Helena Tkaczyk

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Helena Tkaczyk, urodzona 18 lipca 1915 roku.

  • Czy pamięta pani czasy dzieciństwa?

Pamiętam. Tylko się bawiłam, latałam, do szkoły chodziłam, wagarowałam, oszukiwałam, bo przecież trzeba było się wyszumieć. Przecież byłam na wolności. Rodzina mnie rozpieszczała. Latałam z rodziny do rodziny, całe miesiące, całe lata i bawiłam się.

  • Gdzie pani chodziła do szkoły?

Na Leszno, pod którym [numerem] – nie pamiętam.

  • Czy skończyła pani wszystkie klasy?

Skąd! Skończyłam byle jak. Ale książkę miałam pisać, miałam wszystko opowiedzieć, bo z mojego życia można przepiękny film zrobić. Ale wszystko poszło w nic, już nie warto nawet mówić.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

Wolałabym nie mówić. Nie mam rodziny. Mam jedną córkę, anioła, nie córkę. I mam syna, pułkownik.

  • Chodzi o rodzinę z czasów przedwojennych.

Wiem, że mieli gospodarstwo. Moja mama była jedynaczką. Była taką dziewczynką ze wsi, bo tyle co słyszałam od rodziny, od mojej mamy, jak opowiadali sobie ludzie na wsi, że była najpiękniejsza w Lubani. Mój tata to był poznaniak, podobno jestem z niemieckiej rodziny. Dopiero się dowiedziałam w wojnę, że jestem z niemieckiej rodziny. Moja cioteczna siostra miała biedę w wojnę, chory był mąż. Wyszła za mąż za Niemca, nazywał się Kreczmer. Jeździł na taksówce, bo miał swój samochód. Jeździł jako kierowca, zachorował na płuca. Ona miała troje dzieci: dwóch synów i córkę. Jeden miał padaczkę. [Była u nich] straszna bieda. Ona sprzątała Łazienki i ją zredukowali. Nie miała po prostu co jeść. Jej mąż poszedł do Niemców i [powiedział], że on jest Niemcem, żeby mu pomogli. Wtedy się dowiedziałam, że jestem z niemieckiej rodziny. Kuzynka mi powiedziała: „Słuchaj, po co ty się będziesz męczyć? Będziesz miała tak dobrze jak ja”. Niemcy zabrali chłopaków do siebie, tego z padaczką do szpitala, a córka została przy niej. „Będziesz miała dobrze”. Ale jej powiedziałam: „Ja się urodziłam jako Polka i umrę jako Polka”. Nie chciałam nawet słyszeć. Dwa razy Niemiec przychodził. Powiedział, że moja babka się nazywała Miedzikowa, że jestem z niemieckiej rodziny. Nawet słyszeć tego nie chciałam. On mówił po polsku. Powiedziałam tylko: „Ja jestem Polką i będę Polką”. Tak było. On się odczepił ode mnie i już później, jak było tak było, ale jakoś się przeżyło.
Tyle wiem, że ojciec miał niejeden fach. Był dobrym szewcem. Ożenił się z mamą. Moi dziadkowie dostali od dziedzica piętnaście morg ziemi i mama została na gospodarstwie. Ojciec się z moją mamą ożenił. Ja byłam siódma z kolei. Nie podobało mi się być w domu, ciotki przyjeżdżały, miałam ojca siostrę w Rawie Mazowieckiej, trzy siostry w Warszawie i brata w Warszawie, Majchrzaka. Stryjenka miała sześciu synów, wszyscy pracowali w zbrojowni, to pamiętam. U nich byłam po miesiącu: u jednej ciotki, u drugiej, u trzeciej, u czwartej. Jedna ciotka, ojca siostra mieszkała na Majowej. Wyszła za mąż i postawili sobie domek. Wujek był kolejarzem, mieli jednego syna, kształcił się na lekarza. Ponieważ w sylwestra przeziębił się, dostał zapalenia płuc i umarł. Był już na piątym roku medycyny. Ciotka została bez dzieci. Druga ciotka, Michalina, mieszkała na Żytomierskiej – ojca siostra. Na Ogińskiego mieszkała stryjenka z sześcioma chłopakami. Wszyscy chłopcy pracowali w zbrojowni. Stryjek już nie żył, stryjka nawet nie znałam. Do tej pory jeszcze wiem, że jeden jeszcze żyje, Majchrzak, bo dwanaście lat, jak jestem u córki. Jeszcze u niego byłam. Mieszkał... na Targowej z rodziną. Jeszcze jedna siostra, Bulikowska, mieszkała na Fabrycznej, na Czerniakowie. W Powstanie się właśnie do jej dzieci dostałam. Ciotka już dawno nie żyła i wujek, ale syn mieszkał, był kucharzem w banku angielsko-polskim. Codziennie do pracy chodził w białej koszuli, we fraku, bo był kierownikiem w banku angielsko-polskim na Krakowskim Przedmieściu. Bratowa była położną. Dzieci nie mieli, tylko wzięła swojej siostry córkę na wychowanie. W Powstanie właśnie się do nich przedostałam.

  • Porozmawiajmy o czasach wojennych. Czy pani pamięta wybuch wojny?

Pewnie. Już mieszkałam na ulicy Mińskiej od 1936 roku. Moja siostra przyjechała za mną doWarszawy. Zamieszkała, kupili sobie dozorstwo właśnie w tej kamienicy, gdzie był mój znajomy gospodarz. Dał im dozorstwo. Moja siostra tam mieszkała. Później ja się tam sprowadziłam, już w 1940 roku, w październiku. Ale już od 1936 roku mieszkałam u siostry w dyżurce, miała pokoik jako dyżurkę.

  • Z czego się pani utrzymywała? Jak pani zdobywała żywność?

Siostra mi dawała jeść, do rodziny chodziłam. Byłam gościem w domu. Byłam rozrywana u rodziny. Chodzili ze mną do teatru, do kina, miałam zamożną rodzinę. Chodzili ze mną i rozbałamucali mnie. Co ja miałam w głowie? Latanie.

  • Gdzie pani pracowała w czasie wojny?

W domu. Jak już się syn urodził, to mowy nie było, [żeby] iść do pracy. Wtedy miałam znajomego, był przysięgłym buchalterem w [niezrozumiałe] na Chmielnej i prowadził księgowość w aptekach, bo był przysięgłym buchalterem. Dał mi posadę w restauracji za dwa tysiące złotych, żebym poszła do pracy. Chciałam pójść, to mój przyjaciel się nie zgodził, żebym dziecko zostawiła i poszła do pracy. Poświęciłam się dla dziecka i zostałam z dzieckiem. W ogóle nie pracowałam, tylko dziecko chowałam. Później się przeprowadziliśmy na ulicę Mińską. Pomagałam, jak mogłam, w domu pracowałam. Topiłam łój, sprzedawałam i jakoś się żyło. Dobrze się żyło.

  • Pamięta pani, jak wybuchła wojna?

Jeszcze dziecka nie było na świecie. Mieszkaliśmy na Szerokiej. Wtedy Żydów wywieźli. Nawet jedna Żydówka przyszła (nie wiem, jak się dostała), weszła na drugie piętro i skoczyła z drugiego piętra oknem. Zabiła się. Zeszłam później ją zobaczyć, bo widziałam oknem, jak ona leciała z drugiego piętra. Później mieszkaliśmy jeszcze parę dni. Przeszliśmy na ulicę Mińską, bo nam tam gospodarz już dał mieszkanie. Przyszliśmy do siostry na obiad. Była niedziela. [To był] 1939 rok, szliśmy do mojej siostry na obiad na ulicę Mińską. Zaczęły samoloty latać. Rano o dziewiątej już nas siostra poprosiła. Myśmy wyszli, a tu tramwaje jeżdżą, a samoloty jeden z drugim lecą, bomby rzucają. Mówię: „To wojna chyba się rozpoczęła!”. Mój mąż mówi: „Nie, to zagraniczne samoloty lecą, to nie wojna”. No i wybuchła wojna w 1939 roku. To była niedziela.

  • Jak się pani żyło w czasach wojny?

Strasznie. Mój mąż pracował w rzeźni. Miał możność sabotażować, a Niemcy przecież wtedy rządzili. Mój mąż chodził po oborach, wyciągał tłuste krowy, co szły na kontyngent dla żywienia Niemców i wojska. Były oddzielne obory, gdzie były krowy, które chłopi dawali na kontyngent. Miotłą by zabił tę krowę, taka sucha, chuda – skóra i kości. Mój mąż chodził i krowy zamieniał w oborach. Wtedy Niemcy go złapali. To był długi czas, z pół roku, a może rok. Chodził po tych oborach, wybierał, a lekarze zabijali nam te krowy. Powiedzieli, że chora, a to czerwonka, a to to, i tak żeśmy ludzi żywili i pomagali. Jak szły wagony ze świniami, to mój mąż z jeszcze kilkoma robotnikami pokazywał mi, jak szyny się przekłada, żeby świniaki nie dojechały do rzeźni. Każdy żył na swoją stronę. Jak mógł, tak Niemcom przeszkadzał.
Mojego męża wyrzucili (a już syn się urodził) ulice zamiatać. On się strasznie tym przejął. Mój mąż przed wojną zarabiał czterysta sześćdziesiąt złotych miesięcznie, to było z czego żyć, jak kilo kiełbasy kosztowało dwa złote, cukier kosztował złotówkę – można było luksusowo żyć. Jak go wyrzucili, to za karę poszedł zamiatać ulice, cały most Poniatowskiego. Chodził nocą i zmiatał, a w dzień spał. Jakoś się żyło. Później wyprzedaliśmy z domu wszystko, co było: ubranie, bieliznę. Mój mąż był bogaty w ubranie, miał kilkanaście ubrań, trzy kożuchy, buty oficerki, pantofli cała masa. To się sprzedawało na bazarze Różyckiego i się żyło. Jak się nie miało z czego żyć, to się szło na wieś, łachów resztę się wywoziło za garstkę mąki czy kaszy. Człowiek sprzedał i już miał co ugotować. Był głód. W okupację był straszny głód, nawet nie trzeba wspominać. Ale jakoś się przeżyło. Był spokój chociaż. Tylko do siódmej godziny mogła pani chodzić, a potem już nie. Ale jakoś się do wszystkiego człowiek przyzwyczaił. Później Powstanie wybuchło i skończyło się.
  • Proszę opowiedzieć, jak pani żyła w Powstaniu.

Powstanie zaczęło się 1 sierpnia. Pojechałam na wieś zobaczyć się z dzieckiem. Dziecka nie było, bo był wywieziony gdzie indziej. Mąż go wywiózł gdzie indziej. Syn miał cztery latka. Wróciłam z powrotem (pojechałyśmy z przyjaciółką) do Warszawy. Już przenocowałyśmy tę noc w domu: ja i kolega mojego brata. To [byli] sąsiedzi, nawet nie wiedziałam, że się znają jak łyse konie. Szumski, to był przyjaciel mojego brata, kolega. Przenocowaliśmy w moim domu. Poszłam na Nowy Świat. Męża nie było w domu, bo wyjechał. Gdzie był – nie wiem, bo był już rozbity. Nie widziałam się z dzieckiem, jak przyjechałam. Poszłam na Nowy Świat kupić rybę na obiad. Przejechaliśmy most. Sklep z rybami był, nie dochodząc placu Trzech Krzyży. Jeszcze [doszłyśmy] dwa domy dalej, ale już do ryby nie doszliśmy, bo był okropny strzał. Niemcy wyjeżdżali, samochody załadowane prawie pod niebo. Wszyscy Niemcy uciekali samochodami. Sznur samochodów Alejami, Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem. Od Alej Jerozolimskich skręcali w Nowy Świat. Wszystko uciekało. Myśmy chcieli się wrócić, ale nie było możliwości, bo takie strzały były. Co parę minut to ktoś leżał zabity na ulicy.
Tak myśmy dolecieli do ulicy Chmielnej. Na ulicy Chmielnej się zatrzymaliśmy i poszliśmy w Chmielną do Szpitalnej. Szpitalną, [potem obok] braci Jabłkowskich przebiegliśmy i tam było kino „Palladium”. Tam były schrony. Jak tam wpadliśmy, to już było masę osób. Ze sto osób albo więcej. Już ludzie, uciekinierzy, co byli na ulicy – to wszystko poszło do schronu. Poszliśmy i my. Tam się zatrzymaliśmy w schronie. Byliśmy tam dwa tygodnie. Miałam przy sobie osiemset złotych. Ludzie zaczęli się zbierać, gotowali nam na podwórku kotły jedzenia, bo tam była masa osób przybłąkanych. Trzeba było dać im coś jeść. Sklepy były przecież pozamykane. Żywej duszy nie można było [zobaczyć]. Tylko latali żołnierze, wojsko niemieckie, wojsko polskie. Pokopane były długie rowy. Tymi rowami się uciekało. Na każdym podwórku parę grobów. Co parę dni się zakopywało trupy, bo pełno wszędzie było. Tak wytrzymaliśmy dwa tygodnie. W przeciągu dwóch tygodni kupiłam wojskowy bochenek chleba za pięćset złotych. Zostało mi trzysta złotych. Chleb rozkroiłam. Jak się ludzie dzielili ze mną, to ja się podzieliłam. Malutka piętka została dla mnie. Głód. Mówię do Szumskiego: „Słuchaj, ty mieszkasz na Szarej, a mój brat cioteczny z bratową mieszka na Fabrycznej”. Miałam [rodzinę] na Chłodnej – [ale] nie można się było dostać na Chłodną, nigdzie, bo były straszne strzały. Wszędzie, na każdej ulicy żywej duszy. Prócz wojska i żołnierzy niemieckich nic nie było. Tak się latało. Gdzie był jaki ranny, to się zniosło do schronu czy gdzieś akowcy zabrali, gdzieś lokowali. Tak było. Trupy się w prześcieradło kładało się do dołów, zakopywało. Podwórko, nie podwórko, rowy i tak się chowało.
Mówię: „Słuchaj, jak chcesz. Ja idę na Fabryczną do mojego brata. Tam mają dom, tam mają jedzenie. Może ja jakoś przeżyję”. Mówi: „To ja mam matkę na Szarej, to też pójdę”. „No to idziemy”. Trzy dni staliśmy w kolejce od kina „Palladium” przez Widok, żeby się dostać do Alej. W Alejach barykada była do pierwszego piętra. Od Nowego Światu do Marszałkowskiej były po obu stronach porobione barykady. Przez te barykady trzeba było przelecieć tylko nocą. Trzy dni [czekaliśmy]. Już byliśmy tak zmęczeni, że na podwórku spaliśmy na kamieniach, były przecież kocie łby. Spaliśmy na kocich łbach. Już byłam prawie nieprzytomna, bo nie jadłam i nie spałam. Nie było co. W schronie w kinie „Palladium” dawali jeść, ale była kolejka i kto miał jakie naczynie, to dostał jeść. Kto nie miał, to nie dostał. Miałam szklankę. Jak doszłam ze szklanką, to dostałam szklankę zupy. Trochę się napiłam i dałam resztę Szumskiemu. On wypił resztę. Poszłam drugi raz w kolejkę, to znów nie było. Tak się przeżyło. Jak staliśmy już ostatni dzień, to była spowiedź powszechna. Przyszedł ksiądz i tych ludzi zebrał, co chcieli przejść przez Aleje. Tak puszczali: z jednej strony Alej na drugą stronę. Jak się przeleciało, to dobrze, a jak nie, to została zabita i się później ściągało tego trupa i gdzieś się go lokowało: czy do rowu, czy gdzieś; porządek musiał być na ulicy.
Po spowiedzi człowiek już lekki, przechodzi. Najpierw [puścili] Szumskiego. Szumski przeleciał i poleciał. Teraz ja muszę [czekać], aż przeleci następna [osoba] z tamtej strony ulicy na tę stronę. Jak przyleci, akowcy przyjmą, to dopiero mnie wypuszczą. Akurat już mnie akowiec trzyma w ramionach i chce mnie wypchnąć przez dziurę (bo tam były porobione dziury), żebym przeleciała. Krzyczą, że ranny, ściągać rannego. Akowiec mnie puścił, drugi do mnie doszedł, trzyma mnie, a ten po linach ściąga rannego. Jak ściągnął, to ja się cofnęłam. Potem kopnął mnie w zadek i wypchnął mnie. Lecę przez Aleje. Nie wiem, jak doleciałam. Obudziłam się dopiero rano. Nie wiem jakim cudem. Obudziłam się na ulicy na tyłach Nowego Światu. W bramie było pochowanych pełno ludzi i ja się tam obudziłam. Znów krzyczą: „Uciekamy! Każdy w swoją stonę, gdzie kto może, musi wiać z tej piwnicy!”. Lecimy na Książęcą, żeby przelecieć przez plac Trzech Krzyży, bo w ogrodzie Frascati stali Niemcy i walili ze szystkich stron. Tam dalej był budynek i szpital Łazarza, gdzie leżeli chorzy wenerycznie. Trzeba było wpaść Książęcą i biegiem, ile kto miał siły, do ulicy Czerniakowskiej. Myśmy lecieli, gromada ludzi leciała. Po drodze ktoś padł, to został. Myśmy też zdążyli przebiec tę ulicę i wpadliśmy właśnie do szpitala. Jak wpadliśmy, to patrzymy, że nas wyrzucają, bo mówią, że to szpital dla akowców, tu nie można się zatrzymać. Widzę, że akowcy znoszą rannych żołnierzy. Wyszliśmy. Biegniemy. On poleciał na ulicę Szarą do swojej matki, a ja przeleciałam Górnośląską i Fabryczną, i jestem u brata. Jak mnie brat zobaczył i bratowa, to się strasznie ucieszyli, jakim cudem ja się z Pragi znalazłam tutaj. Już mnie nie puścili.
Jeszcze nim wpadłam do brata, to Szumski już był u matki. Zobaczyłam piekarnię, ludzie stoją przed piekarnią i dostają chleby dwukilowe po dwa złote. Patrzę, a piekarz otworzył sklep, wynosi chleb i oddaje ludziom. Doszłam do niego i mówię, żeby mi dał tyle chleba, żebym się mogła najeść. On mówi: „Dlaczego?”. Mówię: „A jestem z Grochowa, do brata tylko przyszłam, bo na Fabrycznej mam brata ciotecznego, to ja się chcę tu zatrzymać, bo na Pragę nie mogę wrócić. Bo już Niemcy nie puszczają przez most”. On mówi: „A do kogo pani przyszła?”. Mówię: „Do brata. Bratowa – mówię – jest położną”. „A jak się bratowa nazywa?”. Mówię: „Bulikowska”. „Och, to przecież u mnie troje dzieci przyjmowała – mówi – Bulikowska. To ja pani powiem”. Miałam dwa pierścionki na palcach, ściągam te pierścionki. Miałam jeszcze bransoletkę, ściągam, daję mu to wszystko: „Niech pan mi da więcej chleba, bo ja chcę bratu zanieść tego chleba”. Dał mi dwa bochenki: „Niech pani przychodzi co dzień, ja pani codziennie dam bochenek chleba, to wam starczy dwukilowy na dzień – mówi – dla waszej rodziny”. Chodziłam po ten chleb. U brata byłam, bratowa chodziła do chorych, porody w domu były, skrobanki robili. Trzeba było ludziom dać jeść.
Ponieważ bratowa mieszkała na piętrze, wynajmowała suterenę. Miała pokój piękny, wielki, z kuchnią w suterenie. Nieraz kobieta ze wsi przyjechała rodzić do Warszawy, to się u bratowej zatrzymywała, u bratowej rodziła. Bratowa pracowała w magistracie, pracowała w szpitalu państwowym jako położna. Chodziła do chorych, bo miała swój rejon. Która rodziła czy skrobankę chciała mieć, to też zrobili. Szpital był w szkole na Górnośląskiej, prowizoryczny szpital dla przejściowych rannych. Ale tam nie robili żadnych operacji, tylko opatrunek zrobili i wysyłali do akowców. Akowcy nie przyjmowali, tylko znów gdzieś odsyłali, bo tam tylko był szpital dla akowców.
Jak zaniosłam chleb i bratowa mnie nie puściła [do domu], to już tak chodziłam do 10 września. Dziesiątego września jeszcze bratowa mówi: „Słuchaj, ty będziesz w ciąży, ponieważ ty nie dostałaś na bieliźnie, to ty będziesz w ciąży”. „Co mam robić?” Ona mówi: „Wiesz co? My nie przeżyjemy, z nas nikt nie przeżyje wojny. Ty prędko idź wyskrobać się, bo inaczej będziesz patrzeć, jak twoje dziecko umiera z głodu albo gdzieś do obozu się dostaniesz i będziesz patrzeć, jak twoje dziecko umiera z głodu”. Co było zrobić? Przygotowałam się na skrobankę. Miałam mieć skrobankę. To był, pamiętam, 10 września. Ale jeszcze bratowa mówi: „Słuchaj, ty się przygotuj na skrobankę”. Dwóch lekarzy miało przyjść z Górnośląskiej i jedna dyplomowana pielęgniarka, i mieli mi zrobić skrobankę. Tylko szlafrok założyłam i sukieneczkę cieniutką, i tak czekam. Bratowa mówi: „Słuchaj, ja pójdę na ulicę Przemysłową, tam oczyszczę tą, co wczoraj urodziła dziecko, umyję, wykąpię dziecko, bo przecież ona leży samotna i nie może się poruszać”. Poleciała do tej chorej, a ja zostałam z bratem i do brata przyleciał Szumski. Patrzę, a oni się znają jak łyse konie. Mówię: „A co wy się znacie?”. „My od dziecka się chowaliśmy”. Szumski był wypuszczony z Oświęcimia. Był w Oświęciumiu dwa lata. Niemcy go wypuścili na prośby matki.
Jak czekam na skrobankę, brat mój w kuchni siedzi i Szumski w kuchni. Pełno ludzi, bo zawyła jakaś „krowa” rycząca, szafa. Tak te pociski niemieckie nazywali w Powstaniu. Coś strasznie zawyło. Tak okropnie zawyło, a ja w pokoju sama siedzę i czekam na bratową i na lekarzy. Patrzę, a tu tak straszny huk się zrobił, i słyszę, że się coś wali. Tak się wali, najpierw się zrobiło tak widno, jakby ktoś w dzień zapalił żarówkę pięćsetkę w pokoju. Od razu się zrobiło ciemno. Tak ciemno, a ja już oddychać nie mogę. Chcę pociągnąć powietrze – nie mogę. Co mam robić – nie wiem, a słyszę straszny krzyk. Bratowa w suterenie miała drugi hol. To była dwupiętrowa kamienica. Ci ludzie z kamienicy lecieli do oficyny, do piwnicy, wszystko się chowało po piwnicach, pełno ludzi w korytarzu – nie można w ogóle palca wbić. Myślę sobie: „Boże, to ja tu już muszę zginąć”. Chcę oddychać, a nie mogę, bo się duszę. Myślę sobie, umysł pracuje: „A może ja zdążę uciec?”. Czołgam się po otomanie ( bo tam stała) do ściany i do drzwi. Czuję, że jest futryna. Łapię się za futrynę i czuję ją na plecach. Trzeszczy na mnie wszystko, ale mimo wszystko coś mnie wypycha, jakaś nadprzyrodzona siła mnie wypycha z tego mieszkania. Wychodzę, przekładam jedną nogę – jestem już za drzwiami, bo były oszklone. Drugą przekładam. Przełożyłam, ale już czuję mokro. Cała czarna i jeszcze noga ranna. Pozdzierana skóra z nóg, porwane na mnie ubranie, ale stoję. Słyszę ten niesamowity krzyk, ktoś ryczy nieswoim głosem, jak bydlę. Kto – nie wiem, bo ciemno było przecież, kurz, bo się kamienica waliła. Kogoś złapałam za pas z tyłu. Chciałam prędzej wyjść, a ciągnę go za sobą. Ten człowiek ryczy, nie płacze, tylko ryczy jak wół. Ja go ciągnę. Wyciągnęłam go z sutereny do schodów. Teraz trzeba kilkanaście schodków przejść na parter, a on mi się wyrwał z rąk i ucieka. Ja nie wiem, kto to, bo [ciemno]. Patrzę, a ja jestem krwią zalana. Czarna jestem jak sadza, zupełnie czarna. Lecę za nim, pędzę. On przeleciał piwnicami szósty, dziesiąty i dwunasty [numer]. Jak wpadł na dwunasty na podwórku, tak padł. Upadł. Na podwórku były nosze. Łapię te nosze i lecę do niego. Patrzę, a to Szumski, przyjaciel brata. Kiszki na wierzchu wywalone, odłamek w brzuchu, [wszystko] rozszarpane. Wyje nieludzkim głosem. Jeszcze jakiś pan mi pomógł, wynieśliśmy go i niesiemy do szpitala na Górnośląską, a wszystko się wali, ten dom się wali. Następna oficyna się wali, bo podwórko było zamykane. Druga oficyna się wali, a my lecimy po guzach. Doszliśmy do Czerniakowskiej. Czerniakowską do Górnośląskiej i lecimy do szpitala. Zanieśliśmy go, stawiamy nosze. Wołam lekarza. Lekarze byli znajomi, bo moja bratowa z nimi pracowała, znała ich. Mówi: „Przecież to jest już trup. Po pierwsze, nie mamy instrumentów. My nie mamy nic do robienia operacji. Zanieście rannego natychmiast na Czerniakowską. Tam leżą akowcy, tam was przyjmą”. My niesiemy, a tu pociski walą. Pociski, czerwone kule z Pragi na Warszawę, a z Warszawy na Pragę. Gość ze mną niesie, ja w nogach, a on głowę. Jak pociski lecą, rzadko kto jest na ulicy, tylko z akowców ktoś głowę wysunie, pokaże się. My dwoje ciągniemy. On mówi: „A cholera, ja będę trupa ciągnął?! A sam jeszcze trupem zostanę!”. Zostawił mnie samą z rannym i uciekł.
Nie zostawię go, bo wiem, że on jest z Oświęcimia, dopiero wrócił i jest jedynym synem matki, nie ma matka nikogo więcej. Niosęgo do [szpitala], ciągnę go z noszami sama jedna. Zaciągnęłam go na Czerniakowską, tam mnie parę metrów [przed szpitalem] spotkał akowiec, żołnierz, zawołał po mnie drugiego i wnieśli go do szpitala. Dyrektor nie chce go przyjąć, bo to cywil. Nie chce, w żaden sposób. Mówię mu: „Panie doktorze, proszę go przyjąć. Matka jedynego syna ma. On jest z Oświęcimia, oświęcimiak wypuszczony. Niemcy go wypuścili na prośby matki”. Matka miała kiosk na Górnośląskiej, kawiarenkę z tego zrobiła. Niemcy przychodzili, popijali u tej matki i oni się dobrze znali. Jeden Niemiec był ludzki człowiek. Mówi: „Ja jadę na urlop. Niech pani napisze do Hitlera podanie”. Dyktował jej podanie, ona napisała i Niemiec zawiózł do Hitlera to podanie. Hitler go wypuścił na żądanie matki i on wrócił. Jak to powiedziałam dyrektorowi, to dyrektor go przyjął. [Szumski] miał piękne nowe buty na nogach, jak do brata przyszedł. Doktor wziął go na operację. Poszłam do jego matki na ulicę Szarą. Matka widzi, że ja nie człowiek – zakrwawiona, nogi w ranach. Mówię, że Tadek jest w szpitalu. Mówi: „Cholera, nie kazałam mu chodzić do Cześka, to poszedł do Cześka. Tak się spieszył, to teraz niech leży”. Leży w szpitalu, operacja robiona. Jego matka dała mi zaraz wody, ubranie, przebrałam się. Umyła mi kilka razy łeb, bo miałam czarny, że palca nie można było wsadzić. Wymyłam się jakoś trochę po ludzku, ubrała mnie czysto i poszłam do brata. Idę do brata, a bratowa i jeszcze paru mężczyzn ciągnie mojego brata. Mój brat już prawie konający, urwana cała noga, jądra porozrywane. Krzyczy: „Jania, dobij mnie! Jania, dobij mnie!”. Jania nie chciała dobić. Za parę minut życie skończył. Ubrało się w prześcieradło, na podwórku się zakopało, nogę [położyliśmy] koło niego, bratowa jeszcze poszła do chorej i więcej nie wróciła. Już się zgubiłam, już nie mam nikogo. Lekarz mówi tak: „Już jest po operacji”. Poszliśmy, a on już butów nie ma. Buty były przed salą operacyjną, a tam było kilku cywili, uciekinierów, co się chowało po dziurach, to ktoś mu ukradł te buty. Wynoszą go z sali operacyjnej, ale butów nie mam. Szukam. Doktor dał mi nowe pepegi, żebym dla niego schowała. Powiedział, że zostawi go w szpitalu, chociaż nie wolno mu tego robić, ale cywila zostawi pod warunkiem, jak ja zostanę i będę koło niego robić. Dostanę [miejsce] w szpitalu i będę im pomagać, bo nie ma ludzi do pracy. Dwie pielęgniarki były na tych chorych, gdzie ja byłam i dwóch czy trzech lekarzy. Tylko. Było czterdziestu paru rannych, co myśmi wyciągnęli. Teraz trzeba zostać.
To był 10 września. Trzynastego września szpital podpalają. Trzy dni po operacji. Jeszcze jak gdzieś znaleźliśmy rannego akowca, to się zanosiło do szpitala. Trochę mnie lekarze znali. Zostałam z nimi. Dali mi [miejsce w] piwnicy w archiwum, gdzie stosy, ściany były z papierów. Między papierami miałam czterdziestu paru rannych. Dwóch czy trzech lekarzy, dwie pielęgniarki dyplomowane i jeszcze jedna taka przybłęda jak ja. Jak Niemcy rano wpadli, tak widzimy, że to już z nami koniec. Chodzą, polewają naokoło szpitala jakąś konewką, to zaraz wybucha i pali się. Lekarz mówi: „Słuchajcie, kto żyw, niech ucieka na swoją rękę. My się chcemy poddać Niemcom”. Ci, co byli lżej ranni, to się poddali Niemcom na Frascati, poszli do Niemców na ogród za Rozbrat. Tam byli w ogrodzie. Ale ciężko rannych mogliśmy tylko ciągnąć na kocach, bo nawet nie było na czym, noszy nie było. Na kocach się ciągnęło. Ostatniego Szumskiego wyciągam, kładziemy go na dwa koce. Ciągniemy z lekarzem, a dwa koce się przerwały. Miałam torbę. [Wcześniej] dostałam od brata zegarek złoty z trzema kopertami, cebulę. Schował mi brat do mojej torby, żebym się miała czym ratować, gdy przeżyję. Oni swoje pieniądze i złoto w piwnicy pod węglem mieli zakopane, pokazał mi gdzie. Mówi: „My mamy z czego żyć, a ty w razie, [jak] zostaniesz samotna, żebyś miała się czym ratować”. Ten zegarek miałam zaszyty w ręczną torbę. Dałam Szumskiemu pod kolana, żeby pilnował. Jak go ciągnęliśmy, to zgubił tę torbę. Wyciągnęliśmy go już na drugim kocu, całym, ale torby nie było. Chcieliśmy jeszcze [iść] po następnych rannych. Lekarz wziął rannego z łóżka w prześcieradło i wystawił małym okienkiem do Niemców. Poddaliśmy się i Niemcy nam przyszli z pomocą. Niemcy nam resztę rannych wyciągnęli, sami Niemcy.
Kazali nam rannych nosić pod gazownię. Pod gazownią leżeliśmy trzy dni bez jedzenia. Tylko nam dawali po ćwiartce chleba na osobę na cały dzień. Na przejściu pod górę do Poniatowskiego (to się przechodziło – był park, były ławki, były działki) rannych Niemcy kazali nam poukładać do siebie nogami. Myśmy tak poukładali rannych. Trzy dni tak leżeliśmy. Chodziłam na działki, zbierałam pomidory, cebulę. Robiłam sałatkę i dawałam rannym, bo nie było co jeść. Tak się pochorowali, że dostali krwawej dyzenterii. Niemcy mi dali tylko jakieś krople, opium się nazywały, żebym dawała opium na zatrzymanie. Dali mi parę worów kap z łóżek szpitalnych, niebieskie i białe. Nożyce [dali], żeby ciąć i poskładać rannym. Tak robiłam i podkładałam. Tak pielęgnowaliśmy rannych. Trzy dni tak leżeliśmy. Jak leżeliśmy pod gazownią, to dwa czołgi „Tygrysy” zajechały. Nam się kazali położyć przy rannych, dali nam koce, kazali nam się ponakrywać na głowy, rannych na głowy i tak leżeliśmy. Ile to było, nie wiem. Ile czasu tam leżeliśmy? Leżymy, dwa czołgi podjeżdżają. Koce się uchyliło. Koło mnie jeden lekarz, tam drugi, tam znów dwie pielęgniarki na końcu rannych. Leżymy ponakrywane, czołgi zaczęły wyć strasznie. Niemiec chodzi, jak zobaczył jakąś szparę, to kopał w koc, żeby się dobrze nakryć.
„Teraz już – mówi – czekamy na śmierć”. No to czekamy. Lekarz mówi: „Chociaż chwilę pomódlmy się za lekką śmierć, żeby te czołgi po nas gładko”. Czekamy, czekamy, a tu cicho. Zawyły tylko kilka razy i pojechały. Nie ma, ciuchusieńko, jak makiem zasiał. My leżymy. Ale lekarz uchylił troszkę i mówi: „Nie ma nic, nie ma żadnych czołgów. Tylko chodzą Niemcy i ruscy żołnierze koło nas na okrągło”. Też wychyliłam głowę i usiadłam, bo już się dusiłam, już nie mogłam dalej leżeć. Niemiec do mnie dochodzi i mówi: „No, jak żeśta się poddali, to musimy wam przyjść z pomocą”. Opiekowali się nami.
  • Co się z panią działo, jak już się kończyło Powstanie?

Jak nas wieźli do szpitala gruźlików, to wieźli na furmankach. Na Kercelaku była sterta trupów nałożona po pierwsze piętro. Niemcy zebrali wszystkich gruźlików ze szpitala i wywieźli na plac Kercelego. Tam podpalili. Jeszcze się tliło, jeszcze się paliły zwłoki. Jak jechaliśmy, to myśmy widzieli ogień trupów, jak się palą. Myśmy dojechali do szpitala. Otworzyli nam bramę. Wpuszczają nas do szpitala. Dwóch Niemców wychodzi. My już mamy rannych na noszach. Mówi: „Pamiętajta, że mata się grzecznie zachować. Bo jeżeli nie, to zrobimy z wami to samo, co z tymi”. Na sznurze puszczają dwóch wisielców. Wisi dwóch mężczyzn i z nami zrobią to samo, co z tymi dwoma. Później już nam dali salę. Było czterdziestu dwóch czy czterech rannych. Sala szpitalna duża, ładna. Dwie zakonnice były i nas tylko dwie. Jedna przybłęda z mężem jak ja, ja i Szumski. Tych rannych miałam opatrywać i ona, na spółkę. Obie opatrywałyśmy rannych. Były jeszcze dwie dyplomowane pielęgniarki, to one były do dyzpozycji lekarzy. Zakonnice nam dawały porcje jedzenia. Rano, który był lżej ranny, [to go] poprosiłam, żeby mnie zastąpił, żeby opiekował się moimi rannymi, a ja pójdę szukać jedzenia. Szpital był gruźlików, tam już żywej duszy nie było, ludzi na ulicach w ogóle – nikogo za wyjątkiem Niemców. Gdzieniegdzie chodziły patrole. Chciałam, żeby mnie zabiło. Już nie chciałam w ogóle żyć. Wzięłam dwa wiadra i chodziłam na działki, tam były. Nazbierałam ziemniaków jedno wiadro, a drugie cebuli i pomidorów. Niemcy nam dawali ćwiartkę chleba na dzień dla rannych i troszkę jakiejś zupki. To wszystko. A to wszystko głodne przecież było. To były zdrowe żołądki, a że ranni, to cierpieli, ale jeść chcieli. Robiłam im jedzenie, siostra gotowała zupy i myśmy dokarmiali rannych. Później było już po Powstaniu. Trzynastego września padł szpital. Czerniakowska już była całkiem zgruzowana. Piekarza zabiło, cała rodzina na podwórku leżała zabita. Tak że już nie było do czego wracać. W takim razie wywieźli nas do Puszczy Mariańskiej. Stamtąd się uciekało, gdzie kto mógł. To wszystko.

  • Gdzie pani uciekła? Czy wróciła pani do Warszawy?

Nie. Wróciłam na wieś, bo nie mogłam wrócić do Warszawy. Przez Wisłę Niemcy nie puszczali absolutnie. Trzeba było przejść przez Wisłę. Przeszłam raz, ale mieszkanie zamknięte. Nie miałam kluczy i nie mogłam się dostać. Wróciłam na wieś.

  • Co działo się z pani córką?

Urodziła się w Warszawie. To już było po Powstaniu. Do Warszawy wróciłam na koniec kwietnia, przed Wielkanocą. Do Wielkanocy byłam na wsi. Do kwietnia byłam na wsi. Później wróciłam. Piątego maja urodziła się córka. Koniec Powstania.

  • Co się stało z panią po wojnie? Jak pani żyła?

Znaleźliśmy się z mężem i już byłam cały czas z mężem do 1975 roku.

  • Jakie jest pani najgorsze wspomnienie z Powstania?

Palące trupy. Wyciąganie [ze szpitala] i jak po nas miały przejechać czołgi – to mi najbardziej utkwiło.

  • Czy ma pani miłe wspomnienia z Powstania?

Nie. Chciałam tylko [wiedzieć], czy żyje ktoś z tych rannych na Czerniakowie. Kto żyje, żeby się odezwał, bo została mi pustka po wyjściu z wagonów. Została mi pustka, nie pamiętam żadnego lekarza. Zdaje mi się jak przez sen, że jeden to chyba Zawadzki. Ten, co się poddawał Niemcom, co nas wyprowadzał, to mnie się zdaje, że Zawadzki. Reszty nie pamiętam, w ogóle się stała pustka. Nic nie pamiętam. Wymazało się całkiem z pamięci, dokąd nie uciekłam. Jak uciekłam, to już wymazało się. Tylko palące się gruźliki zapamiętałam na całe życie, strzelanie do ludzi jak do kaczek. Ciągle się znosiło co i raz do szpitali albo w doły się grzebało. Na każdym podwórku było cmentarzysko. Butelki pod pachę i się kopało tych rannych, żeby chociaż zasypać.




Warszawa, 25 października 2011 roku
Rozmowę prowadziła Ludwika Borzymek
Helena Tkaczyk Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście Północne, Czerniaków

Zobacz także

Nasz newsletter