy -bombardowanie Warszawy, kilkanaście bombardowań. Samoloty zniżały się nad same dachy, zrzucały bomby, strzelały, rzucały bomby zapalające. Wszystko się naokoło paliło, nie było co jeść. Jeździłem nad Wisłę i łowiłem ryby. Jak rzucali bomby w wodę, w mosty, to bomba spadła i odbiła się, pękła, wielkie ryby wychodziły. Łapałem ryby, przywoziłem je do domu, żebyśmy mieli co jeść.

  • Czy w czasie okupacji kontynuował pan edukację?

Tak. Na kompletach prywatnych na ulicy Pańskiej, professor… zaraz sobie przypomnę, on potem był dyrektorem szkoły na Bema. U niego kończyłem [szkołę], matura to była, niby matura, niby nie matura. Było mało przedmiotów – był język niemiecki, język polski, literatura, matematyka trochę, trochę historii.

  • Ile osób uczestniczyło w kompletach razem z panem?

Trzy lub cztery.

  • Jak długo to trwało?

Byłem tam blisko dwa lata, u tego pana.

  • I zdał pan maturę, tak?

Można by powiedzieć tak i nie, bo egzaminu nie zdałem, ale to było tak na poziomie matury, tak wyglądało.

  • Kiedy miał miejsce pana pierwszy kontakt z konspiracją, z działaniami nie w zakresie nauki, tylko walki o niepodległość?

Z konspiracją to nie miałem kontaktu u nas, tylko miałem gdzie indziej, a tutaj, u nas, w naszej kompanii, w naszym batalionie byłem od drugiego dnia.

  • Drugiego dnia Powstania?

Jak odbiliśmy Nordwache, tak od razu byłem tam, bo tam miałem swoich znajomych i tam zostałem u nich, od początku do końca, „Kiliński”, dziewiąta kompania.

  • Mówi pan od drugiego dnia Powstania, tak?

Tak. A wcześniej, czy brał pan udział w działaniach konspiracyjnych?

  • Czy w trakcie okupacji pan też pracował?

Miałem swoją wytwórnię chemiczną, a ojciec miał swoją. On był właścicielem odlewni metali kolorowych i składów metalowych. Pomagałem ojcu, ale miałem swoją własną wytwórnię chemiczną.

  • To była pana wytwórnia, tak?

Tak, ale tylko do gospodarstwa domowego.

  • Co pan konkretnie wytwarzał?

Robiliśmy, co wtedy było modne – były modne pasty do podłóg, do obuwia, świece nagrobkowe, świeczki, biele, takie inne rzeczy, artykuły gospodarstwa domowego, które były potrzebne do własnego gospodarstwa, dla gospodyń.

  • Tym się pan zajmował do momentu wybuchu Powstania?

Do samego Powstania, tak.

  • Proszę opowiedzieć, jak wyglądał 1 sierpnia? Jak pan odebrał ten dzień odebrał? Gdzie pan się wtedy znajdował?

Pierwszy dzień Powstania, tak? Szedłem z moją panienką i jej mamą (one mieszkały na ulicy Chłodnej), szliśmy o godzinie dziewiątej na Wolę, [tam] gdzie [jest] cmentarz rosyjski, Redutowa ulica, Sowińskiego Park i dalej tam trochę. Tam miałem kuzynów. Poszliśmy tam do nich, żeby wziąć owoce, warzywa i inne rzeczy, bo mieli piękne ogrody. Jak wracaliśmy, to była godzina jedenasta, wpół do dwunastej, dochodziliśmy jak teraz jest ulica Bema, Wolska i tam jest tunel, górą idzie kolej, a to był tunel. W tunelu złapali nas Niemcy. Niemcy złapali nas i około dwustu osiemdziesięciu osób i wszystkich [zaprowadzili] na Wolską 82, ten dom jeszcze istnieje, wielka brama i w końcu daleko, daleko, są garaże i baraki i Niemcy co chwila parę osób zabijali. Doszło akurat do mnie, zostało tam jeszcze kilka osób, a te dwie panie i kobiety poszły do piwnicy, która tam jeszcze istnieje, stoi starszy pan, ze czterdzieści dwa [lata], chłopak jeszcze młody, dwadzieścia lat, to każdy dla mnie był starszy. Starszy pan tłumaczy, że jak Niemiec odejdzie, to się rzucimy na niego, bo przecież i tak nas zabiją, i tak nas zabiją. Ktoś mnie uderzył kolbą wtedy, [krzyknął]: Ruhe! To ręce trzymam tak do góry, potem odwracamy się, i po parę osób, na koniec słyszę tylko: „Niech żyje Polska!” Strzał, strzał. Nie ma nikogo. Zostajemy tylko w trzech. Stoi koło mnie młody Niemiec, chyba z dziewiętnaście lat, w niebieskim mundurze i tu miał żółte. To nie było żadne gestapo, żadna żandarmeria, tylko to była ochrona lotnictwa. Długie buty miał i granat, w ręku „parabelę”. Dochodzi do mnie i pokazuje. A ja wyciągam [z kieszeni], tak jak miałem dowody wszystkie i pokazuję, lekko tylko [połę] odchyliłem, bo nie można było [głęboko] ręki wsadzić, mógłby strzelać. Pokazałem tak wyjęte dowody, podaję mu wszystkie dowody. Ponieważ dobrze mi się powodziło, miałem dużo znajomości, miałem bardzo wiele zdjęć różnych panienek, tych zdjęć może było ze dwadzieścia, ze trzydzieści. Niemiec młody ogląda to, ze mną rozmawia. Ja czuję, [że] jak on ze mną rozmawia, mam szansę, może uda się uratować. Ogląda się, pyta: „Kto to jest?” Mówię: „Narzeczona.” Znałem na tyle język niemiecki, że mogłem się z nim porozumieć. On może był Ślązakiem, może był skąd indziej, w każdym razie być może miał do nas jakiś afront może, że mógł ze mną rozmawiać. Pokazałem mu to wszystko, ogląda sobie jedno, drugie, trzecie. [Pyta]: „To narzeczona?” - „Też.” Schował sobie kilka i zobaczył moje zdjęcia jeszcze dalej, zdjęcia w których jestem w ubiorze piłkarskim, w butach futbolowych, we wszystkim. Pyta się: „Ty jesteś piłkarz?” Mówię: „Tak.” On mówi: „Ja też jestem piłkarz.” I już jest rozmowa. Już czuję, że coś może z tego być. On mówi: „Jestem w drużynie Schalke 04.” Mówię: „Tak. Tam mieszka i pracuje u was Ernest Wilmowski” [piłkarz, ] którego znałem. To był najlepszy przedwojenny piłkarz ze Śląska. „Tak, ty znasz Ernesta?” - „Znam Ernesta.” Już jest rozmowa. Popatrzył na to zdjęcie. Miałem dużo pieniędzy, bo zarabialiśmy bardzo dobrze. Wyjąłem wszystkie pieniądze i tak mu je podaję. Spojrzał się na mnie, wziął pieniędzy może pięćsetek trochę, resztę mi oddaje i patrzy się na mnie. Mówi tak: „Słuchaj, patrz, widzisz ten mur tutaj?” Stąd odległość była dziesięciu metrów, wielki mur, układano na nim butelki potrzaskane, żeby ludzie nie przechodzili. „Widzisz ten mur?” - „Widzę.” - „To jak ten Niemiec” - dosłownie mówi - „jak ten Niemiec pójdzie kawałek dalej, to ty skacz na niego, ja za tobą strzelę i już uciekaj.” Myślę sobie: „No trudno. Jedna szansa na tysiąc jest.” Tylko myślę sobie, może weźmie ode mnie, może nie weźmie ode mnie, może nie będzie strzelał. Już widzę, jak Niemiec przed nami jeszcze bierze dwoje ludzi, idzie tam dalej, jest trzydzieści metrów, a on do mnie woła: Spring! (Skacz!) Odbiłem się na mur, przeskoczyłem, oczywiście porwałem się szkłem i tak się uratowałem. To był mój pierwszy dzień Powstania. Zaraz przybiegłem do mnie na Dworską, tam był u mnie schowany karabin maszynowy bez podajnika.

  • Skąd pan miał karabin?

Jak Węgrzy przechodzili, węgierska armia, to akurat zatrzymali się koło mojego placu, bo Węgrzy to odchodzili wtedy ze strony rosyjskiej, polskiej, już odchodzili, uciekali. Zostawili karabin, dwa motocykle, jeszcze jakieś inne rzeczy. Zanieśliśmy to wszystko na róg Młynarskiej, tam do powstańców. Już poszedłem, wtedy był atak na „Nordwache”. Rozbiliśmy tych Niemców, co mogliśmy, to pozabijaliśmy, co mogli, to uciekli. Tam kawałek dalej była szkoła, w której byli Niemcy, to wysadzili się w powietrze, całą szkołę, razem oni wszyscy inni, a został tylko bunkier, który był przy „Nordwache”. Tak się zaczęło moje Powstanie.

  • Czyli 2 sierpnia został pan zaprzysiężony, tak?

Tak.

  • Pamięta pan jeszcze, jak to się odbywało?

Nie pamiętam.

  • Proszę opowiedzieć o pierwszej akcji, w której pan brał udział.

Pierwsza akcja to była na ulicy Królewskiej. To był chyba czwarty czy piąty dzień Powstania, powinno to być w „Biuletynie Informacyjnym”. Pierwsi jeńcy w rejonie Saskiego Ogrodu, wziąłem sześciu czy siedmiu jeńców, bo po drugiej stronie ulicy Królewskiej była szkoła, gimnazjum i była wielka restauracja, olbrzymia restauracja. Oni akurat zaczęli się kręcić. Jakoś widzę, że się tam parę osób kręci. Nie miałem wtedy broni, miałem olbrzymią „filipinę”, wielka „filipina”. Biegnę z „filipiną”, widzę, że ich tam jest pięciu czy sześciu. Wołam do nich: Halt! Oni stanęli. To wołam: Komm hier! To przyszli do mnie. „Kto wy jesteście?” Oni mi tak tłumaczą, że wyszło, że są z półwyspu Kercz, to byli Rosjanie, nie Rosjanie, to jest Gruzja... Krzyczę, żeby pobiegli, żeby przynieśli mi broń. To był chyba trzeci dzień Powstania, trzeci, może czwarty dzień Powstania. Oni biegną, ale w końcu któryś się zwrócił, miał karabin czy bagnet, i zaczęli uciekać. Jak zaczęli uciekać, to krzyknąłem do nich: Halt! Miałem wielką „filipinę”, cisnąłem ją. To było coś takiego ogromnego, z łyżką. Odbiłem to i cisnąłem, i to zamiast wybuchnąć, to za nimi to zygzakiem leciało, ogień tylko z tego był i dym. Oni, jak to zobaczyli, to przewrócili się wszyscy. W końcu zabrałem ich do niewoli, nie mając nic w ręku, przyprowadziłem ich. Za nagrodę dostałem wtedy chyba nową kurtkę, czy coś takiego nowego, ale nie napisali mojego nazwiska, tylko napisali, w „Biuletynie Informacyjnym” że „pierwsi Niemcy w rejonie Saskiego Ogrodu”. Następnie miałem różne rzeczy. Miałem PAST-ę.

  • Czy mógłby pan jeszcze opowiedzieć, jak do tego doszło, że dostał pan pseudonim „Żandarm”?

Jak „Nordwache” - żandarmerię rozbijaliśmy, to dowódca uciekł do getta, a my rozwalaliśmy tam, co mogliśmy. Ktoś uciekł, ale raczej wszyscy byli pozabijani, dwóch, trzech [zostało wziętych] do niewoli. Akurat był tam piękny płaszcz żandarmski i czapka. Na czapce miałem potem czerwono-biały otok. Założyłem to, przyszedłem do nas na Próżną 14, gdzie było dowództwo, tam miałem kupę kolegów już z AK, to przy zaprzysiężeniu [zapytali]: „Jaki masz pseudonim?” Wiadomo, spojrzeli się na mnie: „Żandarm.” „Żandarmem” zostałem od początku do końca.

  • Brał pan udział w akcji na PAST-ę. Proszę o tym opowiedzieć.

Pierwszy raz to rzucaliśmy, nie pamiętam, który to był dzień, ale rzucaliśmy butelki z benzyną. Dorzucaliśmy do drugiego, do trzeciego piętra, bo dalej nie można było. Z jednej strony była wielka brama, a tam jeszcze był tył, mała PAST-a. Odparli atak pierwszy, potem był drugi atak, też go odparli, a trzecim razem - po drugiej stronie była motopompa - do motopompy wlaliśmy olej, benzynę lakową i pryskaliśmy do trzeciego piętra gmach PAST-y. To tak trwało, zaczęło się od godziny jedenastej w nocy, to było chyba całą noc, to się paliło, my z nimi walczyliśmy, oni ciskali w nas wiązki granatów, a uciekali… Tak się skończyło, że oni wychodzili, to było wpół do dwunastej, ale przedtem uciekali. Uciekał dowódca i uciekło jeszcze dwóch innych. Stałem wtedy na rogu Próżnej i Zielnej, stałem w oknie, a uciekali ci najważniejsi. Podchorąży Kowalski zastrzelił jednego, drugi zastrzelił innego i koledzy skoczyli, zabrali bergmany. Bergmany to były pistolety maszynowe. Oblężenie to trwało chyba dwanaście godzin, wszystko naokoło się paliło, ulica się paliła, dom się palił, wszystko się paliło. My tak powoli zdobywaliśmy pierwsze piętro, parter, drugie piętro i o godzinie, prawdopodobnie było tak przed dwunastą, podnieśliśmy. Jeszcze przed tym, na górze, na samej górze, Niemcy jeszcze powiewali żółtą flagą, żeby dostać z Saskiego Ogrodu jakąś pomoc, potem trąbą trąbili, ale nikt im nie pomagał. Wyskoczył czołg, ale wrócił się, tak że zostawili Niemców samych. My ich tam, ile mogliśmy, to rozbiliśmy, ile mogliśmy, to popaliliśmy, ile mogli, to uciekli, ale raczej nie uciekali. Do niewoli chyba poszło około dziewięćdziesięciu pięciu do stu paru Niemców. Na początku to było tak, że otworzyliśmy bramę i oni wychodzili z tej bramy. Naprzód wyskoczył starszy gość, potem wyskoczyło jeszcze kilku i wyszedł jeszcze [człowiek] ubrany w ubiór pocztyliona. On był chyba Polak. „Panowie, ja jestem Polak, ja wam wszystko powiem. Oni mają tu napisane, ci gestapowcy, mają wytatuowane, powiem wam, który jest dowódca.” Ale dowódca już był zabity, bo uciekł pierwszy. Tam, jak wychodzili gestapowcy, chłopaki nieraz uderzyli w twarz, dali kopniaka, ale specjalnie ich nie biliśmy, nie strzelaliśmy. Zabraliśmy ich na róg Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Potem spadła bomba, oni siedzieli w dole tam, spadła bomba, olbrzymia, niemiecka i wszystkich tam zabiła. Było tak do godziny dwunastej, wpół do pierwszej. A na drugi dzień jeszcze uciekali z tyłu PAST-y, jak [jest] ulica Bagno, porobili sobie dziury i drabinki sznurowe i stamtąd jeszcze puszczali się, uciekali, chcieli [uciec]. A nie zdążyli uciec, bo nie dało rady. Tak było w PAST-ie. Ale znów Królewska 16. To był jedyny dom, który był [w naszych rękach], naokoło wszystko byli Niemcy, a my byliśmy tylko jedni, na jednej ulicy, po tej stronie. Po tej stronie byliśmy my, a po tamtej byli Niemcy, to był jeden dom, który był zwalony i Saski Ogród. Tam było gimnazjum i była restauracja. Tak się złożyło, że my raz ten dom mieliśmy, raz go Niemcy zabrali, raz my dom mieliśmy, raz Niemcy zabrali. Tak przechodziło z rąk do rąk. Ale i tak zostaliśmy na sam koniec. To był prawie róg Granicznej, [...] tam teraz takie wielkie domy stoją. Jest tablica w tym miejscu, gdzie [była] Królewska 16. My tam mieliśmy załogę, nas było szesnastu, akurat Królewska 16 i nas było szesnastu tylko. Kto z kim został, to nie wiem, dowódcą naszym był najpierw porucznik „Jadźka”, to go zabili, bo akurat tak się złożyło, że nie wszyscy powstańcy umieli to robić, co potrzeba. Nie wszyscy byli żołnierzami, nie wszyscy mieli taki zmysł, żeby się umieć bronić. Akurat wtedy Niemcy weszli po cichu, łeb mu urżnęli, jak to się mówi, temu chłopakowi i porozbijali naszych. Zabili naszego porucznika „Jadźkę”, zabili naszego lekarza, zabili kilka osób. Myśmy potem musieli to odbijać. I zostaliśmy do końca tam.

  • Pan już wtedy był uzbrojony? Miał pan inną broń poza granatami?

Tak, miałem, dlatego, że jak były ataki Niemców, a oni zostali, cofali się, zostali, to ja i kolega, Eugeniusz [niezrozumiałe], co był dziennikarzem, to był młody chłopiec jeszcze, zdobyliśmy kilka karabinów, kilka [sztuk] broni. Pod koniec już mieliśmy dobrą broń, ale to było za późno.

  • Czyli do końca Powstania utrzymywali państwo Królewską 16?

Tak, do samego końca Powstania.

  • Czy to miejsce do samego końca było przejmowane przez Niemców czy zostało przez państwa utrzymane na stałe?

Zostało nasze do końca.

  • Ostatecznie kiedy zostało już na dobre w państwa rękach?

Może trzy tygodnie do [końca Powstania]. Niemcy raz go zabrali, my odbiliśmy, Niemcy raz go zabrali, drugi raz i odbili. To mniej więcej tak było. Jak już kanałami [powstańcy] szli, to to wszystko było nasze. Tędy kanałami także przechodzili, i górą przechodzili powstańcy ze Starówki, przechodzili akurat u mnie tam, poubierani w niemieckie mundury.

  • Pan również przechodził kanałami?

Nie przechodziłem.

  • Został pan na Królewskiej 16 do samego końca, tak?

Tak.

  • Czy tam miały miejsce jeszcze starcia, jakieś akcje co się działo przez ostatnie tygodnie?

Właśnie wtedy, kiedy byłem ciężko ranny, kilkakrotnie Niemcy od Marszałkowskiej, od Saskiego Ogrodu przechodzili czołgami, to tam rozbiliśmy kilka czołgów. Nawet są zdjęcia, na których te czołgi stoją róg Marszałkowskiej i Królewskiej. Tam było jakieś biuro wielkie i akurat tam stały czołgi. Ostatnim razem to było tak, że byłem ranny. Był atak niemiecki, piechota szła od ulicy Granicznej, przechodziła do Placu Grzybowskiego. Tak się złożyło, że zostałem tylko ja i strzelec „Kot” i podporucznik Paprzyca, dowódca. Wszyscy gdzieś zginęli, wszyscy byli w innym miejscu. Zostaliśmy my trzej tylko na cały odcinek na Placu Grzybowskim. Mieliśmy karabin maszynowy. Strzelałem z karabinu maszynowego, kolega „Kot” podawał mi amunicję, a porucznik Paprzyca z lornetą patrzył, jak oni idą. Idą, już są około stu pięćdziesięciu, stu sześćdziesięciu metrów od nas, strzelam dużymi seriami, strzelam raz, strzelam drugi, zajeżdża czołg, to był chyba Tygrys albo Pantera, podnosi działo i widzę, jak to działo jest na mnie [ustawione], ale jeszcze strzelam dalej. Paprzyca do mnie mówi: „Strzelaj seriami krótkimi!” Strzelam, oni z czołgu wylatują, czołg stanął, pierwszy strzał jest, to poszedł gdzieś indziej. My z karabinem odeszliśmy na inne stanowisko, na drugie, trzecie piętro, te balkony jeszcze istnieją i ten dom jeszcze istnieje. Potem strzela jeszcze raz, uciekłem na drugie piętro, były tam worki z piaskiem. Tak uciekaliśmy z piętra na piętro, z balkonu na balkon, bo akurat balkony były tak, że z tej strony oni widzieli mnie, a ja widziałem ich. Któregoś razu, to był może czwarty strzał, usłyszałem tylko strzał, uderzenie mocne w piersi i upadłem. Biegnie do mnie i stanął obok mnie Paprzyca: „Żandarm, strzelaj! Żandarm, strzelaj!” Mówię: „Panie poruczniku, nie mogę!” To jest w książce „Królewska 16”. Wziął mnie na ręce, okazuje się, że [w pierś] dostałem. [...] Wziął mnie tam na dół Paprzyca, akurat nasi wrócili z powrotem. Miałem operację, doktor wziął klapcążki, gdzieś wydezynfekował i tak mnie wyciągali. Położyli mnie na noszach, stałem na ulicy i jest znów wielki atak. Oni nie mogą mnie zabrać, dali mi w rękę granat i tak czekam tylko. Leżę i trzymam granat, jest odwleczka. Nikogo już nie ma i tylko słyszę: „Jak będą niemieckie, to puszczę, jak będą polskie, to trzymam.” Jakoś przyszli polskie, zabrali mi granat i tak się uratowałem.

  • Czy był pan przeniesiony do szpitala?

Tak, do szpitala mnie zabrali. Przez Aleje Jerozolimskie musiałem przejść, Noakowskiego zdaję się, coś takiego, mam napisane, jaki to był [szpital]. Byłem w szpitalu kilka dni, ale musiałem uciekać, bo nie było co jeść, bo bym zdechł z głodu. Tak, nie było co jeść, w ogóle.

  • Uciekł pan ze szpitala?

Uciekłem, bo innej rady nie było. Uciekłem z powrotem. Tak znów dwa, trzy dni szedłem, jak doszedłem do swoich przez Aleje Jerozolimskie, to moja pierś była [cała] z ropy, byłem nieprzytomny prawie. Ale jakoś dowlekłem się.

  • Wrócił pan do walki?

Wróciłem do walki z powrotem.

  • Na jaką ulicę znów pan się dostał? Wrócił pan do swojego oddziału, tak?

Tak, na Próżną 14. Wychodziliśmy 5 czy 6 października. Jeszcze miałem kilka różnych okazji, bo jak Niemcy robili z nami chwilowy rozejm, żeby cywile mogli wyjść, powiedzmy godzina jedenasta-pierwsza, dwunasta-druga, pozwalają nam, żeby nasi cywile wyszli. Cywili mam odprowadzać. Każdy bał się cywili odprowadzić. Musieliśmy dojść do granicy, na Plac Grzybowski. To wziąłem pistolet maszynowy, jak my go nazywaliśmy „błyskawica”, polskiej roboty, wziąłem grupę swoich ludzi i odprowadzam ich na Graniczną. Niemcy się na mnie patrzą, przekazałem im tych ludzi. Przyszedł dowódca niemiecki, lejtnant, spojrzał się na mnie, przywitał się ze mną, poczęstował papierosem. Powiedziałem, że dziękuję. Dał mi kawałek czekolady, zjadłem kawałek czekolady, rozmawiamy trochę. Ludzie odeszli, on mnie się pyta: „Co to za pistolet, który wy macie tutaj?” To była „błyskawica”, coś podobnego jak angielski sten. Oni nie widzieli tego, pokazuję mu pistolet. Wcale się nie bałem jego, w ogóle. Pokazuję mu pistolet. On ogląda. „A skąd wy takie macie?” - „W waszych fabrykach było robione.” - „W jakich? Niemożliwe!” I tak miałem z nimi tyle przygód. Co miałem [przygód], jak byłem w niewoli, żebym wam opowiadał, to byście musieli siedzieć i zdychać ze śmiechu.

  • Chcielibyśmy porozmawiać jeszcze o Powstaniu, o innych aspektach, nie związanych z walką, na przykład o jedzeniu. Wspomniał, że w szpitalu w ogóle nie było nic do jedzenia. A wcześniej, jak pan walczył?

Wcześniej miałem tam trochę do jedzenia, bo rozbiliśmy Niemców na ulicy Dworskiej. Niemcy właściwie uciekali, zostawili nam w szkole, gdzie stacjonowali, trochę żywności. Były boczki wędzone, masło tam przywiozłem, bo tam miałem dziewczynkę na Bagnie. Tak się akurat złożyło, że tam miałem swoją panienkę. Zostawiłem jej to wszystko. Potem u Haberbuscha - ci co robili piwo - tam było dużo zboża, bo tam były potrzebne różnego rodzaju zboża – jęczmień, pszenica, inne rzeczy, które my stamtąd braliśmy. Robiliśmy sobie z tego placki, robiliśmy inne rzeczy. Potem się kombinowało, jak można było.

  • Skąd jeszcze brano żywność? Czy do końca starczało?

Nie starczało. Niektórzy nie mieli, to koń był zabity, jedli koninę. Jadłem przeważnie placki utarte butelką, bo nie lubiłem koniny, musiałem jeść to.

  • Był pan na koncertach. Widział pan Władysława Szpilmana, tak?

Tak.

  • Kiedy to było?

To było za okupacji. To mógł być rok przed tym, jak zostało getto zlikwidowane. Getto zostało zlikwidowane w kwietniu 1943 roku. Zaczęło się na Miodowej, tam stał karabin maszynowy, Żydzi mieli, nie wiem, skąd oni to mieli, kto to wszystko robił. Szpilmana widziałem, nie chciałbym o tym mówić, bo to są takie rzeczy, że nie lubię z Żydami zadzierać. Bo musiałbym nieładnie o nich powiedzieć. Nie słyszałem, żeby ktoś w Polsce powiedział o tym, że na ulicy Tłomackie był lokal niemiecki, który obsługiwali Żydzi i Żydówki. Nazywał się „Cafe Gertner”. Byłem tam dwa, albo trzy razy, bo mnie akurat było wolno wejść. Nie można było wejść na getto, jak my przechodziliśmy od Szpitala Świętej Zofii, mogłem mieć tylko bułki i jabłko. [Szpilman] dostał bułkę i jabłko. Panience, która tam była, tak samo mogłem dać bułkę i jabłko. Więcej nam nie wolno było.

  • A czemu panu było wolno tam wejść?

Bo pan Gołąbek Józef to był Żydem. On tam miał jakiś zakład. Nie wiem, bo nie byłem tam nigdy, przyjeżdżałem tylko, brałem pieniądze, dostawałem kwit i wracałem z powrotem na aryjską stronę. I on mnie przeprowadzał. Musiałem zdjąć lentę z Gwiazdą Syjonu, bo to musiałem mieć na ręku. Zdejmowałem i wtedy przechodziłem.

  • Kto to był pan Gołąbek?

Ten, pan, który był Żydem i który tam miał coś, ale nie wiem, co. Tak, że byłem wiele, wiele razy w getcie, dużo razy. Widziałem mnóstwo różnych rzeczy, nawet nie macie pojęcia, co się działo – trupy leżały na ulicy, jeden koło drugiego. To był Plac Muranowski, Muranowska i jak to się tam nazywało? Nie pamiętam. Tam trup koło trupa leżał. Ludzie ginęli z głodu. Widziałem, jak potem już było getto, jak Niemcy strzelali do Żydów, jak się getto paliło, jak żołnierze pochodzenia innego strzelali do biednego Żyda, który już myślał, że ucieka. Oni byli w niemieckich mundurach, ale byli w niemieckiej armii, pilnowali getta. Okazało się potem, że oni strzelali do Żydów, [jak Żydzi przechodzili na drugą stronę]. [Jak Żyd] przeszedł, to [żołnierz] czekał jeszcze, jak przejdzie, dopiero w niego strzelił. Rozmawiałem z nim, to powiedział, że on jest Łotysz. „My jesteśmy Łotysze.” My ich nazywaliśmy „karaluchy”. To byli Łotysze, którzy byli w niemieckiej armii. Powiedzieli, że odgrywają się na Żydach, bo jak weszli Rosjanie, to ich tam strasznie mordowali, „to teraz my się odgrywamy”. „Karaluchy” ich nazywali, mieli przepaski. Nienawidzili strasznie Żydów i strasznie ich tłukli. A znów Niemca widziałem, jak było getto, jest balkon na trzecim piętrze, to był też Plac Muranowski, bo tam można było dojść. My dochodziliśmy. Na trzecim piętrze na balkonie stoi Żyd, ma swoje liturgiczne szaty i miał szal na głowie. Modli się, a Niemiec za nim stoi i pokazuje, żeby on skakał: Bitte, bitte! Żeby skakał, i on skakał, ten Żyd. To też widziałem. Dużo rzeczy widziałem, bardzo dużo rzeczy widziałem bardzo wstrętnych.

  • Wracając do Powstania, chciałam zapytać, czy pamięta pan może momenty bardziej radosne w czasie Powstania, nie tylko związane z walką?

Zdobycie PAST-y na przykład, rozbicie kilku czołgów.

  • A coś nie związanego z walką? Może momenty wśród przyjaciół czy bardziej towarzyskie?

To trudno powiedzieć, bo nie mogę mówić o sobie, chciałbym mówić o kimś innym. O sobie nigdy nie mówiłem, bo może na tyle jestem skromny, żebym nie chciał mówić o tym. Mogę mówić o przeżyciach, a o tym, w czym ja brałem udział, to nie chciałbym, bo to by źle wyglądało. To by wyglądało, jakbym chciał być bohaterem. Napisane mam w książce: [...] napisał pan Kledzik, co tę książkę pisał: „Bohaterowi Franciszkowi Jelonkowi.” Ale jakie to bohaterstwo? Byłem bohater jak każdy inny.

  • Ale właśnie o to chodzi, że my chcemy usłyszeć pana przeżycia.

Bohatera?

  • Z pana punktu widzenia.

Siedzimy na Królewskiej 16, okna wychodzą na Saski Ogród. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć okien. Jestem przy każdym oknie, tu mam karabin, tu mam karabin, tu mam granaty, każdy pilnuje. Pewnego dnia, to był, nie pamiętam, jaki to był dzień, słyszymy megafony niemieckie: „Polacy, zwróćcie się do nas, nie walczcie. Pomożemy wam wszystko.” A jak wystawili gramofon z płytą i nastawili im: „Jeszcze Polska nie zginęła”, jak zaczęli tłuc w naszą kwaterę, to tylko uciekliśmy. Chłopacy się śmieli: „Co ty robisz, Jelonek? Co ty robisz?” Co to miałem jeszcze później [za] kłopoty?... Na ulicy Zielnej - stoją jeszcze te domy - tam były niemieckie firmy. Firma „Gettnerkische”, oni mieli wielkie huty, drugie czy trzecie piętro, właziłem sobie rano na sam dach, był dymnik, brałem karabin i tak sobie czekałem, jak Niemcy wyjdą sobie gdzieś na apel, albo coś takiego. To może było dwieście kilkadziesiąt metrów. Tak sobie rano wychodziłem i tak sobie do nich strzelałem. Cieszyłem się jak cała kompania świata, a ja sobie tam strzelałem. To wychodził mój dowódca, Paprzyca i mówił: „Żandarm, ty naturalną śmiercią nie zginiesz. Zobaczysz, co z tego będzie!” Rzeczywiście, wymówił. Jak zajechali czołgami i zaczęli tłuc, to ledwo uciekliśmy do piwnicy. To jeszcze takie miałem epizody z Niemcami. Miałem kiedyś jeszcze [taką sytuację], dowódca odcinka, generał „Monter”, to był zastępca „Bora” Komorowskiego, przyszedł do nas na inspekcję, to był róg Granicznej, Królewskiej i Placu Grzybowskiego. Tam układałem z worków z piaskiem barykady i miałem kilkunastu Niemców, cośmy ich tam wzięli w niewolę. Gorąco było bardzo, usiadłem sobie, tak jak w tej chwili siedzę, z karabinem, karabin trzymam. Niemcy zaczęli strzelać do tych moich Niemców, to cofnąłem ich i wziąłem farby i namalowałem im czerwone swastyki farbą na plecach i na piersiach. Przechodził akurat generał „Monter”, wtedy pułkownik „Monter” I pyta: „Coście z nimi zrobili! Kto to?” – pyta się. A dowódca mówi: „To ten! To ten!” Na mnie tak [wskazuje]. Były takie humorystyczne rzeczy... Jak znów kilka bomb upadło u nas na Placu Grzybowskim, kawałek dalej, a one nie wybuchły, dwieście pięćdziesięciokilogramowe, to dałem im mesel i młotek i jak była bomba - z jednej strony zapalnik był tu, a tutaj z drugiej strony były specjalne do wkręcania, żeby bomba wybuchła - odkręcali to i wyciągali łyżeczką melinit, bo to wtedy był melinit. Granaty z tego robiliśmy. To takie pamiętam epizody, które były przyjemniejsze.

  • Właśnie o to chodziło. Proszę powiedzieć, czy były też momenty, gdy miał pan okazję uczestniczyć we mszy czy miały miejsce przejawy życia religijnego? Czy na to też znajdowało się miejsce?

Tak. Zdarzało się, dwa razy była msza u nas.

  • U nas, to znaczy gdzie?

Na Próżnej 14. Nie pamiętam, chyba jakiś ksiądz jeszcze brał udział, ale nie pamiętam dokładnie tego, bo byłem zawsze bardzo zainteresowany, żeby jak najwięcej do Niemców strzelać. Coś takiego, nie wiem, dlaczego.

  • Chciałabym jeszcze zapytać o ludność cywilną. Miał pan kontakt z ludnością cywilną?

Miałem kontakt z ludnością cywilną. Z początku to nas strasznie kochali, a potem to już klęli na nas i wrzeszczeli już pod koniec, dlatego, że „to przez was, zrobiliście Powstanie, to my nie możemy wyjść!” To ich wyprowadzałem z Placu Grzybowskiego, jedną grupę wprowadzałem, Niemcy do nich strzelali. Też pamiętam, jak strzelali Niemcy do nich kulami ekrazytowymi, to takie jak dum-dum. Jak [z przodu] uderzyło, to z tyłu miazga prawie była. Tak się złożyło, że ludzie tam chodzili po wodę, bo tam była jedna studia przy kościele na Placu Grzybowskim, [...] przechodzili i z PAST-y, jak PAST-a jeszcze była, jak z góry strzelali, to widoczność była po jednej bramie i mogli strzelać w to miejsce. Kilka razy uderzyli kobietę czy mężczyznę, nie dało sie pójść po wodę. Nasz dowódca, Paprzyca [mówił]: „Co to zrobić? Co to zrobić, jak im pomóc?” - „Panie poruczniku, ja zaraz pomogę!” Wziąłem kolegę, wzięliśmy wózek dziecinny, zrobiliśmy kukłę, założyliśmy kawałek [szmaty], jeden drut z tej strony, drugi drut z drugiej strony, on pociągnął w swoją stronę, ja w swoją stronę. Pociągnął w jedną stronę, strzelają, pociągnąłem w drugą, to się Niemcy pokapowali, że robimy takie numery, już nikt nie strzelał. „Panie poruczniku, załatwiłem, już nie strzelają.” Było wesoło wtedy. To znaczy, nam było wesoło, ale ludziom nie.

  • I wtedy, gdy odprowadzał pan ludność cywilną, która miała być wyprowadzona z Warszawy, czy właśnie wtedy spotkał się pan z negatywnym stosunkiem?

Jak wychodziliśmy z Warszawy?

  • Kiedy pan odprowadzał ludność.

Ludzi jak odprowadzałem?

  • Tak.

Raczej tak. Raczej negatywny stosunek był do nas pod koniec. Nie mieli wody, nie mieli żywności, Niemcy strzelali do nich. Oni nie mieli żadnej broni. Ja przynajmniej miałem jakąś obronę, miałem granat, miałem pistolet, miałem karabin, mogłem się bronić. Ale ci biedni ludzie, najwięcej ich żałowałem, bo oni nie mieli jak się bronić. Do nich mogli strzelać jak do kaczek. Kiedyś szliśmy, też powiem, jak to było. Idziemy we trzech i idzie młoda panienka, panienka może siedemnaście, osiemnaście lat, bardzo ładna. Za chwilę pada granat, granatnik. Straszne były te granatniki, nie było ich słychać, nie było widać i [panienka] lewą pierś prawie całą ma rozwaloną. Bierzemy ją szybko do bramy, robimy jej opatrunek, siadała, jak tutaj siedzą w oknie, jedno okno, drugie okno, za chwilę pada drugi granatnik i drugą pierś [jej rozerwało]. Płakaliśmy, jak to można było. Tak patrzyliśmy, młoda dziewczynka była, może osiemnaście lat. Jedną pierś rozbitą i drugą pierś... żeby gdzie indziej... [ale to] w drugą pierś.

  • Czy w czasie Powstania miał pan kontakt ze swoją rodziną?

Do szóstego dnia przechodziłem przez Wolę, przechodziłem jak [była] Szkoła Tramwajarska na Młynarskiej i na tyle szkoły mieszkaliśmy. Musiałem się w nocy przekradać. Dwa razy tam byłem. Siódmego dnia ostatni raz byłem, a potem dalej już nie, bo było wszystko zamknięte. Cała Wola była zamknięta i zniszczona. Całą Wolę wybili, ojca mi zabili, mamę zabrali do niewoli, siostra do Oświęcimia. Tylko ja jeden ocalałem, bo byłem w Śródmieściu.

  • Proszę opowiedzieć o momencie upadku Powstania.

Upadło Powstanie, mieliśmy jeszcze trzy czy cztery dni na załatwianie różnych spraw swoich i chyba 5 czy 6 [października] wychodziliśmy od Placu Grzybowskiego przez Chłodną do Placu Kercelego. Tam złożyliśmy broń i do Ożarowa. Tak to wyglądało później. Uciekłem, ale musiałem znów wrócić, bo byłem ciężko ranny, nie chcieli mnie ludzie wziąć. Miałem uciekać do Puszczy Kampinoskiej, nie chcieli mnie ludzie wziąć. Powiedzieli: „Jak my pana weźmiemy, to nas zabiją i pana zabiją.” I musiałem z powrotem wyjść.

  • Czyli udali się państwo do Ożarowa, tak?

Tak.

  • I później gdzie?

Do Lamsdorfu, obóz Lamsdorf. Pamiętam, bo tam były straszne wszy, tysiące wesz, bo to po Ruskich było, tysiące wesz było.

  • Jak długo pan przebywał w tym obozie?

W Lamsdorfie byliśmy, to był obóz przejściowy, tak że z tego obozu wysyłali nas na różne obozy. Jedni koledzy byli tam, drudzy tam, tak że jak Niemcy zobaczyli w ewidencji, że ta sama kompania, to z mojej kompanii ja byłem tutaj, kolega był tam, a trzeci był tam, żebyśmy nie byli razem. Stamtąd pojechaliśmy na Arbeitskommando. Właściwie to nie było Arbeitskommando, tylko to się nazywał Kreislager, nie, to nie był Kreislager to się nazywał stalag, stalag XVIIIC, Markt-Pongau. Stamtąd nas dopiero zabierali na Arbeitskommando. Byłem w Bischofshofen, byłem w Jugosławii, w Karyntii byłem, w różnych miejscach. Nas zabierali, bo powiedzieli, jak się pytałem dowódcy: „Dlaczego nas tak zabieracie wszędzie tutaj, tutaj, tutaj, nie dajecie nam pracy, tylko musimy zdychać z głodu”, mówię, że u nas są chłopcy, co mieli po szesnaście, piętnaście, siedemnaście lat. To on dosłownie powiedział, to był major czy pułkownik, oberst: „To są alles Banditen.” Pytam się, czy oni. „Tak, ci mali też alles Banditen.” Mówi: „Bo Polak jakby poszedł do bauera, to by tak – chłopa zarżnął, babę zarżnął, wsiadł na konia, wziął pieniądze i uciekł.” Dosłownie, tak mi powiedział: „Wszyscy jesteście bandyci!”

  • Czyli co chwilę przemieszczał się pan z jednego obozu do drugiego, a czy w jakimś został pan zatrzymany na dłużej, w którymś z tych obozów?

A z obozów - byliśmy pod granicą szwajcarską - uciekaliśmy kilkakrotnie. Uciekałem dwa, trzy razy, bo jeńcowi było wolno uciekać. To jest jego prawo, że jeniec ma prawo uciekać, ale oni nie mieli prawa zabijać. Było tak, że zabijali naszych chłopców, którzy uciekli. Mieliśmy specjalne dowody, blaszki, tam było napisane Kreislager tyle i tyle, nazwisko, numer, [niezrozumiałe] to był mój numer. Pokazywałem numer i oni mieli prawo wziąć mnie do obozu. Za pierwszą ucieczkę siedem dni, [niezrozumiałe] nie pamiętam jak to dokładnie było, siedem dni, suchy chleb i woda, następna [ucieczka] czternaście dni. Tak, że mogliśmy uciekać. Oni nie mieli prawa nas zabijać, jeńca nie wolno było zabijać, a zabijali nas jednak.

  • To, że pan wrócił, to dlatego, że pana złapali, tak?

Tak, złapali mnie dwa razy i siedziałem dwa razy.

  • Ale który to był obóz, z którego obozu pan uciekł?

To było, [uciekłem] z Markt-Pongau. To była Górna Austria, za Innsbruckiem. Potem, jak już był koniec, to część naszych odeszła, a część Niemcy odtransportowali do Szwajcarii. Szwajcarska granica [była] otwarta. Pamiętam, to był punkt, piękne miasto Aarau, na rzeką Aarą. Tam byliśmy na kwarantannie dziesięć dni, bo byliśmy wygłodniali, nie można było nic jeść. Koledzy coś jedli, mieli skręt kiszek, bo po takiej głodówce, po takim głodzie, nie wolno było dużo jeść. Tak nas trzymali dziesięć dni, a potem były już obozy dla jeńców, nie dla Soldaten, dla jeńców mieli specjalne obozy, ale to już w Szwajcarii. My byliśmy wcieleni w skład 2. Dywizji Strzelców Pieszych Prugara-Ketlinga, którzy tam w 1939 roku przeszli od Niemiec.

  • Czy mógłby pan powiedzieć, jak byli państwo traktowani przez Niemców?

Jak już byliśmy w Austrii i pilnowali nas austriaccy żołnierze, starsi ludzie, to było względnie, ale jak byli Niemcy jeszcze, niektórzy, to było okropnie. Na przykład mnie [jeden] uderzył w głowę karabinem, kolbą. Do dzisiaj czuję jeszcze. Upadłem i chyba dwie godziny leżałem prawie nieprzytomny. Potem kilka dni leżałem i mi się w głowie [kręciło]. Do dzisiaj mi się w głowie kręci. Uderzył po tym, jak pojechałem po pocztę. Jeździliśmy z Bischofshofen, tam gdzie były wielkie skocznie. Pracowaliśmy tam w wielkiej sztolni. Ktoś z nas zawsze jeździł po pocztę, kilka kilometrów od obozu, do miasteczka czy do miasta, i tam braliśmy pocztę i wracaliśmy z pocztą, jakieś tam jeszcze inne rzeczy [przywoziliśmy]. Z fajnym Niemcem, Austriakiem jeździłem - on był aktorem - bo on mnie polubił, ja jego też polubiłem. Zawsze mu dawałem papieroski, inne rzeczy, bo mieliśmy z paczek. Jak wracałem z powrotem, to miałem prawo nie pracować, tylko miałem prawo odpoczynku. Szedłem i właśnie ten Niemiec, mały, który mnie uderzył, [woła] do mnie: Halt! Halt! Odwracam się, tłumaczę mu, że mam wolne, dlatego że byłem na służbie i zrobiłem takie i takie rzeczy. Odwracam się, a on mnie uderzył kolbą i upadłem. To Anglicy mnie wtedy ratowali, bo byli tam Anglicy. To było drugie zdarzenie z Niemcami, ale potem już było względnie. Można było od nich kupić chleb za kartki. [Kartki] chlebowe mieliśmy. Można było im dać papieroski, można było inne [produkty] dać. Tak, że Austriacy to byli raczej milsi ludzie.

  • W sztolni jak długo pan pracował?

W sztolni? W sztolni robiliśmy w górach wielkie tunele, żeby Niemcy ze swoimi rodzinami mogli [się schować], jak były wielkie naloty. Budowaliśmy nad Innem, koło Brannau, tam gdzie się Hitler urodził, robiliśmy nad rzeką nie tamę, tylko przejazd. To rzeka Inn była, w Górnej Austrii. Ale o tym bardzo długo można mówić. Potrzebuję dwie godziny czy trzy, żeby wam to wszystko opowiedzieć, to byście dopiero wiedzieli, jak to wyglądało, bo tak to mi trudno opowiedzieć.

  • Jak długo pan tam pracował?

To było tak, że nas nie trzymali długo w każdym obozie, tylko nas przerzucali, żebyśmy nigdy nie byli w obozie [dłużej], albo tu, albo tam, albo gdzie indziej. Tak, że w Jugosławii byliśmy, w Karyntii byliśmy parę tygodni, potem miesiąc czy dwa miesiące w Bischofshofen. Potem byliśmy w Landecku, potem w Punzu, potem byliśmy gdzie indziej. Tak, że przerzucali nas, bo [jak Niemiec] powiedział, że „Bandytów nie można trzymać, bo wy jesteście bandyci.”

  • Czy w innych obozach też pan pracował?

Tak. Chciałem pracować, mimo że nam nie wolno było pracować. Teraz jak jest Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Niemieckiej stamtąd dostaję pieniądze i dostaję inne rzeczy, za to, że nas brali do pracy przymusowo, a nas nie wolno było przymusowo do pracy brać. Ale my dostawaliśmy najgorsze prace, w sztolni, w kopalniach, w wodzie. To było okropne. Jak gdzieś się paliło, jak były bombardowania, dworzec spalony, to my tam musieliśmy przychodzić i pomagać robić wszystko. Niemcy nas tylko pilnowali, a my porządkowaliśmy to.

  • W jakim obozie pan się znajdował, gdy przyszło wyzwolenie?

Po wyzwoleniu?

  • Kiedy pan został wyzwolony? W jakim to było obozie? Ostatni obóz?

Ostatni obóz – Landeck, Punz, koło szwajcarskiej granicy.

  • Pamięta pan, jak odbyło się wyzwolenie w obozie?

Naprzód było tak: feldfebel Steinert był naszym [nadzorcą], bo Niemcy nas pilnowali, ale to byli z Wehrmachtu, a pan feldfebel Steinert, to znaczy sierżant Steinert był z innej formacji, on nie miał prawa nas pilnować. Uciekało dwóch naszych kolegów, pamiętam Kamiński, Przeradowski uciekali i za dwa dni ich Niemcy przywieźli, [dowiedzieliśmy się], że są zastrzeleni. Ale jakby byli zastrzeleni w czasie ucieczki, to by dostali kule z tyłu, a oni mieli kule z przodu. I była cała heca o Steinerta. Potem się Niemcy z Wehrmachtu prawie nie pobili ze Steinertem, że on pozwolił, żeby pod koniec wojny zabić jeszcze jeńców w taki sposób. Pamiętam dokładnie nazwiska, bo byłem na ich pogrzebie. Oni leżą tam, chyba ojciec pojechał i zabrał ciała, ale nie wolno mnie było przyjechać z Polski. Chciał mnie zabrać, żeby tam pojechać, władze mnie nie chciały puścić. To były lata 1955-1958, mniej więcej lata 1955.

  • Jakie to było wojsko, które państwa wyzwoliło z obozu?

Władze nasze były własne, autonomiczne w naszej niewoli, a feldfebel Steinert nie mógł odejść, nie mógł być z nami, dlatego że pokłócił się z tymi, którzy nas pilnowali z Wehrmachtu. Mało się nie postrzelali, dlatego, że on zabił tych dwóch [jeńców]. Już Niemcy nie byli tacy zjednoczeni. Potem byli Austriacy, byli Niemcy, tak, że był konflikt między nimi. Nie pozwolili Steinertowi, żeby nas zabrał, tylko Wehrmacht nas dostarczył do granicy szwajcarskiej i tam nas Szwajcarzy przejęli. To nas tam było może stu pięćdziesięciu, może dwustu. Jak inni byli [wyzwoleni], to nie wiem. Mówię o naszych tylko.

  • I co się działo potem?

Wzięli nas do obozu przejściowego w Aarau. Tam mieliśmy dziesięć czy piętnaście dni kwarantanny, bo się bali o nas, że możemy mieć jakieś choroby. Byłem leczony, bo rana jeszcze się jeszcze bardzo nie zagoiła, to jeszcze zawsze był kłopot z moja raną. Bolało mnie wszystko. Potem nas porozdzielali po różnych obozach, Polaków, którzy byli w Szwajcarii od 1939 roku. Od czterdziestego któregoś roku Polacy byli we Francji, co była wojna francusko-niemiecka wtedy. Druga Dywizja Strzelców Pieszych cała tam w Szwajcarii została. My byliśmy przydzieleni do obozów. To byli ludzie z 1939 roku.

  • To jak długo pan jeszcze tam przebywał? Kiedy pan opuścił to miejsce?

W 1946 roku, byłem tam prawie dwa lata. W Szwajcarii było bardzo przyjemnie, było bardzo miło.

  • Czym się pan zajmował przez ten okres?

W Szwajcarii?

  • Tak.

W Szwajcarii była firma Martin Lohri i ta firma zajmowała się różnymi sprawami, czy torfem czy budowlanymi rzeczami i zajmowała się między innymi zbiórką metali po całej Szwajcarii. Byłem metalowcem, bo mieliśmy zakład za okupacji i znałem wszystkie metale. Szwajcaria właściwie nie miała żadnego metalu, bo tam nic nie ma, tylko na wysokości tysiąca sześćset metrów trochę węgla i więcej nic nie było. Każdy metal to dla nich był majątek, potrzebowali metalu, więc robiliśmy zbiórkę w Szwajcarii po różnych kantonach, po różnych wsiach zbieraliśmy metale. Pan przedsiębiorca Szwajcar, Martin, jak mieliśmy ekipę, to wszystko doglądał, a my to sortowaliśmy i stawialiśmy na wagony i szło do huty. Ten pan zobaczył kiedyś, jak przy tym robię, a ponieważ znałem [się na tym] bardzo dobrze, wiedziałem, jaki to metal, to jest z tego, to z tego. Jak ktoś jest metalowiec, to wie z czego coś może być zrobione, jak garnczek może być aluminiowy, inne miedziane są. Tylko prawie w powietrzu patrzyłem i odkładałem. On zobaczył, że to umiem i poprosił tłumaczkę, bo to był język francuski, a ja [go] nie znałem, żeby przetłumaczyła, co mogę zrobić, dlaczego to znam. Powiedziałem, to dał mi ekipę Polaków i z naszą ekipą jeżdźiłem po całej Szwajcarii, robiłem sprzedaż i kupno tego materiału. A potem miałem kantynę wojskową. Mogłem się żenić, bo tam panienek było mnóstwo, za Polakami, jakby mogły, to by każda wyskoczyła. Mogłem się żenić, ale nie chciałem, bo pan Putrament mnie nie chciał wtedy. Putrament był naszym ambasadorem. Powiedział, że muszę mieć paszport i żebym się ożenił ze Szwajcarką. Poszedłem do pana Putramenta w Bernie, a on tak mnie wziął za bródkę i mówi: „Syneczku, ty chcesz uciekać do Włoch, do Andersa, to ja ci nie dam. To ja ci Fliegausweis dam.” To był beznarodowościowy dowód, że jestem Polakiem, ale nic więcej. Nie zgodziłem się na to. Nie ożeniłem się, zostałem w Szwajcarii. Tak jakoś wyszło.

  • Kiedy wrócił pan do Polski?

W 1946 roku.

  • Wrócił pan prosto do Warszawy?

Nie. Zabrali mnie najprzód, w Dziedzicach wsadzili do więzienia i siedem czy osiem dni siedziałem. Oskarżony byłem o to, że: „posiada duże znajomości za zagranicą i jest emisariuszem Andersa z Londynu.” Tak było napisane o mnie. Ale jakoś się wszystko wyjaśniło, puścili mnie po kilku dniach i przyjechałem do Warszawy, do domu. Jechałem ze Szwajcarii do Polski pociągiem szwajcarskim. Jak jechaliśmy przez Austrię, to mogę tylko powiedzieć, że jako Polak widziałem, że tam jest bieda, nędza, nie ma co jeść. Jak zajechaliśmy do Czechowic-Dziedzic w Polsce, to jak zobaczyliśmy pociągi, [które] stały, takie stare wagony, na tych wagonach były szynki, kiełbasy, wszystko, to Szwajcarom oczy wylazły: „Jak wy to robicie? Po takiej wojnie wy wszystko to macie?” To było pierwsze co mnie uderzyło. Oni byli zdziwieni... wódka, wszystkiego pod dostatkiem, pełno. Upłynęło niecałe pół godziny, przyszło trzech wojskowych z karabinami, moje nazwisko proszą, „Pan pójdzie z nami”. Poszedłem z nimi do jakieś komórki, ale nie wiem co tam było, jacyś ubecy – „Pan jest aresztowany, proszę pójść, wziąć swoje rzeczy, które pan ma i przyjść z powrotem.” Ci trzej odprowadzili mnie z powrotem do wagonu, a Szwajcarzy mówią - od razu pismo poszło do Szwajcarii i [niezrozumiałe] - że zostałem aresztowany na granicy polskiej w Dziedzicach. Szwajcarzy do mnie mówią: „Możesz zostać z nami razem, zabieramy co potrzeba i jedziemy z powrotem do Szwajcarii.” Powiedziałem: „Nie. Ja się nie czuję winny. Ja nie jestem ani żaden bandyta, ani żaden inny, pojadę do domu, bo moja mama została sama, ojca zabili, siostry nie ma... Muszę przyjechać do mamy.” Przedtem spotkałem mojego profesora, rozmawiam z profesorem, pytam się [czy mnie poznaje], „A co ja bym swojego ucznia nie pamiętał?” Taki miły pan Giergielewicz, inteligentny, kulturalny polonista. Jak wróciłem to mówię: „Panie profesorze, ja mam kłopoty. Mnie zabierają tutaj. Ja mam tutaj dolary, mam zegarki i inne takie rzeczy, to panu zostawię.” - „Dobrze Franiu, proszę zostawić u mnie, mój adres jest ulica Kaniowska.” - „Jak się do pana w ciągu kilku dni nie pokażę, to jest mój adres, pan się porozumie z moją mamą a jak nie, to ja do pana przyjdę.” I tak się złożyło, że po sześciu dniach mnie puścili, poszedłem do profesora, podziękowałem pięknie, chciałem mu dać zegarek, oczywiście nie chciał, mówi: „Ja od mojego ucznia nie wezmę nic...” I tak jakoś się skończyło.

  • Gdzie się pan potem udał?

Udałem się tam, gdzie moi bracia byli, gdzie byłem przed Powstaniem, pojechałem tam na ulicę Redutową, gdzie mieli swoje ogrody. Tam było wszystko poniszczone i był maleńki domek, [który] sobie sklecili i mieszkała tam moja mama, ciocia i mój jeden braciszek.

  • A pana mieszkanie zostało spalone?

Wszystko zostało spalone u nich i u mnie też wszystko było spalone i rozkradzione. Mieliśmy piękne rzeczy, dużo różnych metali, ładne meble nadworskie i wszystko było zniszczone, spalone i rozkradzione. Ojca zabili w tym miejscu... jak przyjechałem... tu gdzie jest fabryka Kasprzaka (nawet któregoś dnia tam byłem), tam, w ogrodzie był zakopany mój ojciec. Moja mama go tam zakopała, bo był zabity przez Niemców.

  • Czyli zamieszkał pan wtedy na Redutowej?

Tak. Mieszkałem u brata kilka miesięcy, dlatego że to mieszkanko było małe, on był sam jeden, mam jeszcze jednego brata, wtedy był we Francji. Tam był kawałek ogrodu, my ten ogród uprawialiśmy i z tego jakoś sobie żyliśmy. Mnie nie chcieli przyjąć do żadnej pracy, miałem kupę kłopotów z pracą, bo wszędzie gdzie poszedłem, to zaraz przyszło z UB i pytali się o mnie, tak że powiedzieli: „Niestety, nie może pan pracować u nas, bo wie pan... UB i to wszystko... Bardzo pana lubimy, ale niestety...

  • A czy poza kłopotami z pracą, ze znalezieniem pracy, był pan prześladowany?

Nie tak prześladowany, tylko niechęć była do mnie. Nie mogli nic udowodnić dlatego, że miałem bardzo wielu kolegów i znajomych, którzy byli w innych organizacjach, nie AK. A ponieważ jako młody człowiek mogłem ze wszystkimi rozmawiać i znałem ich od dzieciaka, tak że miałem inne przekonania, oni mieli inne przekonania, ale nie byliśmy nigdy wrogami. Ja bardzo wiele takim ludziom pomogłem i ci ludzie później bronili mnie. Na przykład kiedyś, w Powstanie, był taki mój znajomy – pan inżynier Nawrocki, u którego byłem jak wyszedłem ze szpitala – dobrze zbudowany pan, i jak był ciężko ranny wynosiłem go spod ostrzału. I kiedyś siedzimy w lokalu, [chyba] w Oazie, to były lata sześćdziesiąte, zobaczył mnie, przyszedł, wziął mnie w pół, przyprowadził mnie do kolegów i mówi: „Patrzcie, taki młody chłopak, taki drobny, on mnie wyciągał spod [ostrzału].” To pamiętam, to jedno... Bardzo wielu ludziom pomagałem, nie wiem dlaczego, ale tak się składało, że lubiłem pomagać ludziom, mnie nie pomagał nikt – ja pomagałem wszystkim... Też był taki gość, który wychodził z Powstania (nie pamiętam jego nazwiska), ale on nie był w AK, tylko w AL. I ci, którzy byli w AL, albo w innych partiach, to byli prześladowani przez Niemców, a nieraz zabijani. Przychodził, akurat mnie spotkał, poprosił mnie: „Franiu, pomóż mi, bo mnie zabiją.” To mu znalazłem nowy dowód, dałem mu, wykombinowałem od takiego, który był zabity, dałem mu jeszcze inne rzeczy i on potem, jak przyjechaliśmy do Warszawy, jak byłem w Warszawie, był jako większa szycha w organizacji. Kiedyś pamiętam, był wielki bal, to było chyba w Politechnice, on mnie zobaczył, wziął mnie za rękę, zaprowadził do swojego stolika, a przy jego stoliku był – pamiętam – minister skarbu Konstanty Dąbrowski z żoną, i przedstawił mnie temu ministrowi i pani ministrowej: „To jest mój kolega, który mnie ratował w Powstanie...” I zatańczyłem z panią ministrową wtedy, pamiętam miała takie piękne brylanty...Tak, że wielu bardzo pomogłem. Pomogłem ludziom jak była okupacja, jak w nocy nieraz szli żandarmi i złapali [kogoś], bo jak w nocy złapali, to mogli wysłać do Oświęcimia, mógł pójść na Skaryszewską do jakiejś pracy... Różne były takie [sytuacje], ale pamiętam też, uratowałem kilka osób i miałem bardzo przyjemność, jak spotkałem ich później po okupacji, jak rozmawiałem z nimi...
Warszawa, 9 czerwca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kowalczyk
Franciszek Jelonek Pseudonim: „Żandarm” Stopień: strzelec Formacja: Batalion „Kiliński” Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter