Halina Szwykowska (W Powtaniu Laskowska) „Maria”, „Leszczyńska”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Halina Szwykowska, urodzona we Lwowie 3 czerwca 1922 roku. W Powstaniu działałam w Biurze Informacji i Propagandy.

  • Proszę mi powiedzieć, jak pani pamięta czas przed wojną? Pani się przeprowadziła do Warszawy, proszę mi opowiedzieć o tym i o swojej mamie.

Przed wojną byłam uczennicą. Po śmierci mojego ojca, który zmarł w 1934 roku, moja matka w 1936 roku przeprowadziła się do Warszawy. Matka była lekarzem i działaczką Wojskowej Służby Kobiet. Pracowała w Ministerstwie Oświaty, w szpitalu i państwowym urzędzie w tak zwanym PUWF-ie, w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego jako lekarz. Tam zresztą pracowała, także prowadziła to pani Wittekówna, Maria Wittekówna, później generał, komendantka naczelna Wojskowej Służby Kobiet. Chodziłam do gimnazjum, najpierw do Królowej Jadwigi, a przed wybuchem wojny zdałam do Liceum Kowalczykówny na Wiejskiej i to wszystko.

  • Mówiła pani, że pani matka już była w Armii Krajowej, jak przeprowadziłyście się panie do Warszawy. Czy miała pani jeszcze jakieś rodzeństwo?

Miałam, to znaczy wychowywałam się razem z moim ciotecznym bratem, który mieszkał u nas właściwie cały czas i chodził do Gimnazjum Batorego. Był młodszy ode mnie o rok.

  • Proszę powiedzieć, jak pani pamięta wybuch wojny?

Byłam u babci w lubelskim, a moja matka została zmobilizowana jako lekarz wojskowy i była na froncie. Po wkroczeniu Niemców i upadku Lublina, matka przyjechała, właściwie przyszła po mnie na wieś i zaczęłyśmy przedostawać się z majątku do majątku końmi do Warszawy. Przyjechałyśmy do Warszawy zaraz po kapitulacji.

  • Gdzie panie zamieszkały?

Nasze mieszkanie było bez szyb. [Mieszkałyśmy] na Zagórnej 16, to jest przy Powiślu. Z tym, że pierwsza rzecz to musiałyśmy zakopać niemiecki sztandar, który wisiał u nas w pokoju (pamiętam jak to robiłyśmy), zdobyty w czasie Powstania Śląskiego, w którym brała udział moja mama. [...] Później mama zaczęła pracować w szpitaliku na Okopowej, otwartym chyba dla żołnierzy, których ze Szpitala Ujazdowskiego wypisywano po to, żeby Niemcy ich nie wzięli do niewoli. A ja wróciłam do liceum, bo już zaczęły działać szkoły.

  • Proszę powiedzieć, czy była pani w konspiracji w czasie okupacji?

Tak, byłam.

  • Proszę opowiedzieć o tym, jak się pani dostała do konspiracji, kto panią wciągnął?

Miałam bardzo skomplikowaną drogę do konspiracji, dlatego że jeszcze jak byłam w liceum, to znajomy mamy z Powstania Śląskiego – miał w czasie okupacji pseudonim kapitan „Teodor”, a fałszywe nazwisko Jerzy Łapiński – zaangażował mnie jako swoją łączniczkę i zostałam zaprzysiężona. To było jeszcze na przełomie 1940 i 1941 roku.

  • Tam, to znaczy gdzie? Została pani zaprzysiężona jako łączniczka?

Jako łączniczka.

  • Jego osobista?

Tak. Miał melinę na Sosnowej. Jak się dowiedziała o tym moja matka, zrobiła wielką awanturę, oczywiście dowiedziałam się znacznie później. Wtedy zrezygnował ze mnie, poprosił o dostarczenie jakiejś koleżanki, a ja między innymi w biurku u siebie, w naszym mieszkaniu na Zagórnej, przechowywałam jego rewolwer i na ten rewolwer nadziała się moja mama. Jak się o tym dowiedziałam, byłam bardzo rozżalona, ale po wojnie dowiedziałam się, że moja matka pracowała w wywiadzie Armii Krajowej. Broniła po prostu bezpieczeństwa swojego mieszkania. Ponieważ Zagórna była w niemieckiej dzielnicy, myśmy bardzo szybko musiały się stamtąd wynosić. Zamieszkałam wtedy u koleżanki mojej matki, lekarki, na Wilczej, a matka mieszkała na Oleandrów u pani Leny Urbanowicz, o której się później dowiedziałam, że była komendantką polskich minerek między innymi.

  • Proszę mi powiedzieć jeszcze o swojej babci, bo pani mówiła, że babcia była lekarzem.

Nie, moja matka była lekarzem. Wanda mówiła o babci.

  • Aha, pani teściowa.

Moja teściowa, właśnie na Wilczej, gdzie zamieszkałam była moja przyszła teściowa.

  • Ona pracowała też w szpitalu?

W Szpitalu Wolskim, teraz to jest Instytut Gruźlicy. W tamtym szpitalu byłam między innymi zatrudniona w prosektorium jako sekretarka, co było fikcyjną pracą, ze względu na stempel w kenkarcie. Ale dwa razy musiałam przyjść i uczestniczyć w sekcjach, jak była kontrola niemiecka. To była praca dająca pieczątkę w kenkarcie. Szpital Wolski znany był z tego, że przez to prosektorium przechodzili ludzie, którzy byli ranni w czasie jakiejś akcji, byli podmieniani, wychodzili, a jakieś inne zwłoki zamiast nich były oddawane do [prosektorium].

  • Jak wyglądała pani inna działalność konspiracyjna, kiedy pani matka już zainterweniowała, przestała pani być łączniczką?

[...] W tamtym okresie, zaczęłam pracować w RGO na Książęcej, gdzie pracowała pani senator Kudelska. Prowadziła to matki koleżanka i znajoma. Między innymi pomagali uciekającym czy wymykającym się Niemcom, oficerom i żołnierzom ze Szpitala Ujazdowskiego. Dlatego, że ci ludzie byli poza mundurami, to pewnie byli warszawiacy. Warszawiakom było łatwiej, więc chodziło o dostarczenie możliwości zdobycia cywilnego ubrania i tak dalej. To była jedna działalność, gdzie mama próbowała skierować moje zapędy. Drugie to było składanie papierów wydobywanych z koszy na śmieci gestapo. Chodziło o to, żeby te podarte [kartki] posklejać, później ktoś to tłumaczył i selekcjonował, co się z tym dalej działo, nie wiem. Po zdaniu matury na kompletach zapisałam się na Uniwersytet na polonistykę, to były komplety dziesięcioosobowe. Maturę zdawałam też na kompletach, bo Niemcy zamknęli szkoły średnie zaraz po Bożym Narodzeniu w 1940 roku, wszystko działało tylko na kompletach. Polonistyka też, na którą się zapisałam, działała na kompletach. Myśmy byli drugim z kolei rocznikiem, który funkcjonował w tym systemie studiów. Już wtedy w Warszawie działał także Uniwersytet Ziem Zachodnich, tak że były dwie uczelnie. Moi starsi koledzy z polonistyki zaczęli wydawać pismo „Sztuka i Naród”. Chociaż to były grupy dziesięcioosobowe na kompletach, ale już po kilku miesiącach wszyscy znaliśmy się ze starszymi kolegami przez profesorów, asystentów. Od 1942 roku współpracowałam z tym środowiskiem w organizowaniu koncertów, wieczorów literackich, dyskusyjnych i tak dalej. Ale to nie była wojskowa konspiracja, tylko czysto literacka. Po publicznej egzekucji naszego szefa, Andrzeja Trzebińskiego, 13 listopada… Na miejsce egzekucji co roku jeździmy zostawiać kwiaty. Andrzej został rozstrzelany na Nowym Świecie przy Wareckiej i po jego egzekucji, po jego śmierci objął kierownictwo całego ruchu Jerzy Szwakopf „Szarzyński”. Miał dwa pseudonimy „Osmolicki” i „Szarzyński”, który pracował w BIP-ie i powoli nas wciągnął do BIP-u. Najpierw jedna grupa z Gajcym, moim mężem Zbyszkiem Laskowskim, Wojtkiem Wenclem, skończyła kurs radiowo-megafonowy BIP-u i tam zostali zmobilizowani. A później my, chyba dziesięć osób, z tym że cześć nie należała do środowiska „Sztuki i Narodu”, ale cztery osoby z nas należały, skończyłyśmy BIP-owskie kursy sprawozdawców wojennych. To było na wiosnę 1944 roku i miałyśmy być zmobilizowane.

  • Na czym polegały takie szkolenia BIP-owskie?

Część to były materiały propagandowe, ale duża część to była dla radiowców: sposoby prowadzenia wywiadów, nagrywania audycji radiowych w tych warunkach, które wtedy były. Wykłady mieli różni ludzie, bo prowadził „Śmiałowski”, naprawdę chyba się nazywał Olkusznik, później Czema. Duża część z tych wykładów (w każdym razie u nas) dotyczyła metod propagandy. Nawiasem mówiąc BIP wydawał broszury na ten temat. Nie było to nic specjalnie odkrywczego.

  • Czy była pani świadkiem łapanek, rozstrzeliwań?

Tak.

  • Czy jacyś pani znajomi zostali złapani, wywiezieni do obozów, albo rozstrzelani?

Tak.

  • Ale jednak przydały się później w pani korespondencyjnym…

Nie. Przydały się o tyle, że poznało się jakieś środowisko. W tej części kursu radiowego była między innymi obsługa krótkofalówek i takie zagadnienia. Ale tym myśmy się nie zajmowali zupełnie.

  • Proszę mi jeszcze powiedzieć o środowisku „Sztuki i Narodu”. Tam byli poeci debiutujący, ale później bardzo znani. Środowisko bardzo ciekawe. Proszę mi powiedzieć, jakie ono było?

Tyle się na ten temat już napisało i tyle jest dyskusji…

  • Ale z pani punktu widzenia, jak pani się tam czuła, jak to wyglądało, gdy pani była uczestnikiem tych wszystkich wydarzeń?

To chyba bardzo trudno jest tak w kilku słowach powiedzieć, bo tyle się na ten temat powiedziało złych i fałszywych rzeczy, że jest trudno w kilku zdaniach to wszystko sprostować. W takim krótkim [czasie] nie widzę możliwości w ogóle [opowiedzieć].

  • Dobrze, to od innej strony. Pani podczas okupacji wyszła za mąż, urodziła pani dziecko. Zaczęła pani swoje prawdziwe życie w takich ciężkich czasach.

Mój synek urodził się 2 lutego 1943 roku. [...] Myśmy już wtedy, zaraz po urodzeniu Leszka, musieli się przeprowadzić z Wilczej i mieszkaliśmy na Dobrej 75 w mieszkaniu, którego właścicielką była moja koleżanka, zresztą pracująca w tajnych drukarniach. Już nie mogłam [tam] mieszkać, zamieszkałam u matki ze swoim dzieckiem. Był tam urwany balkon, był wielki pokój, taka typowa wielka kamienica z rozbudowanymi podwórkami i była maleńka kuchenka, gdzie ktoś zaproponował, że będzie z bimbru robił spirytus. Były kolumny z tą fabryką gdzie myśmy dyżurowali i zarabialiśmy po pięćset złotych za noc, przy kominach. Wtedy można się było uczyć. Jeszcze był mały pokoik i tam był Leszek. Ogłosiliśmy konkurs na kołysankę dla niego. Kołysankę, która była zresztą po wojnie często śpiewana i wykonywana, napisał „Bałażeja” Staszek Ziembicki, ale była taka sobie, zwyczajna. Drugą napisał Gajcy, ale niestety zginęła. Pamiętam tylko fragmenty, że: „Jest na ulicy Dobrej łóżeczko, w którym śpią, pewna mama, pewien tata i wspaniała ich komnata, tam posadzki lśnią. Jeszcze w tej komnacie jest pewien mroczny kąt, tam w pościeli jak na sianie drży od chłodu ciałko małe w księżycową noc.” Później, ponieważ mój syn miał pseudonim „Sambor”, więc był refren: „«Samborze», «Samborze» nie płacz daremnie…” i tak dalej. To była atmosfera tamtego okresu z tym małym dzieckiem, gdzie nasza głupota polegała na tym, że w jego pieluszkach (bo mieliśmy koszyk, w którym go nosiliśmy), przewoziliśmy właśnie „Sztukę i Naród” pod pieluszkami. Raz była taka historia, że już bez „Sztuki i Narodu”, ale z tymi pieluszkami wsiedliśmy do tramwaju i w tramwajach był podział na niemiecką i polską część. Do polskiej części wkroczyli żandarmi i krzyknęli ręce go góry, więc myśmy wszyscy wstali i trzymałam dziecko małe, miał wtedy chyba pół roku i podniósł te łapki do góry. Jak ten żandarm niemiecki się roześmiał, to w ten sposób ten mały ocalił tramwaj, bo to było tak zabawne. Mały dzieciak, który łapki podnosi. To była taka atmosfera tamtego okresu, gdzie się groza mieszała ze śmiesznymi rzeczami. Niemcy wyłączali światło – raz miała światło jedna strona ulicy, drugi raz druga. U nas ci ludzie, którzy mieli melinę w kuchni, załatwili na lewo światło, więc w tym strasznym mieszkaniu można było spokojnie czytać, bo światło działało całe noce. Poza tym Niemcy uważali, że jeżeli gdzieś ktoś się zajmuje wyrobem mydła, spirytusu, czy czegokolwiek, to już nie zajmuje się konspiracją i właściwie to było szalenie bezpieczne miejsce, bo żandarmi byli opłacani przez właścicieli tego… Rozkładało się na tapczanie „Sztukę i Naród”, był punkt kolportażu także „Biuletynu Informacyjnego”, wszystko można było spokojnie robić, bo naprawdę to było całkowitą gwarancją bezpieczeństwa, przez to, że w każdym zakątku tego podwórka ktoś coś produkował. Wiem, że ktoś obok nas mydło produkował.

  • Państwo wynajmowali pokój?

Nie, myśmy dostali całe mieszkanie od właścicielki.

  • Aha, już z tym miejscem bimbrowym?

Tak, to znaczy to było organizowane już jak myśmy tam zamieszkali. Bomba sowiecka urwała balkon, tak że prosto z pokoju się wychodziło... można było wejrzeć na ulicę. Duży pokój właśnie miał urwany balkon, taką małą izdebkę, która właśnie we wierszu Gajcego jest. I z tyłu była bardzo obszerna kuchnia. W tej kuchni zainstalowali to, robiąc całą elektryczną instalację, z której myśmy korzystali, bezpośrednio do jakichś ulicznych przewodów elektrycznych. To było bardzo wygodne, a poza tym to, że wszyscy mogliśmy dyżurować przy bimbrze i zarabiać pieniądze.

  • Jak wyglądało pani życie codzienne, matki z dzieckiem? Bo przecież jedzenie było na kartki, pani miała dziecko, więc też trzeba było…

Ale miałam o tyle łatwą sytuację, później się dopiero po wojnie o tym dowiedziałam, [...] że moja matka jak wyjechała do Kijowa, to zastrzegła, że mam dostawać miesięcznie odpowiednik dwóch kilo słoniny, to była waluta w czasie okupacji. Dostawałam miesięcznie określoną sumę pieniędzy, którą przywoziła łączniczka. Mnie powiedziano, że to jest stypendium. Po wojnie dowiedziałam się, że to było od mojej matki, bo matka pracowała w wywiadzie Armii Krajowej. Dwa razy jeździła do Lwowa i do Kijowa, później była rezydentem wywiadu Armii Krajowej w Kijowie, gdzie została aresztowana przez Niemców. Ponieważ już się zbliżała ofensywa radziecka, więc z Kijowa została przewieziona do więzienia we Lwowie. We Lwowie ocalił mamie życie, właściwie nieznany mamie, chyba Ukrainiec, bo powiedział do mamy, żeby zgubiła się na spacerze i nic więcej. Mama na spacerze więziennym wmieszała się w tłum więźniarek i została wywieziona do Oświęcimia. To mamie ocaliło życie, bo mama była na afiszach egzekucyjnych już. Dowiedziałam się, że matka została rozstrzelana, tak że do zakończenia wojny nie wiedziałam, że mama żyje i że jest w Oświęcimiu. Zresztą za to mama dostała [krzyż] Virtuti [Militari].

  • To znaczy, że te pieniądze z żołdu pani…

[Pieniądze] dostałam, [i za nie] mogłam kupować jedzenie dla mojego syna Leszka „Sambora”.

  • Czyli nie było problemów z tym?

Nie, z jedzeniem były problemy, ale poza tym moja teściowa bardzo kochała swojego wnuka i często tam był przechowywany. Poza tym jak myśmy nie mogli się nim zajmować, to zajmowała się nim nasza łączniczka, która w tej chwili jest we Wrocławiu i wiem, że jej relacje są w muzeum, bo przeczytałam. Emilia, która miała wtedy osiemnaście lat, była uczennicą i była szalenie rozżalona, jak myśmy mieli nocne odprawy, że musi pilnować dziecko. Druga historia, to nasza jedna ze współpracownic „Sztuki i Narodu”, Mietka Buczkówna-Jastrunowa, wtedy mieszkała u sióstr, u zakonnic, sióstr Urszulanek Szarych, które zgodziły się przechowywać Leszka wtedy, kiedy jesteśmy zajęci. Zanosiliśmy go, ale okazało się, że jest duży problem, bo zakonnice nie mogą mężczyzny wprowadzać do klasztoru… coś z nim robiły jednak, w jakiejś świetlicy był przechowywany. W ten sposób dawaliśmy sobie radę z dzieckiem.

  • To znaczy, że niemowlę też już było traktowane jak mężczyzna?

Tak, jak mężczyzna.

  • Jak pani pamięta Niemców z okresu okupacji, to znaczy okupantów? Najpierw pani mieszkała w dzielnicy niemieckiej, później…

W dzielnicy niemieckiej do mieszkań opuszczanych przez Polaków wprowadzali się przeważnie folksdojcze. Dopiero później przyjechali ci Niemcy z Niemiec. Myśmy bardzo wcześnie się stamtąd wyniosły, więc trudno powiedzieć.

  • Ale tak z życia codziennego, Niemcy na ulicach…

Sam tupot butów niemieckich budził grozę. Wiem, że kolega mojego męża od „Batorego”, Piotr Hiszbant, który był Żydem (miał twarz jak z plakatów antysemickich), po to żeby nie bać się Niemców – był krótkowidzem – po prostu po ulicy chodził bez okularów, bo bał się, że go zdradzi lęk na widok Niemców. [...] Ale nie tylko w nim, ale w każdym widok Niemców budził grozę. Pamiętam, jak zresztą to opisuje Bartelski, jak była sytuacja, że… bo Niemcy nie tylko szukali, jak się okazało śledzili konspirację, ale przede wszystkim z wszelkim szmuglem próbowali się mocować. Leszek Bartelski, który mieszkał na Saskiej Kępie za rogatkami niemieckimi, miał stworzyć archiwum „Sztuki i Narodu”. [...] Niosłam do niego walizkę pełną gazet. W pewnym momencie zobaczyłam niemieckich żandarmów i posłyszałam: Halt! Miałam moment paniki: Co zrobić? Żandarm niemiecki i granatowy policjant zatrzymali mnie, bo chciałam uciekać, ale już było za późno. Zapytali się, co mam w tej walizce. Powiedziałam: „Papiery.” Otworzyli, stwierdzili, że papiery i puścili mnie spokojnie dalej. Byłam wściekła na Bartelskiego, że mnie nie uprzedził, że trafię na tą rogatkę niemiecką. Tak że spotkania z Niemcami były różne, ale nigdy nie były przyjemne.

  • Proszę powiedzieć o swojej pracy na początku Powstania Warszawskiego. Gdzie pani pracowała i co pani robiła?

BIP był wtedy podzielony. Na ostatniej odprawie powiedziano nam, że funkcjonujemy w dwóch rzutach. Pierwszy rzut miał zbiórkę na Boduena, jeżeli chodzi o Śródmieście, a drugi rzut, nas dziesięć osób, na Wilczej 16. Przed tym byliśmy czterokrotnie mobilizowani i nic z tego nie wychodziło. Tym razem przyszliśmy prawie nieprzygotowani. Przed południem 1 sierpnia przyszedł „Zbornik”, jeden z naszych wykładowców na kursach lipowskich, i powiedział, że Powstanie zacznie się o piątej, godzina „W” jest wyznaczona na piątą. Byliśmy na to przygotowani. Ale nikt do nas nie docierał. Naszym dowódcą na Wilczej był porucznik Mirkowski, którego nie znaliśmy z poprzednich spotkań. On mnie i Krystynie dał opaski Armii Krajowej i pozwolił przejść na Boduena. To był drugi dzień Powstania. Myśmy jeszcze wtedy przebiegły przez Aleje Jerozolimskie, [byłyśmy] przepuszczane przez kolejne placówki. W Alejach Jerozolimskich przebiegłyśmy jeszcze z rękami do góry, oczywiście chowając opaski do kieszeni. Już z powrotem było gorzej, bo nie zastałyśmy na Boduena naszych chłopców, ale dostałyśmy legitymację dla wszystkich dziesięciu osób. Z podpisanymi legitymacjami przeszłyśmy z powrotem na Wilczą. Dostałam przydział na Boduena, na Wilczej byłam krótko. Mieliśmy duże trudności z przejściem na Boduena, tam przez pewien czas musiałam czekać na zorganizowanie tego przejścia. Wtedy punkt już był opanowany przez grupę „Sokoła”. Jak później się dowiedziałam, to był oddział Armii Ludowej. Byli bardzo dobrze zorganizowani. Tam zupełnie przypadkiem, czekając na przejście, przejście było tylko w nocy, byłam świadkiem przesłuchania człowieka. Szukaliśmy aparatów radiowych i możliwości zdobycia lokali. Lokale Niemców Reichdeutschów i folksdojczów były zajmowane przez poszczególne oddziały, rekwirowano aparaty radiowe. W czasie okupacji nie wolno było mieć Polakom aparatów radiowych. Już trzeciego dnia Powstania aparatów było dosyć dużo. Tam przesłuchiwany był człowiek, którego mieszkanie miało być zarekwirowane, bo był folksdojczem. Okazało się, że jest oficerem rezerwy. Wtedy nie było jeszcze Polskiego Korpusu Bezpieczeństwa, w ogóle władze cywilne były jeszcze nie zorganizowane. Każdy oddział na swoją rękę organizował sądy. Na nas to zrobiło przykre wrażenie. Krystyna, moja koleżanka, która dobrze pisała na maszynie, zgłosiła się do „Sokoła”, że może zluzować ich łączniczkę i może pisać na maszynie. Ona asystowała przy tym przesłuchaniu. Ten człowiek został skazany na śmierć za to, że był oficerem rezerwy. On się tłumaczył, że podpisał folkslistę, bo ma niemieckie nazwisko, ma dzieci, żonę i tak dalej. Na mnie to zrobiło wrażenie bezprawia. Później dowiedziałam się, że wyrok nie został wykonany, ale fakt, że wyrok został wydany… Człowiek, który zeznawał, był bardzo spokojny. Wreszcie przedostałyśmy się na drugą stronę. Już wtedy była zdobyta Poczta Główna. Sensacją w naszym środowisku BIP-owskim było to, że nasze koleżanki zdobyły jeńców. Namówiły Niemców, którzy byli w bramie do poddania się. To byli pierwsi jeńcy. Trochę nie wiadomo było co z nimi zrobić. Moje wrażenie z pierwszych dni Powstania było takie, że większa część akcji była organizowana spontanicznie i to w dużej mierze przez ludność cywilną. Nawet budowanie barykad było akcją bardziej spontaniczną niż zorganizowaną. Jeszcze drugiego i trzeciego dnia zupełnie nie czuło się organizacji czy świadomego kierowania spontanicznym wysiłkiem nie tylko żołnierzy, ale całej ludności. W PKO, już w podziemiach, był szpital. Wiem, że byli tam księża. Był dramatyczny epizod, że nasz kolega Janusz Niewiadomski, który uciekł z Woli, przechodząc przez barykadę na Marszałkowskiej, dostał kulę w serce. Chowaliśmy go na skwerku przy Widok. Zjawił się ksiądz ze szpitala w podziemiach PKO, który uczestniczył w tym dramatycznym wydarzeniu. Wtedy, jeżeli chodzi o naszą placówkę, uderzyło mnie to, że spotykałam wielu ludzi, których znałam nazwiska z czasów okupacji. Między innymi spotkałam mojego wykładowcę na kompletach polonistyki profesora Mikulskiego, który okazuje się, że był w BIP-ie i nazywał się „Krasicki” i bardzo wielu kolegów z tajnego nauczania, z kompletów uniwersyteckich, ze spotkań, z koncertów. Teraz poznawałam ich pod pseudonimami. W rejonie placu Napoleona zostały połączone „Adria”, PKO i nasze placówki na Boduena. Część przejść było podziemnych, część korytarzami Myśmy urzędowali już wtedy w gmachu PKO na drugim piętrze. Spaliśmy pod zsuniętymi biurkami. Już to wszystko zaczęło mieć charakter zorganizowany. Mieliśmy odprawy.

  • Którego to było sierpnia?

Mam notatki z Powstania z całego sierpnia i bardzo chaotyczne z września bez dat, na takich karteczkach. Wiem, że już padła Poczta Główna. To był 4, 5 sierpnia. Codziennie mieliśmy odprawy, byliśmy kierowani: polowy sprawozdawca wojenny, fotograf i jeżeli pluton megafonowy, to była cała osłona „Chwatu”. Jeszcze nie powiedziałam, że oddziały megafonowe miały działać w pałacu Brühla i na samochodach i w ogóle w stałej współpracy z radiowcami. Tymczasem okazało się, że po pierwsze nie ma zajętego pałacu brühlowskiego, po drugie samochody w mieście, w którym są barykady, są i tak nieużyteczne, a po trzecie sprzęt jest nieprzystosowany do tego rodzaju akcji. Na gwałt z Chmielnej ściągnięto sprzęt, który przystosowano do nadawania z balkonu. Stworzono osiem patroli megafonowych, które musiały mieć osłonę. Ten sprzęt był bardzo ciężki, nie tak jak w tej chwili, tylko to było wiele kilogramów do przeniesienia. Do osłony sprzętu i przeniesienia były użyte oddziały tak zwanych „Chwatów”, które w czasie okupacji pełniły funkcję osłony drukarni bipowskich. Do każdego plutonu megafonowego był przydzielony oddział „Chwatu”, który pomagał to wszystko zainstalować. Patrole megafonowe funkcjonowały w trzech dzielnicach Śródmieściu Południe, Północ i na Powiślu. Później jeden z patroli przeszedł na Mokotów, ale zdaje się, że bardzo krótko tam działał, nie wiem, czy w ogóle działał. W uruchomieniu całej akcji problem był z przejściem przez Aleje Jerozolimskie. W połowie sierpnia placówka BIP-u z Wilczej, która przeniosła się na Mokotowską, uruchomiła, zorganizowała… Wojtek Mencel, pseudonim „Janowicz”, był dowódcą patrolu megafonowego. On obsługiwał tamtą część Śródmieścia, która zresztą była, jeżeli chodzi o cywilną organizację, znacznie lepiej zorganizowana niż Śródmieście Północ. Tam działały teatrzyki, koncerty. W pierwszych dniach Powstania mimo gołębiarzy i ostrzału i wszystkiego, tam rozwijało się życie kulturalno-propagandowe. Dużo aktorów tam było, były próby organizowania zespołów teatralnych. Po stronie północnej było kino, wyświetlane były filmy powstańcze w kinie „Palladium”, w „Adrii” były organizowane koncerty. Pamiętam, jak profesor Rudkowski i „Goliat” czyli Stanisław Ryszard Dobrowolski na jednym z koncertów uczyli wszystkich śpiewać: „Warszawskie Dzieci”. Właśnie w „Adrii” odbywały się wieczorem spotkania. Pierwsze moje wędrówki były z patrolami megafonowymi. To były niezapomniane wrażenia. Ludzie bardzo żywo reagowali na to wszystko. Bardzo często dziennikarz prowadzący audycje odrzucał cały schemat z notatnika, tylko mówił od siebie. Oprócz tego dwóch naszych kolegów, chyba Trzaska i Tadeusz Sołtan, nie pamiętam, jaki miał pseudonim, „Rokułowicz” chyba, prowadziło akcję „N”. To znaczy nadawali przez megafony audycję w języku niemieckim skierowaną do placówek niemieckich. Oni twierdzili, że ze wspaniałym rezultatem. Na pewno to miał duży efekt propagandowy. Przede wszystkim rozprawiali się w jakiś sposób z propagandą niemiecką. Niemcy bali się poddawać, szczególnie w małych placówkach, bo propaganda niemiecka głosiła, że wszyscy, którzy dostaną się w ręce powstańców są natychmiast rozstrzeliwani. Wiem, że [w] jednej z takich audycji, którą prowadził Sołtan, [wystąpił] specjalnie Niemiec, który został aresztowany w pierwszych dniach Powstania. Mówił, że jest dobrze traktowany, że był opatrzony w szpitalu i tak dalej, żeby całą propagandę jakoś anulować. Po kilku dniach, po patrolach megafonowych, miałam reportaże na Śliskiej w szpitalu. Rozmawiałam z sierżantem, który urwał się z szubienicy w Halach Mirowskich. Ponieważ okazało się, [że] mam zerową grupę krwi, zgłosiłam się do transfuzji. Widziałam warunki życia w tym szpitalu, które rzeczywiście wtedy były jeszcze koszmarne. Nie zgromadzono i nie przywieziono dostatecznej ilości środków z punktów sanitarnych, które dostały się w ręce Niemców. Później dużo aparatury i z prywatnych gabinetów, i przede wszystkim ze zrzutów dostało się do szpitala, ale w pierwszych dniach było fatalnie. To był szpital dziecięcy. Pamiętam moją, jak się okazuje krzywdzącą opinię dla profesora doktora Barańskiego, jak zobaczyłam, że doktor Barański bez przerwy chodzi i rozmawia z jakimiś ludźmi czysty i przyzwoicie ubrany, kiedy chirurdzy w strasznych warunkach bez przerwy operują najciężej rannych. Lżej ranni byli umieszczani w szpitalach powstańczych, w punktach opatrunkowych, taki był na Chmielnej, na Pańskiej. Tu na Śliskiej rzeczywiście warunki były bardzo trudne. Okazało się, że doktor Barański organizował dla dzieci, które były w szpitalu produkty żywnościowe, sanitarne, lekarstwa i mleko. Jego staraniem między innymi, dowiedzieliśmy się o tym w ostatnich dniach Powstania było to, że przechowywana była w wielkiej tajemnicy na ulicy Żelaznej krowa. Nie wiem, jakim cudem udało się ją uchować przed chłopcami. W jakiś sposób się zdarzyło, że ona nie została zamieniona na mięso. Krowa dawała mleko dla dzieci z części dziecięcej szpitala, który zresztą już we wrześniu został zbombardowany i przeniesiony gdzie indziej. To wszystko są historie z sierpnia. W drugiej połowie sierpnia zostałam przeniesiona na Sienną do punktu BIP-u, właściwie to był już BIP Wola. Tam była krótkofalówka „Kowal”. Wydaje mi się wielkim bohaterstwem ze strony obsługującej krótkofalówkę Hanki Hryniewieckiej, która miała pseudonim „Maryna” i „Olena”, która, mając unieruchomiony kręgosłup po wypadku, cała w gipsie siedziała na drugim piętrze i mimo całego ostrzału „krów” i bombardowań obsługiwała krótkofalówkę. Słyszałam tylko: „Halo Anna, tu Kowal”. „Anna” to była placówka na południu Śródmieścia, a był jeszcze „Rafał” chyba na Powiślu. Do końca, aż do zbombardowania Siennej, krótkofalówka „Kowal” była czynna. Dowódcą punktu na Siennej był Sawicki. Spotkałam tam mojego szefa z okresu pracy w tak zwanym ruchu kulturowym w „Sztuce i Narodzie” Jerzego Szwakopfa „Szarzyńskiego”. On miał kilka pseudonimów. Wydawał tam codzienne wiadomości powstańcze na powielaczu. Myśmy tam byli kierowani w różne miejsca razem z fotoreporterem. Razem ze mną chodził fotoreporter „Hawrań”, którego nazwisko znam, ale nie wiem, dlaczego nie zostało rozszyfrowane i nie wiem, czy sobie życzy. W każdym razie razem z nim chodziłam tam, gdzie zostałam skierowana. Między innymi poszliśmy na Pocztę Dworcową. Przeprowadzaliśmy wywiady z uczestnikami jednych z najcięższych walk w pierwszym okresie Powstania. Właściwie poczta była atakowana ze wszystkich stron, była podziurawiona. Gmach był podziurawiony już jak sito, ale były wspaniałe podziemia, gdzie właściwie była cisza i spokój, tylko przy pełnieniu służby na górze zaczynał się cały koszmar. Ostrzał był od strony i Alei Jerozolimskich z Wojskowego Instytutu Geograficznego – przez krótki okres czasu był w rękach polskich, ale już wtedy, kiedy myśmy byli, był w rękach niemieckich z powrotem – i od strony Dworca Głównego, od strony Ochoty, Placu Zawiszy. Dworzec Pocztowy miał za sobą odparty atak trzydziestu czołgów. Na placówkę [były] niekończące się ataki, która uniemożliwiała Niemcom łączność zewnętrzną. Placówka na Dworcu Głównym była bardzo mocno obsadzona, tunelami działało wszystko, ale była odcięta od świata. Oni mieli prąd. Później, jak już elektrownia przestała działać, to chłopcy z Poczty Dworcowej w nocy podłączali się pod kable niemieckie. Dom Kolejowy i Poczta Dworcowa miały elektryczność. Nawet w Domu Kolejowym można było, póki to jakoś stało, jechać windą na górę. Na Poczcie Dworcowej pokazano nam kaplicę, bardzo szkoda, że to wszystko zostało zburzone, którą chłopcy zrobili w podziemiach, gdzie był napis: „Poczta Dworcowa zdobyta przez podchorążego »Janosika«”. Poznałam podchorążego „Janosika”, który był dziewiętnastoletnim młodym człowiekiem. Pokazano nam jego plecak z okresu jego walk o Wojskowy Instytut Geograficzny. Plecak był cały podziurawiony kulami, a on podobno był tylko lekko draśnięty. Miał opinię chłopaka, który nie zna lęku. Kule się go nie imają. Dla moich osobistych przeżyć [jest to] dosyć ważne, tam opiekowała się, matkowała wszystkim, miała pseudonim pani „Basia”, matka jednego z podchorążych. Wiedziała, że któryś z rannych z poczty był moim klientem na Śliskiej, oddawałam mu krew. Oni wiedzieli o tym. Pani „Basia” bardzo serdecznie też się mną opiekowała i oprowadzała mnie po wszystkich miejscach, pokazywała wszystko. Później we wrześniu, kiedy już częściowo nasza placówka została przeniesiona na południe, a mnie pozwolono zostać w Śródmieściu, przeważnie mieszkałam na poczcie. Drugim punktem, którym zapamiętałam, była fabryka Bormana, gdzie pierwszy raz widziałam o dwadzieścia metrów Niemców. Przy mnie podchorąży chyba „Kazik” do Niemców strzelał. Wszyscy ludzie prawie nie mieli wtedy broni. Jeszcze nie było żadnej broni ze zrzutów i głównie były butelki z benzyną, tym odpierali czołgi. Pamiętam też wyprawę, tam były dwa oddziały „Lecha Grzybowskiego” i „Lecha Żelaznego”.

  • To były wypady sprawozdawcy?

Tak.

  • Pani szła tam…

Tam gdzie mnie kierowano. Przy okazji zajmowałam się kolportażem „Biuletynu Informacyjnego”, to znaczy czytałam to przeważnie głośno, bo nikt nie miał czasu czytać.

  • W jakich miejscach?

Często w piwnicach i schronach.

  • Żołnierzom?

Nie, wtedy bardzo wielu ludzi już się przeniosło, ponieważ tutaj po upadku dalszej Woli, był ostrzał właśnie tego rejonu. Masę ludzi przeniosło się do Śródmieścia Południe. Zwróciłam uwagę na to, że była wielka różnica między częścią środkową Śródmieścia, gdzie powszechne było zajmowanie mieszkań i rabunek i tą dzielnicą Żelazna, Śliska i tak dalej, gdzie bardzo przestrzegało się zasad. Rozbijane były piwnice, konfiskowane zapasy żywności, ale rabunków było bardzo mało. Na Śliskiej w szpitalu, aż do zbombardowania szpitala, bywałam bardzo często za zgodą mojego szefa. Po prostu odwiedzałam ludzi, z których część przeżyła.

  • Tam pani oddawała krew?

Tak, już ledwo żyłam. Przede wszystkim udało mi się dostać zestawy do przetaczania krwi i bardzo dużo środków opatrunkowych ze zrzutów angielskich. Pamiętam, że pod koniec sierpnia, kiedy zbombardowana została Śliska, Sienna, nasz punkt przeniósł się na drugą stronę. [Ze mną], z Urszulą i z kilkoma koleżankami właściwie nie bardzo było wiadomo co robić. Pozwolono nam zostać po tej stronie, z tym że miałyśmy się zająć i kolportażem, i przysyłaniem już nie reportaży, ale meldunków praktycznie na drugą stronę na Mokotowską. Już wtedy wróciłam do porucznika „Bogdana”. Bo punkt Sawickiego został połączony ze stacją, z jednostką, która wydawała wiadomości powstańcze, a nie tak jak my – codzienne. Już było tylko jedno pismo na powielaku, które chyba redagował Bartoszewski.

  • Jak wyglądała praca nad reportażem? Szła pani w teren, zbierała informacje?

Tak.

  • Robiła sobie tam pani notatki, czy już jak pani wróciła?

Bardzo różnie, jeżeli mogłam tak jak na Poczcie Dworcowej, to pisałam, a jeżeli nie, to robiłam notatki i oddawałam. Jeżeli chodzi o reportaże, to były tylko w pierwszych dniach Powstania, później to miało raczej formę sprawozdania, ktoś to opracowywał. Myśmy nie mieli czasu i warunków na to. Mieliśmy świstki papieru. Bardzo często pisaliśmy na bibułkach, później było łatwiej, bo na Żelaznej został rozbity skład papieru i dostaliśmy porządne zeszyty i porządny papier.

  • Czy żołnierze, ludzie, z którymi pani przeprowadzała wywiady, chętni byli do opowiadania o tym, co się działo?

Jeżeli chodzi o żołnierzy, tak. Z tym że oni sobie nie zdawali przeważnie sprawy z tego, jak bardzo zniszczona jest cała Warszawa. Pamiętam, kiedy za zgodą szefa, porucznika „Piotra”, podchorąży „Janosik” dostał zgodę na przejście do swojej rodziny, która gdzieś mieszkała na Hożej czy na Żurawiej, w każdym razie w Śródmieściu Południe. Porucznik Piotr zgodził się, że ja go przeprowadzę na drugą stronę Alei. Znałam przejścia piwniczne i barykady. Ten chłopak, który cały czas był na poczcie i tylko uczestniczył w wypadach na tak zwanej pierwszej linii, był zupełnie załamany widokiem Warszawy w ruinach, nie tylko tej dzielnicy. To musiało być już we wrześniu. Szliśmy po gruzach. Już wracając, pamiętam, że powiedział: „Jak śnieg spadnie, to będzie można po tym jeździć na nartach”. Ile razy się spotykałam z tym, że chłopcy z pierwszej linii przechodzili gdzieś patrolem i widzieli, co się dzieje z całym miastem, to robiło [na nich olbrzymie] wrażenie. Wyobrażali sobie, że to tylko obok nich. To, że kościoły, domy, wszystko zamieniło się w rumowisko, to do nich nie docierało.

  • Prawdopodobnie była pani bardzo dobrze poinformowana o tym, co się dzieje w Warszawie. Jakie panowały nastroje? Państwo zdawali sobie sprawę jaka jest sytuacja w Powstaniu?

W pierwszym okresie do jakiegoś 20 sierpnia był powszechny entuzjazm, a poza tym oczekiwało się na pomoc. O tym, że pomocy nie będzie, dowiedzieliśmy się w drugiej połowie sierpnia. To były informacje nie do rozprzestrzeniania. Już wtedy wiedzieliśmy, że ze strony aliantów nie możemy się spodziewać praktycznie żadnego wsparcia. Później wiedzieliśmy o tym, że Rosjanie… Był moment poruszenia, kiedy zaczęły się pierwsze zrzuty rosyjskie, radzieckie. Później doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że to jest akcja propagandowa. Praktyczniej pomocy, która mogła być udzielona, nie było. Zdawaliśmy sobie sprawę, tylko nie docierało to do nas, do naszej świadomości, że sytuacja jest [beznadziejna]. Kiedy przeglądam swoje notatki z tamtego okresu, to widać załamanie tego nastroju od momentu upadku Starówki i przyjścia kanałami żołnierzy ze Starówki. Wtedy wszyscy sobie uświadomili, że następne dzielnice stopniowo będą zrównane z ziemią jak Stare Miasto.

  • Czy pani też szła kanałami?

Nie, od nas tylko trzy osoby przechodziły kanałami na Mokotów.

  • Jak pani wspomina ludzi, którzy szli kanałami?

Bardzo różnie. Pamiętam, jak z Mokotowa przeszedł kanałami nasz szef fotoreporterów Wacław Kozłowski, Wacław Szczarski. Szedł bez łączniczki, dlatego że w ostatniej chwili ktoś ze sztabu zabrał mu przewodnika. On był w kanałach prawie całą dobę. Pamiętam, że jak wyszedł, to słaniał się.

  • Jak wyglądało pani życie codzienne? Gdzie pani mieszkała?

W bardzo różnych miejscach. Byłam w PKO, później byłam w „Adrii”, później na Siennej na pierwszym piętrze.

  • Gdzie pani spała?

Najczęściej pod biurkami. Jeszcze myśmy mieli rodzinę na Pierackiego, teraz Foksal. Tam była woda i tam przybiegałam myć się. Największe problemy były z kąpielą. Nie pamiętam którego dnia Niemcy odłączyli wodę i zaczęło się kopanie studni. Wtedy chodziłam się myć na Pocztę Dworcową, bo tam na pierwszej linii była woda. Wykopane były studnie. Do studni były olbrzymie kolejki. Rzeczywiście z wodą i z myciem się we wrześniu były bardzo duże trudności. Jeżeli chodzi o jedzenie, to po tej stronie Śródmieścia, to było bardzo dobrze zorganizowane. Właśnie BIP organizował. Tam były kuchnie polowe i tak dalej. Poza tym i na Grzybowskiej, i na Żelaznej, z jednej i z drugiej strony, bardzo dobrze były zorganizowane kuchnie polowe.

  • Opowie pani jeszcze o „Adrii”?

Tam były koncerty, tam tylko parę razy nocowałam, bywałam na koncertach. Byłam na trzech pokazach kronik filmowych w kinie „Palladium”, które były entuzjastycznie przyjmowane. Z fotografami i z filmowcami był ten kłopot, że sprzęt przecież był bardzo drogi. Nie można było go używać, szczególnie jak parę aparatów zostało zniszczonych, w miejscach narażonych najbardziej na ostrzał. Pamiętam, że moja koleżanka Hala Bala (pseudonim miała „Małgorzata”) w kościele Świętego Krzyża straciła aparat. Wtedy już było polecenie, że filmowcy i fotoreporterzy raczej unikają miejsc, gdzie mogą narazić swój sprzęt na zniszczenie. „Hawrań” miał chyba swój prywatny aparat, dlatego chodził tam, gdzie był bardzo narażony na odłamki.

  • Pani miała męża. Czy razem pracowaliście?

On był dowódcą patrolu megafonowego. Oni później mieszkali, nocowali w sklepie „Wedla”. Stamtąd wyruszali na swoje. Chodziłam raz ze Zbyszkiem na wyprawę megafonową i pisałam o tym, a drugi raz ze „Zbigiem”, poetą, Mieczysławem Ubyszem, który był dowódcą plutonu megafonowego. Później pracował chyba w redakcji „Błyskawicy”.

  • Przez całe Powstanie miała pani kontakt z mężem?

Nie, bo on później przeszedł na Mokotów kanałami. Raz wrócił, przenosząc materiały bipowskie. Drugi raz był już prawie do końca Powstania na Mokotowie, jak twierdził bez sensu, nic tam nie miał do roboty poza zrobieniem zdjęć, które zresztą zginęły. Megafony już wtedy nie działały. Pisał trochę. Wrócił kanałami po upadku Mokotowa z jedną z ostatnich grup. Wtedy na Mokotowskiej już były pierwsze rozmowy kapitulacyjne. Myśmy z „Hawraniem” byli na placówce przy Grzybowskiej wtedy, kiedy przechodziła delegacja, jeszcze wtedy chyba w sprawach wyjścia ludności cywilnej na stronę niemiecką. Baliśmy się, że już wtedy będzie kapitulacja. Później były następne rozmowy kapitulacyjne. Kiedy było pierwsze zawieszenie broni, z Żelaznej bez ostrzału, pierwszy raz przeszłam na Wilczą i na Mokotowską. Zorientowałam się, jaki to jest kawał drogi i jakie to jest męczące. Bieg od barykady do barykady albo od piwnicy do piwnicy, to wydawało się, że to jest blisko. Jeżeli się idzie zupełnie normalnie wierzchem, wtedy dopiero orientowaliśmy się, jaka to była odległość. Cała grupa moich kolegów i dwie koleżanki postanowiliśmy przyłączyć się do oddziału na Grzybowskiej, który postanowił po kapitulacji nie poddawać się, tylko zostać do końca.

  • Dlaczego tak państwo postanowili?

Żeby nie iść do niewoli.

  • Woleli państwo zginąć, niż…

Tak. Ponieważ Poczta Dworcowa i tamte rejony miały wspaniałe podziemia i tam naprawdę można się było [ukryć]. Wtedy dowiedziałam się o krowie, która dawała mleko dla dzieci. Cała sprawa wydała się w okresie zawieszenia broni. Wszyscy tam znosili broń, amunicję i mieliśmy zostać. Ale okazało się, że jeżeli nie zostaniemy, to wtedy cała umowa kapitulacyjna może być nieważna. Przyszedł któryś z dowódców, już nie pamiętam kto, twierdzono, że nawet z „Monterem” były rozmowy. W każdym razie kapitan „Lech Grzybowski” zawiadomił, że cała sprawa jest nieaktualna i wytłumaczył dlaczego, że jeden oddany strzał, będzie pretekstem dla Niemców. W rezultacie poszliśmy, złożyliśmy [broń]. Tam dużo broni zostało zakopane, ale to co zostało [musieliśmy oddać]. Wyszliśmy nie z BIP-em, tylko z oddziałami.

  • Miała pani wtedy dziecko…

Dziecko było ewakuowane ze szpitalem. Nawet jego babcia, która była lekarzem, nie chciała, żebyśmy wychodzili razem, bała się, że Niemcy mogą w jakiś sposób prześladować dzieci powstańców. Tym bardziej że dostała gwarancję, że cały punkt sanitarny będzie ewakuowany samochodami, że będzie mogła naszego syna zabrać ze sobą do szpitala. [On] miał fałszywe wszystkie papiery, miał zupełnie inne nazwisko. Myśmy wyszli…

  • Oddzielnie.

Tak.

  • Miała pani do czynienia częściej z dowództwem albo więcej informacji o dowództwie. Jaki pani wspomina dowódców? Jaki oni kierowali Powstaniem?

Widziałam i osobiście spotkałam generała „Montera” Chruściela. Parę razy uczestniczyliśmy w jego inspekcjach między innymi na Poczcie Dworcowej. Myśmy tam byli z „Hawraniem”. On był bardzo lubiany, bardzo szanowany przez żołnierzy. Ale nic [więcej] o tym nie mogę powiedzieć, byłam za daleko od wszystkich spraw.

  • Mówiła pani, że pod koniec Powstania, kiedy było wiadomo, że upadnie, że już jest zawieszenie broni, chciała się pani dalej bronić. Miała pani małe dziecko, jak wyglądała perspektywa, że pani je zostawi, że pani może umrzeć na barykadzie?

To na pewno była głupota, że poszłam, że zostawiłam dziecko. Wtedy nie miałam wątpliwości, tym bardziej że dziecku było lepiej u mojej teściowej, która mogła mu zapewnić zorganizowane życie.

  • Czy brała pani udział w życiu religijnym w czasie Powstania?

O tak! Kaplice, które powstawały spontanicznie w oddziałach, na ulicy, na podwórkach, bardzo często były oblegane i przez żołnierzy, i przez ludność cywilną. Wszędzie były podwórkowe kaplice. Z księży spotkałam zupełnie nadzwyczajnego człowieka na tym odcinku Grzybowskiej. Pamiętam tylko jego pseudonim, ale to był człowiek, który potrafił nie tylko spowiadać i udzielać sakramentów żołnierzom, którzy szli na akcję. Zresztą zginął później, idąc do rannych po akcji. Właściwe każda większa placówka miała swojego kapelana. Spotykałam starych księży, którzy z trudnością się poruszali, dla nich było wysiłkiem schylić się przy barykadzie, żeby w głowę nie dostać. Mimo to nie tylko uczestniczyli w nabożeństwach w schronach, ale udzielali pomocy religijnej cywilnej ludności, która przecież cierpiała znacznie bardziej niż my.

  • Jak pani pamięta cywilów?

Bardzo różnie. Z jednej strony byli ludzie, którzy wykorzystywali Powstanie, co jest zupełnie niepojętą rzeczą, szczególnie we wrześniu, kiedy ważyły się losy, dla rabunku, bogacenia się. Absolutnie chodzili bez przerwy pijani, dezorganizowali innym życie. Dla nas oburzające, straszne było to, że z tych domów, z których ludzie przeszli na stronę południową, te mieszkania były rabowane przez szabrowników. Nawet w szpitalu w PKO w podziemiach, wtedy kiedy trzeba było usunąć zwłoki rannych, którzy tam zginęli, to przecież zginęło tam iluś ludzi, którzy weszli do zbombardowanego szpitala do podziemi po to, żeby rabować. Nie wiadomo, co tam jeszcze można było zrabować. To była jedna grupa. Poza tym była szalona różnica między nastrojami z pierwszego okresu Powstania i z września. Rzeczywiście wspaniała postawa wielu ludzi siedzących po całych dniach w piwnicy, którzy w wielkiej solidarności… Były olbrzymie kontrasty. Tego się nie da w paru słowach określić. Pamiętam, kapitan „Lech Grzybowski” wyciągnął kilku pijących w schronach młodych ludzi, którzy nie chcieli uczestniczyć nawet w akcjach nakazanych przez wojsko i władze cywilne, to znaczy w kopaniu studni czy sypaniu barykad. Wyciągnął młodych i zaproponował im wejście do oddziału. Później oni byli bardzo dzielnymi żołnierzami. To też różnie bywało z najgorszymi uczestnikami piwnicznych zgromadzeń.

  • Czy pani uczestniczyła w żywej walce w czasie Powstania?

Bezpośrednio nie, raz po zrzutach pozwolono mi wystrzelić z granatnika. Później we wrześniu dostałam od chłopców „szóstkę” „załerkę” mały [pistolet], ale to tylko było dla zabawy. Nie uczestniczyłam bezpośrednio, to znaczy między innymi widziałam na Królewskiej zdobywanie broni. Byliśmy tam, nawet nie pamiętam, jak ten oddział się nazywał, ale pamiętam, że leżały tam trupy niemieckie. Oni mieli karabiny i pełne uzbrojenie. To było przy Ogrodzie Saskim. Chodziło o to, żeby ściągnąć z nich całe uzbrojenie. Z bardzo bliskiej odległości, bo jeszcze z niezburzonego mieszkania na pierwszym piętrze, widziałam jak to się odbywało. To znaczy jak chłopcy pod osłoną pozbawili Niemców broni.

  • Czy miała pani doświadczenie z jeńcami niemieckimi?

Tak, bo Niemcy pracowali u nas przy Poczcie Dworcowej przy sprzątaniu gruzów i uzupełnianiu barykady. Część tych barykad, które były spontanicznie budowane, nie nadawała się później do użytku. Trzeba je było zmieniać. Były nawet przepisy wydane, jak to ma być. Do tego używało się jeńców niemieckich.

  • W jaki sposób to się obywało?

Oni byli przyprowadzani przez wartowników, a część z nich nocowała na Grzybowskiej. Tam zabawnie było, bo ich pilnowali między innymi Gruzini. Dlatego że w fabryce niemieckiej, to była chyba fabryka spłonek, w sierpniu zdobytej przez naszych chłopców, poddało się dwudziestu jeńców. Oni koniecznie chcieli walczyć razem z nami. To byli Gruzini i Ukraińcy. Oni pilnowali Niemców przy sypaniu barykady. Wiem, że myśmy z koleżanką się denerwowały, że jeżeli oni po rosyjsku zaczną mówić między sobą, to wtedy mogą łatwo zostać zastrzeleni. Ktoś może pomyśleć, bo to było przy pierwszej linii, że już przedostali się.

  • Czy miała pani do czynienia z innymi obcokrajowcami, którzy walczyli w Powstaniu?

Właśnie ci na Grzybowskiej. W „Błyskawicy”, dla naszej radiostacji, pracował Anglik. To był uciekinier z niewoli niemieckiej. Nie pamiętam tego wszystkiego, w każdym razie rodowity Anglik, który się przechował. Zaraz po ucieczce on przez parę nocy nocował u matki mojego męża na Wilczej. Później był spikerem naszego radia, bo nikt tak dobrze jak on nie mówił po angielsku.

  • Czy pamięta pani miłe chwile z Powstania Warszawskiego?

W tej chwili raczej zacierają się wszystkie koszmary, a pamięta się rzeczy trudno powiedzieć miłe…

  • Niektórzy powstańcy mają takie, na przykład brali ślub.

Pamiętam wspaniałe wrażenia, kiedy towarzyszyłam patrolowi megafonowemu. Myśleliśmy, że oni nadają bez sensu. Nagle w ciszy jak zaczął się hymn, to [odezwały się] głosy, wydawało się, z wymarłych domów. To są momenty…

  • Najbardziej tragiczny moment, który pani utkwił w pamięci.

Byliśmy wtedy naprzeciwko – jak została zbombardowana Filharmonia i jak wyciągnięto i ułożono przed Filharmonią zwłoki, nie wiem ilu chłopców, którzy tam zginęli i później zbiorowy pogrzeb. Wtedy przed Filharmonią na skwerku chowało się [zwłoki] tylko zawinięte. Jeszcze tych chłopców widziałyśmy poprzedniego dnia, wszyscy zginęli.

  • Koniec Powstania, państwo się poddali. Co było dalej?

Myśmy wyszli. Przed tym na Mokotowskiej zostaliśmy zdemobilizowani, dostaliśmy tam symboliczny żołd. Zawiadomiliśmy, że wychodzimy. Każdy z nas mógł wyjść jak chciał czy z oddziałem. Nawet namawiano do tego, żeby wyjść z cywilną ludnością. Weszliśmy do Ożarowa. Z pierwszą grupą, tam była grupa oficerów, podchorążych i chyba sto ileś kobiet zostałyśmy załadowane do wagonów i z Ożarowa, bardzo krótko tam byłyśmy, wysłane do obozu. W jednym wagonie było sześćdziesiąt osób. Po drodze wyrzucałyśmy karteczki, listy. Nawet nie wiedziałyśmy dokąd, do rodziny czy do znajomych poza Warszawą. Idąc przez Warszawę, było tragiczne uświadamianie sobie, jak bardzo miasto jest zniszczone. Po iluś godzinach dojechałyśmy do Lamsdorfu. Umowę kapitulacyjną znałyśmy i w ogóle miałyśmy. Razem z koleżanką zostałyśmy wyrzucone przez Niemców z wagonu. Okazało się, że Niemcy nie dotrzymują umowy, że czeka na nas gestapo. Esesmani zdzierali nam opaski i kazali biec. Były psy, wrzaski.

  • Gdzie to było?

W Lamsdorfie na stacji. Tam było dużo osłabionych ludzi, starszych oficerów też bitych. Mnie też zdarli opaskę. Biegnąc, schyliłam się, bo zobaczyłam w błocie biało-czerwoną opaskę, podniosłam ją i schowałam szybko do kieszeni. Tą opaskę oddałam do Muzeum. Tam jest numer nie wiem jaki i numer jednostki też nie wiem jakiej. Opaskę przechowałam przez cały obóz.

  • A swoją?

Swojej nie, tylko tą i tą oddałam do Muzeum Powstania z całą historią, że to nie moja, tylko znaleziona. Przypędzono nas, mężczyzn osobno, nas osobno, mężczyzn na duży plac. Chyba padał wtedy deszcz. Nas na placyk i do baraku. Przyszedł komendant obozu zdziwiony, co robią baby w gronie aresztantów. Okazało się, że oni nie dostali zawiadomienia, że to [są] powstańcy. Jedna z naszych koleżanek wyszła i zaczęła protestować, że my jesteśmy z Warszawy. Miałyśmy przy sobie umowę kapitulacyjną. Miałam po polsku i po niemiecku. Okazało, się, że oni dostali telefonogram, że dostają transport radzieckich partyzantów. Już wtedy esesmani, to wszystko, się usunęło. Przydzielono nam baraczek. Myśmy wieczorem zebrały się i zaczęłyśmy śpiewać modlitwę. Jak zaczęłyśmy śpiewać „Boże coś Polskę...” to z dalekich baraków też się odezwali. Okazało się, że tam byli Polacy. W Lamsdorfie odebrano nam wszystko, następnego dnia była rewizja, ale książki zostawili. Miałam tam nawet ze znaczkiem geprüft tomik okupacyjny „Grom Powszedni” Gajcego, taki wielki na powielaczu. Wiem, że „Propedeutykę Filozofii” i „Oblicze poetyckie Bartłomieja Zmiorowicza” Stanisława Adamczewskiego mojego profesora, to wszystko pozwolono mi zostawić. [Ale] Niemiec zabrał, zniszczył mi zdjęcie mojego dziecka. W Lamsdorfie byłyśmy przez miesiąc. Mam cały worek listów przerzucanych przez druty z chłopcami. Mój mąż był tam w obozie podchorążych. Później przewieziono nas do obozu w Mühlbergu. To był wielki międzynarodowy obóz, nie mogli nas tam długo trzymać. Przewieziono nas do Altenburga, to był obóz w starym teatrze, byli oficerowie. W zwykłych barakach my byłyśmy. W międzyczasie w Lamsdorfie jeszcze spotkała mnie komendantka naczelna kobiet major „Kazik” Wanda Gercówna, koleżanka mojej matki. Uważała, że to mi ułatwi życie obozowe. Przeprowadzała wtedy spis wszystkich żołnierzy kobiet. Oprócz nas dobiły tam następne grupy kobiet z Powstania. W rezultacie było kilkaset w Lamsdorfie. Ona mi dała papierek, że jestem plutonowym. Nieszczęsny plutonowy wlókł się za mną do końca, nawet jak byłam demobilizowana. Wszędzie mówiłam, że to nieprawda, że to nie jest awans z Powstania. Ponieważ to było na dokumentach obozowych, nawet jak byłam demobilizowana w Polsce po powrocie w 1947 roku, to dostałam książeczkę wojskową jako plutonowa. Od początku w obozach, po to żeby jakoś istnieć, prócz modlitw rano i wieczorem, organizowałyśmy kulturalną działalność. Jeszcze z polonistyki znałam bardzo dużo tekstów na pamięć, miałam tomik wierszy. W naszym baraku wieczorem codziennie, póki można było mieć światło, to czytałyśmy. Później zorganizowałyśmy tam komplety, bo było dużo dziewczynek, które nie miały skończonej szkoły, gimnazjum. Zorganizowałyśmy tam komplety gimnazjalne. Nie mając pojęcia o historii, uczyłam historii. To już było w Mühlbergu.

  • W jaki sposób to panie zorganizowały?

Po prostu w baraku.

  • Były kartki do pisania?

Nie, nędznie bardzo, tylko z głowy. Z papierami było bardzo źle, [poprawiło się] dopiero w Altenburgu. Myśmy szantażowały Niemca, że napiszemy na niego donos do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, że nie dotrzymuje umowy i tak dalej. On się okropnie bał, że zostanie wysłany na front wschodni. Pozwalał nawet do miasteczka z wartownikiem wychodzić. W miarę możliwości, przecież głód był okropny, nasze malarki kupiły tam farby, tak że cały teatr i baraki były ozdobione. Organizowałyśmy przedstawienia. Były zorganizowane uroczystości na 11 listopada, które myśmy obchodzili spontanicznie, nie tak jak teraz. Były dwie wersje, żeby nie czuć głodu. Jedna, to były panie, które siedziały i opowiadały, co by sobie ugotowały, a myśmy się starały, żeby nie myśleć, zorganizować tak zwane życie oświatowo-kulturalne. W Altenburgu mieszkałam w baraku komendy. Tam nastąpił rozdział szeregowych i podoficerów od oficerów. Major „Kazik” w sposób naturalny była komendantką w tych wszystkich obozach. Oficerowie zostali przewiezieni już do oflagu zabierając ze sobą część dziewcząt. Wybrane zostały najbardziej chorowite, słabe, bo oficerowie zgodnie z Konwencją Genewską mieli prawo do ordynansów. One jako obsługa oficerów wyjechały razem do obozu oficerskiego. Myśmy zostały pozbawione dowództwa. Naszą komendantką została pani Barbara Reńska, którą dobrze znałam. Ona była żoną kapitana „Lecha Grzybowskiego” i znałam ją z Żelaznej. Ona przytuliła mnie, Teklę i Maję Jagodzińską do baraku, gdzie była część komendy obozu. Tam mogłyśmy sobie zorganizować komplety dla uczennic i tak dalej. Pamiętam Teklę rozczochraną, która siedziała na drugim piętrze, jak ktoś obcy przychodził i do niej mówił per ty, to ona mówiła: „Nie przypominam sobie, żebym z panią piła bruderszafta”. Była bardzo zabawna. Ona postanowiła uciec z obozu. Ze starego szalika zrobiłam jej sweter. Do tej ucieczki były długie przygotowania. One postanowiły uciec przed samym Bożym Narodzeniem. Było okropnie zimno. Podprowadziłam ją pod druty, ale nie chciałam uciekać. Pomogłam im przejść przez druty. One z Mają uciekły, ale od razu wtedy nasze koleżanki, między innymi pani Barbara, która się o tym dowiedziała, zapytała, czy one wzięły ze sobą numerki jenieckie. Jak dowiedziała się, że wzięły, to powiedziała, że na pewno to nie jest poważna impreza. Rzeczywiście one tak strasznie zmarzły, że poszły do kościoła. Ksiądz nie mógł im nic pomóc. W rezultacie po paru dniach błąkania się, wtedy potworne mrozy się zaczęły, już się zgłosiły. Szukały, żeby zgłosić się do Wehrmachtu, żeby nie dostać się w ręce gestapo. Chyba w dzień Wigilii albo w pierwszy dzień świąt zostały przywleczone do obozu z powrotem i wsadzone do więzienia. Nasz komendant był człowiekiem bardzo poczciwym. Nie wolno było do nich przychodzić, ale wszyscy im znosili jedzenie. One przez tydzień w tak zwanym bunkrze spokojnie przesiedziały. Później była bardzo duża akcja, żeby jak najwięcej osób zgłosiło się dobrowolnie na roboty. Obiecywano złote góry za pracę w fabrykach niemieckich. Część dziewczyn się zgłosiła, część przymusowo została wzięta na roboty. Nam grożono, że inaczej dostaniemy się do karnego obozu. Myśmy zdecydowały, że pracować dla Niemców nie będziemy. Pamiętam, że w czasie którejś wędrówki z obozu do obozu w Lipsku, Niemcy wypuścili nas z wagonów, bo tam były bombardowania. Myśmy zgubiły wartownika. Okazało się, że wagon w czasie bombardowania przesunięto na inny tor. Na dworcu spotkałyśmy panie, które mówiły po polsku i które bardzo dobrze wspominały Polaków. Okazuje się, że to były Niemki, folksdojczki czy Reichdeutschki, które obsługiwały niemiecki dom publiczny. Te panie miały wspaniałe różne przysmaki. Chciały się dowiedzieć o Powstaniu. Myśmy tam z dziesięć minut spędziły. Dostałyśmy dużo chleba od nich. Później znalazłyśmy wartownika. Były wtedy zabawne historyjki. Z Altenburga zostałyśmy przewiezione do Oberlangen. Oberlangen wspominam jak najgorzej. Zaraz po przyjeździe wsadzili nas do okropnych baraków. Dostałam odry, a później miałam szkarlatynę. Przeleżałam w zakaźnym szpitalu połowę [pobytu], wyszłam na miesiąc przed wyzwoleniem. Tam się zaangażowałam do wolnej wszechnicy, którą prowadziła pani Zosia Rozwadowska. Poziom musiał być nie nadzwyczajny, jeżeli byłam jedną z prelegentek. W każdym razie dobrnęłam do wyzwolenia. Zostałyśmy wyzwolone, kiedy byłyśmy skrajne wyczerpane i głodne, przez dywizję Maczka. Masę jest na ten temat wspomnień. Po przyjeździe do naszego obozu pani pułkownik Leśniakowej z Londynu, która powiedziała, że w każdej chwili może zabrać ileś dziewcząt do Anglii… Był spór ambicjonalny, że my nie jesteśmy pomocniczą wojskową kobiet, tylko Wojskową Służbą Kobiet. Myśmy we cztery prowadziły w Oberlangen po wyzwoleniu tak zwane biuro prasowe. Zaprosiłyśmy panią pułkownik Leśniakową do nas i zapytałyśmy się, jak można się z obozu wydostać, jeżeli byśmy chciały prywatnie. Ona nam powiedziała, że jeżeli dostaniemy się do Lille we Francji, to tam jest punkt zborny, gdzie mobilizuje się wszystkie kobiety, które przedostaną się z Niemiec i będą przewiezione do Anglii. Powiedziano nam, jaka jest sytuacja na świecie, że rząd londyński nie bardzo już jest przez Anglików hołubiony, że tutaj należy zachować raczej ostrożność i szybko to wszystko załatwić. Ona nic nie może zrobić, bo my jesteśmy zależne od naszych komendantek. Myśmy postanowiły uciec z obozu, co nie było wcale chwalebne, bo to był polski obóz i polskie władze. Brat jednej z naszych koleżanek Krystyny Krahelskiej, Danek Krahelski, powiedział, że dziesięć osób może zabrać w transporcie maszyn lotniczych, części lotniczych, które były tam zabierane. Jeszcze zawiadomiłam Teklę i nas dziesięć pochowanych w ciężarówce z dokumentami z Oberlangen, które też oddałam do Muzeum Powstania, [przedostałyśmy się] przez granicę holendersko-niemiecką, holendersko belgijską, belgijsko-francuską. Na ogół żołnierze jak widzieli, że to kobiety, kiwali do nas i uśmiechali się. Dostałyśmy się do Lille. Tam zostałyśmy zmobilizowane w normalnym wojsku. Jeszcze przed zakończeniem działań wojennych dostałyśmy się do Anglii. Podróż przez kanał La Manche trwała prawie dwa dni. Trzeba było krążyć, omijać miny. Dopiero tam się zaczęło zmartwienie, bo zostałyśmy zmobilizowane i poszłyśmy do wojska. Byłyśmy przez miesiąc w Szkocji w mundurach, już jako żołnierze polscy, z „polandami” na ramionach. Gwałtowanie starałyśmy się przez wszystkich znajomych wydostać z tego i dostać się na studia, po to uciekałyśmy z obozu. Moja koleżanka Myszka Krahelska spotkała tam przyjaciół swoich rodziców. Zostałyśmy zaproszone do Londynu, dostałyśmy przynależny jeńcom miesięczny urlop. Wyjechałyśmy do Anglii we trzy. Z nas tylko jedna znała angielski, my dwie znałyśmy tylko francuski. Pierwsza rzecz poszłyśmy do biblioteki uniwersyteckiej, bo chciałyśmy coś czytać. Siedziałyśmy w bibliotece i tam spotkałyśmy profesora Rose, które wykładał kiedyś na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyjaźnił się z profesorem Borowym i Krzyżanowskim. Profesor Borowy był moim profesorem na tajnych kompletach. Jak zobaczył „polandy”, zaczepił nas. Myśmy powiedziały, że jesteśmy z Warszawy. Jeszcze miałyśmy na mundurach znaczek Polski Walczącej. Opowiedziałyśmy mu masę rzeczy o profesorach. Nie wiedziałyśmy, czy Krzyżanowski i Borowy żyją. W obozie dostałam list od jednego z moich profesorów, od profesora Adamczewskiego i bardzo dużo wiadomości o koleżankach. Profesor Adamczewski znalazł nas w obozie. O profesorach było mało, o Krzyżanowskim nie było żadnych informacji. On nam załatwił stypendium brytyjskich profesorów i docentów na uniwersytet londyński. Ponieważ nie znałyśmy angielskiego, więc na slawistykę. Myśmy się tam ucząc angielskiego, uczyły rosyjskiego. Warunkiem było, że nie będziemy chodzić na polonistykę, żeby nie słyszeć, jak on mówi po polsku.

  • Jak długo pani tam studiowała?

Dwa lata.

  • Gdzie był wtedy pani mąż?

We Włoszech. Wtedy od major „Kazik”, która była w Londynie, dowiedziałam się, że moja matka przeżyła Oświęcim. Dostałam przepustkę do Niemiec, pojechałam legalnie do Meppen, spotkać się z matką. W Meppen spędziłam pierwsze Boże Narodzenie po wojnie, gdzie spotkałam między innymi ojca Pawła, ojca warszawskiego, jezuitę, którego znałam z okresu okupacji. Był wtedy kapelanem 1. Dywizji Pancernej. Byłam tam miesiąc, później wróciłam znowu do Anglii, bo to była przerwa na uniwersytecie. W 1946 roku dostałam przepustkę znowu do Paryża. Chciałam pojechać do Włoch, gdzie był mój mąż. Myszka Krahelska miała we Włoszech swojego brata. Przedostałyśmy się do Paryża, bo tylko tam mogłyśmy jechać na przepustkę wojskową. Później bałyśmy się żandarmerii amerykańskiej, więc cywilnym pociągiem przedostałyśmy się do Ventimigli. Tam chodziło o to, żeby jakimś cudem dostać przepustkę przez granicę, żeby dostać się do Rzymu. Rotmistrz, który był komendantem placu, to sobie teraz przypomniałam, w ogóle nas nie chciał przepuścić. W pewnym momencie Myszka wyciągnęła list, podarła i powiedziała: „Trudno, mam do pana rotmistrza list od pana generała Głuchowskiego, ale skoro pan nie może, to trudno. On: „A od pana generała Głuchowskiego...”. I nam wystawił przepustkę. Jak wyszłam zapytałam Myszkę, dlaczego od razu tego nie mówiła. Ona powiedziała: „Ty głupia jesteś, przecież to był list od mojego brata”. W ten sposób dostałyśmy się elegancko do Rzymu z przepustką, więc pociągiem wojskowym. Pociągi cywilne były straszne. W Rzymie byłyśmy dwa tygodnie.

  • Spotkała się pani z mężem?

Tak, był tam w II Korpusie. On został cały czas w Lamsdorfie. W ostatniej chwili, jak zbliżały się wojska radzieckie, obóz był ewakuowany. Oni uciekli, przedostali się do Włoch. Tam spędziłyśmy dwa tygodnie. Spotkałyśmy masę znajomych, BIP-owców, którzy próbowali ulokować się tam na studiach i opowiadali różne historie. Między innymi jeden z naszych kolegów, bardzo dzielny w czasie Powstania, miał stopień podoficerski, dostał wtedy rozkaz, zanim został odkomenderowany na studia, na przyjęcie któregoś z pułkowników czy generałów i złożenie meldunku. On wszystko tak jak go nauczyli powiedział, ale jak ten generał mu powiedział: „Czołem plutonowy” czy: „Sierżancie”, to on powiedział: „Dzień dobry panie generale”. Wtedy oni się zorientowali, że on absolutnie nie ma wojskowego drylu. Masę anegdotek nam poopowiadali. Później wróciłyśmy do Londynu. Moja matka próbowała z Meppen przez łącznika nasze dziecko z Warszawy… Moja teściowa siedziała aresztowana w więzieniu na Fordonie.

  • Dlaczego została aresztowana?

Właściwie nikt nie wie dlaczego. Wtedy za maszynę na której były pisane ulotki… Nie wiadomo, już miała wyrok sześć lat. Siedziała mimo tego, że było wiele reklamacji, bo anatomów, patologów i histopatologów było bardzo niewielu. Profesor Paszkiewicz interweniował, ale władze UB… Dlatego nasze dziecko było pod opieką siostry teściowej i prababci. Moja matka próbowała go jakoś przedostać, ale odmówiono. Myśmy postanowili w 1947 roku wracać, tym bardziej że teściowa została wypuszczona z więzienia. To też jest inna historia. Wróciliśmy. Rodzina nas poinformowała, żebyśmy się zgłosili do… Wtedy ambasadorem Rządu Warszawskiego był pan Michałowski, którego ktoś tam znał. On nas skierował do attache wojskowego ambasady Rządu Warszawskiego, bo wtedy tak się mówiło, pułkownika Kuropieski, który nam powiedział, że Anglicy wydają wszystkie dokumenty, które mają, dotyczące wyjeżdżających, wracających do Polski, że nie możemy absolutnie niczego ukrywać, że musimy mówić to co oni mają w kartotece, to co powiedzieliśmy Anglikom, nie udawać cywilów. Bardzo dobrze, bo po powrocie nas o to wszystko pytali. Myśmy to wszystko grzecznie powiedzieli. Wróciliśmy do Warszawy, mieszkaliśmy na Foksal.

  • Czy była pani później prześladowana?

Nie mogłam nigdzie pracować na etacie.

  • A pani mąż?

Długo pracował na ryczałcie, ale później pracował na etacie.

  • To były jedyne represje?

Jedyne. Później, jak przechodziłam z ryczałtu na etat, wypełniałam ankietę personalną. Personalny jak przeczytał, że AK, Powstanie, matka w Anglii, to powiedział albo musi być w bezpiece, albo musi współpracować, jeżeli z takim życiorysem nie siedzi w więzieniu. To mi później powiedział sekretarz Związku Dziennikarzy pan Stefan Stefański.

  • Jaka jest historia pani pseudonimu?

Bardzo śmieszna, dlatego że jak zaczynałam pracę w „Sztuce i Narodzie”, to nam wszystkim pseudonimy wymyślał Andrzej Trzebiński. Andrzej Trzebiński wymyślił mi pseudonimy i ja ich używałam przez cały czas.

  • Były jakieś powody?

Nie.

  • Jeszcze pani opowiadała historię swojego syna, który miał różne dokumenty…

Miał wszystko fałszywe. Jak wróciliśmy, musielibyśmy przez sąd [prostować]… Miał imię i nazwisko, nawet datę urodzenia mu pomylili. Imię i nazwisko, dlatego że moja teściowa zarejestrowała go jako swoje dziecko. Znajomy ksiądz od Świętego Krzyża, powiedział nam z jakiego roku spaliły się dokumenty, że on po prostu dostanie fałszywą metrykę, więc załatwił nam metrykę już na prawdziwe nazwisko, imię i prawdziwą datę urodzenia. W ten sposób dopiero w 1948 roku odzyskaliśmy syna.

  • Może pani opowie coś?

Pierwszy taki wypadek to była egzekucja na Pięknej, którą widziała nasza koleżanka Sława Przybylska. Wtedy na pierwsze egzekucje Niemcy jeszcze pozwalali patrzeć, to znaczy nie pozwalali, odpędzali ludzi, ale była tym tak wstrząśnięta, że chciała iść do gestapo, żeby przekonać ich, że tak nie można po prostu. Zresztą później została aresztowana, tragicznie to się skończyło. Ale świadkiem egzekucji nie można było być, Niemcy strzelali do okien nawet, jeżeli ktoś próbował patrzeć co się dzieje. Wiem, że na Nowym Świecie – relacja z tej egzekucji gdzie zginął Andrzej Przybylski, została przekazana przez pracownika banku, który był naprzeciwko, który zza firanek widział tę egzekucję. To jest jeden z niewielu opisów jak to się odbywało, że ci ludzie mieli zagipsowane usta już wtedy, żeby nie [ krzyczeć].

  • Proszę mi powiedzieć: w 1944 roku była pani cały czas w Biurze Informacji i Propagandy, już była pani przeszkolona i pracowała tam?

Nie, po prostu byłam tam zmobilizowana. Byliśmy mobilizowani kilkakrotnie. Ponieważ Niemcy w połowie lipca gwałtownie uciekali… apelowano do nas o układanie haseł do pisania na murach. Pamiętam takie dość wulgarne hasło, które ktoś z naszych kolegów ułożył: „Idą na zachód zmęczeni i głodni, przechodniu uchyl spodni.” To było właściwie wszystko, do czego byliśmy potrzebni, bo BIP-owcy żadnymi akcjami wojskowymi wtedy się nie zajmowali. Później [...] jak Niemcy zaczęli wracać... rano dowiedzieliśmy się, że musimy pójść na punkt mobilizacyjny. Patrole megafonowe były na Widok i na Boduena, a my na Wilczej 16 i na Mokotowskiej. Na Wilczą przyszedł także, zupełnie nieznany nam, nasz nowy dowódca, porucznik Mirkowski, który przyjechał zdaje się z kieleckiego i który zupełnie w Warszawie się nie orientował. Nagle przed piątą posłyszeliśmy strzały. Pierwsza rzecz, byliśmy pewni, że będzie egzekucja, dlatego że strzały ucichły i posłyszałyśmy niemieckie krzyki. Okazało się, że było kilku Niemców, którzy krzyczeli: „My nie Germańcy!” Na Wilczej trzech Niemców poddało się, oddali broń i wtedy był powszechny entuzjazm, zaczęło się Powstanie. Nie pozwolono nam się ruszać, siedzieliśmy na Wilczej i czekaliśmy na łączniczkę, bo miała przyjść, przynieść nam legitymacje i rozkazy, co dalej robić. Tak przesiedzieliśmy całą noc. 2 sierpnia porucznik Mirkowski pozwolił mnie i Krystynie, kierowniczce kolportażu, przejść na drugą stronę Alei na Widok. Doszłyśmy do skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi i żołnierze, chłopcy, którzy obsadzili już całą bramę powiedzieli, żebyśmy po prostu przebiegły z rękami do góry. Niemcy strzelają z BGK i czołg stoi na Marszałkowskiej, ale robią to bardzo systematycznie, salwa z BGK, czołg i później cisza, więc jak czołg wystrzeli, to można przebiegać i myśmy przebiegły. Znalazłyśmy naszych ludzi na Boduena, dostałyśmy legitymacje, opaski i wróciłyśmy. Już z powrotem miałyśmy duże trudności… musiałyśmy w nocy przechodzić, bo już w dzień nie można było. Jak przybiegłam na Wilczą, to już wtedy działali gołębiarze. To znaczy Niemcy strzelali z dachów i zabijali nie tylko tych, którzy nosili opaski, ale w ogóle. Już były barykady, w nocy z pierwszego na drugiego ludzie spontanicznie zaczęli sypać barykady, przynosić wszystko, co się dało. Już na Kruczej było kilka barykad. Jak przyszłam na Wilczą 16, to okazało się, że Wojtka Mencla, naszego kolegę, jednego z późniejszej ekipy megafonowej, aresztował Korpus Bezpieczeństwa, bo jest oskarżony o to, że jest gołębiarzem. Na Wilczej 16, na czwartym piętrze w oficynie mieszkał profesor Rogowski, nauczyciel geografii z Gimnazjum Batorego. Z jego mieszkania było wejście na strych i Wojtek właził na ten strych, żeby patrzeć czy w ogóle Powstanie gdzieś poza naszą Wilczą działało i czy wybuchło. Znaleźli go żołnierze z Korpusu Bezpieczeństwa. Najpierw mu kazali podobno żabkę robić na podwórku, przy wszystkich ludziach, a później go zaaresztowali. Jak się okazało siedział w piwnicy na Kruczej. Myśmy już wtedy z legitymacjami i jeszcze ze sztabu szóstego, poszły z legitymacją Wojtka, zrobiłyśmy potworną awanturę, zabrałyśmy go stamtąd. Taki był wtedy bałagan okropny.

  • Proszę opowiedzieć o organizowaniu Sztabu Głównego, gdzie dowództwo było, o tym zamieszaniu. Jak to wyglądało?

Po prostu nie zgadzało się wszystko z planami, bo nikt nie przewidział tego, że będą barykady, że samochody nie będą mogły się ruszyć. Cały sprzęt trzeba było zmienić, bo megafony były przeznaczone do… Mieliśmy się spotkać w Pałacu Brühla, który był niedostępny. Centrala radiowa była też niedostępna, więc wszystko trzeba było montować. Okazało się, że przemontowanie [sprzętu] na sprzęt przenośny też wymaga czasu, więc pierwsze patrole megafonowe zaczęły działać chyba dopiero od 3 sierpnia. Jak już dostałam przydział do PKO, to pierwsze zlecenie jakie miałam, to było towarzyszenie patrolowi megafonowemu. Poszliśmy na Wilczą, już w stronę Emilii Plater, na Wilczej 29 nadawaliśmy jedną audycję, a później w kierunku Placu Trzech Krzyży. I to robiło wrażenie, że nikogo nie ma, że mówimy w ogóle do pustych domów. W momencie, kiedy „Wik” Ubysz włączył hymn, to wtedy z tych pustych domów ludzie zaczęli śpiewać. To był bardzo wzruszający moment, kiedy nagle te domy ożyły. [...] Myśmy mieli pełne nagrania „Warszawianki” do audycji. Na ogół były nagrane tak, że był schemat jakiś poza komunikatami, bo mówiło się: „Tu Armia Krajowa! Tu megafony Armii Krajowej!” Tak to się zaczynało, „Warszawianka”, komunikaty i później zawsze były jakieś jeszcze pogadanki. Ale na ogół koledzy, którzy to prowadzili odrzucili cały ten notatnik prelegenta i mówili od siebie, bardzo często recytując po prostu wiersze, albo sami improwizowali w zależności od tego gdzie to było. Część audycji było czasem nadawanych w podziemiach, część dla ludzi, którzy jak już zaczęły się bombardowania i dużo było uchodźców z Woli przede wszystkim, to [byli] w schronach. Każdy patrol megafonowy, oprócz tego, który prowadził audycję, składał się z chwatów, to znaczy żołnierzy, którzy byli w BIP-ie osłoną drukarni... ale przede wszystkim [byli] dyspozycyjni. [...]To wszystko funkcjonowało do czasu, kiedy działała elektrownia, to znaczy, część sprzętu została zniszczona, bo Niemcy strzelali szczególnie do tych megafonów, które działały na pierwszej linii z „Akcji N”, bo dwa patrole prowadziły „Akcję N”, to znaczy nadawały w języku niemieckim. Jeden z tych patroli prowadzony przez Tadeusza Sołtana pseudonim „Karcz”, wymyślił taką historię, że Niemcom zaczęli wygłaszać mowę na ten temat, że Armia Krajowa zdobyła od Anglików, ze zrzutów, miny pełzające i że jeżeli się nie poddadzą, to za chwilę wybuchną. To zadziałało, poddali się, ale to była mało znacząca placówka. Ale „Akcja N” miała duże znaczenie propagandowe i to były dwa patrole.

  • Czyli taki patrol dostawał rozkazy i szedł w miejsce…

Szedł, gdzie chciał.

  • Gdzie chciał?

Gdzie chciał. To znaczy były patrole, które obsługiwały Warszawę Południe. Stale był Wojtek Mencel, reszta przychodziła z drugiej strony alei, i właśnie Zbyszek Laskowski. Na drugą stronę był z „Akcji N” Tadeusz Sołtan – „Wik ” czyli Ubysz, taki poeta, autor wielu dobrych wierszy powstańczych. Chodziłam albo ze Zbyszkiem Laskowskim, albo z Ubyszem przez pierwsze dni. Później raz miałam przydział w nocy na zrzuty, to też była wspaniała historia. Nie pamiętam, którego dnia sierpnia na Placu Napoleona, obecnym Placu Powstańców, w nocy zapaliło się trzy ogniska. To był sygnał, że mają nastąpić zrzuty i samoloty leciały bardzo nisko, tak że myśmy się po prostu bali, że zahaczą o Prudential. Zrzucili wtedy między innymi broń, do której nie było naboi, ale najtragiczniejsze było to, że widzieliśmy jak jeden z tych samolotów później został trafiony już odlatując. W tamtym okresie, pamiętam jak przyszli pierwsi ludzie z Woli, między innymi od nas przyszedł z BIP „Błażeja”, Staszek Ziębicki, zresztą ze „Sztuki i Narodu” i przyszedł sierżant, który nie pamiętam, jak się nazywał... Był w Halach Mirowskich wieszany przez Niemców, udało mu się urwać jakoś i miał ślad na szyi po tej szubienicy. Opowiadał właśnie o tych wszystkich strasznych rzeczach, które Niemcy wyczyniali w okolicy Hali Mirowskiej. „Błażeja” jakoś piwnicami przedostał się i już nie wrócił na Wolę.
Warszawa, 16 maja 2007 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Herbich
Halina Szwykowska (W Powtaniu Laskowska) Pseudonim: „Maria”, „Leszczyńska” Stopień: polowy sprawozdawca wojenny Formacja: BiP KG AK Dzielnica: Śródmieście Północne i Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter