Hanna Janina Kościesza

Archiwum Historii Mówionej

Hanna Kościesza, urodziłam się 4 czerwca 1934 roku w Warszawie. […] Od urodzenia mieszkałam przy ulicy Przemysłowej 9 mieszkania 80. To były kamienice „studnie”, składały się z dwóch budynków i dwóch podwórzy: jedno duże podwórze od ulicy Przemysłowej, drugie (ja mieszkałam w tym drugim domu), mniejsze, prowadziło na ulicę Łazienkowską. Moje okna wychodziły na ulicę Łazienkowską. Z tym że był taki teren, przylegający do naszych domów, od strony ulicy Łazienkowskiej, który był tak paradoksalnie nazwany [„babci ptaszkiem”], dlatego że tam były hodowane gołębie. Poza tym ten teren był niezabudowany, tylko prawdopodobnie były warsztaty naprawy autobusów i one tak mniej więcej ciągnęły się od ulicy Czerniakowskiej do numeru chyba [trzynastego ulicy Przemysłowej].

  • Czym zajmowali się pani rodzice w czasie okupacji?


W czasie okupacji ojciec pracował u Niemców, mama zajmowała się nami, nie mogła pracować. Ojciec miał wykształcenie techniczne i przedtem pracował [w fabryce] hrabiego Ledóchowskiego, tam był wyrób siatek, a potem oczywiście Niemcy zajęli, więc ojciec tam u tych Niemców pracował, bo musiały być pieniądze, żeby z czegoś żyć. Oczywiście za te pieniądze to nic w Warszawie nie można było kupić i trzeba było się starać o żywność. No to staranie się o żywność to był wyjazd na tak zwany szmugiel. No i było tak, że moja mama najpierw wyjeżdżała bez nas, to do Działoszyc (jakaś wieś Parszywka). W Warszawie kupowała ubrania, różne rzeczy, zawoziła to, i tam był tak zwany handel wymienny i za te ubrania dostawała żywność, bo w Warszawie niestety nie było żywności. Niemcy tylko na kartki racjonowali chleb, który prawdopodobnie nie był z mąki, i marmoladę z buraków, więc trzeba było się samemu starać. Mama najpierw sama jeździła, ale taka wyprawa była bardzo niebezpieczna, bo na ogół były zatrzymywane pociągi, zwłaszcza w nocy i te osoby były rozstrzeliwane. Tak że myśmy się bardzo martwili, denerwowali, czy mama z takiej wyprawy wróci. Było tak, że już kiedy było bardzo niebezpiecznie, mama zabierała siostrę, bo uważała, że Niemcy to potraktują jakoś ulgowo, i potem na zmianę mnie. Właśnie w czasie takiego wyjazdu, jak wracałyśmy już z żywnością, to w nocy zatrzymali pociąg, wypędzili wszystkich z pociągu i oczywiście rozstrzeliwali. Ja się z mamą schowałam w zbożu, to w nocy nas znalazł Niemiec, spytał się: „Co wy tu macie?”, no to wymieniłyśmy. Okazało się, że to był Ślązak, i powiedział, żebyśmy w inną stronę uciekły.

  • I w ten sposób panie już dotarły potem do Warszawy?


Tak, dotarłyśmy do Warszawy. I teraz proszę posłuchać, jak to wyglądało w Warszawie. Bo to, co mama przywoziła, to część żywności odsprzedała, żeby mieć pieniądze na zakup znów tych ciuchów. Ten handel to się odbywał na stolnicach, przed bramą. Najczęściej to było tak, że były łapanki i bardzo często tylko słowo „buda”, to wiadomo było, o co chodzi, i wszyscy się rozpierzchali na wszystkie strony do bram, na klatki schodowe. Więc tak wyglądało życie.

  • Co pani zapamiętała z momentu wybuchu wojny, czyli z 1 września 1939 roku?


Trzydziesty dziewiąty rok, 1 września, byliśmy na letnisku w Choszczówce i wtedy właśnie wybiegliśmy, bo usłyszeliśmy warkot samolotów, no i oczywiście sama widziałam lecące samoloty. Potem wróciliśmy z tego letniska, to było niedaleko Warszawy (teraz to jest „zielona Warszawa” – Choszczówka), i już całą okupację spędzałam w Warszawie.

  • Urodziła się pani w trzydziestym czwartym roku, czyli była pani dzieckiem w trzydziestym dziewiątym. Do szkoły jeszcze wtedy pani nie chodziła.


Zaraz powiem.

  • Kiedy pani zaczęła chodzić do szkoły?


Prawdopodobnie w czterdziestym pierwszym roku. Chodziłam na ulicę Czerniakowską – róg Łazienkowskiej i Czerniakowskiej była szkoła podstawowa z internatem i tam chodziłam.

  • Długo się pani tam uczyła? Czy były jeszcze jakieś inne szkoły, komplety tajne?


Nie, nie. Do wybuchu Powstania… Prawdopodobnie tak, do wybuchu Powstania, bo później to wszystko zostało zbombardowane. Ja byłam i tak opóźniona w chodzeniu do szkoły przez ten okres wojny, bo mówię, że dopiero w pięćdziesiątym czwartym roku skończyłam liceum Batorego, tak że miałam dwadzieścia lat. Bo mówiąc prawdę, przez okres okupacji to nie było warunków do uczęszczania.

  • Czy zetknęła się pani w okresie do Powstania z konspiracją?


Moja ciotka, tatusia siostra była w konspiracji.

  • Jak się nazywała?


Jadwiga Zielińska. I ja, to co wiem, to wiem, że ona przenosiła broń i była w grupie osób, które wykonywały wyroki na folksdojczach. Oni nie otwierali drzwi, więc ona chodziła, że sprzedaje jakiś towar, więc otworzyli, no oczywiście wtedy te wyroki były wykonywane. Jeśli chodzi o nią, to ona działała w Warszawie, potem już była właśnie w konspiracji, to w tej Polsce Podziemnej i wtedy właśnie… Mogła działać dotąd, dopóki już musiała iść do lasu [z powodu denuncjacji].

  • To było jeszcze przed Powstaniem?


Przed Powstaniem, przed Powstaniem. Potem działała w partyzantce i chyba w czterdziestym siódmym roku wróciła do Kowar, bo tam były dwie siostry tatusia, które zostały wywiezione w czasie Powstania do Niemiec i one już nie wróciły do Warszawy, tylko się zatrzymały [w Kowadłach]. Jadwiga z kolei była najmłodszą i ona właśnie przeniosła się do tej Zofii w Kowarach. No oczywiście jak była w lesie, to się przeziębiła, dostała gruźlicy i niestety zmarła po tym wszystkim.

  • Czy pani pamięta, jak ludność cywilna podchodziła do sprawy Powstania Warszawskiego? Jaka była atmosfera wtedy wśród ludności cywilnej?


Ja może zacznę od tego momentu, jak wybuchło Powstanie. Nas o godzinie siedemnastej [zwabiły do okna] wychodzącego na ulicę Łazienkowską [strzały i zobaczyliśmy młodych ludzi z opaskami biało-czerwonymi na rękawach]. Tak samo w sierpniu był taki upał jak ostatnio teraz i usłyszeliśmy strzały, ale myśmy byli już obeznani z tymi strzałami, bo to słychać było na ulicy, to jak zabili jakiegoś Niemca czy [folksdojcza]. Ale pobiegliśmy do okna i co zobaczyliśmy: młodych ludzi z opaskami biało-czerwonymi na rękawach. Więc ja wybiegłam, rodzice, wybiegliśmy na podwórko od ulicy Przemysłowej i znów zobaczyliśmy młodych z karabinami biegnących, z opaskami, mówiących, że Powstanie wybuchło. To wszystko to pamiętam. I wtedy chyba te głośniki, że wybuchło Powstanie, wzywają ludność Warszawy, mieszkańców, do obrony swojego miasta. Na ten apel oczywiście wszyscy, wszyscy mieszkańcy, cywile, przystąpili do obrony. W jaki sposób? Kopano rowy, kopano te przejścia, żeby z jednego domu na wprost można było przejść, następnie w piwnicach wybijano dziury, żeby można było się tak poruszać. Została wybudowana barykada między numerem Przemysłowa 13 a Przemysłowa 10. Po tej stronie, co ja mieszkałam, to były nieparzyste, po przeciwnej stronie były parzyste. Wtedy jak wyglądało to budowanie: oczywiście mężczyźni wybijali płyty chodnikowe, to wszystko szło na barykady, meble inni wyciągali. I ja również przynosiłam z domu krzesła, taboret, no, takie różne, lżejsze rzeczy. Tak że oczywiście barykadę budował ojciec. No nie sam, tylko przy pomocy innych mężczyzn. Kopał – jak powiedziałam – rowy, wybijał [płyty chodnikowe]. Tak że właściwie ludność Warszawy… Wiem, że reakcja ludności Warszawy była taka, że jak zobaczyła młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, no to euforia była, że to już koniec represji. To tak mniej więcej wyglądało. [Zarzewiem wybuchu Powstania o godzinie siedemnastej były strzały dochodzące z ulicy Łazienkowskiej i Przemysłowej oraz pieśni patriotycznej „Warszawianki” płynące z głośników ulicznych oraz apel, skierowany do mieszkańców, obrony Warszawy. To wywołało ogromną euforię wśród wyległych mieszkańców domów przy ulicy Przemysłowej 7, 9, 11]. Ludzie rzucali się sobie na szyję, ściskali się, całowali i płakali. I odpowiedzieli niemal natychmiast na ten apel wybudowaniem barykady (za kamienicami przy Przemysłowej 13 i 10), wykopów, łączącą przeciwległe budynki na ulicy oraz otworów w ścianach piwnicznych między budynkami. – Tekst dopisany na życzenie rozmówcy, nieobecny w nagraniu wideo].

  • Ale Powstanie trwało sześćdziesiąt trzy dni.


Powstanie trwało sześćdziesiąt trzy dni. Powstanie trwało sześćdziesiąt trzy dni i przez te sześćdziesiąt trzy dni, jak powiedziałam… Później, jak już rowy, to znaczy te okopy były wybudowane… My mieszkaliśmy na drugim piętrze, nie można było tam mieszkać, dlatego że cały czas leciały bomby, cały czas pociski armatnie. No, ta barykada to miała na celu ochronić, żeby nie dopuścić czołgów, ale niestety leciały bomby. I teraz tak: wiem, że była wybudowana studnia abisynka na podwórku, bo prawdopodobnie, chyba już na samym początku, Niemcy zburzyli wodociągi, bo wodociągi były obiektem strategicznym. No i brak wody. Ludzie sobie jakoś radzili właśnie z wybudowaniem tej „abisynki”.

  • Ale czy się zmienił stosunek ludności cywilnej do Powstańców? Bo mówiła pani, że była wielka euforia, kiedy wybuchło Powstanie.


Była wielka euforia i ten stosunek się nie zmienił, ludzie pomagali, jak tylko mogli. Oczywiście cała ludność Warszawy na ten apel… Co mogła, to robiła – ludność cywilna. Broni nie było. Poza tym moja siostra, która miała dwanaście lat, ona należała do harcerstwa i potem z takimi właśnie, ale dużo starszymi, bo to mniej więcej szesnaście lat, osiemnaście lat, ona się przemieszczała. I najpierw mieli chyba kwaterę przy Przemysłowej 31, potem przenieśli się na Zagórną 12, potem wrócili z powrotem, dwadzieścia pięć, ale to już przez ten okres, tak mniej więcej do 14 września, bo myśmy zostali wygnani 14 września.

  • Czy w czasie Powstania docierała do rodziców jakaś prasa powstańcza, czy w czasie okupacji mieliście państwo na przykład możliwość słuchania radia?


Nie mieliśmy możliwości słuchania radia.

  • A czy prasa powstańcza do państwa docierała, czy pamięta pani, że w domu były jakieś gazetki?


Nie powiem, nie powiem, dlatego że później nasze życie tylko się w piwnicy skupiło. Wiem, że były chyba jakieś ulotki wyrzucane. Tak że trudno mi jest powiedzieć o jakiejś prasie.

  • Czy istniało jakieś życie religijne?

 

Ach, istniało. Zaraz panu powiem, jak to wyglądało. To wyglądało tak, że jak powiedziałam, rola i działanie ludności Warszawy polegało na tym, że właśnie mężczyźni brali udział w tych ciężkich pracach, dzieci też – ja też pomagałam – ale ci starzy, już tacy po osiemdziesiątce czy osiemdziesiąt, to modlili się na podwórku. Bo na naszym podwórku i wiem, że Przemysłowa 9, Przemysłowa 7, 11 były wybudowane kapliczki. Pamiętam, że wtedy również nadleciał samolot i zrzucił bombę – tam część osób zginęła, no i były chowane te osoby na podwórku.

Następnie z tego okresu pamiętam te wybuchy, te bombardowania. Poza tym wszyscy inni (ja też pomagałam) gasili pożary. Nie było czym, bo była ta „abisynka” [niewydolna], więc nawet nabierano piach z tych rowów, okopów i przysypywano, ale to nic nie dało. To tak mniej więcej wyglądało.

  • Wspomniała pani o Niemcu, Ślązaku, który pomógł paniom…


Pozwolił nam uciec.

  • Czy później, w czasie Powstania, też miała pani jakiś kontakt z Niemcami?


No kontakt to był w czasie Powstania [taki], że czternastego już ta dzielnica została opanowana i nas już wyrzucali, bo już w piwnicach byliśmy. Pamiętam to doskonale jak, też chyba po polsku, żeby weg, weg, żeby te piwnice opuścić. Oni do piwnicy nie weszli, ale oblewali benzyną piwnice i [z miotaczami ognia] od razu podpalali. I wtedy właśnie, 14 września, to z grupą… Aha, i jeszcze jak nas wypędzili z piwnic, to była taka sytuacja: był tatuś, czyli cała nasza rodzina, wtedy nadleciał samolot i zrzucił bombę. Myśmy się cofnęli, to znaczy brat, [ja, mama, siostra], a tatuś poszedł naprzód i już myśmy się zgubili z ojcem. Odnaleźliśmy się oczywiście na wsi. Prawdopodobnie ojciec przechodził przez Wolę. Nas z kolei skierowali na ulicę Łazienkowską, tam była fabryka Martensa, wyrób win i wódek, i od ulicy Łazienkowskiej, mniej więcej tak jak ten, mówiłam, ten „babci ptaszek”, to tam było ogrodzenie tej fabryki i nas tam ustawili, już pod tym ogrodzeniem były rozstawione karabiny maszynowe i na rozstrzelanie. Nie wiem, jak długo czekaliśmy, nie wiem, ale prawdopodobnie w ostatniej chwili przyszedł sygnał, że mają nas prowadzić do Pruszkowa. I oczywiście wtedy prowadzili nas tam, gdzie była ta szkoła, do której chodziłam – ona już była zgruzowana, prowadzili nas przez gruzy, do ulicy Łazienkowskiej. Na Łazienkowskiej był stadion Legii. Oczywiście Niemcy nas ostrzelali z Legii. No i prowadzili nas ulicą Łazienkowską do Myśliwieckiej, przez park Agrykola, bo był taki park, do ulicy Agrykola, Agrykolą do Alej Ujazdowskich i do gestapo na Szucha. Tam nas trzymali całą noc, stamtąd nas wyrzucili po jednym dniu, oczywiście tam katowali wiele osób. Nas prowadzono wtedy chyba Alejami Ujazdowskimi do Nowego Światu, później Nowym Światem i tam chyba w kierunku Raszyna. Zaznaczam, że trzeba było podążać, bo jeżeli ktoś nie nadążył, to był rozstrzeliwany zaraz, natychmiast. Ja miałam rodzinę… I w ten sposób dotarliśmy do Pruszkowa.

 

  • Do Pruszkowa dotarła pani, pani siostra o dwa lata starsza, brat…


Tak, brat i mama.

  • Brat był starszy?


Brat młodszy. Brat się urodził w 1939 roku, 14 lipca.

  • I pani mama.


I moja mama.

  • W czwórkę dotarliście, bo tata wychodził z Warszawy prawdopodobnie przez Wolę.


Przez Wolę, bo w momencie jak nadleciał samolot, no to oczywiście tatuś pobiegł naprzód, a myśmy się cofnęli.

  • Jak wyglądał ten moment, kiedy dotarliście do Pruszkowa?


Jak dotarliśmy do Pruszkowa, to było tak: To było na terenie chyba warsztatów naprawczych taboru kolejowego, w takich jakichś halach i tam były tysiące osób, stłoczone. Oczywiście jak długo, to ja nie wiem, jak długo nas tam trzymali, ale wiem, że tam tylko pokotem można było leżeć na [betonie]. Oczywiście wiele osób prosiło o wodę, więc… Dzieci płakały, starsze osoby umierały – tam już wiele osób umarło.

  • Długo tam państwo byliście?


Trudno mi powiedzieć, bo ja tak dokładnie tego nie pamiętam, ale wiem, że gdzieś pod koniec września dotarliśmy na wieś. Więc tam mogliśmy być trzymani, no ja wiem, no parę dni. Tak że wtedy nas stłoczyli do wagonów towarowych i wywieźli do stacji [Złoty Potok], w kierunku Częstochowy. Tam właśnie wyrzuceni byli warszawiacy, tam już na stacji były podwody i rozwozili do wsi. Wiem, że myśmy trafili na taką wieś, to mój brat doskonale też pamięta tego gospodarza, nazywał się Pluta ([brat] tylko to pamięta właściwie z okresu Powstania). Nic nie mieliśmy, tak jak staliśmy, oczywiście wyszliśmy, dał nam do przykrycia derkę z konia, [w której] były końskie wszy, które nas idealnie oblepiły – wszystko – ubranie, które mieliśmy, bo przecież spaliśmy w tym, w czym wyszliśmy. Potem była taka sytuacja, nie wiem, nie pamiętam, jaka to była wieś, tylko wiem, że Pluta się nazywał ten gospodarz. I tam chyba bodajże na tej wsi siostra kopała ziemniaki, ja [również] kopałam, więc dostaliśmy tam jakichś ziemniaków do jedzenia. Następnie, ponieważ tam było bardzo dużo warszawiaków, więc jakaś [kobieta] zauważyła i poznała nas, i się spytała: „Gdzie jest wasz tatuś?”. Ja mówię, że myśmy się zgubili. „Tatuś jest w Soborzycach” – to było chyba jakieś siedem kilometrów od tej wsi, w której byliśmy. I tam w tych Soborzycach to była moja babcia. Bo tak: ze strony mamy to babcia, wujek, [ciotka] i właśnie mój ojciec jakoś tam się znaleźli. Dotarła wiadomość do nich, że my jesteśmy na tej wsi. Co to za wieś, to ja w tej chwili sobie absolutnie [nie przypomnę], tylko gospodarza pamiętam. Tatuś tam dotarł, zabrał nas z powrotem do Soborzyc. No ale to był taki pokój, gdzie było pełno warszawiaków, i babcia, i wujek, i ciotka, i w końcu tatuś, i my, więc było bardzo ciasno, nie można się było pomieścić. I wiem, że wtedy myśmy się przenieśli na wieś Kozie Pole… Nie, nie, ale jeszcze pamiętam, że tatuś dotarł do tej wsi, gdzie nas wszy pogryzły…

  • Tam do tego gospodarza Pluty?


Tak.

  • To był Polak?


To był Polak, Polak. No i tam zrobił taką „parówkę” z naszego ubrania. No oczywiście myśmy już podziękowali za tę derkę, wróciliśmy tam do babci, ale długo nie mogliśmy być, bo nie było gdzie, i przenieśliśmy się na wieś Kozie Pole. I pamiętam, na tym Kozim Polu – to też pamiętam to doskonale – tatuś, [który] miał maturę, zajmował się krowami, no bo niestety trzeba było coś tam na jakieś wyżywienie zarobić. Ojciec nie mógł sobie poradzić, no to nas wzywał, bo tam krowy pobiegły w coś, gdzie nie powinny być. I tak to trwało chyba przez okres zimy i wiem, że chyba zaraz po 17 stycznia tatuś poszedł pieszo do Warszawy, ale wkrótce wrócił, bo okazało się, że były śniegi takie, że nie mógł się przedrzeć i wrócił. Wrócił i dopiero chyba gdzieś w marcu razem z mamą poszli pieszo do Warszawy. Nas zostawili na wsi. [Żeby przetrwać ten okres bez rodziców chodziłam od wsi do wsi, od chałupy do chałupy i żebrałam o żywność i przynosiłam bratu i siostrze]. Jak wrócili do Warszawy, to oczywiście Warszawa już była [całkowicie] zniszczona, pozostały tylko te domy, gdzie mieszkali Niemcy. Na wprost liceum Batorego, bo mówię – Rozbrat 6, Rozbrat 8 i była ulica Przemysłowa… Oczywiście już wiedzieliśmy, że tam nic nie ma, bo ten dom już jak wychodziliśmy, to się palił. Wtedy, ponieważ w tym domu na Rozbrat 6 mieszkali Niemcy, to ten dom się zachował. No i tatuś z mamą zajęli jeden pokój, bo nie można… To były jakieś lokale sześciopokojowe, ale więcej nie można było zająć, tylko jeden pokój. Oczywiście nie było szyb, no to tatuś pozabijał dyktą i wtedy został tam w tym mieszkaniu, i pilnował, a mama wróciła po nas. Jak wróciła po nas, to chyba gdzieś wróciła w kwietniu albo w maju – wróciła w maju, wtedy kiedy już można było przyjechać pociągiem, i zabrała nas. Tak że my, mówię o siostrze, mówię o sobie, później mówię o bracie, wróciliśmy gdzieś na początku czerwca do Warszawy.

  • Jak zapamiętała pani Warszawę?


Pamiętam, Warszawa była zdruzgotana. Pamiętam te momenty, jeszcze gruzy nawet pod drugie piętro, gruzy na chodnikach, na jezdni, wszędzie, tak że w zasadzie jeszcze trzeba było chodzić po tych gruzach.

  • Czy pomagaliście państwo w odgruzowywaniu?


Tak, wszyscy pomagaliśmy w odgruzowywaniu, wszyscy.

  • I w tym okresie poszła już pani do szkoły, bo mówiła pani o pięćdziesiątym…


Nie, dopiero od września, od września, bo to… od września i na ulicę Zagórną. Tam też szkoła przetrwała, bo tam Niemcy byli, tak że nie bombardowali. Tam gdzie Niemcy byli, no to te budynki przetrwały. Od września zaczęłam chodzić do szkoły i prawdopodobnie chyba szkołę podstawową skończyłam w czterdziestym dziewiątym roku. Potem chodziłam do gimnazjum handlowego na ulicę Górnośląską, skończyłam w pięćdziesiątym drugim i przeniosłam się do liceum Batorego. Liceum Batorego skończyłam w pięćdziesiątym czwartym roku, mając dwadzieścia lat. No a potem poszłam na studia i… Tak że to mniej więcej tak wyglądało.
[Tekst dopisany na życzenie rozmówcy, nieobecny w nagraniu wideo: Na studiach zetknąłem się z wykładowcą podstaw marksizmu, który z powodu tego, że nie należałam do ZMP, groził mi relegowaniem z uczelni, jeśli nie wstąpię do ZMP. Rozmowa z nim po wezwaniu mnie do swego gabinetu przebiegała następująco: „Wy należycie do ZMP?”. – „Nie”. – „Wy wstąpicie do ZMP”. – „Nie”. – „Wy jesteście wrogiem klasowym i wy nie zdacie egzaminu z marksizmu, ani pierwszego, ani poprawkowego, ani komisyjnego”. Rzeczywiście po zgłoszeniu się na egzamin i ponownym wysłuchaniu formułek „wy, wy, wy” bez zadawania pytań dotyczących sprawdzianu moich wiadomości z podstaw marksizmu wykładowca (egzaminator) ocenił moją wiedzę niedostatecznie. Egzamin poprawkowy zdawałam we wrześniu przed inauguracją roku akademickiego, przed innym egzaminatorem (mój prześladowca zachorował), który ocenił moją znajomość z podstaw marksizmu pozytywnie. W następnych latach nie spotkałam się z podobnymi szykanami i skończyłam uczelnię bez problemu].

  • Czy jest pani w stanie z dzisiejszej perspektywy, siedemdziesięciu dwóch lat, ocenić Powstanie, czy ono w ogóle było potrzebne?


Czy ono było potrzebne? Więc powiem tyle, że to podbudowało ludność. Na pewno nie było potrzebne w tym sensie, że tyle ludności zginęło, ale to była euforia dla ludzi, bo liczyli na to, że już ta okupacja, że Niemcy, to wszystko się skończy. No niestety. Tak że to był taki zryw patriotyczny, dla wszystkich. Na pewno było niepotrzebne z punktu tego widzenia, że tyle ludności, młodych ludzi, niepotrzebnie zginęło.

  • Czy chciałaby pani coś jeszcze dodać do swoich wspomnień z okresu okupacji i Powstania?


[Tekst dopisany na życzenie rozmówcy, nieobecny w nagraniu wideo: W czasie okupacji przy Przemysłowej 9 mieszkałam z folksdojczem, który po Powstaniu również zamieszkał w tym samym domu, w którym mieszkałam, przy Rozbrat 6. Wówczas już były folksdojcz stał się „wielkim działaczem w PPR i PZPR. Śmierć Stalina w 1953 roku i Bieruta w 1956 roku przeżywał prawdopodobnie „tragicznie”, gdyż „żałobę” po nich manifestował wystawianiem w oknie ich portretów przepasanych kirem (mieszkał na parterze, a jego okno było od ulicy). Jego syn był milicjantem.
W czasie okupacji również na ulicy przemysłowej stykałam się z dziećmi folksdojczów i Niemców, które swoją wrogość w stosunku do mnie objawiały obraźliwymi słowami „idzie polska świnia”. Za drugim czy za trzecim razem odpowiedzią na te epitety była moja agresja czynna, polegająca na pobiciu ich. Musiałam wówczas zaniechać chodzenia do mojej rodziny mieszkającej przy Przemysłowej 10].
Czy bym chciała coś jeszcze dodać? Więc mówię, że bałam się, bałam się tych bomb, bałam się właśnie tych wybuchów, tych pożarów, bo ja to wszystko widziałam, przeżywałam. No, niemniej pomagałam w czymkolwiek się dało. Jeśli chodzi o siostrę, to siostra… Aha, więc już wtedy, kiedy ci harcerze… To powiedzieli jej, ona miała dwanaście lat: „Wracaj, mała”. Oczywiście dostała legitymację AK. No i potem jak już wróciła z tą legitymacją AK, a to było chyba przed 14 września, to powiedzieli: „Zabieraj mała, tutaj mamy jeszcze jakiś chleb czy tam jakąś marmoladę – mówili – zabieraj, idź do domu, bo my kanałami idziemy do Śródmieścia. Z nami nie pójdziesz”. No i już jak siostra przyszła, no to w tej piwnicy byliśmy. Ale jeszcze przed tym… Aha, wspomnę, że był taki szpitalik, taki punkt opatrunkowy przy ulicy Przemysłowej 19, to też tam była taka Blaszanka, fabryka [wyrobu siatek i puszek do konserw], ale już w czasie Powstania ona nie funkcjonowała, tylko tam był taki punkt opatrunkowy, tam właśnie byli Powstańcy, no i moja siostra z początku no to doprowadzała tych rannych do tego punktu.

  • Jak siostra dostała legitymację AK, to znaczy że działała w jakiejś organizacji, była zaprzysiężona.


Tak, ale to zostało… No niestety, mama to zniszczyła, zniszczyła wszystko.

Warszawa, 26 listopada 2015 roku
Rozmowę prowadził Jan Wawszczyk

Hanna Janina Kościesza Stopień: cywil Dzielnica: Powiśle

Zobacz także

Nasz newsletter